Mały topór

Antologie serialowe z reguły są trudne do zrealizowania. Szczególnie, jeśli biorą się za bardzo ważny i poważny temat. Taki sobie cel przyjął „Mały topór” – koprodukcja BBC i Amazona w reżyserii Steve’a McQueena. Nie są ze sobą powiązane za pomocą postaci, lecz tematu: rasizmu oraz nietolerancji wobec osób o ciemnej skórze. Dokładniej ludzi z Karaibów w Londynie od lat 60. do początku lat 80. Czyli będzie poważnie, górnolotnie, patetycznie i jeszcze nawalając symboliką? Otóż… niekoniecznie.

Jasne, każda historia jest podana w sposób dramatyczny, jednak reżyser unika jak ognia stosowania emocjonalnego szantażu czy prostego podziału: dobry czarnoskóry-zły biały. Więcej jest tutaj odcieni szarości, zaś uprzedzenia dotyczą obydwu stron. Wiec jak je przełamać? Zwłaszcza, że system niejako odgórnie narzuca traktowanie czarnoskórych jako gorszych, nie dając im szans na edukację czy porządną pracę. I to z dzisiejszej perspektywy wydaje się nie do uwierzenia. Jeszcze bardziej zaskakuje, że każdy z odcinków mógłby spokojnie być pokazywany jako film. Zwłaszcza otwierający całość dwugodzinny „Mangrove”.

Każdy z odcinków odnosi się do prawdziwych wydarzeń lub postaci, choć nie zawsze pojawia się taka informacja pod koniec. Bardzo mi imponuje z jaką szczegółowością odtworzono realia tych czasów. Scenografia i kostiumy z wplecioną muzyką „czarną” w tle (głównie reggae) wyglądają niesamowicie, tak jak fantastyczne zdjęcia, niemal skupione na detalach. McQueen prowadzi każdą z opowieści tak, że zanurza się w nich od razu. Czy jest to walka z systemem sądowym właściciela restauracji Mangrove w Notting Hill, opowieść o pierwszym czarnoskórym policjancie znienawidzonym przez swoich i obcych (wszelkie skojarzenia z „Serpico” na miejscu), nieznającym swoich korzeni młodym chłopaku czy dziecku, które trafia do szkoły specjalnej. Jak bardzo odgórne jest nastawienie wobec obcych – podobno już jest trochę lepiej, ale prawda jest jedna: mentalności nie zmienisz za pomocą przepisów czy regulacji prawnych. To trzeba zrobić działaniami, choć jest to bardzo mozolna, ciężka praca. No i jeszcze w jedności siła, choć sama społeczność jest podzielona.

Nie wszystkie odcinki dotykają jednak spraw poważnych. Zaskoczeniem był dla mnie odcinek drugi, opowiadający o dziewczynie trafiającej na nocną domówkę. Ten odcinek bardzo płynie z rytmem, jest wręcz impresyjny, zdominowany przez taniec, brzmienia reggae w niemal spowolnionym tempie. Bardzo przyjemnie to buja, ale pod tym wszystkim kryje się także obserwacja relacji damsko-męskich, gdzie kobieta wydaje się być ograniczana do roli zdobyczy. I że nie może mu się sprzeciwić, kiedy chce ją zaliczyć.

I jak to jest fantastycznie zagrane, choć rozpoznawalnych twarzy jest niewiele. Trudno mi tu kogokolwiek wyróżnić, bo nie ma tutaj złych ról. Mógłbym wymienić takie nazwiska jak Shaun Parkes, Letitia Wright, Malachy Kirby, John Boyega czy Amarah-Jae St. Aubyn. Tylko, że to byłaby tylko wyliczanka bez końca, bo na pewno kogoś bym pominął z tego grona. Każdy wyciągnął ze swojej postaci maksimum możliwości, pomagając w wybrzmieniu tego niewygodnego tematu. Fantastyczna robota każdego bez wyjątku.

„Mały topór” jest bardzo świeżym oraz – moim zdaniem – bardzo uczciwym pokazaniem tematu rasizmu, wrogości oraz wzajemnych uprzedzeń. A także heroicznej, choć pozbawionej wielkich słów, walki o swoją godność i bycie traktowanym jak inni ludzie. Bardzo mocna, miejscami stonowana, ale bardzo angażująca mozaika.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Na poboczu

Co nowego można opowiedzieć na temat polityków? Wydaje się, że po „House of Cards” historie ludzi dążących do wielkiej władzy, mierzącymi się z rzucanymi pod nogi kłodami. Prawda? Więc po co iść dalej w tą stronę? Takiego pytania nie postawił sobie scenarzysta David Hare i dla BBC stworzył miniserial „Na poboczu”.

Poznajcie Petera Laurence’a. Gdy go widzimy pierwszy raz, wychodzi z sądu po wygranym procesie w sprawie oszczerstwa. A jest nie byle kim, bo ministrem, chociaż niezbyt prestiżowego departamentu. Ludzie go lubią, bo mówi bez owijania w bawełnę, wydaje się człowiekiem sukcesu, choć z poglądami troszkę innymi niż swoja partia. Jednak sytuacja zaczyna się coraz bardziej komplikować, a zapalnikiem jest informacja o tym, że mężczyzna może mieć trzecią córkę. Tylko, że nie ze swoją żoną, zaś dziewczyna siedzi w więzieniu.

