Rzeczy, które robisz w Denver bedąc martwym

Jimmy Tosnia, zwany Świętym kiedyś był gangsterem, ale wycofał się z interesu. Prowadzi firmę zajmującą się nagrywaniem na wideo rad udzielanych przez ludzi, którzy umierają. By zrealizować ten biznes, musiał zapożyczyć się u dawnego bossa – Człowieka z Planem. Teraz on prosi „Świętego” o przysługę. Chodzi o to, żeby dziewczyna jego syna (idioty Bernarda, co molestował dziewczynki w szkole) zeszła się z nim, ale by do tego doszło, trzeba usunąć jej nowego chłopaka. Niestety, akcja kończy się śmiercią obojga i wszyscy idą na przemiał.

denver1

Debiut reżyserski Gary’ego Fledera z 1995 roku w dniu premiery określono jako jeden z klonów „Pulp Fiction”, co jest troszkę na wyrost. Sam film to mieszanka czarnego kryminału, tylko w wersji uwspółcześnionej (neo-noir) z czarnym humorem, pokręconymi postaciami, odrobiną błyskotliwych dialogów i przemocą. Z jednej strony jest to nostalgiczna opowieść, gdzie bohaterowie wiedząc o swojej śmierci albo dokonują podsumowania swojego życia, ukrywają się albo walczą. Podszyte jest to odrobiną melancholii (refleksje umierających) i czuć, ze czas ucieka. Nie ma tutaj przesadnego miejsca na moralizatorstwo, a obecność narratora (grany przez Jacka Wardena Joe Heff) jest smaczkiem dla całości – bezpretensjonalnej, inteligentnej i jednocześnie zabawnej. A zakończenie was zmiażdży.

denver2

Poza pewną ręka reżysera oraz świetnego scenariusza swoje robią aktorzy. Najbardziej błyszczy tutaj Andy Garcia w roli eks-gangstera – silny, opanowany, twardy i lekko nonszalancki Święty Jimmy. I ma jedną ważną cechę, jest lojalny wobec swoich kumpli i nie ucieka przed swoim przeznaczeniem. kumplami Jimmy’ego są: „Pieces” Olden (niezawodny Christopher Lloyd), mający rodzinę „Franchise” (William Forsythe), lekko szajbnięty „Krytyczny Bill” (Treat Williams z obłędem w twarzy) oraz opanowani i spokojny „Lekki Wiatr” (Bill Nunn). Każdy z tej czwórki jest bardzo dobry i ma swoje pięć minut. Nie sposób tez nie wspomnieć o Christopherze Walkenie (Człowiek z Planem – mimo paraliżu nóg, to prawdziwy sukinsyn) i małomównym Stevie Buscemi (Pan Shhh – płatny zabójca).

denver3

Jest jeszcze jedna osoba, o której muszę wspomnieć, a mianowicie dziewczyna, którą poznaje Jimmy i zakochuje się w niej, granej przez czarującą Gabrielle Anwar. Sceny z nią i Andym Garcią pozwalają na złapanie oddechu od wątku kryminalnego.

denver4

To jeden z dziwniejszych, ale tez bardziej oryginalnych kryminałów swoich czasów. I nie tylko swoich lat, następne produkcje Fledera nie będą miały aż takiej oryginalności. Trochę szkoda.

8/10

Radosław Ostrowski

Biutiful

Hiszpania wydaje się być pięknym krajem, ale ulice i slumsy wszędzie wyglądają tak samo. Na jednym z takich ulic mieszka Uxbal – samotny ojciec, który mieszka z dwójką dzieci. Z czego się utrzymuje? Zarabia na imigrantach, którym stara się zapewnić pracę. I sam przy okazji troszkę zarabia, starając się zapewnić byt. Jednak jego dość stabilne życie zmienia się z powodu jednej diagnozy – nowotwór. I jak tu pomoc przetrwać dalszą walkę o byt?

