Krótki film o zabijaniu

14 maja zmarł Krzysztof Piesiewicz – prawnik, senator i przede wszystkim scenarzysta filmowy, znany jako współautor fabuł dzieł Krzysztofa Kieślowskiego. Czy może być lepszy powód, by sobie przypomnieć jedno z dzieł mistrza, którego nie widziałem od bardzo dawna. „Krótki film o zabijaniu” był piątą częścią serialowego „Dekalogu”, który został rozszerzony do pełnometrażowej produkcji przeznaczoną do kinowego ekranu.

Tytuł mówi wszystko – film jest krótki (niecałe 85 minut) i jest o zabijaniu, ale to nie jest krwawa jatka. Wszystko dzieje się w słynnym mieście leżącym między Pruszkowem a Wołominem, skupiając się na trzech postaciach: antypatycznym taksówkarzu (Jan Tesarz), zagubionym młodzieńcu (Mirosław Baka) oraz świeżo upieczonym adwokacie (Krzysztof Globisz). Nikt nie spodziewał się, że ich losy przetną się niczym nóż chleb.

Kieślowski nigdy wcześniej ani później nie zrobił filmu tak wyrazistego i mrocznego wizualnie jak „Krótki film o zabijaniu”. Pierwsza połowa niejako przeskakuje z postaci na postać, co może wywoływać na początku sporą konsternację. Bo widzimy proste scenki, zrobione w niemal dokumentalnym stylu, gdzie w zasadzie nie byłem w stanie zgadnąć, dokąd to wszystko zmierza. A jeszcze mamy do tego mocno zielonkawo-żółty filtr ze sporą dawką czerni, co potęguje niepokojący klimat. Już pierwsze ujęcia pokazują z martwymi zwierzętami (robaki, martwy szczur i powieszony kot) pokazują zgniły, wręcz zdegenerowany świat. Warszawa jest tu odpychająca, nawet w takich miejscach jak plac Zamkowy. To jest kino wręcz turpistyczne, odrażające i brudne, wręcz skręcające ku horrorowi (w czym pomaga choćby intensywna muzyka Zbigniewa Preisnera).

A potem w połowie staje się to, co wywołuje szok nawet teraz. Morderstwo taksówkarza dzieje się nagle, choć wisiało ono w powietrzu. Nie jest ono krwawe, pełne flaków, ale pokazane jest w bardzo surowy, pozbawiony znieczulenia sposób, wręcz aptekarski. Równie niepokojące jest w tej zbrodni to, że wydaje się ona… przypadkowa, pozbawiona sensu. Fakt, że w scenariuszu nie ma żadnych ekspozycji w dialogach, jeszcze bardziej prowokuje do zadania pytań. A potem mamy szybkie cięcie oraz koniec procesu i wykonanie wyroku śmierci. Równie szokujące, osadzone w klaustrofobicznej przestrzeni, z której chce się uciec. To morderstwo – bo jak inaczej można nazwać wykonanie kary śmierci – ma inny ciężar, poczucie nieuniknionego i dzieje się o wiele szybciej. W zachowaniu strażników czy kata jest coś zwierzęcego, dzikiego, niemal dusznego.

Nawet drobne akcenty humorystyczne nie są w stanie zmyć tej grozy, jaką pokazuje „Krótki film o zabijaniu”. To najmroczniejszy (dosłownie i w przenośni) film w dorobku Kieślowskiego, pokazujący świat pełen znieczulicy, obojętności oraz nienawiści.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ręce do góry

Spośród polskich reżyserów Jerzy Skolimowski wyróżniał się najbardziej, szczególnie na początku swojej drogi w latach 60. Mocno idąc w kierunku Nowej Fali, z bardzo luźno zarysowaną fabułą, oszczędnymi dialogami oraz bardzo silną warstwą wizualną. Oraz tworząc postać Andrzeja Leszczyca – młodego, zagubionego samotnika. Ostatnią częścią serii, którą zaczął „Rysopis” był powstały w 1967 roku film „Ręce do góry”, jednak historia powstania jest wyboista.

Choć całość została nakręcona w 1967 roku, nie została dopuszczona do dystrybucji, a wszystko z powodu jednej głośnej sceny. Chodziło o podwójne oczy Stalina i przez to trafił na półkę, zaś Skolimowski zdecydował się na imigrację. Dopiero po 14 latach wrócił do filmu dodając (kolorowy) prolog, który – jak wiele filmów reżysera – ryje banię. I jest to jazda bez trzymanki. Z jednej strony reżyser próbuje pokazać jak wpływ miało na niego doświadczenie pracy nad filmem, z drugiej mamy totalny kolaż – wyniszczony wojną Bejrut, obrazki z powstania warszawskiego, manifestacja związana z Solidarnością, Skolimowski pracujący przy filmie „Fałszerstwo” Volkera Schloendorffa, tworzenie galerii sztuki czy pokazywane obrazy. A w tle gra na pełnej kurtyzanie, niemal doprowadzając do bólu uszu „Kosmogonia” Krzysztofa Pendereckiego. Niekoniecznie się to wszystko łączy, ale robi piorunujące wrażenie.

