Fallout – seria 1

Wyróżnione

Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia. – każdy gracz, który miał styczność z którąkolwiek częścią serii „Fallout” zna to zdanie. Pierwsza część cyklu stworzona w 1997 roku przez Black Isle Studios odmieniło gatunek gier RPG, dając sporą wolność wyboru (w rozwiązywaniu problemów), zbudowany od nowa system SPECIAL z masą dodatkowych umiejętności zwanych perkami, niejednoznacznie moralny świat pełen okrucieństwa, zgnilizny i degrengolady. Świat po nuklearnej zagładzie, zmieszany z retrofuturystyczną technologią wyobrażaną przez ludzi z lat 50., pełnym zmutowanych bestii, radioaktywnej przestrzeni, skażonej wody i wyniszczonych budynków. Kiedy gruchnęła wieść o powstaniu serialu na podstawie tego cyklu gier, fani mogli czuć się podekscytowani. Jednak kiedy podano, że zaangażowani są Jonathan Nolan z Lisą Joy, entuzjazm troszkę przygasł. Zwłaszcza jak się oglądało poprzednie ich dzieło, czyli serialowy „Westworld”, mającym mocne uderzenie i z każdym sezonem słabł. Więc jak wypada pierwszy sezon tej historii?

fallout1-1

Akcja serialowego „Fallouta” dzieje się 219 lat po zakończeniu wojny nuklearnej między USA a Chinami. Niedobitki ludzkości schroniły się w zbudowanych przez korporację Vault-Tec schronach zwanymi Kryptami. W jednej z nich o numerze 33 mieszka Lucy MacLean (Ella Purnell), która jest córką zarządcy (Kyle MacLachlan). Jej Krypta jest połączona z dwoma innymi – 32 i 31. Wskutek pewnych działań Krypta zostaje zaatakowana przez grupę bandytów, zaś jej ojciec porwany. Nie zważając na ostrzeżenia dziewczyna wyrusza na powierzchnię. I nie jest kompletnie gotowa na nowy, wspaniały świat. Oprócz niej jeszcze śledzimy losy dwójki postaci: młodego giermka Bractwa Stali, Maximusa (Aaron Moten) oraz łowcę nagród, Ghula (Walton Goggins). Losy tej trójki będą się parokrotnie przecinać.

fallout1-2

Jak widać „Fallout” serialowy wydaje się trzymać świata przedstawionego gier. Czyli kompletnej hybrydy post-apokaliptycznego świata niczym żywcem wyrwanego z „Mad Maxa”, okraszona elementami horroru, satyry, kina drogi, westernu oraz bardzo czarnej komedii. Tutaj wydarzyć się może praktycznie wszystko, zaś zagrożenie może pojawić się z najmniej spodziewanej strony. Nieliczni ocaleni na Pustkowiu, co nie zmienili się w ghule ani mutanty traktują wszystkich jako potencjalne zagrożenie, zaś mieszkańcy Krypty to tacy naiwniacy, kompletnie nie gotowi do życia na zewnątrz. Trzymani niczym w bańkach, naiwni i zbyt optymistycznie nastawieni do wszystkiego ze skłonnością do wyciągania niekoniecznie dobrych wniosków. Nie wspominając o tych fanatykach z Bractwa Stali – paramilitarnej organizacji, co zbiera relikty dawnej technologii dla siebie, mordując po drodze wszystko na swojej drodze. Ale za to mają mocarne pancerze i są ciężcy do zabicia. Jest jeszcze kilka innych ważnych postaci, lecz nie zamierzam wszystkiego zdradzać. Sami odkryjcie kolejne zagadki skrywające „Fallouta”.

fallout1-3

Technicznie serial też przypomina wyglądem realia z gry. Od samego wyglądu Krypt i charakterystycznych niebieskich strojów (włącznie z Pip-Boyami i komputerami) przez pancerze wspomagane oraz broń Bractwa Stali aż do wyniszczonych domów, opustoszałych miast. Scenografia robi piorunujące wrażenie, wiernie budując klimat wyniszczonej, retro-futurystycznej cywilizacji. Także w scenach retrospekcji, które pokazują genezę całego konfliktu. Nawet efekty specjalne prezentują się całkiem przyzwoicie, nie kłują mocno po oczach. Aczkolwiek mam jeden drobny problemik: w jednym-dwóch przez chwilę jeden z bohaterów przemieszcza się przez… las. Bardzo zielony, kompletnie nietknięty przez nuklearne eksplozje, co mnie bardzo zdziwiło. Jakim cudem po tylu latach od wybuchu atomowego teren mógł się zalesić?? Ot, zagadka. Także wątek związany z tajemnicą Krypty 33 potrafi troszkę znużyć, jednak rozwiązanie jest bardzo satysfakcjonujące i zaskakujące. Brakuje też choćby obecności supermutantów czy równie ikonicznego Szpona Śmierci, ale to pewnie wynika z ograniczeń budżetowych.

fallout1-5

Aktorsko jest zazwyczaj bardzo dobre, gdzie masę epizodów grają uzdolnieni aktorzy komediowi. Ale główna trójka jest absolutnie fantastyczna. Serce kradnie Ella Purnell jako naiwna Lucy – pełna optymizmu, ciepła i serdeczności zostaje bardzo brutalnie zderzona z niebezpieczną rzeczywistością. Cały czas próbuje znaleźć dobre wyjście z każdej sytuacji i NIGDY nie staje się irytująca czy działająca na nerwy, powoli ewoluując. W kontrze stoi Aaron Moten wcielający się w Maximusa. To jest ten typ, co próbuje osiągnąć wiele nie zawsze w uczciwy sposób, komplikując sobie bardzo mocno życie. Nie jest cyniczny, ale zna reguły tego świata i przynajmniej próbuje być w porządku. Jednak największym skurczybykiem i złodziejem jest jest – powiem to raz oraz raz powiem tylko to – ZAJEBISTY Walton Goggins w roli Ghula, a tak naprawdę to dwie postacie. Pierwsza to aktor Cooper Howard, gwiazda westernów przed wojną, niemal reprezentujący najlepsze cnoty Amerykanów – lojalność, patriotyzm i uczciwość. Ale po wojnie to łowca nagród, jednak nie w typie Mandalorianina, lecz Clinta Eastwooda ze spaghetti westernów, tylko bardziej. Bardziej cyniczny, bardziej brutalny (sceny akcji z jego udziałem są najlepsze, wliczając w to mocarny finał), bardziej bezwzględny i diablo skuteczny, a jednocześnie to najbardziej tragiczna postać z całej trójki.

fallout1-4

Czyżby wyglądało na to, że „Fallout” jest najlepsza adaptacją gry komputerowej? Nie widziałem wszystkich (zarówno filmowych, jak i serialowych), by rzucić aż tak odważne stwierdzenie. Niemniej jest tu sporo rzeczy, które spodobają się graczom, jednocześnie jest to przystępne dla osób nie mających nigdy styczności z grami, by zapoznać się z tym uniwersum. Bardzo czekam na dalszy ciąg tej opowieści.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zapomniana wyspa

Był taki czas, kiedy studio DreamWorks było trzecim (po Disneyu i Pixarze) liczącym się studiem filmów animowanych w XXI wieku. Choć nadal zdarzają się absolutnie fantastyczne produkcje jak dwie części „Pana Wilka i spółki” czy „Dziki robot”, to jednak bardziej czują oddech konkurencji. Ze szczególnym wskazaniem na Sony Pictures Animation oraz (w mniejszym stopniu) Illumination. Teraz studio wraca ze swoim filmem, czyli „Zapomnianą wyspą”.

