Patrz jak kręcą

Jak pokazuje historia, pewne konwencje w kinie są nieśmiertelne. Takie jak kryminały w stylu zwanym przez Anglosasów whodonit, czyli kryminałów w stylu Agathy Christie. Mamy znajome elementy w rodzaju morderstwo najbardziej antypatycznej osoby, by mieć wokół siebie krąg podejrzanych, zamkniętą przestrzeń oraz detektywa wyjaśniającego całą misterną układankę. Z taką konwencją grają zarówno adaptacje królowej kryminału od Kennetha Branagha, jak i biorąca całą konwencję w nawias „Na noże”. I wydaje się, że w podobną stronę pójdzie film „Patrz jak kręcą”. Ale kto kręci, co i dlaczego? Wyjaśnijmy po kolei.

Na początku wydaje się, że przewodnikiem po Londynie roku 1953 będzie Leo Kopernick (Adrien Brody) – hollywoodzki reżyser. Co robi Jankes w stolicy Brytanii? Otóż ma on dokonać ekranizacji teatralnego przeboju West Endu, czyli „Pułapki na myszy”. Nieznajomość sztuki kompletnie mu w tym nie przeszkadza, mimo już setnego wystawienia. Impreza kończy się awanturą, zaś Leo musi się przebrać. Wtedy zostaje zamordowany przez tajemniczego nieznajomego w płaszczu i kapeluszu, a ciało trafia na scenę. Dochodzenie prowadzi zmęczony życiem inspektor Stoppard (Sam Rockwell) i początkująca, pełna entuzjazmu posterunkowa Stalker (Saorise Ronan). Czy uda im się ustalić tożsamość oraz motyw mordercy?

Debiutujący w kinie fabularnym reżyser Tom George do tej pory pracował dla telewizji, tam samo jak scenarzysta Mark Chappell. Nie przeszkadza im to jednak troszkę pobawić się znajomą konwencją oraz tropami klasycznych, eleganckich kryminałów z wyższych sfer. Fikcja miesza się z prawdziwymi postaciami (pojawia się choćby aktor Richard Attenborough, który w „Pułapce na myszy” grał inspektora policji czy producent Jack Wolfe, zaś sama sztuka inspirowana jest prawdziwą historią), zaś duch Agathy Christie unosi się nad całością. Nie brakuje znajomych klisz (skontrastowany duet śledczych, masa podejrzanych, antypatyczna ofiara, retrospekcje czy finał w rezydencji na odludziu), jednak twórcy z delikatnością bawią się tymi kliszami. Pomaga w tym zarówno dystans oraz ironiczne poczucie humoru, co dostajemy już na otwarcie. W końcu jak widziało się jedną taką historię, to się widziało tysiące, prawda?

Być może z tego powodu „Patrz jak kręcą” porównywano do „Na noże”, gdzie też prowadzono grę z konwencją kryminału a’la Christie. Bo twórcy nie boją się po sięgnąć i są pewni, że to zadziała. Pomagają przy tym niepozbawione błyskotliwości dialogi, ale przede wszystkim stylowa realizacja. Jest tutaj wiele ujęć jakby żywcem wziętych od Wesa Andersona (włącznie z jazdą kamerą w bok podczas jednej ze scen w komisariacie czy pościgu z dystansu), choć bez pastelowych kolorów. Nie można też nie wspomnieć o montażu, gdzie reżyser wiele razy dzieli ekran – głównie przy scenach przesłuchania czy mieszającej stylistyki muzyce Daniela Pembertona. Trudno odmówić klasy oraz lekkości.

W czym absolutnie pomaga świetnie dobrana obsada. Sam Rockwell jako zmęczony, trochę zblazowany inspektor Stoppard pasuje wręcz idealnie. Choć początkowo można odnieść wrażenie, że ta postać trochę ma gdzieś całą sytuację i bywa (delikatnie mówiąc) niezdarny. To wszystko jednak tylko pozory, pod którymi skrywa się inteligentny facet, próbujący przetrawić paskudną przeszłość. Ale wielką niespodziankę zrobiła mi Saorise Ronan, której fanem jakimś wielkim nie byłem. Posterunkowa (albo jak mówią Anglicy konstabl) Stalker jest kontrastem dla inspektora – niedoświadczona, ambitna, za dużo gadająca i nie pewna siebie. Aktorka wszystko to gra z takim wdziękiem, że strasznie polubiłem tą postać, która też próbuje sobie radzić z przeszłością. Tu się jakaś magia odbyła, bo i chemia między tą dwójką działa wręcz bezbłędnie. W zasadzie każdy z aktorów ma tutaj swoje przysłowiowe pięć minut, by móc zabłyszczeć. I nieważne, czy jest to Adrien Brody (Leo Kopernick), David Oleyowo (scenarzysta Cocker-Norris), Ruth Wilson (Petula Spencer, właścicielka teatru) czy Harris Dickinson (aktor Richard Attenborough) – nikt nie odstaje tutaj od reszty.

Niby kryminał bardzo retro, ale zaskakująco wciągający, zabawny i lekko post-modernistyczny. Ktoś powie, że już to widzieliśmy tysiąc razy, więc żadnych niespodzianek nie będzie. Ale czy aby na pewno? Duet George/Chappell mają inne zdanie na ten temat i warto je poznać.

7/10

Radosław Ostrowski

Na srebrnym globie

Od bardzo dawna nie miałem takiej sytuacji filmu, który wywoływał we mnie bardzo sprzeczne emocje. Gdzie po obejrzeniu trzeba się bardzo zastanowić, by w pełni wyłuskać, zrozumieć, ugryźć całość. Ale czy aby na pewno się wszystko wychwyciło? Taki paradoks mnie uderzył po obejrzeniu otoczonego kultem (z różnych powodów) filmu Andrzeja Żuławskiego „Na srebrnym globie”. A właściwie jego okaleczonej wersji, która nigdy nie będzie skończona. Film zamordowanego przez polityczne władze, które kazały film przerwać, zaś wszelkie dekoracje i kostiumy zniszczono. Czego się komuniści wystraszyli?

na srebrnym globie1

Akcja toczy się w przyszłości, baaaaaaaaaaaaaaardzo odległej przyszłości. Na nieznaną planetę trafia tajemniczy pojemnik, przywieziony przez jeźdźca na koniu. Dwaj przybywający tutaj astronauci rozpoznają przedmiot jako przekaźnik, do którego odczytania potrzebny jest stary sprzęt. Znajdują tam videopamiętnik, który opisuje losy kosmicznej ekspedycji na ciemną stronę Księżyca. Podobno da się tam przeżyć. Ale lot kończy się katastrofą i ostatecznie udaje się przeżyć czwórce astronautów: ciężko rannemu Tadeuszowi (Leszek Długosz), Piotrowi (Jerzy Grałek), Jerzemu (Jerzy Trela) oraz Marcie (Iwona Bielska). Celem ekspedycji było osiedlenie się na nowy miejscu, by poczuć się… wolnym. Czyli kim? Osobą pozbawioną wszystkiego, co w człowieku najgorsze, wypaczeń, błędów, fałszu. Udaje się zbudować osadę nad morzem, rodzą się dzieci całej czwórki i zaczyna powstawać nowa cywilizacja. Wszystkie wydarzenia przez kolejne pokolenia zaczynają być traktowane jako mit, legenda. Tak powstaje nowa religia, a ostatni członek załogi, Jerzy zwany Starym Człowiekiem coraz bardziej oddala się od nowej cywilizacji.

na srebrnym globie2

To jednak tylko pierwsza część, zakończona w dość brutalny sposób. Albowiem ludzie decydują się ruszyć za morze. I to doprowadza do zguby, gdyż ludzkość poznaje Szermów – ptakoidalne istoty, których można spokojnie nazwać rodowitymi mieszkańcami Księżyca. Pierwszy kontakt kończy się niemal wybiciem wszystkich ludzi, zaś niedobitki stają się niewolnikami. Właśnie wtedy na Srebrny Glob trafia statek kosmiczny, którym ląduje Marek (Andrzej Seweryn). Mieszkańcy (oraz tworzący najwyższą kastę społeczną kapłani) traktują go jak traktowanego przez proroctwa Zwycięzcę, który wyzwoli ich spod jarzma Szermów. Niby ma lepszą technologię, jednak przeciwnik potrafi telepatycznie wejść do głowy.

na srebrnym globie3

Nadążacie? Żuławskiemu nie można odmówić ambicji, jednak reżyser robi wszystko, by pozbawić nas jakiejkolwiek wygody i przyjemności z seansu. Dużo jest tutaj wewnętrznych (i nie tylko) monologów oraz dialogów dotykających tematów filozoficznych (wolność, miłość, dobro, zło, racjonalizm, religia, fanatyzm, człowieczeństwo), które są podane – nawet nie mówione – w bardzo ekstremalny sposób. Czyli bardzo nadekspresyjny, przejaskrawiony, wręcz wykrzyczany, jakby aktorzy (poza bardzo stonowanym Trelą) byli w jakimś nieopisanym transie, amoku. Czasami wręcz się wyginają, co wprawia w osłupienie, zakłopotanie. Natomiast w scenach, które miały pojawić się w filmie słyszymy narrację z offu od samego reżysera podczas scen z dnia dzisiejszego. W tych nielicznych wejściach kamera wręcz pędzi na złamanie karku przed siebie, by pokazać w finale… a to sami zobaczycie.

na srebrnym globie4

Wizualnie „Na srebrnym globie” jest oszałamiające, a każdy z tych segmentów wyróżnia się. W scenach z videopamiętnika autor zdjęć Andrzej Jaroszewicz bardzo często korzysta z POV. Kadry mają imitować obraz z kamery w kombinezonie, nie brakuje różnych dziwnych kątów, długich ujęć czy momentów z biegu (ucieczka przed sporymi wybuchami). A wszystko jest takie bardzo monochromatyczne, wręcz wyprane z kolorów, co potęguje poczucie wyalienowania, tajemnicy, obcości. Ale druga połowa jest kręcona szerokimi obiektywami, wnosząc wszystko na wyższy poziom. Wrażenia robią kostiumy: od groteskowo wyglądających Szernów przez „ziemskich” mieszkańców Księżyca aż po astronautów niemal mocno przypominających… Fremenów z „Diuny”. Scenografia też jest monumentalna, tak samo jak niemal szalona muzyka Andrzeja Korzyńskiego i rwany (przynajmniej w pierwszej połowie) montaż.

na srebrnym globie5

Technicznie nie jestem w stanie się do niczego przyczepić, ale treściowo jest to standard Żuławskiego. Czyli jest hermetycznie, dialogi są tak przeładowane przemyśleniami i czasami (to akurat nadużycie) brzmią absurdalnie, bezsensownie, wywołując efekt „co ja k***a oglądam?”. Koncepty reżysera, którego celem – przynajmniej z tego, co wychwyciłem – przypomina mi trochę „Solaris”. Że nawet będąc poza Ziemią nie jesteśmy w stanie pozbyć się swoich najgorszych cech: ignorancji, przemocy, szaleństwa, poczucia wyższości. Tak samo grają aktorzy i to nie byli jacy. Poza w/w Trelą, Grałkiem, Bielską i – najlepszym z całej obsady – Sewerynem można rozpoznać m.in. będących na początku swojej drogi (przynajmniej w momencie kręcenia) Krystynę Jandę, Jana Frycza, Henryka Talara czy Wiesława Komasę. Każdy z nich zostaje w pamięci dłużej niż słowa są w stanie to wyrazić.

na srebrnym globie6

No i co ja mam zrobić z „Na srebrnym globie”? To film pełen paradoksów i sprzeczności, który skazany jest na bycie okaleczonym. Hermetyczny i fascynujący, bełkotliwy i głęboki, psychodeliczny i oszałamiający. Takie dzieło mógł zrealizować szaleniec albo geniusz. Albo pokochasz i dasz się oczarować, albo odbijesz się i określić to jednym, wielkim pier****niem. Ja wam nie pomogę rozwiązać tego dylematu, bo jeden seans to za mało.

/10

Radosław Ostrowski

Zachowaj spokój

Jak wszyscy wiemy, Netflix podpisał umowę na współpracę z pisarzem Harlanem Cobenem na adaptacje jego książek. Nie można jednak pozbyć się wrażenia, że schemat jest dziwnie znajomy. Zwykłe zwykłej, szarej rodziny zostaje wywrócone do góry nogami, gdzie każdy ma swoje tajemnice. Nie inaczej jest w przypadku drugiego polskiego serialu według powieści Amerykanina „Zachowaj spokój”. Oczywiście, że fabuła została przeszczepiona na nasze podwórko. I oczywiście powieści nie czytałem.

zachowaj spokoj1

Akcja toczy się w jednym z zamkniętych (w sensie odgrodzonych) osiedli w znanym mieście, co leży między Pruszkowem a Wołominem. Wśród mieszkańców tego osiedla są m.in. rodzina Barczyków. Oboje wychowują dwójkę dzieci: nastoletniego Adama i chodzącą do podstawówki Olę. Matka, mająca obsesję na punkcie kontroli, instaluje w swoim telefonie oprogramowanie szpiegowskie, będąc zaniepokojona dziwnym zachowaniem. Być może wynik to z faktu, że niedawno w wyniku przedawkowania zmarł jego przyjaciel. Na telefon chłopaka trafia wiadomość, że ma zachować spokój i trzymać gębę na kłódkę. Wieczorem Adam znika bez śladu, a przerażona matka próbuje szukać dziecka. Jak się okazuje zaginięcie Adama i śmierć Igora są mocno powiązane ze sobą.

zachowaj spokoj2

Twórcy serialu (reżyserze Marcin Gazda i Bartosz Konopka oraz duet scenariuszowy Agata Malesińska/Wojciech Miłoszewski) nie zaskakują konwencją, nie wywracają niczego do góry nogami. Budują aurę tajemnicy, mylą tropy, podrzucają kolejne wątki, gmatwając całą układankę (ośrodek dla młodzieży Guru, tajemniczy duet morderców, skrywający tajemnice nastolatkowie). Początkowo może wydawać się bardzo chaotyczne, wywołując kompletną dezorientację, ale też angażując i wciągając. Wszystko po to, by ustalić dokąd to wszystko zmierza, czy te sprawy są ze sobą powiązane oraz o co tu tak naprawdę chodzi. Wszystko to jest zgrabnie poprowadzone, choć czasami ilość twistów może przyprawić o ból głowy. W drugiej połowie wszystko przyspiesza, pewnych rzeczy można się domyślić, zaś finał… hmm, na pewno wielu podzieli i spolaryzuje.

zachowaj spokoj3

Przy okazji „Zachowaj spokój” robi jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, jest (pośrednio) kontynuacją losów pary bohaterów z „W głębi lasu”, czyli Pawła Kopińskiego oraz Laury Goldstein (oboje znowu są grani przez Grzegorza Damięckiego i Agnieszkę Grochowską). Jeśli jednak liczycie na wyjaśnienie ostatniej sceny tamtego serialu, to… będziecie rozczarowani. Do tamtej historii w ogóle się nie wraca. Nie są oni jednak tylko odwołaniem do poprzednika, ale odgrywają istotną rolę w rozwiązaniu układanki. Druga sprawa to skupienie na relacji rodzic-dziecko, gdzie trudno jest ustalić granicę między zaufaniem a kontrolą. A także najważniejsze: co może zrobić rodzic, by chronić swoje dziecko. Przed wszystkim, cokolwiek by to było. I co zrobić w takiej sytuacji?

zachowaj spokoj4

To jest kompetentnie zrobiony serial na raz, bo nie ma powodu wracać do niego. Trudno się też (może poza dźwiękiem w paru miejscach) przyczepić do warstwy technicznej. Aktorsko też jest bardzo solidnie i nawet bardzo młodzi aktorzy udźwignęli całość (mi najbardziej przypadli Agata Łabno oraz Mikołaj Śliwa). Magdalena Boczarska i Leszek Lichota wypadają przekonująco jako główni bohaterowie, choć to ona wydaje się bardziej energiczna, zdeterminowaną bohaterką z paroma tajemnicami. Nawet w drobnych rolach pojawiają się twarze m.in. Mirosława Zbrojewicza, Anny Krotoskiej, Bartłomieja Topy czy Wiktorii Gorodeckajej. Nie wszyscy wydają się istotni, co może budzić pewien przesyt. Za to szoł kradnie dla mnie Jacek Poniedziałek jako demoniczny łysol Natan z lolitkowatą Justyną Wasilewską, czyli Wierą. Pojawiają się rzadko, ale za każdym razem są świetni.

zachowaj spokoj5

Kolejna solidna produkcja Netflixa na książkowym patencie Cobena. Czyli z wieloma zakrętami, porządnym aktorstwem oraz sprawną realizacją. Jest parę drobnych potknięć i dziur logicznych, niemniej nie ma miejsca tutaj na nudę. Na jesienny wieczór będzie pasować idealnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Trzy tysiące lat tęsknoty

Baśnie, mity, legendy – opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenia przez różne kontynenty i kultury. Wykorzystywane są nawet do tej pory, mielone przez popkulturę. O ich wpływie (pośrednio) opowiada nowy, absolutnie wariacki film George’a Millera. Przyjrzyjmy się jak reżyser wziął na warsztat opowiadanie A.S. Byatt.

