Fallout – seria 1

Wyróżnione

Wojna. Wojna nigdy się nie zmienia. – każdy gracz, który miał styczność z którąkolwiek częścią serii „Fallout” zna to zdanie. Pierwsza część cyklu stworzona w 1997 roku przez Black Isle Studios odmieniło gatunek gier RPG, dając sporą wolność wyboru (w rozwiązywaniu problemów), zbudowany od nowa system SPECIAL z masą dodatkowych umiejętności zwanych perkami, niejednoznacznie moralny świat pełen okrucieństwa, zgnilizny i degrengolady. Świat po nuklearnej zagładzie, zmieszany z retrofuturystyczną technologią wyobrażaną przez ludzi z lat 50., pełnym zmutowanych bestii, radioaktywnej przestrzeni, skażonej wody i wyniszczonych budynków. Kiedy gruchnęła wieść o powstaniu serialu na podstawie tego cyklu gier, fani mogli czuć się podekscytowani. Jednak kiedy podano, że zaangażowani są Jonathan Nolan z Lisą Joy, entuzjazm troszkę przygasł. Zwłaszcza jak się oglądało poprzednie ich dzieło, czyli serialowy „Westworld”, mającym mocne uderzenie i z każdym sezonem słabł. Więc jak wypada pierwszy sezon tej historii?

fallout1-1

Akcja serialowego „Fallouta” dzieje się 219 lat po zakończeniu wojny nuklearnej między USA a Chinami. Niedobitki ludzkości schroniły się w zbudowanych przez korporację Vault-Tec schronach zwanymi Kryptami. W jednej z nich o numerze 33 mieszka Lucy MacLean (Ella Purnell), która jest córką zarządcy (Kyle MacLachlan). Jej Krypta jest połączona z dwoma innymi – 32 i 31. Wskutek pewnych działań Krypta zostaje zaatakowana przez grupę bandytów, zaś jej ojciec porwany. Nie zważając na ostrzeżenia dziewczyna wyrusza na powierzchnię. I nie jest kompletnie gotowa na nowy, wspaniały świat. Oprócz niej jeszcze śledzimy losy dwójki postaci: młodego giermka Bractwa Stali, Maximusa (Aaron Moten) oraz łowcę nagród, Ghula (Walton Goggins). Losy tej trójki będą się parokrotnie przecinać.

fallout1-2

Jak widać „Fallout” serialowy wydaje się trzymać świata przedstawionego gier. Czyli kompletnej hybrydy post-apokaliptycznego świata niczym żywcem wyrwanego z „Mad Maxa”, okraszona elementami horroru, satyry, kina drogi, westernu oraz bardzo czarnej komedii. Tutaj wydarzyć się może praktycznie wszystko, zaś zagrożenie może pojawić się z najmniej spodziewanej strony. Nieliczni ocaleni na Pustkowiu, co nie zmienili się w ghule ani mutanty traktują wszystkich jako potencjalne zagrożenie, zaś mieszkańcy Krypty to tacy naiwniacy, kompletnie nie gotowi do życia na zewnątrz. Trzymani niczym w bańkach, naiwni i zbyt optymistycznie nastawieni do wszystkiego ze skłonnością do wyciągania niekoniecznie dobrych wniosków. Nie wspominając o tych fanatykach z Bractwa Stali – paramilitarnej organizacji, co zbiera relikty dawnej technologii dla siebie, mordując po drodze wszystko na swojej drodze. Ale za to mają mocarne pancerze i są ciężcy do zabicia. Jest jeszcze kilka innych ważnych postaci, lecz nie zamierzam wszystkiego zdradzać. Sami odkryjcie kolejne zagadki skrywające „Fallouta”.

fallout1-3

Technicznie serial też przypomina wyglądem realia z gry. Od samego wyglądu Krypt i charakterystycznych niebieskich strojów (włącznie z Pip-Boyami i komputerami) przez pancerze wspomagane oraz broń Bractwa Stali aż do wyniszczonych domów, opustoszałych miast. Scenografia robi piorunujące wrażenie, wiernie budując klimat wyniszczonej, retro-futurystycznej cywilizacji. Także w scenach retrospekcji, które pokazują genezę całego konfliktu. Nawet efekty specjalne prezentują się całkiem przyzwoicie, nie kłują mocno po oczach. Aczkolwiek mam jeden drobny problemik: w jednym-dwóch przez chwilę jeden z bohaterów przemieszcza się przez… las. Bardzo zielony, kompletnie nietknięty przez nuklearne eksplozje, co mnie bardzo zdziwiło. Jakim cudem po tylu latach od wybuchu atomowego teren mógł się zalesić?? Ot, zagadka. Także wątek związany z tajemnicą Krypty 33 potrafi troszkę znużyć, jednak rozwiązanie jest bardzo satysfakcjonujące i zaskakujące. Brakuje też choćby obecności supermutantów czy równie ikonicznego Szpona Śmierci, ale to pewnie wynika z ograniczeń budżetowych.

fallout1-5

Aktorsko jest zazwyczaj bardzo dobre, gdzie masę epizodów grają uzdolnieni aktorzy komediowi. Ale główna trójka jest absolutnie fantastyczna. Serce kradnie Ella Purnell jako naiwna Lucy – pełna optymizmu, ciepła i serdeczności zostaje bardzo brutalnie zderzona z niebezpieczną rzeczywistością. Cały czas próbuje znaleźć dobre wyjście z każdej sytuacji i NIGDY nie staje się irytująca czy działająca na nerwy, powoli ewoluując. W kontrze stoi Aaron Moten wcielający się w Maximusa. To jest ten typ, co próbuje osiągnąć wiele nie zawsze w uczciwy sposób, komplikując sobie bardzo mocno życie. Nie jest cyniczny, ale zna reguły tego świata i przynajmniej próbuje być w porządku. Jednak największym skurczybykiem i złodziejem jest jest – powiem to raz oraz raz powiem tylko to – ZAJEBISTY Walton Goggins w roli Ghula, a tak naprawdę to dwie postacie. Pierwsza to aktor Cooper Howard, gwiazda westernów przed wojną, niemal reprezentujący najlepsze cnoty Amerykanów – lojalność, patriotyzm i uczciwość. Ale po wojnie to łowca nagród, jednak nie w typie Mandalorianina, lecz Clinta Eastwooda ze spaghetti westernów, tylko bardziej. Bardziej cyniczny, bardziej brutalny (sceny akcji z jego udziałem są najlepsze, wliczając w to mocarny finał), bardziej bezwzględny i diablo skuteczny, a jednocześnie to najbardziej tragiczna postać z całej trójki.

