Diabeł

Andrzej Żuławski – imię i nazwisko, które nasuwa jednoznaczne skojarzenia oraz styl. Jego filmy tańczą na granicy między grafomanią a błyskotliwością, geniuszem a szaleństwem, histeryczno-teatralnym aktorstwem oraz niezapomnianymi obrazami. Tak było od debiutanckiej „Trzeciej części nocy” aż po ostatni „Kosmos”. Nie inaczej jest w przypadku psychologicznego horroru kostiumowego „Diabeł” z 1972 roku.

Historia dzieje się po zatwierdzeniu drugiego rozbioru Polski w 1793 roku, a całość krąży wokół Jakuba (Leszek Teleszyński) – młodego szlachcica, który miał dokonać zabójstwa króla (niczym Kordian od Słowackiego). Mężczyzna zostaje wyciągnięty przez tajemniczego nieznajomego w czerni (Wojciech Pszoniak), który wyciąga Jakuba przy pomocy ważnego pisma. Zabiera z nim także jedną z zakonnic (Monika Niemczyk), będącą towarzyszką. Za namową przybysza Jakub wraca w rodzinne strony, a tam zmieniło się mnóstwo rzeczy. Po pierwsze, jego ojciec popełnił samobójstwo i częściowo spalił dworek. Po drugie, jego matka została prostytutką, prowadząc swój dziwaczny burdel. Po trzecie, jego narzeczona (Małgorzata Braunek) zostawiła go dla arystokraty, będącego członkiem grupy spiskowców. A po czwarte, spiskowcy uważają ocalałego za zdrajcę.

Reżyser, tak samo jak w swoim debiucie, pokazuje świat w stanie zagłady i destrukcji. Upadająca Rzeczpospolita pokazana z perspektywy człowieka, który coraz bardziej popada w szaleństwo, wręcz zaczyna tracić kontrolę nad swoim losem. W zasadzie Jakub jest niemal bierną postacią, sterowaną przez tajemniczego wybawcę. Kim on jest? Jakie ma intencje? Czy jest przyjacielem, wrogiem, a może czymś o wiele gorszym? W tle – jak to u Żuławskiego – rozważania na temat grzechu, winy, kary, świętości, patriotyzmu i zdrady. Dialogi z monologami są bardzo literackie, filozoficzne budząc jednocześnie dezorientację, elektryzując i jednocześnie skupienie. Oniriczno-schizową atmosferę podkręcają długie ujęcia, ze sporą ilością POV oraz absolutnie psychodeliczna muzyka Andrzeja Korzyńskiego. Kostiumy i scenografia pomagają wejść w epokę, ale reżyser nie przywiązuje do nich aż tak istotnej wagi, bardziej pokazując coraz większe zagubienie, chaos i zgniliznę. Choć scen zbiorowych jest niewiele (ślub byłej narzeczonej Jakuba, orgia w burdelu czy początek w klasztorze, gdzie dochodzi do rzezi), a większość historii dzieje się w zmiennych krajobrazach.

Z całej obsady najbardziej wyróżnia się kompletnie szalony Wojciech Pszoniak w roli tajemniczego nieznajomego, którego motywacja pozostaje (niemal do końca) tajemnicą. Wydaje się jako jedyny „pomagać”, ale czy aby na pewno? Pojawia się znikąd, zawsze gdy robi się zbyt nieprzyjemnie, a potem okazuje się być o wiele istotniejszą postacią niż się wydaje. Reszta obsady robi w zasadzie za tło (włącznie z lekko anemicznym i niemal szepczącym Leszkiem Teleszyńskim), choć każdy ma swoje momenty przebłysku – od niemal posągowego Wiktora Sadeckiego (kierujący trupą teatralną Herz) przez niemal energicznego Michała Grudzińskiego (przyrodni brat Ezechiel) aż po rozdygotaną Małgorzatę Braunek (narzeczona Jakuba – scena tańca mocno zostaje).

Ze względu na sceny krwawej przemocy i erotyczne „Diabeł” został zatrzymany przez cenzurę (na 16 lat), zaś Żuławski pierwszy raz opuścił kraj. Jedno mogę powiedzieć bez wątpliwości – to nawiedzony sen z epoki romantyzmu, będący niemal psychodeliczną wersją „Kosa”. Odpychający, mroczny i fascynujący jednocześnie, ale do oglądania na własną odpowiedzialność.

8/10

Radosław Ostrowski

Martwe zło

Rok 1981 to był czas, kiedy paru młodych ludzi wyruszyło gdzieś do stanu Michigan, by nakręcił swój pierwszy film. Budżet nie był zbyt imponujący (375 tysięcy), aktorzy w zasadzie mało znani, za to pasja była niepoliczalna na jakiekolwiek pieniądze. I tak jak wielu twórców przed nimi jak George Romero stworzyli produkcję, która jest otoczona ogromnym kultem. A także uruchomiła kariery wielu osobom.

Pierwsze „Martwe zło” ma pomysł tak prosty, że już bardziej się nie da. Piątka przyjaciół (trzy dziewczyny i dwóch chłopa) wyjeżdża spędzić wspólnie czas jak najdalej od cywilizacji. Udało im się wynająć chatkę (dość tanio), do której prowadzi mocno podniszczony most. Na miejscu niby wszystko wydaje się spokojne. Może poza uderzającą o ścianę werandę czy nie działającym zegarze. Jednak sprawdzając to miejsce, udaje się znaleźć starą księgę oraz taśmę magnetofonową. A na niej wypowiada się pewien profesor, który badał księgę (jak się okazuje Sumaryjską Księgę Umarłych) oraz znajdujące się w niej zaklęcia i inkantacje. Chłopaki decydują się puścić taśmę z nudów. Co może pójść nie tak?

Debiutujący reżyser Sam Raimi tworzy historię na pierwszy rzut oka sztampową historię grozy, którą sparodiował choćby „Dom w głębi lasu”. Bardzo skromna przestrzeń, gęsta mgła oraz puste, choć wcale nie takie małe domostwo. A jednak reżyser bardzo pewnie buduje atmosferę wyobcowania oraz – w przypadku Asha – popadania w szaleństwo. Co najważniejsze nigdy nie widzimy jak wygląda to zło, tylko ujęcie z jego/jej (jak to określić?) perspektywy, najczęściej pod dziwacznymi kątami. I to potrafi wywołać o wiele większe przerażenie, ale kiedy dojdzie do opętania, to nie ma zmiłuj. Choć charakteryzacja i efekty specjalne mogą wydawać się dość archaiczne (jak zbliżenie na zranioną, stającą się nawiedzoną nogą), to jednak lejąca się posoka potrafi uderzyć. Szczególnie trzeci akt jest podkręcony do niemal ekstremy: piwnica i filmowy projektor z puszczoną płytą gramofonową nigdy nie będzie kojarzył się tak samo.

Choć widać pewne drobne rysy jak idiotyczne zachowanie tych nastolatków (co można uzasadnić szokiem – a w przypadku Asha byciem pizdą) czy zaledwie poprawne aktorstwo (z wyjątkiem Bruce’a Campbella, próbując grać poważnie, co wychodzi… niezbyt poważnie), niemniej już tu czuć wyrazisty styl Raimiego. Pierwsze „Martwe zło” leży mocno w cieniu sequela, który bardziej skręca ku czarnej komedii, niemniej to kawał porządnego, pomysłowego straszaka. Nie pozbawiona humoru i poczucia paranoi, jednak to miała być dopiero rozgrzewka przed kolejnymi dziełami Amerykanina.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Do utraty tchu

Jean-Luc Godard – reżyser podobno uznany i uważany za jednego z najważniejszych twórców francuskiej nowej fali. Tylko, że swoje najciekawsze rzeczy tworzył w latach 60., czyli bardzo dawno temu. A nie wszystko, co starsze musiało się zestarzeć jak wino. Czy tak jest w przypadku uznanego za klasyka „Do utraty tchu”?

Sama historia wydaje się być prosta i niezbyt skomplikowana. Mamy młodego chłopaka, Michela (Jean-Paul Belmondo) zajmującego się kradzieżą samochodów. Niby ma dziewczynę, amerykańską dziennikarkę Patricię (Jean Seberg), pracującą dla lokalnego oddziału New York Heralda. Ale czy to jest coś na poważnie? Ciężko stwierdzić. Jednak powoli wszystko zaczyna się sypać. Podczas jazdy skradzionym autem zostaje zatrzymany przez policję, co kończy się strzałem i śmiercią mundurowego. Policja zaczyna obławę, a chłopak próbuje zdobyć pieniądze, by uciec z Paryża. Najlepiej z dziewczyną, choć to pozostaje niewiadomą.

Jeśli z tego opisu spodziewacie się czegoś w stylu filmów braci Safdie ubranych w epokę lat 60., to pomyślcie jeszcze raz. Godard nie jest specjalnie zainteresowany fabułą czy intrygą, która nabiera większego ciężaru na początku i na końcu. Jednak środek to w zasadzie snucie się Michela po mieście (samemu lub z dziewczyną), gdzie reżyser bardziej zainteresowany jest budowaniem klimatu i atmosfery. W tle gra albo klasyczna muzyka, albo rewelacyjny jazz; mamy wiele tzw. jump cutu (cięcia montażowe głównie między rozmowami) oraz dialogi brzmiące bardziej jak deklaracje. Zupełnie jakby Godard z każdą sekundą chciał pokazać, że to nie ma nic wspólnego z realizmem. Że to – jak David Lynch pokazał w „Mulholland Drive” – jest iluzją, mistyfikacją oraz fałszem. Zresztą nasz protagonista nieprzypadkowo ubiera się niczym detektyw z kina noir (mocno inspirując się Bogartem) i towarzyszy mu śliczna blondynka z krótko strzyżonymi włosami. Aż korci mnie nazwać „Do utraty tchu” prekursorem całego postmodernizmu, który kojarzymy choćby z Tarantino czy eksperymentalnej zabawy innych twórców nowofalowych (choćby Jerzego Skolimowskiego).

