Fallout – seria 1

Wyróżnione

Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia. – każdy gracz, który miał styczność z którąkolwiek częścią serii „Fallout” zna to zdanie. Pierwsza część cyklu stworzona w 1997 roku przez Black Isle Studios odmieniło gatunek gier RPG, dając sporą wolność wyboru (w rozwiązywaniu problemów), zbudowany od nowa system SPECIAL z masą dodatkowych umiejętności zwanych perkami, niejednoznacznie moralny świat pełen okrucieństwa, zgnilizny i degrengolady. Świat po nuklearnej zagładzie, zmieszany z retrofuturystyczną technologią wyobrażaną przez ludzi z lat 50., pełnym zmutowanych bestii, radioaktywnej przestrzeni, skażonej wody i wyniszczonych budynków. Kiedy gruchnęła wieść o powstaniu serialu na podstawie tego cyklu gier, fani mogli czuć się podekscytowani. Jednak kiedy podano, że zaangażowani są Jonathan Nolan z Lisą Joy, entuzjazm troszkę przygasł. Zwłaszcza jak się oglądało poprzednie ich dzieło, czyli serialowy „Westworld”, mającym mocne uderzenie i z każdym sezonem słabł. Więc jak wypada pierwszy sezon tej historii?

fallout1-1

Akcja serialowego „Fallouta” dzieje się 219 lat po zakończeniu wojny nuklearnej między USA a Chinami. Niedobitki ludzkości schroniły się w zbudowanych przez korporację Vault-Tec schronach zwanymi Kryptami. W jednej z nich o numerze 33 mieszka Lucy MacLean (Ella Purnell), która jest córką zarządcy (Kyle MacLachlan). Jej Krypta jest połączona z dwoma innymi – 32 i 31. Wskutek pewnych działań Krypta zostaje zaatakowana przez grupę bandytów, zaś jej ojciec porwany. Nie zważając na ostrzeżenia dziewczyna wyrusza na powierzchnię. I nie jest kompletnie gotowa na nowy, wspaniały świat. Oprócz niej jeszcze śledzimy losy dwójki postaci: młodego giermka Bractwa Stali, Maximusa (Aaron Moten) oraz łowcę nagród, Ghula (Walton Goggins). Losy tej trójki będą się parokrotnie przecinać.

fallout1-2

Jak widać „Fallout” serialowy wydaje się trzymać świata przedstawionego gier. Czyli kompletnej hybrydy post-apokaliptycznego świata niczym żywcem wyrwanego z „Mad Maxa”, okraszona elementami horroru, satyry, kina drogi, westernu oraz bardzo czarnej komedii. Tutaj wydarzyć się może praktycznie wszystko, zaś zagrożenie może pojawić się z najmniej spodziewanej strony. Nieliczni ocaleni na Pustkowiu, co nie zmienili się w ghule ani mutanty traktują wszystkich jako potencjalne zagrożenie, zaś mieszkańcy Krypty to tacy naiwniacy, kompletnie nie gotowi do życia na zewnątrz. Trzymani niczym w bańkach, naiwni i zbyt optymistycznie nastawieni do wszystkiego ze skłonnością do wyciągania niekoniecznie dobrych wniosków. Nie wspominając o tych fanatykach z Bractwa Stali – paramilitarnej organizacji, co zbiera relikty dawnej technologii dla siebie, mordując po drodze wszystko na swojej drodze. Ale za to mają mocarne pancerze i są ciężcy do zabicia. Jest jeszcze kilka innych ważnych postaci, lecz nie zamierzam wszystkiego zdradzać. Sami odkryjcie kolejne zagadki skrywające „Fallouta”.

fallout1-3

Technicznie serial też przypomina wyglądem realia z gry. Od samego wyglądu Krypt i charakterystycznych niebieskich strojów (włącznie z Pip-Boyami i komputerami) przez pancerze wspomagane oraz broń Bractwa Stali aż do wyniszczonych domów, opustoszałych miast. Scenografia robi piorunujące wrażenie, wiernie budując klimat wyniszczonej, retro-futurystycznej cywilizacji. Także w scenach retrospekcji, które pokazują genezę całego konfliktu. Nawet efekty specjalne prezentują się całkiem przyzwoicie, nie kłują mocno po oczach. Aczkolwiek mam jeden drobny problemik: w jednym-dwóch przez chwilę jeden z bohaterów przemieszcza się przez… las. Bardzo zielony, kompletnie nietknięty przez nuklearne eksplozje, co mnie bardzo zdziwiło. Jakim cudem po tylu latach od wybuchu atomowego teren mógł się zalesić?? Ot, zagadka. Także wątek związany z tajemnicą Krypty 33 potrafi troszkę znużyć, jednak rozwiązanie jest bardzo satysfakcjonujące i zaskakujące. Brakuje też choćby obecności supermutantów czy równie ikonicznego Szpona Śmierci, ale to pewnie wynika z ograniczeń budżetowych.

fallout1-5

Aktorsko jest zazwyczaj bardzo dobre, gdzie masę epizodów grają uzdolnieni aktorzy komediowi. Ale główna trójka jest absolutnie fantastyczna. Serce kradnie Ella Purnell jako naiwna Lucy – pełna optymizmu, ciepła i serdeczności zostaje bardzo brutalnie zderzona z niebezpieczną rzeczywistością. Cały czas próbuje znaleźć dobre wyjście z każdej sytuacji i NIGDY nie staje się irytująca czy działająca na nerwy, powoli ewoluując. W kontrze stoi Aaron Moten wcielający się w Maximusa. To jest ten typ, co próbuje osiągnąć wiele nie zawsze w uczciwy sposób, komplikując sobie bardzo mocno życie. Nie jest cyniczny, ale zna reguły tego świata i przynajmniej próbuje być w porządku. Jednak największym skurczybykiem i złodziejem jest jest – powiem to raz oraz raz powiem tylko to – ZAJEBISTY Walton Goggins w roli Ghula, a tak naprawdę to dwie postacie. Pierwsza to aktor Cooper Howard, gwiazda westernów przed wojną, niemal reprezentujący najlepsze cnoty Amerykanów – lojalność, patriotyzm i uczciwość. Ale po wojnie to łowca nagród, jednak nie w typie Mandalorianina, lecz Clinta Eastwooda ze spaghetti westernów, tylko bardziej. Bardziej cyniczny, bardziej brutalny (sceny akcji z jego udziałem są najlepsze, wliczając w to mocarny finał), bardziej bezwzględny i diablo skuteczny, a jednocześnie to najbardziej tragiczna postać z całej trójki.

fallout1-4

Czyżby wyglądało na to, że „Fallout” jest najlepsza adaptacją gry komputerowej? Nie widziałem wszystkich (zarówno filmowych, jak i serialowych), by rzucić aż tak odważne stwierdzenie. Niemniej jest tu sporo rzeczy, które spodobają się graczom, jednocześnie jest to przystępne dla osób nie mających nigdy styczności z grami, by zapoznać się z tym uniwersum. Bardzo czekam na dalszy ciąg tej opowieści.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Street Fighter. Uliczny wojownik

Filmowe adaptacje gier komputerowych nie należą do łatwych zadań i – w najlepszym wypadku – są oceniane jako niezłe. Chyba, że mówimy o serialowych adaptacjach. Są pewne wyjątki jak animowany „Super Mario Bros. Movie”, ale jest ich bardzo mało. Czy do tego wąskiego grona dołączy najnowsza adaptacja „Street Fightera”?

Nie jest to pierwsze podejście do tej serii bijatyk od japońskiego studia Capcom, jednak nie należały one do zbyt udanych. Film z 1994 roku z Jean-Claudem van Damme’m miał skróconą pre-produkcję, a gwiazdor był w toksycznej relacji z kokainą, zaś „Legenda Chun-Li” od Andrzeja Bartkowiaka… im mniej o niej, tym lepiej. Teraz pojawia się nowa inkarnacja „Ulicznego wojownika”, przy której palce maczał reżyser współpracujący z kontrowersyjnym komikiem Erikiem Andre. Sam nie miałem styczności z serią, która jednoznacznie kojarzy się z konsolami, nie będącymi (przynajmniej w peaku cyklu) zbyt popularnymi w kraju zdominowanym przez PC-ty. Więc nie powiem wam jak blisko się trzyma gier nowy film.

Sama historia skupia się na dwóch „braciach” – Ryu (Andrew Koji) oraz Kena (Noeh Centineo). Obaj byli uczniami mistrza Goukena (Don Lee), będącego takim odpowiednikiem mistrza Yody, co dbał o to, by nie przeszli obaj na ciemną stronę (Hado). Bo wtedy pojawi się demoniczna bestia zwana Akumą, której moc jest niepowstrzymana, a została obudzona podczas Wielkiego Turnieju w 1987. Od tamtej pory drogi obydwu wojowników się rozeszły – Ken stał się celebrytą, zaś Ryu zniknął z życia. Po sześciu latach dyktator M. Bison (David Dastmalchian) organizuje drugi turniej w swojej ojczyźnie i obaj panowie stają do walki. Jednak jest to tylko zasłona dymna.

Nowy „Street Fighter” to pomieszanie z poplątaniem, zarówno pod względem tonalnym, jak i gatunkowym. Z jednej strony jest mamy w centrum turniej, gdzie walczy ze sobą zbieranina ekscentrycznych i nieprzeciętnych osobowości jak bokser Balrog (raper 50 Cent), giętki i gibki mistrz Dhalsim (Vidyut Jammwal), przypakowany Zangief (Olivier Richters) czy posiadający dziwaczną fryzurę żołdak Guile (Cody Rhodes). Z drugiej jednak największe skupienie jest na Ryu oraz Kenie – pierwszy to siła spokoju, skrywająca mrok a drugi to wątpiący w swojej umiejętności facet z parciem na szkło. A jeszcze w tle mamy żądnego władzy i mocy Bisona, ustawiającego całą rozgrywkę. Dzieje się sporo, wszystko polane mocno absurdalnym sosem oraz klimatem lat 90., z dialogami mieszającymi poważne i „głębokie” refleksje znanego z filmów boksersko-sportowych oraz żartami. Najbardziej jednak wybijają się retrospekcje, pełniące funkcję ekspozycyjnego worka i zrobione w formie… anime, niemal żywcem zrobionego z lat 80 i 90. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie same walki, które są absolutnie szalone oraz naginające prawa fizyki. Efekciarskie to jest jak diabli, wściekle zmontowane, slow-motion, wystrzeliwane kule mocy (Hadouken) i inne cuda wianki.

Aczkolwiek mam dwa poważniejsze zarzuty. Po pierwsze, humor jest nierówny i obok perełek (pierwsze spotkanie Kena i Ryu w hotelowym pokoju, zakończone pokraczną bójka) są momenty żenady (niemal wszystko z udziałem Erica Andre jako prezentera wiadomości, który zostaje sędzią i ma fetysz na punkcie stóp). A także czasem bywa zbyt poważnie, co jest kwestią stylu. Po drugie, zakończenie, a tak naprawdę jego brak. Bo całość urywa się w najciekawszym momencie, nęcąc i licząc na sequel. Czy powstanie? Ciężko mi powiedzieć.

Sama obsada to pokręcona i dziwaczna mieszanka komików, zawodowych wrestlerów i fighterów oraz aktorów charakterystycznych. Najbardziej wybijają się fantastyczni Noah Centineo oraz Andrew Koji, czyli będący sercem Ken i Ryu. Pierwszy jest bardzo niepewnym siebie zawodnikiem z wielkim ego, jeszcze większym parciem na szkło oraz potrzebą udowodnienia swojej wartości; drugi jest wyciszonym, przesiąkniętym mrokiem człowiekiem z tajemnicą. Obaj się świetnie uzupełniają, tworząc jeden z ciekawszych duetów. Warto też wyróżnić absolutnie świetną Caillanę Lang (Chun-Li) oraz nietypowo obsadzonego Davida Dastmalchiana (dyktator M. Bison – mniej przerysowany i karykaturalny, za to odpowiednio budzący grozę), a także wyrazistego epizodu Jasona Momoę (zielonkawa bestia Blanka). Widać, że tu wszyscy mieli masę frajdę i nie ma tutaj w zasadzie słabego czy nietrafionego występu.

Nie sądziłem, że to powiem, ale nowy „Street Fighter” jest o wiele lepszą egranizacją niż dwie ostatnie części „Mortal Kombat” razem wzięte. Nie wszystkim spodoba się ta mieszanka powagi, zgrywy i kompletnie przegiętego mordobicia, jednak potrzebowałem takiego miksu. Jestem pewny, że za kilka to będzie film o statusie kultowym.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Martwe zło II

Po zaskakującym sukcesie kasowym „Martwego zła” wydawało się, że wrota do Hollywood bardzo szeroko otworzyły się dla Sama Raimiego. Jednak powstała wspólnie z braćmi Coen „Fala zbrodni” nie spotkała się z aż tak ciepłym odbiorem jak debiut. Do tego jeszcze mocno ingerowało studio, więc pozostało jedno wyjście – wrócić do debiutu i zrobić sequel, by dać finansową wiarygodność. Ale „Martwe zło volume zwei” to troszkę inna bestia.

Ponieważ twórcy nie mieli praw do materiału z oryginału, trzeba było niejako odtworzyć sceny poprzedzające. I na pierwszy rzut oka wszystko jest bardzo znajome: domek na odludziu otoczony lasem, Księga Umarłych, której przeczytanie budzi pradawne zło, most, co zostanie potem uszkodzony oraz Ash (Bruce Campbell). Tym razem jednak przyjeżdża tylko ze swoją dziewczyną Lindą (Denise Bixler). Na miejscu uruchamiają taśmę, gdzie profesor (raczej nie żyjący) zaczyna tłumaczyć Księgę Umarłych. To uruchamia portal, z którego wyłazi zło, Linda zostaje opętana, co kończy się dekapitacją głowy i pochowaniem reszty ciała. Niemniej to nie kończy sprawy, sam Ash zostaje opętany, z okolicy nie można się wydostać. Czy może być gorzej? Otóż do chatki przybywa córka profesora Annie (Sarah Berry) razem z chłopakiem (Richard Domeier).

Niby jest to sequel, ale bardziej należy potraktować „dwójkę” jako remake zrobiony z większym budżetem. I to czuć już od początku (wprowadzenie Księgi Umarłych i jej krótka historia – wszystko w formie animacji poklatkowej), a także mamy więcej – nawet jeśli są to krótkie – scen poza chatką. Ale reżyser podkręca mieszankę horroru z komedią, gdzie Ash jest coraz bardziej dręczony, wręcz torturowany – od majaków (widok tańczącego kościotrupa Lindy czy „roześmiane” rekwizyty) czy sztuczki z lustrem aż po opętaną dłoń, która próbuje go zabić oraz okazjonalne dostawanie w mordę, potykanie się i inne fizyczne próby zrobienia krzywdy bliźniego swego. Slapstickowe gagi (nawet ohydne jak wystrzelona gałka oczna) idą ręka w rękę z bardzo krwawą makabrą (posoka lejąca się z dziur), zaś nasz protagonista zmienia się w pewnego siebie mistrza one-linerów oraz złodupnego twardziela mimo woli.

I to właśnie tutaj zbudowana została legenda Asha Williamsa oraz grającego go Bruce’a Campbella. Tutaj już gra bardziej pewnie, wręcz brawurowo i bardziej wszechstronnie. Od coraz większego obłędu i szaleństwa (włącznie z opętaniem) przez determinację i walkę do upadłego. Nawet jeśli przeciwnikiem jest jego własna ręka (co jest zarówno zabawne, przerażające oraz imponujące kaskadersko). Pozostała część obsady też ma swoje momenty: od wnoszącego odrobinę lekkości duetu redneckiego Danny Hicks/Kassie DePaiva (Jake i Bobby Joe) przez świetną Sarę Baley (najbardziej twarda i racjonalna Annie) po kompletnie nierozpoznawalnego Tedem Raimi (opętana matka Annie, Henrietta).

Nie dziwi mnie fakt, że drugie „Martwe zło” kompletnie przyćmiło część pierwszą, niemal bezbłędnie mieszając horror z komedią. Chociaż nadal niektóre efekty specjalne wyglądają nadal surowo, to jednak ta mieszanka działa, zaś Ash Williams stał się nową ikoną kina grozy. To jednak nie była ostatnia przygoda naszego herosa z Księgą Umarłych, ale to temat na osobną historię.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Martwe zło

Rok 1981 to był czas, kiedy paru młodych ludzi wyruszyło gdzieś do stanu Michigan, by nakręcił swój pierwszy film. Budżet nie był zbyt imponujący (375 tysięcy), aktorzy w zasadzie mało znani, za to pasja była niepoliczalna na jakiekolwiek pieniądze. I tak jak wielu twórców przed nimi jak George Romero stworzyli produkcję, która jest otoczona ogromnym kultem. A także uruchomiła kariery wielu osobom.

Pierwsze „Martwe zło” ma pomysł tak prosty, że już bardziej się nie da. Piątka przyjaciół (trzy dziewczyny i dwóch chłopa) wyjeżdża spędzić wspólnie czas jak najdalej od cywilizacji. Udało im się wynająć chatkę (dość tanio), do której prowadzi mocno podniszczony most. Na miejscu niby wszystko wydaje się spokojne. Może poza uderzającą o ścianę werandę czy nie działającym zegarze. Jednak sprawdzając to miejsce, udaje się znaleźć starą księgę oraz taśmę magnetofonową. A na niej wypowiada się pewien profesor, który badał księgę (jak się okazuje Sumaryjską Księgę Umarłych) oraz znajdujące się w niej zaklęcia i inkantacje. Chłopaki decydują się puścić taśmę z nudów. Co może pójść nie tak?

Debiutujący reżyser Sam Raimi tworzy historię na pierwszy rzut oka sztampową historię grozy, którą sparodiował choćby „Dom w głębi lasu”. Bardzo skromna przestrzeń, gęsta mgła oraz puste, choć wcale nie takie małe domostwo. A jednak reżyser bardzo pewnie buduje atmosferę wyobcowania oraz – w przypadku Asha – popadania w szaleństwo. Co najważniejsze nigdy nie widzimy jak wygląda to zło, tylko ujęcie z jego/jej (jak to określić?) perspektywy, najczęściej pod dziwacznymi kątami. I to potrafi wywołać o wiele większe przerażenie, ale kiedy dojdzie do opętania, to nie ma zmiłuj. Choć charakteryzacja i efekty specjalne mogą wydawać się dość archaiczne (jak zbliżenie na zranioną, stającą się nawiedzoną nogą), to jednak lejąca się posoka potrafi uderzyć. Szczególnie trzeci akt jest podkręcony do niemal ekstremy: piwnica i filmowy projektor z puszczoną płytą gramofonową nigdy nie będzie kojarzył się tak samo.

Choć widać pewne drobne rysy jak idiotyczne zachowanie tych nastolatków (co można uzasadnić szokiem – a w przypadku Asha byciem pizdą) czy zaledwie poprawne aktorstwo (z wyjątkiem Bruce’a Campbella, próbując grać poważnie, co wychodzi… niezbyt poważnie), niemniej już tu czuć wyrazisty styl Raimiego. Pierwsze „Martwe zło” leży mocno w cieniu sequela, który bardziej skręca ku czarnej komedii, niemniej to kawał porządnego, pomysłowego straszaka. Nie pozbawiona humoru i poczucia paranoi, jednak to miała być dopiero rozgrzewka przed kolejnymi dziełami Amerykanina.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Katastrofa w duecie

Podobno jeszcze są ludzie, którym nie znudziło się oglądanie Ryana Reynoldsa. Znany najbardziej z roli Deadpoola aktor w zasadzie gra dość podobnego gościa – uprzejmego i miłego, który pakuje się w kompletnie przerastającą go sytuację. Nie inaczej jest w przypadku nowego filmu platformy Apple Tv+, osadzonego w realiach zimnej wojny. A dokładniej do roku 1987 roku.

