Django

O Django wszyscy usłyszeli w 2012 roku, kiedy opowiedział o nim Quentin Tarantino. Problem w tym, że to nie była pierwsza historia o kowboju obdarzonym tym imieniem. Wszystko zaczęło się w 1966 roku dzięki mistrzowi spaghetti westernu. Niestety, nie był nim Sergio Leone, lecz będący troszkę w jego cieniu Sergio Corbucci. O dziwo, mimo lat bardzo dobrze się trzyma. Ale zacznijmy od początku.

django(1966)1

Kiedy poznajemy tytułowego bohatera idzie pieszo, ciągnąc za sobą trumnę. Kim jest, co jest w trumnie, czym się zajmuje?  – sprawa nie jest jasna. Zbliżając się do miasteczka trafia na grupę Meksykanów chłostających kobietę obyczajów lekkich. Ci zostają zastrzeleni przez zbliżających się z drugiej strony żołnierzy Konfederacji. Noszą oni czerwone maski na twarzach, ale nie oszukujmy się – to członkowie Ku Klux Klanu. I też bardzo zależy, żeby kobietę odesłać do krainy wiecznych łowów. A samo miasteczko jest opustoszałe, brzydkie oraz ubłocone. Jakby nikt tutaj nie mieszkał, jednak znajduje się saloon połączony z burdelem. Wkrótce Django wplątuje się w konflikt między Jankesami a Meksykanami.

django(1966)3

Jeśli historia budzi wam skojarzenia ze “Strażą przyboczną” czy “Za garść dolarów”, jest to właściwy kierunek. Nie jest to jednak kalka jeden do jeden, ze zmienionym tłem oraz postaciami. “Django” jest o wiele brudniejszy i brutalniejszy od filmów Kurosawy oraz Leone, główny bohater ma głębszą motywację działań, a nad wszystkim unosi się klimat kina klasy B. Reżyser jednak jest na tyle sprytny, że potrafi wykorzystać swoje karty: cięte dialogi, oszczędną scenografię, krwawą przemoc oraz świetną muzykę z niezapomnianym tematem przewodnim. Akcja prowadzona jest bardzo pewnie, z nerwem oraz napięciem, zaś bójka w saloonie, gdzie część scen widzimy z oczu wygląda świetnie. Wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie i kiedy wydaje się, że znamy finał, zostajemy od razu sprowadzeni do parteru. Ten gorzki oraz brudny klimat towarzyszy aż do ostatecznej konfrontacji na cmentarzu.

django(1966)2

Zagrane jest to naprawdę nieźle, ale najbardziej wybija się Franco Nero w roli tytułowej. Bohater ten wygląda niczym tańszy Clint Eastwood oraz troszkę bardziej rozmowny (ale tylko troszkę), ale tak samo sprytny i obojętny wobec reszty otoczenia. Niemniej tkwi w nim coś więcej, choć nie pokazuje tego zbyt często. Właśnie ta kreacja podnosi całość na wyższy poziom, dając masę energii dla tego filmu. Przypominając przy okazji, że spaghetti western to nie tylko Sergio Leone.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lepsze jutro II

Pamiętacie braci Kita i Ho? Jeden został policjantem, drugi bandytą i odsiaduje wyrok. Bracia znowu działają razem, ale tym razem sprawa jest o wiele poważniejsza. Policja interesuje się byłym gangsterem, a obecnie właścicielem stoczni z długami, którego podejrzewają o produkcję fałszywych dolarów. Obaj odkrywają, że za interesem stoi prawa ręka Lunga, pan Ko i chce przejąć jego interes, wcześniej likwidując go. Bracia decydują się pomóc przyjacielowi, ale czy będą w stanie wyjść bez szwanku.

lepsze jutro2-1

Rok po pierwszej części John Woo wraca do braterskiej sensacji. Tylko, czy jest to troszkę za szybko? Bo drugie “Lepsze jutro” wydaje się być filmem pozbawionym energii oraz dynamiki poprzednika. Rozumiem z czego to wynika, bo reżyser inaczej stawia akcenty. Wolniejsze tempo oraz wątek brata bliźniaka Marka, który prowadzi restaurację w Nowym Jorku, mogą wprawić w konsternację. Woo próbuje skupić się na intrydze i pare razy błądzi. Kiedy próbuje pogłębiać swoich bohaterów albo popada w śmieszność (wątek załamanego Lunga po śmierci córki odpycha przeszarżowaniem odtwórcy tej roli) albo jest zbędnym zapychaczem jak w przypadku żony Kita. Brakuje tutaj balansu, a wykorzystanie niektórych efektów specjalnych wywołuje śmiech politowania. I wygląda to po prostu kiepsko.

