Django

O Django wszyscy usłyszeli w 2012 roku, kiedy opowiedział o nim Quentin Tarantino. Problem w tym, że to nie była pierwsza historia o kowboju obdarzonym tym imieniem. Wszystko zaczęło się w 1966 roku dzięki mistrzowi spaghetti westernu. Niestety, nie był nim Sergio Leone, lecz będący troszkę w jego cieniu Sergio Corbucci. O dziwo, mimo lat bardzo dobrze się trzyma. Ale zacznijmy od początku.

django(1966)1

Kiedy poznajemy tytułowego bohatera idzie pieszo, ciągnąc za sobą trumnę. Kim jest, co jest w trumnie, czym się zajmuje?  – sprawa nie jest jasna. Zbliżając się do miasteczka trafia na grupę Meksykanów chłostających kobietę obyczajów lekkich. Ci zostają zastrzeleni przez zbliżających się z drugiej strony żołnierzy Konfederacji. Noszą oni czerwone maski na twarzach, ale nie oszukujmy się – to członkowie Ku Klux Klanu. I też bardzo zależy, żeby kobietę odesłać do krainy wiecznych łowów. A samo miasteczko jest opustoszałe, brzydkie oraz ubłocone. Jakby nikt tutaj nie mieszkał, jednak znajduje się saloon połączony z burdelem. Wkrótce Django wplątuje się w konflikt między Jankesami a Meksykanami.

django(1966)3

Jeśli historia budzi wam skojarzenia ze “Strażą przyboczną” czy “Za garść dolarów”, jest to właściwy kierunek. Nie jest to jednak kalka jeden do jeden, ze zmienionym tłem oraz postaciami. “Django” jest o wiele brudniejszy i brutalniejszy od filmów Kurosawy oraz Leone, główny bohater ma głębszą motywację działań, a nad wszystkim unosi się klimat kina klasy B. Reżyser jednak jest na tyle sprytny, że potrafi wykorzystać swoje karty: cięte dialogi, oszczędną scenografię, krwawą przemoc oraz świetną muzykę z niezapomnianym tematem przewodnim. Akcja prowadzona jest bardzo pewnie, z nerwem oraz napięciem, zaś bójka w saloonie, gdzie część scen widzimy z oczu wygląda świetnie. Wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie i kiedy wydaje się, że znamy finał, zostajemy od razu sprowadzeni do parteru. Ten gorzki oraz brudny klimat towarzyszy aż do ostatecznej konfrontacji na cmentarzu.

django(1966)2

Zagrane jest to naprawdę nieźle, ale najbardziej wybija się Franco Nero w roli tytułowej. Bohater ten wygląda niczym tańszy Clint Eastwood oraz troszkę bardziej rozmowny (ale tylko troszkę), ale tak samo sprytny i obojętny wobec reszty otoczenia. Niemniej tkwi w nim coś więcej, choć nie pokazuje tego zbyt często. Właśnie ta kreacja podnosi całość na wyższy poziom, dając masę energii dla tego filmu. Przypominając przy okazji, że spaghetti western to nie tylko Sergio Leone.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lepsze jutro II

Pamiętacie braci Kita i Ho? Jeden został policjantem, drugi bandytą i odsiaduje wyrok. Bracia znowu działają razem, ale tym razem sprawa jest o wiele poważniejsza. Policja interesuje się byłym gangsterem, a obecnie właścicielem stoczni z długami, którego podejrzewają o produkcję fałszywych dolarów. Obaj odkrywają, że za interesem stoi prawa ręka Lunga, pan Ko i chce przejąć jego interes, wcześniej likwidując go. Bracia decydują się pomóc przyjacielowi, ale czy będą w stanie wyjść bez szwanku.

lepsze jutro2-1

Rok po pierwszej części John Woo wraca do braterskiej sensacji. Tylko, czy jest to troszkę za szybko? Bo drugie “Lepsze jutro” wydaje się być filmem pozbawionym energii oraz dynamiki poprzednika. Rozumiem z czego to wynika, bo reżyser inaczej stawia akcenty. Wolniejsze tempo oraz wątek brata bliźniaka Marka, który prowadzi restaurację w Nowym Jorku, mogą wprawić w konsternację. Woo próbuje skupić się na intrydze i pare razy błądzi. Kiedy próbuje pogłębiać swoich bohaterów albo popada w śmieszność (wątek załamanego Lunga po śmierci córki odpycha przeszarżowaniem odtwórcy tej roli) albo jest zbędnym zapychaczem jak w przypadku żony Kita. Brakuje tutaj balansu, a wykorzystanie niektórych efektów specjalnych wywołuje śmiech politowania. I wygląda to po prostu kiepsko.