W „Mayday” Reynolds gra porucznika Troya „Assassin” Kelly’ego – pilota marynarki, który jest cholernie uzdolniony i lekko egotyczny. Ale jest też cholernie uzdolniony niczym Maverick z znanego „Top Gun”. I to właśnie Kelly zostaje przydzielony do udziału w locie szpiegowskim na terenie Sowietów. Robota była prosta: przelecieć nad celem, zrobić zdjęcia i wrócić. Niemniej samolot zostaje namierzony i zestrzelony, a porucznikowi udaje się katapultować. Problem w tym, że do granicy jest kilka tysięcy kilometrów, znajomość języka rosyjskiego nie należy do zbyt wysokich, a żeby było jeszcze gorzej mocno obrywa w nogę. Wtedy z pomocą przychodzi Nikolaj (Kenneth Branagh ze sporą brodą), który mieszka w chatce pośrodku lasu, jest zafascynowany Ameryką i próbuje zaprzyjaźnić się z Amerykaninem. Fajny facet, poza faktem, że to… agent KGB, choć tak naprawdę to nie.

Duet reżyserski John Francis Daley/Jonathan Goldstein na komedii się zna, co pokazali już w „Wieczorze gier” oraz przygodowym „Dungeons & Dragons: Złodziejski honor”. Ich najnowsze dzieło jest klasyczną kumpelską komedią, gdzie dwóch niedopasowanych bohaterów musi współpracować w realizacji celu. Tutaj mamy amerykańskiego pilota na obcej ziemi oraz ekscentrycznego, zafascynowanego Ameryką (oraz piracką wersją klasyka Tony’ego Scotta) Nikolaja. Nie brakuje tu zderzeń charakterów, coraz bardziej podkręconej akcji z kreatywną pracą kamery (od bójki w barze – a jakże – przez ucieczkę w pociągu po absurdalną jazdę kradzionym… wozem z pociskiem nuklearnym) i zwiedzania dawnego komunistycznego kraju.

Wrażenie tutaj robi przede wszystkim scenografia i rekwizyty, pozwalające wejść w późny komunizm. Zarówno samochody, telewizory, blokowiska jak też stare domostwa na wsi wyglądają bardzo przekonująco (co ciekawe, film kręcono na Węgrzech). W tle grają hity z epoki (ze szczególnym wskazaniem na Bruce’a Springsteena – choć brakuje czegoś z kraju rad) oraz nieinwazyjna muzyka elektroniczna, a humor zwyczajnie działa. Ale przy okazji twórcy serwują zderzenie dwóch mentalności (zniewolonego i zmuszonego do kłamstwa komunizmu oraz pozornie wolnego, choć pazernego kapitalizmu) zmuszające do weryfikacji swoich poglądów i przekonań.

A wszystko działa dzięki paru niespodziankom obsadowym. Reynolds jak to Reynolds – sympatyczny, trochę cwany, choć kompletnie nieodnajdujący się w obcym otoczeniu. Zaskoczeniem okazał się dla mnie Branagh. I to nie dlatego, że płynnie gawarit pa ruski czy wygląda jak metrosekskualny dwarl, ale właśnie on robi tu za herosa kina akcji. Większość walk tutaj robi Brytyjczyk i – ku mojemu zaskoczeniu – wypada o wiele lepiej niż się spodziewałem. A ta dynamika jest prawdziwym paliwem tego filmu. Za to drugi plan kradnie intensywny i wręcz diaboliczny Marcin Dorociński w roli tropiącego naszą parę agenta KBG Wołkowa, będący prawdziwym (prze)koksem oraz zagrożeniem. Na pewno nasz ulubieniec spędza więcej czasu niż w przedostatnim „Mission Impossible”, nawet jeśli jest tutaj jako złol.

Troszkę szkoda, że „Katastrofa w duecie” trafiła na streaming, bo wygląda jak coś idealnego na wypad do kina. Odpowiednio lekki i widowiskowy, z masą akcji i humoru, nawet jeśli bywa czasem przerysowany. Czysty fun i czasem więcej nie trzeba.

7/10

Radosław Ostrowski

Zapomniana wyspa

Był taki czas, kiedy studio DreamWorks było trzecim (po Disneyu i Pixarze) liczącym się studiem filmów animowanych w XXI wieku. Choć nadal zdarzają się absolutnie fantastyczne produkcje jak dwie części „Pana Wilka i spółki” czy „Dziki robot”, to jednak bardziej czują oddech konkurencji. Ze szczególnym wskazaniem na Sony Pictures Animation oraz (w mniejszym stopniu) Illumination. Teraz studio wraca ze swoim filmem, czyli „Zapomnianą wyspą”.

Opowieść przenosi nas do Filipin lat 90., gdzie poznajemy dwie uczennice. Jo mieszka razem z babcią, która miała kiedyś trafić do niezwykłej wyspy Nakali, znajdującej się w innym wymiarze, co pobudza wyobraźnię dziewczyny. Raissa to drugi biegun, czyli diablo inteligentna nerdka, twardo stąpająca po ziemi. I jakimś cudem zaprzyjaźniają się, co zaczęło się podczas czekania przed biurem dyrektora. Wspólnie zaczęły spędzać czas: od oglądania filmów przez śpiewanie karaoke i balowanie. Każde ważne wspomnienie jest symbolizowane wisiorkiem dodawanym do bransoletki, a ich celem jest dotarcie do Nakali. To – ku zaskoczeniu pań – następuje już w wieku młodo-dorosłym, kiedy Raissa ma wyjechać na studia do USA, zaś Jo pracuje w sieci handlowej. Na miejscu jednak dziewuchy kompletnie nic nie pamiętają, zaś klucz otwierający portal gdzieś się zawieruszył.

Reżyserski duet Joel Crawford/Januel Mercado (odpowiedzialni choćby za ostatniego „Kota w butach”) mocno czerpie z kultury filipińskiej przy tworzeniu świata, nawet jeśli pojawiają się znajome postacie jak wilkopies Raww, syren Mermahn czy demoniczna wampirzyca Manang. Ale są też choćby takie cudaczności jak przechowująca wspomnienia Batiwa, gnomowate Duwende oraz – dosłownie – połączony pępowiną demon-niemowlak Bungi. A sama historia to mieszanka „Kac Vegas” zmieszana z elementami przygody/fantasy. Powoli odkrywana zagadka okraszona jest masą humoru sklejonych z akcją, zaś wszystkie wejścia wampirzycy niemal skręcają w kierunku horroru. Sama animacja korzysta z podobnych tricków, co „Kot w butach” czy – kompletnie przełomowy – „Spider-Man: Uniwersum”. Od spowolnienia klatkażu podczas scen bieganych przez wyłupiaste oczy z przerażenia aż po bardzo efektywne slow-motion. Postacie też wyglądają bardzo szczegółowo, zaś efekty specjalne (portal pozwalający wejść czy usuwane wspomnienia) olśniewają.

Jednak najważniejsza tutaj jest kwestia przyjaźni między dwójką kontrastowych bohaterek. Bardzo żywiołowa, energiczna, niepasująca do świata Jo oraz bardziej przyziemna, niemal podchodząca w naukowy sposób Raissa – pozornie tak odległe od siebie jak tylko się da. A jednak obie się uzupełniają, nawet jeśli sporadycznie ocierają się o irytację. A także o sile wspomnień, które kształtują każdego z nas. Pomaga w tym też bardzo solidny polski dubbing, gdzie głosy udzielali głównie mniej znani aktorzy.

Czy „Zapomniana wyspa” to najlepsza animacja tego roku? Absolutnie nie. I nawet nie jest to najlepsza produkcja studia DreamWorks w ostatnich latach. Niemniej pozostaje przyjemną rozrywką dla młodego widza z niegłupim morałem. Tej wyspy lepiej nie zapomnieć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Primetime

Czy potrzebujemy kolejnych filmów o telewizji? Dzisiaj mało kto ogląda to duże pudełko (chyba że filmy i seriale z platform streamingowych czy podpiętych komputerów/konsol, by grać), zaś wiele krytycznych portretów mediów powstało na tyle dużo, że temat wydaje się maksymalnie wyeksploatowany. Ale czy aby na pewno? Na to próbuje odpowiedzieć nowe dzieło ze studia A24, czyli „Primetime”.

Historia skupia się wokół Chrisa Hansena (Robert Pattinson), dziennikarza stacji NBC. Razem z producentką Andie Bender (Merritt Wever) tworzy program „To Catch a Predator”, gdzie zastawia pułapkę na pedofilów. W czym pomaga mu komputerowiec Xavier von Erich (Matthew Maher) oraz pełniąca rolę przynęty Del (piosenkarka Phoebe Bridgers). Stacja chce umieścić program podczas prime time’u (czyli podczas najwyższej oglądalności), by konkurować z serialem „Zagubieni”. Jednak aby to zrobić trzeba znaleźć prawdziwego „wieloryba”, czyli oprawcę z wyższych sfer. W tym samym czasie do programu dołącza aspirujący młody aktor Dan Plum (Skyler Gisondo), który zostaje nowym „wabikiem”.

Za kamerą stanął uznany dokumentalista Lance Oppenheim, dla którego jest to debiut fabularny. Film próbuje być trochę biografią, trochę thrillerem, trochę dramatem, ale nie sprawdza się w żadnym z tych. Twórcy bardziej skupiają się na pokazaniu realizacji tego programu, zaś wizualnie mocno przypomina telewizję z początku lat 2000. (ziarno na ekranie, mocne kolory, sceny z kilku kamer). Jak przygotowywane są podwaliny pod potencjalnych zboczeńców – choć czy naprawdę nimi byli to sprawa dyskusyjna – oraz współpracy z policją. Żeby było jasne: pedofile nie są tutaj pokazywani jako ofiary, ale wobec nich stosowana jest prowokacja. A z każdym kolejnym celem jest coraz większa presja, by zdobyć większą oglądalność.

I tutaj zaczynają się schody, bo reżyser sugeruje pewne potencjalne motywy. Jak media w imię sprawiedliwości oraz walki ze złem eksploatują je, jak obsesja Hansena odbija się na jego życiu prywatnym (zaniedbanie żony i dzieci), jak praca w tym programie może wywołać traumę (pierwsze wejście Pluma jako „wabika”, gdzie zwyrol pokazuje swojego wacka) czy to jak taka program staje się stygmatem. Ale Oppenheim tylko podrzuca pojedyncze scenki i ledwo sygnalizuje te wątki, bardziej skupiając się na samym program oraz (w trzecim akcie) polowaniu, które kończy się tragedią. Nawet wątek producentki, która zaczyna być coraz bardziej ignorowana i spychana przez Hansena zostaje w zasadzie szybko rozwiązany. Aczkolwiek ten finał daje pewną satysfakcję, tylko troszkę za późno.

Wszystko działa tylko dzięki aktorstwu, ze szczególnym wskazaniem na dwóch facetów. Absolutnie fantastyczny jest Robert Pattinson (jak on to robi?) w roli Hansena. Aspirujący dziennikarz, przekonany o słuszności swoich działań, ale jednocześnie to manipulator i narcyz (momenty, gdy powtarza fragmenty czatów przed wejściem). Jego życie prywatne jest bałaganem – zaniedbywanie synów i żony, a także ma kochankę – zaś obsesja na punkcie oglądalności doprowadza do katastrofy. Jednak największą niespodzianką był Skylar Golindo w roli młodego aktora Pluma. Naiwny oraz aspirujący chłopak, który ma „grać” 13-latka posiada sporą dawkę uroku (scena przesłuchania), jednak coraz bardziej ta praca zaczyna się na nim naznaczać. Aktor nie odstaje poziomem od Pattinsona czy równie świetnej Merritt Wever, co jest pozytywną niespodzianką.

Tym bardziej szkoda, że „Primetime” jest zmarnowanym potencjałem na film w stylu „Wolnego strzelca”. Oppenheimer zbyt dużo czasu skupia na odtworzeniu atmosfery lat 2000. oraz procesie realizacji programu niż na tym, jakie konsekwencje miał program „To Catch a Predator” na wszystkich ludziach – od widzów po realizatorów.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Do utraty tchu

Jean-Luc Godard – reżyser podobno uznany i uważany za jednego z najważniejszych twórców francuskiej nowej fali. Tylko, że swoje najciekawsze rzeczy tworzył w latach 60., czyli bardzo dawno temu. A nie wszystko, co starsze musiało się zestarzeć jak wino. Czy tak jest w przypadku uznanego za klasyka „Do utraty tchu”?

Sama historia wydaje się być prosta i niezbyt skomplikowana. Mamy młodego chłopaka, Michela (Jean-Paul Belmondo) zajmującego się kradzieżą samochodów. Niby ma dziewczynę, amerykańską dziennikarkę Patricię (Jean Seberg), pracującą dla lokalnego oddziału New York Heralda. Ale czy to jest coś na poważnie? Ciężko stwierdzić. Jednak powoli wszystko zaczyna się sypać. Podczas jazdy skradzionym autem zostaje zatrzymany przez policję, co kończy się strzałem i śmiercią mundurowego. Policja zaczyna obławę, a chłopak próbuje zdobyć pieniądze, by uciec z Paryża. Najlepiej z dziewczyną, choć to pozostaje niewiadomą.

Jeśli z tego opisu spodziewacie się czegoś w stylu filmów braci Safdie ubranych w epokę lat 60., to pomyślcie jeszcze raz. Godard nie jest specjalnie zainteresowany fabułą czy intrygą, która nabiera większego ciężaru na początku i na końcu. Jednak środek to w zasadzie snucie się Michela po mieście (samemu lub z dziewczyną), gdzie reżyser bardziej zainteresowany jest budowaniem klimatu i atmosfery. W tle gra albo klasyczna muzyka, albo rewelacyjny jazz; mamy wiele tzw. jump cutu (cięcia montażowe głównie między rozmowami) oraz dialogi brzmiące bardziej jak deklaracje. Zupełnie jakby Godard z każdą sekundą chciał pokazać, że to nie ma nic wspólnego z realizmem. Że to – jak David Lynch pokazał w „Mulholland Drive” – jest iluzją, mistyfikacją oraz fałszem. Zresztą nasz protagonista nieprzypadkowo ubiera się niczym detektyw z kina noir (mocno inspirując się Bogartem) i towarzyszy mu śliczna blondynka z krótko strzyżonymi włosami. Aż korci mnie nazwać „Do utraty tchu” prekursorem całego postmodernizmu, który kojarzymy choćby z Tarantino czy eksperymentalnej zabawy innych twórców nowofalowych (choćby Jerzego Skolimowskiego).

Powiem szczerze, miałem pewne problemy z wejściem w ten film, choć widziałem wcześniej tylko jeden film Francuza („Amatorski gang”). Godard ma gdzieś oczekiwania widowni czy trzymanie się gatunkowych klisz, w zasadzie robiąc co mu się podoba. Od wrzucenia wywiadu z pisarzem (w tej roli reżyser Jean-Pierre Melville) po długie rozmowy naszej pary w łóżku (i nie, nie robią tego, co myślicie). I choć widzę tą całą zabawę oraz hecę, to jednak nie potrafił wejść do tego umownego świata, który kończy się nagle oraz nieoczekiwanie.

To jest dla mnie jeden z tych filmów, którego seans przypomina wizytę w muzeum. Godard przykuwa oczy łamaniem gatunkowych klisz i konwencji, z pewną bezczelnością i urokiem. Problem w tym, że ja już to widziałem „wcześniej” u innych filmowców, którzy czerpali do tego stopnia, że oryginał stracił wiele ze swojej siły. Niemniej nie żałuję, że obejrzałem.

7/10

Radosław Ostrowski

Digger

Alejandro Gonzalez Inarritu to jeden z najbardziej nieobliczalnych reżyserów z Meksyku. Najpierw zaczynał od dramatów psychologicznych, gdzie przeplatały się losy kilku postaci jak „21 gramów” czy „Babel” po absolutnie imponujące technicznymi aspektami „Birdmana” czy absolutnie szalonego „Bardo”. A kiedy zaczęły pojawiać się zapowiedzi jego najnowszego filmu, czyli „Diggera” pojawiła się we mnie ekscytacja. To miała być (czarna) komedia ze słynnym filmowym kaskaderem Tomem Cruisem w roli głównej. A co z tego wyszło?

Sama historia skupia się na Diggerze Rockwellu (Tom Cruise) – potentacie naftowym, zbierającym ropę z niemal wszystkich części świata. Włącznie z Antarktydą i Arktyką, mając koneksje u szczytach władzy, przy okazji kompletnie ignorując wszelkie przepisy BHP. Właśnie podczas eksploracji jednej z rafinerii na biegunie dochodzi do eksplozji metanu, co w konsekwencji powoduje oderwanie sporego kawałka lodowca. Zmierza on w kierunku północnej Europy, mogąc doprowadzić do potencjalnej katastrofy. O czym ostrzega szef bezpieczeństwa, doktor Ganesh (Riz Ahmed), lecz Digger kompletnie miał to w dużym poważaniu. Digger decyduje się powiadomić o wszystkim prezydenta Compsona (John Goodman), by podjąć kroki.

Dziwny to i bardzo specyficzny film, któremu blisko jest zarówno do „Bardo” (choć nie jest aż tak surrealistyczny) jak i… „Birdmana”. Inarritu ma ambicję zrobić współczesną satyrę w stylu „Dra Strangelove”, tylko zamiast bomby atomowej mamy katastrofę ekologiczną. Od samego początku jest to przejaskrawione i przerysowane, nie tylko z powodu postaci większych niż życie. Pierwsze sceny w rezydencji Diggera imponują bogatą w detale scenografią oraz zdjęciami (sami twórcy się chwalą, że użyli kamer VistaVision), które z jednej strony kojarzą się z filmami Wesa Andersona, ale z bardziej stonowanymi kolorami oraz żywszą pracą kamery. Ale już w tym segmencie coś wydaje się dziwnego: towarzyszący Diggerowi kot (mający mieć jakieś 30 lat) wygląda jakoś nienaturalnie, a pokazane w tle krajobrazy wyglądają bardziej na makiety niż prawdziwe plenery.

A to tylko jedna z niespodzianek, jakie serwuje Inarritu, a których nie pokazuje kampania marketingowa. Wywraca to wszystko do góry nogami, zmuszając do myślenia, a jednocześnie kpiąc z ludzi. Obnażając ich hipokryzję, wypieranie faktów oraz coraz większą inkompetencję ludzi władzy, co pięknie podsumowuje mowa wypowiadana przez Diggera przez Parlamentem Europejskim. I przy okazji kpiąc także z… nas, widzów. Choć zdarzają się pewne wątki zbędne („córka” Diggera, w zasadzie niewykorzystana postać siostry Diggera, graną przez Sandrę Huller), a niektóre dialogi można było wyrzucić, to jakimś cudem pod koniec zaczyna się to wszystko spinać. Do tego jeszcze ta ostatnia scena, nie pozwalająca wyjść z głowy.

