Fallout – seria 1

Wyróżnione

Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia. – każdy gracz, który miał styczność z którąkolwiek częścią serii „Fallout” zna to zdanie. Pierwsza część cyklu stworzona w 1997 roku przez Black Isle Studios odmieniło gatunek gier RPG, dając sporą wolność wyboru (w rozwiązywaniu problemów), zbudowany od nowa system SPECIAL z masą dodatkowych umiejętności zwanych perkami, niejednoznacznie moralny świat pełen okrucieństwa, zgnilizny i degrengolady. Świat po nuklearnej zagładzie, zmieszany z retrofuturystyczną technologią wyobrażaną przez ludzi z lat 50., pełnym zmutowanych bestii, radioaktywnej przestrzeni, skażonej wody i wyniszczonych budynków. Kiedy gruchnęła wieść o powstaniu serialu na podstawie tego cyklu gier, fani mogli czuć się podekscytowani. Jednak kiedy podano, że zaangażowani są Jonathan Nolan z Lisą Joy, entuzjazm troszkę przygasł. Zwłaszcza jak się oglądało poprzednie ich dzieło, czyli serialowy „Westworld”, mającym mocne uderzenie i z każdym sezonem słabł. Więc jak wypada pierwszy sezon tej historii?

fallout1-1

Akcja serialowego „Fallouta” dzieje się 219 lat po zakończeniu wojny nuklearnej między USA a Chinami. Niedobitki ludzkości schroniły się w zbudowanych przez korporację Vault-Tec schronach zwanymi Kryptami. W jednej z nich o numerze 33 mieszka Lucy MacLean (Ella Purnell), która jest córką zarządcy (Kyle MacLachlan). Jej Krypta jest połączona z dwoma innymi – 32 i 31. Wskutek pewnych działań Krypta zostaje zaatakowana przez grupę bandytów, zaś jej ojciec porwany. Nie zważając na ostrzeżenia dziewczyna wyrusza na powierzchnię. I nie jest kompletnie gotowa na nowy, wspaniały świat. Oprócz niej jeszcze śledzimy losy dwójki postaci: młodego giermka Bractwa Stali, Maximusa (Aaron Moten) oraz łowcę nagród, Ghula (Walton Goggins). Losy tej trójki będą się parokrotnie przecinać.

fallout1-2

Jak widać „Fallout” serialowy wydaje się trzymać świata przedstawionego gier. Czyli kompletnej hybrydy post-apokaliptycznego świata niczym żywcem wyrwanego z „Mad Maxa”, okraszona elementami horroru, satyry, kina drogi, westernu oraz bardzo czarnej komedii. Tutaj wydarzyć się może praktycznie wszystko, zaś zagrożenie może pojawić się z najmniej spodziewanej strony. Nieliczni ocaleni na Pustkowiu, co nie zmienili się w ghule ani mutanty traktują wszystkich jako potencjalne zagrożenie, zaś mieszkańcy Krypty to tacy naiwniacy, kompletnie nie gotowi do życia na zewnątrz. Trzymani niczym w bańkach, naiwni i zbyt optymistycznie nastawieni do wszystkiego ze skłonnością do wyciągania niekoniecznie dobrych wniosków. Nie wspominając o tych fanatykach z Bractwa Stali – paramilitarnej organizacji, co zbiera relikty dawnej technologii dla siebie, mordując po drodze wszystko na swojej drodze. Ale za to mają mocarne pancerze i są ciężcy do zabicia. Jest jeszcze kilka innych ważnych postaci, lecz nie zamierzam wszystkiego zdradzać. Sami odkryjcie kolejne zagadki skrywające „Fallouta”.

fallout1-3

Technicznie serial też przypomina wyglądem realia z gry. Od samego wyglądu Krypt i charakterystycznych niebieskich strojów (włącznie z Pip-Boyami i komputerami) przez pancerze wspomagane oraz broń Bractwa Stali aż do wyniszczonych domów, opustoszałych miast. Scenografia robi piorunujące wrażenie, wiernie budując klimat wyniszczonej, retro-futurystycznej cywilizacji. Także w scenach retrospekcji, które pokazują genezę całego konfliktu. Nawet efekty specjalne prezentują się całkiem przyzwoicie, nie kłują mocno po oczach. Aczkolwiek mam jeden drobny problemik: w jednym-dwóch przez chwilę jeden z bohaterów przemieszcza się przez… las. Bardzo zielony, kompletnie nietknięty przez nuklearne eksplozje, co mnie bardzo zdziwiło. Jakim cudem po tylu latach od wybuchu atomowego teren mógł się zalesić?? Ot, zagadka. Także wątek związany z tajemnicą Krypty 33 potrafi troszkę znużyć, jednak rozwiązanie jest bardzo satysfakcjonujące i zaskakujące. Brakuje też choćby obecności supermutantów czy równie ikonicznego Szpona Śmierci, ale to pewnie wynika z ograniczeń budżetowych.

fallout1-5

Aktorsko jest zazwyczaj bardzo dobre, gdzie masę epizodów grają uzdolnieni aktorzy komediowi. Ale główna trójka jest absolutnie fantastyczna. Serce kradnie Ella Purnell jako naiwna Lucy – pełna optymizmu, ciepła i serdeczności zostaje bardzo brutalnie zderzona z niebezpieczną rzeczywistością. Cały czas próbuje znaleźć dobre wyjście z każdej sytuacji i NIGDY nie staje się irytująca czy działająca na nerwy, powoli ewoluując. W kontrze stoi Aaron Moten wcielający się w Maximusa. To jest ten typ, co próbuje osiągnąć wiele nie zawsze w uczciwy sposób, komplikując sobie bardzo mocno życie. Nie jest cyniczny, ale zna reguły tego świata i przynajmniej próbuje być w porządku. Jednak największym skurczybykiem i złodziejem jest jest – powiem to raz oraz raz powiem tylko to – ZAJEBISTY Walton Goggins w roli Ghula, a tak naprawdę to dwie postacie. Pierwsza to aktor Cooper Howard, gwiazda westernów przed wojną, niemal reprezentujący najlepsze cnoty Amerykanów – lojalność, patriotyzm i uczciwość. Ale po wojnie to łowca nagród, jednak nie w typie Mandalorianina, lecz Clinta Eastwooda ze spaghetti westernów, tylko bardziej. Bardziej cyniczny, bardziej brutalny (sceny akcji z jego udziałem są najlepsze, wliczając w to mocarny finał), bardziej bezwzględny i diablo skuteczny, a jednocześnie to najbardziej tragiczna postać z całej trójki.