Po 25 minutach jednak obraz staje się czarno-biały i dostajemy film właściwy. Wszystko zaczyna się na balu absolwentów Akademii Medycznej, gdzie dość szybko poznajemy piątkę bohaterów. Zamiast imion i nazwisk używają marek samochodów jako ksyw: Zastawa (Jerzy Skolimowski), Opel Rekord (Tadeusz Łomnicki), Alfa (Joanna Szczerbic), Romeo (Adam Hanuszkiewicz) i Wartburg (Bogumił Kobiela). Punktem zapalnym jest list napisany przez jednego z absolwentów, który nie pojawił się na imprezie, więc reszta decyduje się do niego wpaść. Problem w tym, że nie bardzo jest jak tam dotrzeć, a jedyny jadący pociąg to… towarowy. Żaden problem, więc piątka wyrusza. No i staje się to okazją do rozrachunku z czasami studenckimi.

Sama historia jest zaskakująco kameralna, przez większość czasu rozgrywająca się w wagonie pociągu. Bardzo oszczędna scenografia buduje wręcz duszną atmosferę, krótkie przebitki retrospekcji wrzucające w czasy studiów oraz członkostwa ZMP. Ale Skolimowski nawet tutaj eksperymentuje z formą – nagle przestrzeń robi się coraz szersza, pojawia się masa symbolicznych scen (oblepienie klejem z gazetą jednego z mężczyzn niczym przeprowadzana operacja, udawanie konia, ciągle zapalone świece), przejścia do retrospekcji są nagłe, a nawet mamy odwrócony negatyw. Dialogi pełne zarówno odniesień do czasów wojny, ale niepozbawione ironii oraz złośliwości. Kolejne zdejmowane maski, odkrywane pretensje i zazdrości, które nie są wypowiadane wprost.

Nie jest to łatwe kino (jak każdy w zasadzie film Skolimowskiego), ale „Ręce do góry” – nawet z dokręconym prologiem – jest bardzo intrygującym portretem cynicznego pokolenia, dla którego liczy się bogactwo i status społeczny. Świetnie zagrane, imponująco nakręcone przez debiutującego Witolda Sobocińskiego oraz awangardowa muzyka Krzysztofa Komedy dodają do tego eksperymentu.

8/10

Radosław Ostrowski

Skandalista Larry Flynt

Po dość chłodnym odbiorze „Valmonta” wydawałoby się, że Milos Forman zniknął i żadnego filmu więcej nie zrobi. Czech skupiał się na pracy wykładowcy akademickiego, ale w 1996 roku wrócił z impetem. I to filmem biograficznym o jednym z najsłynniejszych wydawców magazynu dla dorosłych, od razu zdobywając Złotego Niedźwiedzia za najlepszy film na Berlinale.

Jak samy tytuł mówi „Skandalista Larry Flynt” opowiada o Larrym Flyncie (Woody Harrelson) – chłopaku z Południa, który zaczynał jako bimbrownik w latach 50., by 20 lat później razem z bratem (Brett Harrelson) prowadzić klub ze striptizem. Ale interes nie idzie za dobrze – do czasu, gdy Larry postanawia wypromować lokal przy użyciu magazynu ze zdjęciami. Problem jednak w tym, że Hustler jest o wiele ostrzejszy od innych czasopism, co doprowadza do konfliktów z prawem.

Choć pozornie mogłoby się wydawać, że film Formana będzie skupiał się na działalności „wydawniczej” Flinta. Ale nie do końca, bo nie interesuje się golizną, erotyzmem czy szokowaniem dla szokowania. Reżyser wykorzystuje postać kontrowersyjnego twórcy do pokazania walki między konserwatyzmem oraz tzw. „obrońcami moralności” z bardziej liberalnie nastawionym do życia społeczeństwem. A przede wszystkim prowokuje do pytań o wolność słowa. Gdzie jest granica i czy w ogóle jakaś powinna być? A jednocześnie mamy kolejne batalie z wymiarem sprawiedliwości, w których Flynt przekracza granice i staje się kompletnie nieobliczalny: od słownych inwektyw przez noszenie pieluchy w kształcie… flagi USA aż po rzucenie kupy pieniędzy, kiedy nie chce ujawnić informatora w sprawie pewnej kasety. I cały czas można się zastanawiać, na ile w tym kalkulacji, a na ile rebeliancki duch.

Jednocześnie „Skandalista…” to także historia miłosna między Flyntem a striptizerką Alitheą (zjawiskowa Courtney Love), którą poznał w klubie. I ten wątek jest równie ciekawy, jak sądowe batalie oraz problemy magnata prasowego. Zadziwiająco sporo jest tu czułości, ale nie ma tu słodzenia i wazeliny. Szczególnie od połowy filmu, kiedy Flynt zostaje postrzelony oraz – wskutek tego – sparaliżowany, a także zaczynamy widzieć popadania kobiety w nałóg narkotykowy. I Love wszystkie te sprzeczne emocje wygrywa bezbłędnie, co zważywszy na skromne doświadczenie aktorskie jest dużą niespodzianką. A w tle mamy lata 70. i 80., które udaje się reżyserowi odtworzyć pod względem mentalności. Całość jest dobrze nakręcona, pełna dynamicznego montażu oraz pozbawiona nudy.

