Top Gun: Maverick

36 lat minęło jak jeden dzień, a Tom Cruise wygląda jakby czas kompletnie go nie tknął. Prawda jest taka, że raczej nikt nie spodziewał się powrotu do „Top Gun”. Zwłaszcza po tylu latach – trochę nie za późno na taką lotniczą eskapadę? Czy to tylko bezczelny skok na kasę wobec fanów oryginału, zakonserwowany w dawnych czasach? Bo powrót do starych marek to nowa żyła złota? Oczekiwałem, że sceny w powietrzu będą lepsze od oryginału i… w sumie tyle. Bo co jeszcze można ciekawego wymyślić? Dodatkowo zatrudnienie Josepha Kosinskiego, który ma oko wizualne, lecz z fabułami bywało… różnie nie nastrajało optymizmem. Ale z Cruise’m już pracował przy „Niepamięci”, a za scenariusz do „Mavericka” odpowiadał m.in. Christopher McQuarrie. Więc jestem zdumiony, że z tak schematycznego scenariusza oryginału (czepiać mi się nie chcę, bo lista jest za długa), powstał… zaskakująco emocjonalny film, choć też oparty na znajomych kliszach. Jak to się stało i co za czary tu zastosowano?

top gun2-3

Pete „Maverick” Martell dalej służy jako pilot marynarki, jednak nadal pozostaje trochę ryzykantem i buntownikiem. Co wyjaśnia, czemu nigdy nie awansował, bo swoim nastawieniem wkurzał swoich przełożonych oraz przenoszenie z miejsca na miejsce. To ostatnie dzięki swojemu kumplowi „Icemanowi” – admirałowi Flory Pacyfiku. Jednak w czasach, gdy Ju Es Armi bardziej korzysta z nowoczesnych technologii w stylu dronów, Maverick jest równie potrzebny jak łysemu grzebień. Ale dostaje szansę – prawdopodobnie ostatnią w swojej karierze. Wraca do szkoły lotniczej Top Gun, gdzie ma wyszkolić młodych pilotów do wykonania diablo niebezpiecznego zadania: zniszczenie znajdującego się w podziemnym bunkrze tajnym magazynie wzbogaconego uranu. Równie łatwe jak rozwalenie najsłabszego punktu Gwiazdy Śmierci, a czasu jest niewiele. Fakt, że wśród młodej krwi mamy syna Goose’a, czyli Roostera nie ułatwia sprawy.

top gun2-4

Historia w zasadzie ma o wiele więcej rąk i nóg niż w oryginale, choć sporo czerpie z oryginału. Nadal mamy jako pilotów młodych, bardzo pewnych siebie kolesi (a nawet jest koleżanka), zbyt mocno trzymających się przepisów służbistów, bardzo drogie samoloty. Jest też nawet scenka grania na plaży z gołymi klatami. Ale to wszystko wydaje się mieć więcej sensu niż w chaotycznym (choć nadal dającym sporo frajdy) poprzedniku. I co najważniejsze, twórcy czynią z Mavericka… człowieka z krwi i kości, a nie tylko pewnego siebie aroganta. Tutaj zaczyna dojrzewać do roli lidera, zaczyna czuć odpowiedzialność za swoich podwładnych. Chociaż trenuje ich, wyciskając z nich siódme poty oraz ciągle udowadniając, że jeszcze nie stracił formy (pierwszy trening).

top gun2-1

Muszę przyznać, że Kosinski nadal porywa wizualnie. Sceny lotnicze (głównie dzięki mikrokamerom) wyglądają niesamowicie i są kapitalnie zmontowane, co podnosi napięcie oraz adrenalinę do ściany. Nie chcę nawet wspominać o scenie, gdy Maverick – chcąc udowodnić sobie i przełożonym – że mission jest possible sam wsiada za samolot. Tą scenę oglądałem na krawędzi fotela, zaś finałowa misja – nawet jeśli miejscami wydaje się jakby z innej bajki – jest fantastycznie wykonana, z niesamowitą choreografią oraz namacalnym poczuciem bycia w samolocie.

top gun2-2

Jednocześnie czuć hołd oraz miłość do filmu Tony’ego Scotta (zresztą jest mu dedykowany) jest namacalna. Czerpie garściami, ale nie popada w przesadę i fan service jest w punkt: od muzyki przez wręcz niemal kopiowanie scen z oryginału (sam początek zrobił mi mętlik w głowie i przez chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie pokazali pierwszego „Top Gun”). Młodzi aktorzy też dają radę – zwłaszcza Miles Teller – i czuć, że to zgrana ekipa, Tom Cruise także wypada więcej niż dobrze, zaś użycie praktycznych efektów specjalnych jest wręcz odświeżające w czasach blockbusterów przeładowanych komputerowymi trickami. Drugi plan też ma przebłyski w postaci Jona Hamma jako przełożonego Mavericka

Choć jest parę drobnych niedociągnięć (wątek romansowy troszkę wydaje się wciśnięty na siłę), to nie spodziewałem się tak silnego ładunku emocjonalnego. To jest przykład świetnego sequela, zrobionego z pasji, zaangażowania, a nie chłodnej kalkulacji i bezmyślnego powtarzania się. Taka sztuka zdarza się tak często jak zestrzelenie trzech samolotów w jednej akcji.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Furioza

Przyznam się, że na film o kibolach i gangsterce wokół tego podchodziłem jak pies do jeża. Do tego jeszcze za kamerą miał stanąć reżyser jednej z najgorszych tzw. komedii („PolandJa”). Entuzjazm zgasł szybciej niż honor wśród polskich polityków. I jeszcze mamy część obsady z tamtego filmu (Chabior, Bobrowski), co budziło spore obawy. A jaka jest naprawdę „Furioza”?

Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa: mamy tytułową Furiozę, czyli grupę kiboli. A ci zajmują się kibolskimi sprawami: zadymą, ustawkami, mordobiciem etc. A gdzieś w tle mamy podejrzane relacje z gangsterami i dilerką. Ekipą kieruje „Kaszub” oraz jego prawa ręka, „Golden”. Do tej grupy kiedyś należeli także brat Kaszuba, Dawid i Dzika – to jednak było dawno i nieprawda. Teraz mężczyzna jest lekarzem, zaś dziewczyna wstąpiła do policji. Dawid zmuszony zostaje do współpracy z psiarnią w zamian za oczyszczenie kartoteki „Kaszuba”. Jeszcze jest „Mrówka”, który zajmuje się handlem narkotykami.

furioza1

Domyślacie się dokąd to zmierza? Sensacyjna opowieść o honorze, kasie, lojalności. Jeśli ktoś spodziewa się czegoś a la Patryk Vega, nie macie tu czego szukać. Mamy dwójkę bohaterów, którzy zderzają się z przeszłością (najbardziej Dawid, dawny członek Furiozy, obecnie wykluczony z pewnej decyzji), konkurencję walczącą o teren, ścigających gliniarzy, a nawet polityków w tle. Z tego koktajlu powstaje zaskakująco świeże kino, które klimatem bliżej jest do „Jak zostałem gangsterem” Kawulskiego, choć nie jest aż tak teledyskowe. Olencki bardziej trzyma się ziemi, bywa brudny i brutalny, jednak unika prostackości i prymitywizmu twórcy serii o psach razy pitbull. Jest to spójne narracyjnie, konsekwentnie prowadzone i energetyczne kino.

furioza2

Zaskakująco też dobrze zrobione technicznie, gdzie twórcy bawią się montażem równoległym, mordobicie jest pokazanie bez montażowych sztuczek (walka w lesie z motywacyjną przemową, której nie powstydziłby się sam Mel Gibson), zaś dialogi w większości są słyszalne i wyraźne. Zdziwiła mnie też spora ilość humoru, stanowiący skuteczny balans do powagi oraz wagi sytuacji. Może i brzmi dość prosto, ale nie sprawia wrażenia ciała obcego. Oraz potrafi rozbawić (zwłaszcza wypowiedzi cynicznego szefa Dzikiej, Bauera), a to nie jest łatwe.

furioza3

Niestety, nie wszystko tu działa idealnie. Czasem jakiś dialog zabrzmi mechanicznie, parę wątków można spokojnie wyciąć, by zachować równiejsze tempo. Pewnym balastem jest też relacja między Dziką a Dawidem, która zaczyna się budować. Bo po pierwsze, dochodzi do niej nagle i niespodziewanie, dialogi wtedy brzmią bardzo deklaratywnie, zaś grający główną rolę Mateusz Banasiuk ma urok i charyzmę kawałka drewna. Jego wycofanie się, mające pokazać jego wewnętrzny konflikt, działa na jego niekorzyść. Tak samo sceny retrospekcji wydają się troszeczkę zbędne.

furioza4

Jednak reszta obsady to już zupełnie inna rozmowa. Zaskakująco dobrze wypada Weronika Książkiewicz jako szorstka Dzika, kompletnie niepasująca do jej dotychczasowego emploi. Bardzo subtelnie poprowadzona, z wieloma mocnymi momentami. Równie porządny jest Wojciech Zieliński, czyli charyzmatyczny, honorowy „Kaszub”. Urodzony lider, trzymający się zasad i budzący respekt. Szoł jednak absolutnie kradnie trzech facetów: Szymona Bobrowskiego (Mrówa), Mateusza Damięckiego (Golden) oraz Łukasza Simlata (Bauer). Pierwszy jest równie wyrazistym mafiozo z zasadami, drugi z potężnym kaloryferem i ADHD rozsadza ekran dziką energią, zaś ostatni jest idealnie skrojony do roli cynicznego gliniarza z tnącymi niczym żyleta punchline’ami. Na dalszym planie też jest parę znajomych twarzy, robiących bardzo porządne tło (Sebastian Stankiewicz, Konrad Eleryk czy Cezary Łukaszewicz, by kilku wymienić).

Mimo sporych obaw na „Furiozie” bawiłem się znacznie lepiej niż przypuszczałem. Olencki świetnie prowadzi aktorów (z jednym wyjątkiem), sprawnie prowadzi narrację i jest soczyście wykonane. Kolejny przykład kina rozrywkowego na poziomie oraz wyczuciem.

7/10

Radosław Ostrowski

Przepraszam, czy tu biją?

