Re-Animator

Wszystko zaczyna się na uniwersytecie w Zurichu, gdzie studiował niejaki Herbert West pod okiem dr Hansa Grubera. Niestety, studencik zostaje wyrzucony z uczelni za… zabicie swojego pryncypała. I tak nasz bohater trafia do szpitala w Arkham, gdzie jednym ze studentów jest niejaki Daniel Cain – lubiany, pracowity i szanowany facet. A jego dziewczyną jest córka dziekana, co jest trzymane mocno w tajemnicy. Ale nasz poczciwina będzie miał pecha, bo to West zostanie jego współlokatorem. Ten zaczyna się brać do roboty ze swoim specyfikiem, co wskrzesza ludzi.

reanimator1

Może i opis zapowiada makabryczną wersję „Frankensteina”, ale reżyser Stuart Gordon nie traktuje tego wszystkiego poważnie. Ta adaptacja opowiadania H.P. Lovecrafta jest czarną komedią, będącą wariacją ponadczasowej historii Mary Shelley. Z tą różnicą, że wszystkie wskrzeszone osoby okazują się zombie. Przynajmniej na początku: od kota po dziekana, bo nie tylko West ma obsesję na punkcie wskrzeszania. Jednak fabułka jest bardzo szczątkowa. Jest romantyczna relacja między Cainem a córką dziekana, mający obsesję na punkcie wskrzeszania West oraz żądnego sławy dr Hilla. Czarna komedia, która dla mnie kompletnie nie działała. Ani pokręcony West (dobrze pasujący do roli Jeffrey Combs), ani cała sytuacja ze wskrzeszanie nie wywołała we mnie żadnego śmiechu. Może poza wariackim finałem, gdzie dochodzi do konfrontacji między Hillem (kradnący film David Hill) a Westem, gdy cały plan wydaje się sypać. Jeszcze pojawia się bardzo niepokojące zakończenie, pozostawiające furtkę na ciąg dalszy.

reanimator2

Nawet to nieźle wygląda, tylko kompletnie mnie to nie interesowało. „Re-Animator” mnie wynudził, a powstała późniejsza „Martwica mózgu” wydaje się bardziej zwarta treściowo i wiele zabawniejsza. Ale może fakt, że film Jacksona widziałem wcześniej wypaczył moją ocenę.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Reklamy

Ludzie-koty

Irena jest młodą kobietą, która przybywa do Nowego Orleanu. Tam znajduje się brat Paul, z którym została rozdzielona w dzieciństwie. Dziewczyna jest uzdolniona plastycznie i próbuje znaleźć sobie pracę. Kiedy ma spędzić czas z bratem, ten znika bez śladu, ale poznaje kuratora tamtejszego zoo. I coś czuje do niego. Ale wtedy znowu pojawia się brat, który zdradza tajemnicę ich wspólnego pochodzenia.

ludzie-koty2

Paul Schrader i kino grozy? Początkowo taka sklejka może wydawać się bardzo niepasująca. Ale jeśli dodamy do tego lata 80., czyli czas produkcji… robi się co najmniej intrygująco. Nie spodziewajcie się jednak makabry, krwawej rzeźni czy scen gore. Cała historia poprowadzona jest w sposób bardzo powolny, stawiając bardziej na nastrój oraz oniryczność. To ostatnie widać choćby w otwierające sekwencji gdzieś na pustyni czy momencie snu, gdy nasza bohaterka odwiedza swój dom. Sama koncepcja tytułowych ludzi-kotów, czyli zwierząt w ludzkiej skórze może wydawać się banalna, jednak motywacja to zupełnie coś innego. By zachować swoją ludzką powłokę muszą zabijać oraz żyć w kazirodczym związku. Erotyczne napięcie jest tutaj mocno odczuwalne, choć dzisiaj bardziej widać zahaczenie o kicz (ten zaś dodaje mu uroku oraz tożsamości). Owszem, są sceny niepozbawione krwi, gdzie dochodzi do ataków czarnych kotów, ale dla reżysera to tylko tło dla niebezpiecznego trójkąta. Coraz bardziej zaczyna widać konflikt w Irenie, chcącej wyrwać się ze swojej tożsamości. Tylko, że natury nie da się oszukać, a wszelkie próby wyrwania się są z góry skazana na porażkę.

