Mortal Kombat

Ile ja razy jako dzieciak grałem w dwie pierwsze gry z serii na Amidze? Nie jestem w stanie policzyć ani wymienić. To była bijatyka, z jaką wcześniej nie miałem do czynienia – pokręcone scenografie, ludzie i potwory walczące ze sobą oraz lejąca się z pobity przeciwników posoka. Jak tego nie lubić? Zwłaszcza „dwójka”. Tym bardziej było zaskakujące, że postanowiono z takiej prostej gry zrobić film. A jednak i pamiętam, że obejrzałem na VHS-ie. No i zwariowałem, wracając do tego dzieła jeszcze parokrotnie. Teraz postanowiłem wrócić i jak?

Sama fabuła trzyma się gry, czyli jest mocno inspirowana „Wejściem smoka”. Tytułowy Mortal Kombat to turniej sztuk walki, gdzie stają do walki wojownicy z różnych światów. Walka jest organizowana przez Imperatora Shao Khana, a nadzoruje ją jego prawa ręka – czarnoksiężnik Shang Tsung. Jeśli jego reprezentanci pokonają wojowników danej krainy w 10 turniejach, miejsce to zostaje przejęte przez Imperatora. Właśnie to może spotkać Ziemię, chyba że jej wojownicy staną na wysokości zadania. A są to: pragnący zemsty za śmierć brata Liu Kang, gwiazdor kina akcji Johnny Cage oraz policjantka Sonya Blade.

Reżyser Paul W.S. Anderson dzisiaj znany jest raczej jako partacz i rzeźnik niszczący serię „Resident Evil”. Ale w 1995 roku był w zupełnie innym miejscu, mając tylko jeden film w dorobku. To także czas początku adaptacji gier komputerowych, zapoczątkowany bardzo krytycznie przyjętym „Super Mario Bros.”. Fabuła jest prosto zarysowana i – co mnie zaskoczyło najbardziej – wiernie trzyma się swojego materiału źródłowego. Czyli mamy walki jeden na jeden w miejscami dziwacznych plenerach. Wyglądających imponująco plenerach. Wszystko w rytmie techno oraz EDM, zwanej też standardowym zestawem dyskotekowym lat 90., mieszając powagę z lekko kiczowatą warstwą wizualną. Fabuła to pretekst do pokazania nadal dobrze zrealizowanych scen walki (udało się także zachować charakterystyczne ciosy), z niezbyt dobrze starzejącymi się efektami komputerowymi. Zaskakująco jest dużo humoru, dającego jeszcze więcej frajdy.

Jasne, jest to schematyczne, dialogi w większości to ekspozycja, zaś aktorstwo jest troszkę na poziomie kina klasy B (z obsady najbardziej znany był Christopher Lambert grający Lorda Raydena, a zabłysnęła gwiazda Cary-Hiroyukiego Tagawy, czyli Shang Tsunga).

Ale co z tego? „Mortal Kombat” nie wstydzi się i nie udaje, że jest czymś więcej niż nieskomplikowaną naparzanką przeplataną scenami dialogowymi. Wygląda nadal dobrze, walki prezentują się okazale, a muzyka nie wyjdzie wam z głowy. Lata mijają, a lepszej adaptacji gry komputerowej nie ma. Ciekawe dlaczego?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s