lepsze jutro2-2

Przez większość czasu “Lepsze jutro II” oglądałem z obojętnością, nawet mimo wrzuconej postaci Kena. Dzięki czemu trafiamy do Nowego Jorku, a obecność Chow Yun-Fata zaczyna dodawać wiele energii. Do tego momentu nawet strzelaniny wydają się jakieś takie mniej widowiskowe, przez co trzeba uzbroić się mocno w cierpliwość. Przez to zacząłem bardziej zauważać niedoskonałości oraz ograne klisze tego reżysera (nieskończona amunicja, niemal całkowita odporność na strzały).

lepsze jutro2-3

Wszystko się zmienia kiedy brat bliźniak Marka chwyta za broń i walczy z amerykańską mafią. Woo zaczyna szaleć, zaś klimat poprzednika powoli wraca na miejsce. Wisienką na torcie jest za to finałowa konfrontacja, gdzie trzech bohaterów walczy z wielokrotnie większymi siłami wroga. Wtedy w ruch idą pistolety, uzi, strzelby, pięści, a nawet granaty i… miecz samurajski. Może i jest to strasznie efekciarskie, za bardzo cool, ale ile to daje frajdy oraz adrenaliny. Właśnie ta kilkuminutowa sekwencja z równoległym montażem podnosi ocenę sequela. Względnie udanego, ale troszkę pozbawionego ikry oryginału.

7/10

Radosław Ostrowski

Lepsze jutro

Mark i Ho to dwaj gangsterzy pracujący dla Triady, realizując dla niej różne interesy. Głównym ich celem jest jednak fałszowanie dolarów. Młodszy brat Ho zostaje przyjęty do akademii policyjnej, nie znając jego działalności przestępczej. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy Ho wyrusza w interesach do Tajlandii. Cała akcja kończy się zdradą oraz aresztowaniem Ho, a także zabójstwem jego ojca. Od tej pory młodszy brat traktuje Ho jak wroga, mimo że tamten wychodzi z więzienia i próbuje zacząć uczciwe życie.

lepsze jutro1-1

John Woo zanim wyruszył podbijać Amerykę, w swojej ojczyźnie miał reputację mistrza kina akcji. Może I historie bywały proste, oparte na znajomych schematach oraz motywach z czarnego kryminału czy kina gangsterskiego. Braterstwo, lojalność, przyjaźń, zasady, próba wyrwania się z brutalnej i krwawej przeszłości. Brzmi to wszystko bardzo znajomo, ale wszystko zależy od tego, jak się opowie oraz zrealizuje dany film. W filmie z 1986 roku chiński reżyser stawia na styl oraz efekciarską rozwałkę. Jeszcze bez gołębi, za to ze slow-motion oraz niekończącą się ilością amunicji w magazynku. Gdzie trup ścieli się gęsto, adrenalina osiąga poziom powyżej normy, a szybki montaż nie wywołuje dezorientacji ani bólu głowy. Spokojnie, Woo jeszcze tutaj nie podkręca akcji do poziomu szaleństwa z czasów USA czy wczesnych lat 90.

lepsze jutro1-3

“Lepsze jutro” ma też chwile na złapanie oddechu oraz bliższe spojrzenie na bohaterów: dumnego, twardego Marka, skupionego na pracy Kita, chcącego wycofać się z interesu Ho oraz bardzo chciwego, twardo trzymającego się władzy Shenga. Każdy z nich liczy na tytułowe lepsze jutro, ale każdy z nich interpretuje je inaczej: władzę, pieniądze, uczciwość, przebaczenie. Wszystko to jest polane w krwawo-westernowo-gangsterskim sosie, gdzie nie brakuje zarówno napięcia (zamach na domniemanego zdrajcę, zasadzka), brawurowych strzelanin oraz pędzącej na złamanie karku akcji. A także odrobiny humoru, rozładowującego napięcie (przesłuchanie dziewczyny Kit, grającej na wiolonczeli).

lepsze jutro1-2

Jest to też bardzo dobrze zagrane, choć z tego grona najbardziej wybija się Chow Yun-Fat jako twardy i pełen dumy Mark, którego energia oraz lojalność jest równa ilości wystrzeliwanych nabojów. Ale pozostali aktorzy (skonfliktowani Lung Ti oraz Leslie Chung, a także Waise Lee) wypadają bardzo dobrze, nie ustępując kroku nawzajem. Jeśli jesteście fanami Johna Woo, już ten film obejrzeliście. Jeśli nie, może być świetnym początkiem do poznania chińskiego poety przemocy.