Na hasło polskie kino sensacyjne raczej myśli się głównie o filmach od Władysława Pasikowskiego, Wojciech Wójcika, Patryka Vegi czy ich (mniej zdolnych) naśladowców. Nie oznacza to jednak, że nie próbowano zmierzyć się z tym gatunkiem wcześniej. Czyli w czasach PRL-u, choć było to ograniczone pewnymi ideologicznymi wytycznymi. Aczkolwiek czasami filmowcy je w bardziej lub mniej kreatywny sposób je omijali.

przepraszam czy tu bija1

Jedną z takich prób jest „Przepraszam, czy tu biją?” z 1976 roku w reżyserii Marka Piwowskiego. Punkt wyjścia jest znajomy – mamy bandytę Belusa (Zdzisław Rychter), który szykuje skok na dom handlowy Sezam. By jednak mieć pewność wobec swojej ekipy, decyduje się na prowokację. Najpierw każdego z nich informuje o planowanym napadzie na jubilera, podając im innego pasera, któremu mają dać łup. Następnie składa milicji donos na siebie (telefonicznie), by potem czekać na wypuszczenie oraz sprawdzić kto go sypnął. Prowadzący śledztwo Milde i Górny (Jerzy Kulej oraz Jan Szczepański) wydają się bezradni. Decydują się na „zainstalowanie” swojego człowieka w grupie Belusa – młodego studenta (Ryszard Faron), który nieudolnie próbował uciec podczas zatrzymania.

przepraszam czy tu bija2

Nawet jak na sensację film Piwowskiego jest dość nietypowy. Pierwsze, co rzuca się w uszy to chwytliwe dialogi z masą ciętego humoru. Miejscami mocno absurdalnego, jednak bardzo przyjemnego do słuchania. W zasadzie można ten film nazwać komedią. Po drugie, zadziwiająco sporo jest scen niejako pozornie niezwiązanych z intrygą, które pełnią rolę albo humorystycznych wstawek (pokaz mody w Maximie), albo portretują tło tej epoki jak wizyta u fryzjera czy trening judo.

przepraszam czy tu bija3

Ten minimalistyczny styl, gdzie wiele istotnych scen dzieje się albo poza kadrem (włam do mieszkania w wykonaniu Studenta) albo dialogi są w niej zagłuszane przez muzykę lub dźwięk. Zabieg to ryzykowny i zmuszający do większego skupienia oraz zwracania uwagi na spojrzenia, gesty, detale. Najdobitniej pokazuje to sam początek, czyli sekwencja odbierania pieniędzy, pozbawiona dialogów, ze sporadycznie obecną muzyką (mocno funkową) i miejscami rwanym montażem. Przez to można odnieść wrażenie, że coś kluczowego zostało wycięte. W połączeniu z obsadzeniem naturszczyków tworzy to bardzo frapującą mieszankę wybuchową.

przepraszam czy tu bija4

„Przepraszam, czy tu biją” to przykład filmu skromnego (przynajmniej na taki wygląda), ale zrobionego z głową, wręcz eksperymentalnie. Piwowski potwierdza, że ma ucho do dialogów oraz bardzo sprawny warsztat. Spora niespodzianka oraz przyjemna podróż w czasie.

7/10

Radosław Ostrowski

Lokatorka

Pomysły na potencjalny film podobno leżą na ulicy i wystarczy się po nie schylić. Filmowcy jednak zapominają, że poza tematem trzeba mieć coś jeszcze. Taki – niestety – jest przypadek „Lokatorki”, który inspiruje głośną aferą reprywatyzacyjną w Warszawie. Innymi słowy, chodziło o „odzyskiwanie” kamienic i domostw przez spadkobierców właścicieli, którym odebrano te budynki na mocy dekretu Bieruta. Dzięki procesom sądowym oraz sfałszowanym dokumentom. Sporo z tych domostw miało już lokatorów, czyli ciężaru jaki należało się pozbyć wszelkimi możliwymi sposobami. Po co? By móc potem sprzedać je z dużym zyskiem. Proceder działał w latach 1996-2016, kiedy nagłośniono skandal z udziałem urzędników miasta, zakończony dymisjami oraz powołaniem Komisji Weryfikacyjnej.

lokatorka1

Historia filmu Michała Otłowskiego skupia się na wydarzeniach z 2011 roku, kiedy doszło do morderstwa lokatorki oraz działaczki społecznej Jolanty Brzeskiej (w filmie nazywa się Markowska). Kobieta jako jedyna nie zdecydowała się opuścić swojego mieszkania, z czasem angażując się o walkę w imieniu lokatorów. Widzimy sztuczki, jakich można się spodziewać: siłowe otwieranie drzwi, policyjne interwencje (określane jako „przemoc domowa”), zastraszanie, przekupstwo. Jednocześnie reżyser pokazuje równolegle świeżo upieczoną policjantkę, Annę Szerucką. Zaczyna od patrolowania, przypadkiem trafiają na Markowską. Na własną rękę interesuje się sprawą kamienicy i zaczyna odkrywać powiązania urzędników, policjantów, prawników.

lokatorka2

I tu się zaczynają schody, bo… coś tu ewidentnie nie zagrało. Ta dwutorowa narracja wywołuje poważny zgrzyt, albowiem każda część jest zrobiona w innej konwencji. Wątek Markowskiej (najbardziej błyszcząca Sławomira Łozińska) przypomina kino społeczne, gdzie dokonywana jest zbrodnia w majestacie prawa. A jest to możliwe za pomocą – ulubione słowo miłościwie nam panujących – UKŁADU. Urzędnicy państwowi, gliniarze, sędziowie, prokuratorzy, uliczni bandyci, a nawet dawna ubecja. Drugi wątek dotyczy dochodzenia Szeruckiej (strasznie bezbarwna Irena Melcer) w sprawie śmierci Markowskiej – kobieta została spalona w lesie kabackim – co doprowadza do odkrycia UKŁADU. Czyli mamy tu kryminał, tylko że… sprawców poznajemy już wcześniej.

lokatorka3

Do tego stopnia, iż cała ta bandycka ekipa (grani przez m.in.: Jana Frycza, Jacka Lenartowicza, Leszka Lichotę, Tomasza Sapryka i Piotra Głowackiego) w zasadzie dominuje cały film. Wszystko inne zostaje zepchnięte na dalszy plan, przez co tak brakuje w pełni emocjonalnego zaangażowania. Przynajmniej od połowy filmu, gdzie skupiono się na dochodzeniu. Postacie są jednowymiarowe, zagrane w bardzo przerysowany sposób (poza Łozińską, która jako jedyna wnosi życie do tego przedsięwzięcia), a dialogi – o Jezus Maria! Uszy krwawiły krwią w ilościach znanych z najbrutalniejszych horrorów. Do tego jeszcze mamy masę znanych twarzy, którzy są kompletnie niewykorzystani. Kamil Nożyński pojawia się raptem w jednej scenie, wypowiada JEDNO zdanie i tyle. Andrzej Grabowski jako komendant ma aż TRZY sceny, tak samo Głowacki czy Krzysztof Stroiński. Za takie marnotrawstwo takiej ilości talentów powinien być paragraf.

lokatorka4

Jestem wściekły na Otłowskiego, który po mocnym debiucie w postaci „Jezioraka” nie potrafi się zbliżyć do tego poziomu. Niespójny, płytki, pozbawiony napięcia oraz postaci, które by mnie obchodziły. Jak widać sam temat nie wystarczy do zrobienia dobrego filmu.

4/10

Radosław Ostrowski

Reacher – seria 1

Jack Reacher – emerytowany major armii USA, gdzie dowodził specjalnym oddziałem śledczym Żandarmerii Wojskowej. Teraz sam się przemieszcza po całym kraju od miasteczka do miasteczka. Gdzie się pojawia, sytuacja robi się bardzo nerwowa, trup się ścielę gęsto, a na jaw wychodzi korupcja, układ oraz zbrodniczy proceder. W sumie tak można opisać każdą powieść cyklu Lee Childa, który zawiera ponad 20 tytułów. Na ich podstawie zrealizowano dwa filmy z Tomem Cruisem, a teraz do akcji wkroczył Nick Santora, by zrealizować serial o tej postaci. Oglądalność była tak wysoka, że kilka dni po premierze zamówiono kontynuację.

Wszystko zaczęło się od tego, że Jack Reacher przyjechał autobusem do miasteczka Margrave w stanie Georgia. Chciał bliżej poznać pewnego muzyka bluesowego, ale najpierw wpadł do jadłodajni, by zjeść placek. Problem w tym, że nawet nie dadzą człowiekowi zjeść, tylko od razu przybywaj gliniarze,  nasz turysta zostaje aresztowany… za morderstwo. To jednak nie jest jedyna niespodzianka, bo najpierw pewien bankier przyznaje się do winy, potem facet z Reacherem trafiają do pierdla, co kończy się spuszczeniem łomot, zaś denat okazuje się być… bratem Reachera. O co tu do cholery chodzi? Reacher zaczyna prowadzić własne dochodzenie.

Wszystko brzmi jak znajoma historia spod znaku sensacyjno-kryminalnych produkcji z lat 90. czy początku XXI wieku. Intryga u szczytów władzy w miasteczku, skorumpowani policjanci, brutalne morderstwa, małomówny przybysz znikąd, detektyw z wielkiego miasta – ile to już razy widzieliśmy, słyszeliśmy, czytaliśmy? Twórcy serialu są pełni w pełni świadomi i kompletnie się tego nie wstydzą. Jednak na tyle komplikują elementy układanki, by zaangażować oraz trzymać w napięciu, choć podejrzanych na pierwszy rzut oka rozpoznajemy. Pojawia się parę zaskoczeń, wynikających z ograniczonego zaufania, szukania tropów poza miasteczkiem Twórcy nie zapominają o rozładowaniu napięcia humorem (głównie dzięki dynamice relacji Reacher-Finlay), by wskoczyć bardzo krwawymi scenami akcji. Te są zrobione świetnie, w niemal surowym stylu, bez szybkich cięć, z pompującą adrenaliną jak choćby bójka w więzieniu czy finałowa konfrontacja. Troszkę się czułem jakbym oglądał… „Boscha” tylko w konwencji współczesnego westernu.

W zasadzie jedynym poważnym problemem są dla mnie retrospekcje z czasów młodości Jacka. Z jednej strony pokazują jego charakter oraz relację z bratem, ale z drugiej parę razy wydają się zbędne i niepotrzebne. Znaczy nie wszystkie, jednak trochę sprawiają wrażenie zapchajdziury. Sama realizacja może nie robi szału, ale czy każdy serial musi być przełomowy, zmieniający reguły gry w gatunku oraz wielkimi ambicjami? „Reacher” tego nie ma i nie potrzebuje, bo jego celem jest dostarczenie rozrywki, co wykonuje bezbłędnie.

Plus ma świetnie dobranych aktorzy i interakcje między nimi, co jest istotnym kluczem. Odkryciem dla mnie jest Alan Ritchson w roli tytułowej, czyli mieszanka umysłu Sherlocka Holmesa z posturą godną Arniego o bardzo niepoprawnym politycznie nazwisku czasów świetności. Wybuchowa hybryda tworząca gościa, co samym spojrzenie potrafi zmienić nastawienie każdego delikwenta. Jeśli to nie zadziała, pięści idą w ruch, a kości pękają szybciej niż więźniowe polityczni. Poza nim jest jeszcze dwójka partnerów: Malcolm Goodwin (opanowany i szorstki detektyw Finlay) oraz Willa Fitzgerald (idealistyczna policjantka Roscoe). Interakcje między tą trójką jest emocjonalną kartą, jaką mają twórcy do zaoferowania i nie boją się z niej korzystać. Reszta obsady też wypada więcej niż dobrze (z tego grona najbardziej wybija się Bruce McGill jako burmistrz Teale oraz Maria Sten w roli dawnej towarzyszki z armii – sierżant Neagley), więc pod tym względem nie ma się czego przyczepić.

„Reacher” tak jak „Bosch” czy parę lat wcześniej „Justified” to przykład bezpretensjonalnego serialu z lat 90., tylko o wiele lepiej wykonanego. Prosty (nie prostacki), szczery, z fajnymi postaciami oraz pewnie prowadzoną historią. Nie wiem jak wy, ale nie mogę doczekać się kolejnego przystanku na drodze Jacka Reachera.

8/10

Radosław Ostrowski

Sposób na świętego

O świętym Mikołaju powstała masa filmów i opowieści, gdzie albo pełni główną rolę, albo przewija się gdzieś w tle. Co jeszcze można w tym temacie wymyślić? Bracia Nelms znaleźli na to pytanie pokręconą odpowiedź. Otóż wyobraźcie sobie Mikołaja, który jest zgorzkniały, zmęczony życiem i ledwo radzący sobie z roznoszeniem prezentów. Nie dlatego, że jest ich dużo, lecz wręcz przeciwnie: dzieci stały się coraz mniej grzeczne i dużo węgla pójdzie pod choinki. Chyba trzeba będzie zamknąć interes. Albo pójść na układ z armią USA i tworzyć części do myśliwców.

To jednak tylko początek kłopotów Chrisa. Wszystko z powodu rozpieszczonego chłopaka, mieszkającego razem z chorującą babcią. Oraz służącymi. Bardzo rozpieszczony gnojek Billy, który mógłby być krewnym Richie Richa. Nie mogąc znieść porażki, gnębi koleżankę z klasy, okrada babcię w celu wynajęcia płatnego mordercy. Jednak jego prawdziwy wybuch gniewu nastaje, gdy w Święta dostaje węgiel. I decyduje się na wynajęcie zabójcy z celu likwidacji Mikołaja. Tylko jak się do niego dostać?

Sam film przeskakuje między poważnymi momentami, pokręconą komedią a kinem akcji. Po opisie fabuły można było się spodziewać wariackiego kina z akcją bardzo przerysowaną i pełną absurdalnych pomysłów. Część z tego tutaj jest, ale wszystko zaskakuje przyziemnością, co wynika z niewielkiego budżetu. Akcja niemal w całości osadzona jest w domu Mikołaja, gdzie mieszka z żoną oraz fabryce prezentów, która znajduje się w stodole. Wszystko sprawia wrażenie bardzo realistycznego świata, gdzie o obecności Chrisa wiedzą tylko nieliczni.

Skromnie, prosto, bez fajerwerków. W zasadzie tak można opisać „Sposób na świętego”, będący bardzo powolną opowieścią. Dopiero w trzecim akcie dochodzi do ostatecznej konfrontacji i ta zaskakuje przyziemnością. Nie oznacza to jednak braku napięcia czy nudę. Nie brakuje też refleksji związanej z faktem, że Święta oznaczają napędzającą komercjalizację, co dla świętego jest powodem rozgoryczenia oraz wątpliwości w siłę swoich wpływów. Że ludzie bardziej są egoistyczni, liczy się tylko własne ego i każdą porażkę traktują osobiście. Tak jest z Billym, ale też zabójcą mającym osobiste porachunki z brodaczem w czerwonym stroju. Refleksje nad tym światem są prowadzone między słowami i to pozwala myśleć troszkę cieplej.

A wszystko w ryzach trzyma świetna obsada. Mikołajem jest tutaj sam Mel Gibson z kozackim zarostem i tym spojrzeniem, które czyni tą postać nieobliczalną. Wszelkie emocje wygrywa bezbłędnie, zaś chemia między nim a Marianne Jean-Baptiste (Ruth, pani Mikołajowa) działa mocno. Mimo tego, że wspólnych scen jest niewiele, lecz ciepło oraz sympatia aktorki jest namacalna. Jednak prawdziwym szaleństwem jest Walton Goggins w roli mordercy. Równie rozczarowany światem, mający obsesję na punkcie zabicia Mikołaja, serwuje wiele smolistych tekstów z kamienną twarzą. Ma parę zadziwiających momentów (zastraszanie dziewczynki czy kupno samolociku), pokazujących inną twarz tej postaci.

To całkiem niezłe kino ze świetnym aktorstwem (z toną charyzmy) i nie do końca wykorzystanym pomysłem, gdzie można było zaszaleć. Aż prosiło się, by zrobić z Mikołaja herosa kina akcji, podlewając wszystko absurdalnym humorem w stylu ZAZ czy Mela Brooksa. Może znajdzie się jakiś wariat, który pójdzie w tą stronę.

6,5/10

Radosław Ostrowski

American Assassin

Skoro był już amerykański gangster, bohater, nawet ninja, to teraz pora najwyższa na amerykańskiego zabójcę. Nie jest to jednak asasyn z serii Assassin’s Creed, lecz małoletni gnojek o imieniu Mitch Rapp. Z takim nazwiskiem mógłby zostać rap(p)erem, wozić się po mieście, wyrywać panienki i szastać hajsem. Jak został zabijaką? Zaczęło się niewinnie na plaży w Ibizie, gdzie chłopak spędza wakacje ze swoją dziewczyną i decyduje się na kolejny ważny krok: oświadczyny. Brzmi jak piękny sen, ale w jednej sekundzie sny zmieniają się w koszmary. A ten ma twarz uzbrojonych terrorystów, dokonujących krwawej rzeźni, wskutek czego ginie dziewczyna Rappa, on sam zaś zostaje postrzelony.

american assassin1

W takiej sytuacji wyjścia są dwa: albo znaleźć spokój i żyć dalej, co wymaga masę czasu, albo pójść na skróty, podążając drogą zemsty, zabijania oraz wojny ze całym ścierwem tego świata. Jak myślicie, jaką ścieżkę wybrał nasz bohater? Półtora roku później Rapp próbuje zinfiltrować komórkę terrorystyczną w jakimś kraju arabskim, jednak nasz bohater jest obserwowany przez CIA i akcja kończy się likwidacją. A potem dostaje szansę jedną na milion, czyli przeszkolenie w superelitarnej jednostce komandosów pod wodzą Stana Hurleya – podobno ten gość w poprzednim wcieleniu był Batmanem. Trzeba się jednak spieszyć, bo ktoś zarąbał kilka kilogramów plutonu i chce zbudować bombę atomową.

american assassin2

Jak możecie się domyślić film Michaela Cuesty brzmi jak jeden z wielu thrillerów/akcyjniaków, gdzie losy świata zależą od dzielnych Amerykanów. Nawet jeśli nie działają zgodnie ze wszelkimi regulaminami czy protokołami, kierują się emocjami zamiast mózgiem. Niby próbuje się pokazać działanie tajnych służb, ale bardziej skręca w stronę opowieść o mścicielu działającego jak jednoosobowa armia. Tylko, że po drodze całość zaczyna gubić tempo i nawet momenty budowania napięcia są niszczone przez przewidywalne zwroty akcji oraz braku mocniejszego kopa. Jakiejś mocnej sceny akcji, która wyróżniałaby ten film z grona tysięcy innych filmów a’la Jason Bourne, bo realizacja w zasadzie jest standardowa. Niby są strzelaniny, pościgi, bijatyka czy tortury, ale nic tutaj nie urywa żadnej części ciała.

american assassin3

Sytuacji nie poprawia także antagonista grany przez Taylora Kitcha. Aktorowi brakuje charyzmy, by przykuł uwagę, nie ma ciekawej motywacji. W zasadzie jest lustrzanym odbiciem protagonisty, tylko działa po drugiej stronie barykady. Dylan O”Brien wcielający się w Rappa wypada solidnie, zwłaszcza w scenach akcji i te momenty sprzedaje najlepiej. Ale jeśli szukacie charyzmy oraz dobrego grania, tutaj serwuje je Michael Keaton jako mentor Hurley. Szorstki, surowy, z mroczną przeszłością ciągnie ten film na swoich barkach.

„American Assassin” ma w sobie pewien sznyt staroszkolnego kina akcji z lat 90., tylko że te polityczne wątki bardziej są balastem i spowalniają go przed staniem się klasykiem gatunku. Niby jest otwarta furtka na sequel (informacji o nim brak), ale to bardziej produkcja na raz. Zobaczysz, zapomnisz i poczekasz na coś lepszego w tym gatunku.

6/10

Radosław Ostrowski

Jeźdźcy sprawiedliwości

Co wam przychodzi do głowy, gdy słyszycie hasło: kino zemsty? Jednoosobowa armia kontra wielka grupa ludzi do rozwalenia przed Głównym Złym. Po tym jak nasz Kopiący Dupę Koksu stracił żonę/matkę/córkę/psa/kota/popielniczkę/auto (niepotrzebne skreślić). Tak przynajmniej robią to Anglosasi i ludzie, co próbują ich kopiować. Jednak reżyser Anders Thomas Jensen postanowił pójść swoją drogą.

jezdzcy sprawiedliwosci1

Bohaterem „Jeźdźców sprawiedliwości” jest Markus (Mads Mikkelsen) – żołnierz stacjonujący w Afganistanie, który rzadko bywa w domu. Na tyle rzadko, że jego nastoletnia córka jest dla niego obca. Dziewczyna miała ruszyć do szkoły, ale skradziono jej rower, a samochód nie chce odpalić. Więc matka z córką robią sobie wolne i jadą pociągiem, co kończy się katastrofą pojazdu oraz śmiercią kobiety. Mathilde (córka) jest straumatyzowana, a ojciec wraca do domu i próbuje jakoś nawiązać relacją z nastolatką. Ale pewnego wieczoru przychodzi do niego dwóch ekscentrycznych jegomościów. Są przekonani, że wypadek nie był wypadkiem, tylko zamachem, w którym miał zginąć członek gangu motocyklowego Riders of Justice na kilka dni przed rozprawą sądową, gdzie miał zeznawać przeciw swoim kumplom. Markus decyduje się zrobić jedną, jedyną słuszną rzecz – zemścić się, zabijając członków gangu. Proste? Łatwo powiedzieć, zrobić już mniej.

jezdzcy sprawiedliwosci2

Jeśli spodziewacie się, że ten film będzie (pokręconą, ale jednak) wersją opowieści w stylu filmu zaczynającego się na John, a kończącego na Wick – popełniacie wielki błąd. Jensen tworzy hybrydę, mieszającą film sensacyjny, dramat psychologiczny, czarną komedię i… „Przypadek” Kieślowskiego. Brzmi jak coś, co mogło spłodzić jakieś azjatyckie dziecko, bo tylko ono mogłoby to skleić w jedną, spójną narrację. Ale Jensen nie jest od nich gorszy, jednocześnie potrafi zachować balans między brutalnymi, krwawymi scenami akcji, komedią z odrobinką sytuacyjnych gagów oraz psychologicznym dramatem. Na pierwszy plan wysuwają się dwa tematy: przepracowywanie traumy przez ojca i córkę oraz jak wiele zależy tutaj od przypadku.

jezdzcy sprawiedliwosci3

Zwłaszcza to drugie jest mocno zaznaczone, niemal od pierwszej sceny w Tallinie. A jeśli dodamy do tego tych trzech ekscentrycznych jegomości: matematyk Otto (Nikolaj Lie Kaas w brodzie nie do poznania) – specjalista od algorytmów, haker Lennart (pokręcony Lars Brygmann) i zajmujący się rozpoznawaniem twarzy Emmenthal (Nicholas Bro w chyba swojej najlepszej roli), efekty są zaskakujące. Może początkowo wydają się grupą geeków, robiących za oderwanych od świata ludźmi. Ale kiedy poznajemy ich bliżej – panowie wypatrzeni przez córkę Markusa udają… terapeutów – okazuje się, że to połamańcy naznaczeni paskudnymi wydarzeniami z przeszłości: znęcanie się, molestowanie seksualne czy śmierć najbliższych. I ta dynamika działa najlepiej, zwłaszcza w przypadku Mathildy. Ale też pozostałych członków grupy, przez co ich los mnie obchodził. A kiedy dochodziło do strzelanin, nie było miłosierdzia – jest krwawo, brutalnie i realistycznie, bez przerysowania, włącznie z finałem.

jezdzcy sprawiedliwosci4

I jest to rewelacyjnie zagrane, dając każdemu aktorowi spore pole manewru. Wariackie trio Bro-Kaas-Brygmann świetnie się uzupełnia, bardzo przekonująco pokazując swoje obsesje oraz silną przyjaźń. I każdy z nich ma swój własny charakter. Na protagonistę wyrasta tutaj Mikkelsen, który gra tak jak zawsze – jest bardzo powściągliwy, tłumiący swoje emocje, pełny gniewu i wściekłości. Ciężko mu się odnaleźć i nawiązać relację z córką, której nie rozumie oraz jest od niej oddalony. Ale kiedy jego gniew wybucha i jest zagrożony, eliminuje problem ze skutecznością Johna Rambo. Bardzo mocna i porażająca rola.

„Jeźdźcy” potwierdzają, że da się jeszcze w kinie zrobić coś mniej konwencjonalnego, hollywoodzkiego, a jednocześnie bardzo realistycznego w pokazaniu świata. Świata, gdzie sens trzema nadać samemu, bez korzystania z algorytmów i statystyk, a wiele rzeczy zależy od przypadku.

8/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible – Fallout

Seria „Mission: Impossible” to obecnie jedyna marka, która stanowi jakąkolwiek konkurencję dla przygód agenta 007. Bo Ethan Hunt i grający go Tom Cruise robi tutaj takie cuda na kiju, że można zastanowić się nad „prawdziwym” pochodzeniem tej postaci. Jakby nie był zwykłym człowiekiem, ale Supermanem czy innym herosem powstałym z niezniszczalnium albo innego adamantium. Ideał amerykańskiego bohatera, którego można połamać, poobijać i wykręcić wszystkie organy, ale nie da się zabić.

mission impossible7-1

„Fallout” to szósta część przygód, która a) jest bardzo mocno powiązana z wydarzeniami poprzedniej części i b) nakręcił ją reżyser poprzedniczki, Christopher McQuarrie. Tym razem Ethan Hunt mierzy się z niedobitkami Syndykatu Salomona Lane’a zwanymi Apostołami. Celem do zdobycia jest skradziony rosyjski pluton, z którego można zbudować trzy bomby nuklearne. Ale akcja przejęcia ich w Berlinie przez ekipę IMF kończy się niepowodzeniem, przez co świat znajduje się na krawędzi zagłady. Huntowi zostaje dokooptowany do pomocy agent Walker od nowej szefowej CIA jako obserwator. I pojawia się szansa na odzyskanie skradzionych ładunków.

mission impossible7-4

Co ja wam będę mówił? Jak widzieliście poprzednie części, to wiecie czego należy się spodziewać. Akcja nakręcona adrenaliną, proste plany, które są proste tylko z nazwy oraz powroty paru starych znajomych. Skok z samolotu wysokości nastu tysięcy kilometrów, pościg na motorze przeciw policji, zdrady, zamachy, biegający tysiące kilometrów Tom Cruise, pościg helikopterów (!!!) czy bijatyka dwóch na jednego w toalecie. Nawet jeśli napięcie jest pozorowane, bo wszystkie te mistyfikacje, maski na twarzy widziałem wiele razy, paradoksalnie ten film wsysa jak odkurzacz i czekałem cały czas na kolejne szalone atrakcje. Totalne szaleństwo, czyli standard serii i nie mogę uwierzyć, że jeszcze można coś nowego wymyślić.

mission impossible7-3

Może i sama historia brzmi zbyt znajomo, bez żadnego elementu zaskoczenia, ale czy dla fabuły ogląda się serię „Mission: Impossible”? Absolutnie nie, lecz z powodu realizacji akcji i popisów kaskaderskich, a te są na bardzo wysokim poziomie. Wszystkie sceny akcji wyglądają znakomicie, wszystko jest bardzo czytelne z paroma niesamowitymi MOMENTAMI (pościg na motocyklu w Paryżu i odbicie więźnia klimatem przypominało mi… „Ronina”, tylko podkręconego, bijatyka w łazience niczym z „Prawdziwych kłamstw” oraz pościg helikopterów). Obsada też ma swoje momenty i to dotyczy zarówno starego składu, czyli Cruise’a, Pegga oraz Rhymesa, a także znajomych z „Rogue Nation” granych przez Aleca Baldwina i Rebeccę Ferguson. Jednak prawdziwym złotem jest tutaj Henry Cavill jako obserwujący akcje IMF agent Walker – potężny koksu z pięknym wąsem oraz pięściami o sile Mjolnira. Takiej mieszanki nie da się wymazać z pamięci.

mission impossible7-2

Jak to jest, że oglądając szóstą część serii nadal mam frajdę z oglądania tego wizualnego cyrku? Nie mam zielonego pojęcia, ale McQuarrie z Cruise’m nakręcili ten film z pasji. I tę pasję widać, by pójść krok dalej, zrobić masę szalonych rzeczy za kupę szmalu. Nie jest to część, która przebija poprzednią, jednak jest zbyt dobrze wykonana, by ją zignorować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Człowiek-demolka

Niby były połączenia kina akcji z SF, jednak takiej jazdy jak „Człowiek-demolka” nie da się wymazać z pamięci. Jedyny film zrobiony przez Marco Brambillę ma w zasadzie to, co lubicie w akcyjniakach z lat 90. i nawet o wiele więcej. Akcja toczy się w przyszłości roku 1996, gdzie policjant John Spartan (tytułowy Człowiek-demolka o aparycja Sylvestra Stallone’a) ściga niebezpiecznego bandziora Simona Phoenixa (Wesley Snipes w czasach wielkiej formy), który porwał zakładników. Udaje się przestępcę schwytać, lecz akcja kończy się rozpierduchą i wrobieniem policjanta w zabójstwo zakładników. Za karę obaj panowie zostają zamrożeni w komorach kriogenicznych na 70 lat. W 2032 roku Los Angeles, Santa Monica oraz San Diego połączyły się w jedną metropolię, zaś przemoc to pieśń przeszłości. Ale właśnie wtedy Phoenix ucieka z więzienia, a policja jest wyjątkowo bezsilna. Pozostaje jedyne rozwiązanie: wybudzić Spartana i dorwać Phoenixa.

Może i sam początek filmu zapowiada coś konwencjonalnego, to złudzenie trwa kilka minut. Gdy trafiamy w przyszłość, nagle film idzie w satyrę na dystopijne społeczeństwo. Świat, który wskutek katastrofy zmienił się totalnie. Ludzie noszą stroje przypominające kimona, przestrzeń jest nieznośnie sterylna, zaś wiele rzeczy (mięso, przemoc, seks, niezdrowa żywność, broń palna) w zasadzie nie istnieją. Nawet przeklinać nie można, bo dostaje się za to mandat. Nowy, wspaniały świat, będący zasługą wizjonera dra Cocteau. Ale technologicznie jest wiele gadżetów bardzo blisko naszej rzeczywistości jak telekonferencje, tablety czy automatycznie prowadzące samochody. Zaś dominacji tylko jednej fast-foodowej sieci wydaje się być kwestią czasu. Krótko mówiąc – niby zdrowe, ale jakieś pozbawione jaj społeczeństwo.

I to komediowe zacięcie w scenach, gdzie Spartan próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości to najmocniejszy punkt filmu. Nie oznacza to jednak, że sceny akcji nie są interesujące. Walki są zdominowane głównie przez bijatyki, z bardzo płynnym montażem (kolejny popis umiejętności Stuarta Bairda) oraz czasami nietypowymi kątami kamery. To wyróżnia „Człowieka-demolkę” z grona innych filmów akcji tego okresu. Nie brakuje też one-linerów oraz przewidywalnych kierunków historii, co absolutnie nie jest wadą.

No i całość bardzo mocno trzyma się aktorsko. Stallone bardzo dobrze wypada jako bezkompromisowy stróż prawa, próbujący się odnaleźć w nowej rzeczywistości. W scenach akcji robi to, do czego nas przyzwyczaił, ale tutaj pokazuje spore predyspozycje komediowe. Świetnie też wypada Snipes, tworząc bardzo przerysowanego łotra z mocno psychopatycznym rysem. Ma w sobie coś z Jokera, a granie Phoenixa sprawia mu najwięcej frajdy. Ale największą niespodzianką jest tutaj Sandra Bullock, czyli porucznik Huxley. Policjantka niby z przyszłości, lecz mentalnie mocno zafiksowana na punkcie lat 90., tworząc bardzo zgrabny duet ze Stallonem. I ta trójka jest prawdziwym paliwem napędowym tego szaleństwa.

Dla mnie to specyficzny oraz niedoceniony film akcji, który miejscami mógłby być osadzony w świecie RoboCopa. „Człowiek-demolka” miesza sensację, fantastykę z satyrycznym spojrzeniem na przyszłość, dając bardzo dużo frajdy fanom gatunku. Absolutna perełka.

7,5/10

Radosław Ostrowski