Opowieść przenosi nas do Filipin lat 90., gdzie poznajemy dwie uczennice. Jo mieszka razem z babcią, która miała kiedyś trafić do niezwykłej wyspy Nakali, znajdującej się w innym wymiarze, co pobudza wyobraźnię dziewczyny. Raissa to drugi biegun, czyli diablo inteligentna nerdka, twardo stąpająca po ziemi. I jakimś cudem zaprzyjaźniają się, co zaczęło się podczas czekania przed biurem dyrektora. Wspólnie zaczęły spędzać czas: od oglądania filmów przez śpiewanie karaoke i balowanie. Każde ważne wspomnienie jest symbolizowane wisiorkiem dodawanym do bransoletki, a ich celem jest dotarcie do Nakali. To – ku zaskoczeniu pań – następuje już w wieku młodo-dorosłym, kiedy Raissa ma wyjechać na studia do USA, zaś Jo pracuje w sieci handlowej. Na miejscu jednak dziewuchy kompletnie nic nie pamiętają, zaś klucz otwierający portal gdzieś się zawieruszył.

Reżyserski duet Joel Crawford/Januel Mercado (odpowiedzialni choćby za ostatniego „Kota w butach”) mocno czerpie z kultury filipińskiej przy tworzeniu świata, nawet jeśli pojawiają się znajome postacie jak wilkopies Raww, syren Mermahn czy demoniczna wampirzyca Manang. Ale są też choćby takie cudaczności jak przechowująca wspomnienia Batiwa, gnomowate Duwende oraz – dosłownie – połączony pępowiną demon-niemowlak Bungi. A sama historia to mieszanka „Kac Vegas” zmieszana z elementami przygody/fantasy. Powoli odkrywana zagadka okraszona jest masą humoru sklejonych z akcją, zaś wszystkie wejścia wampirzycy niemal skręcają w kierunku horroru. Sama animacja korzysta z podobnych tricków, co „Kot w butach” czy – kompletnie przełomowy – „Spider-Man: Uniwersum”. Od spowolnienia klatkażu podczas scen bieganych przez wyłupiaste oczy z przerażenia aż po bardzo efektywne slow-motion. Postacie też wyglądają bardzo szczegółowo, zaś efekty specjalne (portal pozwalający wejść czy usuwane wspomnienia) olśniewają.

Jednak najważniejsza tutaj jest kwestia przyjaźni między dwójką kontrastowych bohaterek. Bardzo żywiołowa, energiczna, niepasująca do świata Jo oraz bardziej przyziemna, niemal podchodząca w naukowy sposób Raissa – pozornie tak odległe od siebie jak tylko się da. A jednak obie się uzupełniają, nawet jeśli sporadycznie ocierają się o irytację. A także o sile wspomnień, które kształtują każdego z nas. Pomaga w tym też bardzo solidny polski dubbing, gdzie głosy udzielali głównie mniej znani aktorzy.

Czy „Zapomniana wyspa” to najlepsza animacja tego roku? Absolutnie nie. I nawet nie jest to najlepsza produkcja studia DreamWorks w ostatnich latach. Niemniej pozostaje przyjemną rozrywką dla młodego widza z niegłupim morałem. Tej wyspy lepiej nie zapomnieć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Primetime

Czy potrzebujemy kolejnych filmów o telewizji? Dzisiaj mało kto ogląda to duże pudełko (chyba że filmy i seriale z platform streamingowych czy podpiętych komputerów/konsol, by grać), zaś wiele krytycznych portretów mediów powstało na tyle dużo, że temat wydaje się maksymalnie wyeksploatowany. Ale czy aby na pewno? Na to próbuje odpowiedzieć nowe dzieło ze studia A24, czyli „Primetime”.

Historia skupia się wokół Chrisa Hansena (Robert Pattinson), dziennikarza stacji NBC. Razem z producentką Andie Bender (Merritt Wever) tworzy program „To Catch a Predator”, gdzie zastawia pułapkę na pedofilów. W czym pomaga mu komputerowiec Xavier von Erich (Matthew Maher) oraz pełniąca rolę przynęty Del (piosenkarka Phoebe Bridgers). Stacja chce umieścić program podczas prime time’u (czyli podczas najwyższej oglądalności), by konkurować z serialem „Zagubieni”. Jednak aby to zrobić trzeba znaleźć prawdziwego „wieloryba”, czyli oprawcę z wyższych sfer. W tym samym czasie do programu dołącza aspirujący młody aktor Dan Plum (Skyler Gisondo), który zostaje nowym „wabikiem”.

Za kamerą stanął uznany dokumentalista Lance Oppenheim, dla którego jest to debiut fabularny. Film próbuje być trochę biografią, trochę thrillerem, trochę dramatem, ale nie sprawdza się w żadnym z tych. Twórcy bardziej skupiają się na pokazaniu realizacji tego programu, zaś wizualnie mocno przypomina telewizję z początku lat 2000. (ziarno na ekranie, mocne kolory, sceny z kilku kamer). Jak przygotowywane są podwaliny pod potencjalnych zboczeńców – choć czy naprawdę nimi byli to sprawa dyskusyjna – oraz współpracy z policją. Żeby było jasne: pedofile nie są tutaj pokazywani jako ofiary, ale wobec nich stosowana jest prowokacja. A z każdym kolejnym celem jest coraz większa presja, by zdobyć większą oglądalność.

I tutaj zaczynają się schody, bo reżyser sugeruje pewne potencjalne motywy. Jak media w imię sprawiedliwości oraz walki ze złem eksploatują je, jak obsesja Hansena odbija się na jego życiu prywatnym (zaniedbanie żony i dzieci), jak praca w tym programie może wywołać traumę (pierwsze wejście Pluma jako „wabika”, gdzie zwyrol pokazuje swojego wacka) czy to jak taka program staje się stygmatem. Ale Oppenheim tylko podrzuca pojedyncze scenki i ledwo sygnalizuje te wątki, bardziej skupiając się na samym program oraz (w trzecim akcie) polowaniu, które kończy się tragedią. Nawet wątek producentki, która zaczyna być coraz bardziej ignorowana i spychana przez Hansena zostaje w zasadzie szybko rozwiązany. Aczkolwiek ten finał daje pewną satysfakcję, tylko troszkę za późno.

Wszystko działa tylko dzięki aktorstwu, ze szczególnym wskazaniem na dwóch facetów. Absolutnie fantastyczny jest Robert Pattinson (jak on to robi?) w roli Hansena. Aspirujący dziennikarz, przekonany o słuszności swoich działań, ale jednocześnie to manipulator i narcyz (momenty, gdy powtarza fragmenty czatów przed wejściem). Jego życie prywatne jest bałaganem – zaniedbywanie synów i żony, a także ma kochankę – zaś obsesja na punkcie oglądalności doprowadza do katastrofy. Jednak największą niespodzianką był Skylar Golindo w roli młodego aktora Pluma. Naiwny oraz aspirujący chłopak, który ma „grać” 13-latka posiada sporą dawkę uroku (scena przesłuchania), jednak coraz bardziej ta praca zaczyna się na nim naznaczać. Aktor nie odstaje poziomem od Pattinsona czy równie świetnej Merritt Wever, co jest pozytywną niespodzianką.

Tym bardziej szkoda, że „Primetime” jest zmarnowanym potencjałem na film w stylu „Wolnego strzelca”. Oppenheimer zbyt dużo czasu skupia na odtworzeniu atmosfery lat 2000. oraz procesie realizacji programu niż na tym, jakie konsekwencje miał program „To Catch a Predator” na wszystkich ludziach – od widzów po realizatorów.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Do utraty tchu

Jean-Luc Godard – reżyser podobno uznany i uważany za jednego z najważniejszych twórców francuskiej nowej fali. Tylko, że swoje najciekawsze rzeczy tworzył w latach 60., czyli bardzo dawno temu. A nie wszystko, co starsze musiało się zestarzeć jak wino. Czy tak jest w przypadku uznanego za klasyka „Do utraty tchu”?

Sama historia wydaje się być prosta i niezbyt skomplikowana. Mamy młodego chłopaka, Michela (Jean-Paul Belmondo) zajmującego się kradzieżą samochodów. Niby ma dziewczynę, amerykańską dziennikarkę Patricię (Jean Seberg), pracującą dla lokalnego oddziału New York Heralda. Ale czy to jest coś na poważnie? Ciężko stwierdzić. Jednak powoli wszystko zaczyna się sypać. Podczas jazdy skradzionym autem zostaje zatrzymany przez policję, co kończy się strzałem i śmiercią mundurowego. Policja zaczyna obławę, a chłopak próbuje zdobyć pieniądze, by uciec z Paryża. Najlepiej z dziewczyną, choć to pozostaje niewiadomą.

Jeśli z tego opisu spodziewacie się czegoś w stylu filmów braci Safdie ubranych w epokę lat 60., to pomyślcie jeszcze raz. Godard nie jest specjalnie zainteresowany fabułą czy intrygą, która nabiera większego ciężaru na początku i na końcu. Jednak środek to w zasadzie snucie się Michela po mieście (samemu lub z dziewczyną), gdzie reżyser bardziej zainteresowany jest budowaniem klimatu i atmosfery. W tle gra albo klasyczna muzyka, albo rewelacyjny jazz; mamy wiele tzw. jump cutu (cięcia montażowe głównie między rozmowami) oraz dialogi brzmiące bardziej jak deklaracje. Zupełnie jakby Godard z każdą sekundą chciał pokazać, że to nie ma nic wspólnego z realizmem. Że to – jak David Lynch pokazał w „Mulholland Drive” – jest iluzją, mistyfikacją oraz fałszem. Zresztą nasz protagonista nieprzypadkowo ubiera się niczym detektyw z kina noir (mocno inspirując się Bogartem) i towarzyszy mu śliczna blondynka z krótko strzyżonymi włosami. Aż korci mnie nazwać „Do utraty tchu” prekursorem całego postmodernizmu, który kojarzymy choćby z Tarantino czy eksperymentalnej zabawy innych twórców nowofalowych (choćby Jerzego Skolimowskiego).

Powiem szczerze, miałem pewne problemy z wejściem w ten film, choć widziałem wcześniej tylko jeden film Francuza („Amatorski gang”). Godard ma gdzieś oczekiwania widowni czy trzymanie się gatunkowych klisz, w zasadzie robiąc co mu się podoba. Od wrzucenia wywiadu z pisarzem (w tej roli reżyser Jean-Pierre Melville) po długie rozmowy naszej pary w łóżku (i nie, nie robią tego, co myślicie). I choć widzę tą całą zabawę oraz hecę, to jednak nie potrafił wejść do tego umownego świata, który kończy się nagle oraz nieoczekiwanie.

To jest dla mnie jeden z tych filmów, którego seans przypomina wizytę w muzeum. Godard przykuwa oczy łamaniem gatunkowych klisz i konwencji, z pewną bezczelnością i urokiem. Problem w tym, że ja już to widziałem „wcześniej” u innych filmowców, którzy czerpali do tego stopnia, że oryginał stracił wiele ze swojej siły. Niemniej nie żałuję, że obejrzałem.

7/10

Radosław Ostrowski

Digger

Alejandro Gonzalez Inarritu to jeden z najbardziej nieobliczalnych reżyserów z Meksyku. Najpierw zaczynał od dramatów psychologicznych, gdzie przeplatały się losy kilku postaci jak „21 gramów” czy „Babel” po absolutnie imponujące technicznymi aspektami „Birdmana” czy absolutnie szalonego „Bardo”. A kiedy zaczęły pojawiać się zapowiedzi jego najnowszego filmu, czyli „Diggera” pojawiła się we mnie ekscytacja. To miała być (czarna) komedia ze słynnym filmowym kaskaderem Tomem Cruisem w roli głównej. A co z tego wyszło?

Sama historia skupia się na Diggerze Rockwellu (Tom Cruise) – potentacie naftowym, zbierającym ropę z niemal wszystkich części świata. Włącznie z Antarktydą i Arktyką, mając koneksje u szczytach władzy, przy okazji kompletnie ignorując wszelkie przepisy BHP. Właśnie podczas eksploracji jednej z rafinerii na biegunie dochodzi do eksplozji metanu, co w konsekwencji powoduje oderwanie sporego kawałka lodowca. Zmierza on w kierunku północnej Europy, mogąc doprowadzić do potencjalnej katastrofy. O czym ostrzega szef bezpieczeństwa, doktor Ganesh (Riz Ahmed), lecz Digger kompletnie miał to w dużym poważaniu. Digger decyduje się powiadomić o wszystkim prezydenta Compsona (John Goodman), by podjąć kroki.

Dziwny to i bardzo specyficzny film, któremu blisko jest zarówno do „Bardo” (choć nie jest aż tak surrealistyczny) jak i… „Birdmana”. Inarritu ma ambicję zrobić współczesną satyrę w stylu „Dra Strangelove”, tylko zamiast bomby atomowej mamy katastrofę ekologiczną. Od samego początku jest to przejaskrawione i przerysowane, nie tylko z powodu postaci większych niż życie. Pierwsze sceny w rezydencji Diggera imponują bogatą w detale scenografią oraz zdjęciami (sami twórcy się chwalą, że użyli kamer VistaVision), które z jednej strony kojarzą się z filmami Wesa Andersona, ale z bardziej stonowanymi kolorami oraz żywszą pracą kamery. Ale już w tym segmencie coś wydaje się dziwnego: towarzyszący Diggerowi kot (mający mieć jakieś 30 lat) wygląda jakoś nienaturalnie, a pokazane w tle krajobrazy wyglądają bardziej na makiety niż prawdziwe plenery.

A to tylko jedna z niespodzianek, jakie serwuje Inarritu, a których nie pokazuje kampania marketingowa. Wywraca to wszystko do góry nogami, zmuszając do myślenia, a jednocześnie kpiąc z ludzi. Obnażając ich hipokryzję, wypieranie faktów oraz coraz większą inkompetencję ludzi władzy, co pięknie podsumowuje mowa wypowiadana przez Diggera przez Parlamentem Europejskim. I przy okazji kpiąc także z… nas, widzów. Choć zdarzają się pewne wątki zbędne („córka” Diggera, w zasadzie niewykorzystana postać siostry Diggera, graną przez Sandrę Huller), a niektóre dialogi można było wyrzucić, to jakimś cudem pod koniec zaczyna się to wszystko spinać. Do tego jeszcze ta ostatnia scena, nie pozwalająca wyjść z głowy.

Wszystko to na swoich barkach trzyma Tom Cruise, który idzie mocno pod prąd i przypomina jak uzdolnionym jest aktorem. Jego Digger to zdecydowanie jedna z najbardziej odpychających postaci w jego karierze: żyjący w wyparciu (puentuje to jego „relacja” ze schorowaną kotką Maggie czy jedna z końcowych scen, kiedy się „modli”) narcyz oraz pazerny do granic możliwości kapitalista, za każdym próbujący pokazać, że ma „większego”. Świetny jest też John Goodman w roli chorego na raka odbytu prezydent, który wygląda jakby w każdej chwili mógł zejść i mocno inspirowany Trumpem (obecność pastora oraz scena modlitwy podczas obraz). Jednak dla mnie całość skradł rewelacyjny Riz Ahmed. Dr Ganesh w jego wykonaniu to jedyny racjonalista w tym wariatkowie. Początkowo dość niepewny siebie, zacinający się w wypowiedziach, z czasem jednak nabiera pewności siebie i mając coraz bardziej wszystko w dupie. Wspólne sceny Ahmeda z Cruisem to jedne z najlepszych scen tego filmu.

Nie dziwi mnie, że „Digger” mocno spolaryzował i podzielił wszystkich. To nie jest łatwy, przyjemny oraz dający się lubić film, bo ciągle igra z oczekiwaniami. Nie jest może odkrywczy jako satyra, a forma opowieści i nagłe zakręty wywołują konsternację. Niemniej nie jestem w stanie odmówić ambicji oraz „jaj” w sposobie realizacji, a także imponujących wizualnie scen. Nie słuchajcie krytyków ani mnie, tylko pójdźcie sami i wyróbcie sobie własne zdanie na ten temat.

6/10

Radosław Ostrowski

Lalka (2026)

Dawno nie było takiej sytuacji na naszym podwórku od czasu kiedy blisko siebie pojawiły się dwie produkcje o Dywizjonie 303. Jeden był brytyjsko-polski z Iwanem Rheonem i Marcinem Dorocińskim („303. Bitwa o Anglię”), a drugi – dla odmiany – polsko-brytyjski z Maciejem Zakościelnym oraz Piotrem Adamczykiem („Dywizjon 303. Historia prawdziwa”). By je rozróżnić na plakatach był żółty pasek z napisem „Nie pomyl filmu.” Teraz mamy tą samą sytuację z „Lalką” – netflixowym serialem, fabularnym filmem (obydwa oparte na powieści Bolesława Prusa) oraz… amerykańskim horrorem pod tym samym tytułem. I nie, nie skupię się na tym ostatnim.

Sama historia jest raczej powszechnie znana, czyli o niejakim Stanisławie Wokulskim (Marcin Dorociński) i jego zauroczeniu młodą kobietą Izabelą Łęcką (Kamila Urzędowska). On – bardzo obrotny, zamożny mieszczanin, prowadzący działalność handlową, ona – niby arystokratka, ale coraz bardziej ubożejąca. Co może nie brzmi jak poważny problem, chyba że w Warszawie roku 1878. To oznacza sporą barierę społeczną, różnice klasowe (nie do pogodzenia dla otoczenia). Ale wtedy pojawia się specjalizująca się w swataniu pani Meliton (kradnąca ekran Agata Kulesza), która decyduje się wesprzeć mężczyźnie w zdobyciu serca swojej wybranki.

Tym razem z klasykiem literatury zmierzył się Maciej Kawalski, który parę lat temu zadebiutował zaskakująco udanymi „Niebezpiecznymi dżentelmenami” – komedią kryminalną w realiach Zakopanego przed I wojną światową. Teraz zmierzył się z materiałem cięższego kalibru, ogromnym budżetem (jak podają źródła: 80 milionów złociszy!!!) oraz tak imponującą znanymi nazwiskami obsadą jakby to miał być polski blockbuster jakiego nie widzieliśmy. Już pierwsza scena w Bułgarii, gdzie nasz bohater prowadzi interesy podczas wojny z Turcją, zakończona atakiem muzułmanów robi wrażenie. I sugeruje, że choć będzie blisko pierwowzoru, to jednak nie będzie go przenosił jeden do jednego. Zgadzają się ogólne wydarzenia jak kupienie konia przed wyścigiem, zakup kamienicy Łęckich, wyjazd do Paryża czy zakładanie spółki handlowej z arystokracji. Niemniej wiele zostało dopisanych dialogów, w których przebija się choćby darwinowska teoria ewolucji, emancypacja (a właściwie jej niemożliwość) czy kwestia małżeństwa jako formy przetrwania.