8/10

 

Radosław Ostrowski

21 mostów

Nowy Jork, późną nocą. Miasto zazwyczaj śpi, ale nocą budzą się bandyci i wtedy dochodzi do wielu zbrodni. Coś o tym wie detektyw Andre Davis, którego ojciec zginął jak był dzieckiem przez paru gnojów. Już jako dorosły poszedł w ślady ojca, tylko bardziej nie patyczkował się z ludźmi, co zabijali policjantów. I przez to ma na pieńku z wydziałem wewnętrznym, ale dostaje nową sprawę. Doszło do włamania, co skończyło się śmiercią kilku policjantów. Do śledztwa dołącza policjantka z narkotykowego, bo na miejscu zbrodni znaleziony kilkaset kilo koksu.

21 mostow1

Film Briana Kirka to niemal klasyczny w konstrukcji kryminał, skupiony na śledztwie. Sama narracja przebiega dwutorowo. Z jednej strony mamy policjanta z reputacją, przydzieloną tymczasowo partnerkę oraz dużą presję czasu. Z drugiej strony mamy dwóch przestępców, działających ewidentnie na czyjeś zlecenie. Nawet oni sami nie wiedzą w co się pakują, bo zlecenie staje się dla nich skomplikowane. Czemu dragów było więcej niż planowano? I skąd się wzięło tylu policjantów? Zasadzka? Ustawka? Czy jakieś brudne, policyjne akcje na boku? To będzie próbował ustalić Davis, ale to nie będzie proste. Reżyser bardzo powoli odkrywa element układanki, chociaż dla fanów gatunku nie będą niczym zaskakującym. Niemniej trudno “21 mostom” odmówić klimatu przypominającego troszkę kino noir. Akcja osadzona niemal w nocy, jazzowa muzyka w tle, wiele ujęć na miejski krajobraz oraz powolne tempo.

21 mostow2

Nie oznacza to jednak, że twórcy rezygnują z pościgów czy strzelanin, bo tych nie brakuje. I są bardzo porządnie zrobione, lecz bez fajerwerków, służąc historii oraz budując napięcie. Wszystko jest bardzo przy ziemi, bez popisów pirotechnicznych, co sprawdza się bez zarzutu. Ale jest krwawo oraz z bluzgami.

21 mostow3

Aktorsko jest więcej niż okej, a każdy ma tutaj coś do roboty. Świetnie sprawdza się Chadwick Boseman jako Davis, który najpierw myśli, dopiero potem sięga po broń. Chociaż na początku mówi się nam zupełnie coś innego, a charyzma aktora sprawdza się tutaj bardzo dobrze. Równie wyrazisty jest duet bandytów w wykonaniu Taylora Kitscha oraz Stephana Jamesa, z czego ten drugi wydaje się bardziej opanowany i nie strzela do nikogo na ślepo. Chyba, że zostaje postawiony pod ścianą. Solidnie wspierają ich na dalszym planie Sienna Miller (detektyw Burns) oraz J.K. Simmons, nawet nie mając za wiele do roboty.

“21 mostów” ma wiele z klasycznego kryminału, a mimo schematów potrafi zaangażować i wciągnąć do samego, krwawego końca. Angaż Bosemana oraz producenckie wsparcie braci Russo zaprocentowało bardzo porządnym dreszczowcem w starym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Tyler Rake: Ocalenie

Tytułowy bohater to bardzo dobrze wyszkolony australijski najemnik. Bez rodziny, żyjący od zlecenia do zlecenia, bez perspektywy i stabilizacji. Teraz dostaje kolejne zadanie, które wydaje się proste: odbicie syna szefa hinduskiego kartelu narkotykowego. Został on porwany przez konkurenta z Bangladeszu, który trzyma w garści lokalne wojsko oraz policję. Łatwo nie będzie.

