Yang

Pochodzący z Korei Południowej, ale mieszkający w USA Kogonada to bardzo specyficzny twórca, który zaczynał od tworzenia video-esejów. Zwrócił moją uwagę swoim ostatnim dziełem, czyli niezłą „Wielką, odważną, piękną podróżą” – imponującą wizualnie, choć nie zawsze klejącą się w całość. Powstały kilka lat wcześniej „Yang”, choć gatunkowo idący w kierunku SF, ma pewne podobne cechy.

Akcja filmu toczy się w nieokreślonej przyszłości, gdzie obok ludzi są kupowane roboty oraz produkowane klony. Poznajemy dość egzotyczną rodzinę: prowadzącego herbaciarnię Jake’a (Colin Farrell), pracującą w korpo Kyrę (Jodie Turner-Smith) oraz ich adoptowaną córkę Mikę (Malea Emma Tjandrawidjaja). Jej jeszcze jej starszy „brat” Yang (Justim H. Min), który jest… androidem mający pomóc dziewczynce w zapoznaniu się z jej chińskim dziedzictwem. Ale nagle android zawiesza się i przestaje działać. Mężczyzna próbuje naprawić maszynę, ale pojawiają się problemy: a) był on kupiony z drugiej ręki, b) nie ma gwarancji, c) ma uszkodzony rdzeń i d) to ogranicza możliwości naprawcze. Ale przez znajomego znajomego udaje się otworzyć rdzeń, a tam… jakieś dziwne oprogramowanie.

„Yang” – jak większość produkcji sygnowanych logiem A24 – nie jest konwencjonalną opowieścią. Całość jest bardzo kameralna i oszczędna, w zasadzie pozbawiona efektów specjalnych oraz efekciarskich popisów. Sam świat nie jest zbyt szczegółowo zarysowany i bardziej przypomina uchwyconą migawkę z kilku dni, gdzie wiele trzeba wyciągnąć samemu ze strzępek dialogów oraz obrazów. A te są bardzo minimalistyczne, choć nie pozbawione mocnych kolorów. Zdecydowanie bardziej Kogonada stawia na nastrój oraz klimat melancholii, jakbyśmy widzieli rodzinę przechodzącą przez żałobę po zmarłym członku.

Problem w tym, że reżyser nie opowiada niczego nowego i sięga po znajome fanom SF motywy oraz wątki. Od kwestii tożsamości i pamięci maszyn czy tego, co nas czyni ludźmi. Ale poza pewnym poczuciem deja vu oraz równie nieoryginalnym światotwórstwem swoje robi dość powolne tempo. Wyjątkiem od tej reguły są sceny retrospekcji, gdzie wypowiadane dialogi słyszymy raz ciszej, zaś drugi raz mocniej i głośniej, niczym echo.

Choć aktorsko oraz technicznie nie jestem w stanie się przyczepić, to jednak „Yang” jest pewnego rodzaju wydmuszką. Potrafi oczarować oczy i pieścić uszy delikatnymi dźwiękami muzyki, ale chyba nie mam w sobie aż takiej dawki wrażliwości dla tego dzieła.

6/10

Radosław Ostrowski

Krótki film o zabijaniu

14 maja zmarł Krzysztof Piesiewicz – prawnik, senator i przede wszystkim scenarzysta filmowy, znany jako współautor fabuł dzieł Krzysztofa Kieślowskiego. Czy może być lepszy powód, by sobie przypomnieć jedno z dzieł mistrza, którego nie widziałem od bardzo dawna. „Krótki film o zabijaniu” był piątą częścią serialowego „Dekalogu”, który został rozszerzony do pełnometrażowej produkcji przeznaczoną do kinowego ekranu.

Tytuł mówi wszystko – film jest krótki (niecałe 85 minut) i jest o zabijaniu, ale to nie jest krwawa jatka. Wszystko dzieje się w słynnym mieście leżącym między Pruszkowem a Wołominem, skupiając się na trzech postaciach: antypatycznym taksówkarzu (Jan Tesarz), zagubionym młodzieńcu (Mirosław Baka) oraz świeżo upieczonym adwokacie (Krzysztof Globisz). Nikt nie spodziewał się, że ich losy przetną się niczym nóż chleb.

Kieślowski nigdy wcześniej ani później nie zrobił filmu tak wyrazistego i mrocznego wizualnie jak „Krótki film o zabijaniu”. Pierwsza połowa niejako przeskakuje z postaci na postać, co może wywoływać na początku sporą konsternację. Bo widzimy proste scenki, zrobione w niemal dokumentalnym stylu, gdzie w zasadzie nie byłem w stanie zgadnąć, dokąd to wszystko zmierza. A jeszcze mamy do tego mocno zielonkawo-żółty filtr ze sporą dawką czerni, co potęguje niepokojący klimat. Już pierwsze ujęcia pokazują z martwymi zwierzętami (robaki, martwy szczur i powieszony kot) pokazują zgniły, wręcz zdegenerowany świat. Warszawa jest tu odpychająca, nawet w takich miejscach jak plac Zamkowy. To jest kino wręcz turpistyczne, odrażające i brudne, wręcz skręcające ku horrorowi (w czym pomaga choćby intensywna muzyka Zbigniewa Preisnera).

A potem w połowie staje się to, co wywołuje szok nawet teraz. Morderstwo taksówkarza dzieje się nagle, choć wisiało ono w powietrzu. Nie jest ono krwawe, pełne flaków, ale pokazane jest w bardzo surowy, pozbawiony znieczulenia sposób, wręcz aptekarski. Równie niepokojące jest w tej zbrodni to, że wydaje się ona… przypadkowa, pozbawiona sensu. Fakt, że w scenariuszu nie ma żadnych ekspozycji w dialogach, jeszcze bardziej prowokuje do zadania pytań. A potem mamy szybkie cięcie oraz koniec procesu i wykonanie wyroku śmierci. Równie szokujące, osadzone w klaustrofobicznej przestrzeni, z której chce się uciec. To morderstwo – bo jak inaczej można nazwać wykonanie kary śmierci – ma inny ciężar, poczucie nieuniknionego i dzieje się o wiele szybciej. W zachowaniu strażników czy kata jest coś zwierzęcego, dzikiego, niemal dusznego.

