Revolver

Guy Ritchie to reżyser z bardzo specyficznym stylem wizualnym. Ale po sukcesie „Porachunków” i „Przekrętu” Brytyjczyk spadł na samo dno. Wszystko przez swoją żonę, Madonnę oraz realizację katastrofalnego „Rejsu w nieznane”, który zakończył współpracę z producentem Matthew Vaughem i przyniósł 7 nominacji do Złotej Maliny. Ostatecznie wygrał 5 statuetek w tym za najgorszy film oraz reżyserię. Ritchie zrobił sobie przerwę, by wrócić z filmem „Revolver”, którego produkcją zajął się sam Luc Besson. Niestety, film poniósł w kinach porażkę i został uznany za drugą dużą wtopę w dorobku reżysera. Ale czy słusznie?

revolver1

Bohaterem jest Jack Green – hazardzista oraz drobny kanciarz, który właśnie wychodzi z więzienia. Wpadł tam z powodu właściciela kasyna, Machę, doprowadzając go do upokorzenia oraz utraty pieniędzy. Po siedmiu latach odsiadki oraz dwóch latach przygotowań ma genialny plan na zemstę. Trafia na tajemniczą dwójkę facetów – Aviego oraz Zacha, co zajmują się lichwą i zatrudniają Jacka. Okazuje się, że mężczyzna jest poważnie chory, mając przed sobą tylko parę dni. W tym samym czasie Macha szykuje się do interesu z tajemniczym Jackiem Goldem, co kieruje całym półświatkiem, choć nikt go nie widział.

revolver4

Wielu zarzucało, że narracja jest prowadzona w sposób chaotyczny i niezrozumiały. Bo jest masa przeplatających się wątków, pomieszana chronologia oraz – czasami zbyt częste – powtórzenia. To zdecydowanie, tak jak „Jeden gniewny człowiek”, bardziej poważny film w dorobku Ritchiego. Cała ta gangsterska otoczka, gdzie poznajemy całą historię konfliktu między Machą a Greenem oraz stworzenia przekrętu doskonałego jest tak naprawdę zasłoną dymną. Bo po drodze zaczynają mnożyć się kolejne pytania. Kim są Avi i Zach? Skąd oni tyle wiedzą o Greenie? Kim jest Sam Gold? Na czym polega cały kant? I jak to się wszystko skończy? Dialogi mogą wydawać się czasem pretensjonalne, wręcz bełkotliwe, zaś wplecione cytaty Makiaveliego i Cezara to droga na łatwiznę. O narracji z offu Greena nawet nie wspominam.

revolver3

A jednak film intryguje. Dlaczego? Bo jest bardzo sprawną układanką, zmuszającą cały czas do myślenia. Również wizualne czaruje – nie tylko neonową estetyką kasyn, ale też celowym wykorzystaniem kolorów jak chłodny błękit basenu i solarium czy wycofana biel więziennej celi. Zabawa montażem i narracją to oczywistość w świecie Guya Ritchie, jednak parę sztuczek jest jeszcze w arsenale jak przeplatanka między „żywymi” ujęciami a animacją czy nietypowa praca kamery przy strzelaninie Sortera. A w tle jeszcze gra stylowa jazzowo-funkowa muzyka a’la lata 70, przypominając poprzednie filmy Anglika.

revolver2

Obsada tutaj też błyszczy. Greena gra Jason Statham, który – tak jak ja – próbuje ogarnąć co się tu dzieje w tym świecie, działając mocno na ślepo. Bez odpowiedzi, nie wiedząc komu może zaufać i połączyć wszystkie kropki. Aktor jest zaskakująco wyciszony, niemal monotonnie wypowiada swoje kwestie, chociaż w jednej scenie pokazuje większe emocje (moment utknięcia w windzie). Równie interesujący jest Ray Liotta jako gangster Macha, ale jeśli spodziewacie się powtórki z „Chłopców z ferajny”, przeliczycie się mocno. Facet sprawia wrażenie twardego, wręcz narwanego zawodnika, to są jednak pozory. Słaby, przerażony, paranoiczny – takie jest prawdziwe oblicze Machy. Całość jeszcze uzupełnia pokręcony duet Vincent Pastore/Andre Benjamin (Avi i Zach), ale film kradnie Mark Strong jako Sorter. Wyglądający niepozornie jak księgowy jest mordercą, który nigdy nie pudłuje.

„Revolver” to zdecydowanie niepasujące do filmografii Guya Ritchiego dzieło. Pod płaszczykiem sensacyjno-gangsterskiej intrygi, mamy do czynienia z psychologicznym dramatem o walce ze swoim największym przeciwnikiem: swoim Ego. Może się ono różne nazywać: Green, Macha, Gold, jednak jest zawsze groźny i niebezpieczny, kiedy niespodziewanie przejmie kontrolę nad nami.

7/10

Radosław Ostrowski

36

Ile było filmów skupionych na walce gliniarzy z bandytami? Zbyt wiele, by wszystkie wymienić, ale jedną z bardziej rozpoznawalnych była „Gorączka” Michaela Manna. Imponująca obsada i realistyczne pokazanie działania obu stron barykady wywołało ferment. Pozornie w podobnym kierunku idzie francuski film sensacyjny „36”, ale to tylko pozory.

Paryż jest atakowany przez gang napadający na konwoje z pieniędzmi. Napady są coraz brutalniejsze, pieniądze znikają, a konwojenci są ranieni lub zabijani. W końcu minister spraw wewnętrznych ma dość całej sytuacji i żąda dorwania bandytów. Komendant posterunku 36 Quai des Orfevres (Nabrzeże Jubilerów) Robert Mancini zleca zadanie dwóm doświadczonym gliniarzom: dowódcy brygady antyterrorystów, Dennisa Kleina oraz szefa komórki do walki z przestępczością zorganizowaną, Leo Vrinksa. Ten, któremu uda się rozbić gang, zostanie nowym komendantem posterunku. I zaczyna się rywalizacja.

36-1

Reżyser Olivier Marshal to postać sama w sobie interesująca – były gliniarz (pracował 12 lat), który pod koniec pracy w firmie zapisał się na kurs aktorstwa. Zaczął swoją nową ścieżkę zawodową pod koniec lat 80., by próbować swoich sił jako pisarz i scenarzysta, a następnie reżyser. „36” to jego drugi film w karierze, gdzie intryga oparta była na doświadczeniach z policyjnej pracy oraz pościgu za prawdziwym gangiem w latach 80. Historia została uwspółcześniona, a reżyser bardzo zgrabnie balansuje między widowiskowością, realizmem i wiarygodnymi portretami psychologicznymi bohaterów. A wszystko – niczym u Michaela Manna – utrzymane w odcieniach szarości, gdzie granice między prawem a bezprawiem jest ledwo widoczna.

36-2

Gliniarze, bandyci, informatorzy – sieć układów i powiązań jest bardzo silna. Jednak dorwanie gangu to tylko część historii. Sceny akcji są świetnie zrobione i kapitalnie zmontowane (pierwszy atak na konwój czy nieudany nalot na gang w magazynie), kule świszczą naokoło, a napięcie trzyma za gardło. Tak naprawdę liczy się szorstka relacja między Vrinksem a Kleinem, znakomicie zagrani przez Daniela Auteuilem i Gerardem Depardieu. Coś niewyjaśnioną animozję między nimi oraz bezwzględną rywalizację – pierwszy działa czasem na granicy prawa, jednak nigdy jej nie przekracza, by pomagając przyjaciołom (dorwanie zbójów, co pobili właścicielkę knajpy). Ale ten drugi jest o wiele bardziej śliski, kierujący się zawiścią, żądzą władzy i działa dla własnej korzyści. Rzadkie wspólne momenty są bardzo intensywne, w czym pomagają role obydwu panów. Przebogaty drugi plan z Andre Dussolierem oraz Danielem Duvalem na czele tworzą bardzo wyraziste role, nawet mając kilka zdań czy jedną scenę.

36-3

Są jednak pewne drobne pierdoły, które nie pozwalają mi nazwać „36” arcydziełem. Po pierwsze, reżyser parę razy korzysta z powtórzeń, co mnie denerwowało. Dlaczego? Bo dotyczyło scen, gdzie niejako już dostajemy informację, której można się domyślić. Bardziej mnie zadziwił brak wyjaśnienia skąd niechęć między Kleinem a Vrinksem. I nie chodzi tylko o działanie w dwóch różnych komórkach, ale ma ona bardziej osobisty charakter. Być może jest to związane z postacią Camille (nadal piękna Valeria Golino) – byłej partnerki Kleina, a obecnie żony Vrinksa. Nie ma jednak na to niczego więcej niż drobnych poszlak.

