Złote dziecko

Tytułowe Złote dziecko to pochodzący z Tybetu chłopiec, mający ocalić świat. Jednak zostaje on porwany przez tajemniczego Sardo Numpsy’ego, by został zgładzony. Problem w tym, że chłopiec nie jest w stanie ulec siłom zła, nawet jeśli jest przez nich otoczony. Uratować go może tylko Wybraniec. Ma nim być amerykański działacz społeczny, Chandler Jarrell, specjalizujący się w poszukiwaniu zaginionych dzieci. Problem w tym, że nie wierzy w całą tą historię oraz nadprzyrodzone moce.

Michael Ritchie jako reżyser specjalizował się w komediach oraz okraszonym humorem kinie sportowym. „Złote dziecko” ma być w założeniu hybrydą komedii, kryminału z elementami fantasy, czyli troszkę inny rewir. Sama historia wydaje się być prosta i balansująca między komedią a dramatem. Na papierze wydaje się wszystko działać, a sam początek (świetnie zrobiona scena porwania) obiecuje wielką przygodę. Niestety, coś poszło nie tak. intryga jest w zasadzie pozbawiona pazura, a przejście między scenami sprawia wrażenie gwałtownego. Zupełnie jakby parę scen zostało wyciętych, by zmieścić się w czasie. Tak samo rozmach ucinany przez zdjęcia, a dokładniej format obrazu jakby to był film telewizyjny (bardzo wąski 4:3). Antagonista nie ma zbyt wiele czasu na ekranie i brzmi jak wielu innych tego typu postaci (zmarnowany talent Charlesa Dance’a), sceny akcji są szybko ucinane, co pozbawia ich czytelności. Same elementy fantastyczne w zderzeniu z komedią wywołują silny zgrzyt, jakby jednego było za mało, drugiego za dużo i w dodatku nietrafionego.

Nie oznacza to jednak, że „Złote dziecko” to pełny niewypał. Ma kilka autentycznie zabawnych momentów (próba przemycenia sztyletu na lotnisku czy sen bohatera, gdzie mierzy się z antagonistą w formie telewizyjnego show), efekty specjalne nadal trzymają wysoki poziom, zaś scena zdobycia sztyletu potrafi trzymać w napięciu. Jednak kompletnie o „Złotym dziecku” bym zapomniał, gdyby nie świetny Eddie Murphy. W roli bardzo zdystansowanego do sprawy Jarrella autentycznie bawi, podnosząc całość na odrobinę wyższym poziomie. Kiedy on się pojawia na ekranie, robi się ciekawie oraz ogląda się to z przyjemnością. Jak go nie ma, film się robi nudny i pozbawiony duszy.

Strasznie zmieszany się czuje. „Złote dziecko” to pierwsza artystyczna wtopa w dorobku Eddie’ego Murphy’ego (w jednym z wywiadów nazwał film „kupą gówna”), lecz sama opowieść nie porywa. Brakuje tutaj lepszego, bardziej rozwiniętego scenariusza oraz wyrazistszych aktorów na dalszym planie. Z tego złota nie dało się stworzyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Des

Brytyjczycy coś ostatnio rzucają sporo mini-seriali kryminalnych, rekonstruujących dochodzenia w sprawie makabrycznych lub szokujących zbrodni. Po „Wyznaniu” i „Zbrodni w White House Farm” pojawiła się „Des”, czyli sprawa Dennisa Nilsena. Był zwykłym, szarym urzędnikiem, który przyznał się do zamordowania 15 osób. Ciała trzyma w domu, następnie kroił je i podpalił w ogródku (w dawnym mieszkaniu) albo wrzucał do ścieków. Wpadł dlatego, że w rurze kanalizacyjnej znaleziono szczątki.

„Des” pokazuje cała sprawę z trzech perspektyw – prowadzącego sprawę inspektora Jaya, oskarżonego Nilsena oraz… pisarza Briana Masters, mającego napisać biografię Nilsena. Tego ostatniego raczej się nie spodziewaliście, prawda? „Des” skupia się na prowadzonym dochodzeniu, gdzie antagonista od razu przyznaje się do winy. I to policja, początkowo ze współpracy z mordercą, poszukuje dowodów. Jednak im dalej w sprawie, tym trudniej znaleźć jednoznaczne tropy do udowodnienia winy. Do tego jest silna presja z góry, by szybko zakończyć sprawę, a czasu jest mało. No i jest rok 1983, więc nie ma dostępu do dzisiejszych technologicznych cacek. I to pomaga w zbudowaniu napięcia oraz czekania na rozstrzygnięcie w sądzie. Schemat znany, ale nadal skuteczny i wciągający jak cholera. Zwłaszcza ostatni odcinek, będący niemal w całości przebiegiem procesu sądowego, gdzie Nilsen nie przyznał się do zarzucanych czynów.

„Des” jak wiele prawdziwych historii jest przerażający, bo przedstawia historię oraz ludzi naprawdę istniejących. Nie ma tutaj szokujących scen zbrodni czy makabrycznych obrazów przemocy, ale też ich nie potrzebuje. Wystarczą odnalezione kości, same zeznania oraz relacje nielicznych świadków, by wejść w umysł psychopaty. Umysł, którego funkcjonowanie pozostanie największą tajemnicą, budząc fascynację i przerażenie jednocześnie. Bo skąd się wziął taki pozbawiony jakichkolwiek emocji psychopata (wybitny David Tennant, który podnosi całość na wyższy poziom)? Facet sprawia wrażenie sympatycznego i bardzo otwartego, ale to tylko pozory, bo ta twarz nie wyraża absolutnie nic. Nie byłem w stanie go rozgryźć i zrozumieć motywów jego działania, a o jego przeszłości dowiadujemy się podczas rozmów z Mastersem. Tylko, czy możemy mu wierzyć na słowo?

Reszta postaci może wydawać się mniej interesująca oraz znajoma: zdeterminowany i uparty inspektor Jay (zaskakująco poważny Daniel Mays), lojalny przyjaciel Steve McKusker (świetny Barry Ward) czy zafascynowany sprawcą Masters (mocny Jason Watkins). Są one jednak bardzo przekonująco zagrane, stanowiąc bardzo silny drugi plan. Tutaj nawet drobne postacie jak niedoszła ofiara Desa, która przeszła przez to traumę (poruszający Laurie Kynaston) czy żona zaginionego męża (Chanel Cresswell) także wypadają co najmniej solidnie, w czym pomagają także świetne dialogi.

„Des” jest kolejnym przykładem wciągającego miniserialu kryminalnego z mrocznych Wysp Brytyjskich. Może i opartego na znajomych schematach oraz pełnego nie do końca rozwiniętych wątków, jednak fenomenalny David Tennant wznosi całość na wyższy poziom. Dla tej magnetyzującej kreacji warto zobaczyć ten tytuł.

8/10

Radosław Ostrowski

Mortal Kombat

Ile ja razy jako dzieciak grałem w dwie pierwsze gry z serii na Amidze? Nie jestem w stanie policzyć ani wymienić. To była bijatyka, z jaką wcześniej nie miałem do czynienia – pokręcone scenografie, ludzie i potwory walczące ze sobą oraz lejąca się z pobity przeciwników posoka. Jak tego nie lubić? Zwłaszcza „dwójka”. Tym bardziej było zaskakujące, że postanowiono z takiej prostej gry zrobić film. A jednak i pamiętam, że obejrzałem na VHS-ie. No i zwariowałem, wracając do tego dzieła jeszcze parokrotnie. Teraz postanowiłem wrócić i jak?

Sama fabuła trzyma się gry, czyli jest mocno inspirowana „Wejściem smoka”. Tytułowy Mortal Kombat to turniej sztuk walki, gdzie stają do walki wojownicy z różnych światów. Walka jest organizowana przez Imperatora Shao Khana, a nadzoruje ją jego prawa ręka – czarnoksiężnik Shang Tsung. Jeśli jego reprezentanci pokonają wojowników danej krainy w 10 turniejach, miejsce to zostaje przejęte przez Imperatora. Właśnie to może spotkać Ziemię, chyba że jej wojownicy staną na wysokości zadania. A są to: pragnący zemsty za śmierć brata Liu Kang, gwiazdor kina akcji Johnny Cage oraz policjantka Sonya Blade.

Reżyser Paul W.S. Anderson dzisiaj znany jest raczej jako partacz i rzeźnik niszczący serię „Resident Evil”. Ale w 1995 roku był w zupełnie innym miejscu, mając tylko jeden film w dorobku. To także czas początku adaptacji gier komputerowych, zapoczątkowany bardzo krytycznie przyjętym „Super Mario Bros.”. Fabuła jest prosto zarysowana i – co mnie zaskoczyło najbardziej – wiernie trzyma się swojego materiału źródłowego. Czyli mamy walki jeden na jeden w miejscami dziwacznych plenerach. Wyglądających imponująco plenerach. Wszystko w rytmie techno oraz EDM, zwanej też standardowym zestawem dyskotekowym lat 90., mieszając powagę z lekko kiczowatą warstwą wizualną. Fabuła to pretekst do pokazania nadal dobrze zrealizowanych scen walki (udało się także zachować charakterystyczne ciosy), z niezbyt dobrze starzejącymi się efektami komputerowymi. Zaskakująco jest dużo humoru, dającego jeszcze więcej frajdy.

Jasne, jest to schematyczne, dialogi w większości to ekspozycja, zaś aktorstwo jest troszkę na poziomie kina klasy B (z obsady najbardziej znany był Christopher Lambert grający Lorda Raydena, a zabłysnęła gwiazda Cary-Hiroyukiego Tagawy, czyli Shang Tsunga).

Ale co z tego? „Mortal Kombat” nie wstydzi się i nie udaje, że jest czymś więcej niż nieskomplikowaną naparzanką przeplataną scenami dialogowymi. Wygląda nadal dobrze, walki prezentują się okazale, a muzyka nie wyjdzie wam z głowy. Lata mijają, a lepszej adaptacji gry komputerowej nie ma. Ciekawe dlaczego?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Historia wulgaryzmów

Netflix czasami wpada na jakieś szalone pomysły, o które nikt by ich nie podejrzewał. Tak jest programem rozrywkowo-naukowym, gdzie eksperci oraz celebryci świata stand-upu rozgryzają słowa powszechnie uznane za wulgarne. A całość prowadzi najbardziej szanowany i poważny aktor, Nicolas Cage. Tak, TEN Nicolas Cage, a wszystko ma sześć odcinków po 20 minut.

Każdy odcinek poświęcony jest innemu przekleństwu: od tych najbardziej soczystych (fuck, shit) przez opisujące ludzkie organy (dick, pussy) aż po najbardziej neutralne „damn”. Wszystko skupia się na kilku elementach, głównie językowych. Skąd się wziął dany wulgaryzm, w którym momencie stał się wulgarny, jak ewoluowało jego znaczenie oraz wpływ na życie społeczne, polityczne, kulturowe. Niby jak w klasycznym dokumencie z gadającymi głowami, ale nie do końca poważnie. Stąd obecność stand-uperów z obydwu stron Atlantyku, a także dość pokręcone, animowane wstawki przypominające troszkę w formie Monty Pythona. No i masą ciekawych anegdotek w rodzaju który z aktorów najwięcej razy użył słowa na f, kiedy pojawiły się naklejki z ostrzeżeniem o treści dla dorosłych czy jak pierwotnie miało brzmieć ostatnie zdanie „Przeminęło z wiatrem”. Nie brakuje zaskoczeń, zdziwienia, a jednocześnie przykładów, że wulgaryzmy mają pewne zalety: pozwalają wylać z siebie frustracje czy sprawiają, że dłużej znosimy ból. To jednak tylko wycinek wiedzy zawartej w krótkiej, ale treściwej formie. I przypomina, że używanie wulgaryzmów nie zmienia ludzi w prymitywnych prostaków czy troglodytów.

No i nie mogę nie wspomnieć o Nicholasie Cage’u, który w roli wodzireja sprawdza się po prostu zajekurwabiście. Facet jest nadal pełen energii jak w pierwszym odcinku cytujący dialogi zawierające fucki, wariacje ostatniego zdania „Przeminęło z wiatrem” czy… malując obraz. Aktor bawi się na planie i ta frajda przenosi się także na oglądającego, co w przypadku Cage’a nie zawsze się sprawdzało. Jego obecność sprawia, że „Historia wulgaryzmów” jest nauczaniem w bardziej rozrywkowy sposób. Obejrzeć, kurwa, koniecznie.

8/10

Radosław Ostrowski

Nastoletnie łowczynie nagród

Sterling i Blair są siostrami bliźniaczkami, które mieszkają gdzieś na południu USA. Obie chodzą do prywatnej szkoły katolickiej, choć różnią się charakterem jak noc i dzień. Sterling to blondwłosa, oddana szkole, wierząca dziewczyna umawiająca się z chłopakiem Luke’m. A na randkach nie kończy się tylko na rozmowie. Z kolei Blair jest ciemnowłosym wulkanem energii, poddającym w wątpliwość wszystko dookoła. Dziewczyny wracając ze schadzki zderzają się z innym autem, ściganym przez łowcę nagród. Mężczyzna o nazwisku Bowser proponuje im połowę kasy, ale siostry chcąc zarobić na naprawę auta, decydują się zatrudnić u mężczyzny, szkoląc się fachu.

Netflix, sensacja plus nastoletnie klimaty w słodko-gorzkim sosie? To brzmi jak sen wariata albo kompletny niewypał. Jednak odpowiedzialna za ten serial Kathleen Jordan robi coś, co rzadko się sprawdza: sprawnie lawiruje między różnymi niepasującymi do siebie elementami, by wszystko tworzyło bardzo spójną całość. Bo jak połączyć życie nastolatek ze ściganiem bandziorów? Bo to są przecież dwa różne światy. Dlatego jest to okraszone humorem i lekko satyrycznym spojrzenie na konserwatywne społeczeństwo, zafascynowane bronią oraz ślepo wierzące w Biblię. To drugie przynajmniej tylko w teorii, bo praktyka idzie innymi drogami. I odkrywanie tych sprzeczności zmusza nasze siostrzyczki na zmianę perspektywy.

Równie ciekawe są same sprawy zbiegów. Z jednej strony są bardzo przyziemne, tu nie ma zakapiorów spod ciemnej gwiazdy czy ściganych przez FBI baronów narkotykowych lub innych poważnych zbirów. Z drugiej zdarza się wiele niekonwencjonalnych pomysłów (ukrywający się w domu spokojnej starości fałszerz, ciągle wymykająca się striptizerka czy kobieta ścinająca głowy pomnikom bohaterów Konfederacji). Ale jednocześnie jest tutaj pewna rodzinna tajemnica, którą Blair odkrywa przypadkiem. Nie brakuje napięcia, humoru, a ostatnie odcinki to wręcz petardy. A wszystko kończy się mocnym cliffhangerem, ale – niestety – serial został skasowany, więc nie poznamy ciągu dalszego.

Jednocześnie interakcja między dziewczynami a łowcą nagród Bownserem jest dla mnie najsilniejszym punktem całości. Początkowo mężczyzna (świetny Kadeem Hardison) jest wobec nich szorstki jak na szefa przystało, jednak z czasem ewoluuje. Bowser – zgorzkniały, surowy facet z przeszłością – staje się troszkę kimś w rodzaju przyjaciela oraz powiernika, któremu dziewczyny nawet próbują pomóc w sprawach niezawodowych. Równie świetny – choć prostym – patentem są sceny, kiedy siostry „przekazują” sobie myśli. Nawet kiedy nie są blisko siebie, co może pasować do teorii, że bliźniacy wiedzą i czują, co się dzieje z drugim. Pokazane jest to za pomocą „rybiego oka”, gdzie dokładnie widać twarze bohaterek.

Jeszcze bardziej sprzedaje to chemia między dziewczynami (fantastyczne Anjelica Bette Felini oraz Maddie Phillips), bez której ten serial byłby przerysowany, groteskowy i niewiarygodny. Obie są bardzo przekonującymi postaciami ze swoimi problemami, dylematami oraz wyrazistymi charakterami. To postacie z krwi i kości, bez popadania w jakąkolwiek granicę przesady. Ich przekomarzania, dyskusje, a nawet jedna siarczysta awantura daje im wiele wiarygodności. Także pozostałe drugoplanowe role są co najmniej solidne i trudno wskazać mi słabe ogniwo.

„Nastoletnie łowczynie nagród” brzmią jak coś wzięte z jakieś wariackiego komiksu. To bardzo solidna rozrywka, sprawnie balansująca między nastoletnimi dylematami, sensacją a komedią. Potrafi czasem poruszyć, nie przynudza, nawet posiada odrobinę napięcia. Mała, ale sympatyczna niespodzianka od Netflixa.

7/10

Radosław Ostrowski

Criminal: Wielka Brytania – seria 1

Rok temu Netflix wpadł na koncepcję zrobienia serialu kryminalnego, skupionego niemal w całości w jednym miejscu – pokoju przesłuchań.  Akcja toczyła się w czterech krajach, gdzie każda ekipa zajmowała się innymi sprawami. Niemcy, Francja, Hiszpania i Wielka Brytania – to tam toczy się akcja serialu „Criminal”. W każdym z tych krajów otrzymujemy trzy sprawy, gdzie niemal od razu jesteśmy rzuceni w środek sprawy.

Samo dzieło Jima Fielda Smitha (reżyser) i George’a Kaya (scenarzysta) skupia się na grupie brytyjskich policjantów pod wodzą komisarz Natalie Hobbs. Ale nie poznajemy ich za dobrze, poza paroma zdawkowymi zdaniami. Najważniejsze są tutaj śledztwa, które są prawdopodobne, a wszystko sprzedają podejrzani. Pierwsza sprawa to ostatnia godzina przesłuchania szanowanego lekarza, który miał się dopuścić zabójstwa 14-letniej pasierbicy, wcześniej przez niego molestowanej seksualnie. Mężczyzna cały czas odmawia udzielenia jakichkolwiek informacji. Druga dotyczy kobiety, mającej dopuścić się zatrucia męża swojej siostry. Trzecia, dotyczy kierowcy porzuconej ciężarówki, gdzie mieli być przetrzymywani nielegalni imigranci. Mężczyzna dopiero co został aresztowany, a czasu dla ocalonych jest niewiele.

Jeśli komuś „Criminal” kojarzy się z Teatrem Telewizji, jest to poniekąd dobre skojarzenie. Akcja niemal w całość odbywa się w pokoju przesłuchań (po obu stronach szyby), sporadycznie trafiając na korytarzu. Jak w takich warunkach zbudować napięcie albo zaangażować? Scenariusze budowane są na kolejno odkrywanych tropach i tajemnicach, ale przede wszystkim na reakcjach oraz zeznaniach podejrzanych. Przy okazji widzimy różne techniki przesłuchań: od wyczekiwania przez naciskanie aż po atak i konfrontację. Tutaj liczy się bardzo dobre przygotowanie, opieranie się na analizowanych dowodach oraz intuicji. Każda z tych opowieści potrafi poruszyć i trzyma w napięciu, także dzięki uważnej pracy kamery (głównie zbliżeniach na twarze), a także spokojnemu montażowi.

Choć aktorstwo w takiej produkcji nie wydaje się najważniejszym elementem, nie zaniedbano tej sprawy. Najbardziej tutaj błyszczą podejrzeni i tutaj mamy absolutnie fantastycznego Davida Tennanta (Ethan), bardzo mocną Hayley Atwell (Stacey) oraz – najmniej znanego z tego grona – Youssefa Kerkoura (Jay), tworzącego bardzo poruszającą kreację mocno oszołomionego i zagubionego człowieka. Ekipa śledcza prezentuje się solidnie, ale jeśli miałbym kogoś wyróżnić z tego grona, byłby to rewelacyjny Mark Stanley jako bardzo dokładnie badający sprawy detektyw Hugo Daffy z pewną nieprzyjemną tajemnicą (to zostaje ujawnione w ostatnim odcinku) oraz Lee Ingleby jako – będący niejako analitycznym umysłem – detektyw Myerscough.

Bardzo solidne dzieło kryminalne, skupione przede wszystkim na podejrzanych oraz ich czasem nieprzyjemnych zdarzeniach. W sam raz na binge-watching w chłodną, wieczorną noc. Ze wszystkich serii „Criminal” tylko brytyjska dostała kontynuację. Więc to chyba o czymś świadczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Sala strachu

To miał być zwykły koncert, gdzie ludzie się bawili, troszkę się popiło i miało być fajnie. Grała kapela punkowa niejako na zastępstwo. Widownię stanowili skinheadzi, czyli panowie w glanach, twardzi i nie idący na jakiekolwiek negocjacje czy kompromisy. Dochodzi do pewnego poważnego incydentu – gitarzystka kapeli zostawiła telefon w pokoju. Basista Pat idzie po niego i… widzi trupa na podłodze z nożem w głowie. Robi się nerwowo, a kapela zostaje umieszczona w pokoju oraz zamknięta. Nie są jednak sami, bo towarzyszy im Amber – świadek morderstwa. Raczej nie ma szans na spokojnie rozwiązanie sytuacji.

Ile razy już oglądaliśmy brutalne i krwawe filmy, jednak przemoc zaczęła spływać na nas jak kaczce. Znieczuliliśmy się na nią, rzadko robi na nas wrażenie. Sytuację postanowił zmienić reżyser Jeremy Saulnier, który w 2015 roku zrealizował skromny, niezależny thriller. „Green Room” brzmi jak coś prostego, nieskomplikowanego, co nie powinno porwać czy poruszyć. A jednak. Konfrontacja młodych ludzi, którzy nie mieli (raczej) do czynienia z bronią i neonazistów prowadzona jest bardzo powoli, głównie za pomocą dialogów. Podskórnie jednak czuć tutaj wiszące napięcie, potęgowane przez to, że widzimy całą sytuację z dwojga perspektyw. A co gorsze, nasi młodzi bohaterowie nie wiedzą, co szykuje na nich druga strona. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne tajemnice skinheadów kierowanych przez Darby’ego (zaskakujący i opanowany Patrick Stewart), planującego kolejny ruch oraz szykującego następne pułapki.

I w drugiej połowie zaczyna się zabawa reżysera w niemal slasherową rzeźnię, ale troszkę inaczej. Przemoc jest tutaj może nie imponująca pod względem wizualnym czy rozmachu, lecz jest gwałtowna jak podczas przekazywania broni przez drzwi lub finale pozbawionym heroizmu, muzyki ani poczucia zwycięstwa i satysfakcji. Tu przemoc jest brzydka, odpychająca, chcesz od niej odwrócić wzrok. Wszystko w stonowanej, lekko zielonkawej kolorystyce oraz bardzo ograniczonej przestrzeni.

Do tego całość jest świetnie zagrana. Poza wspomnianym Stewartem najbardziej wybija się Anton Yelchin (basista Patrick), stający się niejako liderem grupy oraz Imogen Poots (wplątana w sytuację Amber). Z tego duetu to Amber wydaje się najbardziej ogarnięta w tej sytuacji, zaś chemia między tą dwójką jest bardzo naturalna.

To kolejny przypadek niepozornego, skromnego filmu, który daje intensywnego kopa, pełnego adrenaliny oraz suspensu. Panie Saulnier, jak pan mi zaimponował.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Giń, 2020!

Jaki był rok 2020, chyba pamiętamy. Ale Netflix pod koniec tego roku postanowił przypomnieć nam zdarzenia z tego roku. I to w formie dokumentu, takiego lipnego. Gdzie mamy wybrane ważne wydarzenia w pigułce, pokazane z perspektywy grupy ludzi: historyka, dziennikarza, naukowca, millenialsa, psycholożki, szefa korporacji oraz szarych ludzi. Wszystko to jest także polane komentarzem napisanym przez Charliego Brookera.

Taki jest plan i zamysł, a jaki jest efekt? Sam film „Giń, 2020!” jest zaskakująco krótki, bo trwa nieco ponad godzinę. Większość czasu widzimy wydarzenia z perspektywy Ameryki i to z wiadomego powodu – wyborów prezydenckich między Trumpem (drugim w USA prezydentem o innym kolorze skóry niż białym) a Bidenem (weteranem wojny secesyjnej i najstarszym kandydatem na prezydenta). Ale na krótko pobędziemy w Australii podczas pożarów, w chińskim Wuhan oraz w Wielkiej Brytanii. Bo Brexit, a pandemia bardzo mocno też się przewija. Wszystko tutaj pełne ciętych, ironicznych komentarzy oraz złośliwości. Humor jednak nie przesłania kilku mocnych wydarzeń (zabójstwo George’a Floyda), potraktowanych delikatnie i z powagą. Przy okazji twórcy pokazują mentalność ludzi, choć jest to mocno przerysowane. Najbardziej to widać w przypadku królowej Elżbiety II (opowieść o jej ulubionym serialu czy scena malowania portretu na banknot) oraz dwójki kobieta. Pierwsza jest samotną idiotką, druga zaś zbyt dużo czasu spędza on-line, wchłaniając wszelkie możliwe bzdury.

Najwięcej czasu jednak spędzamy z historykiem Tennysonem Fossem oraz dziennikarzem Dashem Brackettem. Pierwszego gra lekko ucharakteryzowany, ale cudowny Hugh Grant, drugiego rzutki i pełen błyskotliwych porównań Samuel L. Jackson. Obaj panowie są najmocniejszym punktem tego filmu, mieszając inteligencję z humorem. Cichym bohaterem jest komentujący całość Laurence Fishburne, którego głosu na początku nie rozpoznałem i daje największego ognia. Ale reszta obsady też błyszczy, nawet pojawiając się bardzo rzadko jak Tracey Ullman (Elżbieta II) czy Lisa Kudrow jako doradca Trumpa, zaprzeczająca wszystkiego i wszystkim.

Takiego podsumowania roku z przymrużeniem oka potrzebowaliśmy, choć chyba nie byliśmy tego świadomi. „Giń, 2020!” jest ironicznie smakowity, z wyrazistymi postaciami oraz pewną nadzieją na końcu. Szkoda tylko, że jest to troszkę amerykanocentryczne spojrzenie na świat.

7/10

Radosław Ostrowski

Bumblebee

Transformersy – wielkie mechy zmieniające się w pojazdy, pochodzące z planety Cybertron. Podzielone na dwie zwalczające się strony: Autoboty i Decepticony, doprowadzając do wyniszczającej wojny. O tym maszynach stworzonych przez Hasbro powstała seria filmów od Michaela Baya (2007-2016), jednak z każdą częścią były te filmy coraz gorsze. Dlatego produkująca je wytwórnia Paramount w 2018 roku zdecydowała się na prequel. Zapowiedzią zmian miał być „Bumblebee” z 2018 roku.

Sama historia Travisa Knighta jest bardzo prosta i skupia się na żółtym Autobocie. Maszyna na polecenie lidera, Optimusa Prime’a, ma wyruszyć na Ziemię w celu stworzenia nowej bazy. Ścigany przez wroga, trafia na naszą planetę, gdzie wskutek obrażeń traci mowę oraz pamięć. Jako Volksvagen Garbus trafia do nastoletniej Charlie – chłopczycy, który lubi grzebać w autach i jest naznaczona przez jedno tragiczne wydarzenie z przeszłości. Miedzy tą dwójką zaczyna tworzyć się nic przyjaźni, jednak Deceptikony próbują upolować naszego bohatera.

Reżyser filmu – do tej pory tworzący animacje, realizowanych techniką poklatkową – tutaj podejmuje się zadania zrobienia solidnego blockbustera. Ma podobny budżet, co animacje, lecz więcej efektów specjalnych (świetnie zrobionych). Opowieść ma w sobie wiele z kumpelskiego kina, z przyjaźnią dwójki outsiderów na pierwszym planie. Wszystko osadzone w realiach lat 80., co jest widoczne w scenografii, dekoracjach czy wplecionych piosenkach. Tryb nostalgiczny zostaje włączony, ale nie jest to tylko próba podpięcia się do panującego trendu retro. Może i jest to strasznie przewidywalne, jednak realizacja oraz dobrze rozpisane postacie dają masę frajdy. Nie brakuje tutaj humoru (Bee w nieobecności Charlie demoluje dom), płynnie zrealizowanych scen akcji (starcia robotów przypominający sceny bijatyk) oraz napięcia. Drobną niespodzianką była budowania relacja Charlie z sąsiadem i kolega z pracy Memo, gdzie on jest niepewnym siebie nerdem, ale w żadnym wypadku nie staje się bohaterem, a nasz bohaterką „damą w opałach”. Detal, lecz odświeżający.

I bardzo porządnie zagrany. Absolutnie błyszczy Hailee Steinfeld jako wycofana Charlie, ciągle żyjąca przeszłością, gdy reszta rodziny (i ojczym) niejako ruszyli do przodu. Bardzo przekonująco pokazuje swoją niezależną bohaterkę, idącą swoimi drogami. Jej chemia z robotem, jak i partnerującym jej Jorge Lendeborgiem Jr. (Memo) jest świetna, co czyni ten film wiarygodnym. Troszkę niewykorzystany jest tutaj John Cena jako wojskowy agent, który w zasadzie nie ma wiele do roboty. Poza groźnym wyglądem oraz byciem stereotypowym żołdakiem, niszczącym wszystko, co obce. Za to świetnie sobie radzą antagoniści z głosami Angeli Bassett i Justina Theroux, sprawnie manipulujący ludźmi.

Jako zapowiedź nowej marki oraz odświeżenie serii Transformers, film Knighta sprawdza się naprawdę dobrze. Obiecuje fajną przygodę i akcję, dotrzymując tej obietnicy, co nie jest częste w przypadku hollywoodzkich blockbusterów. Bardzo porządna rozrywka na dwie godziny i obyśmy dostali kontynuację.

7/10

Radosław Ostrowski

Polowanie

Wszystko zaczyna się bardzo tajemniczo, jakby ktoś postanowił ożywić „Igrzyska śmierci”. Grupa ludzi budzi się w jakimś lesie, z zakneblowanymi ustami. W środku lasu znajdują klucze oraz skrzynię pełną broni. Po się sięgnięciu zaczyna się strzelanina – nikt nie wie kto, kogo i dlaczego oraz czemu akurat ci ludzie. Czy to jest jakiś żart, akcja, a może to ma drugie dno?

Reżyser Craig Zobel razem ze współscenarzystą Damonem Lindelofem tym filmem mocno wkurzyli Amerykanów. Polityczna poprawność nie istnieje, a celem satyry są obie strony: „wsiowe” Południe oraz bardziej „oświecona” Północ. Elita kontra biedota, fani teorii spiskowych kontra wywyższająca się inteligencja. I muszę przyznać, że to satyryczne ostrze potrafi uderzyć. A że całość przypomina kino eksploatacji klasy B, pełne flaków, przemocy i zakrętów? To już jest inna sprawa. Początek jest tak ostry i szybki, że nawet nie byłem w stanie stwierdzić kto tak naprawdę jest głównym bohaterem. Bo potencjalni kandydaci zaczynają padać jak muchy i nie do końca wiadomo, kto jest z kim, jaki jest jego cel, a poglądy polityczne mogą pomóc lub zaszkodzić. A im dalej w las, tym makabryczniej, brutalniej (scena z uchodźcami czy akcja w sklepie) oraz bardziej szalone/chore rzeczy się dzieją.

Od razu uprzedzam, że nie wszystkim się spodoba. Bo jest brutalnie, niepoprawnie polityczne oraz z dużą dawką czarnego humoru. Same sceny akcji wyglądają imponująco, a finałowa konfrontacja nie jest gorsza od pierwszego lepszego filmu sensacyjnego. Humor z makabrą idą ręka w rękę, podkręcone bardzo porządnymi zdjęciami oraz intensywną, suspensową muzykę. A w tym całym szaleństwie błyszczy absolutnie cudowna Betty Gelpie jako próbująca przetrwać Crystal (jej mimika twarzy to czyste złoto).

Takiego miksu krwawej jatki, czarnego humoru i politycznej satyry nie widziałem od dawna. Mocne, bezkompromisowe kino, polane sosem B-klasowego śmiecia, wyglądającego bardzo porządnie. Łatwo tu można kogoś urazić, zwłaszcza jak się zna nastroje w USA.

7/10

Radosław Ostrowski