Resident Evil (2026)

Resident Evil – jedna z najsłynniejszych serii gier z japońskiego studia Capcom, mocno inspirująca się serią filmów o żywych trupach od George’a Romero. Mająca już 30 lat franczyza była już przenoszona na ekran w formie animacji, serialu czy serii filmów tworzonych przez Paula W.S. Andersona w latach 2002-17. Ta ostatnia była masakrowana przez krytyków i fanów gier jak bura suka. Więc kiedy pojawiły się zapowiedzi, że twórca „Barbarzyńców” oraz zeszłorocznych „Zniknięć” Zach Cregger zrobi kolejny film na tej serii pojawiła się ekscytacja.

Tym razem bohaterem jest Bryan (Austin Abrams) – kurier, rozwożący pilne przesyłki do szpitali. Takie rzeczy jak organy, szczepionki, które trzeba dostarczyć jak najszybciej. Po dostarczeniu kolejnej paczki mężczyzna ma już wracać do domu, do swojej dziewczyny. ALE dostaje pilne zleconko, za bardzo dużą kasę – dostarczenie paczki do znajdującego się w górach miasta Racoon City. Napędzany przez swoją pazerność Bryan wyrusza przez śnieg kompletnie nieprzygotowanym autem nocą. I jadąc lasem potrąca pojawiającą się znikąd kobietę, którą postanawia zabrać ze sobą, co doprowadza do lawiny paskudnych sytuacji.

Reżyser nie opiera historii na żadnej części gier komputerowych, lecz tworzy własną opowieść w tym uniwersum. I dla fanów (czy fanatyków) serii może być to uznane za zdradę, jednak skupienie się tylko na jednej postaci oraz jej perspektywie daje szansę na większą immersję. Fakt, że nasz protagonista nie jest ekspertem sztuki przetrwania, wyszkolonym złodupnym twardzielem czy stereotypowym Amerykaninem, który sztukę obsługiwania broni palnej ma wpisaną w swoim DNA z jednej strony pozwala łatwiej się identyfikować. Ale z drugiej jego nieporadność oraz pierdołowatość (jak choćby nieumiejętność przestrzelenia kłódek) jest jednocześnie źródłem humoru i frustracji. Nie pamiętam kiedy ostatnio śmiałem się przy horrorze (intencjonalnie), nawet jeśli jest to slapstick i czarny humor.

Niemal od razu zostajemy wrzuceni w akcję i grozę, nie tylko z powodu osadzenia akcji w nocy czy początkowych niemal opustoszałych przestrzeni. Las dookoła, chata ze stodołą gdzieś czy tunel z pozostawionymi samochodami. Tutaj najbardziej błyszczy tutaj poczucie ciągłego zagrożenia oraz napięcia, bardzo rzadko pozwalając sobie na chwilę oddechu. Sceny w domu, gdzie zaraz ma się pojawić monstrum, a napięcie buduje sam dźwięk zostaje ze mną na długo. Tak jak niepowstrzymane coś, co zacznie kroczyć za naszym protagonistą, niemal żywcem wzięte z chorej wyobraźni Davida Cronenberga czy… „Coś” Carpentera. A z każdą sceną jest coraz bardziej szalonych momentów jak spadające z dachu zombiaki na ulicę czy bardzo nerwowe przechodzenie przez porodówkę. Swoje robią też świetne efekty specjalne, mocna gorowa jatka oraz bardzo gorzki finał.

Zaś wszystko trzyma na swoich barkach Austin Abrams w roli Bryana, będący w zasadzie współczesnym odpowiednikiem Asha Williamsa z serii „Martwe zło”. Czyli zwykły, przeciętny koleś pakujący się w coraz bardziej nadnaturalne sytuacje. Nie jest zbyt lotny intelektualnie i w zasadzie większość jego dialogów to reakcje w rodzaju „K***a”, „O Boże” albo krzyki, a czasem jego zachowanie frustruje. Niemniej łatwo mu się kibicuje i identyfikuje się z próbami radzenia sobie w kompletnie porąbanych okolicznościach. Reszta aktorów w zasadzie to małe epizodziki, z których najbardziej wybija się świetny Paul Walter Hauser (dr Carl) i Andrea Miltnerova (kobieta przejechana na początku i pierwszy zombiak).