A wszystko trzyma na swoich barkach trójka aktorów. Love sprawiła największą niespodziankę i stworzyła najsoczystszą rolę w tym filmie. Harrelson jest odpowiednio magnetyzujący, wyrazisty oraz nie patyczkuje się, zaś w scenach z Love pokazuje delikatniejsze oblicze (choć moment „nawrócenia” i przyjęcia chrztu zastanawia). Równie świetny jest dopiero zaczynający swoją karierę Edward Norton w roli prawnika Flynta, próbującego (niezbyt skutecznie) trzymać swojego klienta w ryzach. A jednak udaje zbudować się niemal przyjacielską relację, co nie jest takie łatwe. Do tego jeszcze masa drobnych, lecz wyrazistych drugoplanowych ról, ze szczególnym wskazaniem na Donnę Hannover (ewangelistka Ruth Carter Stapleton), Bretta Harrelsona (Jimmy Flynt) oraz niezawodnego Jamesa Cromwella (Charles Keating).

„Skandalista Larry Flynt” to kolejna bardzo solidna produkcja w dorobku Formana, który coraz bardziej wydaje się ciekawy i zafascynowany Ameryką. Jej wolnościowym duchem, jednocześnie obnażając jej hipokryzję. Rewelacyjne role Harrelsona, Love i Nortona plus rozważania na temat wolności słowa wybijają go z grona innych biografii biznesmenów.

8/10

Radosław Ostrowski

Valmont

Popularność powieści epistolarnej Pierre’a Choderlosa de Laclosa jest wręcz zdumiewająca, o czym świadczy masa adaptacji: filmowych, teatralnych czy ostatnio jako serial. Sława była tak mocna, że w 1988 roku aż dwóch reżyserów planowało przenieść tą opowieść na ekran: Stephen Frears oraz Miloś Forman. Ten pierwszy opierając się bardziej na teatralnej adaptacji Christophera Hamptona stworzył film szybciej, zdobywając większą uwagę, popularność i splendor. Drugi, który trafił do kin rok później, popadając w zapomnienie oraz zostaje chłodno odebrany przez krytykę i publiczność. Czy naprawdę „Valmont” był aż tak słaby, czy może miał zwyczajnie pecha?

Historia jest znana i osadzona jest w XVIII-wiecznej Francji przed rewolucją, a skupia się wokół młodej dziewczyny Cecile (Fairuza Balk). Opuszcza ona klasztor i ma niedługo zostać żoną, co jak na 15-latkę jest sporym przeżyciem. Ceceile trafia pod opiekę przyjaciółki mamy, markizy de Merteuil (Annette Bening). Wdowa odkrywa, że przyszłym mężem młódki jest jej kochanek, de Gercourt (Jeffrey Jones), który postanowił ją porzucić. Więc z zemsty decyduje się poprosić jednego ze swoich adoratorów, hrabiego Valmonta (Colin Firth) w celu uwiedzenia dziewczyny. Jednak młody arystokrata, specjalizujący się w łamaniu kobiecych serc, sam wpadł ofiarą strzały Amora. Ale czy aby na pewno?

Trudno nie uniknąć porównań z filmową wersją Stephena Frearsa. Ponieważ jednak filmu z 1988 roku nie widziałem od dawna, więc nie będę bawił się w analizowanie dzieła. Co mnie bardzo zaskoczyło tutaj to fakt, że Forman podchodzi do tego z zadziwiającą lekkością oraz frywolnością. I nie chodzi mi tylko o humor (choć ten pojawia się w najmniej spodziewanych momentach), ale – jakby to nazwać – nastawienia reżysera. Widać, że postacie nie działają tylko i wyłącznie z wyrachowania, ale jest tam coś więcej. Że za działaniami stoi namiętność, pożądanie i… znudzenie. Obawiałem się, że to podejście pozbawi emocjonalnego ciężaru tej historii, ale „Valmont” mnie zaskoczył. Szczególnie w drugiej połowie, gdzie jeden z doświadczonych graczy zaczyna się w tym gubić i to zmienia jego działanie.

Wizualnie czuć, jakbym znowu trafił do świata „Amadeusza” – nie tylko z powodu oświetlenia opartego na świecach czy występu operowego – gdzie scenografia oraz kostiumy wyglądają imponująco. Stylizowana na epokę muzyka sprawdza się, a wszystko płynnie bez zbędnego postoju. Problem miałem z paroma scenami slapstickowego humoru oraz powoli rozkręcającym się początkiem, ale im dalej w las, tym lepiej.

Swoje także dorzuca nietypowa obsada. Zadziwiającym wyborem do roli Valmonta był Colin Firth, który ma w sobie sporu uroku i jest mniej jednoznaczną postacią. Szczególnie w scenach z Meg Tilly (madame de Tourvel) pokazuje bardziej ludzkie oblicze, jednak z tyłu głowy cały czas były wątpliwości. Czy to prawdziwe uczucia, czy to tylko gra – on sam zaczyna się w tym gubić. Ale prawdziwą petardą jest dla mnie Annette Bening w roli de Merteuil. Niby służąca wsparciem, non stop z uśmiechem na twarzy, ale w każdej chwili może wbić nóż w plecy i jest bardziej podstępna i sprytna. W zależności od tego z kim rozmawia zmienia oblicze. Bardzo elektryzująca oraz najciekawsza postać. Obok mamy eteryczną Meg Tilly i odkrywającą arkana miłosne naiwną Fairuzę Balk, dopełniające obrazu.

„Valmont” pokazuje, że głośne „Niebezpieczne związki” można interpretować na różne sposoby. Milos Forman tworzy o wiele lżejszą pod względem klimatu opowieść o pożądaniu i namiętnościach, których nie da się sterować bez zapłacenia ceny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Skok

Jak się myśli o filmach Kazimierza Kutza, to raczej myśl się o jego śląskiej trylogii albo jego ostatnich dziełach jak „Zawrócony” czy „Pułkownik Kwiatkowski”. Ale każdy reżyser ma w swoim dorobku filmy zapomniane i mało znane. W przypadku Kutza jednym z takich filmów jest pochodzący z 1967 roku „Skok”.

Historia skupia się wokół dwóch młodych chłopaków, którzy właśnie oblali maturę. Franek (Daniel Olbrychski) to silny twardziel, co ma mocne pięści. Paweł (Marian Opania) jest drobniejszy, bardziej kierujący się sprytem. Obaj nie planują wracać do domów i będąc nad morzem, zastanawiają się co dalej. Wtedy dołącza do nich tajemniczy nieznajomy (Andrzej Gazdeczka) i proponuje prosty sposób na znalezienie pieniędzy. Czyli zrobić skok. Tylko gdzie? Pada pomysł na obrobienie lokalnego PGR-u, gdzie chłopaki się zatrudniają. W zamian nieznajomy ma zadekować ich na statku, więc Franek z Pawłem się zgadzają.

Jeśli całość brzmi dla was jak film sensacyjny, to raczej nie spodziewajcie się dynamicznej akcji. Reżyser bardziej skupia się na obserwacji dwójki ludzi wchodzących w dorosłość. Dlatego są bardzo naiwni i dają się namówić na skok. Jednocześnie widzimy tutaj życie oraz pracę na prowincji, gdzie robotnicy z pewnym dystansem, wręcz nieufnością podchodzą do „miastowych”. Ale poza wątkiem kryminalnym jest tu jeszcze historia inicjacyjna, bo ten rozważniejszy poznaje Teresę (debiutująca na ekranie Małgorzata Braunek). I niejako te dwa wątki przeplatają się za sobą w dziwnym tańcu, niejako walcząc o dominację. Jednak uzupełniają się całkiem nieźle, ładnie sfotografowane na czarno-białej taśmie (aczkolwiek czasem nocne ujęcia są niezbyt widoczne), zaś w tle gra jazzowa muzyka Adama Sławińskiego. No i same dialogi napisane przez Stanisława Dygata brzmią dobrze.

Jednak ten film działa naprawdę mocno dzięki świetnym kreacjom. Mocny i walczący swoimi pięściami Daniel Olbrychski błyszczy w roli silnego Franka, budując wizerunek pewnego siebie twardziela, co nie boi się ryzyka. Trochę w kontrze do niego równie fantastyczny Marian Opania, który może nie imponuje swoją posturą, jednak wydaje się być tym mądrzejszym. Z czasem zaczyna się zmieniać, co prowadzi do finałowej konfrontacji na molo. Ale całość kradną drobne epizody choćby Witolda Dederki (Ziętara), Bogdana Baera (traktorzysta) czy Stanisława Michalskiego (narwany Wiktor), które dodają kolorytu do całości.

Może i „Skok” nie jest jednym z najlepszych filmów w dorobku Kutza, jednak ta mieszanka kryminału oraz filmu coming-of-age osadzona w latach 60. pozostaje ciekawym portretem epoki. Nie zawsze zachowuje równe tempo, czasem nie zawsze wszystko widać, niemniej nie jest to czas stracony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ragtime

Ragtime to jeden z podgatunków muzyki jazzowej, grany głównie na jednym instrumencie klawiszowym (fortepian, pianino lub pianola), którego popularność eksplodowała pod koniec XIX wieku w Nowym Jorku oraz Nowym Orleanie. To także jest tytuł głośnej powieści E.L. Doctorowa z 1975 roku, którą w 1981 roku na dużym ekran przeniósł Milos Forman.

