Palacz zwłok

Rok 1938. Karel Kopfrkingl jest pracownikiem krematorium, ma piękną żonę i dwójkę dzieci. Poza tym kocha muzykę klasyczną, dba o czystość i higienę. Jego dość spokojne życie ulega zmianom, gdy zbliżają się do kraju naziści. Pod ich pływem powoli staje się jednym z nich – najpierw zdradza swój naród, przyjmuje ideologię hitlerowców, w końcu popełnia morderstwo.

palacz3

Ladislav Fuks uważany jest za jednego z najwybitniejszych pisarzy czechosłowackich, tworzących nietypowe horrory, pełne groteski i mieszania z innymi gatunkami. Parę razy był przenoszony na ekran, zaś za najsłynniejszą adaptację uchodzi „Palacz zwłok” Juraja Herza. Reżyser ubrał historię konformisty w stylistyką kina grozy oraz niemieckiego ekspresjonizmu, bardzo zgrabnie operując czarno-białą taśmą, co w wielu scenach (wizyta w muzeum figur woskowych czy wygląd krematorium) robi naprawdę mocne wrażenie. O pewnej ręce reżysera już świadczy sam początek, gdzie za pomocą szybkiego montażu kontrastuje wygląda Karela (zbliżenia na fragmenty jego twarzy) i zwierząt z zoo, a także w momentach, gdy płynnie przenosimy się z miejsca na miejsce (z koncertu w gminie żydowskiej do spotkania z inżynierem Reinke).

palacz1

Jednocześnie reżyser próbuje wejść w psychikę bohatera, w którym zachodzi przemiana ze spokojnego i szarego obywatela w volksdeutscha i kapusia, zapalczywego wyznawcę ideologii nazistowskiej, którą widzi także w myślach Tybetu. To potrafi zatkać, jednak samego stricte straszenia, krwi nie ma tutaj zbyt wiele (końcówka, gdy bohater morduje swoją rodzinę, by ją ocalić), bo przeraża tutaj człowiek. Ale samo przesłanie jest dość oczywiste, a sam film (poza drugą połową) mnie nie zaangażował. W dodatku jest parę znaków zapytania – dla mnie największym pozostaje tajemnicza kobieta w czerni, z długimi włosami, nawiedzająca parę razy Karela.

palacz2

Jeśli zaś chodzi o obsadę, tak naprawdę liczy się tu jedna osoba – Rudolf Hrusinsky. Aktor znany mi z roli dobrego wojaka Szwejka magnetyzuje i tworzy dość nietypową rolę. To oczami Karela widzimy świat oraz niebezpieczną przemianę. Jednak nie jest to psychopata, z przerażającym śmiechem czy groteskowym wyrazem twarzy. Jest zawsze elegancko ubrany, zawsze uśmiechnięty i dbający o siebie (ten grzebień), opanowany człowiek. Na początku można go potraktować jako dziwaka, jednak potem widzimy jego obsesję na punkcie krematoriów oraz ocalenia ludzkości za pomocą pieca. Zaś w momencie, gdy widzimy go rozmawiającego z mnichem tybetańskim, który widzi w nim nowego Buddę – widzimy już całkowity obłęd.

Mimo paru wad, „Palacz zwłok” to klimatyczne (te zdjęcia, ten montaż, ta chóralna muzyka), ale na pewno nie łatwe kino. Raczej na więcej niż jeden raz.

7/10

Radosław Ostrowski


Tacy byliśmy

Poznali się całkiem przypadkowo w Nowym Jorku. On miał talent literacki, na była zaangażowana politycznie. Po ośmiu latach znów się spotykają i wiążą się ze sobą na dużej, choć nie jest to takie łatwe i nie tylko z powodu różnic charakterów.

tacy_bylismy1

Kino lubi filmy o miłości. Ileż to powstało  (i powstaje)  tytułów opowiadających o tym uczuciu. Trochę mniej znaną opowieścią jest film Sydneya Pollacka z 1973 r. Niby jest to jedna z wielu opowieści o miłości, rozczarowaniach oraz zderzeniu charakterów, które łączy tak wiele, mimo dość sporych różnic. Jednocześnie Pollack mocno buduje tło wydarzeń (lata 40.) od śmierci prezydenta Rossevelta do „czarnej listy” Hollywood. Polityka bardziej lub mniej towarzyszy naszym bohaterom, wywołując między nimi spore napięcia, doprowadzając do rozstań, powrotów,w końcu ostatecznego odejścia. Nie brakuje tutaj smutki i goryczy, trudnych wyborów oraz kompromisów, na które żadne z nich nie podejrzewało się. I pod tym względem to bardzo ciekawe i nietypowe kino, jak na melodramat.