Cregger tworząc swoje „Resident Evil” mocno czerpie zarówno z kina Sama Raimiego czy Johna Carpentera, tworząc bardzo intensywny horror z B-klasową historią, która raczej nie zostanie w pamięci zbyt długo. Zdecydowanie najlepsza filmowa inkarnacja growej serii, nie próbująca się budować na tożsamości i rzucanych w twarz odwołaniach do franczyzy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ostrze przeznaczenia

Dawno nie widziałem na ekranie kinowym chińskiego kina z podgatunku wuxia. Czyli osadzonych w przeszłości (czerpiąc choćby z dawnych tekstów, legend i mitów) mieszanki kung-fu, walk bronią białą oraz akcją, gdzie bohaterowie łamią prawa fizyki niczym superherosi. Do naszego kraju przebiły się produkcje na początku lat 2000. jak „Przyczajony tygrys, ukryty smok” czy „Hero”. A teraz ze swoim najnowszym filmem wkracza legendarny choreograf, kaskader i reżyser Yuen Woo-Ping (lat 80).

„Ostrze przeznaczenia” oparte jest na chińskiej manhua (taki ichny odpowiednik mangi) tworzonej od 2015 roku. Osadzona podczas rządów dynastii Sui (końcówka VI i początek VII wieku n.e.) skupia się na niejakim Dao Ma (Wu Jing). Kiedyś oficer elitarnej jednostki armii cesarskiej, obecnie wędrujący łowca nagród, któremu towarzyszy 7-letni siostrzeniec Xiao Qi. Będąc na tropie kolejnego celu, zostaje zaproszony przez gubernatora Changa (Jet Li) i otrzymuje propozycję wyszkolenia jego wojsk. Nie przyjmuje oferty, a także wskutek okoliczności zmuszony jest do ucieczki, stając się ściganym bandytą. Udaje mu się znaleźć schronienie w wiosce klanu Mojia, dzięki przyjaźni z przywódcą grupy Lao Mo. Ten daje mu zadanie i szansę na ucieczkę: ma eskortować poszukiwanego przez władzę buntownika Zhishilanga (Sun Yizhou) do miasta Chang’an. Wojownikowi w misji będzie towarzyszyć córka lidera klanu, łuczniczka Ayuya (Chen Lijun) oraz jej przyjaciółki Ani.

Sama opowieść ma w sobie ducha kina przygodowego w starym stylu. I niejako od razu (za pomocą krótkiej ekspozycji narracyjnej) zostajemy wrzuceni do opowieści, powoli odkrywając zarówno kolejnych postaci oraz tła historycznego. W samym środku znajduje się nasz Dao, któremu blisko jest do cynicznego antybohatera, trzymającego się z daleka od politycznych intryg i dawnego życia. A po drodze dostajemy wręcz stado postaci, które albo będą naszemu wojownikowi przeszkadzać (inne klany, najemnicy, wojsko cesarza, dwójka dawnych towarzyszy broni czy młody chan) albo może pomogą (inny łowca nagród o białych włosach niczym Geralt z Rivii i eskortowana więźniarka). Akcja potrafi być absolutnie szalona, wręcz pędząca na złamanie karku, z masą statystów i ogromną skalą jak niemal żywcem wzięta z „Mad Max: Na drodze gniewu” ucieczka w burzę piaskową. Wszyscy walczą ze wszystkimi, krew i części ciała lecą we wszystkich kierunkach, skaczą, latają oraz ciachają. Wszystko bardzo płynnie zmontowane, bez szybkich cięć oraz kreatywnej choreografii (tutaj najbardziej wybija się pojedynek podczas burzy piaskowej oraz starcie przy płonącej oliwie nocą), czyniąc seans bardzo ekscytującym i satysfakcjonujący.