fallout1-4

Czyżby wyglądało na to, że „Fallout” jest najlepsza adaptacją gry komputerowej? Nie widziałem wszystkich (zarówno filmowych, jak i serialowych), by rzucić aż tak odważne stwierdzenie. Niemniej jest tu sporo rzeczy, które spodobają się graczom, jednocześnie jest to przystępne dla osób nie mających nigdy styczności z grami, by zapoznać się z tym uniwersum. Bardzo czekam na dalszy ciąg tej opowieści.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Chrzest

Marcin Wrona to jeden z tych reżyserów, który odszedł zbyt szybko i dopiero zaczynał się rozkręcać jako filmowiec. Co pokazał skręcającemu w kierunku horroru „Demonowi”, który był ostatnim filmem. O nim już pisałem, więc zdecydowałem się sięgnąć po poprzednika, czyli „Chrzest” z 2010 roku.

Pozornie całość zaczyna się jak dramat, który skupia się na dwóch kumplach. Michał (Wojciech Zieliński) mieszka w Warszawie razem z żoną (Natalia Rybicka) oraz świeżo urodzonym dzieckiem. Prowadzi firmę produkującą szkło i szykuje się do chrztu niemowlaka. Wtedy go odwiedza dawny kolega Janek (Tomasz Schuchardt), który dopiero skończył służbę w wojsku. Pojawia się w domu Marcina, który chce by został ojcem chrzestnym jego dziecka. Ale im dalej w las, tym bardziej Janek zaczyna zauważać, że to spokojne i zamożne życie jest tylko fasadą. Bo nasz stabilny pan biznesmen – tak jak Janek – był powiązany z półświatkiem, jednak za zerwanie płaci poważną cenę. Ten tydzień zmieni życie obu mężczyzn.

I już od pierwszych scen widać, że „Chrzest” jest bardzo surowo wykonanym kinem. Od kręconych z ręki, niemal dokumentalnej formy wizualnej oraz stonowanej kolorystyce aż po masę scen nagle uciętych z masą wydarzeń poza kadrem. Jesteśmy rzuceni w całą opowieść razem z Jankiem i zaczynamy powoli odkrywać, jaką tajemnicę skrywa Marcin. A wszystko wokół chrzcin jest przygotowanym planem oraz w jakiej pułapce się znajduje mężczyzna. Do tego stopnia, że w zasadzie wydaje się być pozbawionym własnej woli, każdego dnia walcząc o przetrwanie. Sporo jest tutaj momentów ciszy i niedopowiedzeń, a także pozornie niepowiązanych ze sobą momentów: od nagłego ataku Marcina na grupę młodzików po wizytę u weterynarza.

Z drugiej strony pojawia się gangsterka w postaci „Grubego” (kradnący ekran Adam Woronowicz), który robi swoje gangsterskie rzeczy. Czyli prowadzi knajpę, chodzi elegancko ubrany i towarzyszy mu grupka młodocianych sługusów (Krzysztof Czeczot, Paweł Tomaszewski oraz – najmniej pasujący – Michał Koterski), a nawet zabija jednego z dłużników. Przemoc tu jest gwałtowna, nagła oraz bardzo brutalna. Za to sporym problemem (poza upchnięciem tej historii do półtorej godziny) jest sprowadzenie żony Michała do pozostającej w nieświadomości kobiety oraz obiektu pożądania. „Chrzest” jest zdecydowanie męskim kinem o przyjaźni, lojalności, która jest poddana najciężej próbie.

Co czyni film bardziej strawnym to elektryzujący duet Wojciech Zieliński/Tomasz Schuchardt. Ten pierwszy wydaje się bardzo spokojny, pogodzony ze swoim losem i zachowujący opanowanie. Jednak gdzieś podskórnie w spojrzeniu widać strach, niepewność. Z kolei ten drugi sprawia wrażenie dużo młodszego, niedojrzałego, który musi zdecydować między lojalnością wobec przyjaciela a lojalnością wobec gangu, do którego należał. O wiele bardziej emocjonalny i mniej panujący nad sobą, jednak z czasem podejmuje kolejne trudne decyzje.

Bez tej dwójki „Chrzest” byłby kolejnym, na siłę udziwnionym dramatem obyczajowo-gangsterskim, niepozbawionym symboliki. Początek mocno dezorientuje, jednak z czasem Wrona zaczyna kleić to wszystko, kończąc mocnym uderzeniem. Kawałek niezłego kina, ale najlepsze od reżysera miało dopiero nadejść.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Resident Evil (2026)

Resident Evil – jedna z najsłynniejszych serii gier z japońskiego studia Capcom, mocno inspirująca się serią filmów o żywych trupach od George’a Romero. Mająca już 30 lat franczyza była już przenoszona na ekran w formie animacji, serialu czy serii filmów tworzonych przez Paula W.S. Andersona w latach 2002-17. Ta ostatnia była masakrowana przez krytyków i fanów gier jak bura suka. Więc kiedy pojawiły się zapowiedzi, że twórca „Barbarzyńców” oraz zeszłorocznych „Zniknięć” Zach Cregger zrobi kolejny film na tej serii pojawiła się ekscytacja.

Tym razem bohaterem jest Bryan (Austin Abrams) – kurier, rozwożący pilne przesyłki do szpitali. Takie rzeczy jak organy, szczepionki, które trzeba dostarczyć jak najszybciej. Po dostarczeniu kolejnej paczki mężczyzna ma już wracać do domu, do swojej dziewczyny. ALE dostaje pilne zleconko, za bardzo dużą kasę – dostarczenie paczki do znajdującego się w górach miasta Racoon City. Napędzany przez swoją pazerność Bryan wyrusza przez śnieg kompletnie nieprzygotowanym autem nocą. I jadąc lasem potrąca pojawiającą się znikąd kobietę, którą postanawia zabrać ze sobą, co doprowadza do lawiny paskudnych sytuacji.