tacy_bylismy2

A całość uwiarygadniają aktorzy. Fantastyczna jest Barbra Streisand. Jest tak zaangażowana i tak emocjonalna, że w jej miłość po prostu się wierzy w ciemno. Jak kocha, to na całego i w sprawach politycznych jest strasznie poważna. Równie przekonujący Robert Redford z kolei jest bardziej stonowany, oszczędny w środkach i bardziej stoi przy ziemi. Jest trochę niepewny swojego talentu. Oboje wypadli naprawdę fantastycznie i dzięki film ten film ogląda się bardzo przyjemnie, zaś bogaty drugi (m.in. Patrick O’Neal w roli reżysera Bissingera czy Bradford Dillman jako J.J. – przyjaciel Hubbarda) uatrakcyjnia ten tytuł.

Trochę już zapomniany, ale absolutnie warty uwagi film Pollacka. Eleganckie love story.

8/10

Radosław Ostrowski

Stąd do wieczności

Rok 1941, Hawaje. Jeszcze Amerykanie nie uczestniczą w wojnie. Do jednostki zgłasza się szeregowy Robert Prewitt. Mężczyzna kiedyś był dobrym bokserem i dowódca jednostki chce go zmusić do udziału w turnieju bokserskim. Mężczyzna się nie zgadza i dlatego jest szykanowany przez resztę kompanii.

wiecznosc2

Fred Zinnemann najbardziej znany jest głównie dzięki westernowi „W samo południe” czy thrillerowi „Dzień szakala”, jednak adaptacja powieści Jamesa Jonesa przyniosła mu rozgłos i sławę. Tutaj jednak mamy mieszankę melodramatu, dramat i filmu wojennego (choć sama wojna pojawia się dopiero pod koniec). To też pierwsza produkcja dość negatywnie pokazująca wojsko – miejsce, gdzie niepokornych próbuje się złamać na kilka sposób – kary, dyżury poza kolejnością, prace w kuchni, rzadkie wydawanie przepustek. „Tu nie liczy się jednostka. To jest gra zespołowa. Jednak nawet w tym świecie obowiązuje dyscyplina, regulamin, a nawet coś, co można nazwać przyjaźnią. A jeśli pojawi się kobieta? Cóż, wtedy robi się trudniej, a miejsca na miłość po prostu nie ma, jest z góry skazana na przegraną. Naprawdę gorzki film, ale mimo upływu lat nadal poruszający. Realizacja robi wrażenie, od pracy kamery, wyrazistych bohaterów przez trochę melodramatyczną muzykę aż po bardzo dobre dialogi. Wyszedł z tego elegancki, ale gorzki film.

wiecznosc1

W dodatku całość zagrana jest na naprawdę wysokim poziomie. Montgomery Clift jako niepokorny szeregowy jest po prostu znakomity. Ten facet próbuje być wierny swoim zasadom, co nie podoba się jego kolegom oraz dowódcy. Silny charakter, który mimo wszystkiego jest lojalny wobec armii. Drugą taką silną postacią jest sierżant Warden (świetny Burt Lancaster), który tak naprawdę trzyma wszystko w garści i sprawia wrażenie obojętnego faceta, nie pozwala sobie na emocje i gardzi oficerami. Ale kiedy wplątuje się w romans z żoną dowódcy, wszystko się komplikuje. No i trzeci do pary, czyli szeregowy Maggio (Frank Sinatra) – dowcipny, lekko szarmancki luzak jako jedyny wspierający Previtta. Wnosi on odrobinkę humoru, choć cierpkiego. No i jeszcze są dwie panie: Deborah Kerr (znudzona Karen Holmes) oraz Donna Reed (Alma „Lorene” Burke – marząca o wyrwaniu się dziewczyna z klubu) – obie piękne i pełnokrwiste.

