Milos Forman

Reżyser, scenarzysta, producent, aktor.

Urodzony 18 lutego 1932 roku w Caslav jako Jan Tomas Forman. Syn Anny z domu Švábovej oraz Rudolfa Formana. Matka prowadziła pensjonat w miejscowości Dolby, ojciec był profesorem akademickim. Oboje zginęli w obozach koncentracyjnych: ojciec w Buchenwaldzie, matka w Auschwitz. Wychowywany przez krewnych, po wojnie uczył się w szkole z internatem znajdującej się w zamku w Podiebradach, gdzie poznał m.in. Ivana Passera, Jerzego Skolimowskiego oraz Haclava Havla.

W 1950 roku podjął studia w praskiej Akademii Sztuk Scenicznych (FAMU) na Wydziale Scenopisarskim. Następnie zaczął współpracę z eksperymentalnym teatrem Laterna Magika jako asystent reżysera Karela Radoka. Forman jako reżyser zaczął pracę od filmów dokumentalnych, przy których współpracował z Ivanem Passerem oraz Miroslavem Ondrickiem. Przełomem był Konkurs z 1963 roku, zaś jego pierwsze fabuły (Czarny PiotruśMiłość blondynki) uczyniły go jednym z najbardziej rozpoznawalnych twórców „nowej fali”. A także zostały dostrzeżone za granicą. Kiedy w 1968 roku wojska Układu Warszawskiego wkroczyły do Pragi, tłumiąc liberalne działania I sekretarza Alexandra Dubceka, Forman był w Paryżu prowadząc rozmowy w sprawie stworzenia filmu dla Paramount Pictures o hipisach. Reżyser decyduje się wyruszyć do Stanów Zjednoczonych, gdzie zdecydował się zamieszkać na stałe.

W 1975 roku otrzymał obywatelstwo amerykańskie, zaś w 1978 został wykładowcą na Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku oraz (razem ze swoim byłym nauczycielem, Frantiskiem Danielem) współprowadził wydział filmowy. Dwukrotnie był w jury na MFF w Cannes (raz jako przewodniczący), a raz prowadził grupie jurorów na MFF w Wenecji. Sporadycznie pojawiał się także jako aktor, głównie w epizodach. Lecz najbardziej wyraziste role to ojciec głównej bohaterki w Zgadze Mike’a Nicholsa oraz ksiądz Havel w Zakazanym owocu – reżyserskim debiucie Edwarda Nortona. Pisał wiersze, a w 1994 roku wydał wspomnienia Moje dwa światy.

Zmarł 13 kwietnia 2018 roku w Warren w stanie Connecticut, po krótkiej chorobie. Pochowany dwa dni później, pozostawił po sobie czwórkę dzieci i wnuczkę oraz żonę Martinę Zborilovą.

Najczęściej współpracował z: autorem zdjęć Miroslavem Ondrickiem, scenarzystą Jaroslavem Pa­pouskiem i Jean-Claude’m Carriere, producentem Michael Housemanem i Saulem Zaentsem, kostiumologiem Theodorem Pistkiem, scenografką Patricią von Brandenstein i Karelem Cernym, dźwiękowcem Adolfem Bohmem, montażystą Miroslavem Hajkiem, Lynzee Klingman i Alanem Haimem oraz aktorem Vincentem Schiavellim.

W swoim dorobku Forman ma dwa Oscary (i jedną nominację), trzy Złote Globy (i jedną nomina­cję), nagrodę BAFTA (i trzy nominacje), Grand Prix oraz dwie nominacje do Złotej Palmy w Cannes, Złotego i Srebrnego Niedźwiedzia z Berlinale, nominację do Złotego Lwa w Wenecji, dwie na­grody Amerykańskiej Gildii Reżyserów i nominację do nagrody Amerykańskiej Gildii Scenarzy­stów.

Oto ranking obejrzanych przeze mnie filmów Milośa Formana. Trzy, dwa, jeden, jazda!

Miejsce 12. – Czarny Piotruś (1964)

Pełnometrażowy debiut reżyserski, będący obserwacją kilku dni z życia zagubionego nastolatka. Mocno dokumentalny styl, brak rozpoznawalnych twarzy. Oraz realia komunistycznego kraju, który obiecuje wiele, ale nie dając zbyt wiele w zamian. Jednak brakuje tutaj jakiegoś mocnego spoiwa, który uczyniłby film bardziej angażujący. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Ragtime (1981)

Tym razem reżyser mierzy się z epicką powieścią E.L. Doctorowa, która dzieje się na początku XX wieku. Historia skupiona wokół czarnoskórego pianisty, Coalhouse’a Walkera, którego walka o godność doprowadza do bardzo brutalnych działań. A to tylko jeden z wątków tej opowieści, gdzie mamy zarówno skandale, początki kina, terroryzm, imigrantów. Ambitna mozaika, której nie powstydziłby się Robert Altman. Choć świetnie zagrana, pewnie nakręcona i imponująca wizualnie, to strasznie nierówna. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Miłość blondynki (1965)

Niejako kontynuacja motywów z „Czarnego Piotrusia”, czyli kolejne zderzenie młodych ludzi z rzeczywistością komunistycznego kraju. Tym razem bohaterką jest dziewczyna pracująca w fabryce butów, która marzy o miłości oraz życiu innym niż w małym miasteczku. Podczas imprezy poznaje pianistę z wielkiego miasta. Zadziwiająco jest tu sporo humoru, opartego na absurdzie, a jednocześnie niepozbawiony liryzmu i czułości. Widać spory progres w warsztacie Formana. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Pali się, moja panno (1967)

Ostatni z „czeskich” filmów Formana przed imigracją. Osadzona w ciągu jednego dnia historia skupia się wokół obchodów Dnia Strażaka, która ma być także uhonorowaniem najstarszego członka jednostki. Ale wiele rzeczy idzie nie tak. To najostrzejsza satyra na życie w komunistycznym państwie, pokazująca nieporadność władz, zmieszaną z katastrofami, wpadkami i bezradnością. No i gdzie jest salceson? Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – Valmont (1989)

Kolejna adaptacja głośnych „Niebezpiecznych związków”, która pojawiła się rok po adaptacji Stephena Frearsa. Być może dlatego nie spotkała się z uznaniem widzów i krytyków. A moim zdaniem jak najbardziej warto. Osadzona w XVIII wieku historia skupiona wokół próbujących łamać serca innym hrabim Valmoncie oraz markizie de Merteuil. Podchody, manipulacje, namiętności oraz kolejne komplikacje. Stylowo nakręcone, świetnie zagrane z rewelacyjnymi kreacjami Annette Bening i Colina Firtha. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Hair (1979)

Jedyny musical w dorobku Formana, oparty na wielkim hicie Broadwayu. Historia młodego chłopaka z Oklahomy, Claude’a Bukowskiego (John Savage), który trafia do Nowego Jorku na kilka dni przed poborem do Wietnamu. Tam trafia na grupę młodych hipisów pod wodzą niejakiego Bergera (Treat Williams), którzy fascynują młodzieńca. Co muszę przyznać, że mimo lat nadal ma w sobie bardzo młodzieńczą energię. Zarówno w prostej, ale fantastycznej choreografii oraz wiele rewelacyjnych piosenek jak „Age of Aquarius”, „Manchester England” czy finałowe „Let the Sunshine In”. Może i naiwny, ale bardzo szczery portret lat 60. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Duchy Goi (2006) 

Jak się miało okazać ostatni film w dorobku Formana, którego bohaterem nie jest Francisco Goya, grany przez Stellana Skarsgarda. I pewnie dlatego spotkał się z o wiele chłodniejszym odbiorem. Sam malarz znajduje się w środku między demonicznym inkwizytorem (fantastyczny Javier Bardem) a swoją modelką Inez (cudowna Natalie Portman) oskarżoną o bycie Żydówką. Wszystko skupia się na temat władzy i polityce, gdzie zmienia się ustrój a ludzie przy władzy niekoniecznie. Zdecydowanie lepszy film niż  się może wydawać. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Skandalista Larry Flynt (1996)

Biografia jednego z najbardziej bezczelnych wydawców magazynu dla dorosłych. Jednak jeśli ktoś spodziewałby się skupienia na branży porno, lecz na kwestii… wolności słowa. I czy w ogóle jest jej granica? Prowokujący, piekielnie inteligentny dramat, pokazujący realia lat 70. i 80. A wszystko trzyma rewelacyjny Woody Harrelson w roli tytułowej, zaskakująca Courtney Love jako striptizerka oraz Edward Norton w jednej z pierwszych ról. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Odlot (1971)

Pierwsza amerykańska produkcja, choć tworzona w stylu kina z Czechosłowacji. Studio chciało film o hipisach, jednak Forman skupił się na ich rodzicach. „Odlot” to historia rodziców, którzy szukają córki, co uciekła z domu. Nadal czuć tu dokumentalny sznyt (sceny castingu ze śpiewającymi młodymi ludźmi), mocno ocierając się o absurd. Jak choćby niezapomniana scena, kiedy dorośli uczą się palić jointów. Ale tak naprawdę Forman pokazuje zderzenie pokoleń, którzy mają więcej wspólnego niż się wydaje. Zadziwiająca i nadal śmieszna komedia. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Człowiek z księżyca (1999)

Druga biografia Formana stworzona wspólnie ze Scottem Alexandrem i Larrym Karaszewskim. Autorzy „Eda Wooda” i „Skandalisty Larry’ego Flynta” tym razem pokazują życie komika Andy’ego Kaufmana. Bardzo pokręcona historia człowieka, który był kompletnie nieobliczalny i nie można było ustalić, co było żartem, a co nie. Od stworzonego alter ego Tony’ego Cliftona przez wrestling z kobietami aż po nonsensowne sceny stand-upu. Oraz absolutne opus magnum w aktorskiej karierze Jima Carreya, który wszedł na wyżyny swoich możliwości. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Amadeusz (1984)

Co ja mogę powiedzieć, czego o kinowej adaptacji sztuki Petera Schaffera nikt nie powiedział? Absolutnie elektryzujący portret Mozarta (Tom Hulce), pokazanego oczami starego Salierego (F. Murray Abraham). Fenomenalne kino, pokazujące zderzenie geniuszu z przeciętnością. Przełamującego konwencje epoki Mozarta oraz grającego zgodnie z regułami Włocha. Zazdrość, nienawiść, wrogość i jednocześnie nieskrywany podziw. Niemal unosi się nad tym duch „Barry’ego Lyndona”, z bardzo soczyście napisanymi postaciami, imponującą scenografią i kostiumami oraz fragmentami opery. Niesamowite doświadczenie, które należy zobaczyć przynajmniej raz w życiu. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Lot nad kukułczym gniazdem (1975)

Kolejne żywotne dzieło, tym razem opartym na powieści Kena Keseya. Więzień Randall McMurphy (Jack Nicholson) trafia do szpitala psychiatrycznego, by upewnić się, czy nie symuluje. Od razu zderza się z trzymającą wszystko w ryzach siostrą oddziałową Ratched (Louise Fletcher). Pozornie prosta opowieść o wolności, gdzie szpital psychiatryczny jest metaforą państwa, narzucającego normy oraz sposoby zachowania, zaś indywidualizm jest tępiony. Rewelacyjne aktorstwo, z masą wizystych postaci, gdzie na drugim planie są m.in. Danny DeVito, Christopher Lloyd czy Brad Dourif. Klasyka przez bardzo duże K. Recenzja tutaj.

Żaden reżyser z Europy Środkowo-Wschodniej (może poza Romanem Polańskim) nie osiągnął takiego sukcesu w Hollywood jak Milos Forman. Choć Czech kręcił rzadko i w większości jego dzieła dominowały festiwale, nadal pozostają co najmniej solidne oraz warte uwagi. Czuć w nich zarówno fascynację Ameryką, ale też często przewijający się motyw wolności, dumy i ceny jaką płaci się za indywidualizm. Pomimo upływu lat, te tytuły godnie znoszą próbę czasu, o czym wielu reżyserów może sobie pomarzyć. 

Radosław Ostrowski

Powrót do przyszłości II

Pierwsza część „Powrotu do przyszłości” była wielkim hitem oraz przełomem w karierze Roberta Zemeckisa. Choć była pozostawiona furtka na kontynuację, nie było planów na sequela. Ale cztery lata później powstała kontynuacja kręcona równolegle z częścią trzecią, więc Zemeckis ze scenarzystą Bobem Galem mieli na to pomysł.

Kontynuacja zaczyna się dokładnie tam, gdzie ostatnio skończyliśmy. W 1985 roku już po „odkręceniu” wydarzeń z 1955 roku pod dom Marty’ego McFly (Michael J. Fox) przyjeżdża doktor Brown (Christopher Lloyd) z lekko zmodyfikowanym wehikułem czasu. Zabiera chłopaka razem ze swoją dziewczyną Jennifer (Elisabeth Shue)… w przyszłość. A dokładniej do roku 2015, gdzie dzieci ich obojga wpakują się w poważne kłopoty. Jednak nie to okazuje się największym wyzwaniem, lecz próba kupienia książkowego almanachu sportowego z wynikami obejmującymi drugą połowę XX wieku. Ta wpada w rękę starego Biffa (Thomas F. Wilson), który podsłuchując rozmowę kradnie wehikuł (korzystając z nieuwagi) i wręcza książkę młodszemu siebie. Dlatego kiedy Marty z doktorem wracają do roku 1985, rzeczywistość wygląda… dziwnie.

Druga część – niczym w tradycji sequeli jak „Imperium kontratakuje” – robi się miejscami o wiele mroczniejsza i poważniejsza. Ale tak się kończy zaburzenie kontinuum czasoprzestrzennego, gdzie jedno małe zdarzenie potrafi uruchomić nieprzewidywalną spiralę wydarzeń. Niemal każdy akt toczy się w innym czasie, co wyróżnia go mocno od poprzednika. Najpierw jesteśmy w futurystycznym roku 2015 z paroma fajnymi bajerami (deskolotka, latające samochody, samozawiązujące się buty czy dopasowujące się ubrania). I mimo lat nadal ten wątek trzyma się mocno. Za to drugi akt pokazujący alternatywny rok 1985 to czyste wariactwo. Mroczne miejsce, pełne chaosu i całkowitej anarchii, zaś w centrum znajduje się hotel i kasyno najbogatszego w mieście Biffa, który tutaj wygląda niczym wyraźna parodia Donalda Trumpa. Tutaj pokazano jakie konsekwencje może doprowadzić majstrowanie w czasie oraz kiedy wehikuł wpadnie w niepowołane ręce. Aż chciałoby się spędzić więcej czasu w tej linii czasowej. Za to trzeci akt to powrót do 1955 roku oraz próba przechwycenia książki. I tu jest to broń obosieczna, bo z jednej strony wracam do znanych wydarzeń, co może wydawać się drogą na łatwiznę. Ale z drugiej widzimy to z innej perspektywy, przez co nie mamy do czynienia z bezczelną kalką.

Zemeckis płynnie balansuje między humorem a mrokiem, dając większy ciężar emocjonalny. Może dlatego nie wywoływał we mnie aż takich spazmów śmiechu. Co nie jest aż tak dużym problemem, bo reżyser bardzo pewnie prowadzi przez wydarzenia. Nie ma tu miejsca na nudę, a powracające gagi (gnojówka) ciągle bawią. Równie imponujące są efekty specjalne (choć już pod koniec widać, że w paru ujęciach są wyprane kolory), zaskakująco dobrze trzyma się charakteryzacja (członkowie rodziny McFly w 2015, wygląd starego Biffa czy Billa z alternatywnego 1985), zaś finałowy pościg w tunelu trzyma w napięciu. I jeszcze mamy to zakończenie, które najpierw wali ciosem w brzuch, ale potem jest to rozładowane sugestią kolejnej części (zwiastun w finale).

Aktorsko nadal wszyscy błyszczą i są kapitalni. Duet Fox/Lloyd ciągle mają świetną chemię, wpadając bardzo naturalnie w swoich rolach. Jednak całość kradnie rewelacyjny Thomas F. Wilson, który gra aż trzy postacie: Biffa, starego Biffa i jego syna Griffa. Każda z tych inkarnacji różni się manieryzmami, głosem, mową ciała, a jednocześnie widać pewne cechy wspólne. To najjaśniejszy punkt filmu oraz prawdopodobnie najlepsze role w całej trylogii. Jedyną wymuszoną zmianą jest pojawienie się Elisabeth Shue w zastępstwie za Claudię Wells jako dziewczyny Marty’ego, lecz aktorka wypada cholernie dobrze (z wyjątkiem fryzury).

Choć drugi „Powrót do przyszłości” nie jest aż tak udany jak oryginał, jednak pozostaje zadziwiająco świeży, kreatywny oraz angażujący. Świetnie wygląda, dialogi brzmią naturalnie, z kapitalnym aktorstwem oraz fantastyczną muzyką Alana Silvestri. Nawet drobne problemy nie są w stanie całkowicie zepsuć przyjemności z seansu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Normal

Ileż to było opowieści o małych miasteczkach, gdzie mieszkają pokręceni, lecz głównie nieszkodliwi indywidualiści? A potem trafia ktoś z zewnątrz i zaczynają się tarcia podczas aklimatyzacji? Najnowsze dzieło Bena Wheatleya wydaje się wpisywać w ten trend, jednak ma parę niespodzianek.

Tytułowe „Normal” to jedno z takich miasteczek, które znajduje się w Minnesocie. A tak ciągle śnieg, zima i cały czas piździ. Tutaj jednak trafia niejaki Ulysses (Bob Odenkirk), pełniący rolę tymczasowego szeryfa do czasu wyboru nowego stróża prawa. A wszystko z powodu nagłego zgonu poprzednika. W zasadzie nie ma tu jakiś poważnych incydentów czy sporów, więc praca Ulyssesa przebiega dość gładko. Ale w końcu dwoje młodych ludzi postanawia napaść na bank. Nie wszystko idzie zgodnie z planem, lecz kiedy szeryf postanawia wkroczy i rozwiązać problem, zastępcy… zaczynają do niego strzelać. Ale dlaczego?

Spece od reklamy sprzedawali „Normal” jako połączenie „Johna Wicka” z „Fargo” i – choć na pierwszy rzut oka brzmi idiotycznie – nie jest wcale takie głupie. Z pierwszy łączy go scenarzysta Derek Kolstad, z drugim miejsce akcji, galeria ekscentrycznych postaci oraz czarny humor. Sama intryga budowana jest powoli, by pójść w czysto brutalną, totalnie przegiętą i groteskową rozpierduchę. W tych momentach Wheatley’owi bliżej jest do… „Hot Fuzz” Edgara Wrighta. Nie da się tego do końca traktować całkowicie poważnie, zwłaszcza gdy do wszystkiego zostaje wrzucona… Yakuza. I przez większość czasu udaje się twórcom zgrabnie balansować między kompletną zgrywą, ostrą jatką oraz krótkimi chwilami powagi. Sama akcja jest niepozbawiona eksplozji oraz kreatywnych mordów, jednak jest troszkę standardowa jak na ten gatunek. Jedynym mocnym zgrzytem w scenach akcji to drobne ujęcia kamery przechodzące na cyfrówkę niczym z wczesnych lat 2000. Wygląda to brzydko, choć na szczęście nie zdarza się to często.

Sama historia ma parę drobnych zaskoczeń i twistów, a wszystko skupia w sobie niezawodny Bob Odenkirk. Cały czas nie mogę uwierzyć, że ten świetny aktor komediowy stał się nową gwiazdą kina akcji. Jego Ulysses to zmęczony everyman skrywający mroczną tajemnicę, zmuszony do konfrontacji. Nie jest żadnym twardzielem jak Wick, ale potrafi się bronić i jest w dobrej formie fizycznej. Nawet jeśli na drugim planie nie wszyscy są w pełni wykorzystani (szczególnie dotyczy to Henry’ego Winklera w roli burmistrza oraz Leny Headey wcielającą się w barmankę), to zapadają mocno w pamięć jak Billy McLennan (zastępca szeryfa ze „zbyt głośną” kurtką) czy Jess McLeod (córka szeryfa Gundersona, Alex).

„Normal” może nie ma tak imponującej akcji jak w „Johnie Wicku”, intensywności akcyjniaków z Indonezji czy kreatywności choćby „Boy Kills World”. Niemniej Wheatley potrafi dostarczyć solidnej rozrywki z bardziej przyziemnym i charyzmatycznym protagonistą w roli głównej, barwnym drugim planem oraz satysfakcjonującą rozróbą. A czasami tyle do szczęścia wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Skandalista Larry Flynt

Po dość chłodnym odbiorze „Valmonta” wydawałoby się, że Milos Forman zniknął i żadnego filmu więcej nie zrobi. Czech skupiał się na pracy wykładowcy akademickiego, ale w 1996 roku wrócił z impetem. I to filmem biograficznym o jednym z najsłynniejszych wydawców magazynu dla dorosłych, od razu zdobywając Złotego Niedźwiedzia za najlepszy film na Berlinale.

Jak samy tytuł mówi „Skandalista Larry Flynt” opowiada o Larrym Flyncie (Woody Harrelson) – chłopaku z Południa, który zaczynał jako bimbrownik w latach 50., by 20 lat później razem z bratem (Brett Harrelson) prowadzić klub ze striptizem. Ale interes nie idzie za dobrze – do czasu, gdy Larry postanawia wypromować lokal przy użyciu magazynu ze zdjęciami. Problem jednak w tym, że Hustler jest o wiele ostrzejszy od innych czasopism, co doprowadza do konfliktów z prawem.

Choć pozornie mogłoby się wydawać, że film Formana będzie skupiał się na działalności „wydawniczej” Flinta. Ale nie do końca, bo nie interesuje się golizną, erotyzmem czy szokowaniem dla szokowania. Reżyser wykorzystuje postać kontrowersyjnego twórcy do pokazania walki między konserwatyzmem oraz tzw. „obrońcami moralności” z bardziej liberalnie nastawionym do życia społeczeństwem. A przede wszystkim prowokuje do pytań o wolność słowa. Gdzie jest granica i czy w ogóle jakaś powinna być? A jednocześnie mamy kolejne batalie z wymiarem sprawiedliwości, w których Flynt przekracza granice i staje się kompletnie nieobliczalny: od słownych inwektyw przez noszenie pieluchy w kształcie… flagi USA aż po rzucenie kupy pieniędzy, kiedy nie chce ujawnić informatora w sprawie pewnej kasety. I cały czas można się zastanawiać, na ile w tym kalkulacji, a na ile rebeliancki duch.

Jednocześnie „Skandalista…” to także historia miłosna między Flyntem a striptizerką Alitheą (zjawiskowa Courtney Love), którą poznał w klubie. I ten wątek jest równie ciekawy, jak sądowe batalie oraz problemy magnata prasowego. Zadziwiająco sporo jest tu czułości, ale nie ma tu słodzenia i wazeliny. Szczególnie od połowy filmu, kiedy Flynt zostaje postrzelony oraz – wskutek tego – sparaliżowany, a także zaczynamy widzieć popadania kobiety w nałóg narkotykowy. I Love wszystkie te sprzeczne emocje wygrywa bezbłędnie, co zważywszy na skromne doświadczenie aktorskie jest dużą niespodzianką. A w tle mamy lata 70. i 80., które udaje się reżyserowi odtworzyć pod względem mentalności. Całość jest dobrze nakręcona, pełna dynamicznego montażu oraz pozbawiona nudy.

A wszystko trzyma na swoich barkach trójka aktorów. Love sprawiła największą niespodziankę i stworzyła najsoczystszą rolę w tym filmie. Harrelson jest odpowiednio magnetyzujący, wyrazisty oraz nie patyczkuje się, zaś w scenach z Love pokazuje delikatniejsze oblicze (choć moment „nawrócenia” i przyjęcia chrztu zastanawia). Równie świetny jest dopiero zaczynający swoją karierę Edward Norton w roli prawnika Flynta, próbującego (niezbyt skutecznie) trzymać swojego klienta w ryzach. A jednak udaje zbudować się niemal przyjacielską relację, co nie jest takie łatwe. Do tego jeszcze masa drobnych, lecz wyrazistych drugoplanowych ról, ze szczególnym wskazaniem na Donnę Hannover (ewangelistka Ruth Carter Stapleton), Bretta Harrelsona (Jimmy Flynt) oraz niezawodnego Jamesa Cromwella (Charles Keating).

„Skandalista Larry Flynt” to kolejna bardzo solidna produkcja w dorobku Formana, który coraz bardziej wydaje się ciekawy i zafascynowany Ameryką. Jej wolnościowym duchem, jednocześnie obnażając jej hipokryzję. Rewelacyjne role Harrelsona, Love i Nortona plus rozważania na temat wolności słowa wybijają go z grona innych biografii biznesmenów.

8/10

Radosław Ostrowski

Valmont

Popularność powieści epistolarnej Pierre’a Choderlosa de Laclosa jest wręcz zdumiewająca, o czym świadczy masa adaptacji: filmowych, teatralnych czy ostatnio jako serial. Sława była tak mocna, że w 1988 roku aż dwóch reżyserów planowało przenieść tą opowieść na ekran: Stephen Frears oraz Miloś Forman. Ten pierwszy opierając się bardziej na teatralnej adaptacji Christophera Hamptona stworzył film szybciej, zdobywając większą uwagę, popularność i splendor. Drugi, który trafił do kin rok później, popadając w zapomnienie oraz zostaje chłodno odebrany przez krytykę i publiczność. Czy naprawdę „Valmont” był aż tak słaby, czy może miał zwyczajnie pecha?

Historia jest znana i osadzona jest w XVIII-wiecznej Francji przed rewolucją, a skupia się wokół młodej dziewczyny Cecile (Fairuza Balk). Opuszcza ona klasztor i ma niedługo zostać żoną, co jak na 15-latkę jest sporym przeżyciem. Ceceile trafia pod opiekę przyjaciółki mamy, markizy de Merteuil (Annette Bening). Wdowa odkrywa, że przyszłym mężem młódki jest jej kochanek, de Gercourt (Jeffrey Jones), który postanowił ją porzucić. Więc z zemsty decyduje się poprosić jednego ze swoich adoratorów, hrabiego Valmonta (Colin Firth) w celu uwiedzenia dziewczyny. Jednak młody arystokrata, specjalizujący się w łamaniu kobiecych serc, sam wpadł ofiarą strzały Amora. Ale czy aby na pewno?

Trudno nie uniknąć porównań z filmową wersją Stephena Frearsa. Ponieważ jednak filmu z 1988 roku nie widziałem od dawna, więc nie będę bawił się w analizowanie dzieła. Co mnie bardzo zaskoczyło tutaj to fakt, że Forman podchodzi do tego z zadziwiającą lekkością oraz frywolnością. I nie chodzi mi tylko o humor (choć ten pojawia się w najmniej spodziewanych momentach), ale – jakby to nazwać – nastawienia reżysera. Widać, że postacie nie działają tylko i wyłącznie z wyrachowania, ale jest tam coś więcej. Że za działaniami stoi namiętność, pożądanie i… znudzenie. Obawiałem się, że to podejście pozbawi emocjonalnego ciężaru tej historii, ale „Valmont” mnie zaskoczył. Szczególnie w drugiej połowie, gdzie jeden z doświadczonych graczy zaczyna się w tym gubić i to zmienia jego działanie.

Wizualnie czuć, jakbym znowu trafił do świata „Amadeusza” – nie tylko z powodu oświetlenia opartego na świecach czy występu operowego – gdzie scenografia oraz kostiumy wyglądają imponująco. Stylizowana na epokę muzyka sprawdza się, a wszystko płynnie bez zbędnego postoju. Problem miałem z paroma scenami slapstickowego humoru oraz powoli rozkręcającym się początkiem, ale im dalej w las, tym lepiej.

Swoje także dorzuca nietypowa obsada. Zadziwiającym wyborem do roli Valmonta był Colin Firth, który ma w sobie sporu uroku i jest mniej jednoznaczną postacią. Szczególnie w scenach z Meg Tilly (madame de Tourvel) pokazuje bardziej ludzkie oblicze, jednak z tyłu głowy cały czas były wątpliwości. Czy to prawdziwe uczucia, czy to tylko gra – on sam zaczyna się w tym gubić. Ale prawdziwą petardą jest dla mnie Annette Bening w roli de Merteuil. Niby służąca wsparciem, non stop z uśmiechem na twarzy, ale w każdej chwili może wbić nóż w plecy i jest bardziej podstępna i sprytna. W zależności od tego z kim rozmawia zmienia oblicze. Bardzo elektryzująca oraz najciekawsza postać. Obok mamy eteryczną Meg Tilly i odkrywającą arkana miłosne naiwną Fairuzę Balk, dopełniające obrazu.

„Valmont” pokazuje, że głośne „Niebezpieczne związki” można interpretować na różne sposoby. Milos Forman tworzy o wiele lżejszą pod względem klimatu opowieść o pożądaniu i namiętnościach, których nie da się sterować bez zapłacenia ceny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Skok

Jak się myśli o filmach Kazimierza Kutza, to raczej myśl się o jego śląskiej trylogii albo jego ostatnich dziełach jak „Zawrócony” czy „Pułkownik Kwiatkowski”. Ale każdy reżyser ma w swoim dorobku filmy zapomniane i mało znane. W przypadku Kutza jednym z takich filmów jest pochodzący z 1967 roku „Skok”.

Historia skupia się wokół dwóch młodych chłopaków, którzy właśnie oblali maturę. Franek (Daniel Olbrychski) to silny twardziel, co ma mocne pięści. Paweł (Marian Opania) jest drobniejszy, bardziej kierujący się sprytem. Obaj nie planują wracać do domów i będąc nad morzem, zastanawiają się co dalej. Wtedy dołącza do nich tajemniczy nieznajomy (Andrzej Gazdeczka) i proponuje prosty sposób na znalezienie pieniędzy. Czyli zrobić skok. Tylko gdzie? Pada pomysł na obrobienie lokalnego PGR-u, gdzie chłopaki się zatrudniają. W zamian nieznajomy ma zadekować ich na statku, więc Franek z Pawłem się zgadzają.

Jeśli całość brzmi dla was jak film sensacyjny, to raczej nie spodziewajcie się dynamicznej akcji. Reżyser bardziej skupia się na obserwacji dwójki ludzi wchodzących w dorosłość. Dlatego są bardzo naiwni i dają się namówić na skok. Jednocześnie widzimy tutaj życie oraz pracę na prowincji, gdzie robotnicy z pewnym dystansem, wręcz nieufnością podchodzą do „miastowych”. Ale poza wątkiem kryminalnym jest tu jeszcze historia inicjacyjna, bo ten rozważniejszy poznaje Teresę (debiutująca na ekranie Małgorzata Braunek). I niejako te dwa wątki przeplatają się za sobą w dziwnym tańcu, niejako walcząc o dominację. Jednak uzupełniają się całkiem nieźle, ładnie sfotografowane na czarno-białej taśmie (aczkolwiek czasem nocne ujęcia są niezbyt widoczne), zaś w tle gra jazzowa muzyka Adama Sławińskiego. No i same dialogi napisane przez Stanisława Dygata brzmią dobrze.

Jednak ten film działa naprawdę mocno dzięki świetnym kreacjom. Mocny i walczący swoimi pięściami Daniel Olbrychski błyszczy w roli silnego Franka, budując wizerunek pewnego siebie twardziela, co nie boi się ryzyka. Trochę w kontrze do niego równie fantastyczny Marian Opania, który może nie imponuje swoją posturą, jednak wydaje się być tym mądrzejszym. Z czasem zaczyna się zmieniać, co prowadzi do finałowej konfrontacji na molo. Ale całość kradną drobne epizody choćby Witolda Dederki (Ziętara), Bogdana Baera (traktorzysta) czy Stanisława Michalskiego (narwany Wiktor), które dodają kolorytu do całości.

Może i „Skok” nie jest jednym z najlepszych filmów w dorobku Kutza, jednak ta mieszanka kryminału oraz filmu coming-of-age osadzona w latach 60. pozostaje ciekawym portretem epoki. Nie zawsze zachowuje równe tempo, czasem nie zawsze wszystko widać, niemniej nie jest to czas stracony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

ARCO

Być może zabrzmi dziwnie to, co powiem, ale w ostatnim czasie nową stolicą fantastycznych animacji stała się… Francja. Cyberpunkowy „Mars Express” czy pochodząca sprzed kilku miesięcy „Mała Amelia” pokazują, że nadal jest sporo miejsca dla kreatywnej, ręcznie rysowanej animacji. Teraz do tego grona dołącza „Arco” – reżyserki debiut rysownika komiksowego Ugo Bienvenu, który do tej pory kręcił tylko krótkometrażówki.

Akcja dzieje się w przyszłości, gdzie ludzkość mieszka w miastach budowanych… w chmurach. Ludzie nie używają nowoczesnej technologii, nadal mają zwierzęta oraz roślinność. Ale posiadają jedną niezwykłą umiejętność, czyli… podróżować w czasie. Pod warunkiem, że ma się ukończone 12 lat, a do tego potrzebna jest odpowiednia peleryna w kształcie tęczy oraz kryształ. Ale tytułowy Arco ma zaledwie 10, a już chce podróżować – głównie, by zobaczyć dinozaury. Więc robi to, co każdy dzieciak – wykrada pelerynę siostry w nocy, wybiera i – nie bez problemów – odlatuje w niebo, zostawiając ślad tęczy. Jednak zamiast do czasów prehistorycznych, ląduje w roku… 2075. Tam poznaję dziewczynkę o imieniu Iris, która próbuje mu pomóc wrócić do siebie.

Koncepcje w „Arco” są znajome: podróże w czasie, zmieniająca się Ziemia, rozwój technologiczny oraz roboty niemal odpowiedzialne za wszystko (policja, serwisy, nauczyciele). To nie jest nasza rzeczywistość (jeszcze), ale powoli zaczynamy do niego się zbliżać. Za to dorośli pracują gdzieś poza miastem, a komunikują się z rodziną w formie hologramów (albo przyjeżdżając na weekendy). A nocą budynki otoczone są szklanymi kopułami. Reżyser ewidentnie stawia na światotwórstwo oraz proekologiczne przesłanie, choć to ostatnie jest nienachalne. Więcej jest tu skupienia na spotkaniu młodych ludzi z dwóch różnych światów (dosłownie i w przenośni), ale jest tu o wiele więcej mądrych obserwacji na temat rodzicielstwa, przyjaźni oraz sile wyobraźni. Jedynym poważniejszym zgrzytem (poza poczuciem deja vu) jest pojawiająca się trójka przybyszy, próbujących znaleźć Arco. Ci robią za nieporadnych cwaniaczków, dodając sporo slapstickowego humoru, który jednak wydaje się tu nie do końca pasować.

Sama animacja jest prosto rysowana, ale bardzo barwna i przypominająca dawne produkcje sprzed 30-40 lat. Do tego mocno budzi skojarzenia z japońskim anime (szczególnie pokazując przyrodę) w stylu studia Ghibli – nawet muzyka brzmi podobnie – co jest bardzo przyjemnym skojarzeniem. Nie mogłem oderwać oczu zarówno od widoków lasu czy bardzo przestrzennych sal szkolnych, gdzie na ścianach widać rzeczy adekwatne do przedmiotu (widok kosmosu; bitwa morska czy dinozaury). Ale jest tu jeszcze więcej niezapomnianych scen: pierwszy lot Arco, próba wybicia się z podwórka Iris czy ucieczka z płonącego lasu. A już pod koniec było płakanko, co zdarza mi się równie często jak spełnianie obietnic wyborczych przez polityków.

Jeśli chcecie spędzić czas z dzieckiem przy pięknie narysowanym, mądrym oraz wartościowym filmie (czyli innym niż „Super Mario Galaxy”, który zapewnia bardzo sprawną lobotomię mózgu), „Arco” jest propozycją idealną. Może nie jest oryginalny w kwestii konceptów kina SF, ale nadrabia to workiem uroku, piękną stroną plastyczną oraz solidnym polskim dubbingiem (pozbawionym rozpoznawalnych i znanych głosów). To kolejny przykład, że poza Hollywood powstają zaskakujące animowane perełki.

8/10

Radosław Ostrowski

Sirat

Co w ogóle można powiedzieć o ostatnim filmie francuskiego reżysera Olivera Laxe? Bo ta francusko-hiszpańska produkcja jest… dziwna. Nie dlatego, że w trakcie pojawiają się elementy nadnaturalne czy kompletnie z czapy, wywracając konwencję do góry nogami. Bo w zasadzie jest to audio-wizualny kolaż, gdzie fabuła istnieje. Gdzieś tam, niczym prawda w „Z archiwum X”.

Akcja toczy się gdzieś na pustyni w Maroku, gdzie odbywa się rave. Bit wbija na pełnej, ludzie dziwnie tańczą, płynąc z muzą. Tylko co tu robi pewien siwy pan z młodym chłopakiem oraz psem? Bo oni wydają się nie pasować za bardzo do reszty – i nie bez powodu. Luis (Sergio Lopez) szuka swojej córki, która odeszła od rodziny pięć miesięcy temu. Podobno miała się zjawić na tej imprezie, ale nikt nic nie wie, nikt nie widział. Słabo. Ale niedługo ma się odbyć kolejny rave przy granicy z Mauretanią. Luis z synem decydują się dołączyć do grupy rave’owców, którzy też mają uczestniczyć na imprezę.

Laxe zaczyna – dosłownie i w przenośni – mocnym uderzeniem, gdzie najpierw widzimy układanie głośniki gdzieś na pustyni. A potem wbija mocna muza Kangdinga Raya, która oscyluje między agresywną elektroniką a tanecznym ambientem. I to w połączeniu z pustynnym krajobrazem tworzy niemal elektryzująco-kontemplacyjną mieszankę wybuchową, która pozostaje z nami aż do samego końca. Fabuła niby jest, ale im dalej w las, coraz bardziej znika w tle. Ważniejszy jest tutaj klimat, coraz bardziej pustynny krajobraz oraz silniej odczuwalna pustka. W tle słyszymy komunikaty o wybuchu jakieś wojny, która zaczyna się nasilać, próbuje gdzieś działać wojsko. Jednak reżyser zaczyna coraz mocniej podkręcać napięcie, poczucie samotności i odizolowania się nasila – od jazdy przełęczą górską aż po finał na pustyni otoczonej minami. Po jednej szokującej scenie, której nie zamierzam zdradzić, robi się bardziej nerwowo, by niemal rozerwać na strzępy.

Jedynie, co mnie wkurzyło to zakończenie, które sprawia wrażenie urwanego. Jakby historia dopiero miała się rozwinąć do kolejnego etapu. Pozostawia masę pytań za sobą, a odpowiedzi gdzieś są. A może tylko mi się tak wydaje. Bo co tu się tak naprawdę wydarzyło? Czy weszliśmy do piekła, kolejnego kręgu jądra ciemności? A może udało się tutaj osiągnąć oczyszczenie?

Gdzie obsesja staje się szaleństwem i jak wiele może pochłonąć po drodze? – to pytanie najbardziej wybrzmiewa podczas seansu „Sirat”. Ale to może tylko moje spojrzenie, które nie wyczerpuje w pełni wszystkich interpretacji filmu Laxe’a. Dajcie się porwać tej dziwaczej podróży, która może zaprowadzić w nieoczywiste rejony.

7/10

Radosław Ostrowski

Chronologia wody

Są takie dzieła, które bardzo trudno opisać i łatwo otrzeć się o banał. Szczególnie dotykającej takiej delikatnej kwestii związanych z traumą (fizyczną, psychiczną), gdzie można wszystko emocjonalnie rozbroić. Niemniej jestem w stanie docenić ryzyko opowiadaniu w zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Takiego zadania podjęła się debiutująca reżyserka Kristen Stewart, przenosząc na ekran wspomnienia Lydii Yuknavitch.

Trudno mówić tu o fabule, bo wszystko opisuje życie Lydii – obiecującej pływaczki, która stała się pisarką oraz nauczycielką – od dzieciństwa aż do założenia rodziny oraz sukcesów literackich. Sama historia, choć ma prostą linię i chronologię (włącznie z podziałem na rozdziały), to jednak jest ona poplątana. Mamy zarówno pływanie w basenie, molestowanie seksualne przez ojca, nie reagującą na nic matkę oraz starszą siostrę, której udaje się uciec z tego piekła. A dalej nie jest wcale lepiej: uzależnienie od alkoholu i narkotyków, odkrywanie swojej seksualności, małżeństwo, narodziny dziecka (niestety, martwego) oraz droga ku autodestrukcji. A wszystko bardziej lub mniej spisywane, wyciągane z odmętów wspomnień.

Stewart jako reżyserka nie idzie na łatwiznę w opowiadaniu tej historii. Całość została nakręcona na 16 mm taśmie, wyglądając niczym nakręcone domową kamerą nagrania. To zdecydowanie immersyjne doświadczenie, próbujące pokazać mocno rozszarpany umysł. Gdzie przeszłość i teraźniejszość dzieją się symultanicznie, do tego stopnia, że nie byłem w stanie rozgryźć, co było prawdą, a co było tylko w jej wyobraźni. To wrażenie jeszcze bardziej potęgowała narracja z offu bohaterki, niejako „piszącej” swoje życie (wiele razy w tych momentach słychać dźwięk pisania ołówkiem na kartce. Gdzie pojedynczy dźwięk czy gest (choćby odrywanej koperty) powraca w najmniej spodziewanym momencie, tworząc nietypowy ciąg skojarzeń. No i jeszcze ta niemal wszechobecna woda – będąca zarówno siłą oczyszczającą, jak rozmywającą wspomnienia. Reżyserka bardzo mocno eksperymentuje z formą, co bardzo mocno szanuję, choć jest to wymagające oraz niełatwe doświadczenie dla widza. Ale ma tak być.

Co pozwoliło mi przebić się emocjonalnie w „Chronologię wody” to absolutnie rewelacyjna Imogen Poots w roli Lydii. Aktorka przechodzi przez emocjonalny rollercoaster: od bólu przez obojętność spowodowaną używkami aż po pasję tworzenia i wściekłość. Wszystko bez podlizywania się widowni, robienia z siebie ofiary, odkrywając najmroczniejsze otchłanie swojej duszy. Jej twarz po urodzeniu dziecka czy kiedy zaczyna rzucać bluzgami w swojego pierwszego męża czy scena u fotograf zapadają mocno w pamięć. Bez niej ten film by się posypał. Do tego drugi plan też tutaj błyszczy: świetna jest Thora Birch w roli starszej siostry, równie naznaczonej przez traumę, mocno zapada w pamięć Michael Epp jako ojciec (pokazywany głównie w zbliżeniach na twarz) czy Earl Cave w roli pierwszego męża, Phillipa. Jednak największą niespodzianką był James Belushi w roli pisarza Kena Keseya, który staje się mentorem dla Lydii i dostrzega jej potencjał jako pisarki. Choć pojawia się na chwilę, to kradnie ekran – choć w scenie, gdy mówi o 10 przykazaniach i jak by je zmienił. Bardzo elektryzująca postać, mimo krótkiego czasu ekranowego.

Czy „Chronologia wody” będzie jednorazowy strzałem Stewart jako reżyserki, czy będzie nowym rozdziałem w jej karierze – czas pokaże. Już tutaj widać jak odważnie i świadomie operuje filmową materią, nie idąc na łatwiznę w tworzeniu kolejnej, sztampowej biografii. Nawet jeśli ma nierówne tempo i dezorientuje, nie pozwala o sobie zapomnieć oraz rozmyć się w gronie innych dzieł.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Super Mario Galaxy Film

Najsłynniejszy wąsaty hydraulik w historii gier, czyli Mario powraca. Ale nie w kolejnej grze, lecz filmie, co nie powinno dziwić. W końcu pierwszy animowany „Super Mario Bros.” zarobił prawie półtora miliarda dolarów. A jak sobie z ciągiem dalszym poradził sobie francuski oddział studia Illumination we współpracy z Nintendo?

Wracają bracia Mario i Luigi, który wykonują profesję naprawiaczy rur po całym Grzybowym Królestwie pod wodzą księżniczki Peach. Bowser nadal jest niegroźnym kurduplem z obsesją na punkcie zdobycia serca władczyni, a wszystko wydaje się toczyć spokojnym rytmem. Ale wszystko zmienia… syn Bowsera, który porywa władczynie gwiazd, niejaką Rosalinę. Choć ta nie poddała się bez walki. Ale Peach postanawia sama odbić władczynię, bo jest taka zajebista, silna i zaradna. Do tego jeszcze młody żółwik chce znaleźć tatusia, co doprowadza do wymuszonej kolaboracji między Mario, Luigi a Bowserem seniorem.

Czyli na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się na miejscu, tylko skala większa, gdyż wyruszamy w kosmos. Nie brakuje tu wręcz olśniewających wizualnie miejsc (kasyno należące do Ropucha, gdzie wszystko może być podłogą, siedziba księżniczki Rosaliny czy kosmiczna planeta Bowsera), akcja jest efekciarska, okraszona momentami slow-motion oraz tak wali kolorami, że może to doprowadzić do oczopląsu. Niemniej jest tu jednak jeden ogromny problem, a nawet więcej. Po pierwsze, fabuła niby jest, ale sprawia wrażenie pretekstowej sklejki, gdzie rzeczy mają się dziać. Po drugie, wszystkie, ale to WSZYSTKIE konflikty rozwiązuje się za pomocą argumentów siłowych oraz ciągłego napierdalania wszystkim we wszystko. Czemu nagle trafiliśmy do jakiegoś Mortal Kombat czy innej ekranowej bijatyki? To NIE TA GRA. Po trzecie, sam Marian i jego brachol są tak naprawdę postaciami drugoplanowymi w filmie o nich samych. Bo całość dominuje Peach, do której posiadacz najsłynniejszych wąsów robotnika od czasów Lecha Wałęsy wzdycha i – dość nieudolnie – chciałby zrobić coś więcej. A tak ciągle walczy, ryzykuje, niejako nie dając sobie pomóc, będąc niejako w zasadzie postacią pierwszoplanową.

Jakby tego wszystkiego było mało, żadna (no, prawie) nie wydaje się być zbyt pogłębiona, nie przechodzi żadnej drogi ani przemiany. Brakuje tu jakiego emocjonalnego ładunku, a w zamian dostajemy growy fan service (dinozaur Yoshi, co jest uroczy i lubi wszystko połykać, by wypluć jako jajko, pilot Fox McCloud), niemal bezczelną zżynkę gagu ze… „Zwierzogrodu” (Flash), ładnie wplecione kompozycje z gry czy dźwięki, a nawet scenkę przełamywania zabezpieczeń i pułapek pokazaną… jako plansza z gry (ok, to jest nawet kreatywne). Jedynym mocnym plusem jest postać Bowsera i jego syna – ta dynamika, gdzie z jednej strony tatuś chce odnowić więź ze swoją latoroślą, z drugiej próbuje pokazać się swoim dawnym wrogom z tej lepszej strony. I tutaj czuć pewien pomysł na te postacie, a głosy Jacka Blacka oraz Benny’ego Safdie wypadają najlepiej z całej obsady.

Nie spodziewałem, że „Super Marian z Galaktyki” będzie aż tak ogromnym rozczarowaniem oraz regresem w stosunku do poprzednika. Studio Illumination świetnie wywiązało się w kwestii jakości animacji i strony technicznej, jednak scenariusz oraz reżyseria wszystko torpedują. Miałkie, płytkie, efekciarskie oraz pozbawione sensu – filmowy odpowiednik brainrota. Może i jest to film dla młodszego widza, ale nie może to być usprawiedliwieniem czy wymówką dla serwowania bylejakiej produkcji, bo dzieciom się spodoba i tak. Najgorsza forma cynicznej kalkulacji jakiej nie widziałem od dawna.

4/10

Radosław Ostrowski