fallout1-4

Czyżby wyglądało na to, że „Fallout” jest najlepsza adaptacją gry komputerowej? Nie widziałem wszystkich (zarówno filmowych, jak i serialowych), by rzucić aż tak odważne stwierdzenie. Niemniej jest tu sporo rzeczy, które spodobają się graczom, jednocześnie jest to przystępne dla osób nie mających nigdy styczności z grami, by zapoznać się z tym uniwersum. Bardzo czekam na dalszy ciąg tej opowieści.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mała Amelia

W dzisiejszych czasach ręcznie rysowana animacja wydaje się czymś w przestarzałym, kiedy to duże wytwórnie korzystają z trójwymiarowej grafiki komputerowej. Nadal jednak ona ma się dobrze, głównie w krajach europejskich i Japonii. A także jest w stanie zdobywać uznanie oraz prestiżowe nagrody, co udowodniły dwie produkcje ostatnio nagrodzone Oscarem: japoński „Chłopiec i czapla” oraz łotewski „Flow”. A kolejnym magicznym filmem w stylu stała się dla mnie „Mała Amelia”.

Ta francusko-japońska animacja oparta jest na autobiograficznej powieści Amelie Nothomb „Metafizyka rur”. I skupia się na pierwszych trzech latach z życia pisarki, kiedy urodziła się oraz mieszkała w Japonii. Razem z ojcem konsulem, mamą oraz dwójką rodzeństwa. Jednak dziewczynka w zasadzie pozostaje biernym obserwatorem, niemal jakby nieobecna. Wszystko zmienia się, gdy w domu pojawia się babcia i dzięki białej czekoladzie. To sprawia, iż dwuletnia dziewczynka ożywia się, a wszystko nabiera dodatkowej mocy z pojawieniem się Nishio-san – opiekunki, pomagającej rodzicom z domem.

Za animację odpowiada studio Maybe Movies, znane choćby z przepięknego „Ernesta i Celestyny”. Tym razem duet reżyserski Mailys Vallade/Liane-Cho Han (oboje doświadczeni animatorzy) niby idzie po znajomy motyw świata pokazywania z perspektywy dziecka. ALE nie w taki szalony sposób, w czym pomaga niepozbawiona humoru narracja z offu. W niej dziewczynka niejako przyjmuje perspektywę… Boga, uwięzionego w małym ciele. Kiedy próbuje mówić, wypadają pojedyncze słowa i doprowadza ją do płaczu. Jednak pojawiają się dwa silne zapalniki: babcia oraz młoda opiekunka. Szczególnie relacja z Nishio, z którą spędza najwięcej czasu i czuje niemal silne przywiązanie do Japonii. Do tego stopnia, że sama Amelia uważa się za Japonkę.

Dla mnie najpiękniejsze momenty były skręcające w kierunku surrealizmu. Rozpędzona dziewczynka idąca w ogrodzie, który zaczyna zakwitać. Amelia zjada białą czekoladę i nagle (ku zaskoczeniu wszystkich) uspokaja się i zaczyna… mówić, karmienie karpi, które zaczynają mieć… twarz jej brata czy krople deszczu wyglądające niczym głowa Amelii. Nie wspominając także o bardziej dramatycznych momentach (zatonięcie Amelii na plaży czy „zjedzenie” przez karpia), potrafiących uderzyć bardziej emocjonalnie niż się spodziewałem. A wszystko przypominało malowane farbami obrazy, którym blisko klasycznego anime (duże oczy, mocne kolory). Takich momentów jest więcej, a ja z każdą minutą byłem kompletnie oczarowany oraz oszołomiony oprawą wizualną. Jak dodamy do tego okraszoną „japońskimi” instrumentami muzyką, przypominającą dzieła Joe Hisaishiego z animacji Studia Ghibli, mamy animowany odpowiednik emocjonalnej bomby atomowej.

Nie wiem, czy mogę bardziej polecić „Małą Amelię”, która przypomina czym była dziecięca ciekawość świata i czyniąc zwykłe czynności oraz wydarzenia czymś magicznym, wyjątkowym, zaczarowanym. Fenomenalnie napisane, z cholernie dobrym polskim dubbingiem i pełne dużej dawki wrażliwości. Po sensie dla dorosłych i dzieci da szansę do rozmów na różne tematy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Frankenstein

Wśród ikonicznych potworów w historii popkultury za pierwszego (obok Draculi i wilkołaka) uważany jest potwór Frankensteina. Pierwszy raz pojawił się na kartach powieści Mary Shelley „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” z 1818 – uważaną za pierwszą powieść science-fiction. Oraz jedną z pierwszych, opowiadających o tym, jak człowiek bawi się w Boga, co kończy się katastrofą. Ten motyw był potem wykorzystywany m. in. choćby w „Parku Jurajskim” Michaela Crichtona czy filmie „Obcy: Przymierze”. Samych adaptacji tej powieści powstało wiele, w których monstrum grali tacy aktorzy jak Boris Karloff czy Robert De Niro. Teraz swoje spojrzenie na tego klasyka przygotował specjalizujący się w filmach o potworach Guillermo del Toro, a całość sfinansował Netflix.