tyler rake1

Netflix kolejny raz próbuje zrobić wysokobudżetowy, efektowny film akcji. Nie szczędzą pieniędzy I ściągnęli do pomocy samych braci Russo. Niestety, ograniczyli się do roli producentów (także napisali komiksowy pierwowzór, na podstawie którego powstał ten film), a za kamerą stanął współpracujący z nimi kaskader Sam Hargrave. Po sukcesach “Johna Wicka” i “Atomic Blonde” ten trend nie powinien zaskakiwać, bo kto lepiej kuma kino akcji. Więc powiem to od razu: “Tyler Rake” to klasyczny akcyjniak ze schematyczną fabułą, ale pełen adrenaliny oraz kopa. Koncepcja jest prosta, znana choćby z “Człowieka w ogniu”, czyli jednoosobowa armia z mroczną, traumatyczną przeszłością, musi dojść z punktu A do punktu B. Ale droga nie może być łatwa i prosta, bo przeciwnik ma przewagę liczebną, zna lepiej teren, zaś Tyler jest tylko gościem na tej imprezie. A co będziemy mieli po drodze? Standardowy zestaw, czyli pościgi, krew, bluzgi, mordobicie oraz świszczące w każdym kierunku strzały. Bez żadnych głębszych prób psychologizowania postaci (to akurat wychodzi najsłabiej) czy poważnego spojrzenia na Indie czy Bangladesz.

tyler rake2

Liczy się za to akcja, a ta jest zrealizowana wręcz pierwszorzędnie. Najbardziej pamięta się ponad 10-minutowa scena pościgu oraz strzelaniny zrobiona w jednym ujęciu. Kamera dosłownie pędzi z bohaterami, każdy cios i strzał jest widoczny, czytelny oraz świetnie zrealizowany. Sama choreografia oraz kaskaderka stoi na wysokim poziomie, podnosząc adrenalinę niemal do ściany. I nie ważne czy mówimy o scenie wyciągnięcia chłopaka przez Rake’a z kryjówki, bójki z dawnym znajomym czy finałową strzelaninę na moście. To podnosi całość na troszkę wyższy poziom.

tyler rake3

Jeśli jednak chciałbym się do czegoś przyczepić, to do zbyt płytkiego zarysowania tła. Właściwie poza Rake’m oraz odbijanym przez niego chłopakiem, nikogo nie poznajemy zbyt dobrze. Reszta ekipy najemników (w tym szefowa Nik Khan) pełni role dodatku albo mięsa armatniego, antagoniści wydają się papierowi i nudni, zaś protagonista to “biały zbawca świata” o aparycji Chrisa Hemswortha (świetnie pasującego do tej roli).

Niemniej muszę przyznać, że jako bezpretensjonalna rozpierducha do obejrzenia z kumplami przy piwku “Tyler Rake” sprawdza się bez zarzutu. Pewnie po obejrzeniu od razu zapomnimy (może poza mastershotem), jednak czas przy nim spędzony nie jest stracony. Coś czuję, że będzie ciąg dalszy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Magical Girl

Troje bohaterów, trzy różne osobowości i jedno zdarzenie, które wywróci ich życie do góry nogami. Poznajmy ich troszkę bliżej. Luis jest bezrobotnym nauczycielem, samotnie wychowującym córkę. 12-latka choruje na białaczkę i jest wielką fanką japońskich animacji. Przypadkiem mężczyzna przegląda jej dziennik i odkrywa, że jednym z jej marzeń jest sukienka jednej z jej ulubionych postaci. Tylko, że kosztuje sporo pieniędzy, zaś brak pracy oraz sprzedawanie książek na wagę nie wystarczy. Tak poznaje cierpiącą na depresję Barbarę oraz – dużo później – byłego nauczyciela i skazańca Damiana.

magical girl1

“Magical Girl” to dziwaczna hybryda, którą trudno do czegoś porównać. Każdy akt pokazuje nam nową postać oraz jej tło, dzięki czemu mamy szansę każdego z tych bohaterów poznać bliżej. A kiedy wydaje się, że znamy kierunek całej historii, reżyser okazuje się sprytniejszy i wpuszcza w maliny. Spodziewamy się jakiegoś dramatu o człowieku postawionym pod ścianą, desperacko pragnącym uszczęśliwić swoje dziecko, walczącej z depresją kobietą oraz jej bogatym mężu-psychiatrze oraz byłego skazańca, wracającego do społeczeństwa. Z każdą kolejną minutą oraz decyzjami bohaterów odkrywamy zupełnie inne oblicze i kolejne element układanki. Szantaż, morderstwo, krytyka społeczeństwa kryzysu ekonomiczno-politycznego, tajemniczy mężczyzna na wózku, podziemna prostytucja – nie wszystko jest nam pokazane wprost, ale potrafi on zaintrygować i wielokrotnie zaskakuje.

