Dzień objawienia

Steven Spielberg przez lata i dekady stał się jednym z najbardziej popularnych amerykańskich reżyserów kina rozrywkowego. Ale takimi filmami jak „Lista Schindlera” czy „Szeregowiec Ryan” pokazał bardziej dojrzałe i poważne oblicze. Swoim najnowszym filmem wraca do tematyki obcych i pierwszego kontaktu, który eksplorował w „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia” i „E.T.”, ale tym razem idzie bardziej w kierunku thrillera.

Historia „Dnia objawienia” skupia się na dwójce bohaterów, których losy się przetną. Pierwszym jest Daniel Kellner (Josh O’Conner) – pracownik firmy Wardex zajmujący się cyberbezpieczeństwem. Naukowiec wykradł z firmy tajemniczy przedmiot oraz bardzo tajne materiały, planując je publicznie ujawnić. Za całą operacją stoi jego przełożony, Hugo Wakefield (Colman Domingo). W ślad za Kellnerem rusza firma oraz jej szef, Noah Scanlon (Colin Firth). Drugą kluczową postacią jest prezenterka pogody, Margaret Fairchild (Emily Blunt). Pracuje w lokalnej telewizji w Kansas City. Przed pójście do pracy do jej mieszkania wlatuje ptak. Co samo w sobie może być niczym niezwykłym, ale potem dzieją się dziwaczne rzeczy: zaczyna mówić w obcych językach (i to bardzo płynnie), czyta w myślach po spojrzeniu na kogoś (dzięki temu nie dostaje mandatu), jednak najgorsze dzieje się podczas pracy. Podczas zapowiadania prognozy zaczyna wydawać dziwaczne odgłosy, a następnie traci przytomność. Kobieta też znajduje się w centrum zainteresowania Wardexu.

Sama historia nie brzmi zbyt oryginalnie, jednak Spielberg od początku był w stanie mnie złapać. Początek i pierwsza połowa budowana jest wokół tajemnicy, która powoli i (przynajmniej na początku) oszczędnie dawkowana, co trzymało mnie w napięciu. Co jest o tyle zaskakujące, bo mamy wiele znajomych elementów: firma działająca niczym Faceci w Czerni minus technologia; kontakty i urządzenia obcych; próbujący ujawnić publicznie informator oraz grupa ludzi działająca niczym konspiracja czy Wybraniec z mocami, które go przerażają. Gdzieś nad tym wszystkim unosi się zarówno dawny Spielberg i Stephen King zmieszany z teoriami spiskowymi i klimatem thrillerów politycznych lat 70.

Ale sam film to dwie sprzeczne bestie. Z jednej strony pełen pościgów, ucieczek zrobionych więcej niż sprawnie z kilkoma mastershotami oraz absolutnie trzymającą w napięciu gonitwę z udziałem dwóch jadących pociągów oraz przygniecionego samochodu. Wtedy angażuje, choć jest o wiele bardziej kameralny. Kiedy jednak dotyczy aspektów SF oraz pierwszego kontaktu z obcymi, Spielberg wydaje się nie mieć zbyt wiele do powiedzenia. Bardziej go interesuje próba dojścia do ujawnienia prawdy niż reperkusje tego wydarzenia. Jak poradziliby sobie ludzie z faktem, że nie są sami na świecie? Co by się stało z religiami, państwami, instytucjami? Niby tam w tle wspomina się o możliwym wybuchu III wojny światowej i wizji końca świata, ale to ostatecznie prowadzi donikąd. Sam finał oraz rozwiązanie idzie w kierunku naiwnego kiczu, zaś całość w decydującym momencie się nagle urywa. Satysfakcji z tego nie ma żadnej i wywołuje uczucie dostania w ryj.

Do tego bohaterowie są dość prosto opisani, ale reżyser dobrał do nich na tyle dobrych aktorów, że wyciskają z nich maksimum możliwości. I ci konsekwentnie trzymają poziom: od neurotycznego i przerażonego Josha O’Connora przez chłodnego Colina Firtha aż po niemal przyklejonego do telefonu Colmana Domingo. Ale najjaśniejszym punktem oraz PETARDĄ jest Emily Blunt, której występ wręcz odbierał mi mowę. To z jaką gracją i brawurą przeskakuje przez całe spektrum emocji: od strachu, przerażenia przez pewność siebie, opanowanie po empatię jest nieprawdopodobne. To jej występ utrzymywał moją uwagę do samego końca i czynił ten film o wiele przyjemniejszym w odbiorze.

To jest cholernie trudny film do ocenienia. Bo „Dzień objawienia” nie jest zbyt oryginalnym i dobrym kinem SF, ale zaskakująco sprawdza się jako rozrywkowe kino pod popcorn w starym stylu. W rozpoczynającym się sezonie letnim oraz ostatnich rozczarowaniach w kinie to jeden z lepszych filmów do obejrzenia na dużym ekranie.

7/10

Radosław Ostowski

Aleksander: wersja ostateczna

Po sukcesie „Gladiatora” – jak zawsze w przypadku kasowego hitu – hollywoodzcy producenci chcieli swojego kawałku tortu zwanego kinem piasku i sandału. Przynajmniej przez kilka lat próbowano zrobić kolejne produkcje w realiach starożytności czy – sprawdzonych – greckich i rzymskich mitach. Do tego stopnia, że aż miały powstać dwa filmy o Aleksandrze Wielkim, ale tylko Oliverowi Stone’owi (ze wszystkich ludzi) udało się zebrać fundusze i doprowadzić do realizacji. Jednak efekt końcowy spotkał się z ogromnym rozczarowaniem.

Całą historię prezentuje rządzący Egiptem Ptolemeusz (Anthony Hopkins), recytując swoje wspomnienia po 40 latach. I tak poznajemy historię Aleksandra od wieku dziecięcego przez podbój Persji oraz marsz do Indii aż po nagłą śmierć w wieku zaledwie 33 lat. By czynić całość jeszcze bardziej chaotyczny, to mamy pomieszaną i przeplataną chronologię (niczym u Christophera Nolana). Zaczynamy od śmierci Aleksandra, by przeskoczyć do ogromnej bitwy pod Gaucamelą z Persami, konfliktem między jego matką Olympią (Angelina Jolie) a ojcem Filipem (Val Kilmer), przez co kwestia dziedzictwa tronu stoi pod znakiem zapytania, bardzo bliską relację z Hefajstionem (Jared Leto) aż po kolejne podboje oraz spiski i intrygi. Prawdziwe albo urojone.

Dzieje się tu dużo – i to nawet nie chodzi o ogromne sceny batalistyczne, które robią wrażenie swoją skalą (choć są raptem dwie), postaci jest sporo do zapamiętania (wliczając w to epizody choćby Arystotelesa, będącego nauczycielem), ucztowanie, a także coraz większe zmęczenie kilkuletnią wojaczką. Trudno odmówić Stone’owi ambicji oraz próby pokazania skomplikowanego człowieka, jakim w jego oczach ma być Macedończyk. Ale ten portret jest pełen paradoksów: ambitnego wojownika marzącego o chwale, podjudzany przez matkę; człowieka łączącego ze sobą kultury Wschodu i Zachodu poprzez sojusze oraz małżeństwa aranżowane; w końcu kogoś uwikłanego w relacje między kochankami płci obojga (choć ten „związek” z Hefajstionem jest bardziej sugerowany). Problem w tym, że scenariusz jest strasznie bałaganiarski, a dialogi przesiąknięte patosem brzmią sztucznie. A jak w tle jeszcze przygrywa elektroniczna muzyka Vangelisa (mocno w stylu „1492: Wyprawa do raju”), bywa wręcz ciężkostrawnie.

Jeszcze większy mętlik robi tutaj obsada, gdzie mamy mieszankę akcentów brytyjskich, amerykańskich i… Bóg wie jeszcze jakich. Colin Farrell w roli tytułowej wypada całkiem nieźle, choć w scenach przemów nie ma tej charyzmy jak choćby Mel Gibson w „Braveheart”. Niby próbuje mu się pokazać rozdarcie czy mroczną stronę władcy, lecz brakuje spoiwa tego wszystkiego. Anthony Hopkins przez większość czasu prowadzi narrację z offu i w zasadzie nic ponadto, Jolie i Kilmer mają swoje momenty, ale najbardziej zapada w pamięć Rosario Dawson jako zadziorna żona Roksana oraz Jared Leto z dłuższymi włosami. Jeszcze jest tu parę znajomych twarzy na dalszym planie jak Jonathan Rhys Meyers, Christopher Plummer czy Brian Blessed.

Nawet pół godziny więcej materiału nie jest w stanie czynić „Aleksandra” łatwym doświadczeniem. Stone mierzy wysoko i nie próbuje unikać krwawej jatki czy erotyzmu, jednak całość jest mocno chaotyczna, bałaganiarska i pozbawiona skupienia. Jakby reżyser nie do końca umiał przedstawić swoją wizję jednego z największych postaci czasu starożytności, co czyni całość przytłaczającą. Wielka szkoda.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Ojczyzna

Każdy z nas ma przynajmniej jednego reżysera, którego produkcje zbierają pochwały czy wręcz spotykają się z ogromnym entuzjazmem, ale do was kompletnie nie przemawia. Taka jest mora relacja z Pawłem Pawlikowskim – uznanym za granicą polskim reżyserem, którego filmy wyglądają pięknie, mają dobrych aktorów i są sprytnie napisane. Jednak na poziomie emocjonalnym nigdy do mnie nie trafiały. Dlatego do jego najnowszego, nagrodzonego na niedawnym festiwalu w Cannes filmu „Ojczyzna” podchodziłem z ostrożnością.

Tym razem jesteśmy w Niemczech roku 1949 – kraju podzielonym na dwie strefy wpływów: amerykańską i radziecką. Kraju powoli odbudowującym się, pełnym gruzów i próbującym się na nowo odnaleźć. Do właśnie tutaj przybywa od lat mieszkający w USA pisarz Thomas Mann (Hanns Zischler) razem ze swoją córką, Eriką (Sandra Huller). Kobieta jest także jego sekretarką oraz tłumaczką. Oboje wyruszają w podróż po Niemczech, a pretekstem jest przyznanie pisarzowi Nagrody Goethego we Frankfurcie nad Menem oraz – znajdującym się w sowieckiej strefie – Weimarze. Miał z nim towarzyszyć także Klaus (August Diehl), który przebywa w Cannes, lecz się nie pojawia.

„Ojczyzna” na pierwszy rzut oka wydaje się obracać wokół tematów obecnych w „Idzie” oraz „Zimnej wojnie”: kwestie tożsamości, odnalezienia się w nowym świecie po wojnie czy wykorzystywanie sztuki jako narzędzia propagandy. Ale do tego mamy jeszcze też kwestię żałoby (pojawiający się na początku film Klaus przedawkowuje leki i umiera), która może budzić skojarzenia z niedawnym „Hamnetem” Chloe Zhao. Wszystko to pokazane w bardzo drobnych scenkach i interakcjach jak rozmowa pisarza z wnukami Wagnera w sprawie przywrócenia festiwalu na cześć artysty, będącego ulubionym artystą nazistowskiego dyktatora; spotkanie Eriki z byłym mężem, będącym inspiracją dla postaci z powieści Klausa Manna „Mefisto” czy przywitanie w Weimarze z udziałem chóru dziecięcego. Całość wygląda nadal pięknie (jak zawsze niezawodny Łukasz Żal jako autor zdjęć), w tle słyszymy eklektyczną mieszankę muzyczną (od jazzu po klasykę pokroju Bacha czy Wagnera), zaś oszczędne dialogi mają chwilę błyskotliwości.

Jednak mam ciągle jeden i ten sam problem, co z poprzednimi filmami Pawlikowskiego: emocjonalny chłód oraz obojętność. Bardzo wiele trzeba doszperać i wyciągać z tego, co niewypowiedziane, tłumione i ukryte. Reżyser z jednej strony jest bardzo skupiony na wizualnej estetyce, co bardzo porywa i jest w stanie oczarować, ale z drugiej wszystko to działa tylko na poziomie intelektualnym. A choć całość jest bardzo krótka (zaledwie 80 minut) oraz zwarta, sprawia wrażenie nagle urwanej.

Jeśli komuś podobały się „Ida” oraz „Zimna wojna”, to zdecydowanie w „Ojczyźnie” znajdzie sporo dobra. Ale dla mnie Pawlikowski nie potrafi przełamać emocjonalnego chłodu i bardziej mnie zaangażować, na co po cichu liczyłem. Może z następnym filmem będzie inaczej.

6/10

Radosław Ostrowski

Władcy Wszechświata

Ileż razy myślano o powrocie najbardziej męskiego mężczyzny od czasów Conana, czyli He-Mana. Stworzony jako zabawka Mattela (taka męska wersja Barbie), a żeby ją lepiej sprzedać zrobiono serial animowany, a potem pełnometrażowe dzieło z bardzo młodym Dolphem Lundgrenem (straszna bida z nędzą), które nie zestarzało się zbyt dobrze. Teraz największy paker z Ethernii powraca w nowej wersji od reżysera Travisa Knighta. Z większym budżetem, większą skalą i… czy to wystarczy?

Bohaterem jest książę Adam (Nicholas Galitzine) – następca tronu wspomnianej Ethernii, gdzie miesza się ze sobą magia i technologia. W centrum znajduje się zamek Posępny Czerep, gdzie przebywa dbająca o porządek Czarodziejka (Morena Baccarin), zaś chłopak mimo treningów pod czujnym okiem Zbrojmistrza Duncana (Idris Elba) nie jest zbyt silny ani twardy. Ale nie to jest najgorsze, lecz atak pragnącego władzy absolutnej Szkieletora (sylwetka CGI, głos Jared Leto) oraz jego prawej ręki, Złoliny (Alison Brie). Na szczęście, udaje się przenieść młodzieńca na Ziemię, ale po drodze gubi Miecz Mocy, przez co nie może wrócić do siebie. 15 lat później Adam (ciągle pamiętając swoje pochodzenie) w końcu odnajduje artefakt, a za nim podążają zarówno sługusy Szkieletora, jak i Teela (Camila Mendes), próbująca mu pomóc.

Jak widać nowi „Władcy wszechświata” mocno inspirują się zarówno „Thorem” (szczególnie częścią pierwszą i trzecią) oraz „Strażnikami Galaktyki”. Z pierwszego bierze otoczkę fabularną – heros trafia do nowego otoczenia, próbując się odnaleźć i wrócić do siebie; z drugiego wizualną estetykę oraz humor. W efekcie dostałem mocno dziwaczne, nierówne pełne paradoksów. Samego animowanego He-Mana pamiętam jak przez mgłę (czyli bardzo słabo), więc nie mogę za bardzo odnieść się do tego jak blisko reżyser i scenarzyści trzymają się pierwowzoru. Za to bez wahania mogę powiedzieć, że jest to kino o wiele bardziej kolorowe, pełne świadomego kiczu oraz kampu. W końcu antagonistą jest chodzący szkielet, mamy nawet płochliwego tygrysa bojowego, bestie czy człowieka z szyją niczym z gumy. O czarodziejce zmieniającej się w ptaka nawet nie wspominam. Chłonie się tą przestrzeń i świat, nawet jeśli wydaje się on miejscami (zbyt) znajomy. Akcja też jest płynna, poprawnie nakręcona, mimo ekranowego chaosu (szczególnie w finale), zaś zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące. Do tego w tle gra świetna muzyka Daniela Pembertona mieszająca orkiestrę, chór, syntezatory i gitarowe riffy Briana Maya – super mieszanka.

Jednak jest tu parę potknięć. Po pierwsze, całość jest za długa, przez co zdarza się gubić tempo. Szczególnie początek (historia Eternii opowiadana na… randce, która nie kończy się za dobrze) na Ziemi potrafi się wlec. Po drugie, humor bywa nie zawsze trafiony. Najbardziej tutaj błyszczy bardzo teatralny Szkieletor i rzucane przez niego wyzwiska (plus jedna kapitalna scena podczas konfrontacji), za to najsłabiej wypadały „ziemskie” losy Adama (rozmowa z szefową w biurze czy sublokator, co pozuje na cool twardziela, a gdy nikt nie patrzy ogląda „Pamiętnik”) – zamiast śmiechu było zażenowanie, tak jak było zderzenie mentalności Adama ze światem Ethernii. A też i dialogi wydają się czasem napisane bez finezji, jakby zbyt znajomo brzmiące. Szkoda, bo widać było spory potencjał.

Dlatego sytuację muszą ratować aktorzy, a ci są więcej niż dobrzy. Mało mi znany Galitzine wygląda jak nastoletnia wersja Chrisa Hemswortha i wypada cholernie dobrze w roli Adama/He-Mana. Początkowo jest zagubiony czy wręcz pierdołowaty, jednak powoli zaczyna dojrzewać do roli mocarnego wojownika. Jak wywija Mieczem, to nie ma zmiłuj, tak samo jak przy użyciu pięści. Bardzo dobrze radzą sobie wspierający go Camila Mendes (zadziorna i waleczna Teela) oraz Idris Elba (zbrojmistrz Duncan, który z twardego wojownika staje się obdartym pijusem). Jednak największą niespodzianką był dla mnie Jared Leto, który kradnie ekran w roli Szkieletora. Ma kompletnie niepodobny do siebie głos, jest bardzo teatralnym szołmenem, pozostając jednak groźnym przeciwnikiem (finałowa potyczka to majstersztyk i popis umiejętności aktora). Nie sądziłem, że to powiem, ale to najlepsza rola Leto od bardzo dawna.

Nie chce brzmieć jak zgorzkniały tetryk czy stary dziad narzekający, że kiedyś to były filmy, a teraz nie ma. Niemniej muszę przyznać, że „Władcy wszechświata” byli dla mnie lekkim rozczarowaniem. O wiele lepiej wizualnie i technicznie się prezentuje od filmu z 1987 roku, ale ma problemy z tonem oraz tempem, co nie pozwoli pozostać na długo w pamięci. Niemniej Knightowi udaje się dostarczyć całkiem niezłej rozrywki, zaś fani He-Mana mogą dać punkt więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zathura – Kosmiczna przygoda

Czy kojarzycie taki film „Jumanji”? Pewnie tak, skoro powstało kilka części, ale mi chodzi o ten pierwszy w 1995 roku z Robinem Williamsem. Tam była gra planszowa, której rozgrywka niemal materializowała się doprowadzając do chaosu. Dzieło Joe Johnstona była oparta na powieści Chrisa Van Allsburga. Dziesięć lat później powstał film też oparty na książce tego autora i podobny do wspomnianego „Jumanji”, lecz w innej skórce.

„Zathura” – tak się zwie ten tytuł to kolejna planszówka, tym razem dla dwóch osób. Tym razem w rozgrywkę zostają wplątani dwaj bracia, którzy niekoniecznie nie przepadają za sobą. Starszy Walter (Josh Hutcherson) próbuje być tym dojrzalszym, mniej „dzieciowatym”, zaś młodszy Danny (Jonah Bobo) bywa troszkę nieporadny, pełen sporej wyobraźni. To właśnie ten drugi znajduje w piwnicy Zathurę – grę, w której wyrusza się w kosmiczną podróż. Dosłownie ich dom przenosi się w przestrzeń kosmiczną, zaś każde pole oraz odkrywana karta uruchamiają pokręcone sytuacje: od ataku meteorów przez popsutego robota i obcych kosmitów aż po przybycie tajemniczego Astronauty (Dax Shepard).

Zadania przeniesienia na ekran „Zathury” podjął się Jon Favreau, obecnie znany z dwóch części „Iron Mana” czy serialu „Mandalorianin”. Był to pierwszy duży blockbuster w dorobku reżysera, który nie znalazł widowni w premierę. Już sama czołówka, gdzie widzimy samą planszówkę i ilustracje (inspirowaną stylem komiksów z lat 50.) z epicką muzyką Johna Debneya w tle buduje klimat w duchu Kina Nowej Przygody. Nadal jest to kino familijne, gdzie najważniejsza jest tutaj relacja między braćmi, którzy za bardzo nie przepadają za sobą. Ale jeśli mają wyjść z tego cało, muszą zacząć działać razem. I choć miejscami film Favreau ociera się zbyt mocno o klasyka Johnstona (włącznie z karą za oszustwo), to kameralna przestrzeń oraz otoczka SF daje pewien powiew świeżości.

Jeszcze bardziej pozytywnie zaskoczyły mnie efekty specjalne. Mieszanka komputerowej przestrzeni z praktycznymi efektami stworzonymi przez Stana Winstona (robot, kosmiczni Zorgoni) pomagają wejść w klimat retro SF. Tam sam jak sceny ataków kosmitów, kompletnej destrukcji domostwa, ataku asteroid wewnątrz pokoju. I pomimo dwóch dekad na karku nadal dobrze się prezentują. Tak jak dobrze trzymają się grający główne role Josh Hutcherson i Jonah Bobo. Szczególnie ten drugi w roli młodszego, coraz bardziej przerażonego całą rozgrywką Danny’ego. Zaskoczeniem za to był Dax Shepard wcielającego się w astronautę, który pojawia się oraz zaczyna pełni rolę rozjemcy i niejako mentora. Mógłby się sprawdzić w roli sympatycznego, przyziemnego herosa kina akcji. Pozostali członkowie obsady, czyli Kristen Stewart (starsza siostra Lisa) oraz Tim Robbins (ojciec) pojawiają się na dłuższą chwilkę i są nieźli, ale nic ponadto.

Tak samo mógłbym podsumować samą „Zathurę” – niezłe kino przygodowe w otoczce SF, stojące w dużym cieniu bardziej widowiskowego „Jumanji”. Niemniej Favreau daje na tyle dużo serducha, żeby nie wywołać znudzenia. Bardzo sympatyczna produkcja familijna nie tylko dla dzieci.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Werdykt

Jim Sheridan był jednym z najbardziej rozpoznawalnych irlandzkich reżyserów końca XX wieku, co jest zasługą takich filmów jak „Moja lewa stopa” czy „W imię ojca”. Jednak w ostatnim czasie jego produkcje przeszły bez dużego rozgłosu jak na początku kariery. Po latach posuchy powraca z dramatem sądowym, który mocno inspiruje się „Dwunastoma gniewnymi ludźmi”.

Współtworzony przez Davida Merrimana „Werdykt” oparty jest na jednej z najgłośniejszych zbrodni w historii Irlandii. A dokładniej chodzi o morderstwo francuskiej producentki filmowej, Sophie Tuscan du Plantier, popełnionej w okolicy jej domu oddalonym od miasteczka Schull w południowo-zachodniej części Irlandii pod koniec roku 1996. Podejrzanym był dziennikarz Ian Bailey (Colm Meaney), który miał dzień wcześniej śledzić kobietę, był kilkukrotnie aresztowany za przemoc domową i pojawił się jako pierwszy na miejscu zbrodni. Miał też parokrotnie przyznać się do winy. Dla francuskiego wymiaru sprawiedliwości były to na tyle mocne poszlaki, że pismak został zaocznie skazany na 25 lat więzienia w 2019 roku. Jednak Irlandia nie zdecydowała się na wykonanie ekstradycji podejrzanego do Francji. Tyle tła i wstępu do tego filmu.

Sheridan pokazuje fikcyjny proces Baileya pokazując, co by się stało, gdyby Irlandia zdecydowała się dokonać ekstradycji oskarżonego do Francji. Akcja dzieje się już pod koniec procesu, w którym przysięgli mają jednogłośnie podjąć decyzję. I – jak w klasyku Lumeta – jedna z osób (Vicky Krieps) ma wątpliwości. Reżyser kilka lat wcześniej nakręcił o tej sprawie 5-odcinkowy serial dokumentalny dla Sky, więc miał bardzo sporą dokumentację. I ta mieszanka fikcyjnych obraz z zebranymi dowodami (zeznania, ekspertyzy sądowe) oraz masą archiwalnych materiałów tworzy intrygującą hybrydę, przypominającą fabularyzowany dokument. Reżyserzy nie bawią się w robienie sensacji wokół całej sprawy, tylko za pomocą przysięgłych (pozbawionych imion i nazwisk, tylko przedstawieni numerami) podejmuje się skrupulatnego oraz metodycznego analizowania dowodów. I muszę przyznać, że wciągnęła mnie ta cała dyskusja, mimo – a może dzięki – nie znajomości sprawy. Każdy z przysięgłych jest na tyle intrygująco zarysowany, by poznać lepiej ich przeszłość i podejście, które tłumaczy ich sposób myślenia oraz przekonania i uprzedzenia.

Całość nie jest technicznie jakoś imponująca i widać ograniczenia budżetowe, ale to dodaje pewnego reporterskiego sznytu. Nawet jeśli opuszczamy z przysięgłymi salę obrad (czy to w bufecie, czy podczas wizji lokalnej na miejscu zbrodni) albo widzimy Baileya w celi, Sheridan z Merrimanem skupiają się na dialogu oraz interakcjach z przysięgłymi. Aczkolwiek sam przebieg i finał był dla mnie bardzo przewidywalny, jeśli zna się inspirację twórców. Za to sytuację ratuje świetna obsada, z której najbardziej wybija się wspomniana Vicky Krieps, fantastyczny Jim Connors (przysięgły nr 3 – niemal do końca wierzący w winę) czy sam Jim Sheridan w roli przewodniczącego ławy.

„Werdykt” (w oryginale „Re-Creation”) jest powrotem Jima Sheridana z niebytu. Zgrabna mieszanką dramatu sądowego z docudramą i podcastem true crime. Choć potrafi być przewidywalny i jest świadomym hołdem dla klasyka Sidneya Lumeta, udaje się przekonująco pokazać subiektywizm prawdy. Cholernie dobra rzecz.

7/10

Radosław Ostrowski

Władcy Wszechświata

He-Man – stworzony przez firmę zabawkową Mattel bohater, mocno inspirowany Conanem, lecz osadzony w świecie SF. Najpierw pojawił się w serii zabawek „Masters of the Universe”, a następnie stworzono serial animowany („He-Man i władcy wszechświatów” z 1983), który miał pomóc w sprzedaży zabawek. Dość szybko pojawił się pomysł przeniesienia go na duży ekran, jednak żadne studio nie było zainteresowane. Z wyjątkiem Cannon Films – wytwórni produkującej głównie takie kino klasy B, którzy w połowie lat 80. próbowali się przebić do wyższej ligi. Lecz ich próby skończyły się klęską, zaś stworzeni przez nich „Władcy wszechświata” byli (obok „Supermana IV”) największą kasową wpadką. Czy jednak film był aż tak zły?

Sama historia toczy się w krainie zwanej Ethernią, gdzie w centrum znajduje się zamek Posępny Czerep. Tam rządzi Czarodziejka, dbająca o zachowanie równowagi na świecie, zaś jej czempionem jest mocarny wojownik He-Man (Dolph Lundgren). Jednak bardzo chętnym na przejęcie kontroli nad krainą jest Szkieletor (Frank Langhella), który przeprowadził atak na Posępny Czerep. Wszystko dzięki użyciu kosmicznego klucza, stworzonego przez Gwildora (Billy Barty) wynalazek, pozwalający przenieść się w każde miejsce. Wojownik razem z towarzyszącym mu Men-at-Arm (Jon Cypher), jego córką Teelą (Chelsea Field) oraz wynalazcą uciekają dzięki duplikatowi klucza do… innego świata. Czyli do Ziemi, po drodze gubiąc narzędzie i nie mogąc wrócić do domu. Klucz wpada w ręce młodych ludzi – aspirującego muzyka Kevina (Robert Duncan McNeill) oraz jego dziewczyny Julii (Courteney Cox), chcącej się wyrwać z miasta.

Debiutujący za kamerą Gary Goddard miał bardzo niełatwe zadanie, bo mając niewielki budżet musiał zrobić epickie widowisko. Problemów jednak jest kilka i je wymienię najpierw. Sama Eternia jest zadziwiająco mała, niemal skupiona w całości wokół zamku Posępnego Czerepu. A dookoła skały, pustynia i krajobraz niczym z postapokalipsy – z czasem jesteśmy ograniczeni tylko do sali tronowej, co czyni całość szybko nudną wizualnie. A kiedy trafiamy na Ziemię, gdzie spędzamy większość czasu, to jest niewiele lepiej. Niby jest bardziej zróżnicowany krajobraz (ulica, sala szkolna, sklep muzyczny), ale jakaś taka nijaka. Jest też humor wynikający z dezorientacji obydwu stron, jednak to też zwyczajnie nie działa. O większości niezbyt dobrze zmontowanych scenach akcji oraz przestarzałych efektach specjalnych nawet nie wspominam.

A czy w ogóle „Władcy wszechświata” mają jakieś plusy? Największym jest dla mnie fantastyczna muzyka Billa Contiego, nawet jeśli mocno przypomina „Supermana” czy „Gwiezdne wojny”. Swoje robi kradnący ekran Frank Langella w roli Szkieletora jest odpowiednio teatralny i większy niż życie, do tego ma najlepsze dialogi oraz gra z kompletną powagą. To dodaje troszkę ciężaru tak jak finałowa konfrontacja z He-Manem. Szkoda tylko, że Dolph sprawia wrażenie kompletnie zagubionego, pozbawionego pewności siebie oraz charyzmy, choć fizycznie wydaje się pasować. Także niektóre postacie drugoplanowe wypadają porządnie (szczególnie James Tolkan w roli twardego detektywa Lubica).

„Władcy Wszechświata” to z jednej strony dziecko swoich czasów, a z drugiej kompletnie zmarnowana okazja oraz przerost ambicji ponad możliwości. Z małym budżetem to nawet Steven Spielberg blockbustera nie zrobi i jeszcze sceną po napisach straszyli sequelem. Pozostaje mieć nadzieję, że zbliżający się film Travisa Knighta przywróci blask He-Manowi oraz jego uniwersum.

4/10

Radosław Ostrowski

Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu

Kiedy ostatni raz na dużym ekranie widzieliście film zawierający w tytule dwa słowa: „Gwiezdne wojny”? W moim przypadku był to „Ostatni Jedi”, która wywołał we mnie mieszane odczucia. A po rozczarowującym „Skywalker. Odrodzenie” wydawało się, że kinowe produkcje z uniwersum stworzonego przez George’a Lucasa zniknęły i więcej się nie pojawią. Zamiast tego wskoczyły seriale różnej jakości, choć najwyżej cenione przez fanów były „Andor” oraz „The Mandalorian”. Po trzech sezonach tego drugiego, zamiast dostać sezon nr 4 postanowiono stworzyć pełnometrażowy film. Czyli „Mandalorianin i Grogu” (nie, to ostatnie to nie piracki trunek) – ale czy reżyser Jon Favreau udźwignął temat?

Sama historia nie jest mocno powiązana z serialem, więc teoretycznie jego znajomość nie jest niezbędna. Ale nie uprzedzajmy wypadków. Jesteśmy kilka lat po wydarzeniach z „Powrotu Jedi”, kiedy niedobitki Imperium panoszą się po całej galaktyce i coś kombinują. Działająca Nowa Republika próbuje ich wytropić, korzystając z usług najemników oraz łowców głów jak Mandalorianin Din Djarin (Pedro Pascal) oraz jego podopieczny, Grogu. Teraz nasza parka dostaje zlecenia schwytania (żywego lub martwego – choć to pierwsze byłoby lepsze) kolejnego imperialnego watażki, niejakiego Coina. Problem w tym, że nie wiadomo ani gdzie jest, ani jak wygląda – jednak ktoś wie. Bliźniacy, krewni słynnego gangstera Jabby Hutta mają informacje o zbiegu, ALE oddadzą ją w zamian za przysługę – uwolnienie ich siostrzeńca Rotty z planety Shakari.

Favreau sposobem opowiadania przypomina wykonywanie questu z gry komputerową: dotrzyj do punktu A, pogadaj tam, potem rusz do punktu B, znajdź osobę/przedmiot i wróć do A. Co samo w sobie nie jest niczym złym, bo przenosimy się po różnorodnych lokacjach (śnieżne góry na początku, zalesiona siedziba Huttów czy mocno futurystyczne Shakari bardzo podobne do LA z „Blade Runnera”), akcja jest bardzo kompetentnie i dynamicznie zmontowana, gdzie Mando łoi dupy jakby był gwiezdnowojennym Johnem Wickiem. Chyba że zostanie zneutralizowany gazem czy potraktowany prądem, to wtedy jest miękką fają i wtedy Grogu (nazywany wcześniej przez fanów seriali Baby Yodą) wkracza do akcji. Jest jednak pewien problem, a nawet dwa duże.

Po pierwsze, „Mandalorian i Grogu” jest bardzo chaotyczny, z wieloma potencjalnie interesującymi wątkami (tropienie resztek po Imperium, walki gladiatorów) przeskakując między nimi, nie dając zbyt wiele czasu na wybrzmienie. Niejako skaczemy jakby zostało skompresowanych kilka odcinków w jeden film: od akcji na planecie zimowej tropiąc watażkę przez siedzibę Huttów i Shakari aż z powrotem do wielkich żab (posiadający ukryty motyw) do porwania Mando, walki z paskudnym gadem oraz finałem, gdzie Grogu próbuje uratować wojownika (najlepsze sceny z malcem). Po drugie, sama para bohaterów – jeśli zna się serial – nie przechodzi żadnej drogi czy przemiany. Mando jest złodupnym masakratorem i twardzielem (hełm zdejmuje tylko raz, byśmy wiedzieli, że to Pedros), zaś Grogu jest małym słodziakiem, zachowującym się jak mała dzidzia. Nawet relacja mentor/uczeń (lub ojciec/syn) też w zasadzie stoi w miejscu, co nie dało mi zbyt mocnego ciężaru emocjonalnego. Po trzecie, sporo jest tu walczących bestii w SiDżiAj między sobą i choć efekty specjalne są zrobione, nie dają tego emocjonalnego kopa jak potrzeba.

Choć technicznie wszystko jest na swoim miejscu – całość ładnie wygląda, w tle gra świetna muzyka Ludwiga Goranssona (aczkolwiek miejscami techno-elektronika może nie wszystkim podejść), a efekty specjalne trzymają fason. Aktorsko jest strasznie nierówno – Pedros Pascalos w zasadzie gra głosem i robi porządną robotę, ale nic ponadto. Dobrze za to brzmi Jeremy Allen White grający Rottę, czyli syna Jabby Hutta, lecz mającego odmienny temperament od swojego ojca. Jednak największą niespodziankę zrobił największy „fan” kina superbohaterskiego – Martin Scorsese. Jako prowadzący knajpę sprzedawca bardzo zgrabnie imituje… Woody’ego Allena. Bardzo zapada w pamięć, w przeciwieństwie do Sigourney Weaver wcielającą się w rolę pułkownik Ward, zleceniodawczyni Mando. Muszę przyznać, że nie była to zbyt wdzięczna postać do zagrania, ale słychać pewną monotonię i obojętność, sygnalizującą brak zaangażowania.

„Mandalorian i Grogu” wywołał we mnie mieszane uczucia jakich nie miałem przy oglądaniu blockbustera od czasu „Indiany Jonesa i artefaktu przeznaczenia”. Po mocnym i obiecującym początku całość zaczęła się robić mętna, chaotyczna oraz stanowiąca dłuższy odcinek serialu. Może spodoba się młodszym widzom, którzy chcieliby zacząć przygodę z tym uniwersum, ale chyba tylko im. Nie tego powrotu „Gwiezdnych wojen” spodziewano się zapewne.

5,5/10

Radosław Ostrowski

 

Pociąg

Kolejny raz odkrywanie starszych rzeczy mnie zaskoczyło, jakby niektórzy filmowcy znajdowali sposób na bardzo powolne albo praktycznie w ogóle nie starzeje. Takie też doświadczenie miałem z kolejnym – po „Faraonie” i „Śmierci prezydenta” – dziele w dorobku Jerzego Kawalerowicza. I tak też miałem z „Pociągiem” z 1959 roku.

Jak sam tytuł mówi jesteśmy w pociągu jadącym z Warszawy do Helu, gdzie wsiadają różni ludziowie. Ale wśród pasażerów różnorakich przewija się mężczyzna w ciemnych okularach (Leon Niemczyk) – bez biletu, bez dokumentów, a podobno z wykupionym miejscem. Jednak w przedziale – wagon męski – znajduje się blondwłosa kobieta (Lucyna Winnicka), która jest strasznie uparta i za nic nie opuści miejsca. Więc oboje są skazani na siebie, choć każde z nich wolało spędzić ten czas w samotności. Powoli jednak zaczyna coś między nimi kiełkować, ale przełamanie muru nieufności nie będzie takie proste. Oboje skrywają pewne tajemnice.

Reżyser, który raczej kojarzył mi się z pełnymi przepychu oraz ogromnej skali, tutaj zrealizował o wiele bardziej kameralny dramat psychologiczny. Zamknięta przestrzeń pociągu jest szansą do pokazania mikroświata z bardzo różnorodnymi postaciami: grupą pielgrzymów, cierpiącym na bezsenność mężczyźnie (Zygmunt Zintel), młodej parce, co zdąża na ostatnią chwilę czy młoda flirtująca kobieta (Teresa Szmigielówna) w towarzystwie poważnego prawnika (Aleksander Sewruk). O konduktorach nawet nie wspominam. Nawet jeśli te postacie pojawiają się na chwilę, zapadają mocno w pamięć. Gdy Kawalerowicz przygląda się naszej przymusowej parze, sporo jest tu niedopowiedzeń, drobnych spojrzeń i niezbyt chętnie prowadzonych rozmów. Ale coś tu wisi w powietrzu – być może nawet romans, bo przecież początki czasem bywały burzliwe. A jeszcze rewelacyjna muzyka Andrzeja Trzaskowskiego z cudowną wokalizą Wandy Warskiej potęguje klimat.

Jednak by podbić stawkę reżyser podrzuca jeszcze pewien kryminalny wątek związany ze zbiegłym mordercą. Być może znajdującym się w pociągu, tylko – no właśnie, kim on jest i jak on wygląda? Pozornie może wydawać się wciśnięty na siłę i zbędny, ale jest tak sprytnie wpleciony, że jeszcze bardziej podkręca napięcie. Kawalerowicz podrzuca różne tropy i możliwe podejrzenia, co kumuluje w świetnie nakręconej gonitwie za zabójcą przez przedziały aż do… ucieczki w pole. Więcej nie zdradzę, bo to trzeba zobaczyć samemu.

A wszystko ogląda się dzięki elektryzującemu duetowi Leon Niemczyk/Lucyna Winnicka. Oboje bardzo skryci i tajemniczy, początkowo wręcz wrogo do siebie nastawieni. On w ciemnych okularach, ona ma bardzo elegancki chłód oraz spory dystans. Oboje elektryzują aż do ostatniej sceny i wyczekiwałem tych scen. Za to na bardzo bogatym drugim planie najbardziej wybija się pociągająca Teresa Szmigielówna w roli znudzonej żony adwokata, desperacko flirtująca niemal ze wszystkimi oraz Zbgniew Cybulski (wyjątkowo bez okularów) jako chłopak, nie chcący odczepić się od postaci granej przez Winnicką. Tutaj nawet drobne epizody zapadają w pamięć, co nie zdarza się zbyt często.

Trzeba będzie się bliżej zapoznać z kinem Kawalerowicza, który kolejny raz zaskakuje. „Pociąg” to świetna mieszanka dramatu psychologicznego z thrillerem, pełna świetnych dialogów, zadziwiająco wnikliwej obserwacji. Kino niemal egzystencjalne, prowokujące do myślenia i dziwnie aktualne, choć pociągi oraz obsługa już zupełnie inna.

8/10

Radosław Ostrowski

Zawieście czerwone latarnie

Moja znajomość kina azjatyckiego jest równie ogromna i szeroka niczym przeciętnego Polaka o balecie mongolskim. A w szczególności kina chińskiego, z pojedynczymi wyjątkami w postaci „Spragnionych miłości” Wong Kar-Wai czy „Ostrożnie, pożądanie” Anga Lee. Ale od czego są wznowienia kinowej klasyki (lub pokazywanie ich pierwszy raz) na kinowy ekran dzięki takim dystrybutorom jak Past Perfect czy Gravity Films. I to dzięki temu ostatniemu do polskich trafia – premierowo i zrekonstruowany w 4K – film „Zawieście czerwone latarnie” z 1991 roku.

Film Zhanga Yimao oparty na powieści Su Tonga dzieje się na początku lat 20. XX wieku i skupia się na młodej dziewczynie Songlian (Gong Li). Po śmierci ojca kobieta porzuca studia, by zadbać o swoją rodzinę i decyduje się zostać konkubiną bogacza. Trafia do jego ogromnej rezydencji, gdzie przebywają jego trzy partnerki: matrona Yuru (Jin Shuryan), masażystka Zhouyun (Cao Cuifen) oraz śpiewaczka operowa Meishan (He Caifei). Każda z nich ma swój pokój, swoją służbę, a jeśli ma spędzić z którąś noc, to na dziedzińcu przed jej pokojem zostają zapalone czerwone lampiony.

Reżyser, choć obecnie jest bardziej kojarzony z powstałych na początku XXI wieku blockbusterów pokroju „Hero” i „Dom latających sztyletów”, na początku swojej kariery robił kompletnie inne produkcje. „Zawieście…” to zdecydowanie bardziej kameralny dramat psychologiczny, niemal w całości (poza pierwszymi scenami) dziejący się w ogromnej rezydencji – wręcz pałacu – pana domu. Kamera nigdy nie opuszcza tego miejsca, nawet jeśli filmuje ona dachy, co powoli buduje poczucie alienacji oraz klaustrofobii. Właściwie to jest przebywanie w złotej klatce, która daje pewną stabilność i przywileje, w zamian ograniczając wolność do zajmowania się domem oraz rodzeniem dzieci. A to z kolei wywołuje wśród pań walkę pełną zazdrości, zawiści i intryg. A ja razem z nową żoną (nazywaną przez wszystkich Czwartą Siostrą) próbuję się w tym wszystkim odnaleźć. A jeśli wrzucimy do tego wszystkiego jeszcze służkę Yan’er (świetna Lin Kong), która również chciałaby zostać konkubiną, to znajdujemy się w prawdziwym kłębowisku żmij.

Yimou bardzo powoli odkrywa kolejne stopnie tej skomplikowanej relacji, gdzie każda kobieta jest tutaj w stanie wbić nóż w plecy. Tutaj nawet dialogi są zarówno poetyckie, jak też pełne subtelności oraz drugiego dna. Ale też całość nadal wygląda przepięknie i jest wręcz czarująco. Od silnie wykorzystanych kolorów (czerwień lampionów w świetle zimnoniebieskiej nocy) przez szczegółową scenografię – tu szczególnie pokój Meishan się wyróżnia – aż po barwne kostiumy. A rekonstrukcja cyfrowa sprawia, że obraz jest jeszcze bardziej imponujący. Tym bardziej uderzają momenty pęknięć w tym ładnym obrazku, zwłaszcza w potężnym emocjonalnie finale.

A jednocześnie wszystko jest świetnie zagrane. Absolutnie zjawiskowa jest Gong Li, która już pracowała przy poprzednich filmach Yimou i ta kolaboracja procentuje. Songlian ma w sobie zarówno prostolinijny urok – przynajmniej na początku – ale im dalej w las, tym bardziej zaczyna być napędzana przez zazdrość i więcej w niej smutku oraz cynizmu. Od drobnych złośliwości aż po czyste okrucieństwo (odkrycie tajemnicy służki i ujawnienie jej publicznie), za które płacą cenę inni. A jej ostatnie ujęcie jest wręcz szarpiące. Równie niesamowite są zarówno Cuifen oraz Caifei – pierwsza wydaje się życzliwa, wręcz bardzo serdeczna wobec nowej żony/siostry, zaś druga sprawia wrażenie bardzo wywyższającej się diwy. To wszystko jednak tylko fasada, skrywająca o wiele bardziej złożone bohaterki niż się wydaje, mające swoje tajemnice oraz motywy.

Po 35 latach od premiery „Zawieście czerwone latarnie” pozostaje nie tylko jednym z najpiękniejszych filmów lat 90., ale także jednym z bardziej poruszających dramatów. Pod tym pięknem skrywa się opowieść o zarówno zniewoleniu kobiet, jak też metafora życia w państwie totalitarnym, gdzie życie jest z góry zaplanowane i kontrolowane. A to może doprowadzić albo do uległości, albo szaleństwa, co dobitnie pokazuje bardzo mocne zakończenie.

8/10

Radosław Ostrowski