Bohaterką filmu jest Alithea Binnie (Tilda Swinton) – doktor specjalizująca się w narratologii, która jest też narratorką całej historii. Kiedy ją poznajemy jest drodze na konferencję naukową do Stambułu. Wydaje się być szczęśliwą osobą, choć samotniczką. Podczas wizyty na rynku kupuje staro wyglądający flakonik, a czyszcząc go w swoim pokoju dzieje się coś dziwnego. Wyłazi z niej bardzo duży, niemal zajmujący cały pokój czarnoskóry mężczyzna. Okazuje się, że jest on Dżinem (Idris Elba) uwięzionym w tym flakoniku. I jak to Dżin obiecuje, że spełni trzy życzenia, po czym będzie mógł wrócić do Królestwa Dżinów – takiego jakby raju. Brzmi znajomo? Myślicie, że znacie ciąg dalszy? Tylko jest jeden mały szkopuł: nasza Alithea nie ma… żadnych życzeń, żadnych pragnień. Przerąbane, nie? Jak się później okaże, Dżin miał strasznego pecha z ludźmi.

Film mocno czerpie z baśni oraz dawnych podań, stanowiąc pewien rodzaj intelektualnej zabawy, mieszając fikcję z historycznymi postaciami jak choćby Sulejman Wspaniały. Poznajemy trzy historie z życia Dżina, jak trafił do „lampy” oraz trzech sytuacjach, gdzie trafił do naszego świata. I te historie wciągają: od króla Salomona i królowej Saby (kuzynki Dżina) przez zakochaną w synu sułtana niewolnicy aż po pragnącą chłonąć wiedzę żonę bogatego kupca. Trzy historie, trzy różne okresy historyczne oraz ludzie tak różni, a jednocześnie tacy znajomi. Ich pragnienia mogą przynieść zarówno odrobinę radości, jak też doprowadzić do zguby. To wszystko oglądałem z otwartymi oczami, zdumiony skalą i przepychem. Scenografia i kostiumy wyglądają imponująco (zwłaszcza w drugiej historii, osadzonej w Imperium Osmańskim), zaś efekty specjalne ładnie się komponują z resztą wizualiów.

Jak każda opowieść, „Trzy tysiące lat…” można odczytywać zarówno dosłownie, jak i metaforycznie. Dla mnie to kolejne zderzenie dwóch światów, reprezentowanych przez naszą parkę bohaterów. Dr Binnie jest bardzo wycofana, kochająca opowieści. Ale podchodzi do nich w bardzo naukowy sposób, racjonalny, choć jej narracja tworzona jest językiem baśni (np. o samolocie mówi „latające skrzydła”). Dżin to reprezentant czasów, kiedy jeszcze ludzkość nie tworzyła tych nowych cudów technologii. Mimo sporego doświadczenia ludzie ciągle go intrygują, wprawiając jednocześnie w zachwyt i rozczarowanie. Wydaje się, że zna wszystkie możliwe zachcianki oraz pragnienia. Co może powstać z tego miksu? Zarówno Tilda Swinton, jak i Idris Elba są absolutnie rewelacyjni w swoich rolach, tworząc bardzo złożone, pełnokrwiste postacie. Zwłaszcza Elba jako Dżin, pakujący się w kolejne ludzkie dramaty, swoim głosem przekazuje tyle emocji, że aż trudno to opisać.

Miller z jednej strony popisuje się niemal nieposkromioną wyobraźnią, czarując kolejnymi kadrami. Ale pod koniec opowieści dochodzi do pewnej przewrotnej wolty, która prowadzi tą historię w zupełnie inne tory. Dopiero pod koniec wszystko wydaje się zmierzać do wyjaśnienia. ALE to może być jedna warstwa tej całej historii. Czy jedyna? To zależy od was, co wyciągniecie z tego. Bo jak w każdej baśni wszystko ma więcej niż jedną warstwę. Pod warunkiem, że się uważnie ogląda i myśli w trakcie. Ja jestem kompletnie oczarowany.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Samarytanin

Kino superbohaterskie jest w tak silnej ofensywie, że można odnieść wrażenie jakby inne filmy nie istniały. Dzieła Marvela, DC, Netflixa, Prime Video – gdzie nie spojrzeć jakiś film czy serial z gośćmi w lateksach i/lub posiadającym supermoce. Teraz do tego grona trafia „Samarytanin”, czyli nowy film z Sylvestrem Stallonem jako superherosem. Co raczej jest sporym zaskoczeniem patrząc na wiek aktora.

samarytanin1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty – jest sobie miasto, gdzie panuje chaos i anarchia. Niczym w Detroit z „RoboCopa”, czyli syf, kiła i malaria. Tutaj 25 lat temu doszło do ostatecznego starcia między superherosem zwanym Samarytaninem a jego bratem bliźniakiem Nemezisem. Żaden z nich nie wyszedł żywy. 25 lat później poznajemy 13-letniego Sama (Javon Walton), mieszkający z matką i mający fioła na punkcie Samarytanina. Chcąc pomóc matce, bierze udział w kradzieży. Szef szajki, wielbiciel Nemezisa Cyrus (Pilou Asbaek) jest pod wrażeniem, że Sam nie pęka i daje mu sporą kasę. Zostaje napadnięty, a z opresji wyciąga go sąsiad Joe Smith (Sylvester Stallone). Niezwykła siła mężczyzny podsuwa chłopakowi podejrzenia, że mężczyzna jest uznanym za zmarłego Samarytaninem.

samarytanin3

Jeśli opis sugeruje wam kino z lat 90., to dzieło Juliusa Avery’ego właśnie tym jest. „Samarytanin” to taka mieszanka „Niezniszczalnego” (superbohater ukrywający swoją tożsamość) i „Shazama” (dzieciak zafascynowany głównym bohaterem oraz chcący być jak swój idol). Schematów i klisz jest tu od groma, a twórcy kompletnie się tego nie wstydzą. Mamy skrywającego swoją tożsamość superherosa, zafascynowanego nim dzieciaka (relacja ojcowska się buduje), wreszcie antagonisty, będącego fanem Nemezisa i planującego dokończyć jego dzieło. Po drodze jeszcze bredzi bzdury jak to na złola przystało, przez co potem ciężko traktować go poważnie. No i jeszcze finałowa konfrontacja (akurat świetnie zrobiona) w siedzibie antagonisty. Zaskoczeń nie ma (poza jednym, którego nie zdradzę), fabuła idzie po sznurku i wydaje się bardzo skromne, wręcz niskobudżetowe.

samarytanin4

I to niestety czuć. O samym mieście wiemy niewiele, przeszłość Samarytanina i Nemezisa jest zarysowana tylko w krótkim wstępie (ręcznie rysowanym, stylizowanym na komiks), zaś okolica ogranicza się do paru budynków. Jakby tego było mało efekty specjalne są niezbyt dobre (szczególnie pod koniec filmu), reszta postaci – poza trójką bohaterów – stanowi mało wyraziste tło. Z drugiej strony nieliczne sceny akcji są dobrze zrobione, z wieloma długimi ujęciami oraz czytelną choreografią. Szczególnie finałowa konfrontacja czy atak na Smitha przez gang potrafią dostarczyć wiele satysfakcji. Gdyby jednak jeszcze dostał kategorię R i lała się krew, efekt mógłby być jeszcze lepszy.

samarytanin2

Aktorsko tak naprawdę film skupia się na trzech postaciach: Smithie, Samie oraz Cyrusie, granych przez Stallone’a, Waltona i Asbaeka. Pierwszy wypada bardzo przekonująco jako samotny, wycofany heros z przeszłością, chcący mieć święty spokój. Mimo ponad 70 lat na karku Sly nadal daje radę w scenach akcji, co jest imponujące. Drugi bardzo naturalnie wypada w roli zafascynowanego Samarytaninem chłopca, który także próbuje pomóc mamie. Chociaż drogą jaką wybiera na początku nie jest zbyt uczciwa. Relacja tej dwójki to emocjonalne paliwo, potrafiące złapać za serce, gdzie Smith staje się mentorem i figurą ojca. Problem mam z Asbaekiem, który jako Cyrus wypada zaledwie ok. Sprawdza się jako szef gangu i wygląda jak ktoś z kim nie chcesz zadzierać. Ale im dalej w las, tym bardziej staje się on przerysowanym złolem, którego nie da się traktować poważnie.

„Samarytanin” jest bardzo staroszkolny w formie, a Klisza to jego dobre imię. B-klasowy film akcji w superbohaterskich fatałaszkach, ciągnięty dzięki charyzmie Stallone’a oraz porządnym scenom mordobicia. Jest pozostawiona furtka na sequel, ale czy potrzebny nam jest?

6/10

Radosław Ostrowski

Oddychaj

Ktoś kiedyś powiedział, że najlepsze są najprostsze rozwiązania. Chyba tym się kieruje Netflix, robiąc seriale z niezbyt dużym budżetem, znanymi twarzami. Chociaż od nadmiaru tych tytułów wiele zostaje przeoczonych, niezauważonych. Jaki jest przypadek mini-serialu „Oddychaj”?

oddychaj1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: bohaterką jest Liv (Melissa Barrera) – prawniczka sporej kancelarii, niemal w całości skupiona na pracy, nie posiadając uporządkowanego życia prywatnego. Kobieta czeka na samolot do Iverik, jednak lot zostaje odwołany. Na szczęście trafia na prywatny lot dwójki facetów w kierunku wspomnianego miasta. Wszystko wydaje się zmierzać w dobrą stronę, jednak maszyna rozbija się. Cało wychodzi tylko Liv i jest zdana tylko na siebie, by przetrwać w dziczy. Z dala od cywilizacji, bez zasięgu telefonów oraz bez doświadczenia.

oddychaj2

Serial niejako dzieje się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza skupia się na przetrwaniu Liv, która wydaje się nie mieć doświadczenia z tego typu sprawami. I początkowo wydaje się bardzo nieporadna, zaś pierwsze próby zapalenia ogniska czy zdobycia pożywienia… cóż, parę razy rzuca mięsem. Powoli zaczyna jednak radzić sobie z otoczeniem. Nie znaczy to, że stała się nową Larą Croft czy innym Bearem Gryllsem. Popełnia błędy działając instynktownie, przez co pakuje się w poważniejsze problemy. Nie jest to jednak serial brutalny, pełen krwi oraz przemocy, co dla wielu może być rozczarowaniem. Ale jest to pokazane na tyle przekonująco i satysfakcjonująco, że chce się oglądać do końca. A fakt, że to tylko sześć odcinków po około 30 minut na pewno pomaga.

oddychaj3

Sceny przetrwania przeplatają się z chwilami wspomnień zarówno z pracy, jak i domu. Te momenty przeplatają się ze sobą, pokazując jak wiele ta postać ma za sobą. Odejście psychicznie chorej matki-artystki, śmierć ojca, zbyt duże poświęcenie się pracy, nieplanowana ciąża – takich przeżyć starczyłoby na kilka życiorysów. Jakby tego było mało, kobieta zaczyna mieć zwidy. Czy to halucynacje ze zmęczenia, wewnętrzny głos, czy może choroba psychiczna? Frapuje to, choć odpowiedzi jednoznacznej brak. Ta przeplatanka „teraz” i „kiedyś” działa najmocniej, pokazując pewną powolną przemianę bohaterki. Barrera dźwiga „Oddychaj” na swoich barkach i wypada wiarygodnie jako zagubioną korpo-sukę zderzoną z siłą natury. Reszta postaci jest w zasadzie poprawna, w tle gra dość drażniąca uszy muzyka ambientowa, zaś krajobrazy wyglądają bardzo ładnie.

oddychaj4

Nie oczekiwałem zbyt wiele, a dostałem porządny tytuł z survivalem w roli głównej. Może zbyt prosty i z paroma zbiegami okoliczności, ale wciągający oraz angażujący emocjonalnie. Tylko i aż tyle, doceniając dostęp do technologii.

