Tuż po weselu

Co mają takiego filmowcy skandynawscy, że ich kino potrafi tak emocjonalnie dać z liścia? Nie potrafię tego określić, ale w większości przypadków widać jak bardzo to działa. Szczególnie, jeśli główną rolę gra absolutnie fantastyczny Mads Mikkelsen. Nie inaczej jest w przypadku pochodzącego z 2006 roku duńskiego „Tuż po weselu”.

Głównym bohaterem jest grany przez Mikkelsena Jacob Petersen. Mężczyzna mieszka w Indiach, gdzie prowadzi sierociniec dla dzieci i nie jest zbyt łatwo. Ale pojawia się szansa na zdobycie funduszy od bardzo dzianego biznesmena, niejakiego Jorgena Hanssona (Rolf Lassgard). Jest tylko jeden problem: Jacob musiałby przyjechać do Danii, gdzie nie był od bardzo dawna. Na miejscu okazuje się, że zwykły ucisk ręki to za mało. Biznesmen zaprasza mężczyznę na ślub swojej córki i po nim doprowadzi sprawę do końca. Podczas uroczystości Jacob odkrywa dwie rzeczy. Po pierwsza, żona Hanssona (Sidse Babett Knudsen) to była dziewczyna Jacoba, z którym była dawniej związana. Ale jeszcze mocniejszy strzał jest taki, że córka Anna (Stine Fischer Christensen) jest prawdopodobnie biologiczną córką Jacoba. A to uruchamia prawdziwą spiralę wydarzeń.

Reżyserka Susanne Bier do spółki ze scenarzystą Andersem Thomasem Jensenem tworzą kolejny dramat, który powoli i z żelazną konsekwencją prowadzi bohaterów przez bardzo wyboistą drogę. Jedno zdarzenie niczym kamień rzucony w wodę faluje, a z tych fal zaczynają wyławiać kolejne tajemnice oraz dawno pochowane demony. Brzmi jak typowy dramat psychologiczny, prawda? Bier jednak nie bawi się w osądzanie czy umoralnianie, tutaj każdy jest w mniejszych lub większych odcieniach szarości. Reżyserka zderza biedotę Hindusów z bogactwem Duńczyków, ale też niejako padają pytania o siłę więzów krwi i czym jest rodzina. Wszystko toczące się w bardzo powolnym tempie, gdzie niby nic się nie dzieje, ale spojrzenie potrafi czasem wyrazić więcej niż jakiekolwiek słowo. A same dialogi brzmią prosto oraz naturalnie.

Bardzo nietypowa jest realizacja. Całość kręcona na taśmie 35 mm wygląda bardzo surowo, wręcz reportersko. Naturalne oświetlenie i kolory, bez żadnych filtrów, jakby użyto kamery cyfrowej. A jeszcze bardziej mnie zaskoczyło jak dużo jest tutaj zbliżeń na twarze, z dziwacznym fetyszem na punkcie oczu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem kamerę aż tak blisko twarzy. Jedyną rzeczą, która mnie wybijała były przebitki na Indie, okraszone orientalną muzyką oraz jeden poboczny wątek, który w zasadzie wydawał mi się zbędny.

Wszystko za to rekompensuje świetna obsada. Jak zwykle nie zawodzi Mikkelsen w roli oddanego swojemu powołaniu Jacobowi, choć daleko mu do ideału. I to nawet nie chodzi o palenie papierosów, lecz dość burzliwą przeszłość oraz dystans od świata. Powoli jednak (wskutek okoliczności) zaczyna się otwierać, co wywołuje niespodziewane rezultaty. Ale całość kradnie mocarny Rolf Lassgard w roli Jorgena. Początkowo może sprawiać wrażenie kapryśnego bogacza oraz człowieka próbującego mieć wszystko pod kontrolą. Potrafi być zadziwiająco czuły (szczególnie wobec dzieci), jednak i on ma pewien ciężki sekret. Bardzo wyrazista kreacja, a już w ostatnich scenach wręcz miażdży. Ten kwartet jeszcze uzupełniają powściągliwa Knudsen, czyli próbująca trzymać wszystko w ryzach Helena oraz cudowna Christensen jako wkraczająca w dorosłość Anna.

„Tuż po weselu” to kolejny dowód jak kino skandynawskie, które wydaje się wyciszone i spokojne potrafi uderzyć takim ładunkiem emocjonalnym, nie dając wymazać go z pamięci. Sporadycznie gubi rytm, ale nic nie traci ze swojego ciężaru.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Aleksander: wersja ostateczna

Po sukcesie „Gladiatora” – jak zawsze w przypadku kasowego hitu – hollywoodzcy producenci chcieli swojego kawałku tortu zwanego kinem piasku i sandału. Przynajmniej przez kilka lat próbowano zrobić kolejne produkcje w realiach starożytności czy – sprawdzonych – greckich i rzymskich mitach. Do tego stopnia, że aż miały powstać dwa filmy o Aleksandrze Wielkim, ale tylko Oliverowi Stone’owi (ze wszystkich ludzi) udało się zebrać fundusze i doprowadzić do realizacji. Jednak efekt końcowy spotkał się z ogromnym rozczarowaniem.

Całą historię prezentuje rządzący Egiptem Ptolemeusz (Anthony Hopkins), recytując swoje wspomnienia po 40 latach. I tak poznajemy historię Aleksandra od wieku dziecięcego przez podbój Persji oraz marsz do Indii aż po nagłą śmierć w wieku zaledwie 33 lat. By czynić całość jeszcze bardziej chaotyczny, to mamy pomieszaną i przeplataną chronologię (niczym u Christophera Nolana). Zaczynamy od śmierci Aleksandra, by przeskoczyć do ogromnej bitwy pod Gaucamelą z Persami, konfliktem między jego matką Olympią (Angelina Jolie) a ojcem Filipem (Val Kilmer), przez co kwestia dziedzictwa tronu stoi pod znakiem zapytania, bardzo bliską relację z Hefajstionem (Jared Leto) aż po kolejne podboje oraz spiski i intrygi. Prawdziwe albo urojone.

Dzieje się tu dużo – i to nawet nie chodzi o ogromne sceny batalistyczne, które robią wrażenie swoją skalą (choć są raptem dwie), postaci jest sporo do zapamiętania (wliczając w to epizody choćby Arystotelesa, będącego nauczycielem), ucztowanie, a także coraz większe zmęczenie kilkuletnią wojaczką. Trudno odmówić Stone’owi ambicji oraz próby pokazania skomplikowanego człowieka, jakim w jego oczach ma być Macedończyk. Ale ten portret jest pełen paradoksów: ambitnego wojownika marzącego o chwale, podjudzany przez matkę; człowieka łączącego ze sobą kultury Wschodu i Zachodu poprzez sojusze oraz małżeństwa aranżowane; w końcu kogoś uwikłanego w relacje między kochankami płci obojga (choć ten „związek” z Hefajstionem jest bardziej sugerowany). Problem w tym, że scenariusz jest strasznie bałaganiarski, a dialogi przesiąknięte patosem brzmią sztucznie. A jak w tle jeszcze przygrywa elektroniczna muzyka Vangelisa (mocno w stylu „1492: Wyprawa do raju”), bywa wręcz ciężkostrawnie.

Jeszcze większy mętlik robi tutaj obsada, gdzie mamy mieszankę akcentów brytyjskich, amerykańskich i… Bóg wie jeszcze jakich. Colin Farrell w roli tytułowej wypada całkiem nieźle, choć w scenach przemów nie ma tej charyzmy jak choćby Mel Gibson w „Braveheart”. Niby próbuje mu się pokazać rozdarcie czy mroczną stronę władcy, lecz brakuje spoiwa tego wszystkiego. Anthony Hopkins przez większość czasu prowadzi narrację z offu i w zasadzie nic ponadto, Jolie i Kilmer mają swoje momenty, ale najbardziej zapada w pamięć Rosario Dawson jako zadziorna żona Roksana oraz Jared Leto z dłuższymi włosami. Jeszcze jest tu parę znajomych twarzy na dalszym planie jak Jonathan Rhys Meyers, Christopher Plummer czy Brian Blessed.

Nawet pół godziny więcej materiału nie jest w stanie czynić „Aleksandra” łatwym doświadczeniem. Stone mierzy wysoko i nie próbuje unikać krwawej jatki czy erotyzmu, jednak całość jest mocno chaotyczna, bałaganiarska i pozbawiona skupienia. Jakby reżyser nie do końca umiał przedstawić swoją wizję jednego z największych postaci czasu starożytności, co czyni całość przytłaczającą. Wielka szkoda.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zathura – Kosmiczna przygoda

Czy kojarzycie taki film „Jumanji”? Pewnie tak, skoro powstało kilka części, ale mi chodzi o ten pierwszy w 1995 roku z Robinem Williamsem. Tam była gra planszowa, której rozgrywka niemal materializowała się doprowadzając do chaosu. Dzieło Joe Johnstona była oparta na powieści Chrisa Van Allsburga. Dziesięć lat później powstał film też oparty na książce tego autora i podobny do wspomnianego „Jumanji”, lecz w innej skórce.

„Zathura” – tak się zwie ten tytuł to kolejna planszówka, tym razem dla dwóch osób. Tym razem w rozgrywkę zostają wplątani dwaj bracia, którzy niekoniecznie nie przepadają za sobą. Starszy Walter (Josh Hutcherson) próbuje być tym dojrzalszym, mniej „dzieciowatym”, zaś młodszy Danny (Jonah Bobo) bywa troszkę nieporadny, pełen sporej wyobraźni. To właśnie ten drugi znajduje w piwnicy Zathurę – grę, w której wyrusza się w kosmiczną podróż. Dosłownie ich dom przenosi się w przestrzeń kosmiczną, zaś każde pole oraz odkrywana karta uruchamiają pokręcone sytuacje: od ataku meteorów przez popsutego robota i obcych kosmitów aż po przybycie tajemniczego Astronauty (Dax Shepard).

Zadania przeniesienia na ekran „Zathury” podjął się Jon Favreau, obecnie znany z dwóch części „Iron Mana” czy serialu „Mandalorianin”. Był to pierwszy duży blockbuster w dorobku reżysera, który nie znalazł widowni w premierę. Już sama czołówka, gdzie widzimy samą planszówkę i ilustracje (inspirowaną stylem komiksów z lat 50.) z epicką muzyką Johna Debneya w tle buduje klimat w duchu Kina Nowej Przygody. Nadal jest to kino familijne, gdzie najważniejsza jest tutaj relacja między braćmi, którzy za bardzo nie przepadają za sobą. Ale jeśli mają wyjść z tego cało, muszą zacząć działać razem. I choć miejscami film Favreau ociera się zbyt mocno o klasyka Johnstona (włącznie z karą za oszustwo), to kameralna przestrzeń oraz otoczka SF daje pewien powiew świeżości.

Jeszcze bardziej pozytywnie zaskoczyły mnie efekty specjalne. Mieszanka komputerowej przestrzeni z praktycznymi efektami stworzonymi przez Stana Winstona (robot, kosmiczni Zorgoni) pomagają wejść w klimat retro SF. Tam sam jak sceny ataków kosmitów, kompletnej destrukcji domostwa, ataku asteroid wewnątrz pokoju. I pomimo dwóch dekad na karku nadal dobrze się prezentują. Tak jak dobrze trzymają się grający główne role Josh Hutcherson i Jonah Bobo. Szczególnie ten drugi w roli młodszego, coraz bardziej przerażonego całą rozgrywką Danny’ego. Zaskoczeniem za to był Dax Shepard wcielającego się w astronautę, który pojawia się oraz zaczyna pełni rolę rozjemcy i niejako mentora. Mógłby się sprawdzić w roli sympatycznego, przyziemnego herosa kina akcji. Pozostali członkowie obsady, czyli Kristen Stewart (starsza siostra Lisa) oraz Tim Robbins (ojciec) pojawiają się na dłuższą chwilkę i są nieźli, ale nic ponadto.

Tak samo mógłbym podsumować samą „Zathurę” – niezłe kino przygodowe w otoczce SF, stojące w dużym cieniu bardziej widowiskowego „Jumanji”. Niemniej Favreau daje na tyle dużo serducha, żeby nie wywołać znudzenia. Bardzo sympatyczna produkcja familijna nie tylko dla dzieci.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Władcy Wszechświata

He-Man – stworzony przez firmę zabawkową Mattel bohater, mocno inspirowany Conanem, lecz osadzony w świecie SF. Najpierw pojawił się w serii zabawek „Masters of the Universe”, a następnie stworzono serial animowany („He-Man i władcy wszechświatów” z 1983), który miał pomóc w sprzedaży zabawek. Dość szybko pojawił się pomysł przeniesienia go na duży ekran, jednak żadne studio nie było zainteresowane. Z wyjątkiem Cannon Films – wytwórni produkującej głównie takie kino klasy B, którzy w połowie lat 80. próbowali się przebić do wyższej ligi. Lecz ich próby skończyły się klęską, zaś stworzeni przez nich „Władcy wszechświata” byli (obok „Supermana IV”) największą kasową wpadką. Czy jednak film był aż tak zły?

Sama historia toczy się w krainie zwanej Ethernią, gdzie w centrum znajduje się zamek Posępny Czerep. Tam rządzi Czarodziejka, dbająca o zachowanie równowagi na świecie, zaś jej czempionem jest mocarny wojownik He-Man (Dolph Lundgren). Jednak bardzo chętnym na przejęcie kontroli nad krainą jest Szkieletor (Frank Langhella), który przeprowadził atak na Posępny Czerep. Wszystko dzięki użyciu kosmicznego klucza, stworzonego przez Gwildora (Billy Barty) wynalazek, pozwalający przenieść się w każde miejsce. Wojownik razem z towarzyszącym mu Men-at-Arm (Jon Cypher), jego córką Teelą (Chelsea Field) oraz wynalazcą uciekają dzięki duplikatowi klucza do… innego świata. Czyli do Ziemi, po drodze gubiąc narzędzie i nie mogąc wrócić do domu. Klucz wpada w ręce młodych ludzi – aspirującego muzyka Kevina (Robert Duncan McNeill) oraz jego dziewczyny Julii (Courteney Cox), chcącej się wyrwać z miasta.

Debiutujący za kamerą Gary Goddard miał bardzo niełatwe zadanie, bo mając niewielki budżet musiał zrobić epickie widowisko. Problemów jednak jest kilka i je wymienię najpierw. Sama Eternia jest zadziwiająco mała, niemal skupiona w całości wokół zamku Posępnego Czerepu. A dookoła skały, pustynia i krajobraz niczym z postapokalipsy – z czasem jesteśmy ograniczeni tylko do sali tronowej, co czyni całość szybko nudną wizualnie. A kiedy trafiamy na Ziemię, gdzie spędzamy większość czasu, to jest niewiele lepiej. Niby jest bardziej zróżnicowany krajobraz (ulica, sala szkolna, sklep muzyczny), ale jakaś taka nijaka. Jest też humor wynikający z dezorientacji obydwu stron, jednak to też zwyczajnie nie działa. O większości niezbyt dobrze zmontowanych scenach akcji oraz przestarzałych efektach specjalnych nawet nie wspominam.

A czy w ogóle „Władcy wszechświata” mają jakieś plusy? Największym jest dla mnie fantastyczna muzyka Billa Contiego, nawet jeśli mocno przypomina „Supermana” czy „Gwiezdne wojny”. Swoje robi kradnący ekran Frank Langella w roli Szkieletora jest odpowiednio teatralny i większy niż życie, do tego ma najlepsze dialogi oraz gra z kompletną powagą. To dodaje troszkę ciężaru tak jak finałowa konfrontacja z He-Manem. Szkoda tylko, że Dolph sprawia wrażenie kompletnie zagubionego, pozbawionego pewności siebie oraz charyzmy, choć fizycznie wydaje się pasować. Także niektóre postacie drugoplanowe wypadają porządnie (szczególnie James Tolkan w roli twardego detektywa Lubica).

„Władcy Wszechświata” to z jednej strony dziecko swoich czasów, a z drugiej kompletnie zmarnowana okazja oraz przerost ambicji ponad możliwości. Z małym budżetem to nawet Steven Spielberg blockbustera nie zrobi i jeszcze sceną po napisach straszyli sequelem. Pozostaje mieć nadzieję, że zbliżający się film Travisa Knighta przywróci blask He-Manowi oraz jego uniwersum.

4/10

Radosław Ostrowski

Pociąg

Kolejny raz odkrywanie starszych rzeczy mnie zaskoczyło, jakby niektórzy filmowcy znajdowali sposób na bardzo powolne albo praktycznie w ogóle nie starzeje. Takie też doświadczenie miałem z kolejnym – po „Faraonie” i „Śmierci prezydenta” – dziele w dorobku Jerzego Kawalerowicza. I tak też miałem z „Pociągiem” z 1959 roku.

Jak sam tytuł mówi jesteśmy w pociągu jadącym z Warszawy do Helu, gdzie wsiadają różni ludziowie. Ale wśród pasażerów różnorakich przewija się mężczyzna w ciemnych okularach (Leon Niemczyk) – bez biletu, bez dokumentów, a podobno z wykupionym miejscem. Jednak w przedziale – wagon męski – znajduje się blondwłosa kobieta (Lucyna Winnicka), która jest strasznie uparta i za nic nie opuści miejsca. Więc oboje są skazani na siebie, choć każde z nich wolało spędzić ten czas w samotności. Powoli jednak zaczyna coś między nimi kiełkować, ale przełamanie muru nieufności nie będzie takie proste. Oboje skrywają pewne tajemnice.

Reżyser, który raczej kojarzył mi się z pełnymi przepychu oraz ogromnej skali, tutaj zrealizował o wiele bardziej kameralny dramat psychologiczny. Zamknięta przestrzeń pociągu jest szansą do pokazania mikroświata z bardzo różnorodnymi postaciami: grupą pielgrzymów, cierpiącym na bezsenność mężczyźnie (Zygmunt Zintel), młodej parce, co zdąża na ostatnią chwilę czy młoda flirtująca kobieta (Teresa Szmigielówna) w towarzystwie poważnego prawnika (Aleksander Sewruk). O konduktorach nawet nie wspominam. Nawet jeśli te postacie pojawiają się na chwilę, zapadają mocno w pamięć. Gdy Kawalerowicz przygląda się naszej przymusowej parze, sporo jest tu niedopowiedzeń, drobnych spojrzeń i niezbyt chętnie prowadzonych rozmów. Ale coś tu wisi w powietrzu – być może nawet romans, bo przecież początki czasem bywały burzliwe. A jeszcze rewelacyjna muzyka Andrzeja Trzaskowskiego z cudowną wokalizą Wandy Warskiej potęguje klimat.

Jednak by podbić stawkę reżyser podrzuca jeszcze pewien kryminalny wątek związany ze zbiegłym mordercą. Być może znajdującym się w pociągu, tylko – no właśnie, kim on jest i jak on wygląda? Pozornie może wydawać się wciśnięty na siłę i zbędny, ale jest tak sprytnie wpleciony, że jeszcze bardziej podkręca napięcie. Kawalerowicz podrzuca różne tropy i możliwe podejrzenia, co kumuluje w świetnie nakręconej gonitwie za zabójcą przez przedziały aż do… ucieczki w pole. Więcej nie zdradzę, bo to trzeba zobaczyć samemu.

A wszystko ogląda się dzięki elektryzującemu duetowi Leon Niemczyk/Lucyna Winnicka. Oboje bardzo skryci i tajemniczy, początkowo wręcz wrogo do siebie nastawieni. On w ciemnych okularach, ona ma bardzo elegancki chłód oraz spory dystans. Oboje elektryzują aż do ostatniej sceny i wyczekiwałem tych scen. Za to na bardzo bogatym drugim planie najbardziej wybija się pociągająca Teresa Szmigielówna w roli znudzonej żony adwokata, desperacko flirtująca niemal ze wszystkimi oraz Zbgniew Cybulski (wyjątkowo bez okularów) jako chłopak, nie chcący odczepić się od postaci granej przez Winnicką. Tutaj nawet drobne epizody zapadają w pamięć, co nie zdarza się zbyt często.