Powiem szczerze, miałem pewne problemy z wejściem w ten film, choć widziałem wcześniej tylko jeden film Francuza („Amatorski gang”). Godard ma gdzieś oczekiwania widowni czy trzymanie się gatunkowych klisz, w zasadzie robiąc co mu się podoba. Od wrzucenia wywiadu z pisarzem (w tej roli reżyser Jean-Pierre Melville) po długie rozmowy naszej pary w łóżku (i nie, nie robią tego, co myślicie). I choć widzę tą całą zabawę oraz hecę, to jednak nie potrafił wejść do tego umownego świata, który kończy się nagle oraz nieoczekiwanie.

To jest dla mnie jeden z tych filmów, którego seans przypomina wizytę w muzeum. Godard przykuwa oczy łamaniem gatunkowych klisz i konwencji, z pewną bezczelnością i urokiem. Problem w tym, że ja już to widziałem „wcześniej” u innych filmowców, którzy czerpali do tego stopnia, że oryginał stracił wiele ze swojej siły. Niemniej nie żałuję, że obejrzałem.

7/10

Radosław Ostrowski

Chrzest

Marcin Wrona to jeden z tych reżyserów, który odszedł zbyt szybko i dopiero zaczynał się rozkręcać jako filmowiec. Co pokazał skręcającemu w kierunku horroru „Demonowi”, który był ostatnim filmem. O nim już pisałem, więc zdecydowałem się sięgnąć po poprzednika, czyli „Chrzest” z 2010 roku.

Pozornie całość zaczyna się jak dramat, który skupia się na dwóch kumplach. Michał (Wojciech Zieliński) mieszka w Warszawie razem z żoną (Natalia Rybicka) oraz świeżo urodzonym dzieckiem. Prowadzi firmę produkującą szkło i szykuje się do chrztu niemowlaka. Wtedy go odwiedza dawny kolega Janek (Tomasz Schuchardt), który dopiero skończył służbę w wojsku. Pojawia się w domu Marcina, który chce by został ojcem chrzestnym jego dziecka. Ale im dalej w las, tym bardziej Janek zaczyna zauważać, że to spokojne i zamożne życie jest tylko fasadą. Bo nasz stabilny pan biznesmen – tak jak Janek – był powiązany z półświatkiem, jednak za zerwanie płaci poważną cenę. Ten tydzień zmieni życie obu mężczyzn.

I już od pierwszych scen widać, że „Chrzest” jest bardzo surowo wykonanym kinem. Od kręconych z ręki, niemal dokumentalnej formy wizualnej oraz stonowanej kolorystyce aż po masę scen nagle uciętych z masą wydarzeń poza kadrem. Jesteśmy rzuceni w całą opowieść razem z Jankiem i zaczynamy powoli odkrywać, jaką tajemnicę skrywa Marcin. A wszystko wokół chrzcin jest przygotowanym planem oraz w jakiej pułapce się znajduje mężczyzna. Do tego stopnia, że w zasadzie wydaje się być pozbawionym własnej woli, każdego dnia walcząc o przetrwanie. Sporo jest tutaj momentów ciszy i niedopowiedzeń, a także pozornie niepowiązanych ze sobą momentów: od nagłego ataku Marcina na grupę młodzików po wizytę u weterynarza.

Z drugiej strony pojawia się gangsterka w postaci „Grubego” (kradnący ekran Adam Woronowicz), który robi swoje gangsterskie rzeczy. Czyli prowadzi knajpę, chodzi elegancko ubrany i towarzyszy mu grupka młodocianych sługusów (Krzysztof Czeczot, Paweł Tomaszewski oraz – najmniej pasujący – Michał Koterski), a nawet zabija jednego z dłużników. Przemoc tu jest gwałtowna, nagła oraz bardzo brutalna. Za to sporym problemem (poza upchnięciem tej historii do półtorej godziny) jest sprowadzenie żony Michała do pozostającej w nieświadomości kobiety oraz obiektu pożądania. „Chrzest” jest zdecydowanie męskim kinem o przyjaźni, lojalności, która jest poddana najciężej próbie.

Co czyni film bardziej strawnym to elektryzujący duet Wojciech Zieliński/Tomasz Schuchardt. Ten pierwszy wydaje się bardzo spokojny, pogodzony ze swoim losem i zachowujący opanowanie. Jednak gdzieś podskórnie w spojrzeniu widać strach, niepewność. Z kolei ten drugi sprawia wrażenie dużo młodszego, niedojrzałego, który musi zdecydować między lojalnością wobec przyjaciela a lojalnością wobec gangu, do którego należał. O wiele bardziej emocjonalny i mniej panujący nad sobą, jednak z czasem podejmuje kolejne trudne decyzje.

Bez tej dwójki „Chrzest” byłby kolejnym, na siłę udziwnionym dramatem obyczajowo-gangsterskim, niepozbawionym symboliki. Początek mocno dezorientuje, jednak z czasem Wrona zaczyna kleić to wszystko, kończąc mocnym uderzeniem. Kawałek niezłego kina, ale najlepsze od reżysera miało dopiero nadejść.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Matka Królów

– Ciężkie miałaś życie.
– Inni mieli ciężej.

Aż nie chce się wierzyć, że w czasie karnawału Solidarności udało się zyskać zgodę na realizację tego filmu. Adaptacja wydanej podczas odwilży w 1957 roku powieści Kazimierza Brandysa to kameralna opowieść na tle ważnych wydarzeń historycznych. Czyli rodzinna saga, ale tym razem skupiona na krótszym czasie oraz mniejszej skali.

Tytułowa „Matka Królów” to nie jest Elżbieta Rakuszanka, żona króla Kazimierza Jagiellończyka, której czterech synów zostało królami Polski. Naprawdę na imię ma Łucja Król (Magda Teresa Wójcik) i kiedy ją poznajemy znajduje swojego męża pod kołami tramwaju. Co nie jest dobre, zważywszy że mężczyzna był żywicielem rodziny, zaś kobieta wychowuje jeszcze trzech synów, a czwarty jest w drodze. Bez męża nie jest łatwo żyć, a tym bardziej zajmować się rodziną. Choć pojawiają się różni przyjaciele jak rozwożący węgiel Cyga (Franciszek Pieczka), to jednak najistotniejszym jest nowy sąsiad, niejaki Wiktor Lewen (Zbigniew Zapasiewicz) – doktor prawa i działacz komunistyczny. On okaże się nie tylko wspierającym dla pani Król, ale także stanie się mentorem dla jej synów, co mocno naznaczy całą rodzinę po zakończeniu II wojny światowej.

Reżyser Janusz Zaorski na pierwszy rzut oka tworzy bardzo kameralną i skupioną na jednej rodzinie historię ludzi wrzucony w trybiki Wielkiej Historii, która wchodzi zawsze nieproszona i niepytana. Od końcówki XX-lecia międzywojennego przez okupację niemiecką aż po stalinowską odwilż – niby niewiele, ale i tak bardzo dużo. Co jest imponujące z dwóch powodów. Po pierwsze, narracja skupia się zarówno na rodzinie Królów (matka jest w centrum, ale jest też czas na poznanie synów), jak i odgrywającego kluczową rolę Lewena. Po drugie, udaje się tu uniknąć walenia ekspozycjami fabularnymi na przestrzeni lat. Tutaj wiele dowiadujemy się za pomocą scenografii, charakteryzacji oraz wychwytanych dialogach. Plus cytowane z offu pisane listy oraz spisywane na maszynie zeznania (nie powiem czyje i w jakiej sprawie), pozwalające zorientować się w jakim miejscu jesteśmy. A wierzcie mi, trzeba uważnie oglądać, by nie przegapić kilku wydarzeń jak aresztowanie Lewena, zmuszenie Łucji do pracy przez volksdeutscha (czyszczenie podłogi w opustoszałym domu), zabicie pijanego żołnierza czy zamach „Koguta”. I wierzcie, to dopiero początek kolejnych ciosów, jakie przyjdą na rodzinę Królów.

Ale Zaorski tutaj skupia się na jeszcze jednym aspekcie, czyli wpływie polityki oraz zagubieniu przedwojennych ludzi w powojennej rzeczywistości. Kraju komunistycznym, gdzie niby liczą się potrzeby najbiedniejszych, zaś zaufanie Partii i jej dobro było dobrem narodu. Tutaj zaczynają pojawiać się pęknięcia na tym idealnym obrazku: ciągłe poczucie paranoi i szukanie „wrogów ludu”, ateizacja społeczeństwa, unikanie ludzi z „podejrzaną” przeszłością oraz ich rodzin czy brak jakichkolwiek informacji o aresztowanych. Nie brakuje tu mocnych dialogów, świetnie zmontowanych przeplatanych materiałami archiwalnych oraz pięknych, czarno-białych zdjęć.

A wszystko jest też fantastycznie zagrany – najwięcej na swoich barkach dźwiga Magda Teresa Wójcik, która w zasadzie gra archetyp Matki Polki. Czyli kobiety w zasadzie niemal skupiającej się na wychowaniu swoich dzieci, dając więcej im niż sobie. Nie brzmi to zbyt ciekawie, jednak dzięki aktorce udaje się stworzyć bardzo wyrazistą kreację. Poza nią najbardziej wyrazisty jest niezawodny Zbigniew Zapasiewicz w roli Lewena, mocno idealistycznego komunisty, który – bez względu na okoliczności – wierzy w Partię oraz jej idee. Jednak im dalej w las, tym bardziej zaczynają pojawiać się wątpliwości, które są zaledwo zasygnalizowane. Ale jest też bardzo barwna galeria ról drugoplanowych: od mocnego Bogusława Lindy (mocno trzymający się ideom Klemens Król), świetnego Krzysztofa Zaleskiego (obrotny Roman Król) i zaskakującego Adama Ferencego (nie potrafiący się odnaleźć w nowej rzeczywistości Zenon Król, co lubi wypić) przez niezawodnego Franciszka Pieczki (Cyga), Henryka Bisty (towarzysz „Grzegorz”) oraz Jerzego Treli („Hiszpan”) po porażającą Joannę Szczepkowską (Marta, żona Klemensa – najmocniejszy przykład politycznego wyprania mózgu) oraz drobne role Jerzego Stuhra (ubek) i Tadeusza Huka (Renart).

Byłem pewny, że po tylu latach „Matka Królów” nie będzie w stanie złapać emocjonalnie. Bo już sporo powstało o mrocznym okresie początków PRL-u, niemniej Zaorski opowiada to z bardzo mocną ręką oraz bez żadnego słodzenia. Świetny kawałek historii, który nie pozwala wyjść z głowy.

8/10

Radosław Ostrowski

Struktura kryształu

Właśnie wczoraj ogłoszono, że przewodniczącym jury konkursu głównego najbliższego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni został Krzysztof Zanussi. Niespokrewniony z twórcą pralek reżyser może ostatnio nie jest w najlepszej formie (choć jego najświeższych tytułów nie sprawdzałem), nie powinno zniechęcać do sięgnięcia po starsze tytuły. Była już „Iluminacja”, „Spirala” i „Barwy ochronne”, więc pora sięgnąć po debiut z 1968.

Akcja „Struktury kryształu” toczy się gdzieś na Puławach, gdzie cywilizacja już wkroczyła, ale jeszcze nie całkowicie. Tutaj razem z żoną mieszka Jan (debiutant Jan Mysłowicz, a tak naprawdę rzeźbiarz Krystian Jarnuszkiewicz) – kiedyś obiecujący fizyk i naukowiec. Niejako wycofał się z kariery naukowej, jednak ma stację meteorologiczną. Z kolei jego partnerka Maria (Barbara Wrzesińska) jest nauczycielką w szkole. Pewnego zimowego dnia przyjeżdża do niego kolega ze szkoły, Marek (Andrzej Żarnecki), który właśnie wrócił ze stypendium naukowego w USA. Panowie wspólne spędzają czas między innymi na rozmowach, zaś Marek ma jeszcze swój cel tej wizyty.

W zasadzie sam film to zderzenie dwóch życiowych postaw, które poznajemy głównie przez rozmowy, rozmowy i jeszcze więcej rozmów. Czasem jeszcze poprzez interakcje Marka z Marią, z których można wiele wyłuskać. Z jednej strony kariera naukowa, ciągły ruch, rywalizacja w środowisku, a z drugiej rzucenie tego wszystkiego oraz wyjazd w Bieszczady. Nie dosłownie, ale życie bardziej wyciszone, stabilne, może dla wielu nudne. Zanussi konfrontuje te dwa podejścia, lecz nie pozwala sobie na wskazanie zwycięzcy. Dysputy stricte naukowe mieszają się z filozofią, dialogi brzmią zaskakująco naturalnie, bez napuszenia i dydaktyki.

Co najbardziej wyróżnia debiut Zanussiego to formalna zabawa, którą niemal do perfekcji opanuje w „Iluminacji”. Wiele rozmów nagle jest zagłuszanych przez muzykę albo urywanych cięciem montażowym. Dużo jest tutaj zwykłej obserwacji dnia codziennego, szybkich zbitek na jakieś rysunki czy strony z książek, a także pokazywanych na kilka sekund zdjęć. A wszystko jeszcze spowite śniegiem na czarno-białych kadrach, wyglądających niczym zdjęcia. Obaj panowie próbują zrozumieć swoje decyzje i postawy, jednak obydwaj pozostają na swoim. I choć pozornie nic się nie dzieje (niczym u Czechowa), to dzieje się tu więcej niż się można spodziewać – od sprawdzania powstającej stacji meteorologicznej przez jazdę samochodem aż po zimowe zawody.

Choć z wcześniejszego okresu Zanussiego bardziej mi się podoba „Iluminacja”, to już w debiucie widać pewne znajome tematy. Ku mojemu zaskoczeniu to kawałek dobrego kina obyczajowo-poetyckiego, stawiającego aktualne pytania i nie daje żadnych odpowiedzi. Udany pełnometrażowy debiut reżysera zanim zaczął na siłę moralizować.

7/10

Radosław Ostrowski

Lato miłości

Byłem całkowicie przekonany, że nic z Pawła Pawlikowskiego do mnie nie przemówi. Jego ostatnie, czarno-białe i zdobywające wszelkie wyróżnienia „Ida”, „Zimna wojna” oraz najnowsza „Ojczyzna” oczarowywały swoją audio-wizualną oprawą, ale na poziomie emocjonalnym były mi obojętne, wręcz – nomen omen – zimne. Dlatego ze sporą ostrożnością podchodziłem do powstałego w 2004 roku „Lata miłości”. Jak się okazało, niepotrzebnie.

Tym razem trafiamy do małej wioski gdzieś w Yorkshire, gdzie mieszka Mona (Natalie Press) razem z bratem Paulem (Paddy Considine). Ona spotyka się ze starszym facetem, co ma rodzinę, on – niczym prezydent USA George W. Bush – odnalazł Jezusa i zamienia pub w centrum modlitw. Trwa lato, więc w zasadzie za bardzo zbyt wiele do roboty. Wtedy w życiu dziewczyny pojawia się Tamsin (Emily Blunt) – także nastolatka, która chodzi do szkoły z internatem, a do wioski przybywa tylko na wakacje. W mocno zarośniętym pałacu, razem z rodzicami.

Pawlikowski mieszkający wówczas w Wielkiej Brytanii niby jest taki, jakiego znamy. Czyli bardzo oszczędny w dialogach, skupiony na budowaniu atmosfery oraz masy niedopowiedzeń. W zasadzie jest to inicjacyjna historia pierwszej miłości, pokazana z perspektywy Mony. Dziewczyna z jednej strony wydaje się pozbawiona złudzeń, nie potrafiąca dogadać się ze swoim „nawróconym” bratem, a z drugiej ma w sobie sporą dawkę naiwności oraz niewinności. I to zauroczenie czuć od pierwszego spotkania z Tamsin, zaś wszystkie momenty mają w sobie coś magicznego. To poczucie znalezienia drugiej połówki, będącą całkowitym przeciwieństwem – pewną siebie, inteligentną, ewidentnie z wyższych sfer. Czy coś takiego ma prawo zadziałać? W połączeniu z pięknymi krajobrazami oraz bardzo delikatną muzyką duetu Goldfrapp tworzy się z tego mocna mieszanka, przypominająca zarówno „Piknik pod Wiszącą Skałą” jak i „Niebiańskie istoty” czy – z nowszych tytułów – „Tamte dni, tamte noce”. Choćby podczas schadzki przy jeziorze, nocnym ognisku czy po zażyciu „grzybków” – tego nie da się wymazać z głowy. Dlatego tak mocno uderza zakończenie, które zmienia wszystko do góry nogami.

Jeszcze bardziej zdziwiła mnie forma „Lata miłości”. I nie chodzi o to, że jest to film w kolorze, ale jak dużo jest tutaj kręcenia z ręki czy zbliżeń. Co tworzy mieszankę pięknych krajobrazów z bardzo dokumentalną formą. Jak silny jest kontrast między tym a ostatnimi, bardziej wyrafinowanymi wizualnie dziełami Polaka. Jednak najmocniejszym punktem jest fantastyczna obsada, składająca się wówczas z mniej znanych twarzy. Na pierwszy ogień wchodzą magnetyzujące Emily Blunt oraz Natalie Press, czyli bardziej dominująca Tamsin i o wiele bardziej delikatna Mona. Chemia między nimi jest bardzo silna, nie pozwalając oderwać oczu od nich, zarówno podczas scen dialogowych jak też chwilach wyciszenia, pokazując bardziej złożone postacie niż mogłoby się wydawać. Jest też jeszcze mocny Paddy Considine w roli nawróconego Paula, który wydaje się mocno wierzyć. Jednak czy ta wiara jest naprawdę mocna, czy tylko kolejną maską dla zagubionego mężczyzny? Na to sami odpowiedzcie.

Chyba nie będzie zaskoczeniem, ale „Lato miłości” jest dla mnie – na razie – najlepszym filmem w dorobku Pawlikowskiego. Pełnym nieopisanego uroku oraz magii, która może wydarzyć się tylko latem i tylko w wieku nastoletnim. Duża niespodzianka w dorobku Polaka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Święty interes

Maciej Wojtyszko to jeden z bardziej znanych twórców, znany głównie z powieści dla dzieci („Bromba i inni”, „Tajemnica szyfru Marabuta”) jak i reżyserii w Teatrze Telewizji. O autorskich sztukach teatralnych oraz serialach nawet nie wspominam. Tworzył też filmy fabularne, choć rzadko i niewiele. Ostatni takim tytułem jest nakręcony w 2010 roku „Święty interes”, który spotkał się z dość chłodnym odbiorem.

Punkt wyjścia tej komedii wydaje się prawdziwym samograjem. Bohaterami są dwaj bracia tak różni jak tylko to możliwe: Leszek (Piotr Adamczyk) mieszka w Szwecji razem z egzotyczną żoną (Patricia Kazadi) oraz prowadzi firmę sprzątającą, zaś Janek (Adam Woronowicz) ma problemy ze znalezieniem pracy, za bardzo lubi hazard i przez to wisi kasę niejakiemu Borysowi (Mariusz Bonaszewski). Nie widzieli się od dawna, ale znowu się zejdą. Bo nic tak nie scala dawno nie widzianych członków rodziny jak… pogrzeb. Ich ojciec nie zostawił zbyt dużego spadku, bo tylko stodołę oraz jej zawartość. Czyli raczej nie za wiele. Poza starym autem marki Warszawa, który – według plotek – miał należeć do samego Jana Pawła II oraz miało doprowadzić do cudów. Brzmi jak okazja do łatwego zarobku.

Wojtyszko próbuje zrobić komedię zawierającą elementy satyry na religijność oraz dewocjonaliów. Czyli łatwego zbicia kapitału na nowych „relikwiach” i przekonaniach maluczkich. Jednak reżyser nie chce być pełnym złośliwości satyrykiem, dlatego całość opiera się na średnio zabawnych gagach oraz wieloma wątkami pobocznymi, które rozwadniają tą historię. Niby jest tu portretowana galeria mieszkańców wsi: od ambitnego politycznie sołtysa Dujnika (najlepszy z obsady Tomasz Międzik), niezbyt lotnego Waldka Szostaka (Arkadiusz Smoleński) z reputacją syna zabójcy czy nauczycielki angielskiego, Anny Walaszek (Dorota Landowska). Tylko, że jako całość zwyczajnie się to nie klei i wydaje się zbyt znajoma. A jeszcze ten wątek coraz bardziej zgrzytającego małżeństwa Leszka, który jest prowadzony na serio i wydaje się wyrwany z zupełnie innej opowieści. Sytuację ratuje przewrotne zakończenie (choć troszkę bajkowe), ale dla mnie to niewystarczająco.

Chciałoby się powiedzieć, że „Święty interes” mógłby być dobrym interesem, ale Wojtyszko wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle. Chciał jednocześnie pokazać pewne mentalne wady oraz zachować życzliwość wobec swoich postaci, co ostatnie nie do końca zagrało. W prostych słowach: niewykorzystany potencjał.

5/10

Radosław Ostrowski

Szlachectwo zobowiązuje

Pamiętacie jak kilka miesięcy temu pojawił się „Przepis na morderstwo” z Glenem Powellem w roli głównej. Sam film był mocno średni i – o czym w trakcie seansu nie wiedziałem – był remakiem uznawanego za klasyka brytyjskiej produkcji z roku 1948. Właśnie teraz przyszła okazja obejrzeć oryginał, który – jak w 9 na 10 przypadków – wypada o wiele lepiej od późniejszej imitacji.

Tym razem bohaterem jest niejaki Louis Mazzini (Dennis Price). Mężczyzna pochodził z – jakby to elegancko nazwać – małżeńskiego mezaliansu bogatej arystokratki z rodu D’Ascoyne z włoskim śpiewakiem operowym. Reszta rodziny zniosła to spokojnie, a mianowicie odcięła się całkowicie od niej. Zarówno po śmierci ojca Louisa (niemal od razu po porodzie), jak też jego matki, która chciała być pochowana w rodzinnym grobowcu. Do czego nie doszło, a ta zniewaga krwi wymaga. Co oznacza, że młodzieniec planuje odebrać swoje i zemścić się na nieznanej familii. Problem w tym, że kolejka do rodzinnej fortuny jest dłuższa niż droga z Olsztyna do Zakopanego i trzeba będzie sobie pobrudzić rączki.

Reżyser Robert Haner miesza czarną komedię z satyrą na wyższe sfery oraz kwestie klasowe. Sama historia zaczyna się, kiedy Louis w więziennej celi czeka na wyrok śmierci, a jego historię poznajemy w formie retrospekcji. Towarzysząca narracja z offu niepozbawiona jest typowej brytyjskiej ironii w bardzo eleganckim stylu, który dzisiaj jest rzadkością. To właśnie w dialogach oraz monologach jest największa siła humoru, gdzie jest zderzenie arystokracji (i to tuż po zakończeniu II wojny światowej) z naszym protagonistą, próbującym się dopasować do tego otoczenia. Poboczny wątek związany jest z dawną przyjaciółką, Sibella (Joan Greenwood), która bierze ślub z dzianym przyjacielem, lecz nie pozostaje Louisowi obojętna. Ta komplikacja okaże się jedną z niespodzianek w całej historii, tak jak efektywne sceny zabójstw (bez pokazywania samego mordu czy krwi) rodzinki – od użycia trucizny i podmiany jednego z płynów na benzynę po użycie strzelby czy… łuku.

Co bardzo zaskoczyło mnie to strona techniczna. Mimo czarno-białych zdjęć (jedna z wcześniejszych prac Douglasa Slocombe’a – później stworzy zdjęcia m. in. do „Jesus Christ Superstar”, „Wielkiego Gatsby” czy trylogii Indiany Jonesa) wygląda to naprawdę ładnie. Spore wrażenie wrażenie robi też scenografia (od samego zamku D’Ascoyne i kościoła aż po wynajmowane mieszkanie) oraz barwne i zróżnicowane kostiumy. A wszystko spina się w dość nieoczywisty finał, którego nie zamierzam zdradzać. A także jest to świetnie zagrane. Fantastyczny Dennis Price w roli Louisa potrafi zarówno budzić sympatię i współczucie, ale także sprytnie odnajduje się na salonach swoim sposobem wysławiania się. Jednak całość tutaj dominuje kapitalny Alec Guinness jako rodzina D’Ascoyne. Nie, nie pomyliłem się – gra tu aż 8 (w tym jedną kobietę) członków familii w różnym wieku: od młodego pasjonata fotografii przez starego bankiera i zmęczonego generała po niezbyt lotnego proboszcza oraz upartego admirała. Za każdym razem brzmi inaczej, wygląda inaczej (charakteryzacja jest imponująca), tworząc bardzo wyraziste postacie, nawet jeśli pojawiają się na krótko. A wszystko to bez komputerowych sztuczek czy efektów specjalnych – samo to powinno być zachętą do obejrzenia filmu.