Zinnemann pozostał w formie, tworząc jeden z najbardziej poruszających filmów w historii kina. Bardzo życiowe to dzieło.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Krwawy diament

Lata 90. W Sierra Leone trwa wojna domowa, zaś przedmiotem walk są surowce naturalne. Przypadkowo zostaje w to wplątany rybak Solomon Vandy, który siłą zostaje zmuszony do pracy przy wydobywaniu diamentów, a jego rodzinę rozdzielono. I wtedy pojawia się koło niego przemytnik diamentów Danny Archer, który obiecuje mu pomóc w odnalezieniu rodziny w zamian za diament, który znalazł Vandy i gdzieś ukrył. Razem z nim jest jeszcze dziennikarka Maddy Bowen.

diament1

Kino rozrywkowe, które próbuje przemycić ważnie i poważne treści? To trudne zadanie, wręcz niewykonalne. Jednak Edward Zwick nie boi się ryzykować i w konwencji kina sensacyjnego pokazuje rzeczywistość Afryki, wykorzystywanej przez białych do grabienia i łupienia. W podobny sposób próbował opowiadać „Wierny ogrodnik”, gdzie Afryka była dużym laboratorium dla koncernów farmaceutycznych, jednak tutaj chodzi diamenty z regionów ogarniętych wojną domową, na której zarabiają biali. Rebelianci zmuszający dzieciaków do walki (znany temat choćby z „Wiedźmy wojny”), podtrzymywanie wojny, by na niej zarabiać, równie chciwi najemnicy – mocne tematy, które można było bardziej pogłębić, zamiast okraszać strzelaninami i wybuchami (efektownymi, mocnymi i nie pozbawionymi bardzo realistycznej przemocy). A jednak to wszystko zaskakująco dobrze działa, zaś wyprawa po diament okaże się drogą przez zapomniany przez Boga kontynent. Piękne plenery zmieszane z surową realizacją robią mocne wrażenie, zaś bohaterowie są ludźmi z krwi i kości. Można się przyczepić do łzawego finału, ale i tak wyszedł z tego ciekawy film.

diament2

Również aktorstwo trzyma więcej niż solidny poziom. Świetnie wypadł Leonardo DiCaprio w roli przemytnika Archera. Cyniczny cwaniak, któremu zależy tylko na forsie i diamentach, choć okazuje się zdolnym do poświęcenia, zaś to jak mówi ten facet zasługuje na uznanie (akcent południowoafrykański jest naprawdę trudny). Równie mocna jest Jennifer Connelly, czyli piękna dziennikarka, która wygłasza najmocniejsze zdania na temat sytuacji w Afryce. Nie jest słodką, naiwną reporterką, raczej osobą potrzebującą odrobiny adrenaliny. No i w końcu – last but not least – Djimon Hounsou, czyli prosty (ale nie głupi) Solomon rozdarty między potrzebą znalezienia rodziny, a szukaniem diamentu. Mocna, choć prosta postać.

diament3

Zwick z jednej strony tworzy dynamiczne i mocne kino akcji, z drugiej pokazuje Afrykę jako bardzo niebezpieczne i niestabilne miejsce. I wyszło z tego naprawdę dobre kino, choć lekko hollywoodzkie.

7/10

Radosław Ostrowski

Okruchy dnia

Rok 1958. James Stevens jest kamerdynerem pracujący w rezydencji Darlington Hall. Po śmierci poprzedniego właściciela, lorda Darlingtona, lokaj teraz służy byłemu amerykańskiemu kongresmenowi Lewisowi. Ten daje swojemu służącemu wolne, które zamierza wykorzystać, by wyjechać na wschód kraju, by spotkać się z byłą gospodynią domu, panią Kenton.

okruchy1

Kino historyczne/kostiumowe było domeną Jamesa Ivory’ego – Amerykanina zakochanego w brytyjskiej literaturze i kulturze. Przenosząc na ekran powieść Kazuo Ishiguro, z jednej strony odtwarza realia życia na dworze w latach 30. XX wieku, a jednocześnie opowiada historię miłości dwojga ludzi, którzy nigdy jej sobie nie wyznali. Dwutorowość fabuły (podróż Stevensa przeplata się ze wspomnieniami z czasów świetności dworu) bardzo uatrakcyjnia ten film, choć sprawia on wrażenia nudnego, spokojnego, choć bardzo eleganckiego. Ale to tylko pozory, moi drodzy. Bo emocje, które nie są wypowiedziane, są bardzo namacalne i widoczne, pokazane drobnym spojrzeniem, przerwanym słowem. Ivory jest bardzo wnikliwym obserwatorem, zaś realizacja jest po prostu perfekcyjna – zdjęcia, montaż, muzyka, scenografia, kostiumy, nawet dźwięk są nierozerwalną częścią tego filmu. Takie filmy po prostu się ogląda i ogląda, i ogląda. I zachwyca, nie potrafię tego opisać słowami. Ale jest to też pewna refleksja nad człowiekiem, który idzie zgodnie z rytmem czasu i dąży do perfekcji w swojej profesji (tutaj: idealnego kamerdynera).