Trzeba będzie się bliżej zapoznać z kinem Kawalerowicza, który kolejny raz zaskakuje. „Pociąg” to świetna mieszanka dramatu psychologicznego z thrillerem, pełna świetnych dialogów, zadziwiająco wnikliwej obserwacji. Kino niemal egzystencjalne, prowokujące do myślenia i dziwnie aktualne, choć pociągi oraz obsługa już zupełnie inna.

8/10

Radosław Ostrowski

Krótki film o zabijaniu

14 maja zmarł Krzysztof Piesiewicz – prawnik, senator i przede wszystkim scenarzysta filmowy, znany jako współautor fabuł dzieł Krzysztofa Kieślowskiego. Czy może być lepszy powód, by sobie przypomnieć jedno z dzieł mistrza, którego nie widziałem od bardzo dawna. „Krótki film o zabijaniu” był piątą częścią serialowego „Dekalogu”, który został rozszerzony do pełnometrażowej produkcji przeznaczoną do kinowego ekranu.

Tytuł mówi wszystko – film jest krótki (niecałe 85 minut) i jest o zabijaniu, ale to nie jest krwawa jatka. Wszystko dzieje się w słynnym mieście leżącym między Pruszkowem a Wołominem, skupiając się na trzech postaciach: antypatycznym taksówkarzu (Jan Tesarz), zagubionym młodzieńcu (Mirosław Baka) oraz świeżo upieczonym adwokacie (Krzysztof Globisz). Nikt nie spodziewał się, że ich losy przetną się niczym nóż chleb.

Kieślowski nigdy wcześniej ani później nie zrobił filmu tak wyrazistego i mrocznego wizualnie jak „Krótki film o zabijaniu”. Pierwsza połowa niejako przeskakuje z postaci na postać, co może wywoływać na początku sporą konsternację. Bo widzimy proste scenki, zrobione w niemal dokumentalnym stylu, gdzie w zasadzie nie byłem w stanie zgadnąć, dokąd to wszystko zmierza. A jeszcze mamy do tego mocno zielonkawo-żółty filtr ze sporą dawką czerni, co potęguje niepokojący klimat. Już pierwsze ujęcia pokazują z martwymi zwierzętami (robaki, martwy szczur i powieszony kot) pokazują zgniły, wręcz zdegenerowany świat. Warszawa jest tu odpychająca, nawet w takich miejscach jak plac Zamkowy. To jest kino wręcz turpistyczne, odrażające i brudne, wręcz skręcające ku horrorowi (w czym pomaga choćby intensywna muzyka Zbigniewa Preisnera).

A potem w połowie staje się to, co wywołuje szok nawet teraz. Morderstwo taksówkarza dzieje się nagle, choć wisiało ono w powietrzu. Nie jest ono krwawe, pełne flaków, ale pokazane jest w bardzo surowy, pozbawiony znieczulenia sposób, wręcz aptekarski. Równie niepokojące jest w tej zbrodni to, że wydaje się ona… przypadkowa, pozbawiona sensu. Fakt, że w scenariuszu nie ma żadnych ekspozycji w dialogach, jeszcze bardziej prowokuje do zadania pytań. A potem mamy szybkie cięcie oraz koniec procesu i wykonanie wyroku śmierci. Równie szokujące, osadzone w klaustrofobicznej przestrzeni, z której chce się uciec. To morderstwo – bo jak inaczej można nazwać wykonanie kary śmierci – ma inny ciężar, poczucie nieuniknionego i dzieje się o wiele szybciej. W zachowaniu strażników czy kata jest coś zwierzęcego, dzikiego, niemal dusznego.

Nawet drobne akcenty humorystyczne nie są w stanie zmyć tej grozy, jaką pokazuje „Krótki film o zabijaniu”. To najmroczniejszy (dosłownie i w przenośni) film w dorobku Kieślowskiego, pokazujący świat pełen znieczulicy, obojętności oraz nienawiści.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ręce do góry

Spośród polskich reżyserów Jerzy Skolimowski wyróżniał się najbardziej, szczególnie na początku swojej drogi w latach 60. Mocno idąc w kierunku Nowej Fali, z bardzo luźno zarysowaną fabułą, oszczędnymi dialogami oraz bardzo silną warstwą wizualną. Oraz tworząc postać Andrzeja Leszczyca – młodego, zagubionego samotnika. Ostatnią częścią serii, którą zaczął „Rysopis” był powstały w 1967 roku film „Ręce do góry”, jednak historia powstania jest wyboista.

