Ladyhawke – Wild Things

Ladyhawke_-_Wild_Things

Nowa Zelandia większości z nas kojarzy się z ojczyzną hobbistów, niskim zaludnieniem oraz czystym powietrzem. Ale też przebijają się stamtąd muzycy tacy jak Kimbra czy Philippa Brown bardziej znana jako Ladyhawke. Zaczęła najpierw w zespole rockowym Two Lane Blacktop oraz Teenager, by od 2009 roku działać solowo. Do tej pory wydała dwie płyty odmienne stylistycznie. Po skrętach w indie rocka oraz elektroniczny pop, przyszła pora na pop.

„Wild Things” zostało wyprodukowane przez Tommy’ego Englisha współpracującego m.in. z Makuą Rothmanem, 5 Seconds of Summer czy Borns. Więc byłem bardzo spectyczny do całości, aczkolwiek początek był obiecujący. „A Love Song” pachnie elektroniką, pełną pulsujących dźwięków próbujących naśladować dokonania z lat 90. Podobnie szalej perkusyjno-pianistyczny „The River” z metaliczną gitarą w tle. Kompozycje niezłe, chwytliwe, idealne na parkiet. Tytułowy utwór brzmi bardzo przestrzennie, odrobinę nowofalowo, a klaskana perkusja w odrobinę onirycznym „Let it Roll” (gitara w środku fajnie strzela) sprawia wielką frajdę. Innymi słowy, ma być to przyjemne popowe granie, pełne elektroniki (ale nie plastikowej) oraz syntezatorów (perkusja w „Sweet Fascination”).

Na szczęście, udało się uniknąć irytujących momentów, chociaż pewne elektroniczne dźwięki nie będą należały do przyjemnych (”pierdy” – z braku lepszego słowa w „Golden Girl”), to jednak sporadyczne fragmenty, nie psujące całości. Sama wokalistka ma niezły głos, tutaj zdominowany przez całą dźwiękową otoczkę, co akurat tutaj jest plusem. Piosenek jest tylko (albo aż) 11 i czas przy nich mija szybko. Jeśli potrzebujecie czegoś lekkiego na imprezkę i do zabawienia się, „Wild Things” spełni swoje zadanie w 100%. Zresztą po to powstał ten album.

7/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz