Najgorsze filmy 2022 roku

Ktoś patrząc na tą krótką listę może odnieść wrażenie, że nie widziałem zbyt wielu złych filmów. Ale odpowiedź na to pytanie jest chyba o wiele prostsze: zbyt wiele tytułów intuicyjnie odpuściłem sobie, a wielu nie obejrzałem do końca. Bo mnie zbyt zmęczyły, łatwo nudziły i miałem poczucie, że marnuje swój czas. Chyba nie mam już cierpliwości na oglądanie gniotów oraz chłamu. Poniżej znajduje się bardzo krótka lista niekoniecznie najgorszych filmów, ale najbardziej rozczarowujących, przy oglądaniu których wytrwałem do końca. Chociaż szczerze mówiąc żałuję tego czasu przy nich spędzonego. Jeśli czegoś tu brakuje, piszcie śmiało w komentarzach. Oby w roku 2023 lista rozczarowań utrzymała się na tym poziomie albo byłaby jeszcze niższa.

1. Marusarz. Tatrzański orzeł, reż. Marek Bukowski
2. Wesele (2021), reż. Wojciech Smarzowski
3. Śmierć Zygielbojma, reż. Ryszard Brylski
3. Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę, reż. Michał Krzywicki
4. Uncharted, reż. Ruben Fleischer
5. Mustang z Dzikiej Doliny: Droga do wolności, reż. Elaine Bogan
6. Krime Story. Love Story, reż. Michał Węgrzyn
7. Pajęcza Głowa, reż. Joseph Kosinski
8. Gdzie śpiewają raki, reż. Olivia Newman
9. Podpalaczkareż. Keith Thomas
10. Głęboka woda, reż. Adrian Lyne
11. Plan lekcji, reż. Daniel Markowicz

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy 2022 roku

Muszę przyznać, że dla mnie rok 2022 był mało filmowy. Obejrzałem mniej filmów i seriali, co nawet dla mnie było nieprzyjemnym rozczarowaniem. Ale nadal trafiało mi się więcej udanych seansów niż rozczarowań, więc nie było tak źle. Pozostaje mi mieć nadzieję, że w nadchodzącym roku 2023 nie tylko będę miał więcej czasu na wizyty w kinie/platformach streamingowych, ale też lista najlepszych filmów roku następnego będzie dłuższa. Więc bez specjalnego przydługiego wstępu podaję listę filmów, które zrobiły na mnie największe wrażenie w 2022 roku. Ułożone w kolejności chronologicznej. Być może nie będzie zaskoczeń, ale parę punktów stycznych się znajdzie. Jeśli tak, piszcie w komentarzach.

1. In the Heights. Wzgórza marzeń, reż. Jon M. Chu
2. Świnia, reż. Michael Sarnoski
3. Hazardzista, reż. Paul Schrader
4. Klan Sycylijczyków, reż. Henri Verneuil
5. C’mon C’mon, reż. Mike Mills
6. tick, tick… BOOM!, reż. Lin-Manuel Miranda
7. Mitchellowie kontra maszyny, reż. Michael Rianda
8. Piosenki o miłości, reż. Tomasz Habowski
9. Belfast, reż. Kenneth Branagh
10. Spragnieni miłości, reż. Wong Kar-Wai
11. Cyrano, reż. Joe Wright
12. Córka, reż. Maggie Gyllenhaal
13. Inni ludzie, reż. Aleksandra Terpińska
14. Licorice Pizzareż. Paul Thomas Anderson
15. Wszystko wszędzie naraz, reż. Daniel Kwan, Daniel Scheinert
16. Nieznośny ciężar wielkiego talentu, reż. Tom Gormican
17. Wiking, reż. Robert Eggers
18. Film balkonowy, reż. Paweł Łoziński
19. Top Gun: Maverick, reż. Joseph Kosinski
20. Wolny dzień Ferrisa Buellera, reż. John Hughes
21. Pan Wilk i spółka, reż. Domee Shi
22. To nie wypanda, reż. Pierre Perifel
23. Ennio, reż. Giuseppe Tornatore
24. Bohater ostatniej akcji, reż. John McTiernan
25. Ciemne strony rybołówstwa, reż. Ali Tabrizi
26. Powodzenia, Leo Grande, reż. Sophie Hyde
27. Trzy tysiące lat tęsknoty, reż. George Miller
28. IO, reż. Jerzy Skolimowski
29. Carter, reż. Jung Byung-gil
30. Do ostatniej kości, reż. Luca Guadagnino
31. Ucieczka na Srebrny Glob, reż. Kuba Mikurda
32. Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence, reż. Nagisa Oshima

Radosław Ostrowski

1970

Grudzień 1970 roku to jedna z najczarniejszych dat w powojennej historii Polski. Strajk robotników przeciwko podwyżkom cen na Wybrzeżu (i to przed Bożym Narodzeniem) zmieniły się w zamieszki. W ich trakcie spalono budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku, zmieniając protest w poważną demonstrację. Władza postanowiła ją stłumić w najbrutalniejszy sposób. Filmowcy już wielokrotnie opowiadali o tych wydarzeniach, więc co nowego można pokazać w tym temacie?

1970-1

Reżyser dokumentu „1970” Tomasz Wolski chyba znalazł patent. Postanowił pokazać wydarzenia z perspektywy ówczesnych aparatczyków na Wybrzeżu. Wszystko za pomocą odnalezionych archiwalnych nagrań z rozmowami tych ludzi podczas feralnych wydarzeń. Pokazane zostają w formie animacji poklatkowej, używając makiety i lalek. Wszelkie wydarzenia „poza budynkiem” to archiwalia m.in. z Instytutu Pamięci Narodowej czy Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych. Pozbawione komentarza oraz jakiejkolwiek narracji z offu próbuje pokazać dlaczego doszło do tej sytuacji. Dlaczego władza zamiast podjąć jakiekolwiek rozmowy, próbować nawiązać jakikolwiek dialog, decyduje się rozgonienie oraz brutalną konfrontację. Wszystko to z brutalną obojętnością, wręcz niedowierzaniem.

1970-2

Całość jest krótka (nieco ponad godzinę) i nie ma miejsca na znużenie. Film wciąga i mimo znajomości zakończenia potrafi strzelić między oczy. Bo mechanizmy władzy są przedstawione w sposób pozbawiony złudzeń. Ważniejsze było wykonanie rozkazu z centrali (rozgonienia tłumu, a jeśli to nic nie da strzał ostrzegawczy i potem walić w nogi) oraz wykorzystanie sytuacji propagandowo. Stąd masowe aresztowania po wszystkim, próba blokowania informacji – nawet pada pomysł kradzieży teczki lub aparatu fotograficznego od… duńskiego dyplomaty, który opuszcza Wybrzeże. Po co? By nie wyciekły żadne niewygodne informacje. To jedna z pokazanych sytuacji, że decyzja władzy (robotniczej) nie podlega dyskusjom czy negocjacjom.

1970-3

„1970” byłby pewnie przeze mnie wyżej oceniony, gdyby nie jeden poważny problem – dźwięk. Nie chodzi o dźwięki z filmów archiwalnych, lecz z rozmów telefonicznych. Wiele razy nie byłem w stanie zrozumieć padających słów i nawet wielokrotnie cofanie oraz podkręcenie głośności w odtwarzaczu nie rozwiązywało tego problemu. Przydałyby się tutaj napisy. Ale nawet ta poważna wada nie pozwala zignorować tego oryginalnego podejścia do już znajomego tematu. Bardzo kreatywnego podejścia.

7/10

Radosław Ostrowski

Sauna

Zrobienie kina politycznego jest bronią obosieczną. W zależności od konwencji (przez dramat po satyrę) może zadziałać emocjonalnie i dostarczyć przyjemności, ale wszystko zależy zarówno od wiedzy widza na dany temat, jak też podejścia reżysera do kwestii wydarzeń epoki. Najczęściej jest pod górkę, co pokazał mi seans „Sauny” – telewizyjnej komedii politycznej w reżyserii Filipa Bajona z 1992 roku.

Akcja toczy się w tytułowej saunie na terenie jednego z hoteli w Helsinkach podczas sympozjum naukowych. Tutaj trafiają Polak, Węgier, Czech, Niemiec z NRD, Rusek (a właściwie dwoje Ruskich), Fin i Amerykanin. Jesteśmy świadkami trzech takich spotkań – w 1981 roku podczas karnawału Solidarności, w 1982 roku w trakcie stanu wojennego oraz w 1989 roku, gdy dochodzi destabilizacji bloku wschodniego. Reprezentanci bardziej zachodniej strony świata (Amerykanin Stewart oraz Fin Jussi) nie rozumieją całego funkcjonowania systemu komunistycznego, przez co nabierają dystansu podczas rozmów. Rozmów pełnych aluzji, odniesień do wydarzeń, prztyczków w nos i docinków. Ile wyciągnie się z tego zależy od wiedzy z historii współczesnej, czyli po 1945 roku. Gdzie Jurij (rewelacyjny Marian Opania) wydaje się władczy, narzucający ton rozmowom i tylko Janek (Bogusław Linda wchodzący na wyżyny możliwości) staje z nim do konfrontacji otwarcie. Czuje się mocny, pewny siebie, wręcz bezczelny w sadzeniu wobec pozostałych „towarzyszy”. Jak skończą się te pogaduszki? Tego ja wam nie zdradzę, ale Bajon pisze pyszne dialogi, niepozbawione aluzyjnego czy wręcz gorzkiego poczucia humoru lub ponurych obserwacji (głównie od Jurija jak choćby rozmowa o „oswojeniu” Boga).

Pewną zagadka może wydawać się postać Maszy (Gabriela Kownacka) – co kobieta robi w męskiej saunie? Jej rola nie jest w ogóle wspomniana ani wytłumaczona, co może irytować. Ale z czasem ta postać staje się wyrazistsza i dynamika z Jankiem nabiera silniejszych barw. Wydaje mi się, że to zgrabna metafora skomplikowanych relacji polsko-rosyjskich, gdzie miłość, nienawiść i nieufność przeplatają się w nieopisywalnym, niezrozumiałym klinczu. Czy w ogóle jest możliwe wyrwanie się z tego toksycznego kręgu?

Realizacyjnie trudno powiedzieć, że mamy do czynienia z czymś wyrazistym. To produkcja telewizyjna, niemal ograniczona do jednego miejsca – sauny. Sporadycznie trafiamy też do szatni z prysznicem, co nie zmywa poczucia pewnej teatralności. Muzyka też pojawia się bardzo rzadko, a dźwięk czasami – jak w wielu polskich filmach – nie wychwytuje wszystkich wypowiadanych słów. Ale te problemy nie psują pozytywnego wrażenia.

Bo „Sauna” jest bardzo zgrabnie napisana oraz rewelacyjnie zagrana (poza w/w Lindą, Opanią i Kownacką, jeszcze mamy Piotra Machalicę, Władysława Kowalskiego, Henryka Bistę, Marka Kondrata oraz Zbigniewa Zamachowskiego), co jest sporą zasługą Bajona. Trudno jednak w tym mikroportrecie przemian politycznych lat 80. nie dostrzec wielu trafnych obserwacji oraz soczystych dialogów, trafnie opisujących relacje międzysąsiedzkie. A także zderzenie kapitalizmu z wymuszonym komunizmem, które musi doprowadzić do kolizji.