Choć całość została nakręcona w 1967 roku, nie została dopuszczona do dystrybucji, a wszystko z powodu jednej głośnej sceny. Chodziło o podwójne oczy Stalina i przez to trafił na półkę, zaś Skolimowski zdecydował się na imigrację. Dopiero po 14 latach wrócił do filmu dodając (kolorowy) prolog, który – jak wiele filmów reżysera – ryje banię. I jest to jazda bez trzymanki. Z jednej strony reżyser próbuje pokazać jak wpływ miało na niego doświadczenie pracy nad filmem, z drugiej mamy totalny kolaż – wyniszczony wojną Bejrut, obrazki z powstania warszawskiego, manifestacja związana z Solidarnością, Skolimowski pracujący przy filmie „Fałszerstwo” Volkera Schloendorffa, tworzenie galerii sztuki czy pokazywane obrazy. A w tle gra na pełnej kurtyzanie, niemal doprowadzając do bólu uszu „Kosmogonia” Krzysztofa Pendereckiego. Niekoniecznie się to wszystko łączy, ale robi piorunujące wrażenie.

Po 25 minutach jednak obraz staje się czarno-biały i dostajemy film właściwy. Wszystko zaczyna się na balu absolwentów Akademii Medycznej, gdzie dość szybko poznajemy piątkę bohaterów. Zamiast imion i nazwisk używają marek samochodów jako ksyw: Zastawa (Jerzy Skolimowski), Opel Rekord (Tadeusz Łomnicki), Alfa (Joanna Szczerbic), Romeo (Adam Hanuszkiewicz) i Wartburg (Bogumił Kobiela). Punktem zapalnym jest list napisany przez jednego z absolwentów, który nie pojawił się na imprezie, więc reszta decyduje się do niego wpaść. Problem w tym, że nie bardzo jest jak tam dotrzeć, a jedyny jadący pociąg to… towarowy. Żaden problem, więc piątka wyrusza. No i staje się to okazją do rozrachunku z czasami studenckimi.

Sama historia jest zaskakująco kameralna, przez większość czasu rozgrywająca się w wagonie pociągu. Bardzo oszczędna scenografia buduje wręcz duszną atmosferę, krótkie przebitki retrospekcji wrzucające w czasy studiów oraz członkostwa ZMP. Ale Skolimowski nawet tutaj eksperymentuje z formą – nagle przestrzeń robi się coraz szersza, pojawia się masa symbolicznych scen (oblepienie klejem z gazetą jednego z mężczyzn niczym przeprowadzana operacja, udawanie konia, ciągle zapalone świece), przejścia do retrospekcji są nagłe, a nawet mamy odwrócony negatyw. Dialogi pełne zarówno odniesień do czasów wojny, ale niepozbawione ironii oraz złośliwości. Kolejne zdejmowane maski, odkrywane pretensje i zazdrości, które nie są wypowiadane wprost.

Nie jest to łatwe kino (jak każdy w zasadzie film Skolimowskiego), ale „Ręce do góry” – nawet z dokręconym prologiem – jest bardzo intrygującym portretem cynicznego pokolenia, dla którego liczy się bogactwo i status społeczny. Świetnie zagrane, imponująco nakręcone przez debiutującego Witolda Sobocińskiego oraz awangardowa muzyka Krzysztofa Komedy dodają do tego eksperymentu.

8/10

Radosław Ostrowski

Skandalista Larry Flynt

Po dość chłodnym odbiorze „Valmonta” wydawałoby się, że Milos Forman zniknął i żadnego filmu więcej nie zrobi. Czech skupiał się na pracy wykładowcy akademickiego, ale w 1996 roku wrócił z impetem. I to filmem biograficznym o jednym z najsłynniejszych wydawców magazynu dla dorosłych, od razu zdobywając Złotego Niedźwiedzia za najlepszy film na Berlinale.

Jak samy tytuł mówi „Skandalista Larry Flynt” opowiada o Larrym Flyncie (Woody Harrelson) – chłopaku z Południa, który zaczynał jako bimbrownik w latach 50., by 20 lat później razem z bratem (Brett Harrelson) prowadzić klub ze striptizem. Ale interes nie idzie za dobrze – do czasu, gdy Larry postanawia wypromować lokal przy użyciu magazynu ze zdjęciami. Problem jednak w tym, że Hustler jest o wiele ostrzejszy od innych czasopism, co doprowadza do konfliktów z prawem.

Choć pozornie mogłoby się wydawać, że film Formana będzie skupiał się na działalności „wydawniczej” Flinta. Ale nie do końca, bo nie interesuje się golizną, erotyzmem czy szokowaniem dla szokowania. Reżyser wykorzystuje postać kontrowersyjnego twórcy do pokazania walki między konserwatyzmem oraz tzw. „obrońcami moralności” z bardziej liberalnie nastawionym do życia społeczeństwem. A przede wszystkim prowokuje do pytań o wolność słowa. Gdzie jest granica i czy w ogóle jakaś powinna być? A jednocześnie mamy kolejne batalie z wymiarem sprawiedliwości, w których Flynt przekracza granice i staje się kompletnie nieobliczalny: od słownych inwektyw przez noszenie pieluchy w kształcie… flagi USA aż po rzucenie kupy pieniędzy, kiedy nie chce ujawnić informatora w sprawie pewnej kasety. I cały czas można się zastanawiać, na ile w tym kalkulacji, a na ile rebeliancki duch.