7/10

Radosław Ostrowski

Klangor

Klangor to odgłos wydawany przez żurawie, będący zapowiedzią wiosny. To także tytuł serialu kryminalnego Canal+, którego scenariusz powstał podczas organizowanych przez stację warsztatów scenariuszowych. Napisał go debiutant Kacper Wysocki, a realizacją zajął się znany w latach 90. autor zdjęć oraz nabierający coraz większego doświadczenia reżyser Łukasz Kośmicki. I kolejny raz się okazuje, że opowieści z kryminalnym tłem wychodzą nam na małym ekranie zadziwiająco dobrze.

klangor1

Akcja tym razem osadzona jest w Świnoujściu, zaś głównym bohaterem nie jest policjant ani prywatny detektyw, tylko… psycholog więzienny Rafał Wejmar. Mieszka w domu razem z dwoma nastoletnimi córkami (Hania i Gabrysia) oraz psami, żona pracuje w Reichu, gdzie co jakiś czas ją odwiedza. Najczęściej z córkami, jednak w ten weekend ostatecznie dzieje się inaczej. Dziewczyny zostają w domu (a dokładnie Gabi, bo Hania idzie na imprezę) i to uruchamia lawinę wydarzeń. Najpierw ucieka jeden z więźniów (psychicznie chory Emil Knapik), w samym więzieniu prowadzone jest dochodzenie w sprawie handlu dopalaczami, a Gabrysia znika bez śladu. Mało problemów? To jeszcze jej chłopak zostaje wyłowiony z rzeki z poderżniętym gardłem. Rafał nie decyduje się tego ostatniego faktu zgłosić na policję, czego reszta domowników nie rozumie.

klangor2

Jeśli do czegoś można porównać „Klangora”, to do skandynawskich kryminałów, lawirując między śledztwem a wątkiem obyczajowym. Można czasem odnieść wrażenie, że to drugie dominuje przez większość seansu. Czy to jednak jest wada? Dla mnie nie, bo ta historia o rodzinie, gdzie niejako każdy żyje swoim życiem, a relacje są bardzo luźne. W końcu dochodzi do wykolejenia, które albo doprowadzi do ostatecznego rozpadu, albo wzmocni ją. Serial ma dość powolne tempo, ale pomaga ono bliżej postać każdą z kluczowych postaci dla historii. A tych jest sporo (Wejmarowie, bracia Ryszka, Knapik, komisarz Schulz) i nikt nie jest tutaj wciśnięty na siłę. Kośmicki bardziej się skupia na pokazaniu jaki ferment wywołują te wydarzenia na rodzinę, przez co angażuje emocjonalnie w większym stopniu niż bym się spodziewał. Zagadka kryminalna, mimo iż 1-2 rzeczy się domyśliłem, też parę razy zaskakiwała i wprowadziła parę razy w pole. I w przeciwieństwie do wielu seriali kryminalnych z naszego podwórka, trzyma w napięciu do samego końca, bez popadania w śmieszność, przerysowanie i nie wywalające się na ten swój ryj.

klangor3

Wszystko to spotęgowane jest bardzo mrocznym klimatem. I nie chodzi mi o nocne ujęcia, ale absolutnie znakomite zdjęcia Witolda Płóciennika. Niemal wyprane z kolorów (poza żółtą kurtką bohatera) budują aurę tajemnicy, nawet statyczne ujęcia są statyczne tylko z nazwy, zaś masa kadrów jest zrobiona jakby z perspektywy podglądacza. Czy to przez płot, przez okna wywołują poczucie zagrożenia albo mogącego nastąpić wybuchu. W wielu takich ujęciach muzyka wchodzi na pierwszy plan, zagłuszając wszystkie inne dźwięki, a my widzimy tylko reakcje na znane już nam informacje. Co jest bardzo sprytnym zabiegiem i pozwala uniknąć powtórzeń – bardzo odświeżające doświadczenie.

klangor4

W zasadzie jedyną rzeczą, do jakiej można się przyczepić to fakt, że postacie kobiece wydają się dość jednowymiarowe, a ich obecność ogranicza się do odczuwania bólu i cierpienia. Tutaj można było je lepiej rozpisać, ale to wymagałoby innej perspektywy. Można jeszcze zauważyć, że finał troszkę przyspiesza akcję, zaś kilka wątków pozostaje otwartych, ale to już jest czepianie się na siłę. Nie psuje to bardzo pozytywnego wrażenia. Aczkolwiek niektóre dialogi brzmią dość niewyraźnie i parę razy musiałem cofać, by zrozumieć kilka słów.

klangor5

Także pod względem aktorskim. Kolejny raz klasę potwierdza Arkadiusz Jakubik w roli Rafała Wejmara, który ma tutaj kilka oblicz. Potrafi być zarówno empatyczny, jak i wściekłym desperatem zdolnym do wszystkiego, by odnaleźć swoją córkę. Balans między mrokiem a światłem w nim oraz pewnie znieczulenie wynikające z pracy pokazują bardzo złożony portret psychologiczny, bez popadania w fałsz. Równie skomplikowany jest absolutnie rewelacyjny Piotr Witkowski jako Krzysztof Ryszka, którego życie (prywatne i zawodowe) to jeden wielki chaos, który kompletnie wymknął się spod kontroli. To postać bardzo fascynująca, która z każdym odcinkiem jest coraz ciekawsza i najbardziej było mi jej żal. Sporymi niespodziankami byli Wojciech Mecwaldowski (Piotr Ryszka) oraz Konrad Eleryk (Emil Knapik) – pierwszy mocno wychodzi z szufladki aktora komediowego, pokazując kompletnie nieznane oblicze, drugi bez popadnięcia w karykaturę pokazuje psychicznego więźnia, wywołując na przemian współczucie i zgrozę. Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o młodej obsadzie, która wypada co najmniej dobrze (szczególnie Katarzyna Gałązka jako wycofana Hania). Nawet Maciej Musiał (Ariel) nie wywoływał irytacji, co samo w sobie jest sporym osiągnięciem.

klangor6

Nie jestem zdziwiony zachwytami nad „Klangorem”, bo to bardzo dobrze napisany i wyreżyserowany 8-odcinkowy serial. Duet Kośmicki/Wysocki trzyma wszystko w ryzach, wciąga do ostatnich scen, a nawet bardziej brutalne, szokujące momenty wydają się być na miejscu. Fantastycznie zagrany oraz wykonany tytuł, który znajome schematy ogrywa w mniej oczywisty sposób. Nie mogę doczekać się kolejny produkcji sygnowanych przez obydwu panów.