Historia zaczyna się na zamarzniętym Oceanie Arktycznym, gdzie utknął duński okręt z zadaniem dotarcia do bieguna północnego. Dowodzący kapitan Andersen (Lars Mikkelsen) znajduje ciężko rannego mężczyznę, ściągając go na okręt. W ślad za nim rusza tajemnicza istota, bardzo chcąca dorwać ocalonego, wołając „Victor”. Jak się okazuje uratowanym jest baron Victor Frankenstein (Oscar Isaac), który po odzyskaniu przytomności opowiada swoją historię. Oraz tego jak stworzył „żywego” człowieka ze zwłok zmarłych (Jacob Elordi).

„Frankenstein” to dwie historie pokazane z dwóch perspektyw: Frankensteina oraz jego kreacji. Pierwsza pokazuje Victora od dziecka i jego silnej relacji z matką (Mia Goth) aż po jej śmierć podczas porodu. I to wywołuje w nim bunt wobec śmierci, otoczenia naukowców, nawet swojego ojca. Podczas jednej z prezentacji akademickiego do barona zgłasza się przyjaciela brata, niejaki Henrich Harlander (Christoph Waltz). Ten proponuje naukowcowi nieskończone środki, lokację z dala od świata oraz zwłoki. Druga historia opowiadana przez monstrum to próba odnalezienia siebie w kompletnie obcym świecie, odrzuconym przez stwórcę i spotykającego się niemal z wrogością, antagonizmami oraz samotnością.

Niby nic, czego bym się nie spodziewał, ale jak to Del Toro jest bardzo plastycznie oraz wysmakowane na poziomie wizualnym. Trudno nie oderwać oczu od tej imponującej scenografii czy mocnych kolorystycznie kostiumów. I wielka szkoda, że ten film trafił na duży ekran, bo to byłoby ogromne doświadczenie. Ale czy ta historia angażuje? Nie jest ona stricte horrorem, choć początek na zamarzniętym oceanie potrafi budzić lęk. Jednocześnie reżyser mocno pokazuje jak dobrymi chęciami jest piekło brukowane, doprowadzając na skraj szaleństwa samego twórcę oraz jego tworzywo. Zupełnie jakby samo wykonanie celu było najważniejsze, bez odpowiedzi na pytanie: „co dalej?”. Szczególnie, że interakcje żywego trupa z Victorem ogranicza się w zasadzie do jednego słowa: „Victor!”. Jedynym rozumiejącą go osobą jest narzeczona brata barona, Elizabeth (niezawodna Mia Goth) – równie odosobniona i żyjąca we własnym świecie.

Dopiero w drugiej połowie, czyli z perspektywy Monstrum dla mnie film nabrał większej siły. Łatwo się zidentyfikować z osobą, która pierwszy raz – niczym dziecko – odkrywa świat, spotykając się z odrzuceniem, wrogością. Co gorsza, nie jest on w stanie umrzeć, zaś każda rana się regeneruje. Zupełnie jakby był proto-Wolverine’m czy innym superherosem. Ale ta postać zyskuje dzięki rewelacyjnej roli Jacoba Elordiego. Jego bardzo głęboki głos, charakteryzacja oraz sposób poruszania robią piorunujące wrażenie. Zarówno próby mówienia, interakcja z niewidomym czy narastający gniew zapadają bardzo mocno w pamięć. Równie świetny jest Oscar Isaac, nawet jeśli budzi on skojarzenia z podobną rolę w „Ex Machina”. To bardzo egotyczny, coraz bardziej pyszałkowaty, manipulujący i bezwzględnie dążący do celu. Nie zdając sobie sprawy z konsekwencji tego zjawiska, zaczynać czuć pogardę, brak cierpliwości oraz szorstkość. Bardzo mocna i wyrazista kreacja.

Na papierze „Frankenstein” wydaje się być skrojony pod wrażliwość oraz styl Guillermo del Toro. Imponujący audio-wizualnie, z dwiema wyrazistymi głównymi rolami. Aczkolwiek muszę przyznać, że bardziej mi się podobała druga połowa, zaś powolne tempo może wielu zniechęcić. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ścieżki życia

Kino drogi ma coś takiego w sobie, że jest pociągające. Pozwala oczarować swoim krajobrazem, ale poza kontemplacją widoków daje szansę wejść w siebie. Taki też jest przypadek brytyjskiego filmu „Ścieżki życia” – inspirowana prawdziwą historią wędrówka dwojga niemłodych ludzi. Dlaczego postanowili wyruszyć wzdłuż wybrzeża Salt Path?

Sama historia skupia się wokół małżeństwa Wynn. Raynor i Moth (Gillian Anderson i Jason Isaacs) żyją ze sobą na tyle długo, by doczekać się dwójki prawie dorosłych dzieci. Wszystko się jednak zmienia, gdy decyzją sądu zostają pozbawieni domu. Do tego mężczyźnie pogarsza się zdrowie z powodu nie artretyzmu jak podejrzewano, lecz CBD (zwyrodnienie korowo-podstawne) przypominającą Parkinsona. Więc nie jest zbyt dobrze, ale para postanawia wyruszyć podczas wakacji wyruszyć szlakiem South West Coast Path. Mając namiot, ograniczony prowiant i pieniądz, mają do pokonania ponad tysiąc kilometrów.

Za kamera stanęła Marianne Elliott, która zrobiła wcześniej telewizyjne „Gadające głowy” – zbiór monologów Alana Bennetta. I na pierwszy rzut oka jest to historia mniej więcej znajoma. Oboje wyruszają nie tylko szukając celu, ale też znaleźć odpowiedź na pytanie: co dalej? Po drodze mamy drobne przebitki z przeszłości, nakreślające ich sytuację oraz obecną sytuację. Skojarzenia z „Nomadland” nasuwają się same, miejscami całość idzie w stronę surwiwalu (w mikroskali), kiedy mamy zderzenia z siłami natury w postaci deszczu, silnego wiatru oraz… przypływu. Choć jest bardzo poważnie, nie brakuje tutaj drobnych akcentów humorystycznych (niepozbawione ironii wypowiedzi Motha czy pomylenie mężczyzny ze znanym poetą).