ludzie-koty3

Dla mnie największą zaletą jest tutaj sfera realizacyjna. Zdjęcia Johna Baileya wyglądają niesamowicie (zwłaszcza te sekwencje na pustyni), są bardzo plastyczne, zwłaszcza kręcone nocą. Także efekty specjalnie kompletnie się nie zestarzały – scena przemiany z człowieka w lamparta ociera się o styl Cronenberga. W tle gra elektryzująca muzyka Giorgio Morodera z niezapomnianą piosenką Davida Bowie, pomagająca wejść w ten oniryczny klimat. Tak samo jak bardzo smutne zakończenie.

ludzie-koty1

Aktorstwo mocno tutaj trzyma poziom, choć całość skupia się na trzech postaciach. Absolutnie zjawiskowa jest Nasstasja Kinski w roli bardzo delikatnej Ireny, sprawiającej wrażenie bardzo niewinnej dziewczyny. Wygląda bardzo pociągająco i reżyser nie wstydzi się tego pokazać, co paru osobom może przeszkadzać. Całość kradnie dla siebie charyzmatyczny Malcolm McDowell w roli tajemniczego brata, tworząc portret zazdrośnika i kusiciela. Niejako w cieniu wydaje się być John Heard w roli sympatycznego pracownika zoo, jednak trudno nie lubić tego gościa.

„Ludzie-koty” mają w sobie tak specyficzny klimat, że nie da się go opisać słowami. Miejscami oniryczny, miejscami kiczowaty, a miejscami bardzo pociągający. Jeden z bardziej cudacznych filmów, który mógł powstać tylko w latach 80.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Harry Angel

Wszystko zaczyna się bardzo klasycznie. Jest Nowy Jork roku 1955. Tytułowy bohater jest prywatnym detektywem, który za pieniądze pomoże w drobnej sprawie typu ubezpieczenia czy rozwód. Ale tym razem dostaje sprawę, która może być punktem zwrotnym w jego karierze. Niejaki Louis Cypher prosi go o znalezienie niejakiego Johnny’ego Favorite’a. Był bardzo popularnym muzykiem, który wskutek działań wojennych trafił do szpitala psychiatrycznego. Problem w tym, że Cypher odwiedził szpital i otrzymał bardzo sprzeczne informacje. Angel za wynagrodzenie decyduje się sprawę wybadać.

harry angel1

Alan Parker swój ostatni film nakręcił w 2003 roku i wygląda na to, iż nie zmienia zmieniać tego stanu rzeczy. Nie oznacza to jednak, że nie można pogrzebać w jego krótkiej, ale bardzo różnorodnej filmografii. Jak choćby adaptacji powieści Williama Hjorstberga, będąca krwawym kryminałem noir. Przynajmniej na początku. Wszystko wydaje się pasować: brudne miasto, cyniczny i rozmemłany detektyw oraz klimat tajemnicy. Brakuje tutaj tylko femme fatale, chociaż może jest taka. Ale tak naprawdę to tylko otoczka, sprawa zaczyna mieć swoje drugie dno. Bo prosta sprawa zaczyna przynosić masę trupów, a każdy trop okazuje się ślepą uliczką. Jakby naszemu zaginionemu bardzo zależało, żeby nikt nie odnalazł go. A przeniesienie akcji z Nowego Jorku do Nowego Orleanu nie jest w stanie tego klimatu zmienić. Zupełnie jakby mrok czy jakaś inna siła przyciągała naszego detektywa do siebie.

harry angel2

Reżyser garściami czerpie ze stylizacji kina noir, co widać już w warstwie wizualnej. Nie pozbawione brudu, pyłów oraz turpistycznego piękna Nowy Jork zostaje skontrastowany z ciepłym, pełnym kurzu oraz chat Nowym Orleanem. By jeszcze bardziej zagmatwać sprawę w tle mamy jakieś voodoo, czarną magię i okultyzm, przez co całość mocno skręca ku horrorowi. A i trzeba przyznać, że kolejne trupy stają się coraz bardziej makabryczne, co może odrzucić co wrażliwszych widzów. By jeszcze bardziej namieszać nam w głowie, sytuację komplikuje miejscami bardzo rwany montaż. Trudno wymazać scenę odkrycia makabrycznego trupa w rytm stepujących stóp czy powtarzanych ujęć z Harrym w jadącej windzie. I jeszcze to bardzo przewrotne, fatalistyczne zakończenie, które przypomina o tym, że długi zawsze należy spłacać. Nic więcej nie mogę zdradzić, bo musiałbym wejść w strefę spojlerów, ale to bardzo satysfakcjonująca rozrywka.