lepsze jutro2-2

Przez większość czasu “Lepsze jutro II” oglądałem z obojętnością, nawet mimo wrzuconej postaci Kena. Dzięki czemu trafiamy do Nowego Jorku, a obecność Chow Yun-Fata zaczyna dodawać wiele energii. Do tego momentu nawet strzelaniny wydają się jakieś takie mniej widowiskowe, przez co trzeba uzbroić się mocno w cierpliwość. Przez to zacząłem bardziej zauważać niedoskonałości oraz ograne klisze tego reżysera (nieskończona amunicja, niemal całkowita odporność na strzały).

lepsze jutro2-3

Wszystko się zmienia kiedy brat bliźniak Marka chwyta za broń i walczy z amerykańską mafią. Woo zaczyna szaleć, zaś klimat poprzednika powoli wraca na miejsce. Wisienką na torcie jest za to finałowa konfrontacja, gdzie trzech bohaterów walczy z wielokrotnie większymi siłami wroga. Wtedy w ruch idą pistolety, uzi, strzelby, pięści, a nawet granaty i… miecz samurajski. Może i jest to strasznie efekciarskie, za bardzo cool, ale ile to daje frajdy oraz adrenaliny. Właśnie ta kilkuminutowa sekwencja z równoległym montażem podnosi ocenę sequela. Względnie udanego, ale troszkę pozbawionego ikry oryginału.

7/10

Radosław Ostrowski

Lepsze jutro

Mark i Ho to dwaj gangsterzy pracujący dla Triady, realizując dla niej różne interesy. Głównym ich celem jest jednak fałszowanie dolarów. Młodszy brat Ho zostaje przyjęty do akademii policyjnej, nie znając jego działalności przestępczej. Wszystko zmienia się w momencie, kiedy Ho wyrusza w interesach do Tajlandii. Cała akcja kończy się zdradą oraz aresztowaniem Ho, a także zabójstwem jego ojca. Od tej pory młodszy brat traktuje Ho jak wroga, mimo że tamten wychodzi z więzienia i próbuje zacząć uczciwe życie.

lepsze jutro1-1

John Woo zanim wyruszył podbijać Amerykę, w swojej ojczyźnie miał reputację mistrza kina akcji. Może I historie bywały proste, oparte na znajomych schematach oraz motywach z czarnego kryminału czy kina gangsterskiego. Braterstwo, lojalność, przyjaźń, zasady, próba wyrwania się z brutalnej i krwawej przeszłości. Brzmi to wszystko bardzo znajomo, ale wszystko zależy od tego, jak się opowie oraz zrealizuje dany film. W filmie z 1986 roku chiński reżyser stawia na styl oraz efekciarską rozwałkę. Jeszcze bez gołębi, za to ze slow-motion oraz niekończącą się ilością amunicji w magazynku. Gdzie trup ścieli się gęsto, adrenalina osiąga poziom powyżej normy, a szybki montaż nie wywołuje dezorientacji ani bólu głowy. Spokojnie, Woo jeszcze tutaj nie podkręca akcji do poziomu szaleństwa z czasów USA czy wczesnych lat 90.

lepsze jutro1-3

“Lepsze jutro” ma też chwile na złapanie oddechu oraz bliższe spojrzenie na bohaterów: dumnego, twardego Marka, skupionego na pracy Kita, chcącego wycofać się z interesu Ho oraz bardzo chciwego, twardo trzymającego się władzy Shenga. Każdy z nich liczy na tytułowe lepsze jutro, ale każdy z nich interpretuje je inaczej: władzę, pieniądze, uczciwość, przebaczenie. Wszystko to jest polane w krwawo-westernowo-gangsterskim sosie, gdzie nie brakuje zarówno napięcia (zamach na domniemanego zdrajcę, zasadzka), brawurowych strzelanin oraz pędzącej na złamanie karku akcji. A także odrobiny humoru, rozładowującego napięcie (przesłuchanie dziewczyny Kit, grającej na wiolonczeli).

lepsze jutro1-2

Jest to też bardzo dobrze zagrane, choć z tego grona najbardziej wybija się Chow Yun-Fat jako twardy i pełen dumy Mark, którego energia oraz lojalność jest równa ilości wystrzeliwanych nabojów. Ale pozostali aktorzy (skonfliktowani Lung Ti oraz Leslie Chung, a także Waise Lee) wypadają bardzo dobrze, nie ustępując kroku nawzajem. Jeśli jesteście fanami Johna Woo, już ten film obejrzeliście. Jeśli nie, może być świetnym początkiem do poznania chińskiego poety przemocy.