I muszę przyznać, że złapała mnie ta historia. Bo tak naprawdę jest to historia o… miłości. Byciu ze sobą bez względu na okoliczności, w zdrowiu i chorobie, szczęściu i biedzie. Kiedy cała ta podróż pozwala wzmocnić tą więź, gdzie oboje niejako odkrywają się na nowo. Nawet jeśli mamy znajome schematy w postaci interakcji z lokalsami (od zirytowanego spacerowicza aż po pracownicę sklepu, przez pewien czas towarzysząca bohaterom po komunę hipisów), to nie ma tutaj emocjonalnego szantażu czy drogi na łatwiznę. Dużo jest tu momentów wyciszenia oraz kontemplacji w towarzystwie pięknych krajobrazów Kornwalii.

A wszystko na barkach trzyma świetnie dopasowany duet pierwszoplanowy. Gillian Anderson oraz Jason Isaacs są bardzo przekonujący, zaś chemia między nimi namacalna. Bez nich ten film by nie zadziałał, bo wszystkie emocje (od determinacji, chodzenia mimo bólu i desperacji po zmęczenie, drobne radości) pokazane są bez fałszywej nuty oraz bez żadnego upiększenia. Choćby dla tego duetu oraz pięknych krajobrazów warto obejrzeć ten bardzo kontemplujący dramat obyczajowy.

7/10

Radosław Ostrowski

Pies 51

Ileż już mieliśmy na ekranie dystopii SF ubranych w konwencję kryminału/thrillera? Wystarczy wspomnieć „Raport mniejszości”, „Ja robot” czy „V jak vendetta”. Teraz pora na francuski spin w tej konwencji, tylko czy da on coś świeżego albo nowego w tym temacie. Więc jaka jest adaptacja powieści Laurenta Gaude’a „Pies 51”?

Akcja toczy się w roku 2045 w Paryżu, który został podzielony na trzy strefy: od najbogatszej do najbiedniejszej. Każda z nich jest podzielona punktami kontrolnymi, wszyscy mają na sobie bransoletki, zaś nad porządkiem czuwa Alma – sztuczna inteligencja, pomagająca policji i wymiarowi sprawiedliwości w walce z przestępczością. Nowy, wspaniały świat. A jednak nie wszystkim podoba się taki porządek – tacy ludzie należą do grupy terrorystycznej Breakwalls pod wodzą Jona Maframa (Louis Garrel). Oni od dawna byli na celowniku, ale kiedy twórca AI George Kessel, naciski są coraz większe. Śledztwo prowadzi policjantka ze Strefy 2 Salia Malberg (Adele Exarchopolous), a kiedy zostaje znalezione ciało jednego z podejrzanych o zabójstwo, przydzielony zostaje Zem Brecht (Gilles Lellouche) ze Strefy 3.

Reżyser Cedric Jimenez trzyma się znajomych prawideł kryminału/thrillera. Mamy zmęczonego, niewyspanego gliniarza-samotnika sparowanego z młodą, ambitną i trzymają się reguł służbistką. Jest jeszcze bardzo twardy minister (Romain Duris), który może pociąga za sznurki, tajemnicze zabójstwa dilerów, społeczne rozwarstwienie (Strefa 3 to w zasadzie getto). Klimatem bardzo mi to przypominało grę „Deus Ex: Mankind Divided” z odrobiną „Cyberpunka 2077”. Do tego sama wizja wypada całkiem przyzwoicie (karaoke, teleturniej Destiny, która ma być furtką dla przebicia się dzieciom ze Strefy 3 czy kościół funkcjonujący poza systemem), dodając odrobinę świeżości. Sama akcja jest zrobiona przyzwoicie, szczególnie ucieczka przed policją podczas parady z okazji Dnia Miłości czy choćby sceny z udziałem dronów. Problem w tym, że sama intryga jest zbyt znajoma i brakuje elementów niespodzianki. Może poza krótkimi momentami poza miastem.

Samo aktorstwo jest bardzo porządne i solidne, czyniąc seans przyjemnym w oglądaniu. Lellouche i Exarchopoulos wypadają dobrze, zaś chemia między nimi jest silna. Garrel w zasadzie ogranicza się do gadania o tym, jak ograniczana jest wolność, z kolei Duris pojawia się zbyt rzadko, by zapaść w pamięć. Tutaj drobne role potrafią zawłaszczyć ekran: dla mnie taką złodziejką była Daphne Patakia (prostytutka Amel) czy Valeria Bruni Tedeschi (lekarka Irina).

Jeśli spodziewacie się czegoś świeżego w konwencji dystopijnego noir SF, to „Pies 51” nie zostanie w głowie na długo. Sprawnie zrobiony technicznie, z paroma dynamicznymi scenami akcji oraz klimatem, jednak sama historia lekko chaotyczna i niepozbawiona zbędnych scen. Choć samo zakończenie i użyte „Wish You Were Here” Pink Floyd – po prostu wow.

6/10

Radosław Ostrowski

Doberman

Francuskie kino sensacyjne potrafiło mocno uderzyć, ale nawet ja nie byłem gotowy na „Dobermana”. Adaptacja serii komiksów Joela Houssina to kino efekciarskie, mocno próbujące wszczepić amerykańską estetykę na bardziej europejski grunt. Taka jest też ta produkcja z 1997, mocno komiksowo-teledyskowa w stylu samego Quentina Tarantino.

Tytułowy Doberman (Vincent Cassel) to szef grupy porąbanych gangsterów, którzy zajmują się napadami na bank. Poza nim grupę tworzą głuchoniema Cyganka Nathalie (Monica Bellucci), narwany Moskit (Antoine Basler), naćpany Pitbull (Chick Ortega) oraz bardzo ekscentryczny Ksiądz (Dominique Bettenfeld). Są bezwzględni, brutalni i grają ostro. Policja próbuje ich wytropić, ale za każdym razem wymykają. Po ostatnim napadzie, w którym zostało postrzelonych kilku policjantów, sprawy się komplikują. Bo do akcji wkracza inspektor Cristini (Tcheky Karyo), stawiający sobie za punkt honoru schwytanie Dobermana.