Jasnym jest, że wiele rzeczy musiało wylecieć albo zostać mocno skrócone (i w paru wątkach to – niestety – czuć jak choćby baronostwo Krzeszowscy, subiekci w sklepie), bo nie wszystko by się w filmie upchnie. Niemniej reżyser sprawie panuje nad materią, co bardzo mnie zaskoczyło. Równie imponująca jest warstwa techniczna – krótko mówiąc, czuć tu piniądz. XIX-wieczna Warszawa jest tu żywa, scenografia pełna detali i rekwizytów wręcz oszałamia, tak samo jak kostiumy. Ale nie tylko stolica wygląda okazale, bo jeszcze jesteśmy w Paryżu (a nawet mamy lot balonem) czy w Zasławiu.

Jednak w centrum ciągle znajduje się Wokulski, którego gra fantastycznie Marcin Dorociński, próbujący wejść do grupy ludzi traktującej go z wrogością. Oślepiony miłością do wyidealizowanego obrazu kobiety miota się: od pewnego siebie w interesach przez zagubionego w regułach gry społeczeństwa po absolutnie nieśmiałego. I te skrajności pokazuje on świetnie, niejako niosąc całość na swoich barkach. Po drugiej stronie jest Łęcka grana przez przepiękną Kamilę Urzędowską, która oszałamia wyglądem oraz strojami. Ewidentnie reżyser próbuje pokazać jako trzymaną w kloszu, pozbawioną jakiejkolwiek kontroli nad sobą i swoim życiem. Niby to widać oraz słuchać w dialogach, ALE czegoś mi w tym występie zabrakło. Sytuację za to ratuje bardzo barwny drugi plan, od którego można dostać bólu głowy. Dawno nie widziany Marek Kondrat w roli Rzeckiego pokazuje, że nic nie stracił z talentu i świetnie się uzupełnia z Dorocińskim. Jednak najmocniej zapadły mi w pamięci panie: wspomniana wcześniej Kulesza, bardziej refleksyjna Maja Komorowska (prezesowa Zasławska) oraz najlepsza z całej obsady i najbardziej wyrazista Maria Dębska (ekscentryczna hrabina Wąsowska). Co nie znaczy, że reszta jest słaba czy nijaka, żebyśmy się zrozumieli.

Nie widziałem jeszcze wersji netflixowej od Pawła Maślony, więc nie będę się bawił w porównania. Niemniej muszę powiedzieć, że Kawalski wyszedł z tego zadania obronną ręką, tworząc jeden z lepszych blockbusterów w naszym kraju od lat. W starym stylu i klasyczny, ale nie pachnący naftaliną. Bliżej oryginalnego tekstu, lecz nie trzymający się go do ostatniej kropki, co nie jest łatwym zadaniem.

8/10

Radosław Ostrowski

Trainspotting

Kiedy do naszych kina trafił „Trainspotting” – drugi film w dorobku Danny’ego Boyle’a miałem niecałe 10 lat i niespecjalnie interesowałem się kinem. Poza tym mieszkałem zbyt daleko od najbliższego kina (ponad 70 km!!) i raczej nie miałbym szansy zobaczyć tego na dużym ekranie, a potem jakoś się nie złożyło. Ale od czego są wznowienia w formie remastera 4K, zwłaszcza z okazji rocznicy premiery. I żałuję, że aż tyle czasu odwlekałem.

Historia oparta na powieści Irvine’a Welsha skupia się na młodych Szkotach, którym życie upływa od jednego strzału heroiny do kolejnego. A prowadzić nas (jako narrator) będzie niejaki Mark Renton (Ewan McGregor) – młodociany chłopak, dający sobie w żyłę i robiący wszystko dla kolejnej działki. Ale nie robi tego sam, tylko z paczką kumpli: niezbyt lotnym Spudem (Ewan Bremner), próbującym sprzedawać dragi Sick Boy (Jonny Lee Miller) oraz narwany psychopata Begbie (Robert Carlyle). By zdobyć kasę kradną, co popadnie i w zasadzie tkwią w tym bagnie, ale dla Rentona przychodzi moment opamiętania.

„Trainspotting”, choć dotyka poważnej kwestii uzależnienia, jest tak naprawdę… komedią. Boyle ze scenarzystą Johnem Hodge’m zachowują atmosferę książkowego pierwowzoru oraz ironiczno-smolisty humor. I ta tonalna mieszanka może wydawać się dziwaczna, jednak od samego początku elektryzuje. Bo jak nie poczuć kopa na widok uciekającego Rentona z kumplami do grającego w tle „Lust for Life” iggy’ego Popa (cóż za ironia w doborze piosenki)? A jednocześnie słyszymy ten monolog zaczynający się od „Wybierz życie”, który nierozerwalnie kojarzy się z tym filmem. Pozornie sama historia jest prosta i jest obserwacją młodych ćpunów, co mieszkają na zadupiu, w zasadzie nie mając zbyt wielu perspektyw na przyszłość. Co jeszcze bardziej potęguje mocno stonowana kolorystyka (gnijąca zieleń i rdzawa czerwień) oraz dynamiczny montaż, pozwalający wejść w umysł.

Ale to sceny związane z narkotykami zapadają najmocniej w pamięć: śmierć noworodka w łóżeczku, rozmowa Spuda o pracę pod wpływem speeda, wizyta w najgorszym kiblu Szkocji, przedawkowanie (w tle gra „Perfect Day” Lou Reeda) czy – najbardziej surrealistyczna – detoksu Rentona, zamkniętego w pokoju. Tutaj mężczyzna jest prześladowany przez znajomych, poznaną dziewczynę, teleturniej z małego ekranu czy… niemowlaka idącego na ścianie. W tych momentach Boyle miesza powagę z bardzo gorzkim humorem czy to przy użyciu kontrastującej muzyki, nagłych ataków przemocy lub kompletnie nieoczekiwanych sytuacji. A także nie brakuje napięcia czy skrętów ku gangsterce (sprzedaż zdobytych narkotyków), zamykając się w fenomenalnym finale.