Także aktorstwo jest tutaj znakomite i nie chodzi mi tu tylko o główne role, ale nawet o epizody, na co rzadko się zwraca uwagę. Początkowo Anthony Hopkins może sprawiać wrażenie nie pasującego do roli kamerdynera, ale po raz kolejny ten aktor pokazał geniusz. Stevens w jego wykonaniu to perfekcjonista w swoim fachu, który nie zwraca uwagę ani na poglądy czy przekonania swoich pracodawców, tylko stara się wykonywać swoją pracę jak najlepiej. Dlatego nie wypowiada się na tematy polityczne, gospodarcze czy społeczne. Tłumi w sobie wszelkie emocje (najbardziej wylewny staje się, gdy upuszcza butelkę wina), ale oczy „mówią” co innego. To samo powiem na temat Emmy Thompson, która też wspina się na wyżyny swojego talentu jako gospodyni, która wzbudza większą sympatię. Oboje grają koncertowo, ale poza nimi wybijają się równie przedni James Fox (lord Darlington, sympatyzujący z Niemcami), Christopher Reeve (kongresmen Lewis) czy Hugh Grant (dziennikarz Cardinal). Ról zapadających w pamięć jest dużo więcej, ale nie jestem w stanie wszystkich wymienić.

okruchy2

Poruszające i głębokie kino o zabarwieniu obyczajowym. Dawno nie widziałem czegoś tak wyjątkowego i znakomitego. Jeśli ktoś uważa się za kinomana i szuka ambitnego repertuaru, „Okruchy dnia” spełnią jego wymagania.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Intryga rodzinna

Julia Rainbird jest bogatą kobietą. Prosi o pomoc jasnowidzkę Blanche Tyler. Jej zadaniem jest znalezienie nieślubnego syna jej siostry, która 40 lat temu oddała go innym ludziom. Nie wie jednak, że jasnowidzka jest oszustką. W tym samym czasie pewien jubiler Arthur Adamson ze swoją wspólniczką okradają pewnego bogatego magnata.

intryga1

Alfred Hitchcock po obrzydliwym „Szale” tym razem się uspokoił i postawił na klasyczną intrygę kryminalną. Początek wydaje się dość chaotyczny, bo mamy przeskok z jednego wątku na drugi. Jedno jest pewne: obydwa te wątki będą musiały się spotkać ze sobą. Intryga kryminalna jest tutaj zgrabnie poprowadzona – tajemnica, zniknięcie, mistyfikacja, kradzież, morderstwo. Czyli te wątki, które są dla Hitcha bardzo rozpoznawalne. Nie brakuje też odrobiny humoru reżysera, a kilka scen (jazda samochodem z uszkodzonymi hamulcami czy finał) potrafi trzymać w napięciu. Samo rozwiązanie jest satysfakcjonujące, choć raczej oczywiste do przewidzenia. Mimo to realizacja zasługuje na uznanie, scenariusz jest więcej niż solidny (choć jest tu sporo zbiegów okoliczności), a sam film, choć ostatni w dorobku mistrza jest godnym pożegnaniem z kinem.

Siłą napędową też jest tu naprawdę dobre aktorstwo. Najbardziej błyszczy Barbara Harris jako pseudo-jasnowidz, który jest przede wszystkim pazerny na kasę. Jednak w tym przypadku, chyba trafiła kosa na kamień. Partneruje jej świetny Bruce Dern jako taksówkarz, który udaje detektywa. I gdy zbiera informacje, jest naprawdę przekonujący. Poza tą dwójka jest jeszcze jeden duet graczy: William Devane (Arthur Adamson – opanowany, konsekwentny złodziej) i niedawno zmarła Karen Black (Fran – piękna, lojalna i posłuszna, kochanka idealna), który równie trzymają poziom i fason.

intryga2

Ostatni film, ale w tym przypadku nie oznacza to gorszego czy słabego kina. Mistrz trzyma poziom i po prostu zrobił swoje.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Szał

W Londynie działa seryjny morderca, który gwałci i dusi kobiety krawatem. O popełnienie tej zbrodni przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności zostaje oskarżony Richard Blaney – stracił pracę, bywał agresywny, a ostatnią ofiarą dusiciela jest jego była żona. Mężczyzna musi udowodnić swoją winę, co nie będzie łatwe.

szal1

Alfred Hitchcock tym filmem wraca do dwóch rzeczy: Anglii oraz schematu, gdzie niewinny człowiek zostaje wrobiony w morderstwo. Jednak tym razem reżyser połączył siły z wybitnym dramaturgiem Anthonym Shafferem i razem stworzyli naprawdę pasjonujący film. Niby po 30 minutach wiemy kto jest sprawcą, ale cała intryga jest tak precyzyjnie budowana, że nie ma tu mowy o nudzie. Emocje trzymają zenitu w wielu scenach (usunięcie poszlaki z ciała ofiary przez mordercę), nie brakuje tu specyficznego humoru (świetne dialogi czy sceny, gdy inspektor je gotowaną przez żonę kuchnię francuską), prowadzącego do mocnego, choć oczekiwanego finału. Jak zwykle zwracamy uwagę na detale, mamy tutaj silniej pokazaną przemoc (duszenie naprawdę wygląda obrzydliwie) oraz większą ilość krwi – elegancja zostaje złamana, zaś atmosfera robi się naprawdę duszna i przypominająca czarne kryminały (wyalienowany bohater, miasto, gdzie nikomu nie można do końca ufać). Dzieje się tu sporo.

szal2

Poza mocną ręką reżysera oraz naprawdę fantastycznym scenariuszem, swoje dodają też aktorzy, którzy wypadają bardzo dobrze w swoich rolach. Najbardziej kibicujemy Blaneyowi granemu przez Jona Fincha. To zgorzkniały, rozczarowany i wyalienowany facet, który z szarego obywatela staje się głównym podejrzanym. Jego walka jest trudna, bo nikt mu nie wierzy. Jednak cały film ukradły tu dwie osoby: Barry Foster (Bob Rusk – współczesny Kuba Rozpruwacz, który nie potrafi opanować swoich seksualnych żądz) oraz Alec McCowen (inspektor Oxford, dociekliwy śledczy, a jego rozmowy z żoną -rozbrajająca Vivien Merchant – przy stole to mieszanka wybuchowego żartu). Z kolei panie nie zostają w cieniu panów. Anna Massey (kelnerka Barbara Mulligan) i Barbara Leigh-Hunt (Brenda Blachey) wypadają bardzo dobrze, tworząc wyraziste postacie.

„Szał” to ostatni film Hitcha uważany za arcydzieło. Z jednej strony mamy wszystkie znaki rozpoznawcze, ale też po raz pierwszy mamy tak brutalny film w dorobku tego reżysera. Znakomite kino.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Topaz

Rok 1962, czas kryzysu kubańskiego. Zastępca szefa KGB Borys Kusenov przechodzi na stronę Amerykanów, przekazując im informacje o działalności Sowietów na Kubie. Jednak Amerykanie proszą o pomoc wywiad francuski, a konkretniej agenta Andre Devereux. Mężczyzna przybywa na Kubę, a po akcji dowiaduje się, że we francuskim wywiadzie działa siatka pracująca dla Sowietów.

Alfred Hitchcock znów w klimatach szpiegowskich, a nawet politycznych. Mimo, że fabuła jest dość skomplikowana (pozornie) i dzieje się w wielu miejscach (Dania, USA, Kuba, Francja), to jest to najnudniejszy film w dorobku Hitchcocka. Trochę „Topaz” przypominał powieści le Carre pod względem klimatu czy atmosfery, ale napięcia tutaj nie ma zbyt wiele (może poza zakończeniem). Realizacja jest porządna, aktorstwo przyzwoite (zwłaszcza Fredericka Stafforda i Johna Forsythe’a), ale jednak „Topaz” zwyczajnie mnie nie zaangażował, choć realia czasów kryzysu kubańskiego są interesującym wycinkiem historii. Trochę szkoda.

6/10

Radosław Ostrowski

Rozdarta kurtyna

Michael Armstrong jest amerykańskim fizykiem jądrowym, który razem ze swoją narzeczoną Sarą Sherman przybywa do Kopenhagi na sympozjum naukowe. Na miejscu mężczyzna wyznaje, że musi pojechać do Sztokholmu. Kobieta go śledzi i razem trafiają do NRD, gdzie mężczyzna przechodzi na stronę wroga. A w rzeczywistości profesor jest szpiegiem, która ma zadanie kradzieży wiedzy pewnego naukowca.

kurtyna1

Alfred Hitchcock po „Marnie”, która dla mnie była popłuczynami po „Psychozie”, tym razem wraca do konwencji filmu szpiegowskiego. Więc jest tutaj skomplikowana intryga, gdzie wiele rzeczy ulega ciągłej zmianie, suspens jest namacalny (ucieczka autobusem), choć parę tricków jesteśmy w stanie rozgryźć dość szybko. Niemniej udało się parę razy zaskoczyć, zaś pokazanie (dość powierzchowne) życia po drugiej stronie żelaznej kurtyny potęguje klimat obcości i alienacji (część dialogów w języku niemieckim). Ale jak to wszystko trzyma w napięciu, choć początek jest dość spokojny i stonowany. Trochę mi nie pasowała za to muzyka, która brzmiała zbyt łagodnie i delikatnie, trochę nie pasując do konwencji. Za to porządny scenariusz, niezłe dialogi oraz jak zawsze solidna realizacja powodują, że dobrze ogląda się ten film.

kurtyna2

Także od strony aktorskiej jest progres po średnim poprzedniku. Tutaj wszystko trzyma się dzięki duetowi Paul Newman/Julie Andrews. Oboje są czarujący i pięknie wyglądają, ale poza tym pasują do ról szpiega oraz nieświadomej jego działalności narzeczonej. Za to drugi plan jest dość bogaty i nie brakuje tutaj kilku małych perełek jak Ludwig Donath (profesor Lindt), Wolfgang Kiering (antypatyczny ubek Gromek) czy rozbrajająca Lila Kedrova (hrabina Kuchińska). Jest tego więcej, ale to pozostawiam wam do delektowania.

Ten film jest powrotem Hitcha do dobrej formy i potwierdzeniem, że jeszcze się nie wypalił.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Marnie

Marnie Edgar jest nałogową złodziejką, która zatrudnia się jako sekretarka pod innym nazwiskiem i okrada swoich szefów. Teraz postanawia dobrać się do Marka Ruthlanda, który nie daje się nabrać. Zatrudnia ją, obserwuje, w końcu bierze z nią ślub, by rozwiązać jej tajemnicę oraz dość dziwne zachowanie.

marnie1

„Marnie” brzmi i trochę wygląda jak „Psychoza”, tylko w wersji żeńskiej. I nie jest to skojarzenie chybione, bo tutaj też jest bardziej skupienie na psychice bohaterki oraz tajemnicy (reakcja na czerwień, męski dotyk i burze). To jest dla reżysera istotniejsze niż kryminalna intryga, która tym razem nie powala, choć powinna. To wszystko jest jakieś sztuczne, na granicy przerysowania i po raz pierwszy od bardzo dawna czułem kompletne znużenie i obojętność wobec tego, co się działo na ekranie. A działo się tam wiele, nawet rozwiązanie całej łamigłówki wydawało się dość oczywiste. Realizacyjnie nie ma się tu czego przyczepić, jednak sama realizacja to trochę za mało, by przykuć uwagę na dłużej.

marnie2

 

Bo sama fabuła nie powaliła na kolana, w dodatku zagrane jest to tak sobie. Tippi Hendren jako Marnie wypadła całkiem nieźle, ale w scenach ataków wydawała mi się przerysowana i sztuczna, wręcz manieryczna. Trochę lepszy był Sean Connery – pomysłowy, przewidujący i inteligentny facet. Najpierw obserwuje Marnie, zakochuje się w niej, w końcu to on rozwiązuje tajemnicę jej przeszłości (mroczna sprawa z dzieciństwa).

Cóż, zdarzało się, że nawet najlepsi popełniali błędy. „Marnie” jest takim potknięciem Hitchcocka. Czyżby jego najlepsze lata były już za nim?

5/10

Radosław Ostrowski