Już od samego początku mamy do czynienia z absolutnie pokręconym filmem. Już podczas sceny chrztu Dobermana, gdzie mamy wielkiego psa przed kościołem czy noworodka, któremu do kołyski wpada… pistolet typu Magnum. Reżyser Jan Kounen kompletnie bawi się formą: od szybkich cięć montażowych i dynamicznych ruchów kamery poprzez łamanie kadrów (scena napadu na bank) po ujęcia z ręki. Trudno nie odmówić intensywności, efekciarstwa oraz bardzo ekscentrycznej galerii postaci. Wszystko jest tu przerysowane i przejaskrawione: od samego gangu i wspierających ich Cyganów przez pomagającego im transwestytę aż po grupę policjantów. Ale wśród jest inspektor Cristini – facet tak odpychający, brutalny i bezwzględny, że nawet swoi nim gardzą, porównując go do gestapowca.

Sam film jest pełen szaleństwa oraz przesady: od napadu na ciężarówkę konwojentów przez wybuchowy (dosłownie) napad na bank aż po intensywny nalot policji na nocny klub. Jedyne, co mocno zdradza wiek filmu to komputerowe efekty specjalne: od przypominającą jakąś grę czołówkę oraz wszelkie eksplozje, które kłują oczy. W rzadkich momentach montaż bywa dość chaotyczny, niezbyt pomagając w śledzeniu akcji. Ale wszystko rekompensuje finałowa konfrontacja z policją oraz otwarte zakończenie.

Wszystko jeszcze podkręca świetna obsada. Vincent Cassel w roli Dobermana jest niemal idealnym bandziorem, który zachowuje opanowanie i spokój nawet w intensywnych momentach. Jednak to drugoplanowe postacie kradły ekran. Tutaj dla mnie całość kradł Dominique Bettenfeld ze swoimi tekstami, brzmiącymi niczym nawiedzone modlitwy oraz duet Basler/Ortega, niemal non stop w stanie nerwowości. No i jest jeszcze Monica Bellucci, która nawet nic nie mówiąc, jest bardzo pociągająca i magnetyzująca.

Ale jest jeszcze niesamowity Tcheky Karyo w roli inspektora Cristini, który wrył się najmocniej w pamięci. Jest równie przerysowany niczym Stanfield z „Leona zawodowca”, bardzo niebezpieczny niczym „Zły porucznik” z filmu Ferrary, do tego lubiący rzucać angielskimi słówkami. Grając z bardzo dziwnym spokojem czyni go wręcz tykającą bombą, która w każdej chwili może eksplodować agresją i przemocą. Choćby scena „przesłuchania” w domu jednego ze wspólników Dobermana, gdzie m. in. podchodzi do niemowlaka z granatem, rzuca wyzwiskami i terroryzuje całą rodzinę. Absolutnie rewelacyjna kreacja i jeden z najbardziej niezapomnianych bandziorów z odznaką.

„Doberman” jest destylatem kina lat 90., które mocno czerpie z komiksowej pulpy, pełnej wyrazistych indywidualności oraz pulsującej techno muzyki w tle. Niby tylko kolejna opowieść o policjantach i złodziejach, ale w drugiej połowie nabiera takiego tempa oraz energii, która nie pozwala wymazać go sobie z głowy. Szalone, efekciarskie, bardzo tarantinowskie w duchu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wielki Marty

Bracia Safdie byli jednym z najciekawszych rodzeństw wśród reżyserów od czasu braci Coen i nie ma w tym cienia przesady. Ale parę lat temu panowie się rozeszli, chyba wiem dlaczego. Każdy z nich chciał zrobić film sportowy, ale każdy chciał inny. Benny wyruszył po MMA w „The Smashing Machine”, a teraz Josh wyruszył w świat ping-ponga. Tylko, że nie do końca.

Bohaterem „Wielkiego Marty’ego” jest Marty Mauser (Timothee Chalamet) – młody, uzdolniony gracz tenisa stołowego z Nowego Jorku początku lat 50. Pracuje w sklepie obuwniczym, ale nie wywołuje to w nim żadnego entuzjazmu. Wręcz szuka każdej chwili, by się od niej wymigać. Najchętniej bzykając się w magazynie z Rachel (Odessa D’Azion) – co z tego, że ma męża? Nigdy mu to nie przeszkadzało, jednak pasja oraz ambicja bycia najlepszym ping-pongistą na świecie. Bierze udział w turnieju ping-ponga w Londynie, nawet dociera do finału, ale przegrywa z rewelacją tej imprezy – Japończykiem Koto Endo (Koto Kawaguchi). Po drodze jeszcze uwodzi podstarzała aktorkę Kay Stone (Gwyneth Paltrow), żonę biznesmena Miltona Rockwella (Kevin O’Leary), kradnie pieniądze szefowi na bilet i obraża jednego z sędziów imprezy. A kiedy wraca do domu, sprawy się komplikują: Rachel jest w ósmym miesiącu ciąży, szef oskarża go o kradzież i chce go zmusić do powrotu do pracy, a jeszcze otrzymał 1500 dolarów grzywny.

Sam początek mocno mnie zaskoczył, bo „Wielki Marty” sprawia wrażenie filmu biograficznego. Same zawody ping-ponga są pokazywane bez żadnego markowania czy użycia dublerów (głównie w jednym ujęciu), ale jest ich zaskakująco niewiele. Bo większość czasu „Wielki Marty” bliżej do poprzednich filmów braci Safdie, czyli „Good Time” i „Nieoszlifowanych diamentów”. Czyli historii drobnych cwaniaczków, którzy próbują wyplątać się z tarapatów, a pakują się w jeszcze większe. I kiedy wydaje się, że wszystko się uda oraz zmierza w dobrą stronę, to… jeszcze większy chaos się uruchamia. Ocierając się wręcz o mocno absurdalne sytuacje, potrafiące otrzeć się o czarną komedię. Przekręt wokół psa pewnego starszego pana (który okazuje się o wiele groźniejszy niż się wydaje), szybka hustlerka z ping-pogiem oraz grupką amatorów tego sportu czy romans z Kay. To wszystko wydaje się tak chaotyczne, szalone i pokręcone, że aż nie chce się w to wierzyć.

Safdie coraz intensywniej podkręca stawkę dzięki szybkim dialogów, jak zawsze dynamicznemu montażowi oraz bardzo nietypowej ścieżce dźwiękowej. Choć akcja dzieje się w latach 50., muzyka jest wzięta z lat 80. – od wykorzystanych piosenek (Tears for Fears, Peter Gabriel) aż po syntezatorową ilustrację Daniela Lopatina. Potrafi oczarować w chwilach spokoju czy zawodów, bardzo przypominając Tangerine Dream czy Vangelisa. Nie można też odmówić uroku zdjęciom Dariusa Khondjiego – technicznie trudno się do czegokolwiek przyczepić. I jeszcze mamy to otwarte zakończenie, które każdy musi sam zinterpretować. Co zrobi nasz Marty? Mam pewne podejrzenie, ale nie zamierzam go zdradzić.

A wszystko jest absolutnie rewelacyjnie zagrane. Wszystko na barkach trzyma fenomenalny Timothee Chalamet w roli „wielkiego” Marty’ego Mausera i jest to najbardziej antypatyczna postać jaką zagrał ten aktor. Z jednej strony jest cholernie uzdolnionym sportowcem, pełnym talentu, ale z drugiej jest bardzo narcystycznym, skupionym na swoim celu cwaniaczku. Jego działania przypominają tornado, siejące spustoszenie dookoła wszystkich. Wyszczekany i wygadany (Amerykanie takich ludzi nazywają „bullshit artist”), bardzo pewny siebie, niemal dążący po trupach (nie dosłownie) jakby wzięty z zupełnie innej epoki. Ale to w chwilach rozedrgania, gdzie musi szybko działać oraz podczas scen gry przy stole błyszczy najmocniej. Jednak reszta obsady (mieszanki zawodowców i naturszczyków) działa piorunująco: od bardzo wyszczekanej Odessy A’Zion w roli Rachel (scena w domu przyjaciela, kiedy dochodzi do ostrej awantury – perełka) i eleganckiej Gwyneth Paltrow (Kay Stone) przez świetnego Gezę Rohniga (zawodnik Bela Kletzki) aż po nieoczywistych debiutantów jak znakomity Kevin O’Leary (biznesmen Milton Rockwell, mąż Stone – równie pełny władzy i sprytu), raper Tyler The Creator (taksówkarz Wally) aż po internetowego celebrytę Luke’a Manleya (mocno przy kości Dion – kumpel Marty’ego) oraz reżysera Abla Ferrarę (niepozorny właściciel psa, Ezra Mishkin). Plus jest tu kilka drobnych epizodów znanych osobistości, które – jak rozpoznacie – może parę razy zaskoczyć.

„Wielki Marty” to zaiste wielki film, choć mocno przypominający wspólne dokonania braci Safdie. Josh zachowuje swój chaotyczno-energiczny styl, pokazując kolejnego bohatera napędzanego przez swoje obsesje i szaleństwa. Że jest to o wiele ciekawsza oraz bardziej angażująca historia niż „The Smashing Machine”, nawet nie muszę mówić. Mocny strzał na koniec roku 2025 i wierzcie mi, warto się będzie wybrać do kina.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Filmowe rozczarowania roku 2025

Nawet jeśli tego nie chcemy, nie da się uniknąć pewnych rozczarowań. Nawet przeglądając opinie innych z Internetu, dzięki czemu unikam absolutnego ścierwa, głównie z platform streamingowych. Jeśli spodziewacie się tu filmów złych, koszmarnych oraz totalnej słabizny w skali 1/10 lub 0/10 – tu ich tu nie ma. Życie jest zbyt krótkie i zbyt cenne, by marnować czas na oglądanie beznadziejnych rzeczy. Tutaj pojawiają się filmy, które bardziej lub mniej mnie zawiodły. Czy to z powodu zbyt dużego hajpu wynikającego z reżysera i/lub obsady, tematu. Czy pewnego partactwa w wykonaniu albo z powodu przerostu ambicji nad talent. Nie są to najgorsze rzeczy (nie używam już tego określenia), ale co najwyżej średniaki z oceną 5/10 albo i mniejszą. Oto pełna lista wstydu:

1. Emilia Perez, reż. Jacques Audiard
2. Kapitan Ameryka: Nowy wspaniały świat, reż. Julius Onah
3. Mickey 17, reż. Bong Joon-ho
4. Komora, reż. James Foley
5. Fachowiec, reż. David Ayer
6. Raport Pileckiego, reż. Krzysztof Łukaszewicz
7. Dziadku, wiejemy!, reż. Olga Chajdas
8. Superman III, reż. Richard Lester
9. Superman IV, reż. Sidney J. Furie
10. Kokainowy miś, reż. Elizabeth Banks
11. Misja na Marsa, reż. Brian De Palma
12. Różowy cadillac, reż. Buddy Van Horn
13. Ocean’s Eleven, reż. Lewis Milestone
14. Trick, reż. Jan Hryniak
15. Złoto, reż. Wojciech Jerzy Has
16. Chopin, Chopin!, reż. Michał Kwieciński
17. Uwięzieni w kosmosie, reż. John Sturges
18. Osobisty pamiętnik grzesznika… przez niego samego spisany, reż. Wojciech Jerzy Has
19. Anakonda, reż. Luis Llosa

Oj, chyba dawno nie było tak dużo zawodów odkąd prowadzę tego bloga. Co tylko pokazuje jak pewną nieobliczalnością jest tworzenie filmów. Nie ma tu nic pewnego, co może być zarówno zaletą, jak i wadą. Czy będzie w 2026 roku mniej wpadek, kiksów oraz rozczarowań? Przekonamy się.

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy roku 2025

Jakiż był rok 2025 w kinie? Dla mnie to był o wiele większy okres oglądania klasyki na dużym ekranie – zarówno tej już mi znanej jak „Siedem”, „Amelia”, „Mulholland Drive”, „Dzień świra” czy niedawno „Ojciec chrzestny” – ale też odkrywając po raz pierwszy takie perełki w stylu „Stop Making Sense” oraz „Amadeusza”. Po części dzięki takim inicjatywom kina powoli zaczynają ożywać, a ja mam dodatkową zachętę. Sam jednak byłem bardzo pozytywnie zaskoczony ilością dobrych filmów polskich. Od bardzo czarującej oraz rozbrajająco uroczej „Światłoczułej” przez psychologiczną grę w „Utracie równowagi” po bardzo mroczny „Dom dobry”. O „Dziewczynie z igłą” nie wspominam, bo… ten film już widziałem w 2024 roku. A jeszcze szperając po starociach wygrzebałem parę nieoczywistości.

Obecne poniżej filmy zostały przeze mnie ocenione na przynajmniej 8/10, a jeśli chcecie poznać moją opinię, wystarczy kliknąć w link do recenzji. Całość jest ułożona chronologicznie od stycznia, bez rankingów. A jeśli jakiego tytułu tu nie ma, są dwie opcje: albo mi się nie spodobał tak bardzo, albo po prostu go nie widziałem. Tyle słowem wstępu, więc bierzcie i patrzcie na to wszyscy.

1. Stop Making Sense, reż. Jonathan Demme
2. Bezdroża, reż. Alexander Payne
3. Światłoczuła, reż. Tadeusz Śliwa
4. Dog Man, reż. Peter Hastings
5. The Brutalist, reż. Brady Corbet
6. Nosferatu, reż. Robert Eggers
7. To nie mój film, reż. Maria Zbąska
8. Ronin, reż. John Frankenheimer
9. Mulholland Drive, reż. David Lynch
10. Grzesznicy, reż. Ryan Coogler
11. Rambo: Pierwsza krew, reż. Ted Kotcheff
12. Genialny klan, reż. Wes Anderson
13. Surfer, reż. Lorcan Finnegan
14. Dom zły, reż. Wojciech Smarzowski
15. Lilo i Stitch, reż. Dean Fleischer Camp
16. Utrata równowagi, reż. Korek Bojanowski
17. Tajemniczy ogród, reż. Agnieszka Holland
18. Prosta historia, reż. David Lynch
19. Materialiści, reż. Celine Song
20. F1: Film, reż. Joseph Kosinski
21. Chip i Dale: Brygada RR, reż. Akiva Schaffer
22. Follemente. W tym szaleństwie jest metoda, reż. Paolo Genovese
23. Wojna, reż. Alex Garland, Ray Mendoza
24. Pan Wilk i spółka 2, reż. Pierre Perifel
25. Naga broń, reż. Akiva Schaffer
26. Zniknięcia, reż. Zach Gregger
27. Chinatown, reż. Roman Polański
28. Amadeusz, reż. Milos Forman
29. Pętla, reż. Wojciech Jerzy Has
30. Pożegnania, reż. Wojciech Jerzy Has
31. To był zwykły przypadek, reż. Jafar Panahi
32. Cinema Paradiso, reż. Giuseppe Tornatore
33. Wielki marsz, reż. Francis Lawrence
34. Jak być kochaną, reż. Wojciech Jerzy Has
35. Ostatni wiking, reż. Anders Thomas Jensen
36. Szyfry, reż. Wojciech Jerzy Has
37. Zbieg z Alcatraz, reż. John Boorman
38. Lalka, reż. Wojciech Jerzy Has
39. Na rozkaz serca, reż. Michael Apted
40. Franz Kafka, reż. Agnieszka Holland
41. Sanatorium pod Klepsydrą, reż. Wojciech Jerzy Has
42. Nieciekawa historia, reż. Wojciech Jerzy Has
43. Bugonia, reż. Yorgos Lanthimos
44. Predator: Pogromca zabójców, reż. Dan Trachtenberg
45. Ministranci, reż. Piotr Domalewski
46. Zwierzogród 2, reż. Jared Bush & Byron Howard
47. Dom dobry, reż. Wojciech Smarzowski
48. Rękopis znaleziony w Saragossie, reż. Wojciech Jerzy Has
49. Błysk diamentu śmierci, reż. Helene Cattet & Bruno Forzani
50. Wielki Marty, reż. Josh Safdie

Dawno nie miałem tak długiej listy tak imponujących filmów. Także pierwszy raz od dawna zrobiłem ranking filmografii reżysera, co chyba się wielu spodobało. Pozostaje mi mieć nadzieję, że rok 2026 będzie równie bogaty albo równie bogatszym doświadczeniem filmowym.

Radosław Ostrowski

Anakonda (2025)

Chyba nikt się nie spodziewał, że powstanie nowa „Anakonda”. I nie chodzi o remix utworu Nicky Minaj, tylko o… no właśnie. Remake, reboot, wariację na temat? Więc znowu jesteśmy w dżungli oraz znowu mamy wielkiego węża. Jednak cała reszta jest zupełnie inna.

W nowej „Anakondzie” historia skupia się na grupie przyjaciół z Buffalo, którzy znajdują się w kryzysie wieku średniego. Doug McCallister (Jack Black) miał być reżyserem w Hollywood, jednak zamiast tego reżyseruje filmy ślubne, zaś Ron Griffin (Paul Rudd) jest aktorem z niezbyt dużymi sukcesami. Ale udaje mu się przekonać przyjaciela, że ma prawa do filmu „Anakonda”. Razem ze swoją byłą dziewczyną, prawniczką Claire (Thandiwe Newton) oraz niezbyt rozgarniętego Kenny’ego (Steve Zahn) wyruszają do Brazylii kręcić niskobudżetowy remake produkcji z 1997 roku. Co może pójść nie tak?