8/10

 

Radosław Ostrowski

Labirynt

Sarah jest nastolatką, która żyje w świecie baśni i fantazji. W tym sensie, że czyta wiele takich książek oraz ma masę zabawek – mentalnie jakby nadal była dzieckiem. Rodzice proszą ją o opiekę nad dużo młodszym bratem, a oni wyjdą na miasto. Problem w tym, że płacz Toby’ego doprowadza dziewczynę do szału, przez co dzieciak zostaje – za pomocą jej słów –  zabrany przez Króla Goblinów i trafia do jego zamku. By go odzyskać Sarah ma 13 godzin, by przebić się do zamku przez labirynt.

labirynt (1986)1

Dla wielu widzów Jim Henson to przede wszystkim twórca kultowych Muppetów, ale w swoim dorobku ma dwa filmy fabularne w klimacie fantasy. Obydwa w dniu premiery nie zostały zbyt ciepło odebrane, ale osiągnęły status dzieł kultowych. “Labirynt” nie jest aż tak mroczny jak “Ciemny kryształ”, ale nie pozbawiony elementów grozy. Pod płaszczykiem fantastyki ukrywa się historia o dojrzewaniu oraz końcu dzieciństwa. Tytułowy labirynt to miejsce bardzo zaplątane, gdzie nic nie jest tym, co się wydaje. Niepozbawionym pułapek, gdzie nie każdemu można zaufać, nic nie jest fair (jak życie), gdzie każdy błąd może wiele kosztować. Dlatego lepiej mieć u swoim boku przyjaciół, choć poznanie ich nie zawsze jest łatwe. Sama opowieść jest klasyczna, schematyczna i raczej nie zaskakująca, lecz nie dlatego robi ona takie wrażenie.

labirynt(1986)2

Henson przykuwa uwagę stroną plastyczną, co było także mocną stroną poprzedniego filmu. Dużo jest tutaj efektów praktycznych, masa kukiełek (w jednej scenie jest ich nawet 50) oraz bardzo imponująca scenografia. Dużo jest tutaj pomysłowych rzeczy (dwie gadające kołatki, bagno ze specyficznym zapachem), zabaw perspektywą (finałowa konfrontacja w pomieszczeniu pełnym schodów w różnych miejscach) oraz zaskakująco dużo humoru. Jakby tego było mało, jest kilka scenek musicalowych z kilkoma chwytliwymi piosenkami. I tutaj słychać, że jest to produkcja z lat 80., ale nie zestarzały się mocno. Ale “Labirynt” nie porwał mnie tak bardzo jak “Ciemny kryształ”, nie zaangażowałem się. Mimo pewnej realizacji oraz balans między humorem a dramatem czy bardzo dobrego aktorstwa. Zarówno młodziutka Jennifer Connelly (Sarah), jak i magnetyzujący David Bowie (król goblinów) są fantastyczni, dodając wiele charakteru do tego filmu. Tak jak wiele postaci drugoplanowych w rodzaju krasnoluda Hoggle, waleczny pies sir Didymus czy przypominający yeti Ludo.

labirynt(1986)3

“Labirynt” ma w sobie wiele uroku oraz tworzy specyficzne kino fantasy. Nie brakuje mroku, humoru (za scenariusz odpowiadał Terry Jones z “Latającego cyrku Monty Pythona”) oraz refleksji. Przejście z czasu dzieciństwa do dorosłości jest trafnie pokazane, chociaż zakończenie może wielu zmylić. Mimo wad ma wiele uroku.

7/10

Radosław Ostrowski

Conan Barbarzyńca

Lata 80. to okres pełen kina fantasy. Chociaż większość filmów z tego gatunku nie przyniosła oczekiwanych profitów w dniu premiery, dopiero z czasem otrzymując należną im estymę. Wyjątkiem od tej reguły był “Conan Barbarzyńca” z 1982 roku. Film Johna Miliusa idzie w zupełnie innym kierunku niż by fani gatunku się spodziewali. Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Conana z Cymerii poznajemy jako dziecko, będące powoli przygotowywane do roli wojownika oraz kowala. Jednak los ma wobec niego zupełnie inne plany, a jego rodzina I pobratymcy zostają zamordowani przez grupę kultystów. Dowodzi nimi tajemniczy Thulsa Doom, zaś ich znakiem rozpoznawczym są dwa węże splecione w przeciwnych kierunkach. Chłopak zostaje sprzedany do niewoli, a następnie pełni role gladiatora. W końcu zostaje wolnym człowiekiem, a jedyne co mu zostaje to zemsta. Ale czy będzie w stanie jej dokonać?

conan1

Pierwsze, co tutaj zwraca uwagę to przyziemna wizja świata. Jeśli szukacie widowiskowych efektów specjalnych, imponującej scenografii oraz rozmachu godnej produkcji za kupę kasy, przemyślcie decyzję co do seansu. Bo nie ma tutaj fajerwerków, a historia toczy się spokojnie, bez zbędnego przyspieszania. Dialogów też nie ma tutaj zbyt wiele, co jak na produkcję dużego studia jest zadziwiające, mimo obecności narracji z offu. Reżyser woli opowiadać historię za pomocą obrazu, długich scen oraz epickiej muzyki Basila Poledourisa zamiast wykładać wszystko kawa na ławę. I to podejście bardzo szanuję, tak samo jak zbudowanie wiarygodnego świata. Ni to starożytnego, ni to średniowiecznego, ale pociągającego.

conan3

Wizualnie imponuje tutaj zarówno spójna strona wizualna, jak i scenografia. Wszystkie te budowle oraz szczegółowe kostiumy dodają realizmu dla tego tytułu. Tak jak też bardzo surowo pokazane sceny akcji. Tutaj pojedynki są szybkie, bez popisywania się umiejętnościami szermierczymi. Krwawo, brutalnie, bez patyczkowania i z kilkoma mocnymi zakrętami fabularnymi. Więcej wam nie zdradzę, bo trzeba się samemu przekonać. Ale wielu może się odbić wolnym tempem czy miejscami skrótową narracją. Dla mnie największą wadą jest finałowa konfrontacja między Conanem a Doomem, która wydawała mi się taka sobie i troszkę psuła klimat tego filmu.

conan2

Reżyserowi udało się zbudować świetne postacie, mimo nie korzystania z ekspozycji. Najlepiej zarysowany jest Conan – wyjątkowo małomówny, silnie zbudowany oraz motywowany przez zemstę. Te cechy pasowały do Arnolda Schwarzenneggera, który wykorzystał swoją szansę i dzięki temu stworzył swoją pierwszą ikoniczną postać. Równie wyrazisty jest antagonista, ale czy może być inaczej, jeśli masz przed sobą głos samego Dartha Vadera? James Earl Jones jako Doom magnetyzuje w każdej scenie, choć nie pojawia się zbyt często. Drugi plan też jest bardzo interesujący z kradnącym film Mako w roli lekko złośliwego czarnoksiężnika Akiro.

conan4

Jestem zadziwiony jak dobrze trzyma się pierwsze filmowe spotkanie z Conanem. Jest to kino skromne jak na fantasy, bardzo brudne, krwawe i czasami dziwne. Ale to od tego filmu wystrzeliła na poważnie kariera Arnolda jako aktora. Reszta jest historią i szkoda, że sequel rozczarował.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Krull

Co by było, gdyby udało się połączyć ze sobą fantasy z SF? Tylko, że taka sklejka, gdzie mamy rycerzy z mieczami oraz wojowników z bronią laserową brzmi dość idiotycznie. I zapowiada coś niespójnego,bo jak ci pierwsi mają pokonać tych drugich? W otwartej konfrontacji nie mają żadnych szans, a lepsza technologia daje wielką przewagę. Jednak w 1983 roku pewien szaleniec postanowił połączyć sprzeczne gatunki, ale to nie wystarczyło na zarobienie kasy. Po kolei.

Tytułowy Krull to planeta, gdzie żyją dwa zwaśnione królestwa. Decydują się jednak zjednoczyć, bo nic tak nie łączy, jak wspólny wróg. Jest nim niejaka Bestia (bardzo oryginalna nazwa na antagonistę), będąca… ruchomą planetą w kształcie gory oraz mogąca wyglądać jak jej się żywnie podoba. Wspierają ją paskudnie wyglądający Zabójcy, którzy są jak szturmowcy z “Gwiezdnych wojen”, ale strzelają o wiele lepiej. Przymierze – zgodnie z pradawnymi proroctwami – ma zapewnić ślub dzieci dwóch królestw, lecz ceremonia zaślubin została przerwana przez atak Zabójców. Cała rzeźnię przeżył tylko pan młody Colwyn. Mężczyzna razem z przybyłym mędrcem wyrusza odbić swoją przyszłą żonę, ale droga nie jest łatwa.

krull1

Film nakręcił Peter Yates, który był znany jako twórca sensacyjnego “Bullitta” z pamiętną sceną pościgu samochodowego. Zdecydował się na realizację tego filmu, by wyjść poza ramę specjalisty od pościgów samochodowych i thrillerów. Ale efekt jest tylko połowiczny, bo największą wadą tego filmu jest scenariusz. Historia jest bardzo klasyczna i przypomina quest z gry RPG: odzyskać swoją ukochaną, znajdź magiczny przedmiot, zbierz drużynę, pokonaj wroga. Samo w sobie nie jest złe I jest pare fajnych dialogów, dodających odrobinkę humoru. Ale sama konfrontacja rycerzy z futurystycznymi żołnierzami mającymi lasery nie wywołuje napięcia, a droga do wykonania głównego zadania nie ma niczego ekscytującego. Nie ma tutaj fajnych pomysłów inscenizacyjnych, choć jest kilka ciekawych konceptów tego świata (ogniste konie zasuwające bardzo szybko czy cyklopi, który znają kiedy oraz jak umrą). Sami bohaterowie są jednak jednowymiarowi i schematyczni: młody, odważny wojownik, grupa zbiegów, mag-pierdoła, mędrzec oraz niewinna księżniczka. Ciężko w to wejść, zaś punkt wyjścia potwierdza pewną niedorzeczność. Bo jak tu pokonać przeciwnika lepiej uzbrojonego, ale także mogącego wszędzie się przemieszczać i zmieniając wygląd? No właśnie.

krull2

Muszę przyznać, że realizacyjnie jest o wiele lepiej niż ze scenariuszem. Świat jest bardzo różnorodny i dobrze wygląda, w tle gra absolutnie genialna muzyka Jamesa Hornera, która zapowiada wielką przygodę, a zdjęcia dają ten oddech kina przygodowego. Na osobne wyróżnienie zasługuje scenografia, ze wskazaniem na Czarną Twierdzę. Jej kolejne komnaty oraz pomieszczenia przypominają wręcz surrealistyczne obrazy i wyglądają bardzo oryginalnie. A efekty specjalne są nierówne. Niektóre dobrze się starzeją (pomniejszone modele czy sceny w siedzibie Pajęczej Wdowy), o tyle widać ujęcia z użyciem tzw. blue screena, kłując mocno w oczy.

krull3

Choć nie ma tutaj zbyt wiele do zagrania, aktorzy dają z siebie wszystko. Najlepiej wypada tutaj jedyny Amerykanin w obsadzie – Ken Marshall. Trudno odmówić jego Colvynowi charyzmy, naturalności oraz zwinności w scenach akcji. Świetnie się go ogląda i ma w sobie coś z bohaterów kina przygodowego z lat 30. Na drugim planie mamy kilka znanych twarzy jak Freddie Jones (mędrzec Yhyr), Alun Armstrong (Torquil, szef bandy) czy stawiających pierwsze kroki na ekranie Liam Neeson oraz Robbie Coltrane.

To jest jedno z dziwniejszych doświadczeń ekranowych oraz przykład filmu, który mógłby powstać tylko w latach 80. “Krull” jest hybrydą fantasy z SF, która powinna się potknąć na własnych nogach. Wygląda I brzmi świetnie, ale sama historia jest bardzo nudna, rozczarowująca oraz pozbawiona nawet odrobiny ekscytacji. Jeśli zechcecie obejrzeć ten film, nie oczekujcie zbyt wiele, a chcąc poznać inne oblicze Yatesa, lepiej sięgnijcie po zrealizowanego w tym samym roku “Garderobianego”.

6/10

 

Radosław Ostrowski

Król Artur – wersja reżyserska

Było już tyle wersji opowieści o królu Arturze, że można się w tym pogubić. Ostatnio mieliśmy króla od Guya Ritchie, gdzie był on ulicznym cwaniaczkiem i alfonsem. Ale była wcześniej w tym samym wieku inna próba opowiedzenia „prawdziwej historii” mitycznego władcy Brytanii. Czy jednak reżyser Antoine Fuqua, opromieniony sukcesem „Dnia próby” podołał zadaniu.

krol artur1

Akcja filmu z 2004 roku toczy się w połowie V wieku n.e. Artur jest dowódcą oddziału wojskowego, składającego się z potomków dzielnych Sarmatów. Ci dzielny wojownicy służą Imperium Rzymskiemu na 15 lat i po wykonaniu swoich zadań wracają do domów. Tym razem ekipa pod wodzą Artura, gdzie mamy m.in. Lancelota, Tristana i Galahada dostaje swoje ostatnie zadanie. Muszą przywieźć z północy kraju (poza Murem Hadriana) rzymską rodzinę, której syn jest ulubieńcem samego papieża. Problemem jednak jest to, że jest to teren Piktów, zaś od morza zbliżają się niebezpieczni Saksowie. Więc nie wszyscy mogą przeżyć całą wyprawę.

krol artur4

Sama historia brzmi bardzo znajomo i zawiera pewne elementy klasycznych mitów. Jednak są one bardzo zmodyfikowane, przez co nie ma silnego deja vu. Merlin jest tutaj władcą Piktów, Ginewra pojawiająca się w połowie też pochodzi z tego plemienia, wojownicy Artura są nazywani Rycerzami, a wszystko toczy się pod koniec istnienia Imperium Romanum. A i sama historia Artura jest mocno zmodyfikowana i to nawet nieźle wypada. Więc nie można tego filmu nazwać w żadnym wypadku prawdziwą historią. O samym Arturze w historycznych źródłach nie ma zbyt wiele, więc elementy fikcji muszą się pojawić. I nie mam z tym problemów, ale to nie jest najgorsze.