Reżyser nie opiera historii na żadnej części gier komputerowych, lecz tworzy własną opowieść w tym uniwersum. I dla fanów (czy fanatyków) serii może być to uznane za zdradę, jednak skupienie się tylko na jednej postaci oraz jej perspektywie daje szansę na większą immersję. Fakt, że nasz protagonista nie jest ekspertem sztuki przetrwania, wyszkolonym złodupnym twardzielem czy stereotypowym Amerykaninem, który sztukę obsługiwania broni palnej ma wpisaną w swoim DNA z jednej strony pozwala łatwiej się identyfikować. Ale z drugiej jego nieporadność oraz pierdołowatość (jak choćby nieumiejętność przestrzelenia kłódek) jest jednocześnie źródłem humoru i frustracji. Nie pamiętam kiedy ostatnio śmiałem się przy horrorze (intencjonalnie), nawet jeśli jest to slapstick i czarny humor.

Niemal od razu zostajemy wrzuceni w akcję i grozę, nie tylko z powodu osadzenia akcji w nocy czy początkowych niemal opustoszałych przestrzeni. Las dookoła, chata ze stodołą gdzieś czy tunel z pozostawionymi samochodami. Tutaj najbardziej błyszczy tutaj poczucie ciągłego zagrożenia oraz napięcia, bardzo rzadko pozwalając sobie na chwilę oddechu. Sceny w domu, gdzie zaraz ma się pojawić monstrum, a napięcie buduje sam dźwięk zostaje ze mną na długo. Tak jak niepowstrzymane coś, co zacznie kroczyć za naszym protagonistą, niemal żywcem wzięte z chorej wyobraźni Davida Cronenberga czy… „Coś” Carpentera. A z każdą sceną jest coraz bardziej szalonych momentów jak spadające z dachu zombiaki na ulicę czy bardzo nerwowe przechodzenie przez porodówkę. Swoje robią też świetne efekty specjalne, mocna gorowa jatka oraz bardzo gorzki finał.

Zaś wszystko trzyma na swoich barkach Austin Abrams w roli Bryana, będący w zasadzie współczesnym odpowiednikiem Asha Williamsa z serii „Martwe zło”. Czyli zwykły, przeciętny koleś pakujący się w coraz bardziej nadnaturalne sytuacje. Nie jest zbyt lotny intelektualnie i w zasadzie większość jego dialogów to reakcje w rodzaju „K***a”, „O Boże” albo krzyki, a czasem jego zachowanie frustruje. Niemniej łatwo mu się kibicuje i identyfikuje się z próbami radzenia sobie w kompletnie porąbanych okolicznościach. Reszta aktorów w zasadzie to małe epizodziki, z których najbardziej wybija się świetny Paul Walter Hauser (dr Carl) i Andrea Miltnerova (kobieta przejechana na początku i pierwszy zombiak).

Cregger tworząc swoje „Resident Evil” mocno czerpie zarówno z kina Sama Raimiego czy Johna Carpentera, tworząc bardzo intensywny horror z B-klasową historią, która raczej nie zostanie w pamięci zbyt długo. Zdecydowanie najlepsza filmowa inkarnacja growej serii, nie próbująca się budować na tożsamości i rzucanych w twarz odwołaniach do franczyzy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ostrze przeznaczenia

Dawno nie widziałem na ekranie kinowym chińskiego kina z podgatunku wuxia. Czyli osadzonych w przeszłości (czerpiąc choćby z dawnych tekstów, legend i mitów) mieszanki kung-fu, walk bronią białą oraz akcją, gdzie bohaterowie łamią prawa fizyki niczym superherosi. Do naszego kraju przebiły się produkcje na początku lat 2000. jak „Przyczajony tygrys, ukryty smok” czy „Hero”. A teraz ze swoim najnowszym filmem wkracza legendarny choreograf, kaskader i reżyser Yuen Woo-Ping (lat 80).

„Ostrze przeznaczenia” oparte jest na chińskiej manhua (taki ichny odpowiednik mangi) tworzonej od 2015 roku. Osadzona podczas rządów dynastii Sui (końcówka VI i początek VII wieku n.e.) skupia się na niejakim Dao Ma (Wu Jing). Kiedyś oficer elitarnej jednostki armii cesarskiej, obecnie wędrujący łowca nagród, któremu towarzyszy 7-letni siostrzeniec Xiao Qi. Będąc na tropie kolejnego celu, zostaje zaproszony przez gubernatora Changa (Jet Li) i otrzymuje propozycję wyszkolenia jego wojsk. Nie przyjmuje oferty, a także wskutek okoliczności zmuszony jest do ucieczki, stając się ściganym bandytą. Udaje mu się znaleźć schronienie w wiosce klanu Mojia, dzięki przyjaźni z przywódcą grupy Lao Mo. Ten daje mu zadanie i szansę na ucieczkę: ma eskortować poszukiwanego przez władzę buntownika Zhishilanga (Sun Yizhou) do miasta Chang’an. Wojownikowi w misji będzie towarzyszyć córka lidera klanu, łuczniczka Ayuya (Chen Lijun) oraz jej przyjaciółki Ani.

Sama opowieść ma w sobie ducha kina przygodowego w starym stylu. I niejako od razu (za pomocą krótkiej ekspozycji narracyjnej) zostajemy wrzuceni do opowieści, powoli odkrywając zarówno kolejnych postaci oraz tła historycznego. W samym środku znajduje się nasz Dao, któremu blisko jest do cynicznego antybohatera, trzymającego się z daleka od politycznych intryg i dawnego życia. A po drodze dostajemy wręcz stado postaci, które albo będą naszemu wojownikowi przeszkadzać (inne klany, najemnicy, wojsko cesarza, dwójka dawnych towarzyszy broni czy młody chan) albo może pomogą (inny łowca nagród o białych włosach niczym Geralt z Rivii i eskortowana więźniarka). Akcja potrafi być absolutnie szalona, wręcz pędząca na złamanie karku, z masą statystów i ogromną skalą jak niemal żywcem wzięta z „Mad Max: Na drodze gniewu” ucieczka w burzę piaskową. Wszyscy walczą ze wszystkimi, krew i części ciała lecą we wszystkich kierunkach, skaczą, latają oraz ciachają. Wszystko bardzo płynnie zmontowane, bez szybkich cięć oraz kreatywnej choreografii (tutaj najbardziej wybija się pojedynek podczas burzy piaskowej oraz starcie przy płonącej oliwie nocą), czyniąc seans bardzo ekscytującym i satysfakcjonujący.

