Fallout – seria 1

Wyróżnione

Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia. – każdy gracz, który miał styczność z którąkolwiek częścią serii „Fallout” zna to zdanie. Pierwsza część cyklu stworzona w 1997 roku przez Black Isle Studios odmieniło gatunek gier RPG, dając sporą wolność wyboru (w rozwiązywaniu problemów), zbudowany od nowa system SPECIAL z masą dodatkowych umiejętności zwanych perkami, niejednoznacznie moralny świat pełen okrucieństwa, zgnilizny i degrengolady. Świat po nuklearnej zagładzie, zmieszany z retrofuturystyczną technologią wyobrażaną przez ludzi z lat 50., pełnym zmutowanych bestii, radioaktywnej przestrzeni, skażonej wody i wyniszczonych budynków. Kiedy gruchnęła wieść o powstaniu serialu na podstawie tego cyklu gier, fani mogli czuć się podekscytowani. Jednak kiedy podano, że zaangażowani są Jonathan Nolan z Lisą Joy, entuzjazm troszkę przygasł. Zwłaszcza jak się oglądało poprzednie ich dzieło, czyli serialowy „Westworld”, mającym mocne uderzenie i z każdym sezonem słabł. Więc jak wypada pierwszy sezon tej historii?

fallout1-1

Akcja serialowego „Fallouta” dzieje się 219 lat po zakończeniu wojny nuklearnej między USA a Chinami. Niedobitki ludzkości schroniły się w zbudowanych przez korporację Vault-Tec schronach zwanymi Kryptami. W jednej z nich o numerze 33 mieszka Lucy MacLean (Ella Purnell), która jest córką zarządcy (Kyle MacLachlan). Jej Krypta jest połączona z dwoma innymi – 32 i 31. Wskutek pewnych działań Krypta zostaje zaatakowana przez grupę bandytów, zaś jej ojciec porwany. Nie zważając na ostrzeżenia dziewczyna wyrusza na powierzchnię. I nie jest kompletnie gotowa na nowy, wspaniały świat. Oprócz niej jeszcze śledzimy losy dwójki postaci: młodego giermka Bractwa Stali, Maximusa (Aaron Moten) oraz łowcę nagród, Ghula (Walton Goggins). Losy tej trójki będą się parokrotnie przecinać.

fallout1-2

Jak widać „Fallout” serialowy wydaje się trzymać świata przedstawionego gier. Czyli kompletnej hybrydy post-apokaliptycznego świata niczym żywcem wyrwanego z „Mad Maxa”, okraszona elementami horroru, satyry, kina drogi, westernu oraz bardzo czarnej komedii. Tutaj wydarzyć się może praktycznie wszystko, zaś zagrożenie może pojawić się z najmniej spodziewanej strony. Nieliczni ocaleni na Pustkowiu, co nie zmienili się w ghule ani mutanty traktują wszystkich jako potencjalne zagrożenie, zaś mieszkańcy Krypty to tacy naiwniacy, kompletnie nie gotowi do życia na zewnątrz. Trzymani niczym w bańkach, naiwni i zbyt optymistycznie nastawieni do wszystkiego ze skłonnością do wyciągania niekoniecznie dobrych wniosków. Nie wspominając o tych fanatykach z Bractwa Stali – paramilitarnej organizacji, co zbiera relikty dawnej technologii dla siebie, mordując po drodze wszystko na swojej drodze. Ale za to mają mocarne pancerze i są ciężcy do zabicia. Jest jeszcze kilka innych ważnych postaci, lecz nie zamierzam wszystkiego zdradzać. Sami odkryjcie kolejne zagadki skrywające „Fallouta”.

fallout1-3

Technicznie serial też przypomina wyglądem realia z gry. Od samego wyglądu Krypt i charakterystycznych niebieskich strojów (włącznie z Pip-Boyami i komputerami) przez pancerze wspomagane oraz broń Bractwa Stali aż do wyniszczonych domów, opustoszałych miast. Scenografia robi piorunujące wrażenie, wiernie budując klimat wyniszczonej, retro-futurystycznej cywilizacji. Także w scenach retrospekcji, które pokazują genezę całego konfliktu. Nawet efekty specjalne prezentują się całkiem przyzwoicie, nie kłują mocno po oczach. Aczkolwiek mam jeden drobny problemik: w jednym-dwóch przez chwilę jeden z bohaterów przemieszcza się przez… las. Bardzo zielony, kompletnie nietknięty przez nuklearne eksplozje, co mnie bardzo zdziwiło. Jakim cudem po tylu latach od wybuchu atomowego teren mógł się zalesić?? Ot, zagadka. Także wątek związany z tajemnicą Krypty 33 potrafi troszkę znużyć, jednak rozwiązanie jest bardzo satysfakcjonujące i zaskakujące. Brakuje też choćby obecności supermutantów czy równie ikonicznego Szpona Śmierci, ale to pewnie wynika z ograniczeń budżetowych.

fallout1-5

Aktorsko jest zazwyczaj bardzo dobre, gdzie masę epizodów grają uzdolnieni aktorzy komediowi. Ale główna trójka jest absolutnie fantastyczna. Serce kradnie Ella Purnell jako naiwna Lucy – pełna optymizmu, ciepła i serdeczności zostaje bardzo brutalnie zderzona z niebezpieczną rzeczywistością. Cały czas próbuje znaleźć dobre wyjście z każdej sytuacji i NIGDY nie staje się irytująca czy działająca na nerwy, powoli ewoluując. W kontrze stoi Aaron Moten wcielający się w Maximusa. To jest ten typ, co próbuje osiągnąć wiele nie zawsze w uczciwy sposób, komplikując sobie bardzo mocno życie. Nie jest cyniczny, ale zna reguły tego świata i przynajmniej próbuje być w porządku. Jednak największym skurczybykiem i złodziejem jest jest – powiem to raz oraz raz powiem tylko to – ZAJEBISTY Walton Goggins w roli Ghula, a tak naprawdę to dwie postacie. Pierwsza to aktor Cooper Howard, gwiazda westernów przed wojną, niemal reprezentujący najlepsze cnoty Amerykanów – lojalność, patriotyzm i uczciwość. Ale po wojnie to łowca nagród, jednak nie w typie Mandalorianina, lecz Clinta Eastwooda ze spaghetti westernów, tylko bardziej. Bardziej cyniczny, bardziej brutalny (sceny akcji z jego udziałem są najlepsze, wliczając w to mocarny finał), bardziej bezwzględny i diablo skuteczny, a jednocześnie to najbardziej tragiczna postać z całej trójki.

fallout1-4

Czyżby wyglądało na to, że „Fallout” jest najlepsza adaptacją gry komputerowej? Nie widziałem wszystkich (zarówno filmowych, jak i serialowych), by rzucić aż tak odważne stwierdzenie. Niemniej jest tu sporo rzeczy, które spodobają się graczom, jednocześnie jest to przystępne dla osób nie mających nigdy styczności z grami, by zapoznać się z tym uniwersum. Bardzo czekam na dalszy ciąg tej opowieści.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Asteroid City

Wes Anderson od czasu „Grand Budapest Hotel” coraz bardziej tworzy filmowe adaptacje spisu listy aktorów z IMDB.com, bo chce u niego grać każdy. Nawet w najdrobniejszym epizodzie, co się nie wydarza zbyt często. Ale ta symetryczno-pastelowa stylistyka ostatnio zaczyna bardziej ciążyć niż pomagać, co już wielu krytyków wyrażało choćby w „Kurierze Francuskim” czy „Asteroid City”. Chyba przez nie pominąłem ten ostatni film w kinie, nadrabiając dopiero teraz. Co o tym myślę?