Nawet drobne akcenty humorystyczne nie są w stanie zmyć tej grozy, jaką pokazuje „Krótki film o zabijaniu”. To najmroczniejszy (dosłownie i w przenośni) film w dorobku Kieślowskiego, pokazujący świat pełen znieczulicy, obojętności oraz nienawiści.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ręce do góry

Spośród polskich reżyserów Jerzy Skolimowski wyróżniał się najbardziej, szczególnie na początku swojej drogi w latach 60. Mocno idąc w kierunku Nowej Fali, z bardzo luźno zarysowaną fabułą, oszczędnymi dialogami oraz bardzo silną warstwą wizualną. Oraz tworząc postać Andrzeja Leszczyca – młodego, zagubionego samotnika. Ostatnią częścią serii, którą zaczął „Rysopis” był powstały w 1967 roku film „Ręce do góry”, jednak historia powstania jest wyboista.

Choć całość została nakręcona w 1967 roku, nie została dopuszczona do dystrybucji, a wszystko z powodu jednej głośnej sceny. Chodziło o podwójne oczy Stalina i przez to trafił na półkę, zaś Skolimowski zdecydował się na imigrację. Dopiero po 14 latach wrócił do filmu dodając (kolorowy) prolog, który – jak wiele filmów reżysera – ryje banię. I jest to jazda bez trzymanki. Z jednej strony reżyser próbuje pokazać jak wpływ miało na niego doświadczenie pracy nad filmem, z drugiej mamy totalny kolaż – wyniszczony wojną Bejrut, obrazki z powstania warszawskiego, manifestacja związana z Solidarnością, Skolimowski pracujący przy filmie „Fałszerstwo” Volkera Schloendorffa, tworzenie galerii sztuki czy pokazywane obrazy. A w tle gra na pełnej kurtyzanie, niemal doprowadzając do bólu uszu „Kosmogonia” Krzysztofa Pendereckiego. Niekoniecznie się to wszystko łączy, ale robi piorunujące wrażenie.

Po 25 minutach jednak obraz staje się czarno-biały i dostajemy film właściwy. Wszystko zaczyna się na balu absolwentów Akademii Medycznej, gdzie dość szybko poznajemy piątkę bohaterów. Zamiast imion i nazwisk używają marek samochodów jako ksyw: Zastawa (Jerzy Skolimowski), Opel Rekord (Tadeusz Łomnicki), Alfa (Joanna Szczerbic), Romeo (Adam Hanuszkiewicz) i Wartburg (Bogumił Kobiela). Punktem zapalnym jest list napisany przez jednego z absolwentów, który nie pojawił się na imprezie, więc reszta decyduje się do niego wpaść. Problem w tym, że nie bardzo jest jak tam dotrzeć, a jedyny jadący pociąg to… towarowy. Żaden problem, więc piątka wyrusza. No i staje się to okazją do rozrachunku z czasami studenckimi.

Sama historia jest zaskakująco kameralna, przez większość czasu rozgrywająca się w wagonie pociągu. Bardzo oszczędna scenografia buduje wręcz duszną atmosferę, krótkie przebitki retrospekcji wrzucające w czasy studiów oraz członkostwa ZMP. Ale Skolimowski nawet tutaj eksperymentuje z formą – nagle przestrzeń robi się coraz szersza, pojawia się masa symbolicznych scen (oblepienie klejem z gazetą jednego z mężczyzn niczym przeprowadzana operacja, udawanie konia, ciągle zapalone świece), przejścia do retrospekcji są nagłe, a nawet mamy odwrócony negatyw. Dialogi pełne zarówno odniesień do czasów wojny, ale niepozbawione ironii oraz złośliwości. Kolejne zdejmowane maski, odkrywane pretensje i zazdrości, które nie są wypowiadane wprost.

Nie jest to łatwe kino (jak każdy w zasadzie film Skolimowskiego), ale „Ręce do góry” – nawet z dokręconym prologiem – jest bardzo intrygującym portretem cynicznego pokolenia, dla którego liczy się bogactwo i status społeczny. Świetnie zagrane, imponująco nakręcone przez debiutującego Witolda Sobocińskiego oraz awangardowa muzyka Krzysztofa Komedy dodają do tego eksperymentu.

8/10

Radosław Ostrowski

Mortal Kombat II

Mortal Kombat – te dwa słowa bardzo mocno wryły się w mojej świadomości oraz pamięci kiedy byłem dużo młodszy. Jeszcze grając na Amidze (głównie w część drugą) byłem oszołomiony lejącą się posoką, mrocznymi lokacjami, odrobinką czarnego humoru („Toasty”). A jednocześnie frustrowało żonglowanie dyskietkami (aż czterema!!!) po wyborze zawodników. A kiedy jeszcze obejrzałem kinową adaptację z 1995 roku na pirackim VHS, to już w ogóle był odlot. W roku 2021 powstał reboot serii oraz próba zbudowania nowej filmowej franczyzy dzięki renesansowi growej serii. Efekt końcowy był, cóż, delikatnie rozczarowujący, choć zarobił na siebie. Ale teraz pojawia się kontynuacja, jednak czy tym razem wyszło lepiej?

Teraz jednak mamy już do czynienia z turniejem, gdzie toczą się losy Ziemi, na którą rękę chce położyć imperator Shao Khan (Martyn Ford). A do naszej ekipy wojowników: Cole’a (Lewis Tan), Sonyi Blade (Jessica McNamee), Jaxa (Mehcad Brooks) oraz Liu Kanga (Ludi Lin) zostaje zwerbowany niejaki Johnny Cage (Karl Urban) – podstarzały gwiazdor kina akcji lat 90., który czasy świetności ma za sobą. I jest tego absolutnie świadomy, dlatego chce się wypisać z tego zadania, ale bogowie (oraz scenarzysta) mają zupełnie inne plany. Jest jeszcze przybrana córka imperatora, księżniczka Kitana (Adeline Rudolph), która w tajemnicy współpracuje z Raidenem (Tadanobu Asano).