Niemniej mam tutaj dwa problemy. Po pierwsze, postaci i bohaterów jest zwyczajnie za dużo, przez co nie ma zbyt wiele czasu na ich poznanie, a także wywołuje to dezorientację. Szczególnie, jeśli do kogoś wracamy po dłuższym czasie. A po drugie, jakieś 90% akcji dzieje się na pustyni i po dłuższym czasie ten krajobraz staje się zwyczajnie monotonne. Brakuje tutaj troszkę większego urozmaicenia lokacji. A niektórym mogą się nie spodobać dialogi niepozbawione patosu oraz (zbyt) poważne, niemniej jest to rozładowane humorem.

Nawet jeśli postacie nie są zbyt ciekawie napisane, to aktorzy wyciskają czynią ich bardzo wyrazistymi. Fani liczący na sporą ilość Jeta Li będą srogo rozczarowani, bo pojawia się na dwie sceny, ma świetną scenę naparzania i tyle. O wiele więcej do zaoferowania ma cała reszta: od świetnego Jinga przez zadziorną Lijun i enigmatycznego Yu Shi (Shu) po przerysowanego Ci Sha (chan Xiyuan) i Li Yunxiao (próbująca się desperacko wyrwać Yan Zhiniang).

Nawet nie wiedziałem jak bardzo mi takich filmów sztuk walki w starym stylu. Nawet jeśli nie ma skali „Przyczajonego tygrysa…”, to jednak imponuje energią reżysera, świetnie zrobionymi i wykonanymi scenami akcji. Nawet jeśli bywa zbyt tłoczno, a początek dezorientuje, to ma zbyt wiele dobrego, by nie wyjść z kina zadowolonym.

7/10

Radosław Ostrowski

Martwi przed świtem

Polska nową potęgą kina grozy – może za kilka(naście) lat pojawi się taki śmiałek, który rzuciłby takie hasło. Bo obecnie u nas z horrorem to jest co najwyżej średnio. Jeden Bartosz M. Kowalski gatunku nie stworzy, realizując kolejne slashery. Ale w zeszłym roku z odsieczą przybył facet, który podszywa się za Włocha. Dawid Torrone, a tak naprawdę Dawid Krępski, postanowił stworzyć kolejny film z gatunku horror und groza. Und krew.

„Martwi przed świtem” mają bardzo prosty punkt wyjścia: mamy grupę aktorów, reżysera i jego asystentkę w lokalnym teatrze. Nie mogą wyjść, bo na zewnątrz szaleje burza oraz deszcz. A pojawiają się w celu przygotowania nowego spektaklu słynnego dramaturga Heissenhoffa, który nie tworzy zbyt często. Jednak sama sala teatralna wygląda bardzo osobliwie, bardziej przypominając kościół. Jakby tego mało, wśród naszej czwórki aktorów zaczyna dochodzić do tarć, do premiery są tylko dwa tygodnie, a potem dzieją się dziwne rzeczy. Jak choćby tajemniczy morderca, który zaczyna szaleć.

Reżyser mocno inspiruje się włoskim giallo, czyli podgatunkiem kina zawieszonym między krwawym horrorem a thrillerem, której mistrzami byli tacy reżyserzy jak Mario Bava czy Dario Argento. Sama historia brzmi jak prosta opowiastka, która skupia się głównie na budowaniu atmosfery. A ta oparta jest na wykorzystaniu mocnych kolorów (czerwień, zieleń, czerń) oraz oświetlenia, budujących poczucie zagrożenia. Sam zabójca ma obowiązkowe czarne rękawiczki oraz bardzo unikatową maskę w postaci kilkunastu oczu. Dialogi są poprawne i sięga po znajome sztuczki: pojedyncze, niepokojące dźwięki, jump-scare’y i wyskakujący znikąd niemy antagonista. Kiedy on wchodzi, jest krwawo i brutalnie (ale tak naprawdę, zaś jego narzędziami mordu są tasak, pięści, a nawet piła mechaniczna), a nawet jest odrobinka napięcia.

Problem w tym, że Torrone próbuje jeszcze urozmaicić całość za pomocą wszelkiej masy udziwnień. Od biegnącej kamery lub ujęć od góry przez filtry przypominające oglądanie kasety VHS (plansza z nazwą rozdziału), stroboskopowe światła i przejście na czarno-biały kolor aż po ujęcia z perspektywy zabójcy. Pozornie wydaje się to atrakcyjne, ale w rzeczywistości wywołuje dezorientację oraz poczucie oglądania arthouse’owej, silącej się na więcej pretensji. Wrażenie potęgują sceny ze „spektaklu” pełne dialogów w rodzaju „moja głębia mnie pogłębia”, mające dodawać jakiejś powagi oraz czegoś głębszego. Jedynie zakończenie potrafiło mocniej uderzyć, choć to może być zasługa efektów specjalnych.

Niby idziemy w dobrym kierunku, a całość sprawia wrażenie kompetentnego filmu. Problem w tym, że „Martwi przed świtem” sprawiają wrażenie dobrze wykonanej imitacji, jednak pozbawionej swojego charakteru oraz traktującej się o wiele zbyt poważnie. Wielka szkoda.

5/10

Radosław Ostrowski

Matka Królów

– Ciężkie miałaś życie.
– Inni mieli ciężej.

Aż nie chce się wierzyć, że w czasie karnawału Solidarności udało się zyskać zgodę na realizację tego filmu. Adaptacja wydanej podczas odwilży w 1957 roku powieści Kazimierza Brandysa to kameralna opowieść na tle ważnych wydarzeń historycznych. Czyli rodzinna saga, ale tym razem skupiona na krótszym czasie oraz mniejszej skali.