Co jednak najważniejsze, twórcy unikają moralizowania i prawienia banałów, wierząc w inteligencję widza. Reżyser potrafi mocno pokazać zarówno bezlitosne oddziaływanie narkotyków na najbliższych ludzi (wątek Tommy’ego – czystego i dbającego z kondycję fizyczną faceta, który zaczyna brać; rodzice Rentona czy dziewczyna Sick Boya), ale też ich samych. A jak dodamy do tego toksyczną więź „kumpli”, którzy ciągną na dno – zwłaszcza próbujący wielokrotnie zerwać Sick Boy czy bardzo przemocowego Begbie’ego, potrafiącego samą obecnością wywołać strach – widzimy coraz powolne dojrzewanie do „wybrania życia”.

A wszystko dopełnia absolutnie rewelacyjnie aktorstwo. Główne role zagrali młodzi ludzie dopiero na początku swojej drogi: Ewan McGregor błyszczy w roli zagubionego Rentona, lawirującego między tańcem z heroiną i coraz bardziej idącego ku autodestrukcji. Jednak powoli zaczyna wyrywać, co prezentuje finałowy monolog. Odrobinę humoru wnosi Ewan Bremnen jako niezbyt inteligentny Spud, nie potrafiący się wyrwać z nałogu oraz lojalny wobec tzw. kumpli. Jonny Lee Miller jako Sick Boy to mieszanka cwaniaczka, który w każdej chwili może zdradzić, próbując szybko zarobić. Jednak najbardziej niebezpieczny jest kradnący ekran Robert Carlyle, którego Begbie przypomina narwanych gangsterów granych przez Joe Pesciego. Rzucający mięsem we wszystkich kierunkach, bardzo pewny siebie i agresywny twardziel, będący tak naprawdę pasożytem. Poza tym kwartetem jest kilka zapadających w pamięć postaci jak poznana w klubie Diane (debiutująca Kelly Macdonald), stający się kolejną ofiarą dragów Tommy (znany z „Dog Soldiers” Kevin McKidd) czy diler Sweeney zwany „Matką Miłosierdzia” (kompletnie nie do poznania Peter Mullan).

Troszkę obawiałem się seansu, pamiętając jaki ferment wywołało „Requiem dla snu” Darrena Aronofsky’ego, które także dotykało uzależnień w bardziej mrocznym i cięższym tonie. Ale film Boyle’a, który absolutnie bezbłędnie lawiruje między powagą a humorem, nic nie traci ze swojego ciężaru i antynarkotykowego przekazu. Imponujące.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Niebo nad Normandią

Jak ważnym wydarzeniem w historii II wojny światowej było lądowanie w Normandii oraz utworzenie drugiego frontu w Europie. A to jak bardzo była to trudna przeprawa pokazywał niezapomniany początek „Szeregowca Ryana”. Jednak film „Niebo nad Normandią” pokazuje przygotowania niejako „zza biurka”, czyli z punktu widzenia dowódców.

Bohaterem filmu jest pułkownik James Stagg (Andrew Scott), oficer RAF-u i główny meteorolog kraju. Zostaje ściągnięty do sztabu Alianckich Sił Ekspedycyjnych w Southwick House na prośbę samego generała Eisenhowera (Brendan Fraser). Oficer dostaje zadania przygotowania prognozy pogody na 5 czerwca 1944, czyli dzień planowanej inwazji na Normandię. Stagg musi współpracować ze swoim amerykańskim meteorologiem, pułkownikiem Irvingiem Krickiem (Chris Messina). Obaj oficerowie mają zupełnie inne wnioski z danych, które zapowiadają dwie burze.

Reżyser Anthony Maras oparł tą historię na sztuce teatralnej Davida Haiga z 2014 roku, co tłumaczy pewną kameralność. Gdyby nie pierwsze sceny (skutki operacji „Tiger”, czyli ćwiczeń przed lądowaniem) oraz ostatnie, w zasadzie całość byłaby w zasadzie Teatrem Telewizji. Wszystko tutaj skupia się na dialogach, a także krótkich wyjściach na zewnątrz (świetne zdjęcia chmur czy nieba). Mnie najbardziej interesował proces zbierania informacji pogodowych w czasach, kiedy nie było dzisiejszej technologii w rodzaju komputerów czy satelitów. A także jak z zebranych materiałów tworzy się mapy i prognozy, próbując przewidzieć pogodę. Co nie jest łatwe ze względu na inny klimat w północnej Europie niż choćby w Afryce. By jeszcze podbić stawkę jeszcze jest presja, którą odczuwają zarówno Stagg, jak i dowództwo, gdyż jeden błąd może mieć krwawe, tragiczne konsekwencje, zaś wróg z każdą obsuwą będzie lepiej przygotowany. A czas ucieka.

Pozornie nie dzieje się tu zbyt wiele, ale udaje się reżyserowi utrzymać napięcie. Bo komu można zaufać? Zderzenie szukającego wzorów z przeszłości Kricka – pewnego siebie optymisty oraz bardziej skupionego na faktach i nie biorącego niczego za pewnik Stagga daje sporo iskier. A do tego miksu jeszcze wchodzi generał Montgomery (intensywny Damian Lewis), które chce wysłać wojska od razu, bez względu na okoliczności oraz jakie straty mogą zostać poniesione. W tle gra delikatna, choć „tykająca” muzyka i mamy przeplatane materiały archiwalne, a scenografia i kostiumy pomagają wejść w epokę.

Maras ma też spore szczęście do obsady, gdzie w centrum mamy trójkę postaci. Fantastyczny jest tutaj Andrew Scott, którego powściągliwość oraz skupienie na wykonaniu zadania jest niemal obsesyjne. Do tego stopnia, że kiedy dostaje bardzo poważne wieści w sprawie swojej ciężarnej żony tłumi to w sobie. Samym spojrzeniem jest w stanie wiele przekazać, czyniąc tą kreację sercem filmu. Po drugiej stronie jest Fraser w roli Eisenhowera, który ma więcej bardziej ekspresyjnych momentów (od przemowy dla żołnierzy przed wyruszeniem do ataku) i próbuje budzić pozycję silnego lidera. A niejako łącznikiem między tą dwójką jest świetna Kerry Condon w roli porucznik Kay Summersby, sekretarki generała, wspierającej oraz pełnej empatii kobiety.

Jest to kino w starym stylu, które wydaje się niezbyt rzucające się w oczy i opowiada znaną historię z mniej znanej perspektywy. Nawet jeśli zaczyna się powoli, to zaczyna nabierać rozpędu, a dzięki bardzo mocnemu aktorstwu czuć napięcie oraz zaangażowanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Chrzest

Marcin Wrona to jeden z tych reżyserów, który odszedł zbyt szybko i dopiero zaczynał się rozkręcać jako filmowiec. Co pokazał skręcającemu w kierunku horroru „Demonowi”, który był ostatnim filmem. O nim już pisałem, więc zdecydowałem się sięgnąć po poprzednika, czyli „Chrzest” z 2010 roku.