Jednocześnie „Skandalista…” to także historia miłosna między Flyntem a striptizerką Alitheą (zjawiskowa Courtney Love), którą poznał w klubie. I ten wątek jest równie ciekawy, jak sądowe batalie oraz problemy magnata prasowego. Zadziwiająco sporo jest tu czułości, ale nie ma tu słodzenia i wazeliny. Szczególnie od połowy filmu, kiedy Flynt zostaje postrzelony oraz – wskutek tego – sparaliżowany, a także zaczynamy widzieć popadania kobiety w nałóg narkotykowy. I Love wszystkie te sprzeczne emocje wygrywa bezbłędnie, co zważywszy na skromne doświadczenie aktorskie jest dużą niespodzianką. A w tle mamy lata 70. i 80., które udaje się reżyserowi odtworzyć pod względem mentalności. Całość jest dobrze nakręcona, pełna dynamicznego montażu oraz pozbawiona nudy.

A wszystko trzyma na swoich barkach trójka aktorów. Love sprawiła największą niespodziankę i stworzyła najsoczystszą rolę w tym filmie. Harrelson jest odpowiednio magnetyzujący, wyrazisty oraz nie patyczkuje się, zaś w scenach z Love pokazuje delikatniejsze oblicze (choć moment „nawrócenia” i przyjęcia chrztu zastanawia). Równie świetny jest dopiero zaczynający swoją karierę Edward Norton w roli prawnika Flynta, próbującego (niezbyt skutecznie) trzymać swojego klienta w ryzach. A jednak udaje zbudować się niemal przyjacielską relację, co nie jest takie łatwe. Do tego jeszcze masa drobnych, lecz wyrazistych drugoplanowych ról, ze szczególnym wskazaniem na Donnę Hannover (ewangelistka Ruth Carter Stapleton), Bretta Harrelsona (Jimmy Flynt) oraz niezawodnego Jamesa Cromwella (Charles Keating).

„Skandalista Larry Flynt” to kolejna bardzo solidna produkcja w dorobku Formana, który coraz bardziej wydaje się ciekawy i zafascynowany Ameryką. Jej wolnościowym duchem, jednocześnie obnażając jej hipokryzję. Rewelacyjne role Harrelsona, Love i Nortona plus rozważania na temat wolności słowa wybijają go z grona innych biografii biznesmenów.

8/10

Radosław Ostrowski

Valmont

Popularność powieści epistolarnej Pierre’a Choderlosa de Laclosa jest wręcz zdumiewająca, o czym świadczy masa adaptacji: filmowych, teatralnych czy ostatnio jako serial. Sława była tak mocna, że w 1988 roku aż dwóch reżyserów planowało przenieść tą opowieść na ekran: Stephen Frears oraz Miloś Forman. Ten pierwszy opierając się bardziej na teatralnej adaptacji Christophera Hamptona stworzył film szybciej, zdobywając większą uwagę, popularność i splendor. Drugi, który trafił do kin rok później, popadając w zapomnienie oraz zostaje chłodno odebrany przez krytykę i publiczność. Czy naprawdę „Valmont” był aż tak słaby, czy może miał zwyczajnie pecha?

Historia jest znana i osadzona jest w XVIII-wiecznej Francji przed rewolucją, a skupia się wokół młodej dziewczyny Cecile (Fairuza Balk). Opuszcza ona klasztor i ma niedługo zostać żoną, co jak na 15-latkę jest sporym przeżyciem. Ceceile trafia pod opiekę przyjaciółki mamy, markizy de Merteuil (Annette Bening). Wdowa odkrywa, że przyszłym mężem młódki jest jej kochanek, de Gercourt (Jeffrey Jones), który postanowił ją porzucić. Więc z zemsty decyduje się poprosić jednego ze swoich adoratorów, hrabiego Valmonta (Colin Firth) w celu uwiedzenia dziewczyny. Jednak młody arystokrata, specjalizujący się w łamaniu kobiecych serc, sam wpadł ofiarą strzały Amora. Ale czy aby na pewno?

Trudno nie uniknąć porównań z filmową wersją Stephena Frearsa. Ponieważ jednak filmu z 1988 roku nie widziałem od dawna, więc nie będę bawił się w analizowanie dzieła. Co mnie bardzo zaskoczyło tutaj to fakt, że Forman podchodzi do tego z zadziwiającą lekkością oraz frywolnością. I nie chodzi mi tylko o humor (choć ten pojawia się w najmniej spodziewanych momentach), ale – jakby to nazwać – nastawienia reżysera. Widać, że postacie nie działają tylko i wyłącznie z wyrachowania, ale jest tam coś więcej. Że za działaniami stoi namiętność, pożądanie i… znudzenie. Obawiałem się, że to podejście pozbawi emocjonalnego ciężaru tej historii, ale „Valmont” mnie zaskoczył. Szczególnie w drugiej połowie, gdzie jeden z doświadczonych graczy zaczyna się w tym gubić i to zmienia jego działanie.