Tytułowa „Matka Królów” to nie jest Elżbieta Rakuszanka, żona króla Kazimierza Jagiellończyka, której czterech synów zostało królami Polski. Naprawdę na imię ma Łucja Król (Magda Teresa Wójcik) i kiedy ją poznajemy znajduje swojego męża pod kołami tramwaju. Co nie jest dobre, zważywszy że mężczyzna był żywicielem rodziny, zaś kobieta wychowuje jeszcze trzech synów, a czwarty jest w drodze. Bez męża nie jest łatwo żyć, a tym bardziej zajmować się rodziną. Choć pojawiają się różni przyjaciele jak rozwożący węgiel Cyga (Franciszek Pieczka), to jednak najistotniejszym jest nowy sąsiad, niejaki Wiktor Lewen (Zbigniew Zapasiewicz) – doktor prawa i działacz komunistyczny. On okaże się nie tylko wspierającym dla pani Król, ale także stanie się mentorem dla jej synów, co mocno naznaczy całą rodzinę po zakończeniu II wojny światowej.

Reżyser Janusz Zaorski na pierwszy rzut oka tworzy bardzo kameralną i skupioną na jednej rodzinie historię ludzi wrzucony w trybiki Wielkiej Historii, która wchodzi zawsze nieproszona i niepytana. Od końcówki XX-lecia międzywojennego przez okupację niemiecką aż po stalinowską odwilż – niby niewiele, ale i tak bardzo dużo. Co jest imponujące z dwóch powodów. Po pierwsze, narracja skupia się zarówno na rodzinie Królów (matka jest w centrum, ale jest też czas na poznanie synów), jak i odgrywającego kluczową rolę Lewena. Po drugie, udaje się tu uniknąć walenia ekspozycjami fabularnymi na przestrzeni lat. Tutaj wiele dowiadujemy się za pomocą scenografii, charakteryzacji oraz wychwytanych dialogach. Plus cytowane z offu pisane listy oraz spisywane na maszynie zeznania (nie powiem czyje i w jakiej sprawie), pozwalające zorientować się w jakim miejscu jesteśmy. A wierzcie mi, trzeba uważnie oglądać, by nie przegapić kilku wydarzeń jak aresztowanie Lewena, zmuszenie Łucji do pracy przez volksdeutscha (czyszczenie podłogi w opustoszałym domu), zabicie pijanego żołnierza czy zamach „Koguta”. I wierzcie, to dopiero początek kolejnych ciosów, jakie przyjdą na rodzinę Królów.

Ale Zaorski tutaj skupia się na jeszcze jednym aspekcie, czyli wpływie polityki oraz zagubieniu przedwojennych ludzi w powojennej rzeczywistości. Kraju komunistycznym, gdzie niby liczą się potrzeby najbiedniejszych, zaś zaufanie Partii i jej dobro było dobrem narodu. Tutaj zaczynają pojawiać się pęknięcia na tym idealnym obrazku: ciągłe poczucie paranoi i szukanie „wrogów ludu”, ateizacja społeczeństwa, unikanie ludzi z „podejrzaną” przeszłością oraz ich rodzin czy brak jakichkolwiek informacji o aresztowanych. Nie brakuje tu mocnych dialogów, świetnie zmontowanych przeplatanych materiałami archiwalnych oraz pięknych, czarno-białych zdjęć.

A wszystko jest też fantastycznie zagrany – najwięcej na swoich barkach dźwiga Magda Teresa Wójcik, która w zasadzie gra archetyp Matki Polki. Czyli kobiety w zasadzie niemal skupiającej się na wychowaniu swoich dzieci, dając więcej im niż sobie. Nie brzmi to zbyt ciekawie, jednak dzięki aktorce udaje się stworzyć bardzo wyrazistą kreację. Poza nią najbardziej wyrazisty jest niezawodny Zbigniew Zapasiewicz w roli Lewena, mocno idealistycznego komunisty, który – bez względu na okoliczności – wierzy w Partię oraz jej idee. Jednak im dalej w las, tym bardziej zaczynają pojawiać się wątpliwości, które są zaledwo zasygnalizowane. Ale jest też bardzo barwna galeria ról drugoplanowych: od mocnego Bogusława Lindy (mocno trzymający się ideom Klemens Król), świetnego Krzysztofa Zaleskiego (obrotny Roman Król) i zaskakującego Adama Ferencego (nie potrafiący się odnaleźć w nowej rzeczywistości Zenon Król, co lubi wypić) przez niezawodnego Franciszka Pieczki (Cyga), Henryka Bisty (towarzysz „Grzegorz”) oraz Jerzego Treli („Hiszpan”) po porażającą Joannę Szczepkowską (Marta, żona Klemensa – najmocniejszy przykład politycznego wyprania mózgu) oraz drobne role Jerzego Stuhra (ubek) i Tadeusza Huka (Renart).

Byłem pewny, że po tylu latach „Matka Królów” nie będzie w stanie złapać emocjonalnie. Bo już sporo powstało o mrocznym okresie początków PRL-u, niemniej Zaorski opowiada to z bardzo mocną ręką oraz bez żadnego słodzenia. Świetny kawałek historii, który nie pozwala wyjść z głowy.

8/10

Radosław Ostrowski

Struktura kryształu

Właśnie wczoraj ogłoszono, że przewodniczącym jury konkursu głównego najbliższego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni został Krzysztof Zanussi. Niespokrewniony z twórcą pralek reżyser może ostatnio nie jest w najlepszej formie (choć jego najświeższych tytułów nie sprawdzałem), nie powinno zniechęcać do sięgnięcia po starsze tytuły. Była już „Iluminacja”, „Spirala” i „Barwy ochronne”, więc pora sięgnąć po debiut z 1968.

Akcja „Struktury kryształu” toczy się gdzieś na Puławach, gdzie cywilizacja już wkroczyła, ale jeszcze nie całkowicie. Tutaj razem z żoną mieszka Jan (debiutant Jan Mysłowicz, a tak naprawdę rzeźbiarz Krystian Jarnuszkiewicz) – kiedyś obiecujący fizyk i naukowiec. Niejako wycofał się z kariery naukowej, jednak ma stację meteorologiczną. Z kolei jego partnerka Maria (Barbara Wrzesińska) jest nauczycielką w szkole. Pewnego zimowego dnia przyjeżdża do niego kolega ze szkoły, Marek (Andrzej Żarnecki), który właśnie wrócił ze stypendium naukowego w USA. Panowie wspólne spędzają czas między innymi na rozmowach, zaś Marek ma jeszcze swój cel tej wizyty.