Pozornie całość zaczyna się jak dramat, który skupia się na dwóch kumplach. Michał (Wojciech Zieliński) mieszka w Warszawie razem z żoną (Natalia Rybicka) oraz świeżo urodzonym dzieckiem. Prowadzi firmę produkującą szkło i szykuje się do chrztu niemowlaka. Wtedy go odwiedza dawny kolega Janek (Tomasz Schuchardt), który dopiero skończył służbę w wojsku. Pojawia się w domu Marcina, który chce by został ojcem chrzestnym jego dziecka. Ale im dalej w las, tym bardziej Janek zaczyna zauważać, że to spokojne i zamożne życie jest tylko fasadą. Bo nasz stabilny pan biznesmen – tak jak Janek – był powiązany z półświatkiem, jednak za zerwanie płaci poważną cenę. Ten tydzień zmieni życie obu mężczyzn.

I już od pierwszych scen widać, że „Chrzest” jest bardzo surowo wykonanym kinem. Od kręconych z ręki, niemal dokumentalnej formy wizualnej oraz stonowanej kolorystyce aż po masę scen nagle uciętych z masą wydarzeń poza kadrem. Jesteśmy rzuceni w całą opowieść razem z Jankiem i zaczynamy powoli odkrywać, jaką tajemnicę skrywa Marcin. A wszystko wokół chrzcin jest przygotowanym planem oraz w jakiej pułapce się znajduje mężczyzna. Do tego stopnia, że w zasadzie wydaje się być pozbawionym własnej woli, każdego dnia walcząc o przetrwanie. Sporo jest tutaj momentów ciszy i niedopowiedzeń, a także pozornie niepowiązanych ze sobą momentów: od nagłego ataku Marcina na grupę młodzików po wizytę u weterynarza.

Z drugiej strony pojawia się gangsterka w postaci „Grubego” (kradnący ekran Adam Woronowicz), który robi swoje gangsterskie rzeczy. Czyli prowadzi knajpę, chodzi elegancko ubrany i towarzyszy mu grupka młodocianych sługusów (Krzysztof Czeczot, Paweł Tomaszewski oraz – najmniej pasujący – Michał Koterski), a nawet zabija jednego z dłużników. Przemoc tu jest gwałtowna, nagła oraz bardzo brutalna. Za to sporym problemem (poza upchnięciem tej historii do półtorej godziny) jest sprowadzenie żony Michała do pozostającej w nieświadomości kobiety oraz obiektu pożądania. „Chrzest” jest zdecydowanie męskim kinem o przyjaźni, lojalności, która jest poddana najciężej próbie.

Co czyni film bardziej strawnym to elektryzujący duet Wojciech Zieliński/Tomasz Schuchardt. Ten pierwszy wydaje się bardzo spokojny, pogodzony ze swoim losem i zachowujący opanowanie. Jednak gdzieś podskórnie w spojrzeniu widać strach, niepewność. Z kolei ten drugi sprawia wrażenie dużo młodszego, niedojrzałego, który musi zdecydować między lojalnością wobec przyjaciela a lojalnością wobec gangu, do którego należał. O wiele bardziej emocjonalny i mniej panujący nad sobą, jednak z czasem podejmuje kolejne trudne decyzje.

Bez tej dwójki „Chrzest” byłby kolejnym, na siłę udziwnionym dramatem obyczajowo-gangsterskim, niepozbawionym symboliki. Początek mocno dezorientuje, jednak z czasem Wrona zaczyna kleić to wszystko, kończąc mocnym uderzeniem. Kawałek niezłego kina, ale najlepsze od reżysera miało dopiero nadejść.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Resident Evil (2026)

Resident Evil – jedna z najsłynniejszych serii gier z japońskiego studia Capcom, mocno inspirująca się serią filmów o żywych trupach od George’a Romero. Mająca już 30 lat franczyza była już przenoszona na ekran w formie animacji, serialu czy serii filmów tworzonych przez Paula W.S. Andersona w latach 2002-17. Ta ostatnia była masakrowana przez krytyków i fanów gier jak bura suka. Więc kiedy pojawiły się zapowiedzi, że twórca „Barbarzyńców” oraz zeszłorocznych „Zniknięć” Zach Cregger zrobi kolejny film na tej serii pojawiła się ekscytacja.

Tym razem bohaterem jest Bryan (Austin Abrams) – kurier, rozwożący pilne przesyłki do szpitali. Takie rzeczy jak organy, szczepionki, które trzeba dostarczyć jak najszybciej. Po dostarczeniu kolejnej paczki mężczyzna ma już wracać do domu, do swojej dziewczyny. ALE dostaje pilne zleconko, za bardzo dużą kasę – dostarczenie paczki do znajdującego się w górach miasta Racoon City. Napędzany przez swoją pazerność Bryan wyrusza przez śnieg kompletnie nieprzygotowanym autem nocą. I jadąc lasem potrąca pojawiającą się znikąd kobietę, którą postanawia zabrać ze sobą, co doprowadza do lawiny paskudnych sytuacji.

Reżyser nie opiera historii na żadnej części gier komputerowych, lecz tworzy własną opowieść w tym uniwersum. I dla fanów (czy fanatyków) serii może być to uznane za zdradę, jednak skupienie się tylko na jednej postaci oraz jej perspektywie daje szansę na większą immersję. Fakt, że nasz protagonista nie jest ekspertem sztuki przetrwania, wyszkolonym złodupnym twardzielem czy stereotypowym Amerykaninem, który sztukę obsługiwania broni palnej ma wpisaną w swoim DNA z jednej strony pozwala łatwiej się identyfikować. Ale z drugiej jego nieporadność oraz pierdołowatość (jak choćby nieumiejętność przestrzelenia kłódek) jest jednocześnie źródłem humoru i frustracji. Nie pamiętam kiedy ostatnio śmiałem się przy horrorze (intencjonalnie), nawet jeśli jest to slapstick i czarny humor.

Niemal od razu zostajemy wrzuceni w akcję i grozę, nie tylko z powodu osadzenia akcji w nocy czy początkowych niemal opustoszałych przestrzeni. Las dookoła, chata ze stodołą gdzieś czy tunel z pozostawionymi samochodami. Tutaj najbardziej błyszczy tutaj poczucie ciągłego zagrożenia oraz napięcia, bardzo rzadko pozwalając sobie na chwilę oddechu. Sceny w domu, gdzie zaraz ma się pojawić monstrum, a napięcie buduje sam dźwięk zostaje ze mną na długo. Tak jak niepowstrzymane coś, co zacznie kroczyć za naszym protagonistą, niemal żywcem wzięte z chorej wyobraźni Davida Cronenberga czy… „Coś” Carpentera. A z każdą sceną jest coraz bardziej szalonych momentów jak spadające z dachu zombiaki na ulicę czy bardzo nerwowe przechodzenie przez porodówkę. Swoje robią też świetne efekty specjalne, mocna gorowa jatka oraz bardzo gorzki finał.