Wszystko to na swoich barkach trzyma Tom Cruise, który idzie mocno pod prąd i przypomina jak uzdolnionym jest aktorem. Jego Digger to zdecydowanie jedna z najbardziej odpychających postaci w jego karierze: żyjący w wyparciu (puentuje to jego „relacja” ze schorowaną kotką Maggie czy jedna z końcowych scen, kiedy się „modli”) narcyz oraz pazerny do granic możliwości kapitalista, za każdym próbujący pokazać, że ma „większego”. Świetny jest też John Goodman w roli chorego na raka odbytu prezydent, który wygląda jakby w każdej chwili mógł zejść i mocno inspirowany Trumpem (obecność pastora oraz scena modlitwy podczas obraz). Jednak dla mnie całość skradł rewelacyjny Riz Ahmed. Dr Ganesh w jego wykonaniu to jedyny racjonalista w tym wariatkowie. Początkowo dość niepewny siebie, zacinający się w wypowiedziach, z czasem jednak nabiera pewności siebie i mając coraz bardziej wszystko w dupie. Wspólne sceny Ahmeda z Cruisem to jedne z najlepszych scen tego filmu.

Nie dziwi mnie, że „Digger” mocno spolaryzował i podzielił wszystkich. To nie jest łatwy, przyjemny oraz dający się lubić film, bo ciągle igra z oczekiwaniami. Nie jest może odkrywczy jako satyra, a forma opowieści i nagłe zakręty wywołują konsternację. Niemniej nie jestem w stanie odmówić ambicji oraz „jaj” w sposobie realizacji, a także imponujących wizualnie scen. Nie słuchajcie krytyków ani mnie, tylko pójdźcie sami i wyróbcie sobie własne zdanie na ten temat.

6/10

Radosław Ostrowski

Lalka (2026)

Dawno nie było takiej sytuacji na naszym podwórku od czasu kiedy blisko siebie pojawiły się dwie produkcje o Dywizjonie 303. Jeden był brytyjsko-polski z Iwanem Rheonem i Marcinem Dorocińskim („303. Bitwa o Anglię”), a drugi – dla odmiany – polsko-brytyjski z Maciejem Zakościelnym oraz Piotrem Adamczykiem („Dywizjon 303. Historia prawdziwa”). By je rozróżnić na plakatach był żółty pasek z napisem „Nie pomyl filmu.” Teraz mamy tą samą sytuację z „Lalką” – netflixowym serialem, fabularnym filmem (obydwa oparte na powieści Bolesława Prusa) oraz… amerykańskim horrorem pod tym samym tytułem. I nie, nie skupię się na tym ostatnim.

Sama historia jest raczej powszechnie znana, czyli o niejakim Stanisławie Wokulskim (Marcin Dorociński) i jego zauroczeniu młodą kobietą Izabelą Łęcką (Kamila Urzędowska). On – bardzo obrotny, zamożny mieszczanin, prowadzący działalność handlową, ona – niby arystokratka, ale coraz bardziej ubożejąca. Co może nie brzmi jak poważny problem, chyba że w Warszawie roku 1878. To oznacza sporą barierę społeczną, różnice klasowe (nie do pogodzenia dla otoczenia). Ale wtedy pojawia się specjalizująca się w swataniu pani Meliton (kradnąca ekran Agata Kulesza), która decyduje się wesprzeć mężczyźnie w zdobyciu serca swojej wybranki.

Tym razem z klasykiem literatury zmierzył się Maciej Kawalski, który parę lat temu zadebiutował zaskakująco udanymi „Niebezpiecznymi dżentelmenami” – komedią kryminalną w realiach Zakopanego przed I wojną światową. Teraz zmierzył się z materiałem cięższego kalibru, ogromnym budżetem (jak podają źródła: 80 milionów złociszy!!!) oraz tak imponującą znanymi nazwiskami obsadą jakby to miał być polski blockbuster jakiego nie widzieliśmy. Już pierwsza scena w Bułgarii, gdzie nasz bohater prowadzi interesy podczas wojny z Turcją, zakończona atakiem muzułmanów robi wrażenie. I sugeruje, że choć będzie blisko pierwowzoru, to jednak nie będzie go przenosił jeden do jednego. Zgadzają się ogólne wydarzenia jak kupienie konia przed wyścigiem, zakup kamienicy Łęckich, wyjazd do Paryża czy zakładanie spółki handlowej z arystokracji. Niemniej wiele zostało dopisanych dialogów, w których przebija się choćby darwinowska teoria ewolucji, emancypacja (a właściwie jej niemożliwość) czy kwestia małżeństwa jako formy przetrwania.

Jasnym jest, że wiele rzeczy musiało wylecieć albo zostać mocno skrócone (i w paru wątkach to – niestety – czuć jak choćby baronostwo Krzeszowscy, subiekci w sklepie), bo nie wszystko by się w filmie upchnie. Niemniej reżyser sprawie panuje nad materią, co bardzo mnie zaskoczyło. Równie imponująca jest warstwa techniczna – krótko mówiąc, czuć tu piniądz. XIX-wieczna Warszawa jest tu żywa, scenografia pełna detali i rekwizytów wręcz oszałamia, tak samo jak kostiumy. Ale nie tylko stolica wygląda okazale, bo jeszcze jesteśmy w Paryżu (a nawet mamy lot balonem) czy w Zasławiu.

Jednak w centrum ciągle znajduje się Wokulski, którego gra fantastycznie Marcin Dorociński, próbujący wejść do grupy ludzi traktującej go z wrogością. Oślepiony miłością do wyidealizowanego obrazu kobiety miota się: od pewnego siebie w interesach przez zagubionego w regułach gry społeczeństwa po absolutnie nieśmiałego. I te skrajności pokazuje on świetnie, niejako niosąc całość na swoich barkach. Po drugiej stronie jest Łęcka grana przez przepiękną Kamilę Urzędowską, która oszałamia wyglądem oraz strojami. Ewidentnie reżyser próbuje pokazać jako trzymaną w kloszu, pozbawioną jakiejkolwiek kontroli nad sobą i swoim życiem. Niby to widać oraz słuchać w dialogach, ALE czegoś mi w tym występie zabrakło. Sytuację za to ratuje bardzo barwny drugi plan, od którego można dostać bólu głowy. Dawno nie widziany Marek Kondrat w roli Rzeckiego pokazuje, że nic nie stracił z talentu i świetnie się uzupełnia z Dorocińskim. Jednak najmocniej zapadły mi w pamięci panie: wspomniana wcześniej Kulesza, bardziej refleksyjna Maja Komorowska (prezesowa Zasławska) oraz najlepsza z całej obsady i najbardziej wyrazista Maria Dębska (ekscentryczna hrabina Wąsowska). Co nie znaczy, że reszta jest słaba czy nijaka, żebyśmy się zrozumieli.