W zasadzie sam film to zderzenie dwóch życiowych postaw, które poznajemy głównie przez rozmowy, rozmowy i jeszcze więcej rozmów. Czasem jeszcze poprzez interakcje Marka z Marią, z których można wiele wyłuskać. Z jednej strony kariera naukowa, ciągły ruch, rywalizacja w środowisku, a z drugiej rzucenie tego wszystkiego oraz wyjazd w Bieszczady. Nie dosłownie, ale życie bardziej wyciszone, stabilne, może dla wielu nudne. Zanussi konfrontuje te dwa podejścia, lecz nie pozwala sobie na wskazanie zwycięzcy. Dysputy stricte naukowe mieszają się z filozofią, dialogi brzmią zaskakująco naturalnie, bez napuszenia i dydaktyki.

Co najbardziej wyróżnia debiut Zanussiego to formalna zabawa, którą niemal do perfekcji opanuje w „Iluminacji”. Wiele rozmów nagle jest zagłuszanych przez muzykę albo urywanych cięciem montażowym. Dużo jest tutaj zwykłej obserwacji dnia codziennego, szybkich zbitek na jakieś rysunki czy strony z książek, a także pokazywanych na kilka sekund zdjęć. A wszystko jeszcze spowite śniegiem na czarno-białych kadrach, wyglądających niczym zdjęcia. Obaj panowie próbują zrozumieć swoje decyzje i postawy, jednak obydwaj pozostają na swoim. I choć pozornie nic się nie dzieje (niczym u Czechowa), to dzieje się tu więcej niż się można spodziewać – od sprawdzania powstającej stacji meteorologicznej przez jazdę samochodem aż po zimowe zawody.

Choć z wcześniejszego okresu Zanussiego bardziej mi się podoba „Iluminacja”, to już w debiucie widać pewne znajome tematy. Ku mojemu zaskoczeniu to kawałek dobrego kina obyczajowo-poetyckiego, stawiającego aktualne pytania i nie daje żadnych odpowiedzi. Udany pełnometrażowy debiut reżysera zanim zaczął na siłę moralizować.

7/10

Radosław Ostrowski

Lato miłości

Byłem całkowicie przekonany, że nic z Pawła Pawlikowskiego do mnie nie przemówi. Jego ostatnie, czarno-białe i zdobywające wszelkie wyróżnienia „Ida”, „Zimna wojna” oraz najnowsza „Ojczyzna” oczarowywały swoją audio-wizualną oprawą, ale na poziomie emocjonalnym były mi obojętne, wręcz – nomen omen – zimne. Dlatego ze sporą ostrożnością podchodziłem do powstałego w 2004 roku „Lata miłości”. Jak się okazało, niepotrzebnie.

Tym razem trafiamy do małej wioski gdzieś w Yorkshire, gdzie mieszka Mona (Natalie Press) razem z bratem Paulem (Paddy Considine). Ona spotyka się ze starszym facetem, co ma rodzinę, on – niczym prezydent USA George W. Bush – odnalazł Jezusa i zamienia pub w centrum modlitw. Trwa lato, więc w zasadzie za bardzo zbyt wiele do roboty. Wtedy w życiu dziewczyny pojawia się Tamsin (Emily Blunt) – także nastolatka, która chodzi do szkoły z internatem, a do wioski przybywa tylko na wakacje. W mocno zarośniętym pałacu, razem z rodzicami.

Pawlikowski mieszkający wówczas w Wielkiej Brytanii niby jest taki, jakiego znamy. Czyli bardzo oszczędny w dialogach, skupiony na budowaniu atmosfery oraz masy niedopowiedzeń. W zasadzie jest to inicjacyjna historia pierwszej miłości, pokazana z perspektywy Mony. Dziewczyna z jednej strony wydaje się pozbawiona złudzeń, nie potrafiąca dogadać się ze swoim „nawróconym” bratem, a z drugiej ma w sobie sporą dawkę naiwności oraz niewinności. I to zauroczenie czuć od pierwszego spotkania z Tamsin, zaś wszystkie momenty mają w sobie coś magicznego. To poczucie znalezienia drugiej połówki, będącą całkowitym przeciwieństwem – pewną siebie, inteligentną, ewidentnie z wyższych sfer. Czy coś takiego ma prawo zadziałać? W połączeniu z pięknymi krajobrazami oraz bardzo delikatną muzyką duetu Goldfrapp tworzy się z tego mocna mieszanka, przypominająca zarówno „Piknik pod Wiszącą Skałą” jak i „Niebiańskie istoty” czy – z nowszych tytułów – „Tamte dni, tamte noce”. Choćby podczas schadzki przy jeziorze, nocnym ognisku czy po zażyciu „grzybków” – tego nie da się wymazać z głowy. Dlatego tak mocno uderza zakończenie, które zmienia wszystko do góry nogami.

Jeszcze bardziej zdziwiła mnie forma „Lata miłości”. I nie chodzi o to, że jest to film w kolorze, ale jak dużo jest tutaj kręcenia z ręki czy zbliżeń. Co tworzy mieszankę pięknych krajobrazów z bardzo dokumentalną formą. Jak silny jest kontrast między tym a ostatnimi, bardziej wyrafinowanymi wizualnie dziełami Polaka. Jednak najmocniejszym punktem jest fantastyczna obsada, składająca się wówczas z mniej znanych twarzy. Na pierwszy ogień wchodzą magnetyzujące Emily Blunt oraz Natalie Press, czyli bardziej dominująca Tamsin i o wiele bardziej delikatna Mona. Chemia między nimi jest bardzo silna, nie pozwalając oderwać oczu od nich, zarówno podczas scen dialogowych jak też chwilach wyciszenia, pokazując bardziej złożone postacie niż mogłoby się wydawać. Jest też jeszcze mocny Paddy Considine w roli nawróconego Paula, który wydaje się mocno wierzyć. Jednak czy ta wiara jest naprawdę mocna, czy tylko kolejną maską dla zagubionego mężczyzny? Na to sami odpowiedzcie.