Cztery odcinki po niecałą godzinę wydają się być odpowiednim czasem dla tego typu produkcji. „Na poboczu” miesza wątki obyczajowe i polityczne, gdzie nie można być pewnym komu ufać. Tutaj bronią jest informacja, głównie dotycząca wszelkich brudów, haków i tajemnic, które od dawna są ukryte. Zwłaszcza jeśli jest się człowiekiem o dużych wpływach oraz koneksjach. Przecieki, gra na dwóch frontach, powiązania polityki z biznesem, lobbingiem i wielką kasą, a także wpływ kłamstw, sekretów zmieszanych z żądzą władzy na życie prywatne. Na papierze brzmi to co najmniej dobrze, ale coś tu nie gra. To wszystko wydaje się jakieś takie płytkie, a poczucie zagrożenia i napięcia jest tylko pozorowane. Najgorsze jest to, że prawdziwe cele wszystkich graczy są bardzo trudne do rozgryzienia. Wiem, że polityka to gra pozorów, zaś główne cele padają między wierszami. Zarówno życie prywatne Laurence’a, jak i polityczne plany wydają się nie być do końca wyeksploatowane. Przeszkadza też spora ilość wątków pobocznych, gdzie część ma jeszcze sens (prowadzone dziennikarskie śledztwo w sprawie przeszłości ministra), ale też jest parę zbędnych momentów jak wątek z kochanką czy asystenta działającego na własną rękę. Także wszelkie spotkania polityka z panią premier – teoretycznie mające pomóc w budowaniu napięcia – zwyczajnie nudzą.

Jeszcze bardziej niesatysfakcjonujący jest zarówno wątek nieślubnej córki (choć sama postać jest bardzo nieźle napisana) oraz finał. Ten drugi boli także z powodu użycia przeskoku czasowego oraz potencjalnej furtki na kontynuację. Równie bolesny jest fakt, że aktorzy nie mają w zasadzie zbyt wiele do roboty. Są najwyżej solidni, jednak brakuje wyrazistości tym kreacjom. Nawet grający główną rolę Hugh Laurie, które charyzmę można zmierzyć w tonach, sprawia wrażenie jadącego na autopilocie. Chociaż on pozostaje najmocniejszym punktem tego dzieła, a za zmarnowanie Helen McCrory twórcy powinni siedzieć. O reszcie albo się nie pamięta, albo nie zwraca uwagę, co jest zadziwiające.

Jeśli miałbym opisać jednym zdaniem „Roadkill”, brzmiałoby: To największe marnotrawstwo w historii BBC. Kompletnie przeciętna produkcja pozbawiona polotu i nie wnosząca niczego do tematu polityki. Bardzo daleki krewny „House of Cards”, do którego rodzina się nie przyznaje. Na ich miejscu też bym tego nie robił.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Miłość, śmierć i roboty – seria 1

Serialowa antologia – czy ta zbitka jeszcze potrafi zadziałać na wyobraźnię? Zbiory utworów na zadany temat przypominają muzyczne składanki. By zrobić idealną trzeba nie tylko wiedzieć jak je poukładać, ale też wybrać takie kawałki, które będą trzymać poziom. Netflix nie bał się i w 2019 powstało „Miłość, śmierć i roboty”. Tematykę wymienia tytuł, zaś za ogólną koncepcję odpowiada Tim Miller, producencko wsparty przez Davida Finchera.

18 opowieści zrealizowane przez studia animowane z różnych części świata, skierowane w formie produkcji zdecydowanie dla dorosłych. Jeśli ktoś spodziewał się czegoś w rodzaju „Czarnego lustra”, to nie za bardzo. Nie tylko na brak tak mocnego ciężaru jak produkcja Charliego Brookera, ale też nie mają spójności – zarówno tematycznej, formalnej jak i… gatunkowej. Bo nie jest to produkcja stricte SF, ale pojawia się i kino akcji, horror czy komedia z czarnym albo absurdalnym humorem. Ta niespójność z jednej strony może wywoływać konsternację. Bo jak znaleźć wspólny mianownik między np. historią świata rządzonego przez… jogurt, ekspedycję naukową atakowaną przez Drakulę, dziewczynę uciekającą przed mordercą czy lot kosmiczny, który trafia w zupełnie inne miejsce niż planowano. Z drugiej jednak strony ten chaos daje możliwości zaskakiwania, gdzie czasem ostatnia scena wywraca wszystko do góry nogami. I to wiele razy ratuje seans produkcji, bo jednak mam jeden poważny problem.

Wszystkie te historie są bardzo krótkie – najdłuższy odcinek ma maksymalnie 20 minut. Czasami to wystarczy na spójną, zamkniętą historię jak w przypadku „Tajnej wojny” (żołnierze Armii Czerwonej w walce z bestia wezwanymi za pomocą okultystycznego rytuału), „Zmiennokształtnych” o służących w Afganistanie amerykańskich… wilkołakach czy w „Za szczeliną orła” o dowódcy statku kosmicznego budzącego się z hibernacji. Ale nie brakuje tu, niestety, historyjek mających pewien ciekawy koncept, lecz nie mających pomysłu na ich wykorzystanie. Tak jest w przypadku „Wysypiska”, „Rybiej nocy” czy „Epoki lodowcowej”. Są też takie króciutkie anegdotki mogące na chwilę rozbawić jak absurdalny „Gdy zapanował jogurt” czy rozbrajające „Historie alternatywne”. Ale chciałoby się od nich coś więcej.

Realizacyjnie mamy tu bardzo różnorodną stylistykę: od niemal fotorealistycznej animacji komputerowej przez ręcznie rysowaną kreskę, cel-shading po estetykę znaną z japońskich anime i rotoskopię. Ba, jest nawet odcinek aktorski („Epoka lodowcowa”), gdzie animowane wydarzenia dzieją się… we wnętrzu lodówki, ale sam tytuł nie powala. Do wyboru, do koloru. Dla mnie najlepszy wizualnie był kolażowy „Świadek” z niemal komiksowymi wstawkami onomatopei dźwiękowych oraz mająca w sobie coś z malarstwa „Nieskończona sztuka”. Jedynymi znanymi mi studiami odpowiedzialnymi za poszczególne odcinki było polskie Platige Image oraz amerykańskie Sony Pictures Animation.

Jakbym miał wybrać najlepsze odcinki to dla mnie są trzy. Wspomniana „Nieskończona sztuka” wygląda imponująco, mając najbardziej unikatowy, melancholijny klimat. Ta opowieść o artyście używającym niebieskiego kwadratu jest najbardziej spokojna, wyciszona. A całość prowokuje do dyskusji o sztucznej inteligencji. Drugim cackiem są komediowe „Trzy roboty” o robotach w post-apokaliptycznym świecie, próbujące zrozumieć ludzkość. Ludzi nie ma, ale są koty i ten segment zasługuje na pełnometrażowy serial. Ale najbardziej zaangażowała mnie „Udanych łowów”, będące mieszanką fantasy ze… steampunkiem. Syn łowcy duchów zakochuje się w kobiecie zmieniającej się w zwierzę. Ale z czasem magia ustępuje technologii, co doprowadza do przewrotnego, tragicznego momentu. Pięknie wyglądająca, z wieloma przerzutkami oraz mocnym finałem.

Kurde, ale niespodziankę zrobił Netflix. Podobno w tym roku ma się pojawić drugi sezon tej antologii. Brutalny, krwawy, przesiąknięty seksem kolaż różnych opowieści, które – o dziwo – trzymają bardzo przyzwoity poziom. Zgłodniałem i mam ochotę na więcej.

7/10

Radosław Ostrowski

Criminal: Wielka Brytania – seria 2

Z całej antologii „Criminal” tylko wersja brytyjska dostała drugi sezon. Czyli ekipa śledcza prowadząca przesłuchanie w przeznaczonym do tego pokoju. Jest też oddzielony weneckim lustrem pokój obserwatora, gdzie reszta składu analizuje materiał dowodowy, przygotowuje strategię przesłuchania i tak dalej. Nowy sezon dostał jeden odcinek więcej, a dochodzenia mogą wydawać się prawdopodobne, nie tylko dla Brytyjczyków.

Nadal można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia ze spektaklem teatralnym albo spektaklem Teatru Telewizji. Kameralna przestrzeń, zbliżenia na detale oraz skupienie na twarzach osób przesłuchiwanych. No i każda sprawa jest poważna: od zwykłej rozmowy w sprawie uzupełnienia relacji świadka zmienionej w przesłuchanie dotyczące morderstwa, pracownik agencji nieruchomości oskarżony o gwałt, kobieta korzystająca z Internetu w celu polowania oraz obnażania pedofilów, a także skazany za zabójstwo mężczyzna arabskiego pochodzenia podejrzany o wcześniejszą zbrodnię dzięki nowym dowodom. Pewnych rzeczy można się domyślać, ale bardziej liczy się tutaj dochodzenie do prawdy, stosowane taktyki przesłuchań. I jest jeden odcinek, gdzie jedna sprawa pozostaje niewyjaśniona. W sensie jest za mało dowodów, by oskarżyć, co kompletnie mnie zaskoczyło. Bardzo satysfakcjonująca sprawa z kapitalnie sfilmowanym początkiem (pierwsza scena, gdzie podejrzany składana zeznania w jednym ujęciu – imponujące).

Ekipa pod wodzą detektyw Hobbs nie wraca w pełnym składzie. Nie ma detektywa Ottagera, pełniący wcześniej Petit jest pełnoprawnym członkiem składu i na jeden odcinek wraca jedna z postaci, by znowu zabłysnąć. Jednak najbardziej zaskakujące momenty to kiedy w pierwszym odcinku skupiająca się na analizie Vanessa niejako przypadkowo dostaje szansę na poprowadzenie przesłuchania. I początkowo ma wątpliwości. Nadal jednak niewiele o nich wiemy, chyba że sami o sobie powiedzą.

Jeśli chodzi o obsadę, tak naprawdę liczą się osoby przesłuchiwane. Na mnie największe wrażenie zrobiły dwie role (ale po prawdzie cała czwórka spisała się świetnie). Pierwszą jest Sophie Okonedo w roli Julie Bryce. Rozedrgana, niepewna, bardzo skryta kobieta skrywająca mroczną tajemnicę. Przypadkowo odkryta zmienia całą wiedzę o niej, ale też zupełnie inną twarz. Drugi jest znany z „Gry o tron” Kit Harrington i moim zdaniem to jego najlepsza rola. Oskarżony o gwałt mężczyzna jest pewny siebie, niejako władczy, wręcz „toksyczny”, ale przekonany o swojej niewinności. Trudno go polubić i uwierzyć mu na słowo, bardziej dba o swoją reputację i ma w sobie coś takiego „śliskiego”.

Dla mnie brytyjski „Criminal” jest największą niespodzianką od Netflixa. Samo obserwowanie przesłuchań trzyma w napięciu, historie wciągają, a realizacja – choć skromna – jest bardzo efektywna. Nie wiem, czy będzie trzecia seria, ale bym się nie obraził.

8/10

Radosław Ostrowski

The Mandalorian – seria 2

Nasz łowca nagród uciekł z rąk ścigającego go Moffa Gideona, ale ten nie odpuści. Wszystko z powodu malca o wyglądzie niemowlęcego Yody, które dawne Imperium chce wykorzystać do swoich celów. Mando musi przekazać dzieciaka, co ma moce Jedi do osób swego rodzaju. Ale by to zrobić musi skontaktować się z innymi Mandalorianami, bo ci z jego planety zostali niemal wybici (oprócz Zbrojmistrzyni). Więc co było robić – spakował mandżur oraz Brzeszczota i ruszył.

Pierwsza seria dzieła Jona Favreau miała bardziej epizodyczną strukturę opowieści, gdzie główny wątek rzadko przebijał się na pierwszy plan. Troszkę się obawiałem, że kontynuacja może znowu pójść w tą stronę. Do tego w pierwszym odcinku wracamy na Tatooine, co początkowo brzmi odstraszająco. Wracamy też na planetę, gdzie działa się spora część akcji w pierwszym sezonie, ale na krótko. Twórcy konsekwentnie rozwijają samą opowieść, jak i cały świat przedstawiony, więc nie ma miejsca na monotonię. Przenosimy się w różne części, by znaleźć pozostałości po Zakonie Jedi, przy okazji rozwiązując jakieś drobne zlecenia. A to trzeba zabić smoka, przewieźć pasażerkę czy przejąć statek z bronią dla niedobitek Imperium. Akcji jest dużo, dynamicznie zrealizowana, ciągle trzymająca swoje tempo oraz naprawdę angażuje aż do samego końca. To także widać w doborze niektórych reżyserów, gdzie oprócz starej ekipy (Jon Favreau, Dave Filoni oraz rehabilitująca się Bryce Dallas Howard) mamy Roberta Rodrigueza czy znanego z „Ant-Mana” Peytona Reeda.

Początkowo też można odnieść, że nie ma tutaj takiego poczucia zagrożenia dla Mando oraz dzieciaka ze strony Imperium. Że ten Moff Gideon (jak zawsze świetny Giancarlo Espisito) jakoś nie stara się odnaleźć naszych bohaterów. Ale z czasem okazuje się, że to wszystko są pozory. Nadal na pierwszym planie jest relacja między Mando (Din Djarin) a dzieckiem (Grogu), gdzie ten pierwszy bardziej staje się ojcem dla tego drugiego. Chociaż pozbycie się paru nawyków młodego nie jest łatwe (głównie połykania wszystkiego, co żywe), zaś wpływ na łowcę nagród jest bardzo silny. Nawet bez twarzy widać jak bardzo zaczyna mu na nim zależeć, co dobitnie pokazują ostatnie odcinki.

Jak wcześniej wspominałem, rozwijane jest tutaj samo uniwersum. Nie chodzi tylko o odkrywanie nowych miejsc, ale też nowych postaci. Część z nich już była w świecie dziejącym się dawno temu w odległej galaktyce (Boba Fett, Bo-Katan czy Ashoka Sano), jeszcze bardziej łącząc się z głównym nurtem. Niejako dopowiadając losy tych postaci, co osoby głęboko siedzące w „Gwiezdnych wojnach” na pewno ucieszy. Nie trzeba jednak znać innych produkcji (animowane „Wojny klonów”), by czerpać z tego frajdę, a to jest bardzo niełatwe zadanie. Zakończenie zaś na pewno wielu poruszy, zostawiając furtkę na ciąg dalszy oraz spekulacje, co dalej w serialu się wydarzy.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony jak „Mandalorianin” przeskoczył oraz podniósł poprzeczkę kolejnym sezonom. Każdy odcinek wnosił coś do głównej narracji, tylko pozornie przypominając pierwszy sezon, akcja wygląda dynamiczniej oraz spektakularnie, pokazując o wiele bogatszy świat „Gwiezdnych wojen”. Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć oprócz tego, że bardzo czekam na kolejne odcinki.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Chance – seria 2

Dr Eldon Chance już nie prowadzi prywatnej praktyki lekarskiej, tylko pracuje w szpitalu, zajmując się ofiarami przemocy fizycznej. W tajemnicy przed szefową, razem ze swoim kumplem D neutralizuje źródła tych problemów. Poza tym, zostaje poproszony o przysługę przez detektywa Kevina Hynesa. Gliniarz ma obsesję na punkcie bogatego mistrza branży elektronicznej – Ryana Wintera, którego podejrzewa o seryjne zabijanie kobiet (poderżnięcie gardła). A jakby tego było mało, ma haka na doktorka, więc Chance – chcąc nie chcąc – decyduje mu się pomóc. Zaczynając od poturbowania bogacza, dzięki czemu trafia do jego oddziału.

Drugi sezon „Chance’a” nie ma już tej noirowej otoczki, ale nadal jest to mieszanka kryminału i thrillera psychologicznego. Twórcy ciągle balansują między skupieniem się na kryminalnej intrydze a wątkami obyczajowymi. Obydwa łączy postać doktora Chance’a – neuropsychiatrę z mroczną, brutalną przeszłością, pełnego empatii oraz miejscami wręcz impulsywnego. Podobnie zachowuje się jego córka Nicole, próbująca zacząć nowe życie w nowej szkole. Co oczywiście się nie udaje, bo plotki rozchodzą się szybko i konfrontacja jest nieunikniona. Do tego cały czas prowadzona jest gra między Chance’m a Winterem, gdzie nie wiadomo kto kogo podchodzi. I co tak naprawdę wie ta druga osoba. Wszelkie podchody, niedopowiedzenia oraz próba dojścia do prawdy – kolejne przeszkody, nieprzyjemne tajemnice i… jest ktoś trzeci w tym duecie. Więcej wam nie zdradzę, bo odkrywanie tych zagadek jest bardzo dużą frajdą. Nawet kiedy tajemnica zostaje wyjaśniona (odcinek 7), nadal opowieść wciąga, dając kolejne komplikacje. Wraca też wiele starych wątków jak poszukiwania przez rodzinę D czy pogłębiające się problemy Nicole, dzięki czemu zachowuje się ciągłość narracyjną.

Również realizacyjnie trudno się do czegoś przyczepić – od szybkich przebitek montażowych po sceny, gdzie rozmowa jest czasem prowadzona z offu. Pojawia się troszkę akcji oraz scen przemocy, ale są raczej tylko dodatkiem niż głównym daniem. Pod koniec serialu akcja też przenosi się poza San Francisco, co troszkę uatrakcyjnia całość. Wszystko podbite pulsującą muzyką i mrocznymi zdjęciami. Nawet jeśli czasami zdarzają się momenty przestoju, nie wybijają z rytmu oraz pozwalają złapać chwilę oddechu przed nerwową konfrontacją. Satysfakcjonuje za to zakończenie, zamykające wszystkie wątki i w zasadzie nie dające furtki na ciąg dalszy (co widać także w decyzji Hulu o kasacji serialu).

To, co nadal działa w serialu to relacja między Chance’m a D. Hugh Laurie oraz Ethan Suplee są po prostu fenomenalni, pozornie różni, lecz mający zaskakująco wiele wspólnego. Każdy z nich też działa w scenach, gdzie grają osobno od siebie. Równie błyszczy Brian Goodman jako zdeterminowany, obsesyjny wręcz detektyw Hynes, nigdy nie przekraczający granicy etycznej. A jak nowy antagonista, czyli Ryan Winter. W tej roli świetny Paul Schneider, balansujący między nerwowością, opanowaniem a udręczeniem. I to bez popadania w przerysowanie czy karykaturę, o co było łatwo.

Drugi sezon „Chance’a” jest równie udany, a nawet miejscami przebija pierwszą serię. Ma nadal swój mroczny klimat tajemnicy, świetne dialogi oraz aktorstwo tworzą jeden z lepszych (choć przeoczonych) seriali gatunkowych w starym, dobrym stylu. Czuję jednak pewien żal, że to już koniec i więcej odcinków nie będzie.

8/10

Radosław Ostrowski

Sukcesja – seria 2

Kolejny sezon medialnej „Gry o tron” można uznać za zakończony, czyli medialne imperium Royów ma bardzo poważne kłopoty. Wszystko przez „niedźwiedzi uścisk”, czyli próbę przejęcia przez wrogów firmy z wsparciem Kendala. Ten ostatni wycofał się z powodu pewnego skandalu podczas wesela siostry, aferka jednak została zatuszowana przez ojca. Teraz mężczyzna jest na odwyku i wszystko zaczyna się w momencie powrotu do domu. Zagrożenie jednak ciągle istnieje, a reszta rodziny szuka sposobu na rozwiązanie sytuacji. Czyżby próba kupna innej firmy medialnej z tradycjami okaże się wyjściem z sytuacji?

Drugi sezon kontynuuje opowieść o toksycznych bogaczach, którym wolno więcej. A przynajmniej w to wierzą, ale zamiast poznawania ich jestem rzuceni w siatkę intryg oraz wewnętrznych rozgrywek. Bo nadal toczy się tutaj walka o sukcesję, a twórca rozwiązania może być potencjalnym zwycięzcą tej rozgrywki. I zabawa zaczyna się od nowa, zaś potencjalni kandydaci (bardzo ambitna Shiv, prymitywno-prostacki Roman, niemal wycofany Kendall wydaje się nie liczyć) dwoją się oraz troją nad sposobem. Nadal serial pozostaje czarną komedią i satyrą nie tyle na medialnych magnatów, co na reprezentujący ich kapitalizm, skupiony na maksymalizowaniu zysków oraz zasobów. Człowiek jest albo tylko ograniczony do przynoszenia zysków, a kiedy staje się balastem, trzeba się go pozbyć. Nie ma tutaj miejsca na bycie, a każdy ma swoją maskę (albo kilka).

Kiedy wydaje się, że sprawa zostanie rozwiązana, pojawiają się kolejne przeszkody i to pomaga w budowaniu napięcia. No tak, „Sukcesja” ma wiele z thrillera, gdzie nie do końca wiemy komu zaufać czy kibicować. A nad wszystkim czuwa bardzo bezwzględny Logan „Fuck off” Roy (wyborny Brian Cox), będący wręcz tyranem oraz manipulatorem, którego intencje i myśli niemal cały czas są nieodgadnione. I lubi rozstawiać wszystkich po kątach („dzik na podłodze”) – niby starzec, ale ciągle walczący, działający podstępem, walący prosto z mostu. Bo w tej walce miejsca na etykę nie ma, liczy się skuteczność, bez względu na więzy krwi, przyjaźnie czy lojalność. O dziwo, nadal jest parę chwil, w których możemy obserwować bohaterów albo będących w samotności (Kendall), jak w otoczeniu bliskich, co pozwala na pokazanie im innej twarzy niż brutalnych harpii.

Czy aby jednak na pewno? To pytanie dotyczy głównie Shiv (nadal zjawiskowa Sarah Snook) z jej mężem Tomem (rozbrajający Matthew Macfadyen), będącym diaboliczną mieszanką ambicji, głupoty i niekompetencji. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że jemu bardziej zależało na wpływach oraz pozycji niż na swojej żonie, czego chyba ona nie dostrzega (albo nie chce dostrzec). Jest jeszcze najbardziej cyniczny, wręcz hedonistyczny Ronan (fenomenalny Kieran Culkin), pokazujący, iż jest w stanie poradzić sobie z trudną sytuacją (próba zdobycia funduszy w Turcji, gdzie hotel był otoczony uzbrojonymi ochroniarzami), a także pozornie pierdołowaty kuzyn Greg (świetny Nicholas Braun), będący asystentem Toma. Ale to chyba nie do końca prawda? Najstarszy syn Connor, w ogóle nie liczy się w tej grze i sprawia wrażenie najbardziej oderwanego od rzeczywistości z ambicjami prezydenckimi. To daje duże pole komediowe, wykorzystane bezwzględnie przez twórców.

No i jest też kilka nowych postaci: działająca w tajemnicy przed swoją rodziną Rhea Jarrell (niezawodna Holly Hunter), wspierający radą prawnik Laird (solidny Danny Huston) czy trzymająca się tradycji Nan Pierce, mająca być potencjalnym wyjściem z sytuacji (mocna Cherry Jones). Każda z nich jest bardzo solidnym wsparciem dla całej skomplikowanej opowieści, odnajdując się tutaj jak ryba w wodzie.

Drugi sezon bije poprzedni na głowę. Bardziej zwarty scenariusz, cudowna realizacja z nerwową kamerą oraz elegancką muzyką w tle trzyma jeszcze bardziej w napięciu, jednocześnie dając sporo humoru (ironicznego, czarnego, smolistego). A wszystko kończy się przewrotnym cliffhangerem oraz enigmatycznym uśmiechem Logana. Jak dalej potoczy się walka? Nie mogę się doczekać kolejnego sezonu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Des

Brytyjczycy coś ostatnio rzucają sporo mini-seriali kryminalnych, rekonstruujących dochodzenia w sprawie makabrycznych lub szokujących zbrodni. Po „Wyznaniu” i „Zbrodni w White House Farm” pojawiła się „Des”, czyli sprawa Dennisa Nilsena. Był zwykłym, szarym urzędnikiem, który przyznał się do zamordowania 15 osób. Ciała trzyma w domu, następnie kroił je i podpalił w ogródku (w dawnym mieszkaniu) albo wrzucał do ścieków. Wpadł dlatego, że w rurze kanalizacyjnej znaleziono szczątki.

„Des” pokazuje cała sprawę z trzech perspektyw – prowadzącego sprawę inspektora Jaya, oskarżonego Nilsena oraz… pisarza Briana Masters, mającego napisać biografię Nilsena. Tego ostatniego raczej się nie spodziewaliście, prawda? „Des” skupia się na prowadzonym dochodzeniu, gdzie antagonista od razu przyznaje się do winy. I to policja, początkowo ze współpracy z mordercą, poszukuje dowodów. Jednak im dalej w sprawie, tym trudniej znaleźć jednoznaczne tropy do udowodnienia winy. Do tego jest silna presja z góry, by szybko zakończyć sprawę, a czasu jest mało. No i jest rok 1983, więc nie ma dostępu do dzisiejszych technologicznych cacek. I to pomaga w zbudowaniu napięcia oraz czekania na rozstrzygnięcie w sądzie. Schemat znany, ale nadal skuteczny i wciągający jak cholera. Zwłaszcza ostatni odcinek, będący niemal w całości przebiegiem procesu sądowego, gdzie Nilsen nie przyznał się do zarzucanych czynów.

„Des” jak wiele prawdziwych historii jest przerażający, bo przedstawia historię oraz ludzi naprawdę istniejących. Nie ma tutaj szokujących scen zbrodni czy makabrycznych obrazów przemocy, ale też ich nie potrzebuje. Wystarczą odnalezione kości, same zeznania oraz relacje nielicznych świadków, by wejść w umysł psychopaty. Umysł, którego funkcjonowanie pozostanie największą tajemnicą, budząc fascynację i przerażenie jednocześnie. Bo skąd się wziął taki pozbawiony jakichkolwiek emocji psychopata (wybitny David Tennant, który podnosi całość na wyższy poziom)? Facet sprawia wrażenie sympatycznego i bardzo otwartego, ale to tylko pozory, bo ta twarz nie wyraża absolutnie nic. Nie byłem w stanie go rozgryźć i zrozumieć motywów jego działania, a o jego przeszłości dowiadujemy się podczas rozmów z Mastersem. Tylko, czy możemy mu wierzyć na słowo?

Reszta postaci może wydawać się mniej interesująca oraz znajoma: zdeterminowany i uparty inspektor Jay (zaskakująco poważny Daniel Mays), lojalny przyjaciel Steve McKusker (świetny Barry Ward) czy zafascynowany sprawcą Masters (mocny Jason Watkins). Są one jednak bardzo przekonująco zagrane, stanowiąc bardzo silny drugi plan. Tutaj nawet drobne postacie jak niedoszła ofiara Desa, która przeszła przez to traumę (poruszający Laurie Kynaston) czy żona zaginionego męża (Chanel Cresswell) także wypadają co najmniej solidnie, w czym pomagają także świetne dialogi.

„Des” jest kolejnym przykładem wciągającego miniserialu kryminalnego z mrocznych Wysp Brytyjskich. Może i opartego na znajomych schematach oraz pełnego nie do końca rozwiniętych wątków, jednak fenomenalny David Tennant wznosi całość na wyższy poziom. Dla tej magnetyzującej kreacji warto zobaczyć ten tytuł.

8/10

Radosław Ostrowski

Historia wulgaryzmów

Netflix czasami wpada na jakieś szalone pomysły, o które nikt by ich nie podejrzewał. Tak jest programem rozrywkowo-naukowym, gdzie eksperci oraz celebryci świata stand-upu rozgryzają słowa powszechnie uznane za wulgarne. A całość prowadzi najbardziej szanowany i poważny aktor, Nicolas Cage. Tak, TEN Nicolas Cage, a wszystko ma sześć odcinków po 20 minut.

Każdy odcinek poświęcony jest innemu przekleństwu: od tych najbardziej soczystych (fuck, shit) przez opisujące ludzkie organy (dick, pussy) aż po najbardziej neutralne „damn”. Wszystko skupia się na kilku elementach, głównie językowych. Skąd się wziął dany wulgaryzm, w którym momencie stał się wulgarny, jak ewoluowało jego znaczenie oraz wpływ na życie społeczne, polityczne, kulturowe. Niby jak w klasycznym dokumencie z gadającymi głowami, ale nie do końca poważnie. Stąd obecność stand-uperów z obydwu stron Atlantyku, a także dość pokręcone, animowane wstawki przypominające troszkę w formie Monty Pythona. No i masą ciekawych anegdotek w rodzaju który z aktorów najwięcej razy użył słowa na f, kiedy pojawiły się naklejki z ostrzeżeniem o treści dla dorosłych czy jak pierwotnie miało brzmieć ostatnie zdanie „Przeminęło z wiatrem”. Nie brakuje zaskoczeń, zdziwienia, a jednocześnie przykładów, że wulgaryzmy mają pewne zalety: pozwalają wylać z siebie frustracje czy sprawiają, że dłużej znosimy ból. To jednak tylko wycinek wiedzy zawartej w krótkiej, ale treściwej formie. I przypomina, że używanie wulgaryzmów nie zmienia ludzi w prymitywnych prostaków czy troglodytów.

No i nie mogę nie wspomnieć o Nicholasie Cage’u, który w roli wodzireja sprawdza się po prostu zajekurwabiście. Facet jest nadal pełen energii jak w pierwszym odcinku cytujący dialogi zawierające fucki, wariacje ostatniego zdania „Przeminęło z wiatrem” czy… malując obraz. Aktor bawi się na planie i ta frajda przenosi się także na oglądającego, co w przypadku Cage’a nie zawsze się sprawdzało. Jego obecność sprawia, że „Historia wulgaryzmów” jest nauczaniem w bardziej rozrywkowy sposób. Obejrzeć, kurwa, koniecznie.

8/10

Radosław Ostrowski

Nastoletnie łowczynie nagród

Sterling i Blair są siostrami bliźniaczkami, które mieszkają gdzieś na południu USA. Obie chodzą do prywatnej szkoły katolickiej, choć różnią się charakterem jak noc i dzień. Sterling to blondwłosa, oddana szkole, wierząca dziewczyna umawiająca się z chłopakiem Luke’m. A na randkach nie kończy się tylko na rozmowie. Z kolei Blair jest ciemnowłosym wulkanem energii, poddającym w wątpliwość wszystko dookoła. Dziewczyny wracając ze schadzki zderzają się z innym autem, ściganym przez łowcę nagród. Mężczyzna o nazwisku Bowser proponuje im połowę kasy, ale siostry chcąc zarobić na naprawę auta, decydują się zatrudnić u mężczyzny, szkoląc się fachu.

Netflix, sensacja plus nastoletnie klimaty w słodko-gorzkim sosie? To brzmi jak sen wariata albo kompletny niewypał. Jednak odpowiedzialna za ten serial Kathleen Jordan robi coś, co rzadko się sprawdza: sprawnie lawiruje między różnymi niepasującymi do siebie elementami, by wszystko tworzyło bardzo spójną całość. Bo jak połączyć życie nastolatek ze ściganiem bandziorów? Bo to są przecież dwa różne światy. Dlatego jest to okraszone humorem i lekko satyrycznym spojrzenie na konserwatywne społeczeństwo, zafascynowane bronią oraz ślepo wierzące w Biblię. To drugie przynajmniej tylko w teorii, bo praktyka idzie innymi drogami. I odkrywanie tych sprzeczności zmusza nasze siostrzyczki na zmianę perspektywy.

Równie ciekawe są same sprawy zbiegów. Z jednej strony są bardzo przyziemne, tu nie ma zakapiorów spod ciemnej gwiazdy czy ściganych przez FBI baronów narkotykowych lub innych poważnych zbirów. Z drugiej zdarza się wiele niekonwencjonalnych pomysłów (ukrywający się w domu spokojnej starości fałszerz, ciągle wymykająca się striptizerka czy kobieta ścinająca głowy pomnikom bohaterów Konfederacji). Ale jednocześnie jest tutaj pewna rodzinna tajemnica, którą Blair odkrywa przypadkiem. Nie brakuje napięcia, humoru, a ostatnie odcinki to wręcz petardy. A wszystko kończy się mocnym cliffhangerem, ale – niestety – serial został skasowany, więc nie poznamy ciągu dalszego.

Jednocześnie interakcja między dziewczynami a łowcą nagród Bownserem jest dla mnie najsilniejszym punktem całości. Początkowo mężczyzna (świetny Kadeem Hardison) jest wobec nich szorstki jak na szefa przystało, jednak z czasem ewoluuje. Bowser – zgorzkniały, surowy facet z przeszłością – staje się troszkę kimś w rodzaju przyjaciela oraz powiernika, któremu dziewczyny nawet próbują pomóc w sprawach niezawodowych. Równie świetny – choć prostym – patentem są sceny, kiedy siostry „przekazują” sobie myśli. Nawet kiedy nie są blisko siebie, co może pasować do teorii, że bliźniacy wiedzą i czują, co się dzieje z drugim. Pokazane jest to za pomocą „rybiego oka”, gdzie dokładnie widać twarze bohaterek.

Jeszcze bardziej sprzedaje to chemia między dziewczynami (fantastyczne Anjelica Bette Felini oraz Maddie Phillips), bez której ten serial byłby przerysowany, groteskowy i niewiarygodny. Obie są bardzo przekonującymi postaciami ze swoimi problemami, dylematami oraz wyrazistymi charakterami. To postacie z krwi i kości, bez popadania w jakąkolwiek granicę przesady. Ich przekomarzania, dyskusje, a nawet jedna siarczysta awantura daje im wiele wiarygodności. Także pozostałe drugoplanowe role są co najmniej solidne i trudno wskazać mi słabe ogniwo.

„Nastoletnie łowczynie nagród” brzmią jak coś wzięte z jakieś wariackiego komiksu. To bardzo solidna rozrywka, sprawnie balansująca między nastoletnimi dylematami, sensacją a komedią. Potrafi czasem poruszyć, nie przynudza, nawet posiada odrobinę napięcia. Mała, ale sympatyczna niespodzianka od Netflixa.

7/10

Radosław Ostrowski