Akcja dzieje się na początku XX wieku przed wybuchem I wojny światowej i skupia się na dwóch wątkach. Pierwszy dotyczy czarnoskórego pianisty Coalhouse’a Walkera (Howard E. Rollins Jr.), który próbuje sobie radzić w życiu. Wszystko po części wynika z ucieczki jego ciężarnej dziewczyny, Sarah (Debbie Allen), decydującej zostawić dziecko w domostwie zamożnego przemysłowca (James Olson). Ale wszystko wydaje się iść ku dobremu. Drugi wątek dotyczy tancerki Evelyn Nesbit (Elizabeth McGovern), której ciało było (albo i nie) wykorzystane – jako modelka – do stworzenia rzeźby w Madison Square Garden przez architekta Stanforda White’a (Norman Mailer). Co można frustruje jej męża, Harry’ego Thawa (Robert Joy), żądającego pozbycia się statuy. Bez możliwości użycia prawnych działań, zabija mężczyznę.

Ale po drodze mamy jeszcze wiele innych pobocznych postaci: szwagra przedsiębiorcy (Brad Dourif) zakochanego w Evelyn, żydowski uliczny artysta (Mandy Patinkin) wyruszający z córką za lepszym życiem, rasistowski komendant straży pożarnej (Kenneth McMillan) czy będącym na dalszym planie postaci historycznych jak iluzjonista Harry Houdini czy starający się o urząd prezydenta Theodore Roosevelt. Takie mozaikowe kino było w takim czasie specjalnością Roberta Altmana, któremu zaproponowano reżyserię „Ragtime”, ale odmówił. Trudno odmówić ambicji w pokazaniu początków XX-wiecznej Ameryki – pełnej skandali, bigoterii, rasizmu i nietolerancji. Także początków współcześnie rozumianego terroryzmu, gdzie mamy strzelaniny, atak bombowy oraz potencjalne wysadzenie budynku.

I mam bardzo mieszane uczucia wobec tego filmu. Z jednej strony widać tu ogromną skalę, imponującą scenografię oraz kostiumy z epoki, a także sceny z masą statystów. I mimo ponad 40 lat wygląda to świetnie, aż chce się wejść do tego świata. Problemem dla mnie był dość powolny i chaotyczny początek, przez który nie do końca mogłem się przebić. I z tych dwóch opowieści to wątek Walkera zaczyna coraz bardziej dominować (co daje większego kopa emocjonalnego), zaś cała kwestia naszej dziewuchy-celebrytki w zasadzie znika w połowie i nie wraca. Co troszkę mi psuło równowagę, choć całość jest zagrana świetnie przez wszystkich. Nie byłem jednak w stanie całkowicie się zaangażować emocjonalnie, co wynika z pewnego chaosu narracyjnego i przeskoków z postaci na postać.

Choć doceniam ambicję oraz techniczną stronę, to „Ragtime” był dla mnie rozczarowaniem. Całość dziwnie się wlecze, nadmiar wątków dezorientuje i nie brakuje tu dłużyzn. Częściowo sytuację ratuje nabierający rozpędu wątek Coalhouse’a Walkera i świetne aktorstwo, co czyni film przyzwoitym kawałkiem kina. Bo nawet słabszy Forman nadal jest warty uwagi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Hair

Po wielkim sukcesie „Lotu nad kukułczym gniazdem” Miloś Forman skręcił w kierunku nieoczekiwanym przez nikogo. A mianowicie postanowił (dość luźno) przenieść na ekran bardzo popularny musical „Hair”. Dzieło napisane przez Jamesa Rado i Geroda Ragni z muzyką Galta MacDermota miało swoją sceniczną premierę w 1967 roku. Odkąd czeski reżyser zobaczył sceniczną adaptację był bardzo zainteresowany, ale na to trzeba było poczekać 12 lat.

Historia skupia się wokół młodego chłopaka z Oklahomy, Claude’a Bukowskiego (John Savage). Młodzieniec dostał powołanie do wojska i wyrusza do Nowego Jorku. Tam trafia na grupę hipisów pod wodzą bardzo energicznego Bergera (Treat Williams). Ta pokręcona paczka pokazuje mu troszkę bardziej „luźne” życie, jednak nie zmienia planów młodzieńca. Ale podczas spaceru po Central Parku wpada mu w oko niejaka Sheila (Beverly d’Angelo), co uruchamia sporą lawinę wydarzeń.

„Hair” jest bardzo intrygującym filmem, gdzie sceny dialogowe i muzyczno-śpiewane przeplatają się ze sobą, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się klasycznym zabiegiem. Ale sama muzyka stylistycznie jest bliżej „Jesus Christ Superstar” (rockowo-jazzowa hybryda) z kilkoma bardzo chwytliwymi kawałkami jak „Age of Aquarius” (prosta, ale zachwycająca choreografia – gdzie wśród tańczących są… policyjne konie), „Manchester England” czy finałowe „Let the Sunshine In”. Forman przygląda się grupie hipisów zarówno z fascynacją wobec ich bezkompromisowego oraz nie ulegającego konwenansom stylowi życia (cudowna scena podczas przyjęcia, gdzie Berger rzuca tyradę). Ale z drugiej nie pozostaje bezkrytyczny, pokazując brak odpowiedzialności (czarnoskóry Hud, ciężarna Jeannie) oraz zażywanie narkotyków. I to na tych zderzeniach oraz kontrastach musical wybrzmiewa najmocniej, by na koniec jednocześnie dać mocno cios w brzuch, a po niej małe światło nadziei.