36-4

Jednak mimo tych potknięć „36” to przykład bardzo intrygującego kina sensacyjnego z Francji, mocno w duchu nieśmiertelnego Jean-Pierre’a Melville’a. Szorstki, brudny, brutalny i walący prosto w oczy. Marchal jeszcze parę takich ciosów wykona, ale o tym innym razem.

8/10

Radosław Ostrowski

Wiedźmy

Przenoszenie na ekran powieści Roalda Dahla nie należy do łatwych zadań. Jego książki, choć skierowane dla dzieci, nie unikają mrocznych scen i momentów godnych horroru. Najbardziej dobitnym przykładem tego kierunku są „Wiedźmy”. Jak sam tytuł mówi, skupia się na przerażających kobietach, co nienawidzą dzieci.

Jak dowiadujemy się razem z Lukiem od jego babci – wiedźmy nie są wymyślone, tylko istnieją. Udają zwykłe kobiety, nie wyróżniając się z tłumu, ale to tylko pozory. Nie znoszą zapachu dzieci i pozbywają się bachorów za pomocą magii, mają też fioletowe oczy i łyse głowy. Babcia miała z nimi styczność, lecz nigdy nie udało się skonfrontować z Wielką Czarownicą – szefową wszystkich wiedźm. Po śmierci rodziców, chłopiec razem z babcią wyrusza do Londynu, wynajmując pokój w hotelu. Chłopiec przypadkiem odkrywa, że w budynku odbywa się zlot wiedźm i przygotowywany jest misterny plan pozbycia się wszystkich dzieci w kraju.

wiedźmy (1990)2

Najbardziej zaskakującym elementem tego filmu jest reżyser Nicolas Roeg. Twórca kultowego „Nie oglądaj się teraz” wydaje się nie pasować do – jakby nie patrzeć – filmu familijnego. Jednak to nie jest typowy film familijny, bo sama opowieść jest bardzo mroczna i ma wiele niepokojących momentów. Takim na pewno jest zlot czarownic, gdzie panie pokazują swoje prawdziwe oblicze. Piorunujące wrażenie robi charakteryzacja, podkreślająca demoniczny charakter pań. Zwłaszcza Wielkiej Wiedźmy w brawurowej interpretacji Anjeliki Huston, która przypomina kuszącego wampa z czarnych kryminałów (w ludzkiej postaci).

wiedźmy (1990)3

Prawdziwe napięcie i niepokój zaczyna być podkręcone, gdy Luke (porządny Jasen Fisher) zostaje zamieniony w mysz. Nie tylko zdjęcia zmieniają kąt, ale też wszystko zmienia perspektywę. Niby to już było w filmach o ludziach zmniejszonych – jak choćby powstałe rok wcześniej „Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki”. Ale tutaj reżyserowi pomaga Jim Henson ze swoją ekipą, bo efekty specjalne prezentują się naprawdę dobrze. Zarówno powiększenie otoczenia, marionetki, gadające myszy pokazują świetną robotę, zaś Roeg trzyma to w ryzach.

wiedźmy (1990)1

Dla mnie największym problemem tego filmu była jego przewidywalność. Nie wiem, czy to wynikało z materiału źródłowego, czy samego scenariusza, ale znałem kierunek tej historii. Niemniej jednak film Roega zaskoczył mnie swoim wykonaniem. Reżyser wyszedł ze swojej strefy komfortu, a mimo wad ogląda się to świetnie. Głównie dzięki miejscami bardzo mrocznemu klimatowi oraz Angelice Huston.

7/10

Radosław Ostrowski

Gliniarz z Beverly Hills 2

Sukces „Gliniarza z Beverly Hills” zaskoczył chyba wszystkich. W takim przypadku zostaje tylko jedna rzecz do zrobienia: zarobić więcej kasy za pomocą sequela. Tylko jakim cudem gliniarz z miasta Detroit, miałby znowu trafić do glamourowego Beverly Hills? Scenarzyści znani są z tego, że pomysłów to im nie brakuje.