Wizualnie czuć, jakbym znowu trafił do świata „Amadeusza” – nie tylko z powodu oświetlenia opartego na świecach czy występu operowego – gdzie scenografia oraz kostiumy wyglądają imponująco. Stylizowana na epokę muzyka sprawdza się, a wszystko płynnie bez zbędnego postoju. Problem miałem z paroma scenami slapstickowego humoru oraz powoli rozkręcającym się początkiem, ale im dalej w las, tym lepiej.

Swoje także dorzuca nietypowa obsada. Zadziwiającym wyborem do roli Valmonta był Colin Firth, który ma w sobie sporu uroku i jest mniej jednoznaczną postacią. Szczególnie w scenach z Meg Tilly (madame de Tourvel) pokazuje bardziej ludzkie oblicze, jednak z tyłu głowy cały czas były wątpliwości. Czy to prawdziwe uczucia, czy to tylko gra – on sam zaczyna się w tym gubić. Ale prawdziwą petardą jest dla mnie Annette Bening w roli de Merteuil. Niby służąca wsparciem, non stop z uśmiechem na twarzy, ale w każdej chwili może wbić nóż w plecy i jest bardziej podstępna i sprytna. W zależności od tego z kim rozmawia zmienia oblicze. Bardzo elektryzująca oraz najciekawsza postać. Obok mamy eteryczną Meg Tilly i odkrywającą arkana miłosne naiwną Fairuzę Balk, dopełniające obrazu.

„Valmont” pokazuje, że głośne „Niebezpieczne związki” można interpretować na różne sposoby. Milos Forman tworzy o wiele lżejszą pod względem klimatu opowieść o pożądaniu i namiętnościach, których nie da się sterować bez zapłacenia ceny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Skok

Jak się myśli o filmach Kazimierza Kutza, to raczej myśl się o jego śląskiej trylogii albo jego ostatnich dziełach jak „Zawrócony” czy „Pułkownik Kwiatkowski”. Ale każdy reżyser ma w swoim dorobku filmy zapomniane i mało znane. W przypadku Kutza jednym z takich filmów jest pochodzący z 1967 roku „Skok”.

Historia skupia się wokół dwóch młodych chłopaków, którzy właśnie oblali maturę. Franek (Daniel Olbrychski) to silny twardziel, co ma mocne pięści. Paweł (Marian Opania) jest drobniejszy, bardziej kierujący się sprytem. Obaj nie planują wracać do domów i będąc nad morzem, zastanawiają się co dalej. Wtedy dołącza do nich tajemniczy nieznajomy (Andrzej Gazdeczka) i proponuje prosty sposób na znalezienie pieniędzy. Czyli zrobić skok. Tylko gdzie? Pada pomysł na obrobienie lokalnego PGR-u, gdzie chłopaki się zatrudniają. W zamian nieznajomy ma zadekować ich na statku, więc Franek z Pawłem się zgadzają.

Jeśli całość brzmi dla was jak film sensacyjny, to raczej nie spodziewajcie się dynamicznej akcji. Reżyser bardziej skupia się na obserwacji dwójki ludzi wchodzących w dorosłość. Dlatego są bardzo naiwni i dają się namówić na skok. Jednocześnie widzimy tutaj życie oraz pracę na prowincji, gdzie robotnicy z pewnym dystansem, wręcz nieufnością podchodzą do „miastowych”. Ale poza wątkiem kryminalnym jest tu jeszcze historia inicjacyjna, bo ten rozważniejszy poznaje Teresę (debiutująca na ekranie Małgorzata Braunek). I niejako te dwa wątki przeplatają się za sobą w dziwnym tańcu, niejako walcząc o dominację. Jednak uzupełniają się całkiem nieźle, ładnie sfotografowane na czarno-białej taśmie (aczkolwiek czasem nocne ujęcia są niezbyt widoczne), zaś w tle gra jazzowa muzyka Adama Sławińskiego. No i same dialogi napisane przez Stanisława Dygata brzmią dobrze.

Jednak ten film działa naprawdę mocno dzięki świetnym kreacjom. Mocny i walczący swoimi pięściami Daniel Olbrychski błyszczy w roli silnego Franka, budując wizerunek pewnego siebie twardziela, co nie boi się ryzyka. Trochę w kontrze do niego równie fantastyczny Marian Opania, który może nie imponuje swoją posturą, jednak wydaje się być tym mądrzejszym. Z czasem zaczyna się zmieniać, co prowadzi do finałowej konfrontacji na molo. Ale całość kradną drobne epizody choćby Witolda Dederki (Ziętara), Bogdana Baera (traktorzysta) czy Stanisława Michalskiego (narwany Wiktor), które dodają kolorytu do całości.

Może i „Skok” nie jest jednym z najlepszych filmów w dorobku Kutza, jednak ta mieszanka kryminału oraz filmu coming-of-age osadzona w latach 60. pozostaje ciekawym portretem epoki. Nie zawsze zachowuje równe tempo, czasem nie zawsze wszystko widać, niemniej nie jest to czas stracony.

6,5/10

Radosław Ostrowski