Sługi wojny

Pamiętacie taki film „Sługi boże”? Mariusz Gawryś wraca do tworzenia kryminału w swoim rodzinnym Wrocławiu, skupiając się na innej parze policjantów. Chociaż szefa mają tego samego, czyli inspektora Konarskiego. Parka to komisarz Samborski oraz aspirant Zadara, zaś śledztwo dotyczy morderstwa profesora medycyny. Denat zajmował się przeszczepami i był twarzą fundacji zajmującej się transplantologią. I jak to w tego typu sprawach, jest kilkoro podejrzanych, zaś liczba trupów rośnie wprost proporcjonalnie do poszlak.

slugi boze1

Reżyser, niestety, nie wyciągnął wniosków z poprzedniego filmu i powtarza sporo błędów. Przede wszystkim historia nie angażuje, opierając się na masie klisz. Gliniarz z problemami, koleżanka będąca jego kochanką i mająca kontakty z hakerami, wspierający, choć szorstki szef, podejrzany biznesmen ze szpiegowską przeszłością, twardy sprzymierzeniec na emeryturze itd. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że wątków jest tu ponapychane i starczyłoby na kilka filmów. Działania tajnych służb, niekontrolowany zakup próbek DNA z wymazów, korupcja i przekręty na szczytach władzy, pobieranie próbek z armii. Dzieje się dużo i nie dzieje się nic, bo reżyser ze scenarzystą nie potrafią zbudować napięcia, postacie są papierowe. Fabularnie jest też sporo dziur i przeskoków przez co ciężko się śledzi całość. Szczególnie wobec postaci killerki, której motywacja oraz mocodawcy pozostają tajemnicą czy znajomości Zadary z hakerami. Nawet dialogi, choć niepozbawione humoru, są pozbawione polotu. Zdjęcia są niezłe, a nocne kadry wyglądają ładnie, zaś kilka scen akcji jest sprawnie zrobionych jak ucieczka przez dach czy finałowa pogoń wśród kontenerów. Nawet te momenty bardziej dynamiczne nie są w stanie tego uratować.

slugi boze2

Z takim materiałem aktorzy robią co mogą, ale nie mają zbyt wiele do roboty. Nieźle wypada duet protagonistów, czyli twardy niczym Roman Bratny Piotr Stramowski oraz Maria Kania. Wtopą jest zabójczyni w wykonaniu Karoliny Czarneckiej, której głos jest tak sztywny oraz sztuczny, że zwyczajnie boli. Najlepiej z całej ekipy wypada Paweł Królikowski jako emerytowany pułkownik Dolecki. Każde jego wejście dodaje zarówno lekkości, jak i brawury, dzięki czemu film zaczyna nabierać rumieńców. Szkoda tylko, że trzeba czekać na niego ostatnie pół godziny.

slugi boze3

Nie wiem, czy będzie trzecia część „Sług”, ale lepiej pozwolić tej serii umrzeć. Albo zmienić reżysera i scenarzysty, by bardziej dopieścili swoje dzieło, nie popadając w miałkość oraz nudę.

4/10

Radosław Ostrowski

Lighthouse

Latarnia morska – miejsce, które pokazuje marynarzom kierunek ku lądowi, stabilizacji i bezpieczeństwu. Bo morze jest zwyczajnie nieobliczalne i może wydarzyć się masa rzeczy. Nawet na wyspie odciętej kompletnie od cywilizacji. Taki jest przypadek dwóch panów: Thomasa Wake’a i Ephraima Winslowa, którzy mają spędzić w latarni morskiej 4 tygodnie. Wake już tu przebywa od dłuższego czasu, zaś jego poprzednik zniknął w niejasnych okolicznościach. Panowie próbują się dogadać, jednak pogoda zaczyna się pogarszać.

latarnik1

Robert Eggers wraca do straszenia w czasach pełnych przesądów, gdzie wszelkie zjawiska były tłumaczone w sposób dziś uznany za nieracjonalny. „Lighthouse” jest bardzo kameralnym, wyciszonym horrorem psychologicznym. Tak przynajmniej to brzmiało na papierze, rzucając kolejnymi symbolami, scenami oraz tajemnicą. Dwóch facetów, bardzo zamknięta przestrzeń, dużo alkoholu oraz mewy. Dużo mew, które są duszami zmarłych marynarzy. Reżyser próbuje opowiedzieć historię ludzi zderzonych ze sobą, skrywających pewne tajemnice. Zaginiony poprzednik, syrena, jakieś mackowate coś (tylko we fragmencie) – im dalej w las, tym większy chaos mamy w głowie. Co jest prawdą, urojeniem, delirką i o co tu tak naprawdę chodzi. Niby są rzucane jakieś poszlaki oraz potencjalne tematy (toksyczna męskość, skrywany homoseksualizm, potępienie, tłumione żądze, wiara, relacja Bóg-człowiek), jednak żaden nie zostaje w pełni rozwinięty. Albo inaczej: brakuje tutaj jednoznacznego postawienia kropki nad i, przez co seans był strasznie nieczytelny, wywołując mętlik. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż Eggers miał świetny pomysł, ale gdzieś po drodze zbłądził. Dlatego seans tak mi się dłużył, nużył i zwyczajnie męczył. A finału kompletnie nie zrozumiałem.

latarnik2

Nie chodzi tu o to, że musi być tutaj wszystko wyłożone wprost. Jednak obecność zbyt wielu znaków zapytania też nie działa na plus. Zawsze mam problem, gdy niedopowiedzeń jest tak dużo, jakby całość klejono na ślinę. I nie pomaga ani świetna realizacja, ani zachowanie wierności realiów epoki (język oraz scenografia). Czarno-białe zdjęcia z niemal kwadratowym formatem wywołuje poczucie ciasnoty, gdzie twarze Roberta Pattinsona oraz Willema Dafoe (obaj są świetni) zasłaniają cały ekran. Oni są w stanie przyciągnąć uwagę na dłużej, jednak nawet ten duet nie jest w stanie wznieść filmu na wyższy poziom.

latarnik3

„Lighthouse” jest dla mnie przykładem filmu słabszego od mocnego debiutu. Zabrakło mi tutaj klimatu niepokoju oraz poczucia zagrożenia, zamiast tego reżyser skupia się na symbolach oraz rzucaniu kolejnymi tropami interpretacyjnymi. Szkoda, bo facet wydaje się utalentowanym twórcą.

5/10

Radosław Ostrowski

Ból i blask

Salvador kiedyś był bardzo popularnym reżyserem, jednak niczego nie stworzył od lat. Głównie dlatego, że zdrowie mu nie dopisuje: strasznie boli go głównie głowa i operowany kręgosłup. Mieszka sam, jeśli nie liczyć gosposi, a miejscami zaczyna wracać do czasów dzieciństwa. Brak weny, zagubienie oraz zmęczenie zaczynają doskwierać, jednak dochodzi do przełomu. Wszystko zaczyna się zmieniać, kiedy filmowiec dostaje zaproszenie na pokaz swojego zrekonstruowanego filmu. Jednocześnie spotyka się z aktorem grającym główną rolę, którego nie widział od momentu premiery.

bol i blask1

Zbyt rzadko znam dorobek Pedro Almodovara, by odnosić się do niego w jakikolwiek sposób. Jego najnowszy film jest czymś w rodzaju spowiedzi. I historią człowieka zderzonego ze swoją przeszłością oraz demonami. Artysty, nie mogącego realizować swojej profesji z powodu fizycznych ograniczeń, bierze leki, cierpi i raczej odcina się od mroków przeszłości. Lecz jedno zdarzenie zaczyna wywoływać lawinę, doprowadzając do konfrontacji oraz kolejnych zmian. Reżyser przeplata retrospekcje z czasów dzieciństwa oraz współczesnymi momentami, gdzie widzimy kolejne ważne wydarzenia z życia Salvadora (fenomenalny, choć stonowany Antonio Banderas): jego relacja z matką, nauka w szkole kierowanej przez Kościół, pierwsze miłości i bóle. Wszystko z czegoś zaczyna wynikać i mówi nam o bohaterze więcej niż wypowiadane przez niego słowa. I zaczynamy dostrzegać jak powoli, bez hollywoodzkich sztuczek filmowiec zaczyna wracać do tego, co kocha najbardziej.

bol i blask2

„Ból i blask” może wydawać się bardzo w stylu zerowym, bez jakichś zabaw formalnych (oprócz retrospekcji oraz zrobionej komputerowo sekwencji nt. wiedzy z geografii i anatomii). Troszkę jakbyśmy podglądali bohatera w momentach, których nie bardzo by tego życzył. I nie chodzi tylko o branie leków czy zażywanie kokainy, choć to widzimy często. Ale reżyser jednocześnie próbuje opowiedzieć o swojej postaci ustami innych (scena wystawionego monodramu w teatrze, gdzie wśród widowni jest dawny znajomy), co uatrakcyjnia całość. Wszelkie emocje wydają się być bardzo oszczędnie pokazane, za pomocą gestów oraz spojrzeń. Dlatego Almodovar wymaga większego skupienia, by wyłuskać tą historię, aby mogła nas poruszyć. Albo może trzeba swoje przeżyć.

bol i blask3

„Ból i blask” oczarował mnie swoim spokojnym rytmem oraz bardziej kontemplacyjnym charakterem. Czy jest to pożegnanie 70-letnie Almodovara z kinem? Trudno powiedzieć, ale na pewno jest to rozliczenie z samym sobą. Film może zachęcić do bliższego znajomości z filmografią tego barwnego twórcy. W moim przypadku na pewno.

8/10

Radosław Ostrowski

Jojo Rabbit

Rok 1945, czyli moment w historii, kiedy powoli zaczął rozpętywać się pokój. Ale nie w Niemczech, kiedy jeszcze trwała wojna. Jednak nie jesteśmy w dużym mieście, lecz gdzieś na prowincji. Tam mieszka 10-letni Johannes Blitzer, nazywany przez wszystkich Jojo. I stara się być porządnym nazistą, samotnie wychowywany przez matkę oraz Hitlerjugend. Ojciec zaś ruszył walczyć za kraj, więc chłopakowi pomaga jego wymyślony przyjaciel, czyli sam… Adolf Hitler. Z takim wsparciem można osiągnąć wszystko. Tylko, że nasz chłopak przypadkiem odkrywa, iż na strychu ukrywa się dziewczyna. Żydówka, co może oznaczać poważne tarapaty.

jojo rabbit1

Komedia z nazizmem w tle to bardzo karkołomne zadanie i przypomina ono chodzenie po polu minowym. Chyba, że za kamerą stanie Taika Waititi, to można spodziewać się wszystkiego. Jego najnowszy film to mieszanka satyry, komedii oraz kina inicjacyjnego. Historia skupia się na chłopaku, który jest „zarażony” nazistowską ideologią. Ideologią nawołującą do nienawiści wobec innych oraz przekonaniu o swojej wyższości. Ideologią, którą doprowadziła do śmierci milionów ludzi na świecie. Tylko, że ona jest pokazana w krzywym zwierciadle, przez co tylko teoretycznie jest niegroźna jak podczas scen, gdy prowadzone są rozmowy o Żydach. Jak ich rozróżnić od innych ludzi, jak są głupi, żywią się krwią, kobiety składają jajka itd. Patrząc na to z dystansu może wydawać się to absurdalne, tak jak moment pojawienia się gestapo i krótka historia pewnego zgłoszenia czy ćwiczenia bojowe w… basenie. Wszystko to jednak służy reżyserowi w piętnowaniu nacjonalistycznych postaw, które przynoszą tylko śmierć, zniszczenie oraz bezsensowne ofiary. I powoli kroczymy drogą spojrzenia na ten świat bez wyimaginowanego Adolfa, który początkowo wydaje się sympatyczny, ale tak naprawdę jest skupiony na sobie, żądając ślepego posłuszeństwa.

jojo rabbit3

Waititi odpowiednio lawiruje między komedią (absolutnie bezbłędna czołówka z muzyką Die Beatles), a momentami bardziej dramatycznymi (przeszukanie przez gestapo czy finał, pokazujący walkę o miasto). To tutaj reżyser pokazuje bardzo delikatne, wręcz wrażliwe podejście do tematu. Nawet jeśli wizualnie film przypomina stylem dzieła Wesa Andersona (tylko bez symetrycznych kadrów), poczucie humoru jest bardzo w stylu Nowozelandczyka. Jak podczas dialogów Jojo z Hitlerem czy powoli rodzącego się uczucia między chłopcem a dziewczyną, gdy na początku sobie docinają. Takich momentów jest więcej, ale nie zdradzę wam.

jojo rabbit4

Czy jest coś, co mi się nie podobało? Niestety, ale jest jedna kwestia. Przesłanie reżysera oraz całego filmu jest miejscami aż za bardzo powiedziane wprost. Dla mnie to było zbyt nachalne i osłabia troszkę siłę tego filmu. Na siłę można też wypomnieć, że Waititi korzysta ze znajomych motywów swojego kina jak odkrywanie, że coś nie jest takie, jak sobie wyobrażamy, burzenie kolejny tajemnic i masek czy samotność. To jednak nie kłuje tak bardzo w oczy.

jojo rabbit2

Ale Taice udało się zebrać naprawdę świetną ekipę aktorską. Objawieniem jest Roman Griffin Davis w roli tytułowej. Początkowo sprawia wrażenie zacietrzewionego fanatyka, dla którego Adolf (w tej roli sam reżyser Taika, który kradnie ten film) staje się niejako ojcem, autorytetem, wzorcem. Ale kolejne zdarzenia doprowadzają do konfliktu oraz spięć związanych z trzymaniem się tego wzorca, które są pokazane bardzo przekonująco. Mimo tego chłopak budzi sympatię, zwłaszcza w bardzo zmieniającej się relacji z ukrywającą się Elzą. I tu kolejna niespodzianka, czyli cudowna Thomasin McKenzie, o której na pewno jeszcze usłyszymy. Tutaj jest mieszanką ironii, lęku, niewinności oraz zagubienia, przez co nie można oderwać od niej oczu. Na drugim planie mocno także błyszczy zaskakująca Scarlett Johansson (bardziej trzymająca się ziemi matka – absolutnie błyszczy w scenie „tańca z mężem”) oraz świetny Sam Rockwell (kapitan Klenzendorf), choć troszkę za bardzo przypominał swoją rolę z „Trzech billboardów..”, szczególnie w finale.

Choć „Jojo Rabbit” nie jest najlepszym filmem w dorobku Waititiego, nie nazwałbym go wtopą czy rozczarowaniem. To trafna i zaskakująco delikatna satyra na nazistowską ideologię z perspektywy najbardziej podatnej na nią osoby – dziecięcego umysłu. Na szczęście reżyser pokazuje, że z takich fałszywych przekonań można się uwolnić. Choć nie jest to łatwa droga.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Historia małżeńska

Charlie i Nicole – wydaje się to wręcz para idealna. Żyją ze sobą już 10 lat, mają syna i pracują w teatrze. On jako reżyser, ona jako aktorka. Ich spektakle spotykają się z bardzo dobrym odbiorem. Już pierwsze sceny, gdy słyszymy jak o sobie opowiadają zwiastują bardzo udaną relację. Tylko, że parę minut później okazuje się, iż było to zadanie od mediatora. A nasi bohaterowie decydują się na rozwód. Ale jak to rozwód? Jedną z przyczyn jest propozycja zagrania w serialu, jaką dostała Nicole. Wymagałoby to jednak opuszczenia Nowego Jorku i przeprowadzki do LA, na co Charlie się nie zgadza.

historia malzenska1

Przyznam się, że nigdy nie miałem styczności z kinem Noah Baumbacha. Jednak po tym filmie widać, że dla niego liczą się relacje między bohaterami oraz bardzo kameralna forma. „Historia małżeńska” wydaje się być filmem jaki już widzieliśmy. Bo ile było historii o rozwodach? I w niemal każdym mamy pokazany rozwód jako pole bitwy, gdzie do osiągnięcia swoich celów sięga się po wszystkie chwyty. Zwłaszcza kiedy do gry wchodzą prawnicy. Tutaj pokazani niemal jak hieny, dla których nie liczy się najszybsze załatwienie sprawy, tylko wydojenie swojego klienta. To jednak jest pokazane niejako przy okazji, bo scen sądowych jest tu niewiele. Bardziej skupiają się na tym, jak oboje próbują sobie z tym poradzić. Ale uważniej się zaczynamy im przyglądać i dostrzegać, że choć się świetnie uzupełniają, nie są tacy doskonali jak na początku. Przez te rysy stają się bardziej ludzcy, a seans staje się trudniejszy. Dlaczego? Bo reżyser lubi jego i ją, unikając czarno-białego podziału oraz jednoznacznego wskazywania, że on/ona jest tą gorszą połową.

historia malzenska2

Sam scenariusz wydaje się nie być prowadzoną ciągiem narracją, lecz skupieniem się to na nim, to na niej. Z tego powodu troszkę od tego filmu się odbijałem, choć rozumiem ten zabieg. Nie brakuje tutaj absolutnie znakomitych momentów jak scena kłótni, gdzie dochodzi do hekatomby, pierwszej rozmowy Nicole z prawniczką czy wręczenia prawniczego pozwu. W tych momentach reżyser okazuje się wnikliwym obserwatorem, potrafiącym czasem ubarwić sytuację humorem. Nie można mu jednak zarzucić manipulacji ani fałszu w tym, co prezentuje. Nie mniej nie zaangażowało mnie to tak jak bardzo. Czy to dlatego, że jestem za młody i nie przeżyłem niczego takiego? A może po prostu liczyłem na więcej? Nie umiem odpowiedzieć, ale parę razy odbijałem się, by znowu wrócić.

historia malzenska3

Jednak prawdziwym paliwem napędowym jest absolutnie świetny duet Scarlett Johansson/Adam Driver. Ona – pozornie opanowana, wręcz aż za bardzo zaangażowana w życie rodzinne, tak naprawdę czuje się zagubiona, a jej potrzeby wydają się stłumione. A on bardziej się skupia na swojej pracy, jest wręcz egoistą i przestaje ją rozumieć. Aktorska para tworzy tutaj bardzo zniuansowane portrety, przez co bardzo łatwo ich polubić. Jednak film kradnie Laura Dern. Nora, prawniczka Nicole jest ostrą zawodniczką, gotową wyciągnąć każde brudy do wygrania walki. A jej monolog z Matką Boską – perełka.

„Historia małżeńska” to jedna z ciekawszych produkcji Netflixa, jednocześnie zachęta do bliższego poznania dorobku Baumbacha. Wnikliwa obserwacja, pełna słodko-gorzkich momentów, świetnego aktorstwa oraz bardzo krytycznego spojrzenia na środowisko prawników.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Boże Ciało

Wszystko zaczyna się w zakładzie poprawczym. Tam przebywa Daniel – młody chłopak z przeszłością. Ale to właśnie tam poznaje kogoś, kto staje się dla niego wzorcem, czyli księdza Tomka. Nawet sam chciałby wstąpić do seminarium, ale z wyrokiem nie przyjmują. Ale dzięki duchownemu chłopak dostaje pracę gdzieś na drugim końcu Polski. Jako stolarz, tylko że na miejscu zmienia zdanie. A że akurat ze sobą wozi sutannę, reszty można się domyślić.

boze cialo1

Jan Komasa po pokazaniu swojej wizji Powstania Warszawskiego, skupia się na współczesności. „Boże Ciało” po takim wprowadzeniu może pójść w różne kierunki. Czy to jako komedia, gdzie podszywający się za księdza chłopak popełnia gafy, dramat człowieka szukającego swojego powołania, a może dreszczowiec z osobą ukrywającą się przed dawnymi wrogami. Tylko, że reżyser idzie w troszkę inną stronę, skupiając się na małej miejscowości. Doszło rok temu do tragedii, gdzie rany się nie zagoiły. Śmierć młodych ludzi, sprawca wypadku niepochowany, ksiądz proboszcz lekko choruje, a kościelna wydaje się trzymać mieszkańców w ryzach, zaś wójt niejako ma większą władzę od proboszcza. Jednak reżyser nie osądza mieszkańców, nie pokazuje nikogo palcami, tylko próbuje zrozumieć ludzi. Tak samo robi Daniel, choć początkowo można odnieść wrażenie, że nie pasuje. Zarówno jego msze (kazania pełne wręcz prostego języka, z „no”, „nie” oraz tym swoim flow – scena chrztu), spowiedzi (formułka sprawdzana w Google’u) bardzo nie pasują do typowego wizerunku duchownego. I nikt się nie zorientował, że coś jest nie tak. jednak jego proste słowa oraz postawa zaczynają docierać do innych.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że to wszystko wydaje się takie bardzo przyziemne, wręcz naturalne. Nawet dialogi brzmią wiarygodnie, bez nadmiernego korzystania z bluzgów. Ale jednocześnie Komasa pokazuje jak wielką siła może być Kościół. Pod warunkiem, że nie będzie skupiał się na ideologicznej wojnie, władzy czy zamiataniu brudów pod dywan. Ale i sami mieszkańcy, którzy są bardzo zagubieni, zaślepieni bólem oraz żałobą (tragedia) próbując odnaleźć się w tym wszystkim. I każdy z nich szuka sposobu na odnalezienie spokoju, odkupienia, choć to droga wyboista.

boze cialo2

Komasa opowiada tą opowieść w bardzo prosty sposób, bez jakichś wizualnych fajerwerków, do czego nas przyzwyczaił. Żadnego dubstepu oraz spowolnień kamery, ostrej muzyki w tle – dużo jest skupienia na twarze, kolory stonowane, niemal dokumentalne. I to zaskakująco pomaga tej historii. Jedynym problemem dla wielu może być otwarte zakończenie, jednak wszystko tutaj jest wygrane za pomocą scenariusza, montażu, bardzo oszczędnej muzyki oraz szczerości.

To wszystko by nie podziałało, gdyby nie absolutnie wybitny Bartosz Bielenia. Ten młody chłopak jako fałszywy ksiądz ma niesamowitą charyzmę, niejako improwizując każde swoje kazanie, mszę i wydaje się dość ekscentryczny. Ale w tym wszystkim jest niesamowita pasja, energia, a jednocześnie jest uważnym obserwatorem, podejmując się roli mediatora. Skupia swoją uwagę do samego końca, a w jego oczach maluje się wszystko. Nie oznacza to jednak, że drugi plan nie ma tu do roboty. Film kradnie samą obecnością Aleksandra Konieczna w roli kościelnej, gdzie wszelkie emocje pokazane są bardzo drobnymi, wręcz niezauważalnymi spojrzeniami. Bardzo mocna postać, którą dość łatwo można osądzić, ale jest bardziej złożona niż się wydaje. Tak samo cudowna jest Eliza Rycembel (Eliza), której relacja z księdzem nabiera dynamiki. Nie można też zapomnieć drobnych ról Leszka Lichoty (wójt) oraz Łukasza Simlata (ksiądz Tomek).

boze cialo3

Film widziałem wczoraj, a do tej pory jestem oszołomiony tym, co obejrzałem. Komasa w „Bożym Ciele” zaskakuje dojrzałością, zdyscyplinowaniem oraz subtelnością. Aż boję się myśleć, co reżyser zaserwuje następnym razem, bo warto będzie czekać.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Le Mans ’66

Filmów o sportach motoryzacyjnych powstaje jak na lekarstwo. Co jest o tyle dziwne, że to wręcz idealny sport do pokazania na ekranie. Pełen dynamiki, odrobiny widowiskowości oraz napięcia. tylko, że tego typu filmy można policzyć na palcach obu rąk. Po „Wyścigu” znowu wracamy na rajdowy tor, tylko że zamiast Formuły 1 jesteśmy na 24-godzinnym wyścigu Le Mans.

ford v ferrari1

Fabuła jest bardzo prosta, a jej bohaterami jest dwóch prawdziwych zawodowców, jeśli chodzi o wyścigi. Carol Shelby w 1959 roku wygrał Le Mans, jednak później nie mógł brać udziału jako kierowca. Coraz słabsze serce zmusza go do przebranżowienia jako sprzedawca oraz konstruktor. Mężczyzna przyjaźni się z brytyjskim kierowcą Kenem Milesem, który rajdami oraz wyścigami wręcz oddycha. Tylko, że jest dość trudny we współpracy, przez co nie zawsze znajduje mu się sponsorów, zaś jego warsztat jest na krawędzi bankructwa. Ale obaj panowie dostają szansę na wykazanie się. Ford Motor Company – w celu podbicia sprzedaży swoich samochodów – zatrudnia obydwu panów do zbudowania rajdowego pojazdu do wyścigu Le Mans w 1966. Żeby wygrać oraz pokonać Enzo Ferrari.

ford v ferrari2

Reżyser James Mangold to pozornie wyrobnik, który na kinie się zna i wiele wkłada serducha w projekty. „Le Mans ‘66” tylko to potwierdza, zaś sama opowieść angażuje do samego końca. Czy trzeba znać się na samochodach czy motoryzacji, by wejść w ten świat? Absolutnie nie, bo sam film pozostaje historią o szorstkiej, męskiej przyjaźni oraz drodze do realizacji swoich pasji. Mimo biurokracji, stawianych ciągle kłód pod nogami oraz zwyczajnej, ludzkiej zawiści. Cała ta motoryzacyjna otoczka jest tylko tłem dla całej tej historii, pozwalając skupić się na bohaterach.  że całość jest dość długa, to na ekranie kompletnie tego nie czuć.

ford v ferrari3

Najważniejsze są także same wyścigi samochodowe, gdzie trzeba pokazać te emocje, jakie się tam ukrywają: adrenalinę, rywalizację oraz wsparcie dla kierowcy. I tutaj reżyserowi udaje się to pokazać znakomicie, w czym pomaga bardzo dynamiczny montaż, dźwięk oraz obecna w tle gitarowo-jazzowa muzyka. Choć nie ma takich momentów jak w w/w „Wyścigu”, gdzie pokazywano jak pracuje sam silnik (niejako od środka), nie można oderwać od tego oczu. A że były to czasy, gdzie takie wyścigi nie były bezpieczne (brak obowiązujących obecnie przepisów BHP) i błąd mógł oznaczać śmierć, więc stawka idzie automatycznie w górę. Nie ważne, czy mówimy o testach pojazdu czy finałowym wyścigu, gdzie nocna część odbywa się w deszczu. Jednak najbardziej zaskakuje bardzo dramatyczne zakończenie, którego raczej w tego typu kinie się nie pojawia. Ale to już przekonacie się sami.

ford v ferrari4

Paliwem tego filmu jest fantastyczny duet Christian Bale/Matt Damon. Pierwszy to wręcz „dziki”, trudny kierowca, który zamiast krwi ma benzynę, a na autach zna się jak nikt. Problem w tym, że jest on dość bucowaty i przekonany o swojej racji. Z kolei Damon wydaje się bardzo spokojny i opanowany, nawet w momentach postawionych pod ścianą i bardziej gra drużynowo. Chociaż pewnie wolałby siąść za kółkiem. Ale mimo tych różnic charakteru, panowie tworzą mocny duet, skupiony na realizacji zadania oraz czuć między nimi przyjaźń. O dziwo nawet drugi plan ma tutaj sporo do zaoferowania: od bardzo zadziornej Caitriony Balfe (żona Milesa) przez solidnego Jona Bernthala (szef sprzedaży, Iacocca) i Tracy’ego Lettsa (Henry Ford II) po przerysowanego Josha Lucasa, grającego śliskiego asystenta Forda, który bruździ strasznie i ma ego większe niż jego wzrost.

Film hollywoodzki, który – mimo pewnych drobnych wad – ogląda się naprawdę świetnie. Mangold potwierdza swoją wysoką formę, dodając wiele serca do znajomego szablonu, tworząc naprawdę świetną rozrywkę na poziomie. I nie trzeba być fanem czterech kółek, by to docenić.

8/10

Radosław Ostrowski