Tym razem za kamerą stanął Tom Gormican, czyli reżyser „Nieznośnego ciężaru wielkiego talentu”. I w zasadzie są tu dwie opowieści w jednym. Z jednej to meta-komedia, próbująca iść w kierunku „Jaj w tropikach”, gdzie grupa przegrywów podąża za marzeniami. Ale jednocześnie jest jeszcze poboczna opowieść, gdzie pojawia się niejaka Ada (Daniela Melchior). Kobieta jest ścigana i dołącza do grupy jako kapitan statku. I ku mojemu zaskoczeniu, o wiele bardziej nowa „Anakonda” działa jako thriller. Nie brakuje tu zarówno sprytnie budowanego napięcia (scena z kamperem) czy akcji (ucieczka z użyciem „przynęty” lub wybuchowy finał), ale nadal jest to zrobione z lekkim dystansem. Problem jednak w tym, że ten humor nie zawsze trafia. Co zważywszy na reżysera i jego poprzedni film zdziwiło mnie.

Najbardziej dla mnie błyszczały momenty związane z realizacją filmu oraz mocno „nawiedzonego” specjalisty od węży (świetny Selton Mello). Swoje też robi mocna chemia między Blackiem a Ruddem, gdzie nie ma tutaj przerysowania ani karykatury. Pierwszy ma w sobie szaloną energię, drugi jest zadziorny, z błyskiem w oku (kiedy gra awanturnika). Troszkę do tła została przesunięta Thandiwe Newton i w zasadzie nie ma zbyt wiele do roboty, zaś parę razy całość kradnie Steve Zahn. Jego pierdołowatość, brak pewności siebie oraz jego ekspresja twarzy potrafi rozchmurzyć nawet największego ponuraka. Jest też jedno (a nawet dwa) cudne cameo, wywołujące lekki uśmieszek na twarzy.

I powiem, że ta nowa „Anakonda” jest zaskakująco przyzwoitą rozrywką. Nawet jeśli nie zawsze porywa, a humor potrafił czasem przestrzelić, ma swoje urocze momenty. To przede wszystkim zasługa świetnego aktorstwa i chemii między ekipą, nagłe ataki węża zaskakują, zaś efekty specjalnie trzymają poziom. Leciutka rozrywka na rozluźnienie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Anakonda (1997)

Już w kinach pojawiła się nowa wersja „Anakondy” – jeszcze nie wiem, czy to będzie reboot, remake czy tylko wariacja na temat. Więc to dobra okazja, aby się zapoznać z pierwowzorem. Czyli stworzonym w latach 90. blockbusterowym kinem klasy B, mocno czerpiącym ze znajomych klisz oraz schematów animal attack.

Sama fabuła jest prosta niczym konstrukcja cepa. Otóż śledzimy ekspedycję naukową w głąb Amazonki, która ma odnaleźć mityczne plemię. Grupą prowadzi dr Steven Cale (Eric Stoltz) oraz filmowcy z reżyserką Terri (Jennifer Lopez), operatorem Danny’m (Ice Cube), dźwiękowcem Gregiem (Owen Wilson), asystentką Denise (Kari Wuhler) oraz aktorem, pełniącym rolę narratora Warren (Jonathan Hyde). Cóż może pójść nie tak? Wszystko zmienia się, gdy ekipa przygarnia rozbitka, niejakiego Paula Serone’a (Jon Voight). Ten obiecuje pomóc w dotarciu do celu, jednak ma własny motyw.

Wszystko jest tu proste, a reżyser Luis Llosa wydaje się być świadomym tego, co robi. Postacie w zasadzie są proste, płaskie i papierowe – naukowiec w stroju Indiany Jonesa, czarnoskóry dobrze posługujący się nożem, Brytyjczyk z wyższych sfer nie odnajdujący się w tym otoczeniu. No i jeszcze tajemniczy przybysz – niby z Paragwaju, ale akcent jest zupełnie z zupełnie innej strony galaktyki, jest kompletnie przerysowana, w zasadzie niejako kradnący ekran bardziej niż anakonda. Dialogi w zasadzie są, ale ich brak nic specjalnie by zmienił. Z kolei sam wąż jest… straszny. I nie chodzi o to, że budzi grozę, ale efekty komputerowe nie zestarzały się zbyt dobrze. Gad wygląda jakby był z gumy i nie budzi przerażenia, za to jest bardzo długi, a nawet potrafi złapać swoją ofiarę w locie. Dosłownie i w przenośni.

Sam film wygląda ładnie wizualnie (szczególnie wschody słońca na rzece), co jest zasługą Billa Butlera – autora zdjęć m.in. do „Szczęk”, zaś muzyka Randy’ego Edelmana pomaga w budowaniu klimatu. Ale jeśli myślicie, że wywołuje to jakiekolwiek napięcie czy grozę, zapomnijcie. Ja nie czułem kompletnie nic, poza nagłymi atakami śmiechu oraz niedowierzania. Choćby w finale, gdzie mamy podpalanie, ucieczkę za bestię i eksplozję. Jedynie Jon Voight sprawia wrażenie, jakby wiedział w czym gra, robiąc absolutną zgrywę. Ten dziwny akcent, niemal kamienny wyraz twarzy oraz opanowanie godne najtwardszego twardziela zapadają w pamięć. A jego śmierć – o rany, tego nawet nie jestem w stanie opisać.

„Anakonda” ani nie działa jako horror/thriller, bo suspensu i strachu w zasadzie tu nie ma. Scenariusz w zasadzie jest szczątkowy, nawet jeśli świadomie idzie w stronę kina klasy B, C, a nawet jeszcze niższego. Idiotyczne, głupie, bliżej kategorii guilty pleasure, ale tak naprawdę jest bardzo przeciętne.

5/10

Radosław Ostrowski