Niemniej mam tutaj dwa problemy. Po pierwsze, postaci i bohaterów jest zwyczajnie za dużo, przez co nie ma zbyt wiele czasu na ich poznanie, a także wywołuje to dezorientację. Szczególnie, jeśli do kogoś wracamy po dłuższym czasie. A po drugie, jakieś 90% akcji dzieje się na pustyni i po dłuższym czasie ten krajobraz staje się zwyczajnie monotonne. Brakuje tutaj troszkę większego urozmaicenia lokacji. A niektórym mogą się nie spodobać dialogi niepozbawione patosu oraz (zbyt) poważne, niemniej jest to rozładowane humorem.

Nawet jeśli postacie nie są zbyt ciekawie napisane, to aktorzy wyciskają czynią ich bardzo wyrazistymi. Fani liczący na sporą ilość Jeta Li będą srogo rozczarowani, bo pojawia się na dwie sceny, ma świetną scenę naparzania i tyle. O wiele więcej do zaoferowania ma cała reszta: od świetnego Jinga przez zadziorną Lijun i enigmatycznego Yu Shi (Shu) po przerysowanego Ci Sha (chan Xiyuan) i Li Yunxiao (próbująca się desperacko wyrwać Yan Zhiniang).

Nawet nie wiedziałem jak bardzo mi takich filmów sztuk walki w starym stylu. Nawet jeśli nie ma skali „Przyczajonego tygrysa…”, to jednak imponuje energią reżysera, świetnie zrobionymi i wykonanymi scenami akcji. Nawet jeśli bywa zbyt tłoczno, a początek dezorientuje, to ma zbyt wiele dobrego, by nie wyjść z kina zadowolonym.

7/10

Radosław Ostrowski

Martwi przed świtem

Polska nową potęgą kina grozy – może za kilka(naście) lat pojawi się taki śmiałek, który rzuciłby takie hasło. Bo obecnie u nas z horrorem to jest co najwyżej średnio. Jeden Bartosz M. Kowalski gatunku nie stworzy, realizując kolejne slashery. Ale w zeszłym roku z odsieczą przybył facet, który podszywa się za Włocha. Dawid Torrone, a tak naprawdę Dawid Krępski, postanowił stworzyć kolejny film z gatunku horror und groza. Und krew.

„Martwi przed świtem” mają bardzo prosty punkt wyjścia: mamy grupę aktorów, reżysera i jego asystentkę w lokalnym teatrze. Nie mogą wyjść, bo na zewnątrz szaleje burza oraz deszcz. A pojawiają się w celu przygotowania nowego spektaklu słynnego dramaturga Heissenhoffa, który nie tworzy zbyt często. Jednak sama sala teatralna wygląda bardzo osobliwie, bardziej przypominając kościół. Jakby tego mało, wśród naszej czwórki aktorów zaczyna dochodzić do tarć, do premiery są tylko dwa tygodnie, a potem dzieją się dziwne rzeczy. Jak choćby tajemniczy morderca, który zaczyna szaleć.

Reżyser mocno inspiruje się włoskim giallo, czyli podgatunkiem kina zawieszonym między krwawym horrorem a thrillerem, której mistrzami byli tacy reżyserzy jak Mario Bava czy Dario Argento. Sama historia brzmi jak prosta opowiastka, która skupia się głównie na budowaniu atmosfery. A ta oparta jest na wykorzystaniu mocnych kolorów (czerwień, zieleń, czerń) oraz oświetlenia, budujących poczucie zagrożenia. Sam zabójca ma obowiązkowe czarne rękawiczki oraz bardzo unikatową maskę w postaci kilkunastu oczu. Dialogi są poprawne i sięga po znajome sztuczki: pojedyncze, niepokojące dźwięki, jump-scare’y i wyskakujący znikąd niemy antagonista. Kiedy on wchodzi, jest krwawo i brutalnie (ale tak naprawdę, zaś jego narzędziami mordu są tasak, pięści, a nawet piła mechaniczna), a nawet jest odrobinka napięcia.