harry angel3

Aktorsko jest to zagrane fantastycznie, zaś drugi plan jest przebogaty. Ale tak naprawdę liczą się tutaj tylko dwie kreacje. Po pierwsze, kapitalny Mickey Rourke w roli tytułowej. Lekko rozmemłany i niedbale wyglądający facet, który znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Tylko, że jako detektyw nie jest mistrzem subtelności, bywa arogancki oraz bezczelny w wyciąganiu informacji. Ciężko polubić tego gościa, który wpadł w kleszcze, zaś mrok podąża za nim. No i jest jeszcze Robert De Niro w roli zleceniodawcy, wyglądającego jak biznesmen z dawnej epoki. Elegancko ubrany, z długimi włosami oraz paznokciami intryguje, zaś swoimi obserwacjami sprawia wrażenie kogoś bardzo zdeterminowanego. Choć na ekranie nie pojawia się zbyt często, tworzy bardzo wyrazistą kreację.

harry angel4

„Harry Angel” promowany był jako wypadkowa „Egzorcysty” i „Chinatown”, co jest trafnym połączeniem. Z pierwszego bierze elementy nadprzyrodzone, z drugiego noirową stylistykę oraz skomplikowaną intrygę. Taka hybryda nigdy przedtem ani potem nie dała tak interesującego efektu. Gotowi na tą diabelsko niebezpieczną odyseję?

8/10

Radosław Ostrowski

Cronos

Wszystko zaczęło się w roku 1536, kiedy to pewien alchemik wyruszył do Meksyku. Zrobił to uciekając przed Świętą Inkwizycją, a w nowym kraju zaczął pracować nad urządzeniem mającym zapewnić życie wieczne. Mechanizm nazwany był Cronos i miał kształt ozłoconego skarabeusza. Sam alchemik zginął podczas zawalenia budynku w 1937 roku z wbitymi w serce elementami budynku, zaś cały jego majątek sprzedano na aukcji. Sześćdziesiąt lat później urządzenie znajduje w jednej z figurek antykwariusz Jesus Gris. Mężczyzna przypadkiem uruchamia mechanizm i zostaje mocno poraniony w rękę, ale odkrywa, iż czuje się znacznie młodszy (także fizycznie). Jednak nie tylko on szuka Cronosa, bo konkurentem umierający biznesmen Dieter de la Guardia ze swoim synem Angelem.

cronos2

Każdy reżyser od czegoś musiał zacząć swoją karierę, choć nie każdy zaczyna z wielkim hukiem. Jak jest z nakręconym w 1993 roku debiutem Guillermo del Toro? Niby próbuje być horrorem, ale idzie w zupełnie innym kierunku niż to, z czym ten gatunek się kojarzy. „Cronos” bardziej skupia się na relacji dwóch par bohaterów niż poczucia przerażenia, hektolitrów krwi czy makabrycznych scen gore. Bo mamy tutaj pana Gris oraz jego wnuczkę, którą się zajmuje, ale też żądnego wiecznego życia Dietera. Staruch porusza się na dwóch laskach, przypominając coraz bardziej żywego trupa, a swojego syna traktuje jak sługusa, który ma wykonać zadanie. Co ciekawe, stosunek między postaciami jest pokazany za pomocą afery wizualnej: pierwsza para jest pokazana za pomocą ciepłych kolorów, zaś druga w bardzo chłodnych. Intryga jest tutaj bardzo prosta i prowadzona jest bardzo powoli, wręcz niespiesznie, co pomaga w budowaniu nastroju. Jeszcze bardziej zaskakujący jest fakt, że całość dotyczy wampiryzmu, choć ani razu nie pada to słowo.