Foley obecnie pracuje pod przykrywką, rozpracowując gang fałszerzy kart kredytowych. Pozostaje w przyjaźni z policjantami z Beverly Hills: kapitanem Bogomilem, sierżantem Taggartem i detektywem Rosewoodem. Ale w bogatej metropolii nie jest dobrze, bo w okolicy szaleje tajemniczy alfabetowy morderca. Dokonuje różnych napadów i zostawia zaszyfrowane wiadomości. Ale kiedy Bogomil zostaje postrzelony, Foley zostawia sprawę (przydziela ją kumplowi) i wyrusza na pomoc przyjacielowi.

Zmianę w sequelu widać od razu. Tym razem „dwójkę” nakręcił opromieniony sukcesem „Top Gun” Tony Scott. Intryga tym razem jest bardziej skomplikowana (przynajmniej w teorii), zaś nasze trio Foley/Taggart/Rosewood musi nie tylko wyjaśnić sprawę, lecz nie da się wkopać nowemu szefowi policji. Nazywa się on Lutz, jest skończonym idiotą i ma podwładnego, który tak mu w dupę włazić, że – jak to ujął jeden ze skeczy kabaretowych – „powinien nazywać się Czopek”. Nadal nasz detroidzki glina posługuje się sprytem, ma jeszcze więcej sztuczek (włamuje się za pomocą gumy do żucia) i luźno podchodzi do litery prawa. Nadal potrafi rozśmieszyć.

Za to duet Taggart/Rosewood przeszedł pewną ewolucję. A mówiąc konkretniej, Rosewood odmienił się całkowicie. Nie dość, że zaczyna lubić adrenalinę, to jeszcze w domu ma arsenał broni, plakaty z filmów Sylvestra Stallone’a i coraz bardziej zaczyna rozrabiać. Akcja jest jeszcze bardziej szalona i dynamiczna, napady wręcz budzą pewne skojarzenia z Michaelem Mannem w czym pomaga świetny montaż (sekwencja napadu na tor wyścigów konnych przeplatana z wyścigiem) oraz bardziej dynamiczna praca kamery. Nawet ujęcia w zachodzącym słońcu wyglądają niesamowicie – czerwień jest bardzo nasycona, a całość jest o wiele mroczniejsza wizualnie.

Jeśli jednak do czegoś muszę się przyczepić, to poza powtórzeniem (z pewnymi modyfikacjami) sytuacji z części pierwszej, to problemem dla mnie są antagoniści. Po prostu jest ich za dużo, choć zagrani są dobrze (Jurgen Prochnow z Brigitte Nielsen oraz Deanem Stockwellem), to jednak ich nadmiar za bardzo komplikuje wszystko. To, co działało poprzednio, nadal funkcjonuje świetnie. Murphy nadal czaruje swoim urokiem, duet Ashton/Reinhold jeszcze bardziej szaleje (w finale to dokonują wręcz rzeźni), zaś Scott pewnie podkręca tempo i adrenalinę.

Dla mnie druga część dorównuje oryginałowi, a reżyserowi udaje się zachować balans między komedią a akcją. To ostatnie potrafią zrobić dobrze tylko nieliczni, co świadczy o klasie twórcy.

8/10

Radosław Ostrowski

Gliniarz z Beverly Hills

Pamiętacie czasy, gdy Eddie Murphy był supergwiazdą kina, a jego filmy zarabiały zyliony dolarów? To były stare, dobre lata 80., kiedy komedia pozwalała sobie na dużo więcej, mając gdzieś polityczną poprawność. I nawet proste pomysły były realizowane szybko. Taka była też komedia sensacyjna „Gliniarz z Beverly Hills”.

gliniarz z beverly hills1-1

Głównym bohaterem jest detektyw Axel Foley – uzdolniony policjant z Detroit, którego wychowała ulica. Ale jego problemem jest niesubordynacja oraz częste działanie za plecami swoich przełożonych. I to dostajemy na początku, kiedy glina próbuje pod przykrywką opchnąć papierosy bandziorom, by ich zgarnąć. Ale nic nie poszło zgodnie z planem i nasz bohater zostaje zawieszony. Na szczęście, wieczorem pojawia się dawno niewidziany kumpel, Mike. Po wspólnym balu, obaj zostają zaatakowani przez nieznanych gości, zaś Mike zastrzelony. Foley decyduje się na własną rękę zbadać sprawę i – będąc na urlopie – wyrusza do ostatniego miejsca pracy kumpla: galerii sztuki w Beverly Hills.

gliniarz z beverly hills1-2

O mały włos a film Martina Bresta wyglądałby zupełnie inaczej. Do roli Foleya przymierzany był najpierw Mickey Rourke (zrezygnował z powodu przedłużających się przygotowań), a następnie sam Sylvester Stallone (odszedł, bo wolał więcej powagi i akcji). Kiedy jednak do gry wszedł Eddie Murphy (także jako jeden z producentów), sprawy przybrały o wiele korzystniejszy obrót. Sama intryga kryminalne jest porządnie prowadzona, mimo znajomych tropów. Prosty koncept osoby, próbującej się odnaleźć w nowym otoczeniu jest prawdziwym samograjem. Foley – gliniarz w trampkach, zdezelowanym wozie i dżinsach – nie bardzo pasuje do Beverly Hills, które jest bardziej eleganckie, pełne ludzi z wyższych sfer oraz dużych pieniędzy. Nawet gliniarze noszą garniaki i mocno trzymają się regulaminu.

gliniarz z beverly hills1-3

I to zderzenie Foleya z Beverly Hills to największe źródło humoru. Brestowi udaje się wpleść humor nawet w scenach pościgów (zatkanie bananem rury wydechowej) czy strzelanin. Sama akcja jest zrobiona w sposób kompetentny, ale bez jakiegoś szału. W zasadzie nie jest to poważny problem, bo odkrywanie zagadki śmierci Mike’a daje sporo frajdy. Dowcipne dialogi oraz sytuacyjne żarty działają, skoczna muzyka z niezapomnianym tematem przewodnim („Axel F”) oraz płynny montaż bujają, zaś bogaty drugi plan podnosi całość na wyższy poziom. Dotyczy to głównie świetnego duetu John Ashton/Judge Reinhold, czyli bardzo sztywnego i do bólu regulaminowego sierżanta Taggarta oraz próbującego wyrwać się z szablonu detektywa Rosewooda.

Ku mojemu zaskoczeniu, pierwszy „Gliniarz” nadal się świetnie ogląda i bawi. Murphy jest prawdziwym wulkanem energii, humor cały czas działa, podobnie jak klimat lat 80. Brest pokazał sprawny warsztat, który eksplodował w następnym filmie, ale o tym kiedy indziej. Prawdziwa klasyka gatunku.

8/10

Radosław Ostrowski

Willow

Zanim Peter Jackson dokonał niemożliwego i przeniósł na ekran „Władcę Pierścieni”, w latach 80. był dosłowny boom na kino fantasy. Pojawiły się takie produkcje jak „Excalibur”, „Conan Barbarzyńca”, „Legenda” czy „Zaklęta w sokoła”. Jedną z ostatnich wartych uwagi produkcji z tego okresu był pochodzący z 1988 roku „Wiilow”. Produkcja, za którą odpowiadał reżyser Ron Howard oraz producent George Lucas, poniosła w kinach klęskę. Po latach jednak zaczęła zyskiwać miano kultowego.

willow1

Sama historia jest prosta, w zasadzie można powiedzieć, że to „Gwiezdne wojny” w wydaniu fantasy. I nie ma w tym przesady. Jest przepowiednia, która musi się spełnić (inaczej nie byłaby przepowiednią) o narodzonym dziecku, co ma obalić tyranię królowej Bavmordy. Z takim imieniem musi być ZŁA. Jest młody karzeł Willow, który chce zostać czarodziejem i to właśnie do niego trafia dziewczynka. Decyzją rady wioski mężczyzna musi oddać dziecko ludziom, którzy mają się nią zająć. Po drodze poznaje zamkniętego w klatce wojownika Madmartigana oraz dwójkę leśnych elfów.

willow2

Howard bardzo sprawnie opowiada historię tak archetypiczną jak tylko jest to możliwe. Magia, rycerze, przepowiednie i monstra pojawiają się obowiązkowo. Może nie ma tutaj zaskoczeń, ale jednak reżyserowi udaje się zanurzyć w ten świat. „Willow” jest zaskakująco mroczny i brutalny, mimo umowności przemocy. I tego bardziej poważnego tonu nie burzy ani humor (głównie slapstikowy w wykonaniu dwóch elfów), ani zachwycające plenery. Akcja też jest zrobiona bardzo porządnie, choć z dzisiejszej perspektywy wydaje się spokojna i bardziej kameralna (w porównaniu do trylogii Jacksona). Niemniej jednak czuć rozmach w scenach przemarszu wojsk (z masą statystów) czy potyczkę w zamku Tir Aiseen – tam dołącza jeszcze dwugłowy monstrum.

willow3

Realizacyjnie wygląda to więcej i porządnie – nie brakuje pięknych plenerów oraz scenografii, same walki dynamicznie sfilmowane. A wszystko to podbija absolutnie rewelacyjna muzyka Jamesa Hornera, nadająca epickiego charakteru. Plus absolutnie rewelacyjnie zagrany duet Warwick Davies/Val Kilmer. Pierwszy to bardzo sympatyczny Willow, muszący wziąć na siebie spory ciężar oraz dojść do roli czarnoksiężnika, zaś drugi to zawadiacki wojownik z błyskiem w oku, choć czasami bywa pierdołowaty. Równie wyraziści są antagoniści (lekko przerysowana Jane March oraz budzący grozę prezencją Pat Roach), co podnosi całość na wyższy poziom.

„Willow” brzmi jak klasyczne fantasy, ale ma w sobie masę czaru oraz uroku. Mimo lat nadal bronią się efekty specjalne (choć mocno widać blue screen), zachwyca wizualnie i ma wyraziste postacie, których los obchodzi. Więcej w zasadzie do szczęścia nie trzeba fanowi gatunku.

8/10

Radosław Ostrowski

Titan – nowa Ziemia

Wiek XXXI dla ludzkości był czasem prosperity oraz wielkiego rozwoju technologicznego. Jednym z nowych osiągnięć jest projekt Tytan – potężny statek, który mógłby pomóc w odbudowaniu planety na wypadek jej zagłady. I wtedy dochodzi do ataku planety przez Drejów, którzy widzą w Ziemianach zagrożenie. Ziemia zostaje ostatecznie zniszczona, a ocalałe niedobitki krążą po całym kosmosie. Jednym z ocalałych jest Cale, syn twórcy Tytana, obecnie pracujący fizycznie. Po 15 latach trafia do niego przyjaciel ojca, kapitan Corso ze swoją załogą i informuje go, że chłopak ma ukrytą mapę z lokalizacją Tytana. Drejowie ruszają za nimi w pościg.

titan ae2

Ostatnia animacja zrobiona przez Dona Blutha w zasadzie jest klasyczną opowieścią przygodową w otoczce SF. Ma wiele znajomych elementów w rodzaju bohatera mimo woli, wyrazistego mentora, który okazuje się zdrajcą, romantyczną relację, wreszcie zagrożenie nie z tego świata. Fabuła jest prościutka, zaś wszystko zmierza w oczywistym, bardzo przewidywalnym kierunku. Dobrzy wygrywają, źli dostają łomot (niektórzy dostają szansę na odkupienie) i wszystko jest bardzo fajnie. Ale w tym leżała siła tego filmu.

titan ae3

Albowiem „Titan” pochodzi z czasów, kiedy postanowiono połączyć klasyczną, dwuwymiarową animację postaci z trójwymiarowym tłem. Tym ostatnim są m.in. statki kosmiczne, wygląd planet, maszyneria itd. W dniu premiery robiło to piorunujące wrażenie jak choćby w scenie lotu przez planetę starożytnych kosmitów czy niszczenia Ziemi. To się trzyma równie dobrze jak w przypadku disnejowskiej „Atlantydy”. Równie fantastycznie pasuje do tego wszystkiego muzyka, gdzie obok rockowych numerów dostajemy mocarne, orkiestrowo-elektroniczny mix od Graeme’a Revella.

titan ae1

Jednak fantastyczna realizacja plus udany dubbing ze znanymi aktorami w obsadzie (m.in. Matt Damon, Bill Pullman, Nathan Lane czy Ron Perlman) to jednak za mało, by mówić o niesamowitym filmie. Leży tu scenariusz, gdzie akcja miejscami dzieje się szybko i sprawia wrażenie troszkę niedoszlifowanego. Za dużo jest tutaj klisz i zbyt mało mnie to obchodziło, zaś zmiana zachowania u kilku postaci wydaje się za szybko. Sam świat wygląda imponująco i mógłby być interesujący, jednak to wszystko jest płytkie, za proste, przewidywalne. Warto tylko dla wizualiów.