Wracający na stołek reżyserski Simon McQuaid wsłuchał się w krytykę poprzedniej części. Sam początek (tak jak w przypadku filmu z 2021) zaczyna się mocnym uderzeniem. Ale tym razem to Shao Khan, czyli wielkolud z równie sporym młotem konfrontuje się z ojcem Kitany. Już tutaj widać spory progres na poziomie wizualnym: od scenografii po o wiele płynniej zmontowane pojedynki. Wszystko to wydaje się bardziej namacalne, barwne oraz dynamiczniejsze. Dialogi w zasadzie pełnią rolę przerywników między kolejnymi scenami walk, więc nie są one zbyt wyrafinowane. Same walki są o wiele lepiej zrobione i przypominające areny z gier jak kanały otoczone żrącym kwasem, klatkę z kolcami czy opuszczone miasto. Zaś same potyczki oraz choreografia (ze sporą ilością szerokich ujęć) robią o wiele lepsze wrażenie od poprzednika. Nadal są one krwawe i bardzo brutalne, zaś efekty komputerowe nie rzucają się tak mocno w oczy (poza scenami w Czeluści – takim odpowiedniku piekła). Ale też są strasznie satysfakcjonujące oraz angażujące jak walka Liu Kanga ze wskrzeszonym Kung Lao czy starcie w Czeluści między Scorpionem a ożywionym Bi-Hanem i… jego cieniem, Noob Saibotem.

Pewnym problemem może być fakt, że postacie nie są zbyt głęboko zarysowane i poza scenami akcji nie mają zbyt wiele do roboty. Bo nie mają i to troszkę przeszkadza. Jeszcze mamy poboczny wątek poszukiwania przez ludzi Shao Khana amuletu, dzięki któremu zmieniłby się w Deadpoola (w sensie byłby nieśmiertelny). W zasadzie ten wątek niby rozszerza ten świat, skręcając w kierunku fantasy, ale z drugiej pojawia się wiele postaci w zasadzie zbędnych i nie mających wpływu na fabułę jak Shang Tzung czy Quan Chi. Za to o wiele więcej jest tu humoru, luzu oraz kampu, choć można byłoby to jeszcze bardziej podkręcić.

Aktorsko nie ma tu zbyt wiele do wykazania się, niemniej mi to tu nie przeszkadzało. Za to film kradnie niezawodny Josh Lawson w roli pyskatego i wyszczekanego Kano (oczywiście, że zostaje wskrzeszony), serwujący jedne z najzabawniejszych tekstów. A na pierwszy plan zostaje wysunięty Karl Urban i muszę przyznać, że wyszedł o wiele lepiej niż się spodziewano. Ale jego Johnny Cage to nie jest pewny siebie twardziel z ego większym niż swoje umiejętności. On jest niejako awatarem widza, takim normalnym gościem bez supermocy otoczony przez bogów, herosów, gości z mechanicznymi łapami czy laserowymi oczami. Więcej w nim pokory oraz zagubienia, a jego ewolucja daje masę radochy. To zdecydowanie najjaśniejszy punkt obsady.

Choć jest pozostawiona furtka na ciąg dalszy, to nie czuję potrzeby sequela. Dwójka jest tym, czym powinna być część pierwsza rebootu – bardziej szalona, bardziej podobna do gry oraz mniej poważna i nadęta. McQuaid odrobił pracę domową,

7/10

Radosław Ostrowski

Nieprzyjaciel

Zdarzyło mi się wiele razy oglądać filmy nie spełniające oczekiwań. Delikatnie powiedziawszy, a spora część pochodzi z Polski. To nie zbyt dużym powodem do domy, niestety. No i pojawił się kolejny niewypał, choć powinienem był się tego domyślić. Ale po kolei.

„Nieprzyjaciel” – niczym rasowy thriller (przynajmniej w teorii) – zaczyna od mocnego uderzenia. A tak naprawdę to od eksplozji samochodu, gdzie znajdowała się młoda kobieta, rozmawiająca przez telefon. Eksplozja jest prezentowana w slow-motion i chyba dlatego wydaje się taka sztuczna. Ale nieważne. Zostaje zatrzymany mężczyzna z długimi włosami oraz twarzą Michała Żurawskiego. Skaczemy o parę lat i jesteśmy gdzieś na Mazurach. Lasy, rzeka, dużo zieleni i w tle Zalia śpiewa (mnie się to podoba). I tak trafiamy do willi do wynajęcia dla bardzo dzianych gości, gdzie o porządek dba Ania (Martyna Byczkowska). A pracuje mocno, gdyż pojawiają się nowi goście: dwaj kumple z dziewczynami. Leon (Michał Żurawski – z krótkimi włosami oraz strojem służbowym w stylu dres) oraz Bruno (Piotr Stramowski) planują zainwestować w krypto waluty 50 milionów zajebanych, eee, to znaczy „pożyczonych” od szefa tego drugiego. Następnego dnia oddadzą zanim dziany bogacz się zorientuje. Co może pójść?

Po pierwsze, nasza opiekunka willi to siostra dziewczyny, co zginęła w wybuchu i to jej zeznania doprowadziły do skazania Leona. Po drugie, po popijawie Ania (poczęstowana drinkiem) budzi się cała zakrwawiona, zaś ciało Leona jest w rzece. Szok, niedowierzanie oraz kolejny wstrząs. Ale spokojnie, będzie tego jeszcze więcej. Bo będą zdrady, bójki, rzucaniem mięsem oraz inne atrakcje.

Reżyser Michał Krzywicki wcześniej stworzył mikrobudżetowe SF „Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę” (co za krótki i łatwy do zapamiętania tytuł). Tamten film wyglądał dość imponująco i miał ciekawy punkt wyjścia, ale z czasem stawał się nudny oraz pozbawiony skupienia. Tutaj ewidentnie twórca chciał zrobić dreszczowiec w kameralnej przestrzeni z małą obsadą. I muszę przyznać, że początek oraz punkt wyjścia był intrygujący. Jednak zaczynają być serwowane twisty oraz przewrotki z taką gęstością jakiej nie powstydziłby się M. Night Shyamalan. A co jeden, to głupszy i konsternujący. Miała to być w założeniu opowieść o zrywaniu zasłon kłamstw, oszustw oraz fałszywych przyjaźniach. Ale ja po prostu przecierałem oczami, bo od idiotyzmów (ciągłym ganianiem się z miejsca na miejsce, pozbawionym paliwa quadem podczas pościgu czy finałowa ucieczka w lesie nocą) nie dowierzałem. Każdy każdego oszukuje, dyma, zdradza i kończyło się to albo przewracaniem oczami, znudzeniem lub rechotaniem.