magical girl2

Niby wygląda to jak prawdziwy świat, lecz nie można pozbyć się wrażenia pewnej pulpowości, umowności świata. Świata, gdzie jedno zdarzenie uruchamia całą lawinę wydarzeń. Czuć to mocno w dialogach, niepozbawionych błyskotliwości, jak i masie niedopowiedzeń (tajemnicza więź między Barbarą a Damianem oraz ich przeszłość). Wiele wydarzeń dzieje się poza kadrem, przez co nie zawsze mamy pole do rozwiązania zagadki. Wszystko zrobione w arthouse’owym stylu, czyli z długimi ujęciami, zaskakująco stonowaną kolorystyką oraz dość brutalnym, przewrotnym zakończeniem. Tylko, że to ostatnie nie dało mi zbyt wiele satysfakcji, nawet jeśli jest to celowa zagrywka.

magical girl3

“Magiczna dziewczyna” ma w sobie wiele uroku, ale i kilka niejasnych tajemnic. Czuć tu inspirację Inarritu, Coenami i nawet Almodovarem, jednak z tej sklejki powstaje intrygujący film ze świetną obsadą oraz zmuszający do samodzielnego układania. Nawet jeśli nie mamy wszystkich puzzli.

7/10

Radosław Ostrowski

Labirynt

Sarah jest nastolatką, która żyje w świecie baśni i fantazji. W tym sensie, że czyta wiele takich książek oraz ma masę zabawek – mentalnie jakby nadal była dzieckiem. Rodzice proszą ją o opiekę nad dużo młodszym bratem, a oni wyjdą na miasto. Problem w tym, że płacz Toby’ego doprowadza dziewczynę do szału, przez co dzieciak zostaje – za pomocą jej słów –  zabrany przez Króla Goblinów i trafia do jego zamku. By go odzyskać Sarah ma 13 godzin, by przebić się do zamku przez labirynt.

labirynt (1986)1

Dla wielu widzów Jim Henson to przede wszystkim twórca kultowych Muppetów, ale w swoim dorobku ma dwa filmy fabularne w klimacie fantasy. Obydwa w dniu premiery nie zostały zbyt ciepło odebrane, ale osiągnęły status dzieł kultowych. “Labirynt” nie jest aż tak mroczny jak “Ciemny kryształ”, ale nie pozbawiony elementów grozy. Pod płaszczykiem fantastyki ukrywa się historia o dojrzewaniu oraz końcu dzieciństwa. Tytułowy labirynt to miejsce bardzo zaplątane, gdzie nic nie jest tym, co się wydaje. Niepozbawionym pułapek, gdzie nie każdemu można zaufać, nic nie jest fair (jak życie), gdzie każdy błąd może wiele kosztować. Dlatego lepiej mieć u swoim boku przyjaciół, choć poznanie ich nie zawsze jest łatwe. Sama opowieść jest klasyczna, schematyczna i raczej nie zaskakująca, lecz nie dlatego robi ona takie wrażenie.

labirynt(1986)2

Henson przykuwa uwagę stroną plastyczną, co było także mocną stroną poprzedniego filmu. Dużo jest tutaj efektów praktycznych, masa kukiełek (w jednej scenie jest ich nawet 50) oraz bardzo imponująca scenografia. Dużo jest tutaj pomysłowych rzeczy (dwie gadające kołatki, bagno ze specyficznym zapachem), zabaw perspektywą (finałowa konfrontacja w pomieszczeniu pełnym schodów w różnych miejscach) oraz zaskakująco dużo humoru. Jakby tego było mało, jest kilka scenek musicalowych z kilkoma chwytliwymi piosenkami. I tutaj słychać, że jest to produkcja z lat 80., ale nie zestarzały się mocno. Ale “Labirynt” nie porwał mnie tak bardzo jak “Ciemny kryształ”, nie zaangażowałem się. Mimo pewnej realizacji oraz balans między humorem a dramatem czy bardzo dobrego aktorstwa. Zarówno młodziutka Jennifer Connelly (Sarah), jak i magnetyzujący David Bowie (król goblinów) są fantastyczni, dodając wiele charakteru do tego filmu. Tak jak wiele postaci drugoplanowych w rodzaju krasnoluda Hoggle, waleczny pies sir Didymus czy przypominający yeti Ludo.

labirynt(1986)3

“Labirynt” ma w sobie wiele uroku oraz tworzy specyficzne kino fantasy. Nie brakuje mroku, humoru (za scenariusz odpowiadał Terry Jones z “Latającego cyrku Monty Pythona”) oraz refleksji. Przejście z czasu dzieciństwa do dorosłości jest trafnie pokazane, chociaż zakończenie może wielu zmylić. Mimo wad ma wiele uroku.