Chyba nie będzie zaskoczeniem, ale „Lato miłości” jest dla mnie – na razie – najlepszym filmem w dorobku Pawlikowskiego. Pełnym nieopisanego uroku oraz magii, która może wydarzyć się tylko latem i tylko w wieku nastoletnim. Duża niespodzianka w dorobku Polaka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Koniec ulicy Dębowej

Czy da się zrobić dobry film o dinozaurach bez „Jurassic Park” (albo „Jurassic World”) w tytule, zarabiając kupę pieniędzy? Raczej nie, co jest strasznie smutne i dobitnie pokazuje przypadka „Końca ulicy Dębowej”, który box office’u nie podbija. A szkoda, bo to całkiem fajna produkcja w duchu Kina Nowej Przygody. A czy warto było czekać 8 lat na nowy film Davida Roberta Mitchella, czyli twórcy horroru „Coś za mną chodzi” czy pokręconego kryminału „Tajemnice Silver Lake”.

Akcja dzieje się w roku 1982 gdzieś na typowych amerykańskich przedmieściach w Flowervale. Równoległe domki z garażami, gdzie ludzie sobie żyją, dzieci się bawią – znajomy krajobraz. I tutaj żyje sobie rodzinka Plattów. Denise (Anne Hathaway) – zajmuje się domem, po cichu pisząc powieść. Jej mąż Greg (Ewan McGregor) niby jest obecny, ale nie radzi sobie z byciem mężem i ojcem, a do tego rozwozi pizzę. Jeszcze mamy dwójkę dzieci: lekko rozrabiającego Briana (Christian Convery) oraz zafascynowana fantastyką Audrey (Maisy Stella). Niby familia jakich wiele, lecz coś się tutaj zaczyna sypać. Czy może być gorzej? Może, bo pewnej nocy po deszczowej burzy nagle błysnęło i po tym cisza. Nie ma prądu, nie ma wody, nie ma światła. Za to mamy jakiś dziwnie zalesiony krajobraz, a po okolicy krążą… dinozaury.

Jak można wywnioskować z opisu, „Koniec ulicy Dębowej” to film mocno czerpiący z tradycji Stevena Spielberga. I to czuć od pierwszych ujęć pokazujących okolicę oraz utrzymaną w duchu Johna Williamsa muzyce. Temat rodziny będącej na krawędzi i zmuszonej do wspólnego działania, otoczka fantastyczno-naukowa oraz aura tajemnicy – to elementy znane choćby z „E.T.”, „Parku Jurajskiego” czy nawet „Ducha”. Zważywszy na to, że producentem filmu jest J.J. Abrams, te inspiracje nie są przypadkowe. Sama historia jest niezbyt skomplikowana i prosta niczym produkcja sznurka, najmłodsi członkowie rodziny nie należą do zbyt lotnych (co może wywoływać u niektórych frustracje) oraz chodzące i żądne mięska dinusie. Niektóre mają na sobie futra, inne latają, dookoła ogromne zalesienie, w tle gdzieś nawet jest wulkan (a przynajmniej tak mi się wydaje). W zasadzie „Koniec…” jest kinem w stylu ciągłego ganiania i uciekania przed bestiami, a najlepsze momenty to świetne budowanie napięcia. Co jest zasługą świetnej pracy kamery, pokazującej coś przerażającego gdzieś w tle albo w taki sposób, że postacie tych istot nie widzą (ptaszydła na dachu, wielgachny wąż wślizgujący się przez okno do domu).

Te półtorej godziny mija szybko, historia angażuje, a sceny akcji łapią za gardło. Atmosferę i klimat lat 80. czuć tu mocno (od muzyki przez rekwizyty w rodzaju pościeli z Supermanem czy telewizora). Jedynym problemem jest to, że całość jest… durna i przypominająca wysokobudżetowe kino klasy B. Choć jest tu odrobina humoru (widok dwójki dinozaurów – niezapomniany), to jednak całość wydaje się być grana na serio. Nie było to dla mnie dużym problemem, ale wielu może zniechęcić się. Nieliczna obsada wypada solidnie (najbardziej wybija się tu Anne Hathaway w roli matki, stającej się niejako liderką rodziny), choć drugi plan – z wyjątkiem dinozaurów wszelkiej maści – w zasadzie nie istnieje.

Krótko podsumowując, „Koniec ulicy Dębowej” jest prostym, letnim blockbusterem, którego nie powstydził się zarówno Spielberg, jak i Shyamalan. Nawet jeśli nie jest najlepiej napisanym filmem z dinozaurami w tle oraz ma wiele znajomych elementów, to potrafi trzymać w napięciu oraz zaangażować emocjonalnie. Czysta rozrywka bez większych ambicji, ale pozwalająca zapomnieć o świecie na zewnątrz.

7/10

Radosław Ostrowski

PS. Podczas seansu zdarzyła się dość dziwna sytuacja, mianowicie… zapaliły się górne światła gdzieś w środku filmu.

Święty interes

Maciej Wojtyszko to jeden z bardziej znanych twórców, znany głównie z powieści dla dzieci („Bromba i inni”, „Tajemnica szyfru Marabuta”) jak i reżyserii w Teatrze Telewizji. O autorskich sztukach teatralnych oraz serialach nawet nie wspominam. Tworzył też filmy fabularne, choć rzadko i niewiele. Ostatni takim tytułem jest nakręcony w 2010 roku „Święty interes”, który spotkał się z dość chłodnym odbiorem.

Punkt wyjścia tej komedii wydaje się prawdziwym samograjem. Bohaterami są dwaj bracia tak różni jak tylko to możliwe: Leszek (Piotr Adamczyk) mieszka w Szwecji razem z egzotyczną żoną (Patricia Kazadi) oraz prowadzi firmę sprzątającą, zaś Janek (Adam Woronowicz) ma problemy ze znalezieniem pracy, za bardzo lubi hazard i przez to wisi kasę niejakiemu Borysowi (Mariusz Bonaszewski). Nie widzieli się od dawna, ale znowu się zejdą. Bo nic tak nie scala dawno nie widzianych członków rodziny jak… pogrzeb. Ich ojciec nie zostawił zbyt dużego spadku, bo tylko stodołę oraz jej zawartość. Czyli raczej nie za wiele. Poza starym autem marki Warszawa, który – według plotek – miał należeć do samego Jana Pawła II oraz miało doprowadzić do cudów. Brzmi jak okazja do łatwego zarobku.