Aktorzy robią, co mogą, ale nie są tu w stanie zbyt wiele zadziałać i zaangażować. Coś tam próbuje Żurawski i Byczkowska, Kasia Sawczuk nawet przyjemnie się ogląda, ale nic ponadto. Za to Piotr Stramowski oraz Joanna Opozda są tacy sztuczni i sztywni, że efekt jest strasznie groteskowy. Krzywicki może i ma ambicje na tworzenie kina gatunkowego, ale umiejętności pozostały gdzieś poza planem filmowym. Zabrakło talentu oraz zdolności logicznego myślenia przy pisaniu historii, która kompletnie wypadnie z głowy jeszcze zanim pojawią się napisy końcowe. To o czym ja pisałem?

4/10

Radosław Ostrowski

Milos Forman

Reżyser, scenarzysta, producent, aktor.

Urodzony 18 lutego 1932 roku w Caslav jako Jan Tomas Forman. Syn Anny z domu Švábovej oraz Rudolfa Formana. Matka prowadziła pensjonat w miejscowości Dolby, ojciec był profesorem akademickim. Oboje zginęli w obozach koncentracyjnych: ojciec w Buchenwaldzie, matka w Auschwitz. Wychowywany przez krewnych, po wojnie uczył się w szkole z internatem znajdującej się w zamku w Podiebradach, gdzie poznał m.in. Ivana Passera, Jerzego Skolimowskiego oraz Haclava Havla.

W 1950 roku podjął studia w praskiej Akademii Sztuk Scenicznych (FAMU) na Wydziale Scenopisarskim. Następnie zaczął współpracę z eksperymentalnym teatrem Laterna Magika jako asystent reżysera Karela Radoka. Forman jako reżyser zaczął pracę od filmów dokumentalnych, przy których współpracował z Ivanem Passerem oraz Miroslavem Ondrickiem. Przełomem był Konkurs z 1963 roku, zaś jego pierwsze fabuły (Czarny PiotruśMiłość blondynki) uczyniły go jednym z najbardziej rozpoznawalnych twórców „nowej fali”. A także zostały dostrzeżone za granicą. Kiedy w 1968 roku wojska Układu Warszawskiego wkroczyły do Pragi, tłumiąc liberalne działania I sekretarza Alexandra Dubceka, Forman był w Paryżu prowadząc rozmowy w sprawie stworzenia filmu dla Paramount Pictures o hipisach. Reżyser decyduje się wyruszyć do Stanów Zjednoczonych, gdzie zdecydował się zamieszkać na stałe.

W 1975 roku otrzymał obywatelstwo amerykańskie, zaś w 1978 został wykładowcą na Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku oraz (razem ze swoim byłym nauczycielem, Frantiskiem Danielem) współprowadził wydział filmowy. Dwukrotnie był w jury na MFF w Cannes (raz jako przewodniczący), a raz prowadził grupie jurorów na MFF w Wenecji. Sporadycznie pojawiał się także jako aktor, głównie w epizodach. Lecz najbardziej wyraziste role to ojciec głównej bohaterki w Zgadze Mike’a Nicholsa oraz ksiądz Havel w Zakazanym owocu – reżyserskim debiucie Edwarda Nortona. Pisał wiersze, a w 1994 roku wydał wspomnienia Moje dwa światy.

Zmarł 13 kwietnia 2018 roku w Warren w stanie Connecticut, po krótkiej chorobie. Pochowany dwa dni później, pozostawił po sobie czwórkę dzieci i wnuczkę oraz żonę Martinę Zborilovą.

Najczęściej współpracował z: autorem zdjęć Miroslavem Ondrickiem, scenarzystą Jaroslavem Pa­pouskiem i Jean-Claude’m Carriere, producentem Michael Housemanem i Saulem Zaentsem, kostiumologiem Theodorem Pistkiem, scenografką Patricią von Brandenstein i Karelem Cernym, dźwiękowcem Adolfem Bohmem, montażystą Miroslavem Hajkiem, Lynzee Klingman i Alanem Haimem oraz aktorem Vincentem Schiavellim.

W swoim dorobku Forman ma dwa Oscary (i jedną nominację), trzy Złote Globy (i jedną nomina­cję), nagrodę BAFTA (i trzy nominacje), Grand Prix oraz dwie nominacje do Złotej Palmy w Cannes, Złotego i Srebrnego Niedźwiedzia z Berlinale, nominację do Złotego Lwa w Wenecji, dwie na­grody Amerykańskiej Gildii Reżyserów i nominację do nagrody Amerykańskiej Gildii Scenarzy­stów.

Oto ranking obejrzanych przeze mnie filmów Milośa Formana. Trzy, dwa, jeden, jazda!

Miejsce 12. – Czarny Piotruś (1964)

Pełnometrażowy debiut reżyserski, będący obserwacją kilku dni z życia zagubionego nastolatka. Mocno dokumentalny styl, brak rozpoznawalnych twarzy. Oraz realia komunistycznego kraju, który obiecuje wiele, ale nie dając zbyt wiele w zamian. Jednak brakuje tutaj jakiegoś mocnego spoiwa, który uczyniłby film bardziej angażujący. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Ragtime (1981)

Tym razem reżyser mierzy się z epicką powieścią E.L. Doctorowa, która dzieje się na początku XX wieku. Historia skupiona wokół czarnoskórego pianisty, Coalhouse’a Walkera, którego walka o godność doprowadza do bardzo brutalnych działań. A to tylko jeden z wątków tej opowieści, gdzie mamy zarówno skandale, początki kina, terroryzm, imigrantów. Ambitna mozaika, której nie powstydziłby się Robert Altman. Choć świetnie zagrana, pewnie nakręcona i imponująca wizualnie, to strasznie nierówna. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Miłość blondynki (1965)