krol artur2

Sama historia jest zwyczajnie nudna oraz przewidywalna. Mamy tu masę znajomych wątków jak nieliczna grupa walcząca z przeważającymi siłami wroga, wojowniczka zakochana w osobie uwalniającej ją, silna więź między członkami grupy i zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością. Dodatkowo mamy wplecione zderzenie chrześcijaństwa z pogaństwem oraz pokazanie do czego są zdolni ludzie w imię Boga. Tylko, że to kompletnie mnie nie angażowało, zaś dialogi dotyczące wolności, wolnej woli i tego typu rzeczy jeszcze bardziej drażniły moje uszy.

krol artur3

Może realizacyjnie jest lepiej? No nie do końca. Same sceny batalistyczne są zmontowane z szybkimi cięciami, przez co wydają się bardzo chaotyczne. Wyjątkiem od tej reguły jest świetnie trzymająca w napięciu potyczka na zamrożonym jeziorze. Mogą się podobać zdjęcia oraz realistyczne (ale tylko w wersji reżyserskiej) momenty akcji z brudem i sporą ilością krwi. Ten element realizmu może być pewną zaletą, jednak nie podnosi poziomu filmu wysoko.

A i aktorzy nie mają tutaj zbyt wiele do zagrania, przez co w większości wydają się nudnym tłem. Taki jest choćby Clive Owen jako Artur, będący esencją nijakości oraz braku własnego charakteru. Z tego grona najbardziej wybija się zadziorny Ray Winstone (Borg), będący antagonistą Stellan Skarsgard jako Cedryk oraz Keira Knightley, pokazująca tutaj spory potencjał na heroinę kina akcji. Reszta znanych dziś twarzy jak Joel Edgerton, Hugh Dancy czy Mads Mikkelsen nie zostaje w całości wykorzystana.

Ta niby realistyczna wersja opowieści o królu Arturze to przeciętne kino przygodowo-historyczne, które chciałoby być drugim „Braveheart” sklejonym z elementami fantasy. Pozbawione własnego charakteru i za bardzo czerpiące ze znajomych schematów, przez co zwyczajnie nudzi. I nawet realizacja nie jest w stanie tego ukryć.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Pogromca smoków

Były kiedyś czasy, kiedy ludzie wierzyli w wielu bogów, krążyła po świecie magia, zaś chrześcijaństwo dopiero zaczynało przybierać na sile. No i były też smoki, które tworzyli potężni magowie. Ten posiadacz łusek oraz zionący ogniem działa na terenie królestwa Urlandu, chociaż na innych zasadach. Otóż bestia bierze sobie dziewicę podczas każdego przesilenia w zamian za zostawienie królestwa w spokoju. Jednak sami mieszkańcy wyruszają w poszukiwanie maga, co mógłby zabić smoka. I znajdują go w postaci mędrca Ulricha oraz jego ucznia, Galena.

dragonslayer1

Debiutancki film scenarzysty Matthew Robbinsa powstała w czasie wielkiego boomu na kino fantasy. Wyprodukowany przez Disneya i dystrybuowany przez Paramount jest zaskakująco mroczny i bardziej poważny w tonie. Sama historia wydaje się banalna, ale reżyser uważnie prowadzi narrację, skupiając się na budowaniu świata. A jest to świat z pogranicza baśni i fantastyki, gdzie pogańskie elementy (magia, smoki, czarnoksiężnicy) zderzeni są ze światem chrześcijańskim, powoli przejmującym kontrolę. Gdzie ludzie wierzą, że dzięki poświęceniu nielicznych można uratować całe królestwo (wybór dokonywany jest przez losowanie), co mrozi krew w żyłach. Samo budowanie tego świata, mimo wykorzystania znajomych elementów (losowanie oraz cała zabawa ze smokiem przypomina mi mit o Minotaurze) to najmocniejszy punkt tego filmu.

dragonslayer2

Tak samo pozytywnie zaskakuje wykonanie. Praca scenografów i kostiumologów prezentuje się nadal dobrze, tworząc bardzo surowy, miejscami mroczny klimat. Potęguje to jeszcze bardziej praca kamery, choć niepozbawiona pewnej plastyczności. Wygląda to bardzo ładnie w obrazu, zaś w tle gra bardzo agresywna, eksperymentalna muzyka. Ale jeszcze bardziej zaskakuje obecność krwi (śladowa, ale jednak) oraz golizny, czego po Disneyu raczej się nie spodziewano. Jeśli coś postarzało się, to jedynie sam wygląd smoka, a efekt poruszania (kukiełka) trzyma się naprawdę nieźle. Tak samo jak efekty specjalne, głównie optyczne. Budowanie napięcia za pomocą oszczędnego pokazywania części jego ciała we fragmentach. Dopiero w ostatecznej konfrontacji widać bestię w całości, choć sam wygląd twarzy nie jest zbyt szczegółowy.