Mimo upływu lat muzyka nadal pozostaje żywiołowa i energetyczna, choreografia może prosta, ale efektywna, a całość jest świetnie zmontowana (od przeplatanki przed komisją wojskową przez wizytę u psychologa więziennego po narkotyczną wizję ślubu). Choć zdarzają się w środkowej części chwile przestoju, to jednak film Formana sprawdza się jako zapis podzielonej Ameryki lat 60. Nawet jeśli bywa czasem naiwny czy przerysowany, potrafi emocjonalnie trafić w najmniej spodziewanym momencie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ptasznik z Alcatraz

Kino więzienne to w zasadzie podgatunek kina, który od dawna kieruje się swoimi prawidłami. Najczęściej są to historie skupione albo wokół niesłusznie skazanych i próbie/ach ucieczki, albo jest tu surowy portret życia w zamknięciu. Nakręconemu w 1962 roku „Ptasznikowi z Alcatraz” bliżej do tego drugiego, jednak film Johna Frankenheimera jest także czymś innym.

Oparty na książce Thomasa Gaddisa tytuł to biografia Roberta Strouda (Burt Lancaster) – więźnia, który spędził ponad 50 lat w różnych więzieniach. Kiedy go poznajemy jest w drodze do więzienia Leavenworth… pociągiem w 1912 roku. Ale od razu jest na kolizyjnym kursie z naczelnikiem, Harveyem Shoemakerem (Karl Malden). Do tego mężczyzna jest strasznie narwany, zwłaszcza gdy ktoś coś powie o jego matce lub dotknie jej zdjęcia. Ta reakcja doprowadza do zabicia strażnika przez Strouda. Zamiast wyroku śmierci przez powieszenie, dzięki interwencji matki (Thelma Ritter) otrzymuje dożywocie, ale do tego trafia do izolatki. Może chodzić na spacery, lecz wszystko robi sam. Jego powolne i nudne życie zmienia się przez jeden spacer podczas burzy, kiedy zabiera do celi… ptaka. Wróbla z urwanej gałęzi podczas burzy.

Reżyser ubiera całą historię w formie narracji z offu prowadzonej przez Gaddisa (Edmond O’Brien), dziejącą się na przestrzeni ponad 45 lat. Od Leavenworth aż do Alcatraz. Więc jest to spory kawał historii skompresowany do niecałych 2,5 godziny. Frankenheimer pokazuje zarówno zmieniający się system więziennictwa (od kul skuwanych na nogach i szorstkich cel Leavenworth aż po bardziej sterylne, pokryte linoleum Alcatraz), ale przede wszystkim zadziwiającą przemianę głównego bohatera. Przypadkowe uratowanie oraz opieka nad słabym wróbelkiem daje mu nowy cel – co w przypadku osoby z dożywociem jest nieoczywiste – a także pasję. Zaczyna stawać się samorosłym ornitologiem, trzymając w celi sporą ptaszarnię kanarków, dokształca się, a nawet udaje mu się… stworzyć lekarstwo na pewne ptasie choroby. I mimo wolnego tempa, przeskoków czasowych (widocznych głównie w „starzejących się” twarzach), to jednak historia wciąga oraz angażuje.

Frankenheimer panuje nad rytmem, dialogi brzmią cholernie dobrze, a w tle gra bardzo delikatna muzyka. Wszystko nakręcone na czarno-białej taśmie, gdzie kapitalnie wypadają sceny w celi Strouda (szczególnie nocą – cienie!!!) oraz powolne opiekowanie się ptakami. Równie bardziej napędzony akcją finał – bunt więźniów – jest sfilmowany z nietypowych kątów oraz kilku kadrów od góry. Klimat potęguje bardzo oszczędna scenografia, a także zmieniające się kostiumy z epok. A jednocześnie gdzieś przebija się oskarżenie systemu penitencjarnego, który nie daje szansy więźniom na resocjalizację, a wręcz ich próbuje złamać (ostatnia rozmowa Strouda z naczelnikiem, już w Alcatraz).

Niemniej muszę uprzedzić, że historia pokazana w filmie nie do końca ma pokrycie w rzeczywistości. Co akurat w przypadku filmów „opartych na faktach” czy „prawdziwych wydarzeniach” jest czymś, z czym należy się liczyć. Ale (tak samo jak książkowy pierwowzór) tworzy o wiele bardziej złagodzony portret Strouda. Owszem, jego zasługi w ornitologii są spore i bezdyskusyjne, jednak bywał on opisywany jako „psychopata” (przez lekarza psychiatrę w 1942 roku) oraz o wiele bardziej niebezpieczny, nieprzyjazny oraz niepokojący niż jest tu pokazany. Także jego rola w złagodzeniu buntu więźniów Alcatraz w 1946 roku była troszkę inna niż pokazuje reżyser.