cronos1

Reżyser do tego pomysłu podchodzi w bardzo zaskakujący sposób. Wszystko z powodu tytułowego Cronosa, będącego pomysłowym wynalazkiem. Urządzenie „przykleja się” do ciała za pomocą nitek, a wtedy jesteśmy wrzuceni w sam środek tego cacka. Poza wszelkimi zębatkami widzimy owada wsysającego krew w zamian za nieśmiertelność. Drugim zaskoczeniem jest fakt, że cały proces odmłodzenia doprowadza do oderwania się skóry na rzecz nowego ciała. I to jest coś, co może sensownie wyjaśniać cały ten proces. Niemniej film ma jeden poważny problem: zwyczajnie nie straszy. Bardziej wydaje się dramatem z elementami nadprzyrodzonymi, dotykającym kwestii życia wiecznego.

cronos3

Już tutaj widać wizualny zmysł wizualny, choć nie jest to kino wystawne, z wysokim budżetem czy znanymi aktorami. Wyjątkiem od tej reguły jest Ron Perlman w roli bardzo brutalnego Angela, który czasami zachowuje się jak rozkapryszone dziecko, zmuszone do działania wbrew sobie. Sceny jego wybuchów dodają odrobinkę humoru do całości (tak samo jak postać pracownika kostnicy, który dba o wygląd zmarłych). Wrażenie robi też bardzo niejednoznaczny finał oraz bardzo nastrojowa muzyka.

„Cronos” nieźle wytrzymuje próbę czasu, choć czuć tutaj powoli rodzący się styl reżysera oraz fascynacja kinem grozy. Świeże spojrzenie na kwestie wampiryzmu oraz sam wygląd wynalazku mogą być pewną zachętą do zmierzenia się z tym debiutem. Chociaż najlepsze miało dopiero nadejść.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Śmiertelny rejs

Gdzieś na otwartym morzu płynie Argonautica – statek wycieczkowy w swój pierwszy rejs. Trwa akurat sztorm i burza, więc warunki nie za dobre. Do tego dochodzi do gigantycznej awarii, przez co nie ma szans na ratunek. Mało nieszczęść? Dołóżmy do tego atak tajemniczych monstrów plus wejście grupki najemników na pirackim statku, dowodzonym przez Flanagana. A na statku jest jeszcze czarująca złodziejka, która została przyłapana na gorącym uczynku.

smiertelny rejs1

Jak możecie wywnioskować po fabule, nakręcony w 1998 roku film Stephena Sommersa to B-klasowy film grozy zmieszany z kinem akcji. Tylko, że zrobionym za duże pieniądze jak na tamte czasy (ponad 50 milionów dolców). Fabuła nie jest specjalnie zaskakująca ani skomplikowana, czyli grupka ludzi w odizolowanej przestrzeni walczy z paskudnym monstrum. Jeśli kojarzy wam się to z „Obcym” (zwłaszcza częścią drugą), to powinniście poczuć się jak w domu. Tylko, że zamiast Ellen Ripley oraz komandosów, są chciwi najemnicy oraz lekko łobuzerski Flanagan. Czyli taki współczesny Han Solo, chcący szybkiego zarobku i nie zadaje pytań o nic. Intryga wydaje się mieć drugie dno (innymi słowy chodzi tylko o hajs), ekipa zaczyna coraz bardziej się wykruszać – spryt i giwery nie wystarczą do pokonania paskud. Tylko, czemu o tych istotach opowiada właściciel statku, a nie jakiś naukowiec obecny na statku? Niby pierdoła, lecz takie drobiazgi troszkę psują frajdę. Są drobne bzdury w rodzaju krzyczenia pod wodą czy dość przewidywalny zdrajca w grupie, ale nikt nie miał tutaj większych ambicji niż dostarczanie rozrywki.

smiertelny rejs2

Sama akcja jest poprowadzona sprawnie, a kilka scen (ucieczka na skuterze w finale czy ciągłe bieganie w środkowej części) potrafią ekscytować. Stricte horroru tu nie ma, bo jest monstrum – w bardzo paskudnych efektach specjalnych (znaczy się brzydko zestarzał) – z mackami. A te połykają ludzi żywcem, zostawiając po sobie morze krwi. Jest brutalnie, a scena z pozostawionymi szkieletami w magazynie robi piorunujące wrażenie. Jeszcze pozostaje finał, mogący sugerować ciąg dalszy. Ale poległ w kinach, więc nic z tego nie wyszło. Ale i zdjęcia czy scenografia także robią wrażenie, tak jak muzyka Jerry’ego Goldsmitha.