dragonslayer3

Aktorsko całość prezentuje się dobrze, choć nie ma tutaj żadnych znanych twarzy. Najlepiej z całego grona prezentuje się Ralph Richardson jako mag Ulrich, choć pojawia się tylko na początku i końcu. Ale nawet wtedy przebija się z tej postaci mądrość, opanowanie i charyzma. Protagonistą jest tutaj Galen, grany przez Peter MacNicola, który tutaj jest jeszcze na początku drogi jako mag. Budzi sympatię, choć przez większość czasu jest bardzo wycofany i zbyt pewny siebie. Nie można odmówić mu odwagi i sprytu, mimo braku doświadczenia.

Troszkę szkoda, że film Robbinsa dzisiaj wydaje się troszkę zapomniany. Bardzo mroczny, brudny, niepokojący, a jednocześnie pokazujący przemijanie starego świata na rzecz nowego (dosadnie pokazuje to zakończenie). Niemniej warto odszukać tej perełki w gatunku fantasy z czasów przed „Władcy Pierścieni”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda

Wiele było już prób opowieści o tym jak legendarny bandyta Jesse James został zabity przez członka swojego gangu. Jednak reżyser Andrew Dominik w 2007 roku podszedł do tematu z zupełnie innej strony. Jeśli spodziewacie się klasycznego westernu, gdzie cała ta historia będzie miała dynamiczno-sensacyjną otoczkę, lepiej sobie odpuśćcie. Ale po kolei.

Cała historia zaczyna się w momencie, kiedy banda braci Jamesa dokonuje ostatniego napadu na pociąg w 1881 roku. Tam dołącza drugi z braci Fordów, zafascynowany szefem gangu Robert. Po skoku, który nie przyniósł zbyt wielkiego profitu, bracia James rozdzielają się. Od tej pory w ferajnie dochodzi do zniknięć, aresztowań, zaś Jesse coraz bardziej czuje oddech ścigających go władz. Ford razem z bratem zostają przy Jesse’m, ale banda zaczyna się rozpadać. I dochodzi do pewnego niepokojącego wydarzenia, rzucającego cień na relację między Jesse a Robertem.

zabojstwo jesse'ego1

Reżyser opowiada swoją opowieść powoli, baaaaaaaaaaaaaaardzo powoli. Można odnieść czasem wrażenie, że akcja zostaje tutaj zepchnięta na dalszy plan. Wszystko jest tutaj podporządkowane budowaniu lekko melancholijnego klimatu oraz psychologicznego portretu dwójki bohaterów: idola oraz jego fana. Człowieka zmęczonego sławą oraz bardzo tej sławy pragnącego. Inteligentnego, opanowanego twardziela oraz niedojrzałego, skrępowanego, rozgadanego chłopaczka. Każdy dialog, każda scena może wydawać się rozciągnięta. Jakby twórca z niemal kronikarską precyzją chce odtworzyć tą historię. Bez pomijania żadnego detalu, co jeszcze bardziej podkreśla obecność narratora. I o dziwo, ten element – zazwyczaj zbędny i dopowiadający to, co nie zawsze wymaga dopowiedzenia oraz jest pójściem na łatwiznę – pasuje tutaj idealnie. Swoim ciepłym głosem dodaje charakteru temu dziełu, a także sprawia wrażenie, jakbyśmy czytali na głos powieść. I ona na naszych oczach się materializuje.

zabojstwo jesse'ego2

„Zabójstwo Jesse’ego…” może nie imponuje akcją (w ponad 2,5-godzinnym filmie jest jeden napad na pociąg, jedna strzelanina – pozbawiona patosu oraz celowo żenująca), a monotonne tempo powoduje, że lepiej przed seansem należy być wypoczętym. Wtedy można się rozsmakować w spokojnie budowanym świecie, z przepięknymi zdjęciami Rogera Deakinsa oraz bardzo klimatyczną (nie do końca westernową) muzyką duetu Nick Cave/Warren Ellis. To rozsmakowanie poszczególnych scen pozwala wejść w tą grę między Jamesem a Fordem. I każe się zastanowić, czy to zabójstwo było zabójstwem, czy może jednak zaplanowaną zbrodnią w celu utrzymania mitu Jamesa. Człowieka mającego opinię takiego amerykańskiego Janosika, ale tak naprawdę zmęczonego, bardziej wycofanego, ciągle ukrywającego się pod innym nazwiskiem. Ale wraz ze śmiercią Jamesa nie kończy film, tylko dostajemy epilog o tym, co stało się z jego zabójcą. I nie to zbyt radosna opowieść, ale o tym przekonajcie się sami.