6/10

Radosław Ostrowski

Sekret księgi z Kells

Aż zadziwiająca jest droga studia Cartoon Saloon. Irlandzcy animatorzy, tworzący staroszkolne filmy rysunkowe, uwagę widzów na całym świecie zwrócili debiutem z 2009 roku. Tak jak w wielu swoich późniejszych filmach, opowieść czerpie z irlandzkiej mitologii oraz tradycji.

sekret kells1

„Sekret księgi z Kells” skupia się na młodym mnichu Brendanie, przebywającym w tytułowym klasztorze w irlandzkim Kells. Jej wuj, będącym opatem, stara się ochronić okolicę przed siejącymi terror Wikingami, co zabijają i kradną złoto. Wszystko się zmienia w momencie, kiedy do klasztoru przybywa słynny iluminator, brat Aiden z Iony. Mnich przetrzymuje ze sobą księgę swojego klasztoru, zawierającej całą wiedzę oraz niesamowite ilustracje. I to Aiden prosi Brendana o pomoc w dokończenie księgi, choć dla chłopaka może oznaczać to nieposłuszeństwo wobec wuja.

sekret kells3

Film w zasadzie jest prostą opowieścią o chłopaku, który zostaje zderzony z dwoma światopoglądami. Pierwszy, reprezentowany przez wuja, oznacza izolację, bezpieczeństwo i poczucie samotności. Tylko, że poczucie bezpieczeństwa jest złudne, a izolacja nie pozwala nieść światła w świecie mroku. Druga postawa, brata Aidena, oznacza ryzyko, otwartość i przenoszenie się z miejsca na miejsce. Jaka opcja wygra, odpowiedź może wydawać się jasna. Jeszcze bardziej intrygują sceny, kiedy chłopak zaczyna mieć wizje tego, co się wkrótce wydarzy lub wydarzyło. Chociaż wydaje mi się, że Brendan nie jest do końca tego świadomy. A chłopakowi w pracy nad księgą będą towarzyszyć istoty nie z tego świata: wróżki Aishley oraz niepokojącego Crome’a.

sekret kells2

Jak wiele produkcji studia Cartoon Saloon, „Sekret księgi z Kells” jest ręcznie rysowaną animacją. Ale najbardziej zadziwiające w tej produkcji jest bardzo częste wykorzystywanie koła. Wiele rzeczy jest tutaj zaokrąglonych: klasztor otoczony murami (widok z góry), drzewa czy ilustracje księgi. Wszystko okraszone celtycką mitologią, celtycką muzyką (świetną – co z tego, ze napisał ją Francuz?) oraz świetnym dubbingiem.

Muszę jednak przyznać, że większe wrażenie zrobiły na mnie „Sekrety morza” oraz „Sekret wilczej gromady”. Być może wynika to z banalnej historii czy lepszej animacji w następnych filmach. Niemniej jest to solidna, urocza animacja w starym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Lot nawigatora

Są takie filmy, wokół których tworzy się kult przez osoby mające z danym tytułem pierwszy kontakt, jak byli dziećmi. Ale obejrzane już przez osobę dorosłą nie robią takiego wrażenia. Tak właśnie miałem ze zrealizowanym dla Disneya „Lotem Nawigatora”. Dzieło Randala Kleisera (twórca „Grease” oraz „Kochanie, zwiększyłem dzieciaki”) jest tak prostym filmem familijnym jak tylko się da. I chyba dlatego nie zrobiła na mnie takiego wrażenie.

lot nawigatora1

Akcja skupia się na chłopcu o imieniu David, który żyje w 1978 roku. Wracając do domu po swojego brata, potyka się i spada do skarpy. Kiedy się budzi, wraca do domu. Tylko jest jedno ale: w domu mieszkają jacyś obcy ludzie, dzwonią po policję. Chłopiec trafia do swoich rodziców, lecz okazuje się, że zaginął przez… osiem lat. W tym samym czasie na Ziemi ląduje tajemniczy statek kosmiczny i staje się obiektem badań NASA. Jak się okazuje, mózg chłopca jest w stanie komunikować się ze statkiem kosmicznym. I to się musi zakończyć jednym: wspólnym lotem, gdzie chłopiec pełni rolę Nawigatora.