Tytułowe Asteroid City to małe miasteczko gdzieś na pustyni w Arizonie, gdzie kilka tysięcy lat temu uderzył meteor. Została na pamiątkę mała asteroida oraz wielki krater, a jest rok 1955. To właśnie tutaj odbywa się konwencja Junior Stargazer dla uzdolnionych, nieprzeciętnych uczniów. Przez co trafia tutaj dość spora grupa ludzi: wycieczka szkolna z nauczycielką June Douglas (Maya Hawke), dzieciaki – Clifford, Shelly i Ricky – razem z rodzicami, grupa kowbojów pod wodzą Montany (Rupert Friend), naukowcy kierowani przez dr Hickenlooper (Tilda Swinton), generał Gibson (Jeffrey Wright) czy znana aktorka Midge Campbell (Scarlett Johansson). Ale w centrum tej historii znajduje się Augie Steenbeck (Jason Schwartzmann) – fotograf wojenny razem z genialnym synem Woodrowem (Jake Ryan) oraz trójkami córek. Mężczyzna nie powiedział im, że ich matka nie żyje, a co gorsza psuje się im auto, co zmusza do skontaktowania się z dawno nie widzianym zięciem (Tom Hanks).

To, co podałem w opisie jest tylko jedną z warstw tego filmu Andersona. Bo cała ta historia jest… sztuką teatralną niejakiego Conrada Earpa (Edward Norton), której kulisy realizacji i samego spektaklu w formie czarno-białej narracji programu telewizyjnego prowadzonego przez Bryana Cranstona. A dokładniej jego postaci, której z imienia i nazwiska nie poznajemy. A przynajmniej ja. Czyżby to miał być „film w ramach filmu w ramach filmu”, cytując klasyka? Na pewno chaotyczna mieszanka, która potrafi być dezorientująca. Opowieść podzielona na akty (plus epilog), do tego jeszcze spora grupa postaci oraz estetyka lat 50., czyli czasów zimnej wojny i fascynacji kosmosem. Zaczynają dziać się dziwne rzeczy (włącznie z pojawieniem się ufoludka oraz przymusowej kwarantanny), pojawiają się absurdalne koncepcje jak choćby automat, gdzie można kupić… ziemię.

A wszystko w bardzo andersonowskim stylu: z symetrycznymi kadrami, prostymi ruchami kamery oraz bardzo mocnymi kolorami. Fantastycznie wygląda scenografia i kostiumy, co akurat nie dziwi. Jednak nie mogłem pozbyć się poczucia, że to wszystko jest przytłaczające. Postaci jest zwyczajnie za dużo, wątki się mieszają, humor kompletnie nie działa i – co mnie bardzo zaskoczyło – emocjonalnie czułem się obojętny. Z wyjątkiem historii Augiego oraz jego próby radzenia sobie z żałobą, a także wspólnych scen z Marge. Czuć zarówno między nimi chemię i budującą się nić sympatii, co jest zasługą duetu Schwartzmann/Johansson. Swoje też robi Jake Ryan oraz dość zadziwiający Tom Hanks, będący szorstkim teściem Augiego. Z mniejszych i większych epizodów mi najbardziej zapadł w pamięć Cranston (szczególnie w jednej scenie, kiedy pojawia się kompletnie znikąd), niezły Steve Carrell w roli menadżera hotelu (tą rolę miał zagrać Bill Murray, ale z powodu koronawirusa musiał zrezygnować) oraz trzymający fason Norton.

Niemniej muszę z żalem stwierdzić, że „Asteroid City” jest pierwszym rozczarowaniem w dorobku Andersona. Mieszanka wątków oraz przekombinowana forma staje się ciężarem ciągną całość w dół, której nie jest w stanie uratować audio-wizualna estetyka ani imponująca obsada.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Szlachectwo zobowiązuje

Pamiętacie jak kilka miesięcy temu pojawił się „Przepis na morderstwo” z Glenem Powellem w roli głównej. Sam film był mocno średni i – o czym w trakcie seansu nie wiedziałem – był remakiem uznawanego za klasyka brytyjskiej produkcji z roku 1948. Właśnie teraz przyszła okazja obejrzeć oryginał, który – jak w 9 na 10 przypadków – wypada o wiele lepiej od późniejszej imitacji.

Tym razem bohaterem jest niejaki Louis Mazzini (Dennis Price). Mężczyzna pochodził z – jakby to elegancko nazwać – małżeńskiego mezaliansu bogatej arystokratki z rodu D’Ascoyne z włoskim śpiewakiem operowym. Reszta rodziny zniosła to spokojnie, a mianowicie odcięła się całkowicie od niej. Zarówno po śmierci ojca Louisa (niemal od razu po porodzie), jak też jego matki, która chciała być pochowana w rodzinnym grobowcu. Do czego nie doszło, a ta zniewaga krwi wymaga. Co oznacza, że młodzieniec planuje odebrać swoje i zemścić się na nieznanej familii. Problem w tym, że kolejka do rodzinnej fortuny jest dłuższa niż droga z Olsztyna do Zakopanego i trzeba będzie sobie pobrudzić rączki.

Reżyser Robert Haner miesza czarną komedię z satyrą na wyższe sfery oraz kwestie klasowe. Sama historia zaczyna się, kiedy Louis w więziennej celi czeka na wyrok śmierci, a jego historię poznajemy w formie retrospekcji. Towarzysząca narracja z offu niepozbawiona jest typowej brytyjskiej ironii w bardzo eleganckim stylu, który dzisiaj jest rzadkością. To właśnie w dialogach oraz monologach jest największa siła humoru, gdzie jest zderzenie arystokracji (i to tuż po zakończeniu II wojny światowej) z naszym protagonistą, próbującym się dopasować do tego otoczenia. Poboczny wątek związany jest z dawną przyjaciółką, Sibella (Joan Greenwood), która bierze ślub z dzianym przyjacielem, lecz nie pozostaje Louisowi obojętna. Ta komplikacja okaże się jedną z niespodzianek w całej historii, tak jak efektywne sceny zabójstw (bez pokazywania samego mordu czy krwi) rodzinki – od użycia trucizny i podmiany jednego z płynów na benzynę po użycie strzelby czy… łuku.

Co bardzo zaskoczyło mnie to strona techniczna. Mimo czarno-białych zdjęć (jedna z wcześniejszych prac Douglasa Slocombe’a – później stworzy zdjęcia m. in. do „Jesus Christ Superstar”, „Wielkiego Gatsby” czy trylogii Indiany Jonesa) wygląda to naprawdę ładnie. Spore wrażenie wrażenie robi też scenografia (od samego zamku D’Ascoyne i kościoła aż po wynajmowane mieszkanie) oraz barwne i zróżnicowane kostiumy. A wszystko spina się w dość nieoczywisty finał, którego nie zamierzam zdradzać. A także jest to świetnie zagrane. Fantastyczny Dennis Price w roli Louisa potrafi zarówno budzić sympatię i współczucie, ale także sprytnie odnajduje się na salonach swoim sposobem wysławiania się. Jednak całość tutaj dominuje kapitalny Alec Guinness jako rodzina D’Ascoyne. Nie, nie pomyliłem się – gra tu aż 8 (w tym jedną kobietę) członków familii w różnym wieku: od młodego pasjonata fotografii przez starego bankiera i zmęczonego generała po niezbyt lotnego proboszcza oraz upartego admirała. Za każdym razem brzmi inaczej, wygląda inaczej (charakteryzacja jest imponująca), tworząc bardzo wyraziste postacie, nawet jeśli pojawiają się na krótko. A wszystko to bez komputerowych sztuczek czy efektów specjalnych – samo to powinno być zachętą do obejrzenia filmu.

Aż nie chce się wierzyć, że od premiery minęło aż 77 (!!!) lat. Bo „Szlachectwo zobowiązuje” nic nie straciło zarówno z lekkiego tonu oraz kąśliwej satyry na uprzywilejowane, próżne oraz pasożytnicze wyższe sfery. A to rzadko można powiedzieć o aż tak wiekowych filmach, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Historie równoległe

Krzysztof Kieślowski – chyba żaden inny polski reżyser nie miał aż tak dużego wpływu na kino artystyczne początku XXI wieku. Widać to było zarówno w filmach Toma Tykwera, Michała Rosy czy choćby Jana Matuszyńskiego (pamiętacie „Minghun”?). Teraz do grona czerpiących z twórcy „Dekalogu” dołączył irański reżyser Ashgar Fahradi, którego najnowszy film jest inspirowany… „Krótkim filmem o miłości”. Co jest podane już w czołówce, więc nie jest to zaskoczenie.

Sama historia skupia się na Sylvie (Isabelle Huppert) – mieszkającej w dość zaniedbanym mieszkaniu pisarce, która próbuje stworzyć coś nowego. Inspiracją dla niej staje się podglądana sąsiadka z bloku obok – w mieszkaniu, które należało do matki pisarki – nazywając ją Anną (Virginie Efira). Obserwując jej chatę, autorka zauważa, że a) kobieta pracuje jako dźwiękowiec b) współpracuje razem z dwoma facetami: młodszym „Christopherem” (Pierre Nimey) oraz starszym „Pierre’m” (Vincent Cassel). W swojej wyobraźni tworzy historię miłosnego trójkąta, który może skończyć się tragedią. Jednak przygotowany tekst nie spotyka się ze zbyt dobrym odbiorem od wydawczyni (niezły epizod Catherine Denevue), zarzucając jej przestarzałość, a rękopis zostaje wyrzucony. Manuskrypt wpada w ręce Adama (Adam Bessa) – drobnego złodziejaszka, pracującego u Sylvie jako pomoc domowa. Chłopak nie tylko czyta tekst, ale poznaje też dziewczynę (a imię jej Nita), co uruchamia łańcuch wydarzeń.

Fahradi robi tym filmem kompilację dzieł Kieślowskiego (nie tylko „Krótkiego filmu o miłości” z wątkiem podglądactwa), ze szczególnym wskazaniem na „Krótki film o zabijaniu” (scena morderstwa w aucie) i „Przypadek”. Historia rozbija się na parę segmentów, które początkowo wydają się dezorientujące i chaotyczne. Z jednej jest pisarka Sylvie oraz tworzonej przez nią powieści, która materializuje się przed naszymi oczami. Ta ma być mieszanką dramatu obyczajowego z wplecionym romansem, próbując budować napięcie oraz kończyć dość brutalnym finałem. Z drugiej mamy „prawdziwą” relację trójki postaci, która absolutnie nie ma nic wspólnego z wyobraźnią autorki. A łącznikiem między tymi mostami jest Adam, który zaczyna wykorzystywać manuskrypt do… właśnie.

Reżyser miesza te wszystkie opowieści, próbując pokazać gdzie jest granica między fikcją a rzeczywistością oraz jak jedno może wpłynąć na długie. Do tego jest pewna niezdrowa ciekawość wywołana przez podglądactwo, sile wyobraźni czy tworzeniu nowej tożsamości. Problem w tym, że cała ta układanka jest zwyczajnie nieciekawa, niezbyt angażująca i zaczyna tracić impet. Segmenty z postacią graną przez Huppert z czasem zaczynają nużyć, spychając postać na dalszy plan. Z kolei enigmatyczny Adam był dla mnie zbyt tajemniczy i śliski, bym chciał się nim interesować. Dla mnie najmocniejszym punktem jest trio Efira-Nimey-Cassel, która zaciekawia w obydwu wersjach – tej „literackiej”, jak i bardziej przyziemnej. Ale najgorsze jest to, że wszystkie te wątki nagle się urywają, nie dając satysfakcjonującej konkluzji.

Jakoś nigdy nie byłem fanem kina Fahradiego (choć pewnie wynikało z nieznajomości kultury oraz mentalności Irańczyków), ale „Historie równoległe” były dla mnie sporym zawodem. I tu nawet nie chodzi o inspirowanie się kinem Kieślowskiego, ale o odczucie oglądania wyrachowanej imitacji bez serca oraz ducha. Zbyt banalna, zbyt archaiczna i zwyczajnie nijaka.

5/10

Radosław Ostrowski

Wszyscy moi wrogowie

Syndrom drugiego filmu – choroba dotykająca reżyserów, którzy po realizacji dobrego (lub świetnego) debiutu muszą udowodnić, że tamten sukces nie był kwestią przypadku. Niektórym udaje się to udowodnić, a inni nawet po kilku latach nie są w stanie zbliżyć się do tego pułapu. Jaki będzie przypadek Andrew Pattersona, który w 2019 roku zrealizował elektryzujący, niskobudżetowy film SF „The Vast of Night”. Teraz dostał większy budżet oraz kilka bardziej rozpoznawalnych nazwisk do dyspozycji.