Aż nie chce się wierzyć, że od premiery minęło aż 77 (!!!) lat. Bo „Szlachectwo zobowiązuje” nic nie straciło zarówno z lekkiego tonu oraz kąśliwej satyry na uprzywilejowane, próżne oraz pasożytnicze wyższe sfery. A to rzadko można powiedzieć o aż tak wiekowych filmach, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Oto Spinal Tap

Mockument, czyli stylizacja na kino dokumentalne obecnie jest jednym z bardziej rozpoznawalnych form komedii. Szczególnie w serialach takich jak „The Office”, „Parks and Recreation”, „Misja: Podstawówka” czy polskie „1670”. Choć sięgał wcześniej po tą formę Woody Allen w debiutanckim „Bierz forsę i w nogi” oraz „Zeligu”, to w całości ta konwencja eksplodowała dzięki zaczynającemu swoją karierę reżyserską Robowi Reinerowi.

Nakręcony w 1983 roku „Oto Spinal Tap” jest historią brytyjskiej grupy rockowej, działającej od 17 lat oraz 15 płytach w swoim dorobku. Właśnie teraz przygotowują kolejny album „Włóż rękawicę” oraz szykują trasę po Stanach Zjednoczonych. Kapelę tworzą gitarzyści Nigel Tufnel (Christopher Guest), David St. Hubbins (Michael McKean), basista Derek Smalls (Harry Shearer), klawiszowiec Vic Savage (David Kaff) oraz perkusista Mick Shrimpton (R.J. Pannell). Razem z nimi przybywa menadżer Ian Faith (Tony Herdra) i dokumentujący całe wydarzenie reżyser Marty Di Bergi (Rob Reiner).

I jak na rasowy dokument przystało mamy tutaj obowiązkowe wywiady z członkami zespołu czy archiwalne fragmenty ze starych nagrań (między innymi z numerem w stylu Bitelsów). Ale to wszystko jeszcze jest przeplatane trasą koncertową, której jest daleko do doskonałości. Delikatnie mówiąc, bo reżyser lekko szydzi z szoł-biznesu oraz rockowych celebrytów. Muzycy zespołu nie należą do zbyt lotnych intelektualnie, co prowadzi do nagłych spazmów śmiechu (reakcje na negatywne recenzje czy niezrozumienie dlaczego kontrowersje wywołuje nowa okładka), ale też pojawiają się sytuacje skręcające ku absurdowi. Wzmacniacze dające głośność do 11, tajemnicze śmierci perkusistów, coraz mniejsza publiczność podczas koncertów. A same koncerty to z jednej strony krótka historia rocka (od Bitelsów przez glam rock, skręty ku folkowi oraz metalowi), z całkowicie debilnymi tekstami oraz dziwacznymi wypadkami: a to jeden z gitarzystów leży na plecach i nie może stać czy trio gitarzystów wychodzących z tak jakby kokonów, lecz jeden z nich się nie otwiera. Pokręcona mieszanka ambicji z głupotą, pokazującą niby dojrzałych ludzi o mentalności dzieci.

Wszystko płynie bardzo szybkim rytmem, przez niecałe półtorej godziny nie ma miejsca na nudę, a sama muzyka brzmi świetnie. Niby jest to zgrywa z rockowych dokumentów, pozbawiona tej powagi oraz wręcz nabożnego stosunku do artystów, jednak Reiner traktuje swoich bohaterów z sympatią i jest trochę pod wrażeniem ich gry. Nawet jeśli zdarzają się potknięcia i kłótnie. Czuć wręcz eksplodującą chemię między muzykami, ze wskazaniem na trio Guest/McKean/Shaerer (oni też wykonywali i śpiewali wszystkie numery). Sam Reiner też jest przekonujący w roli reżysera-entuzjasty rocka, a po drodze jeszcze pojawia się wiele zaskakujących postaci drugo- i nawet trzecioplanowych (zwróćcie uwagę na dwóch mimów na imprezie).

Jestem bardzo zaskoczony jak po ponad 40 latach „Oto Spinal Tap” przetrwał próbę czasu. Zarówno ma świetne (znaczy wpadające w ucho) kawałki, z rewelacyjną obsadą oraz świetną reżyserią. Słuchać na głośnikach podkręconych do 11-tu.

8/10

Radosław Ostrowski