Nie widziałem jeszcze wersji netflixowej od Pawła Maślony, więc nie będę się bawił w porównania. Niemniej muszę powiedzieć, że Kawalski wyszedł z tego zadania obronną ręką, tworząc jeden z lepszych blockbusterów w naszym kraju od lat. W starym stylu i klasyczny, ale nie pachnący naftaliną. Bliżej oryginalnego tekstu, lecz nie trzymający się go do ostatniej kropki, co nie jest łatwym zadaniem.

8/10

Radosław Ostrowski

Trainspotting

Kiedy do naszych kina trafił „Trainspotting” – drugi film w dorobku Danny’ego Boyle’a miałem niecałe 10 lat i niespecjalnie interesowałem się kinem. Poza tym mieszkałem zbyt daleko od najbliższego kina (ponad 70 km!!) i raczej nie miałbym szansy zobaczyć tego na dużym ekranie, a potem jakoś się nie złożyło. Ale od czego są wznowienia w formie remastera 4K, zwłaszcza z okazji rocznicy premiery. I żałuję, że aż tyle czasu odwlekałem.

Historia oparta na powieści Irvine’a Welsha skupia się na młodych Szkotach, którym życie upływa od jednego strzału heroiny do kolejnego. A prowadzić nas (jako narrator) będzie niejaki Mark Renton (Ewan McGregor) – młodociany chłopak, dający sobie w żyłę i robiący wszystko dla kolejnej działki. Ale nie robi tego sam, tylko z paczką kumpli: niezbyt lotnym Spudem (Ewan Bremner), próbującym sprzedawać dragi Sick Boy (Jonny Lee Miller) oraz narwany psychopata Begbie (Robert Carlyle). By zdobyć kasę kradną, co popadnie i w zasadzie tkwią w tym bagnie, ale dla Rentona przychodzi moment opamiętania.

„Trainspotting”, choć dotyka poważnej kwestii uzależnienia, jest tak naprawdę… komedią. Boyle ze scenarzystą Johnem Hodge’m zachowują atmosferę książkowego pierwowzoru oraz ironiczno-smolisty humor. I ta tonalna mieszanka może wydawać się dziwaczna, jednak od samego początku elektryzuje. Bo jak nie poczuć kopa na widok uciekającego Rentona z kumplami do grającego w tle „Lust for Life” iggy’ego Popa (cóż za ironia w doborze piosenki)? A jednocześnie słyszymy ten monolog zaczynający się od „Wybierz życie”, który nierozerwalnie kojarzy się z tym filmem. Pozornie sama historia jest prosta i jest obserwacją młodych ćpunów, co mieszkają na zadupiu, w zasadzie nie mając zbyt wielu perspektyw na przyszłość. Co jeszcze bardziej potęguje mocno stonowana kolorystyka (gnijąca zieleń i rdzawa czerwień) oraz dynamiczny montaż, pozwalający wejść w umysł.

Ale to sceny związane z narkotykami zapadają najmocniej w pamięć: śmierć noworodka w łóżeczku, rozmowa Spuda o pracę pod wpływem speeda, wizyta w najgorszym kiblu Szkocji, przedawkowanie (w tle gra „Perfect Day” Lou Reeda) czy – najbardziej surrealistyczna – detoksu Rentona, zamkniętego w pokoju. Tutaj mężczyzna jest prześladowany przez znajomych, poznaną dziewczynę, teleturniej z małego ekranu czy… niemowlaka idącego na ścianie. W tych momentach Boyle miesza powagę z bardzo gorzkim humorem czy to przy użyciu kontrastującej muzyki, nagłych ataków przemocy lub kompletnie nieoczekiwanych sytuacji. A także nie brakuje napięcia czy skrętów ku gangsterce (sprzedaż zdobytych narkotyków), zamykając się w fenomenalnym finale.

Co jednak najważniejsze, twórcy unikają moralizowania i prawienia banałów, wierząc w inteligencję widza. Reżyser potrafi mocno pokazać zarówno bezlitosne oddziaływanie narkotyków na najbliższych ludzi (wątek Tommy’ego – czystego i dbającego z kondycję fizyczną faceta, który zaczyna brać; rodzice Rentona czy dziewczyna Sick Boya), ale też ich samych. A jak dodamy do tego toksyczną więź „kumpli”, którzy ciągną na dno – zwłaszcza próbujący wielokrotnie zerwać Sick Boy czy bardzo przemocowego Begbie’ego, potrafiącego samą obecnością wywołać strach – widzimy coraz powolne dojrzewanie do „wybrania życia”.

A wszystko dopełnia absolutnie rewelacyjnie aktorstwo. Główne role zagrali młodzi ludzie dopiero na początku swojej drogi: Ewan McGregor błyszczy w roli zagubionego Rentona, lawirującego między tańcem z heroiną i coraz bardziej idącego ku autodestrukcji. Jednak powoli zaczyna wyrywać, co prezentuje finałowy monolog. Odrobinę humoru wnosi Ewan Bremnen jako niezbyt inteligentny Spud, nie potrafiący się wyrwać z nałogu oraz lojalny wobec tzw. kumpli. Jonny Lee Miller jako Sick Boy to mieszanka cwaniaczka, który w każdej chwili może zdradzić, próbując szybko zarobić. Jednak najbardziej niebezpieczny jest kradnący ekran Robert Carlyle, którego Begbie przypomina narwanych gangsterów granych przez Joe Pesciego. Rzucający mięsem we wszystkich kierunkach, bardzo pewny siebie i agresywny twardziel, będący tak naprawdę pasożytem. Poza tym kwartetem jest kilka zapadających w pamięć postaci jak poznana w klubie Diane (debiutująca Kelly Macdonald), stający się kolejną ofiarą dragów Tommy (znany z „Dog Soldiers” Kevin McKidd) czy diler Sweeney zwany „Matką Miłosierdzia” (kompletnie nie do poznania Peter Mullan).

Troszkę obawiałem się seansu, pamiętając jaki ferment wywołało „Requiem dla snu” Darrena Aronofsky’ego, które także dotykało uzależnień w bardziej mrocznym i cięższym tonie. Ale film Boyle’a, który absolutnie bezbłędnie lawiruje między powagą a humorem, nic nie traci ze swojego ciężaru i antynarkotykowego przekazu. Imponujące.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski