Księga Boby Fetta

Kolejny serial osadzony w uniwersum Gwiezdnych wojen. Zanim jednak sięgnę po „Andora”, zrobię sobie parę kroków do tyłu i sięgnę po inne produkcje z tego świata na małym ekranie. Jak pamiętamy z „Powrotu Jedi” Boba Fett – łowca nagród podczas walki na Morzu Wydm spadł w szponu bestii zwanej Sarlakiem, a ten go przeżuwał i trafił dłuuuuuuuuuuuuuuugie lata. Pojawił się w drugim sezonie „Mandalorianina” trochę starszy, ale nadal potrafił łoić tyłki i być prawdziwym złodupcem. Pod koniec tego dzieła przejął tron po Jabie the Hutt, teraz mieli sprawdzić co dalej się działo.

boba fett1

Akcja „Księgi Boby Fetta” toczy się zarówno po wydarzeniach z „Mandalorianina”, ale też przed oraz równolegle z poprzednią produkcją Jona Favreau. Fett razem z towarzyszącą mu Fennec Shand próbuje rządzić półświatkiem na planecie Tattoine. Nie chce jednak robić tego twardą ręką czy terrorem, lecz chcąc zaskarbić sobie szacunek. Reszta ważnych graczy ma na temat inne zdanie, co potwierdza próba zamachu przez wynajętych zabójców. Kto i dlaczego? Pojawia się jeszcze nowy gracz, zajmujący się handlem przyprawą. Ciekawe, czy w tym świecie też się ta substancja nazywa melanż. 😉 Sytuacja staje się na tyle poważna, że prosi o pomoc… Mandalorianina.

boba fett2

Historia, choć trwa tylko 7 odcinków, jest dość poszatkowana. Sporo miejsca (gdzieś do 4 odcinka) zajmują retrospekcje, pokazujące wyrwanie się z gardła Sarlaca, przebywanie na pustyni z klanem Tuscenów, wreszcie uratowanie Shand oraz odzyskanie statku. Dzieje się dużo, choć początkowo to wszystko wydaje się bardzo chaotyczne. Jakby twórcy (scenarzysta i showrunner Jon Favreau oraz ekipa reżyserów pod wodzą Dave’a Filoni oraz Roberta Rodrigueza) bała się czegoś pominąć. To sprawia, że tempo jest bardzo nierówne. Powoli budowany świat dookoła, który poznajemy szybko i skrótowo, miasto w zasadzie to jedna ulica z kasynem oraz siedzibą burmistrza (pałac Boby/Jabby jest poza nim), co wygląda dość tanio. Jasne, po drodze poznajemy inne miejsca (głównie w retrospekcjach Boby), zaś sceny potrafią złapać za gardło swoim tempem oraz inscenizacją (napad na pociąg z Tuscenami czy finałowe starcie w mieście).

boba fett3

W ogóle sceny z przeszłości, gdzie osłabiony Fett trafia do plemienia Tuscenów najpierw jako niewolnik, by następnie stać się członkiem klanu interesowały mnie najbardziej. Powolne odzyskiwanie sprawności fizycznej, walka z potworami czy brawurowy atak na pociąg wciągały świetnie. Sceny bardziej dziejące się teraz wydają się szybko zawiązywane (choć główny prowodyr zamieszania nie jest do finału ujawniany). Do tego postacie poboczne w zasadzie robią za tło (burmistrz, szefowa kasyna, młodociany gang), a w dwóch przedostatnich odcinkach Fett w ogóle się nie pojawia. Dlaczego? Bo w piątym i szóstym odcinku „Księga Boba Fetta” zmienia się w… „Mandalorianina”. Dowiadujemy się, co stało z Din Djarinem, Grogu (nawet widzimy jak szkrab trenuje pod okiem Luke’a Skywalkera). Samo w sobie nie jest to niczym, ale to przecież nie o tym miał być ten serial. Wszystko kończy się strzelaniną w dość chaotycznym stylu, dając trochę zbyt wiele fan service’u, który wydawał mi się zbędny. Po co? Na co to komu? Nie można było z tym poczekać do 3. serii przygód Mando?

boba fett4

„Księgi Boba Fetta” wywołują bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony chce rozwijać znajome uniwersum, ale z drugiej za mocno patrzy za siebie. I to mocno podcina mu skrzydla w rozwinięciu swojego potencjału. Niby bawiłem się dobrze, ale poczucie niedosytu pozostało.

7/10

Radosław Ostrowski

Wielka woda

Netflix i polskie seriale to zazwyczaj chybiona mieszanka, choć to wynika z niewielkiego doświadczenia oraz docierania się obydwu stron. Niemniej coś się chyba zaczyna kiełkować, co pokazał drugi sezon „Rojsta”, dobrze odebrany „Sexify” (jeszcze nie widziałem) oraz temat obecnego tekstu. „Wielka woda” to kolejny serial reżysera Jana Holoubka i scenarzysty Kaspra Bajona, tylko tym razem skupia się na powodzi 1997 roku.

Akcja skupia się na Wrocławiu roku pamiętnego, kiedy Odra zalała miasto. Ale cofamy się parę tygodni do momentu, gdy trafia faksem notatka hydrolog Jaśminy Tremer (Agnieszka Żulewska). Poziom wody w Odrze rośnie w szybkim tempie. Władze miasta z inicjatywy zastępcy wojewody Jakuba Marczaka (Tomasz Schuchardt) ściągają kobietę w charakterze konsultanta, by nie dopuścić/zminimalizować straty. Jednym ze sposobów ma być wysadzenie wału przeciwpowodziowego wokół wsi Kęty. Mieszkańcy pod wodzą Andrzeja Rębacza (Ireneusz Czop) nie chcą się na to zgodzić, nie mówić już o przeniesieniu się do mieszkań zastępczych. Katastrofa wisi w powietrzu.

Sześcioodcinkowa historia rozbija się na parę mniejszych, by stworzyć mozaikę postaci, zdarzeń oraz realiów roku ‘97. Pokazania czasów, gdzie jeszcze nie wykorzeniła się mentalność PRL-u i nie do końca ufa się władzom. Te z kolei nie są do końca przygotowane na całą sytuację, zakładając optymistyczne scenariusze, nie posiadając aktualnych map i brakuje poczucia kto za co odpowiada. Biurokracja, burdel kompetencyjny oraz przepychanki polityczne były dla mnie jednymi z najciekawszych scen. Zderzenie człowieka z urzędniczą machiną, gdzie musi dojść do nieuniknionego błędu. Nieufność wobec władzy miesza się tutaj z oddolnymi inicjatywami, jednoczącymi ludzi.

Jednocześnie wszystko jest pokazane w skali mikro, z masą postaci na drugim i trzecim planie jak sprzedawczyni lokalnego sklepu, dr Góra, dziennikarka telewizyjna, diler narkotykowy. To pomaga zbudować koloryt i pokazać różne perspektywy, ALE jednocześnie można odnieść poczucie pewnego przesytu. Bo jak się odkryje ile postaci jest ze sobą powiązanych (głównie wokół naszej pani hydrolog), głowa może rozboleć, zaś wiele wątków bywa przeciągniętych (matka Tremer nie chcąca opuścić domu czy poszukiwania córki Marczaka przez ojca).

Niemniej muszę przyznać, że serial wciąga i trzyma w napięciu. Duża w tym zasługa realizacji, miejscami niemal dokumentalnej w formie, a jednocześnie imponującej skalą. Czuć, że był pieniądz. Imponuje scenografia oraz kostiumy, suspens potęguje ambientowa muzyka, nie brakuje też nawet świetnych scen zbiorowych. Próba wykurzenia mieszkańców wsi spod wału przeciwpowodziowego czy ostatnie odcinki z zalanym miastem wyglądają niesamowicie. Co jest imponujące zważywszy, że kino katastroficzne (a do tego gatunku „Wielka woda” wpisuje się) nie jest w Polsce realizowane zbyt często. Jedyny poważny zgrzyt wywołuje we mnie zakończenie, które sprawia wrażenie urwanego i nagłego, co mnie zaskoczyło in minus.

Wszystko to jednak jest fantastycznie zagrane, skupiając się na trzech postaciach: Tremer, Marczaka i Rębacza. Agnieszka Żulewska jest świetna jako zdeterminowana, trzymająca się faktów kobieta z dużym bagażem w tle. Wielu może zirytować ta postać, bo kolejna silna postać kobieta (konserwatywni faceci już dostają piany z ust), ale nie jest przejaskrawioną, przegiętą, antypatyczną, nieomylną wyrocznią. Kolejny raz błyszczy Ireneusz Czop, będący mimowolnym liderem mieszkańców wsi. Prosty facet postawiony w niezwykłej sytuacji, ale pozostaje ludzki (scena przeprawy po ciało ojca za pomocą łódki) i jego racje są zrozumiałe. Dla mnie całość skradł rewelacyjny Tomasz Schuchardt i nie tylko dlatego, że coraz bardziej wygląda jak Ron Swanson z „Parks and Recreation”. Marczak jest ambitnym urzędnikiem, który poważnie podchodzi do tematu, zaś w ostatnich odcinkach gra oczami tak, że w nich widać wszystko. Jego losem przejąłem się najbardziej. Na drugim planie nie brakuje znanych twarzy (m.in. Mirosław Kropielnicki, Leszek Lichota, Piotr Trojan, Łukasz Lewandowski, Anna Dymna czy – po raz ostatni na ekranie – Jerzy Trela), którzy wyciskają wiele i zapadają w pamięć.

Wielu porównywało serial Holoubka do „Czarnobyla”, co jest zrozumiałe. Obydwa tytuły pokazują wielką katastrofę z każdej perspektywy, imponują skalą i zderzają bezsilność władzy z walką ludzi wobec tragedii. Ale produkcja HBO była też aktem oskarżenia wobec skorumpowanego systemu opartego na kłamstwie, zaś „Wielka woda” nie ma aż takich ambicji. Nadal jednak pozostaje wartym polecenia tytułem jakiego na naszym podwórku nie było. Nie brakuje wad, ale zalet ma o wiele więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

Nawiedzony dwór w Bly

Mike Flanagan – chyba obecnie żaden reżyser kina grozy nie trzymał tak równego poziomu. Choć muszę przyznać, że widziałem niewiele tytułów w dorobku Amerykanina. Kolaboracja z Netflixem wydaje się być najowocniejsza, co pokazały realizowane dla nich mini-seriale „Nawiedzony dom na wzgórzu” i „Nocna msza”. Teraz wziąłem się za przeoczony „Nawiedzony dwór w Bly”, będącym czymś w rodzaju kontynuacji „Nawiedzonego domu…”. Bardziej jednak w stylu antologii, gdzie mamy niemal tą samą obsadę, samą ekipę oraz kolejną nawiedzoną posiadłość, tym razem czerpiąc z dorobku Henry’ego Jamesa. Oczywiście, lekko uwspółcześnioną i zmodyfikowaną.

bly manor1

Punktem wyjścia jest zbliżające się wesele młodej pary gdzieś w Kalifornii Roku Pańskiego 2007. Przybywa kobieta w wieku średnim w noc przed wielkim dniem, by opowiedzieć pewną historię. Historię o duchach, choć czy aby na pewno? Jest rok 1987, Londyn. Poznajcie Dani Clayton (Victoria Pedretti) – młodą Amerykankę, szukającej dla siebie pracy. W końcu zostaje zatrudniona jako guwernantka dwojga dzieci, którymi opiekuje się lord Wingrave (Henry Thomas). Dzieci przebywają w dworku w Bly po śmierci rodziców. Poza nimi w dworku są jeszcze kucharz Owen, służąca Hannah oraz ogrodniczka Jamie. Dzieciaki – Miles i Flora – są dość osobliwe, a ich zachowanie zmienia się czasem jakby ktoś użył magicznego guzika. Z czasem jednak guwernantka zaczyna zauważać kolejne dziwne rzeczy: ślady błota, głuche telefony, wreszcie jakieś sylwetki ludzi pojawiają się i znikają. Robi się niepokojąco, a zachowanie domowników nie pomaga.

bly manor2

Jeśli ktoś spodziewa się w pełni horroru, „Nawiedzony dwór w Bly” może wywołać rozczarowanie. Flanagan tutaj bardziej czerpie z gotyckiego… romansu, który ostatnio parę lat temu próbował zrealizować Guillermo Del Toro swoim „Crimson Peak”. Co jeszcze bardziej budziło obawy to fakt, że Flanagan napisał i wyreżyserował tylko jeden odcinek. Czy to mocno obniży poziom? O dziwo nie, ale inaczej są poukładane akcenty. Twórców nie interesuje serwowania krwi, wiader makabry czy nadużywania jump scare’ów, lecz budowaniu aury tajemnicy, poczuciu niepokoju oraz wywołaniu mętlika w głowie. Nadnaturalnym elementem tutaj są duchy, które są tutaj pozbawione twarzy i poruszają się niczym marionetki. Ale niektóre nie są nawet świadome, że nie żyją, coraz bardziej tracąc wspomnienia, osobowość, cel.

bly manor4

Serial pozornie prowadzi prostą opowieść, lecz z czasem zaczynamy poznawać kolejne tajemnice i sekrety domowników dworku. Każdy tutaj dostaje odrobinę czasu na poznanie, swoje pięć minut, nawet postacie w zasadzie już nieobecne jak poprzednia guwernantka (panna Jessel) czy uważany za zbiega Peter Quint. Kolejne nitki, sceny i tajemnice skrywane zarówno przez rodzinę (przyczyna śmierci rodziców, dziwne zachowanie Milesa w szkole, kim są duchy), jak i pierwotnych właścicieli (cudowny, przedostatni odcinek w całości czarno-biały) potrafią zaangażować, wciągnąć, poruszyć. Mętlik w głowie już wywołał odcinek piąty, pokazany z perspektywy gosposi Hannah, jednak dopiero pod koniec wszystko zaczyna się spinać w spójną całość.

bly manor5

Serial wygląda pięknie, imponuje scenografią i przywiązaniem do detali, kostiumy w scenach historycznych są okazałe. Tak samo grająca w tle bardzo klasyczna w stylu muzyka czy zabawa montażem. Tutaj technicznie ciężko się do czegokolwiek przyczepić, do czego Flanagan już zdążył przyzwyczaić. Tak jak do wielu znajomych twarzy: wraca Henry Thomas (bardzo wycofany i mocno pijący lord Wingrave), Oliver Jackson-Cohen (śliski, manipulujący Peter Quint), Kate Siegel (Viola) czy Carla Gucino (narratorka). Nie można nie wspomnieć Victorii Pedretti, która jest świetna jako panna Clayton i trzyma to wszystko w ryzach. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły dzieci, czyli Amelie Bea Smith i Benjamin Even Ainsworth, tworzący bardzo zniuansowany, wyrazisty duet. Bez cienia fałszu pokazują wszystkie emocje: od zagubienia, wycofania po gwałtowne wybuchy oraz momenty zawieszenia, co wprawiło mnie w osłupienie. Nie chcę bawić się w wyliczanki, ale tutaj naprawdę każdy ma swój moment na zabłyszczenie.

bly manor3

Jeśli miałbym jednak wskazać który sezon z antologii jest najlepszy, bez wahania powiedziałbym, że „Nawrócony dom na wzgórzu”. Ale „Bly Manor” również potrafi wielokrotnie zaskoczyć, trzymać w napięciu i wzruszyć. Skupia się bardziej na innych aspektach, przez co może wydawać się dziwny. Im dalej jednak w las, tym więcej zaskoczeń, niespodzianek oraz nieoczywistych momentów. Ja polecam bardzo.

8/10

Radosław Ostrowski

Człowiek kontra pszczoła

Co stanie się jak połączymy Netflixa z Rowanem Atkinsonem? Jeden z brytyjskich mistrzów komedii wraca w serialu – a jakże! – komediowym. Już tytuł mówi wszystko i pokazuje, że będziemy mieli do czynienia ze starciem jakiego na ekranie nie było od dawna. Kto tym razem wygra?

Bohaterem serialu „Człowiek kontra pszczoła” jest Trevor (Rowan Atkinson) – pracownik firmy zajmującej się opieką nad domem, kiedy właściciele spędzają wakacje lub są w dłuższym czasie poza swoimi czterema ścianami. Mężczyzna dopiero stawia swoje pierwsze kroki w tej profesji, zaś dom ma spory i z wieloma nowoczesnymi bajerami. Właścicielami są małżonkowie z wysokiej klasy społecznej, posiadający m.in. parę cennych dzieł sztuki oraz psa z alergią na orzechy. Powinien sobie poradzić w ten tydzień, prawda? Pojawia się jednak pewien mały problem w postaci małej pszczółki, która wlazła do domu. To oznacza WOJNĘ.

Jak się kończy cała konfrontacja dowiadujemy się na samym początku, gdy Trevor znajduje się… w sądzie gdzie zostaje uznany winnym niszczenia mienia, podpalenia i niebezpiecznej jazdy. To nie jest żaden spojler, już to pokazywały zwiastuny. Całość mocno opiera się na wizualnym humorze czy prostych, slapstickowych gagach. Pozornie proste sytuacje coraz bardziej eskalowały do niemal spektakularnego rozmiaru (jak choćby pies ganiający za owadem zamknięty w miejscu, gdzie po zamknięciu można je otworzyć tylko kodem). Wszystko to przypomina kreskówki w stylu Looney Tunes i jest parę rozbrajających perełek komediowych jak choćby próba włamania.

Co równie pomaga podczas oglądania to… czas trwania. Bo mamy tutaj 9 odcinków po 10-15 minut, co jest wielką rzadkością w przypadku komedii aktorskich. W czasach, kiedy seriale komediowe mają odcinki po pół godziny albo i więcej taka mała dawka jest bardzo odświeżającym doświadczeniem. Nie jest za długi, by się wynudzić, ale na tyle krótki, by szybko przejść do następnego. To daje całości bardzo dobry rytm, mimo przewidywalności czy miejscami absurdalnej logiki. Innym (ale drobnym) problemem mogą być bardziej poważne rzeczy związane z przeszłością Trevora. Otóż jest to rozwiedziony facet, który został wyrzucony z domu i chce naprawić swoje relacje z rodziną (szczególnie z córką). Rozumiem, że to jest potrzebne, byśmy nie mieli do czynienia z klonem Jasia Fasoli, jednak (poza finałem) wydaje się on zbędny.

Natomiast serial potwierdza jak świetnym aktorem jest Rowan Atkinson. To jest jeden z nielicznych komików, który żadnej sytuacji nie gra w sposób przejaskrawiony czy przerysowany. Po raz kolejny pokazuje, że można być zabawnym w bardziej subtelny sposób. I kolejny raz to działa, co pokazują zarówno interakcje z policjantem (m.in. gdy Trevor ma na sobie futro, będąc totalnie brudnym czy kiedy pszczoła weszła do nogawki spodni.) czy wszelkie próby pozbycia się owada. Owada zrobionego komputerowo, ale nie wywołującego zgrzytu ani dezorientacji.

„Człowiek kontra pszczoła” był dla mnie bardzo przyjemną niespodzianką. Niby krótki, ale potrafi śmieszyć bardziej niż wiele współczesnych komedii, co trwają za długo. Bardzo treściwie, konkretnie i bez nudy. Ciekawe, czy ktoś jeszcze odważy się pójść w tym kierunku.

7/10

Radosław Ostrowski

Zachowaj spokój

Jak wszyscy wiemy, Netflix podpisał umowę na współpracę z pisarzem Harlanem Cobenem na adaptacje jego książek. Nie można jednak pozbyć się wrażenia, że schemat jest dziwnie znajomy. Zwykłe zwykłej, szarej rodziny zostaje wywrócone do góry nogami, gdzie każdy ma swoje tajemnice. Nie inaczej jest w przypadku drugiego polskiego serialu według powieści Amerykanina „Zachowaj spokój”. Oczywiście, że fabuła została przeszczepiona na nasze podwórko. I oczywiście powieści nie czytałem.

zachowaj spokoj1

Akcja toczy się w jednym z zamkniętych (w sensie odgrodzonych) osiedli w znanym mieście, co leży między Pruszkowem a Wołominem. Wśród mieszkańców tego osiedla są m.in. rodzina Barczyków. Oboje wychowują dwójkę dzieci: nastoletniego Adama i chodzącą do podstawówki Olę. Matka, mająca obsesję na punkcie kontroli, instaluje w swoim telefonie oprogramowanie szpiegowskie, będąc zaniepokojona dziwnym zachowaniem. Być może wynik to z faktu, że niedawno w wyniku przedawkowania zmarł jego przyjaciel. Na telefon chłopaka trafia wiadomość, że ma zachować spokój i trzymać gębę na kłódkę. Wieczorem Adam znika bez śladu, a przerażona matka próbuje szukać dziecka. Jak się okazuje zaginięcie Adama i śmierć Igora są mocno powiązane ze sobą.

zachowaj spokoj2

Twórcy serialu (reżyserze Marcin Gazda i Bartosz Konopka oraz duet scenariuszowy Agata Malesińska/Wojciech Miłoszewski) nie zaskakują konwencją, nie wywracają niczego do góry nogami. Budują aurę tajemnicy, mylą tropy, podrzucają kolejne wątki, gmatwając całą układankę (ośrodek dla młodzieży Guru, tajemniczy duet morderców, skrywający tajemnice nastolatkowie). Początkowo może wydawać się bardzo chaotyczne, wywołując kompletną dezorientację, ale też angażując i wciągając. Wszystko po to, by ustalić dokąd to wszystko zmierza, czy te sprawy są ze sobą powiązane oraz o co tu tak naprawdę chodzi. Wszystko to jest zgrabnie poprowadzone, choć czasami ilość twistów może przyprawić o ból głowy. W drugiej połowie wszystko przyspiesza, pewnych rzeczy można się domyślić, zaś finał… hmm, na pewno wielu podzieli i spolaryzuje.

zachowaj spokoj3

Przy okazji „Zachowaj spokój” robi jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, jest (pośrednio) kontynuacją losów pary bohaterów z „W głębi lasu”, czyli Pawła Kopińskiego oraz Laury Goldstein (oboje znowu są grani przez Grzegorza Damięckiego i Agnieszkę Grochowską). Jeśli jednak liczycie na wyjaśnienie ostatniej sceny tamtego serialu, to… będziecie rozczarowani. Do tamtej historii w ogóle się nie wraca. Nie są oni jednak tylko odwołaniem do poprzednika, ale odgrywają istotną rolę w rozwiązaniu układanki. Druga sprawa to skupienie na relacji rodzic-dziecko, gdzie trudno jest ustalić granicę między zaufaniem a kontrolą. A także najważniejsze: co może zrobić rodzic, by chronić swoje dziecko. Przed wszystkim, cokolwiek by to było. I co zrobić w takiej sytuacji?

zachowaj spokoj4

To jest kompetentnie zrobiony serial na raz, bo nie ma powodu wracać do niego. Trudno się też (może poza dźwiękiem w paru miejscach) przyczepić do warstwy technicznej. Aktorsko też jest bardzo solidnie i nawet bardzo młodzi aktorzy udźwignęli całość (mi najbardziej przypadli Agata Łabno oraz Mikołaj Śliwa). Magdalena Boczarska i Leszek Lichota wypadają przekonująco jako główni bohaterowie, choć to ona wydaje się bardziej energiczna, zdeterminowaną bohaterką z paroma tajemnicami. Nawet w drobnych rolach pojawiają się twarze m.in. Mirosława Zbrojewicza, Anny Krotoskiej, Bartłomieja Topy czy Wiktorii Gorodeckajej. Nie wszyscy wydają się istotni, co może budzić pewien przesyt. Za to szoł kradnie dla mnie Jacek Poniedziałek jako demoniczny łysol Natan z lolitkowatą Justyną Wasilewską, czyli Wierą. Pojawiają się rzadko, ale za każdym razem są świetni.

zachowaj spokoj5

Kolejna solidna produkcja Netflixa na książkowym patencie Cobena. Czyli z wieloma zakrętami, porządnym aktorstwem oraz sprawną realizacją. Jest parę drobnych potknięć i dziur logicznych, niemniej nie ma miejsca tutaj na nudę. Na jesienny wieczór będzie pasować idealnie.

7/10

Radosław Ostrowski

Oddychaj

Ktoś kiedyś powiedział, że najlepsze są najprostsze rozwiązania. Chyba tym się kieruje Netflix, robiąc seriale z niezbyt dużym budżetem, znanymi twarzami. Chociaż od nadmiaru tych tytułów wiele zostaje przeoczonych, niezauważonych. Jaki jest przypadek mini-serialu „Oddychaj”?

oddychaj1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: bohaterką jest Liv (Melissa Barrera) – prawniczka sporej kancelarii, niemal w całości skupiona na pracy, nie posiadając uporządkowanego życia prywatnego. Kobieta czeka na samolot do Iverik, jednak lot zostaje odwołany. Na szczęście trafia na prywatny lot dwójki facetów w kierunku wspomnianego miasta. Wszystko wydaje się zmierzać w dobrą stronę, jednak maszyna rozbija się. Cało wychodzi tylko Liv i jest zdana tylko na siebie, by przetrwać w dziczy. Z dala od cywilizacji, bez zasięgu telefonów oraz bez doświadczenia.

oddychaj2

Serial niejako dzieje się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza skupia się na przetrwaniu Liv, która wydaje się nie mieć doświadczenia z tego typu sprawami. I początkowo wydaje się bardzo nieporadna, zaś pierwsze próby zapalenia ogniska czy zdobycia pożywienia… cóż, parę razy rzuca mięsem. Powoli zaczyna jednak radzić sobie z otoczeniem. Nie znaczy to, że stała się nową Larą Croft czy innym Bearem Gryllsem. Popełnia błędy działając instynktownie, przez co pakuje się w poważniejsze problemy. Nie jest to jednak serial brutalny, pełen krwi oraz przemocy, co dla wielu może być rozczarowaniem. Ale jest to pokazane na tyle przekonująco i satysfakcjonująco, że chce się oglądać do końca. A fakt, że to tylko sześć odcinków po około 30 minut na pewno pomaga.

oddychaj3

Sceny przetrwania przeplatają się z chwilami wspomnień zarówno z pracy, jak i domu. Te momenty przeplatają się ze sobą, pokazując jak wiele ta postać ma za sobą. Odejście psychicznie chorej matki-artystki, śmierć ojca, zbyt duże poświęcenie się pracy, nieplanowana ciąża – takich przeżyć starczyłoby na kilka życiorysów. Jakby tego było mało, kobieta zaczyna mieć zwidy. Czy to halucynacje ze zmęczenia, wewnętrzny głos, czy może choroba psychiczna? Frapuje to, choć odpowiedzi jednoznacznej brak. Ta przeplatanka „teraz” i „kiedyś” działa najmocniej, pokazując pewną powolną przemianę bohaterki. Barrera dźwiga „Oddychaj” na swoich barkach i wypada wiarygodnie jako zagubioną korpo-sukę zderzoną z siłą natury. Reszta postaci jest w zasadzie poprawna, w tle gra dość drażniąca uszy muzyka ambientowa, zaś krajobrazy wyglądają bardzo ładnie.

oddychaj4

Nie oczekiwałem zbyt wiele, a dostałem porządny tytuł z survivalem w roli głównej. Może zbyt prosty i z paroma zbiegami okoliczności, ale wciągający oraz angażujący emocjonalnie. Tylko i aż tyle, doceniając dostęp do technologii.

7/10

Radosław Ostrowski

Klangor

Klangor to odgłos wydawany przez żurawie, będący zapowiedzią wiosny. To także tytuł serialu kryminalnego Canal+, którego scenariusz powstał podczas organizowanych przez stację warsztatów scenariuszowych. Napisał go debiutant Kacper Wysocki, a realizacją zajął się znany w latach 90. autor zdjęć oraz nabierający coraz większego doświadczenia reżyser Łukasz Kośmicki. I kolejny raz się okazuje, że opowieści z kryminalnym tłem wychodzą nam na małym ekranie zadziwiająco dobrze.

klangor1

Akcja tym razem osadzona jest w Świnoujściu, zaś głównym bohaterem nie jest policjant ani prywatny detektyw, tylko… psycholog więzienny Rafał Wejmar. Mieszka w domu razem z dwoma nastoletnimi córkami (Hania i Gabrysia) oraz psami, żona pracuje w Reichu, gdzie co jakiś czas ją odwiedza. Najczęściej z córkami, jednak w ten weekend ostatecznie dzieje się inaczej. Dziewczyny zostają w domu (a dokładnie Gabi, bo Hania idzie na imprezę) i to uruchamia lawinę wydarzeń. Najpierw ucieka jeden z więźniów (psychicznie chory Emil Knapik), w samym więzieniu prowadzone jest dochodzenie w sprawie handlu dopalaczami, a Gabrysia znika bez śladu. Mało problemów? To jeszcze jej chłopak zostaje wyłowiony z rzeki z poderżniętym gardłem. Rafał nie decyduje się tego ostatniego faktu zgłosić na policję, czego reszta domowników nie rozumie.

klangor2

Jeśli do czegoś można porównać „Klangora”, to do skandynawskich kryminałów, lawirując między śledztwem a wątkiem obyczajowym. Można czasem odnieść wrażenie, że to drugie dominuje przez większość seansu. Czy to jednak jest wada? Dla mnie nie, bo ta historia o rodzinie, gdzie niejako każdy żyje swoim życiem, a relacje są bardzo luźne. W końcu dochodzi do wykolejenia, które albo doprowadzi do ostatecznego rozpadu, albo wzmocni ją. Serial ma dość powolne tempo, ale pomaga ono bliżej postać każdą z kluczowych postaci dla historii. A tych jest sporo (Wejmarowie, bracia Ryszka, Knapik, komisarz Schulz) i nikt nie jest tutaj wciśnięty na siłę. Kośmicki bardziej się skupia na pokazaniu jaki ferment wywołują te wydarzenia na rodzinę, przez co angażuje emocjonalnie w większym stopniu niż bym się spodziewał. Zagadka kryminalna, mimo iż 1-2 rzeczy się domyśliłem, też parę razy zaskakiwała i wprowadziła parę razy w pole. I w przeciwieństwie do wielu seriali kryminalnych z naszego podwórka, trzyma w napięciu do samego końca, bez popadania w śmieszność, przerysowanie i nie wywalające się na ten swój ryj.

klangor3

Wszystko to spotęgowane jest bardzo mrocznym klimatem. I nie chodzi mi o nocne ujęcia, ale absolutnie znakomite zdjęcia Witolda Płóciennika. Niemal wyprane z kolorów (poza żółtą kurtką bohatera) budują aurę tajemnicy, nawet statyczne ujęcia są statyczne tylko z nazwy, zaś masa kadrów jest zrobiona jakby z perspektywy podglądacza. Czy to przez płot, przez okna wywołują poczucie zagrożenia albo mogącego nastąpić wybuchu. W wielu takich ujęciach muzyka wchodzi na pierwszy plan, zagłuszając wszystkie inne dźwięki, a my widzimy tylko reakcje na znane już nam informacje. Co jest bardzo sprytnym zabiegiem i pozwala uniknąć powtórzeń – bardzo odświeżające doświadczenie.

klangor4

W zasadzie jedyną rzeczą, do jakiej można się przyczepić to fakt, że postacie kobiece wydają się dość jednowymiarowe, a ich obecność ogranicza się do odczuwania bólu i cierpienia. Tutaj można było je lepiej rozpisać, ale to wymagałoby innej perspektywy. Można jeszcze zauważyć, że finał troszkę przyspiesza akcję, zaś kilka wątków pozostaje otwartych, ale to już jest czepianie się na siłę. Nie psuje to bardzo pozytywnego wrażenia. Aczkolwiek niektóre dialogi brzmią dość niewyraźnie i parę razy musiałem cofać, by zrozumieć kilka słów.

klangor5

Także pod względem aktorskim. Kolejny raz klasę potwierdza Arkadiusz Jakubik w roli Rafała Wejmara, który ma tutaj kilka oblicz. Potrafi być zarówno empatyczny, jak i wściekłym desperatem zdolnym do wszystkiego, by odnaleźć swoją córkę. Balans między mrokiem a światłem w nim oraz pewnie znieczulenie wynikające z pracy pokazują bardzo złożony portret psychologiczny, bez popadania w fałsz. Równie skomplikowany jest absolutnie rewelacyjny Piotr Witkowski jako Krzysztof Ryszka, którego życie (prywatne i zawodowe) to jeden wielki chaos, który kompletnie wymknął się spod kontroli. To postać bardzo fascynująca, która z każdym odcinkiem jest coraz ciekawsza i najbardziej było mi jej żal. Sporymi niespodziankami byli Wojciech Mecwaldowski (Piotr Ryszka) oraz Konrad Eleryk (Emil Knapik) – pierwszy mocno wychodzi z szufladki aktora komediowego, pokazując kompletnie nieznane oblicze, drugi bez popadnięcia w karykaturę pokazuje psychicznego więźnia, wywołując na przemian współczucie i zgrozę. Złego słowa nie jestem w stanie powiedzieć o młodej obsadzie, która wypada co najmniej dobrze (szczególnie Katarzyna Gałązka jako wycofana Hania). Nawet Maciej Musiał (Ariel) nie wywoływał irytacji, co samo w sobie jest sporym osiągnięciem.

klangor6

Nie jestem zdziwiony zachwytami nad „Klangorem”, bo to bardzo dobrze napisany i wyreżyserowany 8-odcinkowy serial. Duet Kośmicki/Wysocki trzyma wszystko w ryzach, wciąga do ostatnich scen, a nawet bardziej brutalne, szokujące momenty wydają się być na miejscu. Fantastycznie zagrany oraz wykonany tytuł, który znajome schematy ogrywa w mniej oczywisty sposób. Nie mogę doczekać się kolejny produkcji sygnowanych przez obydwu panów.

8/10

Radosław Ostrowski

Ona się doigra – seria 1

Przenoszenie filmów na seriale to zjawisko ostatnimi czasy bardzo popularne. Że może powstać coś interesującego pokazały takie przypadki jak „Hannibal”, „Fargo” czy „Bates Motel”. W 2017 dla Netflixa postanowił zrobić coś takiego sam Spike Lee, realizując w formie serialu współczesny remake debiutanckiego filmu z 1986 roku. Czy „Ona się doigra” jest udaną oraz potrzebną produkcją?

ona sie doigra1-1

Tak jak w oryginale, główną bohaterką jest Nora Darling (DeWanda Wise) – młoda, aspirująca artystka z Fort Greene, czyli osiedla w Brooklynie. Mieszka sama i próbuje się przebić w świecie artystycznym, by się utrzymać. Jednocześnie umawia się z trzema facetami, którzy o sobie nie wiedzą: biznesman Jamie, fotograf/model Greer oraz działający w social mediach Mars. Każdy z nich jest inny, wygląda inaczej, ale dla wszystkich dziewczyna jest obiektem pożądania. Jednak Nola nie zamierza zamknąć się w społecznej szufladce, a żeby jeszcze skomplikować sprawę, na horyzoncie pojawia się była dziewczyna, Opal. Może się jeszcze spikną?

ona sie doigra1-2

Jeśli myślicie, że Lee ograniczył się tylko do skupienia się na tym wielokącie, to ten serial nie potrwałby zbyt długo. Bo Nora jest też malarką, która próbuje się utrzymać ze swojej sztuki oraz kinomanką, są jeszcze jej kumpele (jedna to tancerka w nocnym klubie, druga prowadzi galerię sztuki), terapeutka oraz dyrektorka szkoły (mówiąca o sobie w trzeciej osobie Raqueletta Moss) czy ekscentryczny artysta-bezdomny Papa. To wszystko tworzy koloryt tej dzielnicy Brooklyna, gdzie nie brakuje zarówno spięć między białymi i czarnymi (co kończy się wręcz aresztowaniem Nory). To jednak nie jest najważniejszym wątkiem tego serialu, lecz perturbacje Nory ze światem.

ona sie doigra1-3

Lee potrafi parę razy zaskoczyć w realizacji. Nie brakuje scen w niemal teledyskowym stylu jak podczas piosenki Randy’ego Newmana o Donaldzie Trumpie, chwili gdy Nola odwiedza cmentarz na grobach osób ją inspirujących czy niemal tanecznym finale w Święto Dziękczynienia. Muzyka bardzo się tutaj wybija i nie chodzi tylko o jazzowe nuty, lecz bardziej współczesne kawałki, gdzie pojawia się… okładka płyty. Także nie brakuje szybkich zbitek montażowych jak na początku podczas gadek na podryw, co jednak pokazuje wysoką formę Nowojorczyka.

ona sie doigra1-4

I jak to jest świetnie zagrane, głównie przez mniej znane mi twarze (poza Anthonym Ramosem jako niedojrzałym, niepoważnym Marsem – nie do rozpoznania). DeWanda Wise absolutnie błyszczy jako bardzo wygadana, pewna siebie Nora. Pozornie może wydawać się pokręcona, chociaż jej idea bycia niezależną od wszystkich (w tym od mężczyzn) budzi we mnie respekt, zaś łamanie czwartej ściany tylko dodaje zadziorności. Także trzej partnerzy (wspomniany Ramos, Cleo Anthony i Liryq Bent) fantastycznie się uzupełniają, wyróżniając się innymi cechami charakteru: od poczucia stabilności i opiekuńczości przez pewność siebie po luz. Poza nimi najbardziej mi zapadli w pamięć świetni Elvis Nolasco (uważany za „burmistrza” Papo), De’Adre Aziza (dyrektorka Raqueletta Moss) orz Heather Headley (dr Jameson), choć pozostali aktorzy wypadają bez zarzutów.

ona sie doigra1-5

Pierwszy sezon „Ona się doigra” to zgrabny remake, który nie jest tylko prostym odpicowaniem oryginału. Chociaż po pierwszym odcinku można było odnieść takie wrażenie, im dalej w las Spike Lee idzie w innym kierunku, sięgając po inne środki wyrazu oraz nie tracąc zmysłu obserwatora. Szkoda tylko, że następny sezon będzie ostatnim, ale i tak go obejrzę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bardzo długa noc – seria 1

Kolejny hiszpański serial od Netflixa, który chce być tak skomplikowaną układanką jak „La casa de papel”. Intryga jest tak piętrowa, że nie da się jej opowieść w sześciu odcinkach i ewidentnie jest rozpisana na kilka sezonów. Czy będzie drugi? Czas pokaże, bo zbyt dużo się tu dzieje i jest to urwane w tak kluczowym momencie, że brak kontynuacji będzie zwyczajną zbrodnią.

„Bardzo długa noc” zaczyna się od aresztowania niejakiego Simona „Kajmana” Lago (Luis Callejo), który okazuje się być seryjnym mordercą. Zostaje ostrzeżony wcześniej przez telefon, jednak nie decyduje się na ucieczkę. Zamiast policyjnego aresztu trafia do pół więzienia, pół szpitala psychiatrycznego Monte Baruca. Jednocześnie tajemniczy przyjaciel organizuje ekipę, która ma wyciągnąć świeżo upieczonego więźnia. I to zanim rano przyjedzie do sądu, by złożyć zeznania. Problem jednak w tym, że naczelnik więzienia (Alberto Ammann) nie chce go wydać. Nie dlatego, że nie może, ale sam jest w pułapce. Jeśli wypuści Lago, jego córka zostanie zabita.

Myślicie, że to jest problem? Wszystko coraz bardziej zaczyna się komplikować, bo wszystko niejako zawala się jednocześnie na głowę. Bo część więźniów planuje ucieczkę, coraz większe są napięcia między więźniami/pacjentami a strażnikami, jeszcze naczelnik Hugo przyjeżdża z dwójką pozostałych dzieci (bo nie ma z kim zostawić – jest Wigilia) i zostaje od nich rozdzielony. Do tego jeszcze podchody oraz próby samodzielnego rozwiązania sytuacji (czytaj: oddanie Lago grupie), zaczynamy poznawać bliżej kilku istotnych skazańców (Cherokee, Manuela, Javi, Nuria) oraz paru strażników. Intensywność wydarzeń nie pozwala na jakąkolwiek nudę, chociaż logika czasami robi sobie wolne.

Osadzenie historii w więziennej przestrzeni bardzo pomaga w budowaniu klimatu izolacji oraz osaczenia. Równie sprawne są zdjęcia i montaż, pomagając ogarnąć ten cały chaos. Jednak coraz bardziej intensywne sytuacje oraz kolejne przerzutki mogą wywołać zniecierpliwienie. Zwłaszcza, że finał niejako urywa się w dramatycznym momencie, nie wyjaśniając w zasadzie zbyt wiele i zostawiając masę pytań. Bo kim jest ten tajemniczy zleceniodawca? Co go łączy z Lugo oraz dlaczego jest on taki niewygodny? Jak się skończy konfrontacja więźniów ze strażnikami? Oraz co zrobić, gdy za chwile przyjedzie policja?

Rzeczywiście jest to „Bardzo długa noc”, gdzie nie brakuje głupot, naciąganych sytuacji oraz masy zbiegów okoliczności. Nie potrafię się jednak gniewać, bo historia zwyczajnie wciąga, zagrane jest to solidnie, a napięcie odczuwalne. Jak nie będzie ciągu dalszego, to się wkurzę nie na żarty.

7/10

Radosław Ostrowski

Prawnik z Lincolna – seria 1

Chyba obecnie żaden autor kryminałów nie jest tak lubiany przez filmowców jak Michael Connelly. Szczególnie przez platformy streamingowe. Najpierw Prime Video wzięło na warsztat serię o detektywie Harry’m Boschu (7 sezonów i jeden spin-off) od Erica Overmeyera, czyli współtwórcy „The Wire”, a teraz Netflix wziął na warsztat cykl o Mickeyu Hallerze – tytułowym prawniku z Lincolna. Tutaj już palce maczał weteran telewizji David E. Kelley, który na serialach prawniczych zjadł zęby („Prawnicy z Miasta Aniołów”, „Kancelaria adwokacka”, „Ally McBeal”, „Orły z Bostonu” czy powstałe niedawno „Goliath”, „Od nowa” i „Anatomia skandalu”).

Nie jest jednak oparta na pierwszej części, która była przeniesiona na duży ekran w 2011 roku (hallera grał Matthew McConaughey), lecz drugiej powieści „Ołowiany wyrok”. Haller (tutaj grany przez Manuela Garcię-Ruffo) przez półtora roku nie wykonywał procesji prawnika, tylko leczył się z wypadku podczas surfingu. Oraz z uzależnienia od leków przeciwbólowych. Wszystko się jednak zmienia po spotkaniu z sędzią przewodniczącą Holder. Ta informuje go o śmierci dawnego kolegi, Jerry’ego Vincenta oraz fakcie, że… przekazał mu swoją kancelarię. I jego sprawy w tym Trevora Elliotta, geniusza komputerowego oskarżonego o zabójstwa żony i kochanka. Razem z asystentką Lorną oraz pracującym dla niego detektywa Cisco próbuje obronić klienta.

Innymi słowy to thriller z elementami dramatu sądowego, skupiona na głównym wątku i paru pobocznych. Bo Haller musi pokazać swoją dyspozycję w innych, „lżejszych” sprawach, które nie wymagają dużej analizy czy opinii ekspertów. Takie mikroscenki dodają odrobinę lekkości i humoru, ale to nie jedyne momenty niejako dodane do całości. Bo jeszcze jest była żona, prokurator Maggie McPherson (Neve Campbell), z którą ma córkę i próbuje być częścią jej życia. Kobieta jeszcze prowadzi sprawę o handel ludźmi niejakiego Angelo Soto, gdzie nie brakuje napięcia oraz momentów bezsilności skomplikowanego systemu prawniczego. Pojawiają się pewne zaskoczenia i komplikacje, które dopiero po procesie zostają ostatecznie wyjaśnione. Wciąga ta historia, choć technicznie nie wyróżnia się niczym z tłumu (może poza rozmowami Mickeya z nowym kierowcą Izzy o mechanizmach związanych z procesem).

10 odcinków mija szybko, nie ma poczucia znużenia ani rozciągnięcia na siłę. A to nie jest takie łatwe zadanie, zrobić klasyczny w formie serial oparty na rozwiązaniu zagadki. To mógłby być spokojnie serial osadzony w tym samym świecie, co „Bosch”, czyli kryminalny/sądowy thriller w klimacie kina lat 90. Czy to jest wada? Dla mnie niekoniecznie, bo dialogi są cięte, powolne odkrywanie kolejnych tropów i poszlak zwyczajnie wciąga, zagrane jest to co najmniej solidnie, gdzie Garcia-Ruffo jako Haller błyszczy charyzmą oraz pozornym spokojem, rzadko pozwalając sobie na inne emocje. Poza nim wybija się Christopher Gorham jako oskarżony Trevor Elliot, sprawiający wrażenie oderwanego od świata bogacza, który nie zabił swojej żony. Przynajmniej tak twierdzi. Reszta postaci trzyma poziom, zapadając w pamięć na parę minut, a nie starczyłoby czasu na wymienienie wszystkich.

Zakończenie zostawia furtkę na ciąg dalszy (który nastąpi w przyszłym roku), co cieszy mnie bardzo. W czasach, gdy niemal każdy serial musi być albo PUNKTEM PRZEŁOMOWYM w historii, albo BARDZO AMBITNĄ porażką, obejrzenie bezpretensjonalnego, kompetentnie zrealizowanej czysto rozrywkowej produkcji jest bardzo odświeżające. Od czasu „Boscha” nie miałem takiej czystej frajdy w oglądaniu prostego, lecz nie prostackiego serialu.

7/10

Radosław Ostrowski