7/10

Radosław Ostrowski

Top Gun

Dziwny to przypadek sequel po kilkunastu latach. Bo zawsze rodzi się pytanie, czy jeszcze żyją fani pierwszej części i będzie ich tylu (w sam raz tylu), by zarobić kupę piniondzorów. Dotyczy to każde filmów uznawanych za kultowe. Takie jak choćby „Top Gun”, nakręcony w 1986 roku przez Tony’ego Scotta i wyprodukowany przez (obecnie) legendarnego Jerry’ego Bruckheimera. Zanim jednak pójdę na sequel, postanowiłem sobie przypomnieć to dzieło.

top gun1-1

Film nie jest specjalnie skomplikowany i skupia się na dwóch kumplach, co razem latają w samolotach US Navy. Pete „Maverick” Mitchell (Tom Cruise) oraz Nick „Goose” Bradshaw (Anthony Edwards) są tak różni jak noc i dzień. Pierwszy jest pilotem i leci miejscami bardzo ryzykancko, drugi radiooperatorem, starającym się zachowywać w sposób rozsądny. Tworzą bardzo zgrany duet i obaj trafiają do tytułowego Top Gun – elitarnej szkoły lotniczej dla najlepszych pilotów Marynarki Wojennej. Ale tam takie ryzykanckie jazdy mogą skończyć się wyrzuceniem ze szkoły. A wtedy – żegnajcie przestworza, witajcie asfaltowe drogi. Zwłaszcza, że w szkole znajduje się Iceman (Val Kilmer), co jest bardzo opanowany i nigdy nie traci zimnej krwi. Więc walka będzie zacięta, do ostatniego zadania. I nie tylko tam.

top gun1-2

Od pierwszych kadrów oraz dźwięków muzyki wiadomo w jakich czasach jesteśmy i z czym mamy do czynienia. Synth popowa i rockowa muza podbijają adrenalinę, a kolory walą po oczach. Tak wyglądają przygotowania myśliwca do lotu podczas wschodzącego słońca. Scott nie udaje, że swoje dzieło skierował do nastolatków płci męskiej, by pokazać jak bardzo cool jest bycie w armii. Że będąc tam nie tylko możesz robić cuda wianki (choć brawura może zakończyć się niebezpiecznie), zyskać szacun kumpli, mentorów, a nawet wyrwać najpiękniejszą kobietę na dzielnicy. Wszystko dzięki uporowi, determinacji, ryzyku oraz pewności siebie. Sława, prestiż i pieniądze, prawda? O nie, tak łatwo nie jest.

top gun1-3

Historyjka jest banalna, pełna miejscami banalnych dialogów i ociera się o kicz. O aktorstwie w zasadzie nie chcę mówić, bo postacie są płaskie jak podłoga, o którą się potykasz po wypiciu kilku głębszych. Nadmiar klisz jest niemal porażający: nieodpowiedzialny ryzykant o mocnej reputacji oraz mierzący się z tajemniczą śmiercią ojca, wspierający kumpel, opanowany rywal (nie antagonista), twardy mentor, seksowna pani instruktor. Wszystko to bezczelnie sparodiowane parę lat później w „Hot Shots!” (polecam gorąco!).

top gun1-4

A jednak jest w tym coś uroczego i ma swój klimat. To, co godnie zniosło próbę czasu to dwa elementy: muzyka z niezapomnianym gitarowym tematem przewodnim oraz sceny powietrzne. Walki są miejscami chaotyczne, ale czuć tutaj skalę maszyn i umieszczenie kamer w samolotach (także pod różnymi kątami) nadaje rozmachu. W połączeniu z dynamicznym montażem oraz dźwiękiem tworzy to imponujące widowisko.

Szanuję to podejście, choć z perspektywy dorosłego widzę więcej zgrzytów. Nie jestem w stanie się obrazić na ten film, niemniej ocena jest naciągana. Baaaaaaaardzo naciągana.

7/10

Radosław Ostrowski

Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza

Gdyby ktoś zapytał, kim był Władysław Kozakiewicz, najprawdopodobniej padła by odpowiedź: lekkoatletą, który pokazał wała Związkowi Radzieckiemu podczas olimpiady w Moskwie. Ten moment zapamiętał cały świat, a gest stał się symbolem politycznym. Ale przecież było coś więcej niż tylko ten wycinek – moment chwały. Sylwetkę tego sportowca postanowił pokazać reżyser Ksawery Szczepanik w dokumencie „Po złoto”.

Forma może nie jest powalająca, bo to klasyczne gadające głowy plus archiwalia. ALE jest to zbyt solidnie zrobione, by zignorować. Mimo krótkiego czasu trwania, nie ma tu miejsca na znużenie. Przede wszystkim ze względu na samego Kozakiewicza, którego szczerość jest wręcz brutalna. To nie jest laurka, pokazująca momenty chwały i samych sukcesów. To byłoby za proste, zbyt nudne oraz nieciekawe. Olimpiada w Moskwie oraz ten słynny gest jest kulminacją tego dzieła, stanowiąc punkt graniczny, niejako środek tego filmu. Przed tym wydarzeniem „Kozak” był najpierw młodym chłopakiem z Wilna, który dzięki starszemu bratu został lekkoatletą. Ze względu na pochodzenie ciągle musiał udowodniać, że nie jest od nich gorszy. Nie bez problemów (przez kontuzję stracił szansę na medal w Montrealu), ale osiąga to, o czym każdy sportowiec marzy.

Jednak to, co potem się dzieje – czyli 15 minut sławy. Imprezy, bankiety, sława, prestiż i pieniądze. Oraz bardzo poważna obniżka formy, co doprowadza do konfliktu między „Kozakiem” a Polskim Związkiem Lekkoatletyki. A były to czasy, gdy wszystko było polityczne, zaś każdy sportowiec był niejako „własnością” związku i nie miał nic do gadania. Stąd taka decyzja o wyjeździe do RFN, odebrana przez wielu (oraz przedstawiana w mediach) jako zdrada. Wszystko to ogląda się z dużym zainteresowaniem, zwłaszcza jeśli nie zna się życiorysu Kozakiewicza.

Poza samymi rozmowami, dużą wartością jest spora ilość archiwaliów. I nie chodzi tylko o fragmenty Polskiej Kroniki Filmowej czy wycinki z gazet, ale przede wszystkim ze zbiorów Kozakiewicza. Zarówno treningi, sporo prywatnych zdjęć, do tej pory niepokazywane. To pozwala wejść tam, gdzie nie wchodziły media, gdzie wiele rzeczy się działo za kulisami. Nie brakuje tutaj słów rozgoryczenia oraz pewnego żalu za szansami, które ciągle były odbierane, niweczone z powodu absurdalnych zasad jak choćby dyskwalifikacja za… przyjście na zawody w stroju od firmy, z którą tyczkarz miał kontrakt. Takich absurdów było więcej, ale nie będę zdradzał.

Jedyne, co wywołuje pewien niedosyt, to brak pokazania tego „życia po życiu”, czyli okresu po zakończeniu kariery. Jak się potoczyły losy Kozakiewicza, czym się zajął po karierze, czy wrócił do kraju. Te momenty byłyby puentą dla całości. Nie zmienia to faktu, że „Po złoto” jest fascynującym portretem człowieka, dla którego wygrywanie było sensem życia. Niby krótko, ale treściwie.

7/10

Radosław Ostrowski

Licorice Pizza

Co można jeszcze zrobić w temacie kina inicjacyjnego o pierwszej miłości? Bo takich opowieści powstawało mnóstwo oraz jeszcze więcej powstanie. Ale tylko ten jest nakręcony przez Paula Thomasa Andersona, co musi oznaczać jedno: to będzie bardzo interesujący film. No i rzeczywiście taki jest.

Opowieść skupia się na dwójce ludzi płci przeciwnych w latach 70. On (Cooper Hoffman) jest 15-letnim, już rozpoznawalnym aktorem dziecięcym, który pomaga swojej matce – szefowej agencji reklamowej. Ona (Alana Haim) jest 25-latką, asystentką fotografa. I chyba coś zaczyna iskrzyć, choć ona się opiera. No bo chłopak to gówniarz, zbyt pewny siebie oraz od razu ją zaprasza na randkę. Co może z tego wszystkiego powstać?

W sumie film prosty, pozornie nostalgiczny oraz w zasadzie będący zbiorem scenek z życia za prezydentury Nixona. Gdzie nasza para-nie para przyciąga się i oddala niczym magnesy, w tle trwa kryzys z powodu braku paliwa, zaś oboje kompletnie nie wiedzą, co dalej. Innymi słowy, nie brzmi jak coś powalającego czy zaskakującego albo interesującego. Ale wiecie jak to mówią: pozory mylą. Bo w tym drobnych, niż nieznaczących momentach kryje się całe piękno „Licorice Pizza”. Nie wali na siłę nostalgią, o co się wręcz prosi, skupia się na postaciach, granych przez kompletnie nieznane, nowe twarze. Ale wszystko polewa miejscami absurdalnymi, wariackimi sytuacjami (próba odtworzenia filmowego popisu kaskaderskiego przez aktora Jacka Holdena czy sprzedaż wodnych łóżek), które ubarwiają całość i jeszcze bardziej odmalowuje tło. Czyli czasy niepoprawne politycznie, pełne toksycznej męskości oraz ukrywających się gejów (starający się o urząd burmistrza radny).

I jak to w przypadku filmów Paula Thomasa Andersona jest to zrobione fantastycznie. Nakręcone filmową taśmą wygląda niczym film z lat 70., jest kilka mastershotów, w tle grają same przeboje z epoki oraz jest bardzo dużo humoru. Zaskakująco dużo jak na kino Andersona – w sumie można powiedzieć, że „Licorice Pizza” to komedia romantyczna. Bardzo nietypowa, zrobiona z lekkością, urokiem oraz fantastycznym duetem aktorskim. Alana Haim wygląda i jest po prostu cudowna, zaś w jej twarzy maluje się masa emocji. Wydaje się twardo stąpająca po ziemi i nie daje sobie w kaszę dmuchać. Z kolei Cooper Hoffman (tak, jest synem Philipa Seymoura Hoffmana) zadziwia pewnością siebie oraz ten rodzaj bezczelności, który budzi od razu sympatię. Oglądanie ich wspólnych docinek („rozmowa” przez telefon) oraz bardzo silnie namacalną chemię. Na drugim planie (czasem w drobnych epizodach) mamy bardziej rozpoznawalne twarze jak Sean Penn (aktor Jack Holden), Tom Waits (reżyser Rex Blau) czy Bradley Cooper (Jon Peters), którzy kradną ekran na parę minut.

Tyle chce się o tym filmie powiedzieć, gdzie fikcja miesza się z rzeczywistością, inspirując się faktami oraz życiorysami znanych postaci. To wszystko jednak tylko naddatek do tej prostej, pozornie błahej, banalnej opowieści o wchodzeniu w dorosłość. Najlepiej w towarzystwie kogoś, na kim nam zależy.

8/10

Radosław Ostrowski

Najgorsze filmy roku 2021

No i zakończył się rok 2021 – rok pełen zarówno wielkich niespodzianek, jak też paru porażek. Bo nigdy nie jest tak, że każdy film jest udany. Czasami takie potknięcia wynikają z przerostu ambicji, słabego wykonania, kilku błędnych decyzji, ale także z powodu chciwości producentów oraz prób dopasowania rzeczy, które do siebie po prostu nie pasują. Albo za bardzo próbują sięgać po sprawdzoną formułę, licząc na znajome twarze aktorów, albo mieli po prostu pecha. No to pora na produkcje, które okazały się (mniejszymi lub większymi) niewypałami. Kolejność chronologiczna według obejrzenia i nie są to produkcje tylko produkcje z 2021 roku. Swoje typy piszcie w komentarzach. Jak myślicie, ile będzie filmów z Polski? 3, 2, 1, START!!!

  1. Polot, reż. Michał Wnuk
  2. Windykator, reż. David Ayer
  3. Zieja, reż. Robert Gliński
  4. Każdy ma swoje lato, reż. Tomasz Jurkiewicz
  5. Nie zostawiaj mnie, reż. Grzegorz Lewandowski
  6. Lot Nawigatora, reż. Randal Kleiser
  7. Cherry: Niewinność utracona, reż. Anthony & Joe Russo
  8. Armia umarłych, reż. Zack Snyder
  9. Ci, którzy życzą mi śmierci, reż. Taylor Sheridan
  10. Ruchomy chaos, reż. Doug Liman
  11. W nieskończoność, reż. Antoine Fuqua
  12. Bez skrupołów Toma Clancy’ego, reż. Stefano Sollima
  13. Pasażer nr 4, reż. Joe Penna
  14. Sztuczki, reż. Andrzej Jakimowski
  15. Obietnica, reż. Anna Kazejak
  16. Reminiscencja, reż. Lisa Joy

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy roku 2021

Kończy się rok, a to oznacza czas podsumowań. Choć nadal rok 2021 zdominował pewien wirus z Chin, o którym już nie chcę mi się mówić, był to także powolny proces podnoszenia się kin z kolan. Po wszelkich obostrzeniach, restrykcjach i szczepieniach wróciłem do częstszego odwiedzania tych miejsc (zarówno kino studyjne, jak i multipleks), co mnie bardzo cieszy. Liczę, że w 2022 roku częściej będę chodził na kinowe seanse, chociaż korzystanie ze streamingu też ma swoje plusy. O tym innym razem, bo teraz pora na to, co robię ostatnimi czasy: spis najlepszych filmów obejrzanych (niekoniecznie z premierą w tym roku) filmów w roku 2021. Tytuły, które mnie wzięły z zaskoczenia, zachwyciły, doprowadziły do śmiechu, łez oraz strachu. Komentarze ze swoimi tytułami mile widziane. Kolejność chronologiczna od daty obejrzenia. 3,2,1, START!!!!

  1. Dzikość serca, reż. David Lynch
  2. Chłopcy z Brazylii, reż. Franklin J. Schaffner
  3. Pamięć absolutna, reż. Paul Verhoeven
  4. Infernal Affairs: Piekielna gra 3, reż. Andrew Lau, Alan Mak
  5. Mank, reż. David Fincher
  6. Jestem twoją kobietą, reż. Julie Hart
  7. Książę w Nowym Jorku, reż. John Landis
  8. Sound of Metal, reż. Darius Marder
  9. Co w duszy gra, reż. Pete Docter
  10. Sekret wilczej gromady, reż. Tomm Moore
  11. Mauretańczyk, reż. Kevin Macdonald
  12. Jak feniks, reż. Ian Bonhote, Peter Ettedgui
  13. Ojciec, reż. Florian Zeller
  14. Proces Siódemki z Chicago, reż. Aaron Sorkin
  15. Wniebowzięci, reż. Andrzej Kondratiuk
  16. Na rauszu, reż. Thomas Vinterberg
  17. Jeden gniewny człowiek, reż. Guy Ritchie
  18. Willow, reż. Ron Howard
  19. 36, reż. Oliver Marchal
  20. Nikt, reż. Ilja Najszuler
  21. Spider-Man: Uniwersum, reż. Bob Persichetti, Peter Ramsey, Rodney Rothman
  22. Raya i ostatni smok, reż. Don Hall, Carlos Lopez Estrada
  23. Legion samobójców, reż. James Gunn
  24. Willy Wonka i fabryka czekolady, reż. Mel Stuart
  25. Chłopiec z latawcem, reż. Marc Forster
  26. Nauczycielka, reż. Jan Hrebejk
  27. Najmro, reż. Mateusz Rakowicz
  28. Wcielenie, reż. James Wan
  29. Jeźdźcy sprawiedliwości, reż. Anders Thomas Jensen
  30. Biegnij!, reż. Aneesh Chaganty
  31. Diuna, reż. Denis Villeneuve
  32. Kurier Francuski z Liberty, Kansas Evening Sun, reż. Wes Anderson
  33. Biały Potok, reż. Michał Grzybowski
  34. Żeby nie było śladów, reż. Jan P. Matuszyński
  35. Zbrodniarz, który ukradł zbrodnię, reż. Janusz Majewski

Radosław Ostrowski

Reminiscencja

Kino noir wydaje się być gatunkiem martwym, co pokazały choćby wyniki ostatniej próby tego gatunku – „Osierocony Brooklyn”. Ale zdarzały się próby wykorzystania elementów tego gatunku w innej estetyce, choćby SF. „Blade Runner”, „Automata” czy choćby nowa produkcja Warnera „Reminiscencje”.

Akcja osadzona jest w Miami przyszłości, gdzie katastrofa nuklearna oraz wojna doprowadziła do zalania lądu, zaś nieliczni ludzie zamieszkali na najwyższych częściach budynków. Bogaci są oddzieleni od reszty świata zaporami na suchym lądzie, zaś biedni… cóż, nie mieli tyle szczęścia. Jednym z takich ludzi jest Nick Bannister – były wojskowy, obecnie prowadzący firmę pomagającą odzyskiwać wspomnienia ludzi. Wszystko za pomocą odpowiedniej maszyny, która ożywa wspomnienia na obrazie. Kiedyś używano tej techniki podczas przesłuchań. Pomaga mu w tym towarzyszka broni, Watts.

Pewnego dnia w gabinecie pojawia się rudowłosa piękność, piosenkarka Mae. Sprawa wydaje się banalna: zaginęły klucze i trzeba pomóc. Bez dużych problemów udaje się wyjaśnić, a między nią oraz Nickiem zaczyna iskrzyć. I nagle życie mężczyzny wydaje się mieć sens. Ale potem staje się dziwna rzecz: kobieta znika bez śladu, a nasz bohater obsesyjnie odtwarza wspomnienia z tego okresu. Zauważa pewien istotny szczegół i zaczyna prywatne dochodzenie.

Film jest reżyserskim debiutem Lisy Joy, która współtworzy serial „Westworld”. Co innego robić serial, a co innego film – choćby jest o wiele mniej czasu na wykreowanie świata czy bliższego poznania każdego z bohaterów. I to, niestety, bardzo mocno czuć, bo mamy tu klisze znane ze świata czarnego kryminału: femme fatale z przeszłością, piętrowa intryga, skorumpowana policja, brudny świat, gdzie bogaci mają władzę oraz potężne wpływy. Oraz bohater w garniaku z tajemnicą, próbujący zachować twarz w tym nieprzyjemnym świecie. Ładnie wyglądającym świecie, gdzie życie toczy się nocą, by uniknąć upałów dnia słonecznego.

Czy coś poza otoczką SF jest wartego odnotowania? No właśnie niekoniecznie, bo sama intryga jest przewidywalna. Wszystko wydaje się za bardzo znajomo, bez zgłębiania się w szczegóły tego świata. Niby wydaje się oryginalny i ma parę pomysłów, jednak brakuje tu zarówno estetycznego pola do popisu, jak głębszego poznania tego stanu rzeczy. Wspominana jest wojna Jedynie wątek romansu między Nickiem a Mae jest w stanie zaangażować, ze względu na niejasną przeszłość bohaterki, niezłe dialogi oraz solidne role Hugh Jackmana i Rebeki Ferguson. Czuć między nimi chemię, mając najwięcej pola do popisu. Reszta związana z tajemnicą umierającego bogacza idzie jak po sznurku znajomymi (aż za bardzo elementami) – nie brakuje strzelaniny czy pościgu zakończonego mordobiciem. Ale są one wykonane poprawnie, bez żadnego efektu WOW i czegoś powalającego. Nie ma tu żadnej niespodzianki, zarówno treściowo, jak też wizualnie.

„Remininscencja” wygląda jak wepchnięty cały sezon w dwugodzinny film. Joy brakuje oddechu oraz opanowania w filmowym świecie. A szkoda, bo jest tu spory potencjał na ciekawy, choć dziwnie znajomy, świat z interesującą technologią.

5/10

Radosław Ostrowski