7/10

Radosław Ostrowski

Fantastyczna kobieta

Zaczyna się banalnie, by nie rzec zwykle. Mężczyzna w średnim wieku idzie na randkę z młodszą od siebie kobietą. Od razu widać, że są ze sobą od dłuższego czasu i nie jest to tylko zauroczenie czy przygodny seks. Kolacja, dyskoteka, noc w domu. I to w tym ostatnim momencie dochodzi do najgorszego: mężczyzna słabnie i upada. Mimo natychmiastowej reakcji kobiety oraz szybkiego dojazdu do szpitala, starszy pan umiera. Od tej pory życie dziewczyny o pięknym imieniu Marina zaczyna się zmieniać na gorsze, a rodzina nieboszczyka traktuje ją jak trędowatą. Dlaczego?

fantastyczna kobieta1

Film Sebastiana Lelio zaskoczył wszystkich, kiedy otrzymał dwa lata temu Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Zwłaszcza, że najczęściej obstawiano skandynawski “The Square” oraz rosyjską “Niemiłość”. Sama historia wydaje się prosta i skupia się na tytułowej kobiecie. Tylko, że Marina nie zawsze była kobietą, co dla rodziny jest jeszcze cięższe do przetrawienia. I wywołuje w nich wrogość, nienawiść, a nawet niechęć. Familia musiała wiedzieć, że ich (były) mąż oraz ojciec ma kogoś, co już wywołałoby animozje. Ale w tym przypadku atak jest mocniejszy z powodu poprzedniej płci dziewczyny, zaś uprzedzenia dają o sobie znać jeszcze bardziej. Reżyser jednak nie idzie na łatwiznę w budowaniu postaci, nie robiąc z Mariny tylko bezbronnej ofiary. Chociaż musi walczyć o to, by być traktowana jak człowiek (sceny, gdy jest badana u lekarza czy w obecności policjantki), jak kobieta czy móc pożegnać się ze swoim ukochanym. Ta opresyjność ma charakter słowny (rozmowa z byłą żoną i przede wszystkim synem) czy wręcz fizyczny (porwanie – troszkę przesadzone) oraz reakcji służb czy to medycznych, czy mundurowych. Jakby chcąc wymazać ją z obecności jakby nigdy nie istniała.

fantastyczna kobieta2

I to miejscami naprawdę potrafi zaboleć. Ale ja nie mogłem od Mariny (zjawiskowa Daniela Vega) oderwać oczu. Nie chodzi tylko o fizyczną urodę, ale też o silny charakter, wyhartowany z reakcji innych. Potrafi pokazać swoje opanowanie jak też zaatakować (moment, gdy kobieta wchodzi na samochód rodziny zmarłego), lecz także mocno czuć jej klincz z członkami rodziny (oprócz Gabo, który jako jedyny traktuje ją jako normalną osobę). A wszystko za pomocą drobnych spojrzeń oraz mowy ciała. Ale reżyser czasem “udziwnia” historię wprowadzając sceny oniryczne, niepozbawione zbyt czytelnej symboliki (Marina idąca pod silny wiatr), przez co “Fantastyczna kobieta” traci wiele ze swojej mocy. Chociaż nie brakuje poruszających i zachwycających momentów jak “odlatująca” scena tańca w dyskotece czy pożegnania ze zmarłym przed kremacją. Wiele w tym zasługi wyczucia reżysera, jak i przepięknej muzyki Matthew Herberta jakby wziętej z filmu Almodovara.

fantastyczna kobieta3

Nie brakuje tutaj scen troszkę chybionych, ale od filmu Lelio nie można oderwać oczu. Zjawiskowa, szczera, naturalna, chociaż czasami odlatuje w dziwaczne rejony. Jednak ostatecznie wychodzi z tego taki ludzki, bez epatowania jakąkolwiek ideologią historia o byciu sobą oraz walce o własną godność.