biutiful1

O Alejandro Gonzalesie Inarritu mówiłem już przy okazji „Birdmana”, a „Biutiful” to jego wcześniejszy film sprzed 5 lat. Historia w zasadzie wydaje się prosta i widzimy bohatera, który powoli odchodzi ze świata. Otoczenie jest bardzo brudne, szare i parszywe – praktycznie pozbawione jakiejkolwiek nadziei, jak i jakiejkolwiek jasnych kolorów. Widać to zarówno w paradokumentalnej formie (ujęcia głównie w ręki, brak mocnych kolorów), jak i dość powolnym tempie. Jest codzienna walka o byt, toczona zarówno przez imigrantów (głównie z Chin i Afryki), jak i naszego bohatera. Problem jednak w tym, ze Inarritu troszkę skręca w stronę moralizatorstwa (etyczne rozterki) oraz pretensjonalności (zakończenie), jednak miejscami tworzony jest oniryczny klimat (wizyta w dyskotece z pulsującym montażem), ale zdarzają się pewne dłużyzny jak relacja z była żoną chorującą na dwubiegunowość czy szef chińskich imigrantów, ale klimat beznadziei oraz depresji potrafi mocno się udzielić.

biutiful2

Ale tak naprawdę ten film jest popisem jednego człowieka – Javiera Bardema. Uxbal przez niego grany to człowiek dźwigający na sobie sporo nieszczęść i cierpień, mocno ukrywający swoją chorobę. Ale jest to też facet wywołujący empatie oraz naprawdę chcący pomóc innym ludziom, co widać w rozmowach z szefami imigrantów jak i żona jednego z aresztowanych. Pozornie zmęczona i zgaszona twarz potrafi pokazać wiele emocji – nic dziwnego, że aktor otrzymał nominację do Oscara.

biutiful3

Piękno w „Biutiful” jest ulotne, zgaszona i pełne brzydoty. Inarritu jest brutalny i bezwzględny wobec otaczającego go świata. Dla tej wizji oraz znakomitego Bardema absolutnie warto.

7/10

Radosław Ostrowski

Solaris

Tytułowa Solaris to planeta badana przez kosmiczną stację, jednak ona (planeta) jest otoczona tajemniczą substancją zwaną oceanem. Jednak jego oddziaływanie pozostaje zagadką. Pobliska stacja wysyła jednak od pewnego czasu dzieją się niepokojące rzeczy. Dlatego zostaje tam wysłany psycholog Kris Kelvin. Na miejscu okazuje się, że dowódca Gibarian, popełnił samobójstwo.

solaris1

Przeniesienie na ekran powieści Stanisława Lema, gdzie zamiast akcji stawia się tutaj na filozoficzna refleksję oraz próbę rozwikłania tajemnicy, wydaje się niemal samobójstwem. Ale jak widać, nie brakuje tutaj szaleńców, a jednym z nich był Andriej Tarkowski, który przeniósł „Solaris” w 1972 roku. Ale nie jest to adaptacja w skali 1:1, z powodu dość skromnego budżetu. Reżyser skupia się przede wszystkim na psychice Kelvina, który mierzy się z własnymi demonami – śmiercią swojej młodej żony, Hari. Jednak na samej stacji pojawiamy się dopiero po 40 minutach, gdyż wtedy jesteśmy na Ziemi, gdzie Kelvina odwiedza pilot Burton, który miał dość dziwne przejścia na Solaris. Poznajemy nierozwiązywalną tajemnicą, która powoli zostaje odkrywana. Gdy jesteśmy na stacji, rzuca się w oczy dość imponująca, choć jednocześnie oszczędna scenografia i dość delikatne efekty specjalne (wygląd oceanu naprawdę imponuje).

solaris2

Ale w tle przewija się jedno fundamentalne pytanie – czy jesteśmy w stanie nawiązać kontakt z inną cywilizacją? Bo chyba tym jest ocean – choć tak naprawdę nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Ocean wysyła swoich „gości” – kim oni są? Każdy z mieszkańców stacji ma kogoś innego, choć nie zawsze kamera go pokazuje. Czy to są demony przeszłości, stare zawinione grzechy czy zmaterializowani ludzie, mający „pośredniczyć” w kontakcie? Lem stawia dość mocno te pytania, ale dla Tarkowskiego najważniejsza jest tak naprawdę samotność człowieka w niewyobrażalnym kosmosie. Człowieka, który jak to mówi Snaut „potrzebuje drugiego człowieka” oraz próbuje rozciągnąć Ziemię do kosmosu, „szuka zwierciadła”. Ta filozoficzna refleksja jest pewnym naddatkiem i mimo pewnych dłużyzn (długi powrót do domu Burtona) czy troszkę „archaicznej” stronie realizacyjnej, Tarkowski potrafi skupić uwagę i zaintrygować.