8/10

Radosław Ostrowski

Sauna

Zrobienie kina politycznego jest bronią obosieczną. W zależności od konwencji (przez dramat po satyrę) może zadziałać emocjonalnie i dostarczyć przyjemności, ale wszystko zależy zarówno od wiedzy widza na dany temat, jak też podejścia reżysera do kwestii wydarzeń epoki. Najczęściej jest pod górkę, co pokazał mi seans „Sauny” – telewizyjnej komedii politycznej w reżyserii Filipa Bajona z 1992 roku.

Akcja toczy się w tytułowej saunie na terenie jednego z hoteli w Helsinkach podczas sympozjum naukowych. Tutaj trafiają Polak, Węgier, Czech, Niemiec z NRD, Rusek (a właściwie dwoje Ruskich), Fin i Amerykanin. Jesteśmy świadkami trzech takich spotkań – w 1981 roku podczas karnawału Solidarności, w 1982 roku w trakcie stanu wojennego oraz w 1989 roku, gdy dochodzi destabilizacji bloku wschodniego. Reprezentanci bardziej zachodniej strony świata (Amerykanin Stewart oraz Fin Jussi) nie rozumieją całego funkcjonowania systemu komunistycznego, przez co nabierają dystansu podczas rozmów. Rozmów pełnych aluzji, odniesień do wydarzeń, prztyczków w nos i docinków. Ile wyciągnie się z tego zależy od wiedzy z historii współczesnej, czyli po 1945 roku. Gdzie Jurij (rewelacyjny Marian Opania) wydaje się władczy, narzucający ton rozmowom i tylko Janek (Bogusław Linda wchodzący na wyżyny możliwości) staje z nim do konfrontacji otwarcie. Czuje się mocny, pewny siebie, wręcz bezczelny w sadzeniu wobec pozostałych „towarzyszy”. Jak skończą się te pogaduszki? Tego ja wam nie zdradzę, ale Bajon pisze pyszne dialogi, niepozbawione aluzyjnego czy wręcz gorzkiego poczucia humoru lub ponurych obserwacji (głównie od Jurija jak choćby rozmowa o „oswojeniu” Boga).

Pewną zagadka może wydawać się postać Maszy (Gabriela Kownacka) – co kobieta robi w męskiej saunie? Jej rola nie jest w ogóle wspomniana ani wytłumaczona, co może irytować. Ale z czasem ta postać staje się wyrazistsza i dynamika z Jankiem nabiera silniejszych barw. Wydaje mi się, że to zgrabna metafora skomplikowanych relacji polsko-rosyjskich, gdzie miłość, nienawiść i nieufność przeplatają się w nieopisywalnym, niezrozumiałym klinczu. Czy w ogóle jest możliwe wyrwanie się z tego toksycznego kręgu?

Realizacyjnie trudno powiedzieć, że mamy do czynienia z czymś wyrazistym. To produkcja telewizyjna, niemal ograniczona do jednego miejsca – sauny. Sporadycznie trafiamy też do szatni z prysznicem, co nie zmywa poczucia pewnej teatralności. Muzyka też pojawia się bardzo rzadko, a dźwięk czasami – jak w wielu polskich filmach – nie wychwytuje wszystkich wypowiadanych słów. Ale te problemy nie psują pozytywnego wrażenia.

Bo „Sauna” jest bardzo zgrabnie napisana oraz rewelacyjnie zagrana (poza w/w Lindą, Opanią i Kownacką, jeszcze mamy Piotra Machalicę, Władysława Kowalskiego, Henryka Bistę, Marka Kondrata oraz Zbigniewa Zamachowskiego), co jest sporą zasługą Bajona. Trudno jednak w tym mikroportrecie przemian politycznych lat 80. nie dostrzec wielu trafnych obserwacji oraz soczystych dialogów, trafnie opisujących relacje międzysąsiedzkie. A także zderzenie kapitalizmu z wymuszonym komunizmem, które musi doprowadzić do kolizji.

7/10

Radosław Ostrowski

Ona się doigra – seria 1

Przenoszenie filmów na seriale to zjawisko ostatnimi czasy bardzo popularne. Że może powstać coś interesującego pokazały takie przypadki jak „Hannibal”, „Fargo” czy „Bates Motel”. W 2017 dla Netflixa postanowił zrobić coś takiego sam Spike Lee, realizując w formie serialu współczesny remake debiutanckiego filmu z 1986 roku. Czy „Ona się doigra” jest udaną oraz potrzebną produkcją?

ona sie doigra1-1

Tak jak w oryginale, główną bohaterką jest Nora Darling (DeWanda Wise) – młoda, aspirująca artystka z Fort Greene, czyli osiedla w Brooklynie. Mieszka sama i próbuje się przebić w świecie artystycznym, by się utrzymać. Jednocześnie umawia się z trzema facetami, którzy o sobie nie wiedzą: biznesman Jamie, fotograf/model Greer oraz działający w social mediach Mars. Każdy z nich jest inny, wygląda inaczej, ale dla wszystkich dziewczyna jest obiektem pożądania. Jednak Nola nie zamierza zamknąć się w społecznej szufladce, a żeby jeszcze skomplikować sprawę, na horyzoncie pojawia się była dziewczyna, Opal. Może się jeszcze spikną?