7/10

Radosław Ostrowski

Conan Barbarzyńca

Lata 80. to okres pełen kina fantasy. Chociaż większość filmów z tego gatunku nie przyniosła oczekiwanych profitów w dniu premiery, dopiero z czasem otrzymując należną im estymę. Wyjątkiem od tej reguły był “Conan Barbarzyńca” z 1982 roku. Film Johna Miliusa idzie w zupełnie innym kierunku niż by fani gatunku się spodziewali. Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Conana z Cymerii poznajemy jako dziecko, będące powoli przygotowywane do roli wojownika oraz kowala. Jednak los ma wobec niego zupełnie inne plany, a jego rodzina I pobratymcy zostają zamordowani przez grupę kultystów. Dowodzi nimi tajemniczy Thulsa Doom, zaś ich znakiem rozpoznawczym są dwa węże splecione w przeciwnych kierunkach. Chłopak zostaje sprzedany do niewoli, a następnie pełni role gladiatora. W końcu zostaje wolnym człowiekiem, a jedyne co mu zostaje to zemsta. Ale czy będzie w stanie jej dokonać?

conan1

Pierwsze, co tutaj zwraca uwagę to przyziemna wizja świata. Jeśli szukacie widowiskowych efektów specjalnych, imponującej scenografii oraz rozmachu godnej produkcji za kupę kasy, przemyślcie decyzję co do seansu. Bo nie ma tutaj fajerwerków, a historia toczy się spokojnie, bez zbędnego przyspieszania. Dialogów też nie ma tutaj zbyt wiele, co jak na produkcję dużego studia jest zadziwiające, mimo obecności narracji z offu. Reżyser woli opowiadać historię za pomocą obrazu, długich scen oraz epickiej muzyki Basila Poledourisa zamiast wykładać wszystko kawa na ławę. I to podejście bardzo szanuję, tak samo jak zbudowanie wiarygodnego świata. Ni to starożytnego, ni to średniowiecznego, ale pociągającego.

conan3

Wizualnie imponuje tutaj zarówno spójna strona wizualna, jak i scenografia. Wszystkie te budowle oraz szczegółowe kostiumy dodają realizmu dla tego tytułu. Tak jak też bardzo surowo pokazane sceny akcji. Tutaj pojedynki są szybkie, bez popisywania się umiejętnościami szermierczymi. Krwawo, brutalnie, bez patyczkowania i z kilkoma mocnymi zakrętami fabularnymi. Więcej wam nie zdradzę, bo trzeba się samemu przekonać. Ale wielu może się odbić wolnym tempem czy miejscami skrótową narracją. Dla mnie największą wadą jest finałowa konfrontacja między Conanem a Doomem, która wydawała mi się taka sobie i troszkę psuła klimat tego filmu.

conan2

Reżyserowi udało się zbudować świetne postacie, mimo nie korzystania z ekspozycji. Najlepiej zarysowany jest Conan – wyjątkowo małomówny, silnie zbudowany oraz motywowany przez zemstę. Te cechy pasowały do Arnolda Schwarzenneggera, który wykorzystał swoją szansę i dzięki temu stworzył swoją pierwszą ikoniczną postać. Równie wyrazisty jest antagonista, ale czy może być inaczej, jeśli masz przed sobą głos samego Dartha Vadera? James Earl Jones jako Doom magnetyzuje w każdej scenie, choć nie pojawia się zbyt często. Drugi plan też jest bardzo interesujący z kradnącym film Mako w roli lekko złośliwego czarnoksiężnika Akiro.

conan4

Jestem zadziwiony jak dobrze trzyma się pierwsze filmowe spotkanie z Conanem. Jest to kino skromne jak na fantasy, bardzo brudne, krwawe i czasami dziwne. Ale to od tego filmu wystrzeliła na poważnie kariera Arnolda jako aktora. Reszta jest historią i szkoda, że sequel rozczarował.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Krull

Co by było, gdyby udało się połączyć ze sobą fantasy z SF? Tylko, że taka sklejka, gdzie mamy rycerzy z mieczami oraz wojowników z bronią laserową brzmi dość idiotycznie. I zapowiada coś niespójnego,bo jak ci pierwsi mają pokonać tych drugich? W otwartej konfrontacji nie mają żadnych szans, a lepsza technologia daje wielką przewagę. Jednak w 1983 roku pewien szaleniec postanowił połączyć sprzeczne gatunki, ale to nie wystarczyło na zarobienie kasy. Po kolei.