Wojtyszko próbuje zrobić komedię zawierającą elementy satyry na religijność oraz dewocjonaliów. Czyli łatwego zbicia kapitału na nowych „relikwiach” i przekonaniach maluczkich. Jednak reżyser nie chce być pełnym złośliwości satyrykiem, dlatego całość opiera się na średnio zabawnych gagach oraz wieloma wątkami pobocznymi, które rozwadniają tą historię. Niby jest tu portretowana galeria mieszkańców wsi: od ambitnego politycznie sołtysa Dujnika (najlepszy z obsady Tomasz Międzik), niezbyt lotnego Waldka Szostaka (Arkadiusz Smoleński) z reputacją syna zabójcy czy nauczycielki angielskiego, Anny Walaszek (Dorota Landowska). Tylko, że jako całość zwyczajnie się to nie klei i wydaje się zbyt znajoma. A jeszcze ten wątek coraz bardziej zgrzytającego małżeństwa Leszka, który jest prowadzony na serio i wydaje się wyrwany z zupełnie innej opowieści. Sytuację ratuje przewrotne zakończenie (choć troszkę bajkowe), ale dla mnie to niewystarczająco.

Chciałoby się powiedzieć, że „Święty interes” mógłby być dobrym interesem, ale Wojtyszko wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle. Chciał jednocześnie pokazać pewne mentalne wady oraz zachować życzliwość wobec swoich postaci, co ostatnie nie do końca zagrało. W prostych słowach: niewykorzystany potencjał.

5/10

Radosław Ostrowski

Sunny Dancer

Wakacje zbliżają się ku końcowi, nie dając zbyt wiele czasu na złapanie ciepłych i słonecznych dni przed wkroczeniem szarej jesieni. Nawet jeśli ta atmosfera pojawia się tylko na dużym ekranie. Taki był mój przypadek z małym i kameralnym komediodramatem „Sunny Dancer” ze Szkocji. Pozornie kolejna „nastoletnia” opowieść o jedynym takim lecie, ale…

Bohaterką jest 17-letnia Ivy (Bella Ramsey) – bardzo zdystansowanej wobec całego świata oraz wszystkich. Dziewczyna choruje na białaczkę, choć od 10 miesięcy nie było żadnego nawrotu. Niemniej jest outsiderką, co martwi jej rodziców. Ci decydują się zapisać ją na letni obóz CRF dla nastolatków chorych na wszelkie nowotwory, co mocno dziewczynę denerwuje. No bo jak spędzić 4 tygodnie w towarzystwie kompletnie obcych ludzi, których raczej nie polubię? Niemniej Ivy daje się przekonać i od razu trafia na bardzo zgraną paczkę pokręconych ludzi: strasznie zafiksowaną na straceniu dziewictwa Ellę (Ruby Stokes), niemal ubranego jak punk Ralpha (Earl Cave), strasznie nieśmiałego Archie’ego (Conrad Khan), lubiącą tarota Maisie (Jasmine Elcock) oraz najbardziej wyluzowanego Jake’a (Daniel Quinn-Toye). No jeszcze jest prowadzący cały obóz Patrick (Neil Patrick Harris), będący niemal żywą inkarnacją boomera. Jak tu się w tym wszystkim odnaleźć?

Reżyser i scenarzysta George Jaques na pierwszy rzut oka wydaje się kolejny young adult z ciężką chorobą w tle. Czyli będzie bardzo poważnie, dramatycznie i wręcz depresyjnie. Prawda? Absolutnie nie i mamy zadziwiająco sporo humoru, mocno ocierającego się o krindż. Nawet ta paczka pokręconej młodzieży mogłaby być przefajnowana oraz przerysowana, choć początkowo wydają się znajomymi stereotypami. Jednak udaje się twórcy uczynić ich przekonującymi postaciami z krwi i kości. Pod ich wpływem Ivy powoli zaczyna się na innych otwierać, zaprzyjaźniać, a nawet… zakochuje. Brzmi to bardzo znajomo i może nawet schematycznie, ale reżyser pokazuje to wszystko z dużą dawką życzliwości, ciepła i empatii. Troszkę w tym pomagają przyjemne dla oka krajobrazy oraz świetna muzyka.

Jaques niczym Tadeusz Śliwa w „Światłoczułej” bardzo umiejętnie lawiruje między powagą a humorem, bez straty emocjonalnego ciężaru. I powiem, że bez niego „Sunny Dancer” byłby dla mnie zarówno nieszczery, jak i mocno ocierający się o banał. Najlepsze sceny dotyczą interakcji między Ivy a resztą paczki, którzy sprawiają wrażenie żyjących tak, jakby to miał być ostatni dzień. Można to podejście uznać za mechanizm obronny lub sposób życia z chorobą, starając się jak w miarę normalny nastolatek. Zważywszy na nienormalne okoliczności, nie chcąc od nikogo nieszczerej litości i fałszywego współczucia, bez ciągłej obawy o śmierć. Chemia między młodymi aktorami jest bardzo mocna i namacalna, a cała ekipa gra też świetnie (szczególnie Stokes, Cave i Quinn-Toye).

Ale w samym centrum jest Ramsey – nie miałem wcześniej styczności z tą aktorką, jednak wypada bardzo przekonująco. Od bardzo nerwowych, wręcz agresywnych wyzwisk (scena „inspirującej” influencerki) przez chwile wyciszenia (rozmowy z obozową psycholożką) aż po chwile radości. Nawet drobne drugoplanowe role Neila Patricka Harrisa (kierownik obozu Patrick), Josie Walker (rozdająca leki Brenda) czy wcielających się w rodziców Ivy Jamesa Nortona i Jessiki Gunning są bardzo wyraziste, zapadając mocno w pamięć.

Bardzo orzeźwiające kino tylko pozornie skierowane dla młodych widzów. „Sunny Dancer” jest słodko-gorzką mieszanką dramatu i komedii, bez popadania w żadną ze skrajności oraz jakiegokolwiek fałszu. Kolejna z drobnych niespodzianek, jakie pojawiły się w tym roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski