Wiele razy słyszało się, że życie pisze niezwykłe scenariusze. Niektóre są wręcz trudne do uwierzenia, a nawet szokujące czy przerażające. Taka historia wydarzyła się jesienią 1972 roku, kiedy urugwajski samolot pasażerski rozbił się w Andach. Wśród pasażerów byli zawodnicy lokalnej drużyny rugby, którzy mieli rozegrać mecz oraz kilku członków rodzin. Łącznie ponad 40 osób, wliczając w to także członków załogi. Wielu zginęło od razu, a ocalali mieli poważny dylemat. Wokół mróz, żywności tyle, ile się znajduje w plecakach, żadnych leków, dookoła same góry. Jedynym bezpiecznym miejscem wydaje się wrak samolotu. Tylko ile można czekać na pomoc, nie mając też żadnego dostępu do radia. Głód i śmierć zaczynają doskwierać, co zmusi wszystkich do trudnych oraz poważnych decyzji.

Już ta historia była pokazywana przez filmowców. W 1993 roku amerykański producent Frank Marshall nakręcił „Alive, dramat w Andach” z Ethanem Hawkiem w roli głównej na podstawie reportażu Piersa Paula Reida. 30 lat później opierając się na książce non-fiction dziennikarza Pablo Vierzi tą opowieść postanowił przedstawić dla Netflixa hiszpański reżyser Juan Antonio Bayona. Nie będę porównywał obydwu filmów, bo jednego z nich nie widziałem i byłoby to nie fair.
Początek to takie krótkie wprowadzenie i poznanie naszych bohaterów. A po jakiś 15 minutach wsiadamy w samolot i… dostajemy mocny strzał. Sama scena katastrofy jest gwałtowna, nagła oraz brutalna. Dalej jest jeszcze ciężej, mroczniej i wrogo. Można powiedzieć, że to klasyczne kino survivalowe, gdzie śmierć wydaje się tańczyć nad ocalałymi, czekając tylko na złapanie kolejnego partnera. Natura dawno nie była tak nieprzyjazna, choć wygląda majestatycznie pięknie. Stoi to mocno w kontrze do bardzo ciasnej przestrzeni rozbitego samolotu – niby bezpiecznego (względnie), ale także będącego pułapką. Reżyser zmienia nastrój i atmosferę niczym w rollercoasterze: od nadziei i wiary w ocalenie (zauważenie latającego samolotu, dotarcia do uszkodzonego ogona, zbudowanie radiostacji) aż po beznadzieję, smutek oraz bezsilność.

Do tego całego miksu zostaje jeszcze wrzucona kwestia kanibalizmu. A tak, bo by przetrwać katastrofę ocaleni zjadali martwe ciała. Co wywołuje dość mocny podział oraz konsternację – czy to jest moralne (wielu pasażerów to ludzie wierzący), czy w ogóle taki wariant powinien być brany pod uwagę. A jeśli tak, jak to zrobić, by nie doprowadzić do obłędu? Ten dylemat jest najmocniejszym wątkiem tego filmu i pozostaje na dłużej. Od razu może uprzedzę, ze Bayona nie bawi się w tanie szokowanie czy pokazywanie makabrycznego procesu krojenia „mięsa”. Niemniej samo przetrwanie pokazane jest w bardzo sugestywny sposób, ze szczególnym wskazaniem na oszczędną scenografię oraz kapitalną charakteryzację. Widzimy jak mocno zmieniają się twarze od zimna, wszelkiego rodzaju strupy, blizny, wszelkie pokazywanie zmian fizycznych na ciele. Kupuję to bez poważniejszych zastrzeżeń.

Jeszcze bardziej pozwala w tą opowieść wejść zaangażowanie kompletnie nieznanych aktorów, w większości debiutantów. Aczkolwiek tutaj jest to broń obosieczna. Problemem nie są jednak aktorzy, tylko skupienie się reżysera na bohaterze zbiorowym. Niby w centrum znajduje się tutaj Numa Turcatti (Enzo Vongrincic), pełniący tutaj rolę narratora, ale tylko on zostaje najlepiej zarysowaną postacią. Nawet bardziej wyraziści jak Roberto Canessa, Nando Parrado czy Adolfo Strauch pokazywani są poprzez ich działania i czyni niż ich myśli. Ale to być może jest cena tego, że mamy tu aż kilkanaście postaci i nie każdy został przeze mnie zapamiętany.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Śnieżne Bractwo” pozostaje mocnym dramatem survivalowo-katastroficznym. Bardzo namacalny, miejscami naturalistyczny i – jak w najlepszych tego typu produkcjach – zadaje pytanie: co ja bym zrobił/a w takiej sytuacji? A dla mnie to jest dużo.
7,5/10
Radosław Ostrowski