Problem w tym, że Torrone próbuje jeszcze urozmaicić całość za pomocą wszelkiej masy udziwnień. Od biegnącej kamery lub ujęć od góry przez filtry przypominające oglądanie kasety VHS (plansza z nazwą rozdziału), stroboskopowe światła i przejście na czarno-biały kolor aż po ujęcia z perspektywy zabójcy. Pozornie wydaje się to atrakcyjne, ale w rzeczywistości wywołuje dezorientację oraz poczucie oglądania arthouse’owej, silącej się na więcej pretensji. Wrażenie potęgują sceny ze „spektaklu” pełne dialogów w rodzaju „moja głębia mnie pogłębia”, mające dodawać jakiejś powagi oraz czegoś głębszego. Jedynie zakończenie potrafiło mocniej uderzyć, choć to może być zasługa efektów specjalnych.

Niby idziemy w dobrym kierunku, a całość sprawia wrażenie kompetentnego filmu. Problem w tym, że „Martwi przed świtem” sprawiają wrażenie dobrze wykonanej imitacji, jednak pozbawionej swojego charakteru oraz traktującej się o wiele zbyt poważnie. Wielka szkoda.

5/10

Radosław Ostrowski

Koniec ulicy Dębowej

Czy da się zrobić dobry film o dinozaurach bez „Jurassic Park” (albo „Jurassic World”) w tytule, zarabiając kupę pieniędzy? Raczej nie, co jest strasznie smutne i dobitnie pokazuje przypadka „Końca ulicy Dębowej”, który box office’u nie podbija. A szkoda, bo to całkiem fajna produkcja w duchu Kina Nowej Przygody. A czy warto było czekać 8 lat na nowy film Davida Roberta Mitchella, czyli twórcy horroru „Coś za mną chodzi” czy pokręconego kryminału „Tajemnice Silver Lake”.

Akcja dzieje się w roku 1982 gdzieś na typowych amerykańskich przedmieściach w Flowervale. Równoległe domki z garażami, gdzie ludzie sobie żyją, dzieci się bawią – znajomy krajobraz. I tutaj żyje sobie rodzinka Plattów. Denise (Anne Hathaway) – zajmuje się domem, po cichu pisząc powieść. Jej mąż Greg (Ewan McGregor) niby jest obecny, ale nie radzi sobie z byciem mężem i ojcem, a do tego rozwozi pizzę. Jeszcze mamy dwójkę dzieci: lekko rozrabiającego Briana (Christian Convery) oraz zafascynowana fantastyką Audrey (Maisy Stella). Niby familia jakich wiele, lecz coś się tutaj zaczyna sypać. Czy może być gorzej? Może, bo pewnej nocy po deszczowej burzy nagle błysnęło i po tym cisza. Nie ma prądu, nie ma wody, nie ma światła. Za to mamy jakiś dziwnie zalesiony krajobraz, a po okolicy krążą… dinozaury.

Jak można wywnioskować z opisu, „Koniec ulicy Dębowej” to film mocno czerpiący z tradycji Stevena Spielberga. I to czuć od pierwszych ujęć pokazujących okolicę oraz utrzymaną w duchu Johna Williamsa muzyce. Temat rodziny będącej na krawędzi i zmuszonej do wspólnego działania, otoczka fantastyczno-naukowa oraz aura tajemnicy – to elementy znane choćby z „E.T.”, „Parku Jurajskiego” czy nawet „Ducha”. Zważywszy na to, że producentem filmu jest J.J. Abrams, te inspiracje nie są przypadkowe. Sama historia jest niezbyt skomplikowana i prosta niczym produkcja sznurka, najmłodsi członkowie rodziny nie należą do zbyt lotnych (co może wywoływać u niektórych frustracje) oraz chodzące i żądne mięska dinusie. Niektóre mają na sobie futra, inne latają, dookoła ogromne zalesienie, w tle gdzieś nawet jest wulkan (a przynajmniej tak mi się wydaje). W zasadzie „Koniec…” jest kinem w stylu ciągłego ganiania i uciekania przed bestiami, a najlepsze momenty to świetne budowanie napięcia. Co jest zasługą świetnej pracy kamery, pokazującej coś przerażającego gdzieś w tle albo w taki sposób, że postacie tych istot nie widzą (ptaszydła na dachu, wielgachny wąż wślizgujący się przez okno do domu).