ona sie doigra1-2

Jeśli myślicie, że Lee ograniczył się tylko do skupienia się na tym wielokącie, to ten serial nie potrwałby zbyt długo. Bo Nora jest też malarką, która próbuje się utrzymać ze swojej sztuki oraz kinomanką, są jeszcze jej kumpele (jedna to tancerka w nocnym klubie, druga prowadzi galerię sztuki), terapeutka oraz dyrektorka szkoły (mówiąca o sobie w trzeciej osobie Raqueletta Moss) czy ekscentryczny artysta-bezdomny Papa. To wszystko tworzy koloryt tej dzielnicy Brooklyna, gdzie nie brakuje zarówno spięć między białymi i czarnymi (co kończy się wręcz aresztowaniem Nory). To jednak nie jest najważniejszym wątkiem tego serialu, lecz perturbacje Nory ze światem.

ona sie doigra1-3

Lee potrafi parę razy zaskoczyć w realizacji. Nie brakuje scen w niemal teledyskowym stylu jak podczas piosenki Randy’ego Newmana o Donaldzie Trumpie, chwili gdy Nola odwiedza cmentarz na grobach osób ją inspirujących czy niemal tanecznym finale w Święto Dziękczynienia. Muzyka bardzo się tutaj wybija i nie chodzi tylko o jazzowe nuty, lecz bardziej współczesne kawałki, gdzie pojawia się… okładka płyty. Także nie brakuje szybkich zbitek montażowych jak na początku podczas gadek na podryw, co jednak pokazuje wysoką formę Nowojorczyka.

ona sie doigra1-4

I jak to jest świetnie zagrane, głównie przez mniej znane mi twarze (poza Anthonym Ramosem jako niedojrzałym, niepoważnym Marsem – nie do rozpoznania). DeWanda Wise absolutnie błyszczy jako bardzo wygadana, pewna siebie Nora. Pozornie może wydawać się pokręcona, chociaż jej idea bycia niezależną od wszystkich (w tym od mężczyzn) budzi we mnie respekt, zaś łamanie czwartej ściany tylko dodaje zadziorności. Także trzej partnerzy (wspomniany Ramos, Cleo Anthony i Liryq Bent) fantastycznie się uzupełniają, wyróżniając się innymi cechami charakteru: od poczucia stabilności i opiekuńczości przez pewność siebie po luz. Poza nimi najbardziej mi zapadli w pamięć świetni Elvis Nolasco (uważany za „burmistrza” Papo), De’Adre Aziza (dyrektorka Raqueletta Moss) orz Heather Headley (dr Jameson), choć pozostali aktorzy wypadają bez zarzutów.

ona sie doigra1-5

Pierwszy sezon „Ona się doigra” to zgrabny remake, który nie jest tylko prostym odpicowaniem oryginału. Chociaż po pierwszym odcinku można było odnieść takie wrażenie, im dalej w las Spike Lee idzie w innym kierunku, sięgając po inne środki wyrazu oraz nie tracąc zmysłu obserwatora. Szkoda tylko, że następny sezon będzie ostatnim, ale i tak go obejrzę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bardzo długa noc – seria 1

Kolejny hiszpański serial od Netflixa, który chce być tak skomplikowaną układanką jak „La casa de papel”. Intryga jest tak piętrowa, że nie da się jej opowieść w sześciu odcinkach i ewidentnie jest rozpisana na kilka sezonów. Czy będzie drugi? Czas pokaże, bo zbyt dużo się tu dzieje i jest to urwane w tak kluczowym momencie, że brak kontynuacji będzie zwyczajną zbrodnią.

„Bardzo długa noc” zaczyna się od aresztowania niejakiego Simona „Kajmana” Lago (Luis Callejo), który okazuje się być seryjnym mordercą. Zostaje ostrzeżony wcześniej przez telefon, jednak nie decyduje się na ucieczkę. Zamiast policyjnego aresztu trafia do pół więzienia, pół szpitala psychiatrycznego Monte Baruca. Jednocześnie tajemniczy przyjaciel organizuje ekipę, która ma wyciągnąć świeżo upieczonego więźnia. I to zanim rano przyjedzie do sądu, by złożyć zeznania. Problem jednak w tym, że naczelnik więzienia (Alberto Ammann) nie chce go wydać. Nie dlatego, że nie może, ale sam jest w pułapce. Jeśli wypuści Lago, jego córka zostanie zabita.

Myślicie, że to jest problem? Wszystko coraz bardziej zaczyna się komplikować, bo wszystko niejako zawala się jednocześnie na głowę. Bo część więźniów planuje ucieczkę, coraz większe są napięcia między więźniami/pacjentami a strażnikami, jeszcze naczelnik Hugo przyjeżdża z dwójką pozostałych dzieci (bo nie ma z kim zostawić – jest Wigilia) i zostaje od nich rozdzielony. Do tego jeszcze podchody oraz próby samodzielnego rozwiązania sytuacji (czytaj: oddanie Lago grupie), zaczynamy poznawać bliżej kilku istotnych skazańców (Cherokee, Manuela, Javi, Nuria) oraz paru strażników. Intensywność wydarzeń nie pozwala na jakąkolwiek nudę, chociaż logika czasami robi sobie wolne.

Osadzenie historii w więziennej przestrzeni bardzo pomaga w budowaniu klimatu izolacji oraz osaczenia. Równie sprawne są zdjęcia i montaż, pomagając ogarnąć ten cały chaos. Jednak coraz bardziej intensywne sytuacje oraz kolejne przerzutki mogą wywołać zniecierpliwienie. Zwłaszcza, że finał niejako urywa się w dramatycznym momencie, nie wyjaśniając w zasadzie zbyt wiele i zostawiając masę pytań. Bo kim jest ten tajemniczy zleceniodawca? Co go łączy z Lugo oraz dlaczego jest on taki niewygodny? Jak się skończy konfrontacja więźniów ze strażnikami? Oraz co zrobić, gdy za chwile przyjedzie policja?

Rzeczywiście jest to „Bardzo długa noc”, gdzie nie brakuje głupot, naciąganych sytuacji oraz masy zbiegów okoliczności. Nie potrafię się jednak gniewać, bo historia zwyczajnie wciąga, zagrane jest to solidnie, a napięcie odczuwalne. Jak nie będzie ciągu dalszego, to się wkurzę nie na żarty.

7/10

Radosław Ostrowski