smiertelny rejs4

Nie ma tutaj jakiś wielkich gwiazd w tym przedsięwzięciu, choć parę znajomych twarzy się tu pojawia. Flanagan ma tutaj aparycję Treata Williamsa, który swoją rolę traktuje z dużym dystansem i ma taki błysk awanturnika w oczach. Drugim najmocniejszym punktem jest trzymający poziom Wes Studi w roli szefa najemników, będącym opanowanym profesjonalistą. Troszkę humoru dodaje Kevin J. O’Connor (mechanik Pantucci), oko przyciąga Famke Janssen (złodziejka Trillian), zaś z grupy najemników najbardziej wybija się lekko nerwowy Jason Flemyng (Mulligan).

smiertelny rejs3

„Śmiertelny rejs” może i jest kalką klasycznych horrorów, niemniej jest tego w pełni świadomy. Bardzo lekka rozrywka, zrobiona bardzo porządnie, czego po filmie klasy B nie jest częste. Może nie jest to najlepszy film klasy B, lecz swoje zadanie wykonuje bez zarzutu.

6/10

Radosław Ostrowski

Serce jak lód

Punkt wyjścia wydaje się dość prosty. Mamy dwóch przyjaciół, którzy prowadzą wspólny interes: są lutnikami. Zajmują się skrzypcami, naprawiają ją i/lub sprzedają. Kontaktami z muzyka zajmuje się bardziej energiczny Maxime, zaś samymi skrzypcami zajmuje się mający doskonały słuch Stephane. Ale w ich spokojne życie wkracza Camille – piękna skrzypaczka, która przygotowuje się do nagrań. W niej się zakochuje Maxime, chociaż bardziej fascynuje ją wycofany Stephane.

serce jak lod1

Reżyser Claude Sautet pozornie nakręcił prosty film o miłosnym trójkącie, tylko że nie do końca. Mamy tutaj trójkę postaci, ale w większości skupiamy się na Stephene. Człowiek, który kocha muzykę, zaś w relacjach międzyludzkich jest bardzo wycofany, jakby skrywający pewną tajemnicę. Niby nic się tu dzieje, jednak emocje wylewające się ze spojrzeń, niewypowiedzianych słów wręcz wylewają się z tych postaci. Mimo, że to wszystko oparte na dialogach, całość nie była dla mnie nudna. W tle gra muzyka Maurice’a Ravela, co jeszcze bardziej pomaga w budowaniu wręcz intymnego klimatu. Nawet jeśli wydaje nam się, że pójdzie to w kierunku oczywistym (ten wycofany zacznie pod wpływem miłości się zmieniać), nie macie racji. Reżyser wydaje się bardziej przyglądać życiu i pokazuje, że takie proste schematy sprawdzają się tylko w dziełach kultury. Bo w życiu skruszenie człowieka z „sercem jak lód” czasami jest niemożliwe, jeśli sam nie czuje takie potrzeby. A o tym czasami zapominamy, wierząc w swoje możliwości oraz talenty. Wszystko zamyka bardzo otwarte (chyba) zakończenie, gdzie wiele można sobie dopowiedzieć.

serce jak lod2

Cała ta historia jest też kapitalnie zagrane. Zjawiskowa jest Emmanuelle Beart w roli magnetyzującej Camille, zwłaszcza w scenach grania na skrzypcach. Wtedy potrafi pokazać swoją pasję i zaangażowanie. Świetny jest Andre Dussollier w roli Maxime’a, pełnego energii oraz balansującego między pracą a miłością. Jednak tak naprawdę film kradnie Daniel Auteuil w rolie Stephane’a, tworząc bardzo trudną do polubienia postać. Z jednej strony to pasjonata muzyki, przywiązany do swojej pracy, ale z drugiej jest bardzo wycofany, zdystansowany wobec innych ludzi samotnikiem z bardzo melancholijnym wyrazem twarzy. Czasami można z niej wyczytać wszystko, a czasem sprawia wrażenie enigmy.

serce jak lod3

„Serce jak lód” jest przykładem francuskiego dramatu psychologicznego z bardzo wysokiej półki. Odpowiednio stonowany, spokojny, jednak pełen emocji oraz angażujący do samego końca.

