Struktura kryształu

Właśnie wczoraj ogłoszono, że przewodniczącym jury konkursu głównego najbliższego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni został Krzysztof Zanussi. Niespokrewniony z twórcą pralek reżyser może ostatnio nie jest w najlepszej formie (choć jego najświeższych tytułów nie sprawdzałem), nie powinno zniechęcać do sięgnięcia po starsze tytuły. Była już „Iluminacja”, „Spirala” i „Barwy ochronne”, więc pora sięgnąć po debiut z 1968.

Akcja „Struktury kryształu” toczy się gdzieś na Puławach, gdzie cywilizacja już wkroczyła, ale jeszcze nie całkowicie. Tutaj razem z żoną mieszka Jan (debiutant Jan Mysłowicz, a tak naprawdę rzeźbiarz Krystian Jarnuszkiewicz) – kiedyś obiecujący fizyk i naukowiec. Niejako wycofał się z kariery naukowej, jednak ma stację meteorologiczną. Z kolei jego partnerka Maria (Barbara Wrzesińska) jest nauczycielką w szkole. Pewnego zimowego dnia przyjeżdża do niego kolega ze szkoły, Marek (Andrzej Żarnecki), który właśnie wrócił ze stypendium naukowego w USA. Panowie wspólne spędzają czas między innymi na rozmowach, zaś Marek ma jeszcze swój cel tej wizyty.

W zasadzie sam film to zderzenie dwóch życiowych postaw, które poznajemy głównie przez rozmowy, rozmowy i jeszcze więcej rozmów. Czasem jeszcze poprzez interakcje Marka z Marią, z których można wiele wyłuskać. Z jednej strony kariera naukowa, ciągły ruch, rywalizacja w środowisku, a z drugiej rzucenie tego wszystkiego oraz wyjazd w Bieszczady. Nie dosłownie, ale życie bardziej wyciszone, stabilne, może dla wielu nudne. Zanussi konfrontuje te dwa podejścia, lecz nie pozwala sobie na wskazanie zwycięzcy. Dysputy stricte naukowe mieszają się z filozofią, dialogi brzmią zaskakująco naturalnie, bez napuszenia i dydaktyki.

Co najbardziej wyróżnia debiut Zanussiego to formalna zabawa, którą niemal do perfekcji opanuje w „Iluminacji”. Wiele rozmów nagle jest zagłuszanych przez muzykę albo urywanych cięciem montażowym. Dużo jest tutaj zwykłej obserwacji dnia codziennego, szybkich zbitek na jakieś rysunki czy strony z książek, a także pokazywanych na kilka sekund zdjęć. A wszystko jeszcze spowite śniegiem na czarno-białych kadrach, wyglądających niczym zdjęcia. Obaj panowie próbują zrozumieć swoje decyzje i postawy, jednak obydwaj pozostają na swoim. I choć pozornie nic się nie dzieje (niczym u Czechowa), to dzieje się tu więcej niż się można spodziewać – od sprawdzania powstającej stacji meteorologicznej przez jazdę samochodem aż po zimowe zawody.

Choć z wcześniejszego okresu Zanussiego bardziej mi się podoba „Iluminacja”, to już w debiucie widać pewne znajome tematy. Ku mojemu zaskoczeniu to kawałek dobrego kina obyczajowo-poetyckiego, stawiającego aktualne pytania i nie daje żadnych odpowiedzi. Udany pełnometrażowy debiut reżysera zanim zaczął na siłę moralizować.

7/10

Radosław Ostrowski

Lato miłości

Byłem całkowicie przekonany, że nic z Pawła Pawlikowskiego do mnie nie przemówi. Jego ostatnie, czarno-białe i zdobywające wszelkie wyróżnienia „Ida”, „Zimna wojna” oraz najnowsza „Ojczyzna” oczarowywały swoją audio-wizualną oprawą, ale na poziomie emocjonalnym były mi obojętne, wręcz – nomen omen – zimne. Dlatego ze sporą ostrożnością podchodziłem do powstałego w 2004 roku „Lata miłości”. Jak się okazało, niepotrzebnie.

Tym razem trafiamy do małej wioski gdzieś w Yorkshire, gdzie mieszka Mona (Natalie Press) razem z bratem Paulem (Paddy Considine). Ona spotyka się ze starszym facetem, co ma rodzinę, on – niczym prezydent USA George W. Bush – odnalazł Jezusa i zamienia pub w centrum modlitw. Trwa lato, więc w zasadzie za bardzo zbyt wiele do roboty. Wtedy w życiu dziewczyny pojawia się Tamsin (Emily Blunt) – także nastolatka, która chodzi do szkoły z internatem, a do wioski przybywa tylko na wakacje. W mocno zarośniętym pałacu, razem z rodzicami.

Pawlikowski mieszkający wówczas w Wielkiej Brytanii niby jest taki, jakiego znamy. Czyli bardzo oszczędny w dialogach, skupiony na budowaniu atmosfery oraz masy niedopowiedzeń. W zasadzie jest to inicjacyjna historia pierwszej miłości, pokazana z perspektywy Mony. Dziewczyna z jednej strony wydaje się pozbawiona złudzeń, nie potrafiąca dogadać się ze swoim „nawróconym” bratem, a z drugiej ma w sobie sporą dawkę naiwności oraz niewinności. I to zauroczenie czuć od pierwszego spotkania z Tamsin, zaś wszystkie momenty mają w sobie coś magicznego. To poczucie znalezienia drugiej połówki, będącą całkowitym przeciwieństwem – pewną siebie, inteligentną, ewidentnie z wyższych sfer. Czy coś takiego ma prawo zadziałać? W połączeniu z pięknymi krajobrazami oraz bardzo delikatną muzyką duetu Goldfrapp tworzy się z tego mocna mieszanka, przypominająca zarówno „Piknik pod Wiszącą Skałą” jak i „Niebiańskie istoty” czy – z nowszych tytułów – „Tamte dni, tamte noce”. Choćby podczas schadzki przy jeziorze, nocnym ognisku czy po zażyciu „grzybków” – tego nie da się wymazać z głowy. Dlatego tak mocno uderza zakończenie, które zmienia wszystko do góry nogami.

Jeszcze bardziej zdziwiła mnie forma „Lata miłości”. I nie chodzi o to, że jest to film w kolorze, ale jak dużo jest tutaj kręcenia z ręki czy zbliżeń. Co tworzy mieszankę pięknych krajobrazów z bardzo dokumentalną formą. Jak silny jest kontrast między tym a ostatnimi, bardziej wyrafinowanymi wizualnie dziełami Polaka. Jednak najmocniejszym punktem jest fantastyczna obsada, składająca się wówczas z mniej znanych twarzy. Na pierwszy ogień wchodzą magnetyzujące Emily Blunt oraz Natalie Press, czyli bardziej dominująca Tamsin i o wiele bardziej delikatna Mona. Chemia między nimi jest bardzo silna, nie pozwalając oderwać oczu od nich, zarówno podczas scen dialogowych jak też chwilach wyciszenia, pokazując bardziej złożone postacie niż mogłoby się wydawać. Jest też jeszcze mocny Paddy Considine w roli nawróconego Paula, który wydaje się mocno wierzyć. Jednak czy ta wiara jest naprawdę mocna, czy tylko kolejną maską dla zagubionego mężczyzny? Na to sami odpowiedzcie.

Chyba nie będzie zaskoczeniem, ale „Lato miłości” jest dla mnie – na razie – najlepszym filmem w dorobku Pawlikowskiego. Pełnym nieopisanego uroku oraz magii, która może wydarzyć się tylko latem i tylko w wieku nastoletnim. Duża niespodzianka w dorobku Polaka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Święty interes

Maciej Wojtyszko to jeden z bardziej znanych twórców, znany głównie z powieści dla dzieci („Bromba i inni”, „Tajemnica szyfru Marabuta”) jak i reżyserii w Teatrze Telewizji. O autorskich sztukach teatralnych oraz serialach nawet nie wspominam. Tworzył też filmy fabularne, choć rzadko i niewiele. Ostatni takim tytułem jest nakręcony w 2010 roku „Święty interes”, który spotkał się z dość chłodnym odbiorem.

Punkt wyjścia tej komedii wydaje się prawdziwym samograjem. Bohaterami są dwaj bracia tak różni jak tylko to możliwe: Leszek (Piotr Adamczyk) mieszka w Szwecji razem z egzotyczną żoną (Patricia Kazadi) oraz prowadzi firmę sprzątającą, zaś Janek (Adam Woronowicz) ma problemy ze znalezieniem pracy, za bardzo lubi hazard i przez to wisi kasę niejakiemu Borysowi (Mariusz Bonaszewski). Nie widzieli się od dawna, ale znowu się zejdą. Bo nic tak nie scala dawno nie widzianych członków rodziny jak… pogrzeb. Ich ojciec nie zostawił zbyt dużego spadku, bo tylko stodołę oraz jej zawartość. Czyli raczej nie za wiele. Poza starym autem marki Warszawa, który – według plotek – miał należeć do samego Jana Pawła II oraz miało doprowadzić do cudów. Brzmi jak okazja do łatwego zarobku.

Wojtyszko próbuje zrobić komedię zawierającą elementy satyry na religijność oraz dewocjonaliów. Czyli łatwego zbicia kapitału na nowych „relikwiach” i przekonaniach maluczkich. Jednak reżyser nie chce być pełnym złośliwości satyrykiem, dlatego całość opiera się na średnio zabawnych gagach oraz wieloma wątkami pobocznymi, które rozwadniają tą historię. Niby jest tu portretowana galeria mieszkańców wsi: od ambitnego politycznie sołtysa Dujnika (najlepszy z obsady Tomasz Międzik), niezbyt lotnego Waldka Szostaka (Arkadiusz Smoleński) z reputacją syna zabójcy czy nauczycielki angielskiego, Anny Walaszek (Dorota Landowska). Tylko, że jako całość zwyczajnie się to nie klei i wydaje się zbyt znajoma. A jeszcze ten wątek coraz bardziej zgrzytającego małżeństwa Leszka, który jest prowadzony na serio i wydaje się wyrwany z zupełnie innej opowieści. Sytuację ratuje przewrotne zakończenie (choć troszkę bajkowe), ale dla mnie to niewystarczająco.

Chciałoby się powiedzieć, że „Święty interes” mógłby być dobrym interesem, ale Wojtyszko wyszedł na tym jak Zabłocki na mydle. Chciał jednocześnie pokazać pewne mentalne wady oraz zachować życzliwość wobec swoich postaci, co ostatnie nie do końca zagrało. W prostych słowach: niewykorzystany potencjał.

5/10

Radosław Ostrowski

Szlachectwo zobowiązuje

Pamiętacie jak kilka miesięcy temu pojawił się „Przepis na morderstwo” z Glenem Powellem w roli głównej. Sam film był mocno średni i – o czym w trakcie seansu nie wiedziałem – był remakiem uznawanego za klasyka brytyjskiej produkcji z roku 1948. Właśnie teraz przyszła okazja obejrzeć oryginał, który – jak w 9 na 10 przypadków – wypada o wiele lepiej od późniejszej imitacji.

Tym razem bohaterem jest niejaki Louis Mazzini (Dennis Price). Mężczyzna pochodził z – jakby to elegancko nazwać – małżeńskiego mezaliansu bogatej arystokratki z rodu D’Ascoyne z włoskim śpiewakiem operowym. Reszta rodziny zniosła to spokojnie, a mianowicie odcięła się całkowicie od niej. Zarówno po śmierci ojca Louisa (niemal od razu po porodzie), jak też jego matki, która chciała być pochowana w rodzinnym grobowcu. Do czego nie doszło, a ta zniewaga krwi wymaga. Co oznacza, że młodzieniec planuje odebrać swoje i zemścić się na nieznanej familii. Problem w tym, że kolejka do rodzinnej fortuny jest dłuższa niż droga z Olsztyna do Zakopanego i trzeba będzie sobie pobrudzić rączki.

Reżyser Robert Haner miesza czarną komedię z satyrą na wyższe sfery oraz kwestie klasowe. Sama historia zaczyna się, kiedy Louis w więziennej celi czeka na wyrok śmierci, a jego historię poznajemy w formie retrospekcji. Towarzysząca narracja z offu niepozbawiona jest typowej brytyjskiej ironii w bardzo eleganckim stylu, który dzisiaj jest rzadkością. To właśnie w dialogach oraz monologach jest największa siła humoru, gdzie jest zderzenie arystokracji (i to tuż po zakończeniu II wojny światowej) z naszym protagonistą, próbującym się dopasować do tego otoczenia. Poboczny wątek związany jest z dawną przyjaciółką, Sibella (Joan Greenwood), która bierze ślub z dzianym przyjacielem, lecz nie pozostaje Louisowi obojętna. Ta komplikacja okaże się jedną z niespodzianek w całej historii, tak jak efektywne sceny zabójstw (bez pokazywania samego mordu czy krwi) rodzinki – od użycia trucizny i podmiany jednego z płynów na benzynę po użycie strzelby czy… łuku.

Co bardzo zaskoczyło mnie to strona techniczna. Mimo czarno-białych zdjęć (jedna z wcześniejszych prac Douglasa Slocombe’a – później stworzy zdjęcia m. in. do „Jesus Christ Superstar”, „Wielkiego Gatsby” czy trylogii Indiany Jonesa) wygląda to naprawdę ładnie. Spore wrażenie wrażenie robi też scenografia (od samego zamku D’Ascoyne i kościoła aż po wynajmowane mieszkanie) oraz barwne i zróżnicowane kostiumy. A wszystko spina się w dość nieoczywisty finał, którego nie zamierzam zdradzać. A także jest to świetnie zagrane. Fantastyczny Dennis Price w roli Louisa potrafi zarówno budzić sympatię i współczucie, ale także sprytnie odnajduje się na salonach swoim sposobem wysławiania się. Jednak całość tutaj dominuje kapitalny Alec Guinness jako rodzina D’Ascoyne. Nie, nie pomyliłem się – gra tu aż 8 (w tym jedną kobietę) członków familii w różnym wieku: od młodego pasjonata fotografii przez starego bankiera i zmęczonego generała po niezbyt lotnego proboszcza oraz upartego admirała. Za każdym razem brzmi inaczej, wygląda inaczej (charakteryzacja jest imponująca), tworząc bardzo wyraziste postacie, nawet jeśli pojawiają się na krótko. A wszystko to bez komputerowych sztuczek czy efektów specjalnych – samo to powinno być zachętą do obejrzenia filmu.

Aż nie chce się wierzyć, że od premiery minęło aż 77 (!!!) lat. Bo „Szlachectwo zobowiązuje” nic nie straciło zarówno z lekkiego tonu oraz kąśliwej satyry na uprzywilejowane, próżne oraz pasożytnicze wyższe sfery. A to rzadko można powiedzieć o aż tak wiekowych filmach, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Oto Spinal Tap

Mockument, czyli stylizacja na kino dokumentalne obecnie jest jednym z bardziej rozpoznawalnych form komedii. Szczególnie w serialach takich jak „The Office”, „Parks and Recreation”, „Misja: Podstawówka” czy polskie „1670”. Choć sięgał wcześniej po tą formę Woody Allen w debiutanckim „Bierz forsę i w nogi” oraz „Zeligu”, to w całości ta konwencja eksplodowała dzięki zaczynającemu swoją karierę reżyserską Robowi Reinerowi.

Nakręcony w 1983 roku „Oto Spinal Tap” jest historią brytyjskiej grupy rockowej, działającej od 17 lat oraz 15 płytach w swoim dorobku. Właśnie teraz przygotowują kolejny album „Włóż rękawicę” oraz szykują trasę po Stanach Zjednoczonych. Kapelę tworzą gitarzyści Nigel Tufnel (Christopher Guest), David St. Hubbins (Michael McKean), basista Derek Smalls (Harry Shearer), klawiszowiec Vic Savage (David Kaff) oraz perkusista Mick Shrimpton (R.J. Pannell). Razem z nimi przybywa menadżer Ian Faith (Tony Herdra) i dokumentujący całe wydarzenie reżyser Marty Di Bergi (Rob Reiner).

I jak na rasowy dokument przystało mamy tutaj obowiązkowe wywiady z członkami zespołu czy archiwalne fragmenty ze starych nagrań (między innymi z numerem w stylu Bitelsów). Ale to wszystko jeszcze jest przeplatane trasą koncertową, której jest daleko do doskonałości. Delikatnie mówiąc, bo reżyser lekko szydzi z szoł-biznesu oraz rockowych celebrytów. Muzycy zespołu nie należą do zbyt lotnych intelektualnie, co prowadzi do nagłych spazmów śmiechu (reakcje na negatywne recenzje czy niezrozumienie dlaczego kontrowersje wywołuje nowa okładka), ale też pojawiają się sytuacje skręcające ku absurdowi. Wzmacniacze dające głośność do 11, tajemnicze śmierci perkusistów, coraz mniejsza publiczność podczas koncertów. A same koncerty to z jednej strony krótka historia rocka (od Bitelsów przez glam rock, skręty ku folkowi oraz metalowi), z całkowicie debilnymi tekstami oraz dziwacznymi wypadkami: a to jeden z gitarzystów leży na plecach i nie może stać czy trio gitarzystów wychodzących z tak jakby kokonów, lecz jeden z nich się nie otwiera. Pokręcona mieszanka ambicji z głupotą, pokazującą niby dojrzałych ludzi o mentalności dzieci.

Wszystko płynie bardzo szybkim rytmem, przez niecałe półtorej godziny nie ma miejsca na nudę, a sama muzyka brzmi świetnie. Niby jest to zgrywa z rockowych dokumentów, pozbawiona tej powagi oraz wręcz nabożnego stosunku do artystów, jednak Reiner traktuje swoich bohaterów z sympatią i jest trochę pod wrażeniem ich gry. Nawet jeśli zdarzają się potknięcia i kłótnie. Czuć wręcz eksplodującą chemię między muzykami, ze wskazaniem na trio Guest/McKean/Shaerer (oni też wykonywali i śpiewali wszystkie numery). Sam Reiner też jest przekonujący w roli reżysera-entuzjasty rocka, a po drodze jeszcze pojawia się wiele zaskakujących postaci drugo- i nawet trzecioplanowych (zwróćcie uwagę na dwóch mimów na imprezie).

Jestem bardzo zaskoczony jak po ponad 40 latach „Oto Spinal Tap” przetrwał próbę czasu. Zarówno ma świetne (znaczy wpadające w ucho) kawałki, z rewelacyjną obsadą oraz świetną reżyserią. Słuchać na głośnikach podkręconych do 11-tu.

8/10

Radosław Ostrowski

Ocean’s Eleven: Ryzykowna gra

Remake’i mają bardzo złą reputację wśród krytyków i recenzentów, a także czasami widzów. Powody wydają się być proste: zbyt wierne trzymanie się oryginału, brak własnego pomysłu na nową wersję, pazerność studiów filmowych (o tobie mówię, Disney!!!) oraz próba łatwego skoku na kasę. A w przypadku nowej wersji zagranicznego hitu na rynek amerykański krótka różnica w czasie między oryginałem a remakiem. Czy da się jednak zrobić nową wersję hitu sprzed lat, która dorównuje lub przebija oryginał? Rzadko, ale się zdarza, co pokazuje choćby „Ocean’s Eleven” z 2001 roku.

Oryginalny film z 1960 roku w reżyserii Lewisa Milestone’a z udziałem legendarnego Rat Pack (Frank Sinatra, Dean Martin, Sammy David Jr. i spółka) opowiadał o weteranach II wojny światowej, którzy planują skok na pięć kasyn w noc sylwestrową. Niestety, ale film miał bardzo nierówne tempo, niemrawą akcję i za bardzo próbował się oprzeć na charyzmie celebrytów. 40 lat później swoją wersję postanowił przygotować Steven Soderbergh, świeżo nagrodzony Oscarami za „Traffic” i na pierwszy rzut oka jest tak samo. 11 ludzi, skok na kasyna w Las Vegas, gwiazdorska obsada, jednak różnic jest więcej.

Kiedy poznajemy Danny’ego Oceana (George Clooney) właśnie wychodzi z więzienia po odsiadce. Ten czarujący facet niby wydaje się być nawróconym i gotowym wrócić do społeczeństwa, ALE jest on złodziejem oraz kłamcą. Od razu po wyjściu planuje kolejny skok i to ambitny. Skarbiec trzech kasyn zawierający ponad 160 milionów dolarów. Problem w tym, że sam nie jest w stanie wykonać takiej roboty. Zaczyna zbierać ekipę, którą stworzy osobliwa mieszanka: stary kumpel Rusty (Brad Pitt), co zna go jak zły szeląg i jest świetnym szulerem, krupier i oszust Frank (Bernie Mac), starszy oszust Saul (Carl Reiner), chiński akrobata Yen (Shaobo Qin), brytyjski spec od eksplozji Basher (Don Cheadle z paskudnym akcentem), drobny kieszonkowiec Linus (Matt Damon), bracia mechanicy Malloy (Scott Caan i Casey Affleck), gość od inwigilacji Livingston (Eddie Jameson) oraz finansujący całą imprezę Reuben (Elliot Gould). Ale w trakcie działań okazuje się, że może chodzić nie tylko o pieniądze.

„Ocean’s Eleven” już od samego początku się wyróżnia od oryginału. I nie chodzi tylko o większy budżet czy imponującą obsadę, ale od napisanych dialogów. Nie brakuje w nich błyskotliwości i ciętych ripost, a także odrobiny ironii. Bo sama historia nie jest jakoś specjalnie oryginalna czy zaskakująca. Bo pojawiają się oczywiście komplikacje, przewrotki i wszelkiej maści problemy. Ale Soderbergh wszystko to maskuje bardzo eleganckim stylem, gdzie kamera i montaż dają płynność po Las Vegas (zarówno panoramy miasta, jak i wnętrz kasyn czy hoteli), zaś w tle gra jazzująca muzyka w stylu kina lat 70. z paroma szlagierami sprzed lat. A mimo nadmiaru postaci każdy ma tu swoje pięć minut do zabłyśnięcia. Czuć tu klimat choćby „Żądła” (tylko uwspółcześnionego), czyli bardzo lekkiej i niezobowiązującej rozrywki, której siłą pozostaje czarująca obsada.

A propos niej, tutaj pierwsze skrzypce prowadzi absolutnie niezawodny George Clooney w roli Danny’ego Oceana. Z jednej strony czarujący i elegancki dżentelmen, ale z drugiej wyrachowany, sprytny złodziej z planem. Nigdy nie można przewidzieć jaki będzie jego kolejny ruch i co jest częścią kolejnego planu. Jego przekomarzanki z cudownym Bradem Pittem (lekko znudzony Rusty) czy Julią Roberts (była żona Tess) to jedne z jaśniejszych scen w filmie. Pozostali członkowie obsady też prezentują się cholernie dobrze – w szczególności troszkę niepewny siebie Matt Damon czy świetny Andy Garcia jako właściciel obrabianego kasyna, którego pewność siebie i opanowanie mogą równać się z samym Oceanem.

„Ryzykowna gra” miała być w założeniu bezpretensjonalną, czystą rozrywką bez większych ambicji. I muszę przyznać, że jako taka sprawdza się naprawdę dobrze, dzięki rewelacyjnej chemii między aktorami, całkiem zgrabnemu scenariuszowi. Ale to reżyserska ręka Soderbergha czyni ten koktajl odpowiednio orzeźwiającym, lekkim oraz przyjemnym w smaku. Jednocześnie zostaje otwarta furtka na ciąg dalszy, który nastąpił kilka lat później, lecz o tym innym razem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Legionista

Był taki krótki okres w karierze Jean-Claude’a Van Damme’a, gdy ten próbował wyjść z szufladki twardziela i speca od kopniaków oraz serwowania uderzeń. Problem w tym, że jego fani woleliby zobaczyć dzieła ze sporą ilością akcji z piruetami. Niemniej zdarzały się całkiem przyzwoite rzeczy, nawet jeśli przeznaczone do węższego grona. I taki jest powstały pod koniec lat 90. „Legionista”.

Tym razem Belg gra Alaina Levafre’a – francuskiego boksera z Marsylii roku 1925. Mężczyzna ma ustawić walkę dla lokalnego gangstera Galganiego (Jim Carter), inaczej pozostanie niejako bez pracy. Pięściarz kiedyś był związany z obecną żoną mafioza, ale planuje razem z nią uciec, zaś walkę wygrać. Cóż, nie wszystko idzie zgodnie z planem. Kobieta zostaje zabrana ze stacji, a Alain zabija brata gangstera. Chcąc się wymknąć z rąk mafii zapisuje się do Legii Cudzoziemskiej – bardzo surowej jednostki wojskowej, stacjonującej w afrykańskich koloniach. Tam zbierają się ludzie z całego świata, czy to zbiegowie, czy ludzie nie mający życiowego celu. Jednostka wyrusza na misję, gdzie ma obronić jeden z posterunków przed wojskami przywódcy plemienia Berberów, Abda el-Krima.

Tym razem za kamerą stanął Peter MacDonald – bardzo znany i ceniony II reżyser, czyli facet odpowiedzialny głównie za kręcenie scen akcji. „Legionista” próbuje być bardziej kinem przygodowym w starym stylu oraz skromnym budżetem. Musze jednak przyznać, że początek w Marsylii jest zaskakująco wystawny. Od knajpy aż po salę bokserską. Do tego mamy drobne retrospekcje, próbujące pokazać przeszłość (nadal szczątkową) Levafre’a, lecz w zasadzie mogłoby ich nie być. A kiedy trafiamy do Legii, to widzimy głównie dwie rzeczy: piaski pustyni oraz maszerujących rekrutów. Po drodze poznajemy jeszcze kilka postaci, które stworzą z naszym protagonistą paczkę i nawet jeśli nie są zbyt głębokie, to są ciekawe: zakochany w dziewczynie Włoch Guido, były brytyjski oficer-hazardzista i czarnoskóry Amerykanin marzący o poznaniu Afryki.

Ale wszystko rekompensuje bardzo imponujące sceny akcji związane z oblężeniem twierdzy. Tutaj reżyser może sobie zaszaleć: od szybkich cięć montażowych przez popisy pirotechniczne i kaskaderkę. O sporej ilości statystów nawet nie wspominam. Nawet jeśli tempo nie zawsze jest równe (szczególnie w drugim akcie), to sytuację ratują całkiem niezłe dialogi oraz wyraziste postacie. A sam Van Damme wypada całkiem przyzwoicie w roli zbiega, stającego się wojownikiem. Jednak dla mnie całość skradł świetny Nicholas Farrell w roli Mackintosha. Niby elegancki i elokwentny dżentelmen, jednak przebija się z niego lekki cynizm oraz wojskowe doświadczenie. Tak samo swoje pięć minut ma Adewale Akinnuoye-Agbaje jako Luther czy jak zawsze solidny Steven Berkoff w roli szorstkiego sierżanta.

Może „Legionista” nie jest najbardziej imponującym filmem w dorobku Van Damme’a, to nadal pozostaje przyzwoitą opowieścią o honorze, odwadze i poświęceniu. Czasem widać niedoróbki budżetowe, niemniej przez większość czasu są sprytnie maskowane.

6/10

Radosław Ostrowski

Zabójcy

Pamiętacie jeszcze Wachowskich, zanim stali się siostrami? I jeszcze zanim nakręcili swoje opus magnum w postaci „Matrixa”? Andy i Larry wtedy tworzyli komiksy dla Marvela (głównie oparta na dorobku Clive’a Barkera), a na początku lat 90. zaczęli swoje pierwsze próby jako scenarzyści, sprzedając dwa swoje skrypty dla Warner Bros.: „Brudne pieniądze” (ich debiut reżyserski) oraz „Zabójcy”. Ten drugi trafił na biurko weterana i częstego współpracownika studia Richarda Donnera, ale efekt był bardzo daleki od satysfakcji. Do tego stopnia, że bracia chcieli wycofać swoje nazwiska z filmu przez „mocno przepisany” scenariusz.

Punkt wyjścia jest dość obiecujący, bo mamy do czynienia z rywalizacją dwóch zawodowych cyngli do wynajęcia. Którzy wydają się mieć kontrakty na tą samą fuchę, o czym nie mają pojęcia. Doświadczony Robert Rath (Sylvester Stallone) coraz bardziej myśli o wycofaniu się z interesu, zaś młody i narwany Miguel Bain (Antonio Banderas), który chętnie zostałby najlepszym w swoim fachu. Robert nie potrafi rozgryźć kto za tym stoi, ale następne zlecenia ma być jego ostatnim. Suma: 2 miliony. Cele: duńscy kupcy i próbująca sprzedać im dane hakerka. Problem? Nie wiadomo jak ona wygląda. Drugi problem? Bain też pojawia się na miejscu, co podkręca atmosferę.

Jeśli ktoś spodziewałby się popisów strzeleckich oraz mocno podkręconych scen akcji, to należy szukać gdzie indziej. Donner ewidentnie chciał czegoś bardziej eleganckiego niż ciągłej rzezi oraz masakry, tworząc psychologiczny thriller. Coś, czego raczej fani Sylwka raczej się nie spodziewali. Tempo jest dość powolne i bardziej spokojne, z nagłymi strzałami akcji (gdzie nasi przeciwnicy używają broni z tłumikiem) oraz budowaniem napięcia. Ale problem w tym, że reżyser podejmuje pewne decyzje, które torpedują ten film. Wiele scen akcji jest na granicy przerysowania jak pościg taksówką, szaloną eksplozją w mieszkaniu czy ucieczką z radiowozu po schwytaniu Baina. Aczkolwiek muszę przyznać, że strzelaniny z punktu widzenia Latynosa są bardziej dynamicznie nakręcone, młodzik niemal jest ciągle w ruchu, a z dwoma giwerami w dłoniach wygląda jakby się urwał z kina Johna Woo. Ale próba zrobienia romansu między Rathem a naszym celem o twarzy młodej Julianne Moore kompletnie tu nie działa z powodu braku chemii.

Sama intryga może początkowo intrygować, jednak dalej wydaje się to kompletnie naciągana. Wrzucone są nakręcone w czerni i bieli retrospekcje, które dodają stylu, w tle gra świetna (choć mocno w stylu lat 90.) muzyka Marka Manciny, zaś w ostatnie pół godziny udaje się zbudować napięcie. O idiotycznych zachowaniach postaci (głównie naszej hakerki, która ewidentnie jest aspołeczna) nawet nie chce mówić. A sytuację próbują ratować skontrastowani Stallone i Banderas. Pierwszy jest bardzo wycofany, opanowany oraz odchodzący od wizerunku twardziela, z kolei drugi to chaotyczna, wręcz dzika energia, która wydaje się niepowstrzymana. Julianne Moore prezentuje się nieźle, ale zostaje mocno w cieniu.

Pozornie wszystko wydaje się na miejscu, ale w przypadku „Zabójców” coś nie do końca gra. Technicznie jest porządnie zrobiony oraz zagrany, ale brakuje mu mocniejszego pazura. Aż szkoda, że sami Wachowscy nie spróbowali sami spróbować swoich sił jako reżyserzy i może byłby z tego lepszy film.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kongo

Michael Crichton był jednym z najbardziej popularnych pisarzy thrillerów i SF lat od lat 70. i 90. Także próbował (całkiem udanie) swoich sił jako reżyser, jednak kojarzony jest z takimi dziełami jak „Park Jurajski”, „Andromeda znaczy śmierć” oraz jako twórca serialu „Ostry dyżur”. Jednak filmowe adaptacje dzieł Crichtona są niczym pudełko czekoladek – nie wiadomo, na co się trafi. A jak wyszło w przypadku „Konga”?

Nakręcony w 1995 roku film cenionego producenta Franka Marshalla w założeniu jest kinem przygodowym w starym stylu. Historia skupia się na ekspedycji wyruszającej do afrykańskiego Konga, gdzie mamy dwie strony z własnymi motywacjami. Pierwszą stroną jest Peter Elliot (Dylan Walsh), profesor zoologii w towarzystwie gorylicy Amy. Ta małpa nie tylko posługuje się językiem migowym, lecz za pomocą specjalnie zaprojektowanej rękawicy przez ten język może… mówić. Tak, nie zmyślam. Jednak samicę coraz bardziej nawiedzają koszmary (choćby po części rysowane przez nią obrazy z okiem Opatrzności), co składnia Petera, by zabrać ją z powrotem do domu. Wyprawę chce sfinansować tajemniczy rumuński filantrop Herkuler Homolka (Tim Curry z taki akcentem, że aż groteskowym). Do grupy dołącza jeszcze Karen Ross (Laura Linney) – była agentka CIA, obecnie związana z korporacją TravisCom, której ekspedycja odkryła w Afryce diament. Minerał tak mocny, że dałoby się stworzyć nowy laser dla satelity. Problem w tym, że kontakt z grupą się urwał i Ross ma ustalić, co się stało. Przy okazji też zdobyć diament.

Wybaczcie mi aż tak przydługi opis fabuły, ale w przypadku „Konga” chyba się inaczej nie da. Reżyser chciał zrobić coś w stylu współczesnych „Kopalni króla Salomona”, ocierając się o horror. I niby wszystko się tu zgadza: od ładnych krajobrazów przez odpowiednio epicką muzykę Jerry’ego Goldsmitha. Także punkt wyjścia brzmi obiecująco, nawet jeśli są pewne dziwactwa. Problem jednak w tym, że ta przygoda jest mocno dezorientująca oraz… niezbyt angażująca. Zaskoczyło mnie dość ospałe tempo, wręcz śladowe i krótkie momenty akcji (próba zestrzelania samolotu i ucieczka, atak hipopotamów), pozbawione atmosfery oraz napięcia. A kiedy do jednej ze scen akcji zostaje użyty zwolniony montaż, ciężko się to ogląda. Do tego główna para jest całkowicie pozbawiona jakiegokolwiek śladu charakteru. Są odpowiednikami domyślnego trybu postaci w grze i mogliby być zagrani przez kogokolwiek. Nawet w dialogach brakuje jakiegoś błysku czy inteligentnego, gdzie nie do końca mogłem rozgryźć na ile jest to żart, a na ile powaga. Zbyt lekki ton wydaje się nie pasować za bardzo, czyniąc całość pozbawioną stawki i pazura.