Tytułowy Krull to planeta, gdzie żyją dwa zwaśnione królestwa. Decydują się jednak zjednoczyć, bo nic tak nie łączy, jak wspólny wróg. Jest nim niejaka Bestia (bardzo oryginalna nazwa na antagonistę), będąca… ruchomą planetą w kształcie gory oraz mogąca wyglądać jak jej się żywnie podoba. Wspierają ją paskudnie wyglądający Zabójcy, którzy są jak szturmowcy z “Gwiezdnych wojen”, ale strzelają o wiele lepiej. Przymierze – zgodnie z pradawnymi proroctwami – ma zapewnić ślub dzieci dwóch królestw, lecz ceremonia zaślubin została przerwana przez atak Zabójców. Cała rzeźnię przeżył tylko pan młody Colwyn. Mężczyzna razem z przybyłym mędrcem wyrusza odbić swoją przyszłą żonę, ale droga nie jest łatwa.

krull1

Film nakręcił Peter Yates, który był znany jako twórca sensacyjnego “Bullitta” z pamiętną sceną pościgu samochodowego. Zdecydował się na realizację tego filmu, by wyjść poza ramę specjalisty od pościgów samochodowych i thrillerów. Ale efekt jest tylko połowiczny, bo największą wadą tego filmu jest scenariusz. Historia jest bardzo klasyczna i przypomina quest z gry RPG: odzyskać swoją ukochaną, znajdź magiczny przedmiot, zbierz drużynę, pokonaj wroga. Samo w sobie nie jest złe I jest pare fajnych dialogów, dodających odrobinkę humoru. Ale sama konfrontacja rycerzy z futurystycznymi żołnierzami mającymi lasery nie wywołuje napięcia, a droga do wykonania głównego zadania nie ma niczego ekscytującego. Nie ma tutaj fajnych pomysłów inscenizacyjnych, choć jest kilka ciekawych konceptów tego świata (ogniste konie zasuwające bardzo szybko czy cyklopi, który znają kiedy oraz jak umrą). Sami bohaterowie są jednak jednowymiarowi i schematyczni: młody, odważny wojownik, grupa zbiegów, mag-pierdoła, mędrzec oraz niewinna księżniczka. Ciężko w to wejść, zaś punkt wyjścia potwierdza pewną niedorzeczność. Bo jak tu pokonać przeciwnika lepiej uzbrojonego, ale także mogącego wszędzie się przemieszczać i zmieniając wygląd? No właśnie.

krull2

Muszę przyznać, że realizacyjnie jest o wiele lepiej niż ze scenariuszem. Świat jest bardzo różnorodny i dobrze wygląda, w tle gra absolutnie genialna muzyka Jamesa Hornera, która zapowiada wielką przygodę, a zdjęcia dają ten oddech kina przygodowego. Na osobne wyróżnienie zasługuje scenografia, ze wskazaniem na Czarną Twierdzę. Jej kolejne komnaty oraz pomieszczenia przypominają wręcz surrealistyczne obrazy i wyglądają bardzo oryginalnie. A efekty specjalne są nierówne. Niektóre dobrze się starzeją (pomniejszone modele czy sceny w siedzibie Pajęczej Wdowy), o tyle widać ujęcia z użyciem tzw. blue screena, kłując mocno w oczy.

krull3

Choć nie ma tutaj zbyt wiele do zagrania, aktorzy dają z siebie wszystko. Najlepiej wypada tutaj jedyny Amerykanin w obsadzie – Ken Marshall. Trudno odmówić jego Colvynowi charyzmy, naturalności oraz zwinności w scenach akcji. Świetnie się go ogląda i ma w sobie coś z bohaterów kina przygodowego z lat 30. Na drugim planie mamy kilka znanych twarzy jak Freddie Jones (mędrzec Yhyr), Alun Armstrong (Torquil, szef bandy) czy stawiających pierwsze kroki na ekranie Liam Neeson oraz Robbie Coltrane.

To jest jedno z dziwniejszych doświadczeń ekranowych oraz przykład filmu, który mógłby powstać tylko w latach 80. “Krull” jest hybrydą fantasy z SF, która powinna się potknąć na własnych nogach. Wygląda I brzmi świetnie, ale sama historia jest bardzo nudna, rozczarowująca oraz pozbawiona nawet odrobiny ekscytacji. Jeśli zechcecie obejrzeć ten film, nie oczekujcie zbyt wiele, a chcąc poznać inne oblicze Yatesa, lepiej sięgnijcie po zrealizowanego w tym samym roku “Garderobianego”.

6/10

 

Radosław Ostrowski