Niejako kontynuacja motywów z „Czarnego Piotrusia”, czyli kolejne zderzenie młodych ludzi z rzeczywistością komunistycznego kraju. Tym razem bohaterką jest dziewczyna pracująca w fabryce butów, która marzy o miłości oraz życiu innym niż w małym miasteczku. Podczas imprezy poznaje pianistę z wielkiego miasta. Zadziwiająco jest tu sporo humoru, opartego na absurdzie, a jednocześnie niepozbawiony liryzmu i czułości. Widać spory progres w warsztacie Formana. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Pali się, moja panno (1967)

Ostatni z „czeskich” filmów Formana przed imigracją. Osadzona w ciągu jednego dnia historia skupia się wokół obchodów Dnia Strażaka, która ma być także uhonorowaniem najstarszego członka jednostki. Ale wiele rzeczy idzie nie tak. To najostrzejsza satyra na życie w komunistycznym państwie, pokazująca nieporadność władz, zmieszaną z katastrofami, wpadkami i bezradnością. No i gdzie jest salceson? Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – Valmont (1989)

Kolejna adaptacja głośnych „Niebezpiecznych związków”, która pojawiła się rok po adaptacji Stephena Frearsa. Być może dlatego nie spotkała się z uznaniem widzów i krytyków. A moim zdaniem jak najbardziej warto. Osadzona w XVIII wieku historia skupiona wokół próbujących łamać serca innym hrabim Valmoncie oraz markizie de Merteuil. Podchody, manipulacje, namiętności oraz kolejne komplikacje. Stylowo nakręcone, świetnie zagrane z rewelacyjnymi kreacjami Annette Bening i Colina Firtha. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Hair (1979)

Jedyny musical w dorobku Formana, oparty na wielkim hicie Broadwayu. Historia młodego chłopaka z Oklahomy, Claude’a Bukowskiego (John Savage), który trafia do Nowego Jorku na kilka dni przed poborem do Wietnamu. Tam trafia na grupę młodych hipisów pod wodzą niejakiego Bergera (Treat Williams), którzy fascynują młodzieńca. Co muszę przyznać, że mimo lat nadal ma w sobie bardzo młodzieńczą energię. Zarówno w prostej, ale fantastycznej choreografii oraz wiele rewelacyjnych piosenek jak „Age of Aquarius”, „Manchester England” czy finałowe „Let the Sunshine In”. Może i naiwny, ale bardzo szczery portret lat 60. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Duchy Goi (2006) 

Jak się miało okazać ostatni film w dorobku Formana, którego bohaterem nie jest Francisco Goya, grany przez Stellana Skarsgarda. I pewnie dlatego spotkał się z o wiele chłodniejszym odbiorem. Sam malarz znajduje się w środku między demonicznym inkwizytorem (fantastyczny Javier Bardem) a swoją modelką Inez (cudowna Natalie Portman) oskarżoną o bycie Żydówką. Wszystko skupia się na temat władzy i polityce, gdzie zmienia się ustrój a ludzie przy władzy niekoniecznie. Zdecydowanie lepszy film niż  się może wydawać. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Skandalista Larry Flynt (1996)

Biografia jednego z najbardziej bezczelnych wydawców magazynu dla dorosłych. Jednak jeśli ktoś spodziewałby się skupienia na branży porno, lecz na kwestii… wolności słowa. I czy w ogóle jest jej granica? Prowokujący, piekielnie inteligentny dramat, pokazujący realia lat 70. i 80. A wszystko trzyma rewelacyjny Woody Harrelson w roli tytułowej, zaskakująca Courtney Love jako striptizerka oraz Edward Norton w jednej z pierwszych ról. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Odlot (1971)

Pierwsza amerykańska produkcja, choć tworzona w stylu kina z Czechosłowacji. Studio chciało film o hipisach, jednak Forman skupił się na ich rodzicach. „Odlot” to historia rodziców, którzy szukają córki, co uciekła z domu. Nadal czuć tu dokumentalny sznyt (sceny castingu ze śpiewającymi młodymi ludźmi), mocno ocierając się o absurd. Jak choćby niezapomniana scena, kiedy dorośli uczą się palić jointów. Ale tak naprawdę Forman pokazuje zderzenie pokoleń, którzy mają więcej wspólnego niż się wydaje. Zadziwiająca i nadal śmieszna komedia. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Człowiek z księżyca (1999)

Druga biografia Formana stworzona wspólnie ze Scottem Alexandrem i Larrym Karaszewskim. Autorzy „Eda Wooda” i „Skandalisty Larry’ego Flynta” tym razem pokazują życie komika Andy’ego Kaufmana. Bardzo pokręcona historia człowieka, który był kompletnie nieobliczalny i nie można było ustalić, co było żartem, a co nie. Od stworzonego alter ego Tony’ego Cliftona przez wrestling z kobietami aż po nonsensowne sceny stand-upu. Oraz absolutne opus magnum w aktorskiej karierze Jima Carreya, który wszedł na wyżyny swoich możliwości. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Amadeusz (1984)

Co ja mogę powiedzieć, czego o kinowej adaptacji sztuki Petera Schaffera nikt nie powiedział? Absolutnie elektryzujący portret Mozarta (Tom Hulce), pokazanego oczami starego Salierego (F. Murray Abraham). Fenomenalne kino, pokazujące zderzenie geniuszu z przeciętnością. Przełamującego konwencje epoki Mozarta oraz grającego zgodnie z regułami Włocha. Zazdrość, nienawiść, wrogość i jednocześnie nieskrywany podziw. Niemal unosi się nad tym duch „Barry’ego Lyndona”, z bardzo soczyście napisanymi postaciami, imponującą scenografią i kostiumami oraz fragmentami opery. Niesamowite doświadczenie, które należy zobaczyć przynajmniej raz w życiu. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Lot nad kukułczym gniazdem (1975)

Kolejne żywotne dzieło, tym razem opartym na powieści Kena Keseya. Więzień Randall McMurphy (Jack Nicholson) trafia do szpitala psychiatrycznego, by upewnić się, czy nie symuluje. Od razu zderza się z trzymającą wszystko w ryzach siostrą oddziałową Ratched (Louise Fletcher). Pozornie prosta opowieść o wolności, gdzie szpital psychiatryczny jest metaforą państwa, narzucającego normy oraz sposoby zachowania, zaś indywidualizm jest tępiony. Rewelacyjne aktorstwo, z masą wizystych postaci, gdzie na drugim planie są m.in. Danny DeVito, Christopher Lloyd czy Brad Dourif. Klasyka przez bardzo duże K. Recenzja tutaj.