solaris3

Nie chce w zasadzie opowiadać o aktorstwie, muzyce czy montażu, bo w zasadzie trudno się do czegokolwiek przyczepić. Każda z postaci jest bardzo złożona i skomplikowana, a ich postawy wobec tego, co się dzieje na stacji wokół Solaris, muszą i skłaniają do refleksji. Dlatego „Solaris” to troszkę inne SF, bardziej oparte na dialogu, aurze Tajemnicy – podobnie jak w „Stalkerze”. Wiec jeśli tamten film wam się spodobał, to „Solaris” też powinno wam przypaść do gustu. Wiem, że to nie jest stricte recenzja, ale to nie jest jakiś tam film. Każdy powinien go przeżyć.

solaris4

Radosław Ostrowski


J. Edgar

Kim był J. Edgar Hoover – człowiek, który przez 48 lat był dyrektorem Federalnego Biura Śledczego? O tym spróbował opowiedzieć Clint Eastwood w swojej dwugodzinnej fabule.

Punkt wyjścia jest dość prosty i konwencjonalny – J. Edgar Hoover pod koniec swojego życia chce spisać swoje wspomnienia dotyczących FBI. W tym samym czasie Hoover próbuje się odnaleźć w latach 60. I zaczyna gubić swój polityczny nos.

j.edgar_1

Reżyser próbuje złapać kilka srok za ogon i różnie to wychodzi. Mamy pokazane zarówno silny wpływ matki, skrywany homoseksualizm oraz „romans” ze swoim asystentem, kilka głośnych spraw (w tym przełomowe dla biura porwanie syna Lindberga) oraz pewne nadużywanie swoich kompetencji przez Hoovera (szantażowanie prezydentów USA). I jak zawsze w próbie złapania tylu wątków pojawia się pewien chaos i nadmiar wątków działa tutaj odpychająco. Tak naprawdę nie wiadomo na czym się najbardziej skupić: na życiu zawodowym czy skomplikowanym życiu prywatnym, gdzie też działo się wiele. Obydwa te zostają niewykorzystane do końca, jednak udaje się stworzyć dość skomplikowany portret jednego z najbardziej kontrowersyjnych ludzi w historii USA, dzięki któremu współczesna kryminalistyka osiągnęła wiele.

j.edgar_2

Spora w tym zasługa Leonardo DiCaprio, który bardzo dobrze udźwignął skomplikowany charakter Hoovera – kreującego mit bezwzględnego egzekutora i strażnika prawa, a jednocześnie nieśmiałego, żądnego sławy i akceptacji człowieka. I nie jest w stanie tego zepsuć koszmarna charakteryzacja (postarzali bohaterowie wyglądają naprawdę słabo). Równie świetny jest też Arnie Hammer, wcielający się w lojalnego i szczerego współpracownika, Clyde’a Tolsona. Ten duet parę razy nakręca ten film, a kilka scen porusza. Nie sposób nie wspomnieć też o Judi Dench (matka Hoovera) oraz Naomi Watts (sekretarka Helen Gandy), która jednak robi tylko za tło.

j.edgar_3

Sam film pozostaje ledwie solidna biografia, która miała potencjał na o wiele, wiele więcej. Gdyby nie Leo w roli głównej, byłoby przeciętnie. A tak jest troszeczkę lepiej niż zwykle.