zabojstwo jesse'ego4

Całość na swoich plecach noszą dwaj aktorzy, którzy tutaj przeszli samych siebie. Kapitalny jest tutaj Brad Pitt w roli Jamesa. Wydaje się wręcz nieobecny, ale jakby wiedział wszystko i nie daje po sobie tego znać. Jest to bohater będący ofiarą swojego mitu, zmęczony oraz patrzący niemal przed siebie. Bardzo zniuansowana, delikatna, niepozorna i nieoczywista kreacja, której się nie spodziewałem. Na tym samym poziomie grywa tylko Casey Affleck jako Robert Ford, będący totalnym kontrastem. Niepewny, zagubiony, czasem rozgadany oraz pragnący tylko jednego – uznania i szacunku. Również złożona postać, której relacja z Jessem pozostaje najmocniejszym punktem tego filmu. Reszta aktorów może wydaje się robić za tło, chociaż swoje zadanie wykonują bez zarzutu (głównie Sam Rockwell jako brat Roberta oraz Jeremy Renner, będący kuzynem Jamesa).

zabojstwo jesse'ego3

Film z 2007 powstawał w czasach, kiedy westerny swoje najlepsze lata miały już dawno za sobą. Film Dominika bardziej przypomina rewizjonistyczne dzieła Roberta Altmana czy Sama Peckinpaha, niejako dekonstruując gatunek. Powolny, ale bardzo klimatyczny i pięknie wyglądający tytuł, chociaż wymagający masę cierpliwości.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki

Wayne Szaliński jest bardzo ekscentrycznym i zakręconym naukowcem, za bardzo skupionym na sobie. Przez co jego relacje z rodziną są dość wyboiste, szczególnie z żoną. Dwójka dzieci troszkę żyje swoim życiem, a Wayne ciągle pracuje nad maszyną pomniejszającą. Bezczelna jednak nie chce działać, a przekonanie kolegów-naukowców bez dowodu jest wręcz niemożliwe. Sytuacja komplikuje się, kiedy syn sąsiadów trafia piłką do domu naukowca, uruchamiając maszynerię. Jak dzieci obojga chcą zabrać piłkę, poznają na własnej skórze efekt działania wynalazku.

kochanie1-1

Joe Johnston dla wielu kinomanów znany jest głównie jako reżyser pierwszego „Jumanji” oraz pierwszego spotkania z Kapitanem Ameryką. Zanim jednak zaczął kręcić filmy, pracował nad efektami specjalnymi w ILM. „Kochanie…” to reżyserski debiut tego twórcy i już tutaj widać, jak bardzo będzie chciał zadziwiać widownię. Może fabuła nie należy do skomplikowanych, bo pomniejszone dzieci chcą wrócić do domu, ale realizacja – to jest już inna para kaloszy. Filmy o pomniejszaniu ludzi dają wielkie pole do popisu dla scenografów oraz twórców efektów specjalnych. Bo chodzi o pokazanie człowieka niejako z perspektywy podłogi, trawy. Gdzie wszystko może być potencjalnym zagrożeniem: od mrówki przez motyle po kosiarkę. Perspektywa zmienia wszystko, zaś przeprawa zmusza naszych bohaterów do zmiany nastawienia. Innymi słowy, klasyka gatunku.

kochanie1-3

Sama fabuła nie powala, a głównie slapstickowy humor nie robi na mnie już takiego wrażenia. Także zderzenie nerdowskiego ojca rodziny z sąsiadem, co kocha łowić ryby i inne męskie rozrywki jest po prostu okej. Najlepiej prezentują się efekty specjalne, co robi wrażenie, scenografia pokazująca wszystko z perspektywy maluczkiego oraz wręcz zakręcona muzyka Jamesa Hornera. Zarówno działania kosiarki, powiększone zwierzęta (mrówka, skorpion) działają bez zarzutu – choć mam wrażenie, że to dobrze przygotowane kukiełki. I jest to naprawdę nieźle zagrane, co nie dziwi jak się ma Ricka Moranisa jako Wayne’a. Ale film kradnie Matt Frewer jako nerwowy, bardzo „męski” sąsiad bohaterów.

kochanie1-2

„Kochanie…” rozpoczęło karierę reżysera, którego następne filmy zrobiły na mnie większe wrażenie. To niezła komedia dla całej rodziny, pozwalająca na chwilę zapomnieć o szarzyźnie dnia.

6/10

Radosław Ostrowski