lot nawigatora2

Jeśli spodziewacie się tutaj jakichś momentów zaskoczenia czy przewrotek, reżyser ich nie zaserwuje. Historia idzie o sznurku, nie ma żadnych pobocznych wątków, w zasadzie mieszając dwie historie ze sobą. Pierwsza dotyczy Davida (bardzo dobry Joey Cramer) i jego zagubieniu się w bardziej współczesnym świecie. Naukowcy próbują mu pomóc w odzyskaniu brakujących luk. Druga dotyczy statku kosmicznego, próbującego wrócić do domu. By tego dokonać, potrzebuje wiedzy zachowanej u chłopaka. Duo zaczyna się lepiej poznawać i podróżować, by wrócić do domu. W sumie tyle.

lot nawigatora3

Czy coś zapada w pamięć? Porządne efekty specjalne, sam wygląd statku (kierowany głosem Paula Reubensa) oraz elektroniczna muzyka Alana Silvestriego, która daje prawdziwego kopa. Także chłopak grający główną rolę wypada bardzo solidnie. Jest jeszcze parę znanych twarzy na drugim planie jak Veronica Cartwright i Sarah Jessica Parker na początku swojej kariery. To jednak jest troszkę za mało, by nazwać film w pełni udanym. Jeśli oglądaliście go za młodu, może z sentymentu się spodobać. Ale jeśli – tak jak ja – macie pierwszy kontakt, szału nie będzie. Obejrzycie, zapomnicie i będzie po wszystkim.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Po kłębku do nitki

O Sherlocku Holmesie powstała masa filmów i seriali, które do postaci stworzonej przez Arthura Conan Doyle’a podchodziły różnie: od klasycznych motywów po czystą wariację. W 1988 roku reżyser Thom Eberhardt postanowił zabawić się tą postacią. A dokładniej odwrócić role Watsona i Holmesa.

po klebku do nitki1

„Po kłębku do nitki” zaczyna się od włamania do muzeum, które zostaje powstrzymane przez Holmesa. Dopiero po akcji okazuje się, że naszym geniuszem rozgryzającym wszelkie zbrodnie jest… doktor Watson (zaskakujący, lecz energiczny Ben Kingsley). Z kolei Sherlock Holmes jest wynajętym przez pisarza/detektywa aktorzyną Reginaldem Kincaidem (cudowny Michael Caine), który do postaci super-detektywa pasuje jak pięść do oka. Jest pijakiem, dziwkarzem i idiotą, ale to on tworzy wizerunek genialnego śledczego. Kiedy Watson chce zerwać współpracę oraz zacząć działać na własny rachunek, efekt jest dla niego mocno rozczarowujący. Wszyscy chcą Holmesa, więc doktor decyduje się na ostatnią wspólną sprawę. Chodzi o zaginięcie urzędnika mennicy państwowej razem z oryginalnymi matrycami 5-funtowego banknotu.

po klebku do nitki2

Już na wstępie powiem, że jest to parodia dzieł Conan Doyle’a i to zrobiona ze smakiem. Są bardzo znajome elementy: od dedukcji (tym razem Watsona) przez inspektora Lestrade’a i panią Watson po ferajnę (dzieci z ulicy, obdarzone sprytem oraz będące informatorami). Jest i sam Moriarty, który stoi za wszystkim, przewidując o kilka ruchów do przodu. Masa mylnych tropów oraz intryga na poziomie dzieł klasyka literatury. Zachowano klimat czasów wiktoriańskiej Anglii, scenografia i kostiumy robią dobre wrażenie, zachowując masę humoru. Ten ostatni wynika przede wszystkim z kontrastu między Kincaidem a Watsonem oraz ewolucji ich relacji. Ten pierwszy w końcu zostanie docenionym aktorem, zaś jego rola pomoże w rozwiązaniu sprawy. Drugi pogodzi się z obecnością swojej kreacji.

po klebku do nitki3

Caine z Kingsleyem działają na ekranie cuda, tworząc rewelacyjny duet i to prawdziwe paliwo napędowe. Drugi plan też potrafi błysnąć, zwłaszcza Jeffrey Jones w roli inspektora Lestrade’a oraz Paul Freeman jako Moriarty. Historia wciąga, intryga prowadzona jest pewną ręką, zaś zgrywa z postaci Holmesa nadal potrafi bawić. To jest przykład kreatywnego podejścia do ogranej i bardzo znajomej postaci.

7,5/10

Radosław Ostrowski