6,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Medium

Wierzycie w zaświaty czy życie pozagrobowe? Ta historia bazuje na trójce bohaterów, którzy bardziej lub mniej zetknęli się ze śmiercią. Francuzka dziennikarka Marie podczas urlopu przeżywa atak tsunami i przez chwilę znajduje się w stanie chwilowego zgonu. George wydaje się zwykłym robotnikiem, ale naznaczony jest darem widzenia zmarłych, wcześniej działał jako medium. Wreszcie jest dwóch braci bliźniaków – Jason i Marcus, opiekujący się matką-alkoholiczką. Podczas pójścia po leki, starszy zostaje zaatakowany przez gnojków i uciekając przed nimi wpada pod auto.

medium1

Clint Eastwood mięknie z wiekiem i stara się poruszać ważkie tematy. Razem z uznanym scenarzystą Peterem Morganem („Królowa”, „Ostatni król Szkocji”, „Frost/Nixon”) próbuje opowiedzieć o życiu po śmierci. Nie jest to jednak żaden horror, ale pełnokrwisty dramat obyczajowy, gdzie losy całej trójki przeplatają się ze sobą. O ile początek jest intrygujący (scena tsunami jest naprawdę świetna), o tyle dalej cała historia zwyczajnie nuży. Szukanie kontaktu ze zmarłymi jest tutaj próba pogodzenia się i pożegnania się z innymi. Ale tez przy okazji widzimy jak żyją osoby, które mają „kontakt” z zaświatami.

medium2

Ciekawszy był dla mnie watek George’a (Matt Damon pozytywnie zaskoczył) –  medium, który traktuje swój dar bardziej jako klątwę, nie pozwalającą mu prowadzić normalnego życia. Dlatego chce się od tego odciąć, niemal desperacko. Podobnie Marie (świetna Cecile De France), która o mało nie umarła i próbuje przetrawić to. Szuka informacji i chce napisać o tym książkę, a bracia bliźniacy (George i Frankie McLaren) byli po prostu świetni. Więc aktorsko nie mam żadnych zastrzeżeń, także kameralna forma nie przeszkadzała – to był zawsze znak rozpoznawczy Clinta.

medium3

Ale dla mnie to wszystko trochę za łagodne, za bajkowe i tylko ślizgające się po problemie. Zaświaty i życie po śmierci to jedna ze spraw prześladująca każdego człowieka. Ale tutaj jest to takie naiwne i bajkowe, że głowa mała. A zakończenie to dla mnie czysty kicz (więcej nie powiem). „Medium” może śmiało rywalizować o miano jednego z najgorszych filmów Eastwood. Nudny, powolny i poruszający tylko momentami. A mogło być tak fajnie.

5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda


Invictus – Niepokonany

RPA znalazło się w czasie po zniesieniu apartheidu, jednak mentalność nadal pozostaje taka sama. Ale prezydent Nelson Mandela robi wszystko, by połączyć białych oraz czarnych. Droga jest do tego dość wyboista. Szansę widzi on w zbliżających się Mistrzostwach Świata w rugby w najbliższym roku (1995). I o tej walce postanowił opowiedzieć Clint Eastwood.

invictus1

Chciałbym powiedzieć coś miłego o tym filmie, ale doświadczony Clint zrobił taka laurkę i pomniczek dla Mandeli, że nadmiar patosu oraz ważnych, wielkich słów wielu może wystraszyć i zniechęcić przed seansem. Niby są pewne kameralne sceny, w których widzimy prezydenta prywatnie, ale mam wrażenie, iż były one zwykłymi zapychaczami czasu. Tutaj dominują tutaj przemówienia, przemowy, rozmowy polityczne oraz… mecze rugby. To na nich Eastwood się skupia pośrednio jako narzędziu służącemu do zjednoczenia całego narodu RPA po czasach apartheidu. Patos ten bywa coraz bardziej napięty i nawet wizyta drużyny w wiezieniu, gdzie był trzymany Mandela – wypada odrobinę pretensjonalnie. Nie zawodzi za to finał, czyli mecz z Nową Zelandią w finale. Wtedy całość nabiera tempa, dynamiki (świetnym montaż oraz praca kamery) i bigla, trzymając w napięciu do samego końca. Ale to tylko 20 minut i dla mnie to za mało.

invictus2

Nawet aktorstwo jest zaledwie solidne. Trudno mi cokolwiek zarzucić Morganowi Freemanowi w roli Nelsona Mandeli – akcent jest bez zarzutu, świetnie się sprawdza zarówno w archiwalnych fragmentach jak i każdym wystąpieniu.  Ale to rola wpisana w wizerunek Freemana (mędrca i mentora pełnego charyzmy i ciepła), bez zaskoczenia oraz czegoś nowego. Troszkę lepszy jest Matt Damon, który troszkę przypakował i zrobił wszystko, by być kapitanem rugbystów – Francois Pienniara. Ich dwóch ciągnie ten film, ale nie w stanie uczynić go lepszym niż zaledwie poprawną produkcją.