Ale to jednak wszystko działa także dzięki fenomenalne kreacji Burta Lancastera. Jego Stroud to początkowo człowiek bardzo zdystansowany, pełen tłumionej przemocy. Jednak bardzo delikatnie zaczyna zmieniać się w bardziej empatycznego, powoli otwierającego się na innych. Ale jednocześnie nie do końca pasującego do tzw. „modelowego, posłusznego więźnia”, jakiego chciałyby władze. Zaskakująco złożona, magnetyzująca postać, będąca przykładem skuteczności resocjalizacji. W kontrze do niego stoi świetny Karl Malden (naczelnik Shoemaker), stający się antagonistą i bardzo surowym człowiekiem. Do tego miksu mamy jeszcze bardzo wyrazisty drugi plan z dodającym odrobiny humoru Tellym Savalasem (Feto Gomez), bardzo oddanej Thelmie Ritter (mocno przywiązania i walcząca o Roberta matka), ciepłej Betty Field (Shelly Johnson – miłośniczka ptaków, która staje się żoną) czy niezawodnego Neville’a Branda (strażnik Bull Ransom).

Aż zaskakujące, że po tylu latach „Ptasznik z Alcatraz” nadal potrafił tak rezonować. Jasne, czasami Frankenheimer bywa jednostronny i (nomen omen) czarno-biały, ale jednak jest w tym coś inspirującego, że dobro w człowieku może pojawić tam, gdzie nikt by się tego nie spodziewał.

8/10

Radosław Ostrowski

Rumble Fish

Kiedy jest się tak doświadczonym reżyserem jak Francis Ford Coppola, to wiele produkcji pozostaje zapomnianych i mocno w cieniu. W roku 1983 stworzył dwa filmy oparte na powieściach S.E. Hinton – „Wyrzutków” oraz „Rumble Fish”. Pierwszy zebrał bardziej pozytywne opinie i zarobił sporo kasy, drugi mocno wtopił, lecz stając się produkcją kultową. To tej drugiej się przyjrzymy.

Akcja dzieje się niby w czasie współczesnym (w czasie realizacji) w Oklahomie, ale postacie wyglądają jakby urwały się z „West Side Story”. Tylko nie śpiewają i nie tańczą, lecz bawią się w gangi. Takim gościem jest Rusty James (Matt Dillon) – chłopak w białym podkoszulku i bandanie, co szuka powodu do bójki oraz zadymy. Jego brat „Motor” (Mickey Rourke) jest otoczony legendą, choć opuścił miasto jakiś czas temu, zaś James traktuje go jako wzór do naśladowania. Poza tym Rusty ma paru kumpli, dziewczynę Patty (Diane Lane), z którą nie ma zbyt dobrych relacji oraz ojca-pijaka (Dennis Hopper). Ma dojść do konfrontacji między nim a liderem konkurencji, który ma chęć go zabić. I wtedy wraca jego brat z Kalifornii, bo budzi w Rustym J. nadzieję.

Ten film widziałem parę naście lat temu i – delikatnie mówiąc – nie zrobił na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Coś mi tu nie do końca pasowało, wydawało się sztuczne, pretensjonalne, z niezbyt dobrymi dialogami. Pomyślałem, że po latach może coś się zmieniło. Od razu uprzedzę – nie specjalnie. Choć sama historia zagubionego młodzieniaszka z trudną przeszłością, uwielbieniem gangów oraz udawaniem twardziela wydaje się interesująca. Sporo jednak w jej pewnej epizodyczności i przeskoku od sceny do sceny, gdzie brakowało mi mocniejszego kośćca. Jasne, wspólne sceny braci oraz powolne odkrywanie pewnych tajemnic (porzucenie ich przez matkę, samotność) z KAPITALNIE użytym dźwiękiem do ilustracji zdarzeń przeszłości – zamiast umieszczenia retrospekcji – ma swoje momenty. Tak jak poznanie jeszcze bardziej zagubionego od swojego brata „Motora”, zmęczonego swoją legendą i sławą. Nie mniej nadal przeszkadzały mi dialogi, bo albo były zbyt deklaratywne i wiele rzeczy mówiły wprost (tutaj „błyszczy” na tym polu postać policjanta, który jest wrogo nastawiony do wracającego motocyklisty), albo próbowały być poetyckie, zaś brzmiały bardziej jak bełkot. Niby byłem z postaciami, a jednocześnie trzymałem się od nich z daleka. Także drugi plan nie jest zbyt mocno zarysowany.