Żaden reżyser z Europy Środkowo-Wschodniej (może poza Romanem Polańskim) nie osiągnął takiego sukcesu w Hollywood jak Milos Forman. Choć Czech kręcił rzadko i w większości jego dzieła dominowały festiwale, nadal pozostają co najmniej solidne oraz warte uwagi. Czuć w nich zarówno fascynację Ameryką, ale też często przewijający się motyw wolności, dumy i ceny jaką płaci się za indywidualizm. Pomimo upływu lat, te tytuły godnie znoszą próbę czasu, o czym wielu reżyserów może sobie pomarzyć. 

Radosław Ostrowski

Powrót do przyszłości II

Pierwsza część „Powrotu do przyszłości” była wielkim hitem oraz przełomem w karierze Roberta Zemeckisa. Choć była pozostawiona furtka na kontynuację, nie było planów na sequela. Ale cztery lata później powstała kontynuacja kręcona równolegle z częścią trzecią, więc Zemeckis ze scenarzystą Bobem Galem mieli na to pomysł.

Kontynuacja zaczyna się dokładnie tam, gdzie ostatnio skończyliśmy. W 1985 roku już po „odkręceniu” wydarzeń z 1955 roku pod dom Marty’ego McFly (Michael J. Fox) przyjeżdża doktor Brown (Christopher Lloyd) z lekko zmodyfikowanym wehikułem czasu. Zabiera chłopaka razem ze swoją dziewczyną Jennifer (Elisabeth Shue)… w przyszłość. A dokładniej do roku 2015, gdzie dzieci ich obojga wpakują się w poważne kłopoty. Jednak nie to okazuje się największym wyzwaniem, lecz próba kupienia książkowego almanachu sportowego z wynikami obejmującymi drugą połowę XX wieku. Ta wpada w rękę starego Biffa (Thomas F. Wilson), który podsłuchując rozmowę kradnie wehikuł (korzystając z nieuwagi) i wręcza książkę młodszemu siebie. Dlatego kiedy Marty z doktorem wracają do roku 1985, rzeczywistość wygląda… dziwnie.

Druga część – niczym w tradycji sequeli jak „Imperium kontratakuje” – robi się miejscami o wiele mroczniejsza i poważniejsza. Ale tak się kończy zaburzenie kontinuum czasoprzestrzennego, gdzie jedno małe zdarzenie potrafi uruchomić nieprzewidywalną spiralę wydarzeń. Niemal każdy akt toczy się w innym czasie, co wyróżnia go mocno od poprzednika. Najpierw jesteśmy w futurystycznym roku 2015 z paroma fajnymi bajerami (deskolotka, latające samochody, samozawiązujące się buty czy dopasowujące się ubrania). I mimo lat nadal ten wątek trzyma się mocno. Za to drugi akt pokazujący alternatywny rok 1985 to czyste wariactwo. Mroczne miejsce, pełne chaosu i całkowitej anarchii, zaś w centrum znajduje się hotel i kasyno najbogatszego w mieście Biffa, który tutaj wygląda niczym wyraźna parodia Donalda Trumpa. Tutaj pokazano jakie konsekwencje może doprowadzić majstrowanie w czasie oraz kiedy wehikuł wpadnie w niepowołane ręce. Aż chciałoby się spędzić więcej czasu w tej linii czasowej. Za to trzeci akt to powrót do 1955 roku oraz próba przechwycenia książki. I tu jest to broń obosieczna, bo z jednej strony wracam do znanych wydarzeń, co może wydawać się drogą na łatwiznę. Ale z drugiej widzimy to z innej perspektywy, przez co nie mamy do czynienia z bezczelną kalką.

Zemeckis płynnie balansuje między humorem a mrokiem, dając większy ciężar emocjonalny. Może dlatego nie wywoływał we mnie aż takich spazmów śmiechu. Co nie jest aż tak dużym problemem, bo reżyser bardzo pewnie prowadzi przez wydarzenia. Nie ma tu miejsca na nudę, a powracające gagi (gnojówka) ciągle bawią. Równie imponujące są efekty specjalne (choć już pod koniec widać, że w paru ujęciach są wyprane kolory), zaskakująco dobrze trzyma się charakteryzacja (członkowie rodziny McFly w 2015, wygląd starego Biffa czy Billa z alternatywnego 1985), zaś finałowy pościg w tunelu trzyma w napięciu. I jeszcze mamy to zakończenie, które najpierw wali ciosem w brzuch, ale potem jest to rozładowane sugestią kolejnej części (zwiastun w finale).

Aktorsko nadal wszyscy błyszczą i są kapitalni. Duet Fox/Lloyd ciągle mają świetną chemię, wpadając bardzo naturalnie w swoich rolach. Jednak całość kradnie rewelacyjny Thomas F. Wilson, który gra aż trzy postacie: Biffa, starego Biffa i jego syna Griffa. Każda z tych inkarnacji różni się manieryzmami, głosem, mową ciała, a jednocześnie widać pewne cechy wspólne. To najjaśniejszy punkt filmu oraz prawdopodobnie najlepsze role w całej trylogii. Jedyną wymuszoną zmianą jest pojawienie się Elisabeth Shue w zastępstwie za Claudię Wells jako dziewczyny Marty’ego, lecz aktorka wypada cholernie dobrze (z wyjątkiem fryzury).

Choć drugi „Powrót do przyszłości” nie jest aż tak udany jak oryginał, jednak pozostaje zadziwiająco świeży, kreatywny oraz angażujący. Świetnie wygląda, dialogi brzmią naturalnie, z kapitalnym aktorstwem oraz fantastyczną muzyką Alana Silvestri. Nawet drobne problemy nie są w stanie całkowicie zepsuć przyjemności z seansu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Normal

Ileż to było opowieści o małych miasteczkach, gdzie mieszkają pokręceni, lecz głównie nieszkodliwi indywidualiści? A potem trafia ktoś z zewnątrz i zaczynają się tarcia podczas aklimatyzacji? Najnowsze dzieło Bena Wheatleya wydaje się wpisywać w ten trend, jednak ma parę niespodzianek.

Tytułowe „Normal” to jedno z takich miasteczek, które znajduje się w Minnesocie. A tak ciągle śnieg, zima i cały czas piździ. Tutaj jednak trafia niejaki Ulysses (Bob Odenkirk), pełniący rolę tymczasowego szeryfa do czasu wyboru nowego stróża prawa. A wszystko z powodu nagłego zgonu poprzednika. W zasadzie nie ma tu jakiś poważnych incydentów czy sporów, więc praca Ulyssesa przebiega dość gładko. Ale w końcu dwoje młodych ludzi postanawia napaść na bank. Nie wszystko idzie zgodnie z planem, lecz kiedy szeryf postanawia wkroczy i rozwiązać problem, zastępcy… zaczynają do niego strzelać. Ale dlaczego?

Spece od reklamy sprzedawali „Normal” jako połączenie „Johna Wicka” z „Fargo” i – choć na pierwszy rzut oka brzmi idiotycznie – nie jest wcale takie głupie. Z pierwszy łączy go scenarzysta Derek Kolstad, z drugim miejsce akcji, galeria ekscentrycznych postaci oraz czarny humor. Sama intryga budowana jest powoli, by pójść w czysto brutalną, totalnie przegiętą i groteskową rozpierduchę. W tych momentach Wheatley’owi bliżej jest do… „Hot Fuzz” Edgara Wrighta. Nie da się tego do końca traktować całkowicie poważnie, zwłaszcza gdy do wszystkiego zostaje wrzucona… Yakuza. I przez większość czasu udaje się twórcom zgrabnie balansować między kompletną zgrywą, ostrą jatką oraz krótkimi chwilami powagi. Sama akcja jest niepozbawiona eksplozji oraz kreatywnych mordów, jednak jest troszkę standardowa jak na ten gatunek. Jedynym mocnym zgrzytem w scenach akcji to drobne ujęcia kamery przechodzące na cyfrówkę niczym z wczesnych lat 2000. Wygląda to brzydko, choć na szczęście nie zdarza się to często.

Sama historia ma parę drobnych zaskoczeń i twistów, a wszystko skupia w sobie niezawodny Bob Odenkirk. Cały czas nie mogę uwierzyć, że ten świetny aktor komediowy stał się nową gwiazdą kina akcji. Jego Ulysses to zmęczony everyman skrywający mroczną tajemnicę, zmuszony do konfrontacji. Nie jest żadnym twardzielem jak Wick, ale potrafi się bronić i jest w dobrej formie fizycznej. Nawet jeśli na drugim planie nie wszyscy są w pełni wykorzystani (szczególnie dotyczy to Henry’ego Winklera w roli burmistrza oraz Leny Headey wcielającą się w barmankę), to zapadają mocno w pamięć jak Billy McLennan (zastępca szeryfa ze „zbyt głośną” kurtką) czy Jess McLeod (córka szeryfa Gundersona, Alex).

„Normal” może nie ma tak imponującej akcji jak w „Johnie Wicku”, intensywności akcyjniaków z Indonezji czy kreatywności choćby „Boy Kills World”. Niemniej Wheatley potrafi dostarczyć solidnej rozrywki z bardziej przyziemnym i charyzmatycznym protagonistą w roli głównej, barwnym drugim planem oraz satysfakcjonującą rozróbą. A czasami tyle do szczęścia wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Skandalista Larry Flynt

Po dość chłodnym odbiorze „Valmonta” wydawałoby się, że Milos Forman zniknął i żadnego filmu więcej nie zrobi. Czech skupiał się na pracy wykładowcy akademickiego, ale w 1996 roku wrócił z impetem. I to filmem biograficznym o jednym z najsłynniejszych wydawców magazynu dla dorosłych, od razu zdobywając Złotego Niedźwiedzia za najlepszy film na Berlinale.

Jak samy tytuł mówi „Skandalista Larry Flynt” opowiada o Larrym Flyncie (Woody Harrelson) – chłopaku z Południa, który zaczynał jako bimbrownik w latach 50., by 20 lat później razem z bratem (Brett Harrelson) prowadzić klub ze striptizem. Ale interes nie idzie za dobrze – do czasu, gdy Larry postanawia wypromować lokal przy użyciu magazynu ze zdjęciami. Problem jednak w tym, że Hustler jest o wiele ostrzejszy od innych czasopism, co doprowadza do konfliktów z prawem.

Choć pozornie mogłoby się wydawać, że film Formana będzie skupiał się na działalności „wydawniczej” Flinta. Ale nie do końca, bo nie interesuje się golizną, erotyzmem czy szokowaniem dla szokowania. Reżyser wykorzystuje postać kontrowersyjnego twórcy do pokazania walki między konserwatyzmem oraz tzw. „obrońcami moralności” z bardziej liberalnie nastawionym do życia społeczeństwem. A przede wszystkim prowokuje do pytań o wolność słowa. Gdzie jest granica i czy w ogóle jakaś powinna być? A jednocześnie mamy kolejne batalie z wymiarem sprawiedliwości, w których Flynt przekracza granice i staje się kompletnie nieobliczalny: od słownych inwektyw przez noszenie pieluchy w kształcie… flagi USA aż po rzucenie kupy pieniędzy, kiedy nie chce ujawnić informatora w sprawie pewnej kasety. I cały czas można się zastanawiać, na ile w tym kalkulacji, a na ile rebeliancki duch.

Jednocześnie „Skandalista…” to także historia miłosna między Flyntem a striptizerką Alitheą (zjawiskowa Courtney Love), którą poznał w klubie. I ten wątek jest równie ciekawy, jak sądowe batalie oraz problemy magnata prasowego. Zadziwiająco sporo jest tu czułości, ale nie ma tu słodzenia i wazeliny. Szczególnie od połowy filmu, kiedy Flynt zostaje postrzelony oraz – wskutek tego – sparaliżowany, a także zaczynamy widzieć popadania kobiety w nałóg narkotykowy. I Love wszystkie te sprzeczne emocje wygrywa bezbłędnie, co zważywszy na skromne doświadczenie aktorskie jest dużą niespodzianką. A w tle mamy lata 70. i 80., które udaje się reżyserowi odtworzyć pod względem mentalności. Całość jest dobrze nakręcona, pełna dynamicznego montażu oraz pozbawiona nudy.