invictus3

„Invictus” to zniżka formy Eastwooda, który jednak nadal nie odpuszcza i ciągle szuka intrygującego, ciekawego tematu do opowiedzenia. Tu można było to zrobić lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda


Oszukana

Los Angeles, rok 1929. Christine Collins pracuje w firmie telefonicznej, gdzie nadzoruje połączenia i mieszka sama z synem Walterem. Pewnego dnia kobieta wraca do domu, ale jej syna już nie ma. zawiadamia policję i po kilku miesiącach zostaje odnaleziony jej syn – przynajmniej tak twierdzą policjanci. Bo matka go nie poznaje, a gliniarze nie chcą się przyznać do błędu.

oszukana1

Clint Eastwood tym razem postanowił opowiedzieć prawdziwą historie kobiety, która stała się symbolem walki ze skorumpowaną policją. W oparciu o akta sprawy stworzył mocny i poruszający dramat z intrygującym wątkiem kryminalnym. Ale jednocześnie pokazuje i piętnuje działania policji, która posuwa się do kneblowania ust, by nie przyznać się do błędu. W przypadku pani Collins takim kneblem był szpital psychiatryczny – a wcześniej przemoc i zastraszanie. Film mocno działa emocjonalne, także dzięki zdyscyplinowanej pracy Eastwooda, który stosuje oszczędną narrację i unika wszelkich pułapek oraz stosowania szantażu. Jak zawsze wydaje się, że jednostka w starciu z systemem jest bezsilna – chyba że takich jednostek jest więcej, to szansa się zwiększa.

oszukana2

Sama intryga kryminalna prowadzona jest swoim rytmem, jednak następuje przełom w sprawie, dzięki czemu wpadają na trop seryjnego zabójcy. Więcej nie zdradzę, bo wtedy można poczuć znużenie. Pewną wadą może być zbyt długie zakończenie oraz zbyt prosty podział postaci (dobra Collins, zła policja), jednak wszystko to ogląda się dobrze (świetne zdjęcia, stylizowane na dawne lata), a reżyser potrafi zaangażować.

oszukana3

Jednak ten świat zostaje ożywiony przez świetnych aktorów. Pozytywnie zaskakuje Angelina Jolie w roli zagubionej i bezsilnej matki. Są pewne sceny na granicy przerysowania, jednak Jolie nie przekracza tej granicy i jest bardzo wiarygodna. Silna, niezależna kobieta w tych czasach była rzadkością, a sceny w psychiatryku pokazują jej charakter mocno. Partneruje jej obsadzony nietypowo John Malkovich w roli pastora Gustav Brigleb, który piętnuje policyjne przekręty i nieuczciwości. Jednak nie jest tylko głosem sumienia, ale walczy także czynami. Dawno aktor nie grał takiej pozytywnej postaci. Poza nimi są tutaj antypatyczny Jeffrey Donovan (kapitan Jones – gnida, nie policjant), trzymający fason Michael Kelly (detektyw Ybarra) oraz tajemniczy Jason Butler Harner (Gordon Northcott).

oszukana4

„Oszukana” to mieszanka dramatu, kryminału i jednocześnie akt oskarżenia wobec niesprawiedliwości oraz braku dobrej woli. Wszystko zrobione w sposób uczciwy i bez oszukiwania, ani pójścia na łatwiznę. Film potwierdza dobrą dyspozycję Eastwooda.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Gran Torino

Walt Kowalski – stary, zrzędliwy pierdziel mieszkający w dzielnicy pełnej Azjatów. Nikt go nie lubi, wali prosto z mostu, rodzina liczy tylko na jego spadek i uważa go za niedołęgę. Pewnego wieczora pomaga młodemu chłopakowi znad przeciwka, który dostaje łomot od swojego kuzyna-gangstera. Ta relacja okazuje się bardzo istotna.