Co jednak najbardziej wybija się w „Rumble Fish” to warstwa audio-wizualna. I nie chodzi tylko o czarno-białą kolorystykę (kolor mają tylko rybki oraz jedna scena w finale), ale też jak buduje ona atmosferę. Od dwóch time lapsów, kilku kadrów pokazujących chmury czy rzucane cienie. Coppola miesza estetykę kina noir, wrzuca do kadrów dym (bójka Rusty’ego z Biffem czy rewelacyjny moment, kiedy chłopak opuszcza swoje ciało i widzi, co dzieje się po jego śmierci), a także bawi się różnymi kątami. Jest też mocno perkusyjna oraz pozornie skoczna muzyka Stewarta Copelanda, która dziwnie pasuje do tego nastroju.

Choć nie brakuje tu uzdolnionych oraz obiecujących aktorów na drugim planie – od Nicolasa Cage’a i Laurence’a Fishburne’a po zjawiskową Diane Lane i Chrisa Penna – to wszystko trzyma na swoich barkach Matt Dillon z Mickeyem Rourkiem. Pierwszy ma w sobie łatwo odpalającą agresję i udaje zagubienie byciem twardym oraz cool, drugi bardziej szepczący i spokojny, ale pod tym wszystkim kryje się pozbawiony złudzeń facet, mocno zdystansowany do swojego mitu. To on był dla mnie ciekawszym, bardziej pociągającym bohaterem.

No cóż, ten powrót po latach nie wyszedł mi za bardzo. „Rumble Fish” próbuje wejść w skórę młodych ludzi, którzy nie mają żadnych perspektyw i są zdani tylko na siebie. Tylko to wszystko jest bardziej skupione na stylu oraz formie, bo nie byłem w stanie wejść do tego świata. Czy ja za dużo już widziałem takich opowieści, czy może forma obrana przez Coppolę wydaje mi się sztuczna? Odpowiedzcie sobie sami.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Zasada domina

Raz uruchomione kostki domina nie dadzą się zatrzymać i zniszczą wszystko, co napotka na swej drodze – nazywa się to efektem domina. Jedno zdarzenie – pozornie drobne – pociąga następne, uruchamiając niebezpieczny ciąg wydarzeń. O podobnej sytuacji postanowił opowiedzieć weteran kina Stanley Kramer w swoim przedostatnim filmie.

Bohaterem „Zasady domina” jest niejaki Roy Tucker (Gene Hackman) – weteran wojny wietnamskiej, który odsiaduje wyrok za zabójstwo. Zwykły szaraczek, który jest jednym z wielu ze swojego pokolenia. Ale spokojna odsiadka zmienia się, kiedy ma spotkanie z niejakim Taggem (Richard Widmark), a ten proponuje mu pomóc opuścić więzienie. W zamian ma zrobić pewną przysługę. Jaką? Tego dowie się później, pod warunkiem, że się zgodzi. Po drodze odbywa kolejne rozmowy z mężczyzną, a następnie z niejakim Pinem (Edward Albert). W końcu zgadza się, a po ucieczce dostaje konto w banku (200 tysięcy dolców), książeczkę czekową, paszport, nową tożsamość oraz… możliwość spotkania się z żoną (Candice Bergen), której nie widział od czasu procesu.

Lata 70. to był czas szczytu popularność thrillerów politycznych i filmów opartych na teoriach spiskowych czy paranoicznych lękach. Wystarczy wspomnieć „Rozmowę” F.F. Coppoli, „Syndykat zbrodni” Alana Pakuli czy późniejszy „Koziorożec 1” Petera Hyansa. Kramer próbuje wpisać się w ówczesne trendy, gdzie mamy wszechpotężną organizację sterującą w zasadzie wszystkim. Stojącą za politycznymi morderstwami, mającą swoich ludzi wszędzie, co może z jednej strony wywołać silne poczucie paranoi oraz absolutny brak zaufania do kogokolwiek. Ale z drugiej potrafi też odlecieć w takie rewiry, że ciężko to traktować poważnie. Bo skoro to spisku może należeć twój szef, przyjaciel, a nawet… żona, to jaki jest sens walki z nimi? Są oni w stanie przewidzieć każdy ruch, którego nawet ty się nie spodziewałeś.

Problem jednak w tym, że Kramer nie jest w stanie zaangażować, a filmowi brakuje energii. I nawet bym przełknąłbym to, ale nie czuć tu za mocno stawki. Nie ma napięcia, bo skoro może wydarzyć się wszystko, to dlaczego mnie ma to obchodzić? Sytuację troszkę ratuje ostatnie 20 minut (w tym sceny z helikoptera), charyzmatyczny Gene Hackman – ten facet potrafi wszystko sprzedać wszystko – niezły drugi plan oraz odrobinę egzotycznych lokacji. Bo część zdjęć była kręcona w Meksyku. Tylko, że „Zasada domina” strasznie się zestarzała i po latach jest jednym z wielu paranoicznych dreszczowców, gdzie brakuje tej paranoi, tempo jest strasznie ospałe, zaś ognia jest tu tyle, co kot napłakał. Niewykorzystany w pełni potencjał, który traktuje się zbyt poważnie.

6/10

Radosław Ostrowski