Co tu się broni? Cóż, aktorsko całość kradnie niezawodny Tim Curry z dużym przerysowaniem oraz bardzo pewny siebie Ernie Hudson w roli przewodnika Monroe Kelly’ego. Oni czynią ten film żywszym i energicznym. Jest tu jeszcze parę drobnych i zaskakujących epizodów w postaci Joe Pantolianego (Eddie Ventro), Delroya Lindo (kapitan Wanda) czy niezawodnego Bruce’a Campbella (Charles Travis). Swoje robi też niezła scenografia – szczególnie wygląd świątyni – oraz sam wygląd małp znosi próbę czasu. Ale w ogólnym rozrachunku „Kongo” jest dla mnie niewykorzystanym potencjałem do czegoś mocnego kina przygodowego, lecz brakuje tu poczucia stawki, całość jest zbyt lekka oraz zadziwiająco… nudna. Słusznie zapomniana produkcja z lat 90. i jedna ze słabszych adaptacji Crichtona.

5/10

Radosław Ostrowski

Geronimo: Amerykańska legenda

Czas na kolejny zapomniany western z lat 90., tym razem skupiający się na wodzu Apaczów – Geronimo. Jeśli jednak spodziewać się szerokiej biografii, to „Geronimo: Amerykańska legenda” będzie sporym rozczarowaniem. Jednak reżyser Walter Hill do spółki ze scenarzystami Larrym Grossem i Johnem Miliusem tworzą o wiele bardziej złożony portret Dzikiego Zachodu niż się mogło wydawać.

Akcja skupia się w momencie, gdy Geronimo (Wes Studi) postanawia poddać się amerykańskiej armii. W zamian za to plemię ma trafić do wydzielonego rezerwatu. Eskortują go porucznik Gatewood (Jason Patric) oraz podporucznik Davis (Matt Damon) – młody żółtodziób, świeżo po szkole wojskowej. Choć udaje sprowadzić się indiańskiego wojownika przed oczami generała Cooka (Gene Hackman), spokój wydaje się pozorny. Pewien niepokój wśród armii wywołuje jeden z szamanów, który nawołuje do walki. Ale próba wyciszenia go doprowadza do masakry i ucieczki Geronimo. Gatewood z Davisem wyruszają go schwytać.

„Geronimo” opowiada całą historię z perspektywy Davisa, czyli osoby z zewnątrz, taką jak my. Obserwujemy trudne relację między Apaczami a wojskiem, gdzie ci pierwsi czują się oszukiwani przez – reprezentujących rząd – wojsko. Wielu oficerów darzy szacunkiem i są pod wrażeniem Geronimo, może bardziej niż powinni. Z jednej strony to pomaga zrozumieć „przeciwnika”, ale wywołuje pewien dyskomfort wśród najważniejszych osób u władzy. Hill ewidentnie darzy sympatią Indian, przekonująco pokazuje ich środowisko, język i kulturę, co budzi fascynację. Ale sama armia też nie jest pokazywana jako ci źli (może z wyjątkiem nowego dowódcy, generała Milesa), lecz wykonują polecenia nieobecnych tutaj polityków. A wszystko w pustynnych krajobrazach, tak mocno kojarzonych z klasycznymi westernami.

Technicznie trudno się do czegoś przyczepić. Reżyser lubi korzystać zarówno z dużych przestrzeni, umieszczając grupę ludzi w sporych krajobrazach, kręcąc ich z daleka. Choć samej akcji jest tu zadziwiająco niewiele, to jednak potrafi uderzyć nagle i niespodziewanie. Ucieczka Geronimo z rezerwatu czy strzelanina z grupą łowców głów pozostają ekscytujące, lecz zdarza się moment chaosu jak podczas strzelaniny na pustyni, gdzie Apacze są schowani pod piaskiem.

Do tego mamy dość zadziwiającą mieszankę obsadową. Nie zawodzą weterani pokroju Gene’a Hackmana (generał Cook) oraz Roberta Duvalla (tropiciel Al Sieber), a także bardzo charyzmatyczny Wes Studi jako Geronimo. Oni jednak w większości stanowią tło, gdzie w centrum są dwaj młodsi aktorzy. Matt Damon pełniący rolę narratora więcej robi swoją narracją z offu. Więcej do zaoferowania ma Jason Patric jako porucznik Gatewood, który – tak jak generał Cook – próbuje pełnić rolę rozjemcy między Indianami a „resztą” kraju.

„Geronimo” przepadł wśród innych westernowych opowieści w latach 90-tych, kiedy ten gatunek powoli zaczynał umierać. Najambitniejsza produkcja w dorobku Waltera Hilla, przedstawiający wodza Apaczów jako ostatniego wojownika Indian w walce, która była z góry skazana na przegraną. A także niejako portret odchodzącego świata Dzikiego Zachodu przed „normalizacją”.

7,5/10

Radosław Ostrowski