Zaś wszystko trzyma na swoich barkach Austin Abrams w roli Bryana, będący w zasadzie współczesnym odpowiednikiem Asha Williamsa z serii „Martwe zło”. Czyli zwykły, przeciętny koleś pakujący się w coraz bardziej nadnaturalne sytuacje. Nie jest zbyt lotny intelektualnie i w zasadzie większość jego dialogów to reakcje w rodzaju „K***a”, „O Boże” albo krzyki, a czasem jego zachowanie frustruje. Niemniej łatwo mu się kibicuje i identyfikuje się z próbami radzenia sobie w kompletnie porąbanych okolicznościach. Reszta aktorów w zasadzie to małe epizodziki, z których najbardziej wybija się świetny Paul Walter Hauser (dr Carl) i Andrea Miltnerova (kobieta przejechana na początku i pierwszy zombiak).

Cregger tworząc swoje „Resident Evil” mocno czerpie zarówno z kina Sama Raimiego czy Johna Carpentera, tworząc bardzo intensywny horror z B-klasową historią, która raczej nie zostanie w pamięci zbyt długo. Zdecydowanie najlepsza filmowa inkarnacja growej serii, nie próbująca się budować na tożsamości i rzucanych w twarz odwołaniach do franczyzy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ostrze przeznaczenia

Dawno nie widziałem na ekranie kinowym chińskiego kina z podgatunku wuxia. Czyli osadzonych w przeszłości (czerpiąc choćby z dawnych tekstów, legend i mitów) mieszanki kung-fu, walk bronią białą oraz akcją, gdzie bohaterowie łamią prawa fizyki niczym superherosi. Do naszego kraju przebiły się produkcje na początku lat 2000. jak „Przyczajony tygrys, ukryty smok” czy „Hero”. A teraz ze swoim najnowszym filmem wkracza legendarny choreograf, kaskader i reżyser Yuen Woo-Ping (lat 80).

„Ostrze przeznaczenia” oparte jest na chińskiej manhua (taki ichny odpowiednik mangi) tworzonej od 2015 roku. Osadzona podczas rządów dynastii Sui (końcówka VI i początek VII wieku n.e.) skupia się na niejakim Dao Ma (Wu Jing). Kiedyś oficer elitarnej jednostki armii cesarskiej, obecnie wędrujący łowca nagród, któremu towarzyszy 7-letni siostrzeniec Xiao Qi. Będąc na tropie kolejnego celu, zostaje zaproszony przez gubernatora Changa (Jet Li) i otrzymuje propozycję wyszkolenia jego wojsk. Nie przyjmuje oferty, a także wskutek okoliczności zmuszony jest do ucieczki, stając się ściganym bandytą. Udaje mu się znaleźć schronienie w wiosce klanu Mojia, dzięki przyjaźni z przywódcą grupy Lao Mo. Ten daje mu zadanie i szansę na ucieczkę: ma eskortować poszukiwanego przez władzę buntownika Zhishilanga (Sun Yizhou) do miasta Chang’an. Wojownikowi w misji będzie towarzyszyć córka lidera klanu, łuczniczka Ayuya (Chen Lijun) oraz jej przyjaciółki Ani.

Sama opowieść ma w sobie ducha kina przygodowego w starym stylu. I niejako od razu (za pomocą krótkiej ekspozycji narracyjnej) zostajemy wrzuceni do opowieści, powoli odkrywając zarówno kolejnych postaci oraz tła historycznego. W samym środku znajduje się nasz Dao, któremu blisko jest do cynicznego antybohatera, trzymającego się z daleka od politycznych intryg i dawnego życia. A po drodze dostajemy wręcz stado postaci, które albo będą naszemu wojownikowi przeszkadzać (inne klany, najemnicy, wojsko cesarza, dwójka dawnych towarzyszy broni czy młody chan) albo może pomogą (inny łowca nagród o białych włosach niczym Geralt z Rivii i eskortowana więźniarka). Akcja potrafi być absolutnie szalona, wręcz pędząca na złamanie karku, z masą statystów i ogromną skalą jak niemal żywcem wzięta z „Mad Max: Na drodze gniewu” ucieczka w burzę piaskową. Wszyscy walczą ze wszystkimi, krew i części ciała lecą we wszystkich kierunkach, skaczą, latają oraz ciachają. Wszystko bardzo płynnie zmontowane, bez szybkich cięć oraz kreatywnej choreografii (tutaj najbardziej wybija się pojedynek podczas burzy piaskowej oraz starcie przy płonącej oliwie nocą), czyniąc seans bardzo ekscytującym i satysfakcjonujący.

Niemniej mam tutaj dwa problemy. Po pierwsze, postaci i bohaterów jest zwyczajnie za dużo, przez co nie ma zbyt wiele czasu na ich poznanie, a także wywołuje to dezorientację. Szczególnie, jeśli do kogoś wracamy po dłuższym czasie. A po drugie, jakieś 90% akcji dzieje się na pustyni i po dłuższym czasie ten krajobraz staje się zwyczajnie monotonne. Brakuje tutaj troszkę większego urozmaicenia lokacji. A niektórym mogą się nie spodobać dialogi niepozbawione patosu oraz (zbyt) poważne, niemniej jest to rozładowane humorem.

Nawet jeśli postacie nie są zbyt ciekawie napisane, to aktorzy wyciskają czynią ich bardzo wyrazistymi. Fani liczący na sporą ilość Jeta Li będą srogo rozczarowani, bo pojawia się na dwie sceny, ma świetną scenę naparzania i tyle. O wiele więcej do zaoferowania ma cała reszta: od świetnego Jinga przez zadziorną Lijun i enigmatycznego Yu Shi (Shu) po przerysowanego Ci Sha (chan Xiyuan) i Li Yunxiao (próbująca się desperacko wyrwać Yan Zhiniang).

Nawet nie wiedziałem jak bardzo mi takich filmów sztuk walki w starym stylu. Nawet jeśli nie ma skali „Przyczajonego tygrysa…”, to jednak imponuje energią reżysera, świetnie zrobionymi i wykonanymi scenami akcji. Nawet jeśli bywa zbyt tłoczno, a początek dezorientuje, to ma zbyt wiele dobrego, by nie wyjść z kina zadowolonym.

7/10

Radosław Ostrowski