„Wszyscy moi wrogowie” przenoszą nas w zupełnie inne klimaty od debiutu. Tym razem towarzyszymy niejakiemu Amziahowi Kingowi (Matthew McConaughey) – lokalnemu muzykowi oraz… pszczelarzowi. Choć nie ma zbyt dużej hodowli (trzy spore pasieki), to jednak ma grono oddanych wspólników oraz spory szacunek społeczności. No i jakiś dochód przynosi, co też jest dobre. Wszystko zmienia się, gdy Amziah przypadkiem trafia na swoją przybraną córkę Kateri (debiutująca Angelina LookingGrass), którą wychowywał przez dwa lata. Dziewczyna pracuje jako kelnerka, ale udaje się przekonać Kingowi do pracy u niego. Staje się jego prawą, pomaga przy zbieraniu miodu, a nawet pozbyciu się roju z lokalnej szkoły. Jednak wszystko, co dobre musi się skończyć. W okolicy dochodzi do kradzieży pasiek oraz beczek z miodem, a Amziah staje się kolejną ofiarą złodziei, co doprowadza do nagłej śmierci pszczelarza. Kateri próbuje odzyskać swoją własność, a trop prowadzi do bardzo wpływowego biznesmena, Dota McCoya (Kurt Russell).

Jak można się domyślić z tego sporego opisu, drugi film Pattersona jest mieszanką dramatu, kryminału oraz uwspółcześnionego westernu. Plus jeszcze kino muzyczne, co już czuć od samego początku z kapitalnie zmontowanym występem Kinga i jego kumpli przed stacją benzynową. Sama muzyka mocno przypomina pierwsze hity Mumford & Sons czy innych folkowo-country pieśniarzy, jest pełna energii oraz pasji. W zasadzie pierwsza połowa ma w sobie masę ciepła, z pięknymi krajobrazami oraz scenami tworzenia miodu. Niemal teledyskowy w formie, pełen bardzo uroczych dialogów i monologów, tutaj Patterson świetnie buduje poczucie wspólnoty tego miejsca. Zarówno w scenach koncertów połączonych z poczęstunkiem, tworzenia miodu czy sceny śpiewania w domu Amziaha. Aż chce się po prostu przebywać w tym gronie.

Ale druga połowa to zmiana atmosfery i klimatu ku bardziej kryminalnej intrydze. I choć przez tą zmianę film troszkę traci swojej wcześniejszej energii, ale nadal angażuje. Powoli odkrywamy kolejne tropy oraz tajemnice, jednocześnie budując napięcie (nocny włam na leśną pasiekę) oraz trzymając za gardło. Te dwa filmy powinny zgrzytać, ale obydwa świetnie się uzupełniają i spinają się w satysfakcjonującym finale.

Także aktorsko jest tu co najmniej świetnie. McConaughey jak to on jest absolutnie charyzmatycznym i bardzo przyziemnym Amziah. Sama postać jest mieszanką mędrca, dzielącego się swoją wiedzą jak i pełnego pasji dzieciaka. A kiedy śpiewa, robi się dużo cieplej na serduchu. Debiutująca LookingGlass miała dość trudne zadanie przejęcia roli lidera na ekranie i wypada całkiem nieźle. Choć w pierwsza scenach wydaje się troszkę sztywna, to jedna z czasem zaczyna zyskiwać. Z kolei wcielający się w antagonistę Kurt Russell wydaje się być nie do końca wykorzystany, pojawiając się w zasadzie pod sam koniec opowieści. Za to drugi plan potrafi oczarować: od pełniącego rolę śmieszka Scotta Shepharda (niewyraźnie mówiący Chimmy) przez świetnego Jake’a Horowitza (Remick, który odgrywa istotną rolę w poszukiwaniach skradzionej pasieki) i Roba Morgana (prawnik Rippy) aż po zaskakującego Cole’a Sprouse’a (mający szerokie znajomości kelner Oat).

Tym filmem Andrew Pattinson potwierdza, że warto go uważnie obserwować. „Wszyscy moi wrogowie” to bardzo sprytna hybryda gatunków, które wydają się nie pasować do siebie. A jednak to połączenie kryminału, westernu, cudownej muzyki oraz kontemplacji ma w sobie masę uroku, napięcia i zaangażowania, nie pozwalając o sobie zapomnieć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Oto Spinal Tap

Mockument, czyli stylizacja na kino dokumentalne obecnie jest jednym z bardziej rozpoznawalnych form komedii. Szczególnie w serialach takich jak „The Office”, „Parks and Recreation”, „Misja: Podstawówka” czy polskie „1670”. Choć sięgał wcześniej po tą formę Woody Allen w debiutanckim „Bierz forsę i w nogi” oraz „Zeligu”, to w całości ta konwencja eksplodowała dzięki zaczynającemu swoją karierę reżyserską Robowi Reinerowi.

Nakręcony w 1983 roku „Oto Spinal Tap” jest historią brytyjskiej grupy rockowej, działającej od 17 lat oraz 15 płytach w swoim dorobku. Właśnie teraz przygotowują kolejny album „Włóż rękawicę” oraz szykują trasę po Stanach Zjednoczonych. Kapelę tworzą gitarzyści Nigel Tufnel (Christopher Guest), David St. Hubbins (Michael McKean), basista Derek Smalls (Harry Shearer), klawiszowiec Vic Savage (David Kaff) oraz perkusista Mick Shrimpton (R.J. Pannell). Razem z nimi przybywa menadżer Ian Faith (Tony Herdra) i dokumentujący całe wydarzenie reżyser Marty Di Bergi (Rob Reiner).

I jak na rasowy dokument przystało mamy tutaj obowiązkowe wywiady z członkami zespołu czy archiwalne fragmenty ze starych nagrań (między innymi z numerem w stylu Bitelsów). Ale to wszystko jeszcze jest przeplatane trasą koncertową, której jest daleko do doskonałości. Delikatnie mówiąc, bo reżyser lekko szydzi z szoł-biznesu oraz rockowych celebrytów. Muzycy zespołu nie należą do zbyt lotnych intelektualnie, co prowadzi do nagłych spazmów śmiechu (reakcje na negatywne recenzje czy niezrozumienie dlaczego kontrowersje wywołuje nowa okładka), ale też pojawiają się sytuacje skręcające ku absurdowi. Wzmacniacze dające głośność do 11, tajemnicze śmierci perkusistów, coraz mniejsza publiczność podczas koncertów. A same koncerty to z jednej strony krótka historia rocka (od Bitelsów przez glam rock, skręty ku folkowi oraz metalowi), z całkowicie debilnymi tekstami oraz dziwacznymi wypadkami: a to jeden z gitarzystów leży na plecach i nie może stać czy trio gitarzystów wychodzących z tak jakby kokonów, lecz jeden z nich się nie otwiera. Pokręcona mieszanka ambicji z głupotą, pokazującą niby dojrzałych ludzi o mentalności dzieci.

Wszystko płynie bardzo szybkim rytmem, przez niecałe półtorej godziny nie ma miejsca na nudę, a sama muzyka brzmi świetnie. Niby jest to zgrywa z rockowych dokumentów, pozbawiona tej powagi oraz wręcz nabożnego stosunku do artystów, jednak Reiner traktuje swoich bohaterów z sympatią i jest trochę pod wrażeniem ich gry. Nawet jeśli zdarzają się potknięcia i kłótnie. Czuć wręcz eksplodującą chemię między muzykami, ze wskazaniem na trio Guest/McKean/Shaerer (oni też wykonywali i śpiewali wszystkie numery). Sam Reiner też jest przekonujący w roli reżysera-entuzjasty rocka, a po drodze jeszcze pojawia się wiele zaskakujących postaci drugo- i nawet trzecioplanowych (zwróćcie uwagę na dwóch mimów na imprezie).

Jestem bardzo zaskoczony jak po ponad 40 latach „Oto Spinal Tap” przetrwał próbę czasu. Zarówno ma świetne (znaczy wpadające w ucho) kawałki, z rewelacyjną obsadą oraz świetną reżyserią. Słuchać na głośnikach podkręconych do 11-tu.

8/10

Radosław Ostrowski

Tylko jedna noc

Komedia romantyczna na dużym ekranie dzisiaj pojawia się bardzo rzadko, a sam gatunek – bardzo popularny w latach 90. i początku lat 2000-nych – dominuje na platformach streamingowych. Niemniej czasami udaje się taką produkcję dać do kin, nawet jeśli nie zarabia kosmicznych pieniędzy. Taki jest też przypadek nowego dzieła Willa Glucka, z intrygującym pomysłem na świat przedstawiony, ale czy czymś ponadto?

Akcja „Tylko jednej nocy” dzieje się w alternatywnej rzeczywistości Ameryki, gdzie od trzech obowiązuje zakaz seksu przedmałżeńskiego. Z wyjątkiem tylko jednej nocy w roku, co dla singli płci obojga oznacza 364 dni poszczenia. I tego wyjątkowego wieczora będziemy towarzyszyć dwójce ludzi, szukających partnera/ki na numerek. Owen (Callum Turner) jest właścicielem pizzerii, mieszkającym u matki (Molly Ringwald). Choć ma dziewczynę Malikę (Maya Hawke), ta jednak woli spędzić tą noc w towarzystwie sąsiada. Z kolei Allie (Monica Barbero) to aspirująca piosenkarka, która ma tremę przed występami publicznymi (dlatego tylko śpiewa w studiu do reklam), mieszka ze współlokatorką i jest… romantyczką. Nie trzeba być wnikliwym, by dojść do wniosku, że losy tej dwójki się przetną więcej niż raz.

Fabuła w sumie jest dość standardowa jak na ten gatunek. Dwójka obcych ludzi (przez większość czasu jednak będący osobno), będących chodzącymi kontrastami, co początkowo nie przepadają za sobą, by na końcu… tu raczej można się domyślić finału. Ale najciekawsze jest tutaj światotwórstwo z koncepcją seksualnej abstynencji dla singli. Tutaj jest źródło najzabawniejszych momentów: od przeróbek piosenek jako… reklam przez różne napisy na ścianach, hasłach po (dość nieudolne) próby podrywania oraz dziwnych komplikacji. Nawet takie drobne detale jak chodzący lubrykant, odliczanie do rozpoczęcia nocy (niczym w noc sylwestrową) pozwalają wejść do tego pokręconego świata. Jak choćby desperackiego znalezienia prezerwatywy w sklepach, wejścia na imprezę zamkniętą czy potencjalnych partnerów/partnerki. A kiedy kończy się odliczanie, a w ludziach budzi się dzika żądza, wywołuje to niedowierzanie i pląsawicę oczną. I choć widać tu także zalety tego poszczenia jak choćby nieobecność influencerów oraz ludzi filmujących telefonami wszystko czy braku gwałtów.

Niemniej jeśli ktoś spodziewałby się bardziej pieprznej komedii, która byłaby bardziej pieprzna i silniej zabarwiona erotycznie, to możecie poczuć się lekko rozczarowani. Gluck nie szczuje golizną czy wulgarnymi tekstami, choć te rzadkie pieprzne teksty (głównie rzucane przez nastoletniego Troya) potrafią złapać z zaskoczenia. Same dialogi są całkiem niezłe, postacie nie popadają w przerysowanie i karykaturę, parę razy doprowadzając do spazmów śmiechu.

A to wszystko działa dzięki dwójce głównych aktorów. Zarówno Callum Turner jak i Monica Barbaro są bardzo czarujący, a chemia między nimi jest bardzo naturalna. Chce się za nimi podążać oraz kibicować, oboje wyglądają atrakcyjnie (szczególnie Barbero w zielonej sukience), a kolejne przecięcia ich ścieżek nie sprawiają wrażenia wymuszonych na siłę. Jednak najbardziej tutaj błyszczą kreacje drugo- oraz trzecioplanowe, które kradną ekran: zaskakujące epizody Bobby’ego Cannavale i Pete’a Davidsona (aktorzy grający policjantów w kręconym filmie) oraz Nicholasa Brauna (Woodrow K. Mullhand), świetna Molly Ringwald z LeVar Burtonem (matka Owena i jej chłopak Rick), Julia Fox (barmanka Skye), czy Quintesa Swindell (Arya). Wszyscy oni wnoszą momenty lekkości, a także czynią całość bardziej przyziemną.

Takie filmy jak „Tylko jedna noc” są odpowiednikami imprezowego koktajlu: musują, są lekkie, orzeźwiające oraz pozwalają zapomnieć o świecie na półtorej godziny. Bezpretensjonalna, sympatyczna rozrywka, nie tylko do oglądania dla singli.

7/10

Radosław Ostrowski

Tajemnica Henriego Picka

Czy można zrobić kryminał bez morderstwa oraz żadnej krwi? Teoretycznie tak, gdy skupiając się w całości na rozwikłaniu tajemnicy. Pytanie tylko kto chciałby w ogóle obejrzeć coś takiego. Ale od czego są Francuzi, którzy nie takie pokręcone pomysły mogą wymyślić. A konkretnie to Remy’ego Bezancona, który kilka lat temu stworzył „Tajemnicę Henriego Picka”.

Bohaterem filmu jest uznany krytyk literacki Jean-Michel Rouche (Fabrice Luchini), obecnie znany z prowadzenia programu telewizyjnego o debiutach literackich. Pewne spore poruszenie wywołuje debiut niejakiego Henriego Picka, który staje się bestsellerem oraz docenianym praktycznie przez wszystkich. Ale same okoliczności wydania są co najmniej tajemnicze. Rękopis został znaleziony w znajdującej się w małym miasteczku na terenie Bretanii bibliotece. Tam jest też dział odrzuconych rękopisów, gdzie wydawczyni Daphne Despero (Alice Isaaz) znajduje bardzo dojrzały oraz wyrafinowany tekst. Jednak dziwną sprawą jest fakt, że nieżyjący od dwóch lat Pick był właścicielem lokalnej pizzerii, zaś jego rodzina nigdy nie widziała go czytającego cokolwiek. Te niejasności skłaniają Rouche’a do podważenie autorstwa książki, przez co traci pracę, żonę i dom. Nie zniechęca go do znalezienia dowodów na swoją teorię.

Reżyser tworzy tutaj klasyczny kryminał, który skupia się bardziej na rozwikłaniu tajemnicy autora oraz samej powieści. I jak ja zagadkę pojawiają się różne poszlaki, tropy oraz wskazówki prowadzących (albo oddalających) od wyjaśnienia całej tajemnicy wokół powieści. Przy czym jest tu galeria intrygujących postaci jak bibliotekarka z Bretanii, klub czytelniczy skupiony wokół kryminałów czy córka Picka, Josephine (Camille Cottin). Z drugiej strony nasza parka niedopasowanych detektywów-amatorów wprowadza zarówno odrobinę humoru oraz przekomarzań niczym z komedii romantycznej. Ona bardziej trzymająca się ziemi potrafi zakwestionować niektóre teorie z dzikiej wyobraźni krytyka (niczym Mulder i Scully), jeszcze bardziej stymulując szare komórki. A samo rozwiązanie jest więcej niż satysfakcjonujące, choć co uważniejsi domyślą się dość szybko.

Technicznie trudno się do czegoś przyczepić, bo nie ma tutaj jakiś zabaw stylistycznych czy formalnych eksperymentów. Niemniej krajobrazy Bretanii wyglądają ładnie, w tle gra bardzo atmosferyczna muzyka, a dialogi są niepozbawione błysku. Wszystko trzyma na barkach fantastyczny duet Luchini/Cottin. Pierwszy jest cynicznym entuzjastą literatury, choć przez swoją szorstkość oraz pewne poczucie wyższości nie budzi zbyt wiele sympatii. Można wręcz odnieść wrażenie, że to uparty wariat, gotowy zaryzykować wszystko dla udowodnienia racji. W kontrze do niego stoi Cottin, mocniej przywiązana do rzeczywistości, żyjąca spoza układami środowiska i równie inteligentna oraz oczytana co krytyk. Jest też między nimi zadziwiająco mocna chemia. A wszystko wspiera niezawodna grupa świetnych drugoplanowych ról: od przebojowej Alice Isaaz przez cholernie dobrego Bastiena Bouilliona (sfrustrowany pisarz Fred Koskas) i Astrid Whettnall (wydawca Ines de Crecy) po drobny epizod Hanny Schygulli (Ludmiła Blawitski).

Choć zakończenie może dać potencjał na franczyzę oraz ciekawą serię, to „Tajemnica Henriego Picka” sprawdza się jako klasyczna historia kryminalna. Choć pytanie brzmi „kto napisał?”, to chce się odkryć tajemnice skrywające się w książkach oraz ich tworzeniu. Nieoczywista, ale intrygująca niespodzianka.

7/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Całkiem nowy dzień

Nie będzie chyba przesadą, jeśli nazwę Spider-Mana jedną z najpopularniejszych postaci w całym dorobku Marvela. Być może wynika to z młodego wieku bohatera, który dopiero mierzy się z dorosłością i próbującego zbalansować swoje życie prywatne z ratowaniem świata w mikro skali. A w ostatnich czasach Pajączek pojawił się mocno: od trylogii Jona Wattsa dla MCU przez animowane „Spider-Verse” aż po tegoroczny serial „Spider-Noir”. Ale czy od tego przybytku jest miejsce na kolejne przygody Petera Parkera w Kinowym Uniwersum Marvela?

„Spider-Man: Całkiem nowy dzień” dzieje się po chaotycznym zamieszaniu w „Bez drogi do domu”, gdzie mieliśmy różne wersje Pajączka i ich wrogów, a także dochodzi do wymazania Parkera (Tom Holland) z pamięci wszystkich mieszkańców Nowego Jorku. Wliczając w to jego przyjaciół: MJ (Zendaya) i Neda (Jacob Balaton). Teraz chłopak mieszkanie gdzieś w Queens, korzystając ze wsparcia AI zwanego E.V. (Naomi Watts) i usprawniając swój kostium. Spokój jednak jest ostatnią rzeczą, na jaką może on liczyć, ciągle trzymając ludzi na dystans. Nawet pomagającej detektyw DeWolff (Lisa Colon-Zayas) czy samotnego wilka Franka Castle’a (Jon Bernthal). Ale pojawia się kolejne zagrożenie: ktoś desperacko próbuje wejść do Departamentu Kontroli Zniszczeń kierowanego przez Williama Metzgera (Tramell Tillman). Instytucja zajmuje się tworzeniem nowych technologii i narzędzi broni, wykorzystując także dawnych przeciwników jak Ręka. Co dziwniejsze wróg „opętuje” przypadkowych ludzi do osiągnięcia swojego celu, mocno utrudniając dopadnięcie go. Jakby tego było mało, coraz mocniej u Parkera odzywają się „pajęcze” geny, ograniczając jego kompatybilność z gadżetami.

Tym razem za kamerą stanął Destin Daniel Cretton, który już pracował z Marvelem przy „Shang-Chi” i serialowym „Wonder Man”, co dawało pewną nadzieję na odrobinę świeżej krwi. Głównie w kwestii scen akcji oraz choreografii walk, ale nie tylko. I ku mojemu zaskoczeniu historia ewolucji naszego sympatycznego chłopaka z sąsiedztwa bardzo sprytnie balansuje między powagą a humorem. Akcja (zwłaszcza bujanie się po mieście) wygląda bardzo przyjemnie i bardzo dynamicznie – przynajmniej od czasu trylogii Ramiego, gdzie nie brakuje zarówno długich ujęć (kompilacja akcji Spidera z bandziorami wszelkiej maści: od drobnych zbirów po Skorpiona i Tombstone’a), zabaw kamerą i perspektywą aż po dobrze wykorzystane slow-motion (starcie z wojownikami Ręki). Ale najbardziej imponuje tutaj gonitwa za „opętanym”, przeskakującym z ciała do ciała jak jakiś demon, przy okazji pozbawiając ich pamięci po zmianie gospodarza. Proste, ale kreatywne rozwiązanie, dodatkowo podbijające napięcie.

Intryga odkrywana jest bardzo powoli, choć nadal w centrum znajduje się Spider-Man. Tym razem próbujący samotnie walczyć ze złem oraz „mutacją” swoich genów. Częściowo jest to wygrywane w komediowy sposób jak pierwsze testy inhibitora, jednak potrafi też nagle uderzyć bardziej dramatycznymi chwilami jak retrospekcja z ciocią May czy spotkaniem na parapetówce u dawnych przyjaciół. Jednak najsilniejsze momenty dotyczą postaci granej przez Sadie Sink (ukrywano tożsamość przed premierą i dopiero pod koniec się wydało, ale ja nie zamierzam psuć niespodzianki) oraz finałowej konfrontacji, która mocno mi przypominała „Thunderbolts”. A wszystko zostaje spięte w bardzo satysfakcjonującym zakończeniu. Aczkolwiek niektóre efekty specjalne są troszkę niespecjalne i wyglądają szaro-buro.

Za to aktorsko jest tu naprawdę więcej niż dobrze. Tom Holland tutaj wypada najlepiej w roli Parkera/Pajączka, prezentując bardziej poważniejszego, przyziemnego bohatera. Nawet w najbardziej odjechanych momentach aktor gra bardzo przekonująco, nie rezygnując z odrobiny humoru. Strasznie podoba mi się ewolucja tej postaci. Wracają też starzy znajomy jak Zendaya i Balaton, ale także – ku zaskoczeniu wielu – Mark Ruffalo (Hulk), Florence Pugh (Jelena/Czarna Wdowa) oraz Jon Bernthal (Frank „Punisher” Castle), którzy tworzy całkiem niezły duet ze Spiderem. Jednak oni pojawiają się w zasadzie na chwilkę, na szczęście nie są rozpraszaczami i wrzuceni na siłę. Ale najważniejsza jest tutaj Sadie Sink, choć pojawia się fizycznie dość późno. Początkowo jest tajemnicza i enigmatyczna, ale powoli poznajemy jej motywacje, co pokazuje zupełnie inne oblicze. I mam nadzieję, że jeszcze ona wróci w tym uniwersum.

Czy „Całkiem nowy dzień” jest nowym początkiem dla Spider-Mana? Zdecydowanie tak i jest najlepszym filmem o Pajączku w MCU. Cretton nie tylko wnosi wiele barw do tego świata, ale też bardziej angażującą opowieść o kolejnym etapie dojrzewania oraz powolnym otwieraniu się na innych ludzi. Nie będzie przesadą, jeśli nazwę ten film najlepszą produkcją MCU od wielu lat i czekam na kolejne spotkanie z Peterem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ocean’s Eleven: Ryzykowna gra

Remake’i mają bardzo złą reputację wśród krytyków i recenzentów, a także czasami widzów. Powody wydają się być proste: zbyt wierne trzymanie się oryginału, brak własnego pomysłu na nową wersję, pazerność studiów filmowych (o tobie mówię, Disney!!!) oraz próba łatwego skoku na kasę. A w przypadku nowej wersji zagranicznego hitu na rynek amerykański krótka różnica w czasie między oryginałem a remakiem. Czy da się jednak zrobić nową wersję hitu sprzed lat, która dorównuje lub przebija oryginał? Rzadko, ale się zdarza, co pokazuje choćby „Ocean’s Eleven” z 2001 roku.

Oryginalny film z 1960 roku w reżyserii Lewisa Milestone’a z udziałem legendarnego Rat Pack (Frank Sinatra, Dean Martin, Sammy David Jr. i spółka) opowiadał o weteranach II wojny światowej, którzy planują skok na pięć kasyn w noc sylwestrową. Niestety, ale film miał bardzo nierówne tempo, niemrawą akcję i za bardzo próbował się oprzeć na charyzmie celebrytów. 40 lat później swoją wersję postanowił przygotować Steven Soderbergh, świeżo nagrodzony Oscarami za „Traffic” i na pierwszy rzut oka jest tak samo. 11 ludzi, skok na kasyna w Las Vegas, gwiazdorska obsada, jednak różnic jest więcej.

Kiedy poznajemy Danny’ego Oceana (George Clooney) właśnie wychodzi z więzienia po odsiadce. Ten czarujący facet niby wydaje się być nawróconym i gotowym wrócić do społeczeństwa, ALE jest on złodziejem oraz kłamcą. Od razu po wyjściu planuje kolejny skok i to ambitny. Skarbiec trzech kasyn zawierający ponad 160 milionów dolarów. Problem w tym, że sam nie jest w stanie wykonać takiej roboty. Zaczyna zbierać ekipę, którą stworzy osobliwa mieszanka: stary kumpel Rusty (Brad Pitt), co zna go jak zły szeląg i jest świetnym szulerem, krupier i oszust Frank (Bernie Mac), starszy oszust Saul (Carl Reiner), chiński akrobata Yen (Shaobo Qin), brytyjski spec od eksplozji Basher (Don Cheadle z paskudnym akcentem), drobny kieszonkowiec Linus (Matt Damon), bracia mechanicy Malloy (Scott Caan i Casey Affleck), gość od inwigilacji Livingston (Eddie Jameson) oraz finansujący całą imprezę Reuben (Elliot Gould). Ale w trakcie działań okazuje się, że może chodzić nie tylko o pieniądze.

„Ocean’s Eleven” już od samego początku się wyróżnia od oryginału. I nie chodzi tylko o większy budżet czy imponującą obsadę, ale od napisanych dialogów. Nie brakuje w nich błyskotliwości i ciętych ripost, a także odrobiny ironii. Bo sama historia nie jest jakoś specjalnie oryginalna czy zaskakująca. Bo pojawiają się oczywiście komplikacje, przewrotki i wszelkiej maści problemy. Ale Soderbergh wszystko to maskuje bardzo eleganckim stylem, gdzie kamera i montaż dają płynność po Las Vegas (zarówno panoramy miasta, jak i wnętrz kasyn czy hoteli), zaś w tle gra jazzująca muzyka w stylu kina lat 70. z paroma szlagierami sprzed lat. A mimo nadmiaru postaci każdy ma tu swoje pięć minut do zabłyśnięcia. Czuć tu klimat choćby „Żądła” (tylko uwspółcześnionego), czyli bardzo lekkiej i niezobowiązującej rozrywki, której siłą pozostaje czarująca obsada.

A propos niej, tutaj pierwsze skrzypce prowadzi absolutnie niezawodny George Clooney w roli Danny’ego Oceana. Z jednej strony czarujący i elegancki dżentelmen, ale z drugiej wyrachowany, sprytny złodziej z planem. Nigdy nie można przewidzieć jaki będzie jego kolejny ruch i co jest częścią kolejnego planu. Jego przekomarzanki z cudownym Bradem Pittem (lekko znudzony Rusty) czy Julią Roberts (była żona Tess) to jedne z jaśniejszych scen w filmie. Pozostali członkowie obsady też prezentują się cholernie dobrze – w szczególności troszkę niepewny siebie Matt Damon czy świetny Andy Garcia jako właściciel obrabianego kasyna, którego pewność siebie i opanowanie mogą równać się z samym Oceanem.

„Ryzykowna gra” miała być w założeniu bezpretensjonalną, czystą rozrywką bez większych ambicji. I muszę przyznać, że jako taka sprawdza się naprawdę dobrze, dzięki rewelacyjnej chemii między aktorami, całkiem zgrabnemu scenariuszowi. Ale to reżyserska ręka Soderbergha czyni ten koktajl odpowiednio orzeźwiającym, lekkim oraz przyjemnym w smaku. Jednocześnie zostaje otwarta furtka na ciąg dalszy, który nastąpił kilka lat później, lecz o tym innym razem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Old

M. Night Shyamalan – cóż to jest za reżyser, którego kariera jest bardziej wyboista niż kogokolwiek. Od złotego dziecka Hollywood z kasowymi hitami w postaci „Szóstego zmysłu” i „Niezniszczalnego” przez kompletną katastrofę w postaci komedii (niezamierzonej) „Zdarzenie” oraz blockbusterowego „Ostatniego Władcy Wiatru” aż po renesans dzięki „Wizycie” i „Split”. Nie można mu odmówić ambicji oraz intrygujących pomysłów, które nie zawsze mają sens. Nie inaczej jest w przypadku „Old”, który przypomina taniec linoskoczka na ogromnej wysokości, gdzie akrobata nie jest w najlepszej dyspozycji.

Sama historia zaczyna się jakby to był początek nowego sezonu „Białego Lotosu”. Razem z rodziną Cappa trafiamy do wypoczynkowego hotelu gdzieś na egzotycznej wyspie. Familię tworzą rodzice Guy (Gael Garcia Bernal) i Prisca (Vicky Krieps), a także dwójka dzieci Trent i Maddox. Dorośli znajdują się na wyboistej drodze, jednak nic nie chcą powiedzieć rodzicom. Familia zyskuje sympatię kierownika hotelu, który proponuje ekskluzywną pobyt na wyspę znajdującą się w okolicznym rezerwacie. Razem z nimi pojawia się brytyjski lekarz (Rufus Sewell) ze swoją niezbyt lotną żonką (Abbey Lee), pielęgniarz Jarin (Ken Leong) ze swoją żoną Patricią (Nikki Amuka-Bird). Jednak na miejscu znajdują zardzewiałe noże oraz inne przedmioty z hotelu, a plaża okazuje się być pułapką bez wyjścia. Co gorsza, wszyscy przebywający na plaży zaczynają szybciej się starzeć.

Nie czytałem francuskiego komiksu „Sandcastles”, który był materiałem źródłowym dla tego filmu, ale widzę jak mogłoby zaintrygować Shyamalana do realizacji. I muszę przyznać, że „Old” ma – jak zawsze u tego reżysera – bardzo intrygujący początek. Piękne lokacje przykuwają oko, kamera potrafi zrobić kilka dłuższych ujęć, a humor nawet potrafi wywołać uśmiech. Jednak zaczynają pojawiać się pewne problemy, z których ten twórca jest dość znany. Po pierwsze, płaskie oraz jednowymiarowe postacie, które są ledwo zarysowane i dlatego nie obchodził mnie ich los. Fakt, że też wiele postaci nie reaguje na pewne dramatyczne wydarzenia lub zbyt szybko przechodzi nad tym do porządku dziennego też nie pomaga. Po drugie, dialogi albo pełnią rolę ekspozycji – jeden z dzieciaków ciągle pytający każdego o imię i zawód (serio?? nie było lepszego pomysłu na przedstawienie postaci??), albo sprawiają wrażenie napisanych przez dzieciaka. Po trzecie, czuć pewne ograniczenia budżetowe, które nie są zbyt dobrze maskowane. Być może dlatego film ma kategorię wiekową PG-13, przez co potencjalne skręty ku body horrorowi (usuwanie guza raka) wydają się być bez pazura. Jeszcze dziwniejsza jest nie do końca przekonująca charakteryzacja, która powinna pokazać starzenie się postaci. W przypadku dzieci są tutaj zmiany aktorów, którzy mają pokazać doroślejsze wersje z mentalnością 5-6-latka wypada to przekonująco (tu najlepiej wypada Thomasin McKenzie i Alex Wolff), jednak u dorosłych to tak niekoniecznie. Jakby rozumiem, że u nich ten proces przebiega wolniej, ale pod koniec dnia powinni oni wyglądać jak 90-latkowie, a tak nie jest.

Niemniej parę rzeczy Shyalaman robi co najmniej solidnie. Przede wszystkim przekonująco buduje klimat niepokoju oraz aurę tajemnicy. Niby plaża wygląda pięknie oraz oszałamiająco, lecz nie można się z niej wydostać. Każda próba wyjścia kończy się utratą przytomności (co też nieźle nakręcone), a także ciągłe poczucie izolacji. Jednocześnie element nadnaturalny w postaci przyspieszonego starzenia się zaczyna zmieniać dynamikę między postaciami. Wszystko to jednak zepsute jest kompletnie zbędnym wytłumaczeniem, które dla mnie nie miało kompletnie sensu i nie zamierzam go zdradzać. No i jeszcze aktorzy wyciskają, co mogą z tego materiału, czyniąc go troszkę strawniejszym. Poza młodszymi odtwórcami najlepiej prezentują się Gael Garcia Bernal i Vicky Krieps (ich wspólne sceny zwłaszcza bliżej końca wypadają najlepiej) oraz Rufus Sewell jako niepokojący, skrywający mroczną tajemnicę lekarz Charles.

W filmografii Shyamalana „Old” prezentuje się średnio, czyli niewykorzystany potencjał na kolejny intrygujący thriller/horror. Wygląda o wiele dynamiczniej, ma solidną obsadę, jednak cierpi na znajome bolączki scenariuszowe oraz bliżej końca zaczyna tracić napięcie. Przypomina to budowanie zamku na piasku – niby ma mocne fundamenty, ale w konfrontacji z falą morską nie ma szans.

5,5/10

Radosław Ostrowski