A wszystko trzyma na swoich barkach trójka aktorów. Love sprawiła największą niespodziankę i stworzyła najsoczystszą rolę w tym filmie. Harrelson jest odpowiednio magnetyzujący, wyrazisty oraz nie patyczkuje się, zaś w scenach z Love pokazuje delikatniejsze oblicze (choć moment „nawrócenia” i przyjęcia chrztu zastanawia). Równie świetny jest dopiero zaczynający swoją karierę Edward Norton w roli prawnika Flynta, próbującego (niezbyt skutecznie) trzymać swojego klienta w ryzach. A jednak udaje zbudować się niemal przyjacielską relację, co nie jest takie łatwe. Do tego jeszcze masa drobnych, lecz wyrazistych drugoplanowych ról, ze szczególnym wskazaniem na Donnę Hannover (ewangelistka Ruth Carter Stapleton), Bretta Harrelsona (Jimmy Flynt) oraz niezawodnego Jamesa Cromwella (Charles Keating).

„Skandalista Larry Flynt” to kolejna bardzo solidna produkcja w dorobku Formana, który coraz bardziej wydaje się ciekawy i zafascynowany Ameryką. Jej wolnościowym duchem, jednocześnie obnażając jej hipokryzję. Rewelacyjne role Harrelsona, Love i Nortona plus rozważania na temat wolności słowa wybijają go z grona innych biografii biznesmenów.

8/10

Radosław Ostrowski

Valmont

Popularność powieści epistolarnej Pierre’a Choderlosa de Laclosa jest wręcz zdumiewająca, o czym świadczy masa adaptacji: filmowych, teatralnych czy ostatnio jako serial. Sława była tak mocna, że w 1988 roku aż dwóch reżyserów planowało przenieść tą opowieść na ekran: Stephen Frears oraz Miloś Forman. Ten pierwszy opierając się bardziej na teatralnej adaptacji Christophera Hamptona stworzył film szybciej, zdobywając większą uwagę, popularność i splendor. Drugi, który trafił do kin rok później, popadając w zapomnienie oraz zostaje chłodno odebrany przez krytykę i publiczność. Czy naprawdę „Valmont” był aż tak słaby, czy może miał zwyczajnie pecha?

Historia jest znana i osadzona jest w XVIII-wiecznej Francji przed rewolucją, a skupia się wokół młodej dziewczyny Cecile (Fairuza Balk). Opuszcza ona klasztor i ma niedługo zostać żoną, co jak na 15-latkę jest sporym przeżyciem. Ceceile trafia pod opiekę przyjaciółki mamy, markizy de Merteuil (Annette Bening). Wdowa odkrywa, że przyszłym mężem młódki jest jej kochanek, de Gercourt (Jeffrey Jones), który postanowił ją porzucić. Więc z zemsty decyduje się poprosić jednego ze swoich adoratorów, hrabiego Valmonta (Colin Firth) w celu uwiedzenia dziewczyny. Jednak młody arystokrata, specjalizujący się w łamaniu kobiecych serc, sam wpadł ofiarą strzały Amora. Ale czy aby na pewno?

Trudno nie uniknąć porównań z filmową wersją Stephena Frearsa. Ponieważ jednak filmu z 1988 roku nie widziałem od dawna, więc nie będę bawił się w analizowanie dzieła. Co mnie bardzo zaskoczyło tutaj to fakt, że Forman podchodzi do tego z zadziwiającą lekkością oraz frywolnością. I nie chodzi mi tylko o humor (choć ten pojawia się w najmniej spodziewanych momentach), ale – jakby to nazwać – nastawienia reżysera. Widać, że postacie nie działają tylko i wyłącznie z wyrachowania, ale jest tam coś więcej. Że za działaniami stoi namiętność, pożądanie i… znudzenie. Obawiałem się, że to podejście pozbawi emocjonalnego ciężaru tej historii, ale „Valmont” mnie zaskoczył. Szczególnie w drugiej połowie, gdzie jeden z doświadczonych graczy zaczyna się w tym gubić i to zmienia jego działanie.

Wizualnie czuć, jakbym znowu trafił do świata „Amadeusza” – nie tylko z powodu oświetlenia opartego na świecach czy występu operowego – gdzie scenografia oraz kostiumy wyglądają imponująco. Stylizowana na epokę muzyka sprawdza się, a wszystko płynnie bez zbędnego postoju. Problem miałem z paroma scenami slapstickowego humoru oraz powoli rozkręcającym się początkiem, ale im dalej w las, tym lepiej.

Swoje także dorzuca nietypowa obsada. Zadziwiającym wyborem do roli Valmonta był Colin Firth, który ma w sobie sporu uroku i jest mniej jednoznaczną postacią. Szczególnie w scenach z Meg Tilly (madame de Tourvel) pokazuje bardziej ludzkie oblicze, jednak z tyłu głowy cały czas były wątpliwości. Czy to prawdziwe uczucia, czy to tylko gra – on sam zaczyna się w tym gubić. Ale prawdziwą petardą jest dla mnie Annette Bening w roli de Merteuil. Niby służąca wsparciem, non stop z uśmiechem na twarzy, ale w każdej chwili może wbić nóż w plecy i jest bardziej podstępna i sprytna. W zależności od tego z kim rozmawia zmienia oblicze. Bardzo elektryzująca oraz najciekawsza postać. Obok mamy eteryczną Meg Tilly i odkrywającą arkana miłosne naiwną Fairuzę Balk, dopełniające obrazu.

„Valmont” pokazuje, że głośne „Niebezpieczne związki” można interpretować na różne sposoby. Milos Forman tworzy o wiele lżejszą pod względem klimatu opowieść o pożądaniu i namiętnościach, których nie da się sterować bez zapłacenia ceny.

7,5/10

Radosław Ostrowski