8/10

Radosław Ostrowski

Hannie Caulder

Bywał taki czas, że na Dzikim Zachodzie także kobiety sięgały po swoje colty oraz inne rewolwery. Kimś takim, niejako wbrew swojej woli, stała się Hannie Caulder. Niby zwykła kura domowa, która mieszka z mężem na ranczu. Ale wszystko zmienia się w momencie, kiedy pojawia się trzech braci Clemens. Ścigani przez prawo panowie najpierw zabijają jej męża, potem ją gwałcą, a następnie puszczają z dymem jej domostwo. Po czymś takim ciężko się pozbierać, zaś żądza zemsty staje się jedynym celem w jej życiu. Na szczęście kobieta spotyka łowcę głów, który staje się jej mentorem.

hannie caulder1

Dla wielu z nas western z kobietą w roli głównej wydaje się czymś, co powstało w latach 90-tych czy obecnie. To jest jednak błąd, bo już w latach 60-tych były próby przełamania tego stereotypowego spojrzenia na świat. Ale reżyser Burt Kennedy mocno tutaj inspiruje się kowbojskimi opowieściami z Włoch, gdzie świat jest brudny, podły oraz nieprzyjazny. Chyba, że umiesz korzystać z broni i jesteś na tyle szybki/szybka, by uniknąć kuli. Jest krwawo i brutalnie, ale jednocześnie mam pewien problem. O ile sama historia płynie sprawnie i jest nieźle opowiedziana, o tyle rozbicie całości na dwa wątki wydaje się chybione. Wątek Hannie oraz jej przemiany z naznaczonej traumą kobiety w twardą mścicielkę (troszkę za szybkiej, ale niech tam), jednak wątek jej antagonistów wydaje się wzięty z innego porządku. Panowie powinni się nazywać Dalton, bo są tak samo pierdołowaci, wrzeszczą na siebie (głównie wyzwiskami) i bardziej pasowaliby do komedii. Nie oznacza to jednak, że można ich zlekceważyć. Tylko ten komediowy ton wokół nich troszkę pasuje tu jak pięść do oka, co wybijało mnie z opowieści.

hannie caulder3

Sytuację ratuje za to realizacja, choć dziś wydaje się bardzo skromnym dziełem. Krajobrazy są odpowiednio ładne, strzelaniny dynamiczne (tutaj wybija się atak Meksykanów na rusznikarza), a w tle jest troszkę podniosła muzyka. Najwięcej frajdy miałem jednak w scenach, gdy Hannie uczyła się strzelać oraz jej konfrontacji z braćmi. Jest to wygrane i może się podobać.

Aktorsko w sumie szału nie ma, ale nie można powiedzieć, że jest ono złe. Raquel Welch początkowo wydaje się osobą, która ma zwracać uwagę swoim wyglądem (jest kusząca, ale bez golizny), ale ta postać ewoluuje. Budzi współczucie, lecz z każdą chwilą staje się coraz silniejsza. Nawet jeśli przemiana wydaje się dość szybka, brzmi wiarygodnie (w czym pomaga montaż), stając się żeńskim odpowiednikiem Clinta Eastwooda – to ponczo nie jest przypadkowe. Zaś trio Ernest Borgnine/Jack Elam/Strother Martin za bardzo pajacuje w rolach antagonistów, przypominając bardziej postacie z kreskówek. Jednak w momentach konfrontacji są groźni oraz niebezpieczni. Ale najmocniejszym punktem jest świetny Robert Culp w roli Thomasa Price’a – doświadczonego łowcy głów, który staje się mentorem dla Hannie. Bardzo charyzmatyczny bohater, pełen profesjonalizmu, a jednocześnie ma w sobie coś więcej niż surowe spojrzenie.

hannie caulder2

Niby nie jest to wielkie dzieło, ale to bardzo sprawnie poprowadzony western, próbujący przeszczepić klimat oraz sposób spaghetti westernów. Miejscami krwawy, miejscami zabawny (choć niepotrzebnie) oraz pełen uroku.

7/10

Radosław Ostrowski