gran_torino1

Ostatni film Clinta Eastwooda z Clintem Eastwoodem w roli głównej. A jest to typowy Eastwood – małomówny, niepoprawny twardziel mocny nie tylko w gębie. W końcu gra Polaka (Matki Boskiej ani polskiej flagi nie widziałem) – może troszkę stereotypowego, czyli niepokornego, krnąbrnego i ostrego, ale i tak jest wiarygodny do końca. Sama historia jest tak przewidywalna, że nic nie jest w stanie tego zakryć. Ani niepoprawne politycznie dialogi, ani sarkastyczny humor, nawet rodzina Hmongów (taki lud z Wietnamu i Chin – było jeszcze trzecie państwo, ale wyleciało mi z głowy) wydaje się typowa. Ciapowaty syn, mądrzejsza siostra i babcia mówiąca tylko w swoim języku. Wiadomo jak się potoczy – Walt stanie się mentorem dla dzieciaka, który stanie się prawdziwym facetem, a narwanych gangsterów czeka zasłużona sprawiedliwość. aktorsko jest w porządku – bez jakiś błysków, ale i bez poważnej wtopy.

gran_torino2

Ale zakończenie przełamuje ten film, który byłby tak naprawdę jednym ze średniaków. Tam Clint kpi i ośmiesza przemoc (więcej nie powiem). Choćby dla niego warto zobaczyć tą konwencjonalną opowieść o starym pierdzielu, który tak naprawdę jest spoko gościem. Tylko jest jeden warunek – nie wkurwiajcie go.

gran_torino3

6,5/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Listy z Iwo Jimy

Film jest drugą częścią opowieści o bitwie na wyspie Iwo Jima.  Fundamentem tej opowieści z perspektywy Japończyków są znalezione w 2005 roku na wyspie listy napisane przez żołnierzy dowodzonych przez generała Kuribayashiego. Próba rekonstrukcji wydarzeń dokonana przez Clinta Eastwooda jest przeciwieństwem wydarzeń ze „Sztandaru chwały”.

listy_z_iwo_jimy1

Nie brakuje tutaj rozmachu oraz scen batalistycznych, jednak jest on bardziej wyciszony, stonowany i oszczędniejszy, także od strony wizualnej. Reżyser zaskakuje tym bardziej, że udaje mu się nie tylko odtworzyć prawdopodobny przebieg wydarzeń, ale rekonstruuje także mentalność indoktrynowanych Japończyków, dla których honor jest najważniejszy, a śmierć dla cesarza niemal zaszczytem – nic dziwnego, że Japończycy byli tacy zdeterminowani. W całość jeszcze są wplecione retrospektywy, pokazujące ich bliskich oraz trudne decyzje (Shimizu, który został zesłany za to, że… nie zabił psa), pozbawione sensu oraz logiki („honorowe” samobójstwa). Nie brakuje tutaj napięcia, bohaterowie wydaja się czymś więcej niż tylko jedną cechą wybijająca się czy nośnikiem jakiejś idei. Znowu jest to znakomicie zrealizowane (mroczne zdjęcia – spora część wydarzeń toczy się w tunelach, solidny montaż i bardzo dobre dialogi, a także muzyka niewybijająca się) i przypomina się starą prawdę – wróg po bliższym poznaniu przestaje być wrogiem.

listy_z_iwo_jimy2

W samym filmie, gdzie dialogów w języku angielskim jest śladowa ilość, świetnie sprawdza się japońska obsada. Nie sposób nie docenić Kena Watanabe, który znakomicie się sprawdził w roli generała Kuribayashiego. Widać, że to odpowiedzialny dowódca, którego metody nie do końca zyskują akceptację jego podwładnych (nie buduje okopów na plaży, stara się utrzymywać żołnierzy przy życiu zamiast robić harakiri), znając troszkę podejście Amerykanów. Drugim istotnym bohaterem jest szeregowiec Saigo (Kazunari Ninomiya), traktujący nowego dowódcę niemal jak bohatera, zachowując też zdrowy rozsądek. Postać ta (zmyślona) to typowy wojak, nie chcący umierać za swoją ojczyznę. Te dwie postaci zapadają najbardziej w pamięć, ale drugi plan też jest bardzo ciekawy z Ryo Kaze (Shimizu) oraz Tsuyoshi Iharą (pułkownik Nishi) na czele.

listy_z_iwo_jimy3

Kto by się spodziewał takiej dojrzałości oraz wrażliwości po takim amerykańskim twardzielu jak Clint Eastwood? Na pewno nie ja, ale ciągle zaskakuje mnie ten reżyser. Powiem tylko tyle: bardzo dobry film, nie tylko dla miłośników wojennych opowieści.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda

Sztandar chwały

Bitwa o Iwo Jimę była jedną z najważniejszych potyczek na froncie Pacyfiku podczas II wojny światowej. Była tak ważna, że Clint Eastwood postanowił o niej opowiedzieć w dwóch filmach, pokazując starcie z perspektywy obydwu stron walczących. „Sztandar chwały” jest opowieścią od strony Amerykanów, a dokładnie relacją świadków, z którymi rozmawiał syn jednego z wojaków, sanitariusza Johna Bradleya. Kojarzycie to zdjęcie?

iwo_jima

Tak, Bradley był jednym z żołnierzy wnoszących ten sztandar. I to o nich opowiada ten film. A dokładniej mamy tutaj dwa wątki, które przeplatają się ze sobą. Pierwszy to wojenne starcia o japońską wyspę. Te fragmenty mocno przypominają to, co znamy choćby z „Szeregowca Ryana” (brudne, stonowane zdjęcia, ujęcia z ręki nadające niemal reporterski charakter oraz wielki rozmach). To potęguje ponury klimat, jednak niczym nowym tutaj nie zaskakuje. Drugi wątek związany jest z tymi, co wnieśli sztandar na szczyt. Zostali oni wycofani z wojny i wykorzystani przez rząd, by zebrać bony wojenne. Cyniczne działania polityków (cel propagandowy) są tutaj mocno piętnowane oraz stanowią znacznie ciekawszą historię niż wojenne batalie.

sztandar_chwaly1

Obydwie te opowieści przeplatają się ze sobą, co budzi pewien chaos oraz zgrzyt, przez co nie zawsze działa to tak silnie, jakby tego chcieli twórcy. Nie udało się też uniknąć patosu (końcówka jest naprawdę słaba i bardzo amerykańska), jednak nie wywołuje to aż takich wymiotów, jak wielu by się tego spodziewało. Efekt jednak jest naprawdę dobry i udaje się pokazać wojenny bezsens i absurd wojny (kiedy jeden z wojaków wpada do wody, żaden statek nie zawraca po niego czy przenoszenie kabla telefonicznego na szczyt), a także jej destrukcyjną siłę. Niby to już znamy, ale zawsze warto to przypomnieć.

sztandar_chwaly2

Eastwood postawił tutaj na młodych aktorów w rolach głównych i rzeczywiście udało się stworzyć mocny skład. Pozytywnie zaskakuje tutaj Ryan Philippe jako sanitariusz Bradley, który niespodziewanie dla siebie zostaje uznany za bohatera, mimo iż wiele razy nie udało mu się uratować kolegów ze szponów śmierci. Także Jesse Bradford (szeregowy Gagnon) bardzo dobrze sobie poradził z rolą bohatera mimo woli (był tak naprawdę gońcem), żyjącego w blasku reflektorów. Ale tak naprawdę błyszczy tutaj Adam Beach (Indianin Ira Hayes), który nie radzi sobie z wojennymi wspomnieniami, topiąc je w alkoholu. W dodatku jako Indianin jest traktowany obco. Poza nimi jest jeszcze solidny drugi plan z Barrym Pepperem (sierżant Mike Strand), Jamie Bellem („Iggy”) czy Paulem Walkerem (Hank).

sztandar_chwaly3

Eastwood tym razem poszedł na wojnę i parę razy mocno zapunktował. Bywa troszkę patosu (jednak bardziej podszyty cynizmem), ale pokazuje tutaj jak mocną siłą jest tutaj mit. Perspektywa japońska wydaje się jednak ciekawsza, ale Clint poniżej przyzwoitego poziomu nie schodzi.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiam_Eastwooda