Te półtorej godziny mija szybko, historia angażuje, a sceny akcji łapią za gardło. Atmosferę i klimat lat 80. czuć tu mocno (od muzyki przez rekwizyty w rodzaju pościeli z Supermanem czy telewizora). Jedynym problemem jest to, że całość jest… durna i przypominająca wysokobudżetowe kino klasy B. Choć jest tu odrobina humoru (widok dwójki dinozaurów – niezapomniany), to jednak całość wydaje się być grana na serio. Nie było to dla mnie dużym problemem, ale wielu może zniechęcić się. Nieliczna obsada wypada solidnie (najbardziej wybija się tu Anne Hathaway w roli matki, stającej się niejako liderką rodziny), choć drugi plan – z wyjątkiem dinozaurów wszelkiej maści – w zasadzie nie istnieje.

Krótko podsumowując, „Koniec ulicy Dębowej” jest prostym, letnim blockbusterem, którego nie powstydził się zarówno Spielberg, jak i Shyamalan. Nawet jeśli nie jest najlepiej napisanym filmem z dinozaurami w tle oraz ma wiele znajomych elementów, to potrafi trzymać w napięciu oraz zaangażować emocjonalnie. Czysta rozrywka bez większych ambicji, ale pozwalająca zapomnieć o świecie na zewnątrz.

7/10

Radosław Ostrowski

PS. Podczas seansu zdarzyła się dość dziwna sytuacja, mianowicie… zapaliły się górne światła gdzieś w środku filmu.

Sunny Dancer

Wakacje zbliżają się ku końcowi, nie dając zbyt wiele czasu na złapanie ciepłych i słonecznych dni przed wkroczeniem szarej jesieni. Nawet jeśli ta atmosfera pojawia się tylko na dużym ekranie. Taki był mój przypadek z małym i kameralnym komediodramatem „Sunny Dancer” ze Szkocji. Pozornie kolejna „nastoletnia” opowieść o jedynym takim lecie, ale…

Bohaterką jest 17-letnia Ivy (Bella Ramsey) – bardzo zdystansowanej wobec całego świata oraz wszystkich. Dziewczyna choruje na białaczkę, choć od 10 miesięcy nie było żadnego nawrotu. Niemniej jest outsiderką, co martwi jej rodziców. Ci decydują się zapisać ją na letni obóz CRF dla nastolatków chorych na wszelkie nowotwory, co mocno dziewczynę denerwuje. No bo jak spędzić 4 tygodnie w towarzystwie kompletnie obcych ludzi, których raczej nie polubię? Niemniej Ivy daje się przekonać i od razu trafia na bardzo zgraną paczkę pokręconych ludzi: strasznie zafiksowaną na straceniu dziewictwa Ellę (Ruby Stokes), niemal ubranego jak punk Ralpha (Earl Cave), strasznie nieśmiałego Archie’ego (Conrad Khan), lubiącą tarota Maisie (Jasmine Elcock) oraz najbardziej wyluzowanego Jake’a (Daniel Quinn-Toye). No jeszcze jest prowadzący cały obóz Patrick (Neil Patrick Harris), będący niemal żywą inkarnacją boomera. Jak tu się w tym wszystkim odnaleźć?

Reżyser i scenarzysta George Jaques na pierwszy rzut oka wydaje się kolejny young adult z ciężką chorobą w tle. Czyli będzie bardzo poważnie, dramatycznie i wręcz depresyjnie. Prawda? Absolutnie nie i mamy zadziwiająco sporo humoru, mocno ocierającego się o krindż. Nawet ta paczka pokręconej młodzieży mogłaby być przefajnowana oraz przerysowana, choć początkowo wydają się znajomymi stereotypami. Jednak udaje się twórcy uczynić ich przekonującymi postaciami z krwi i kości. Pod ich wpływem Ivy powoli zaczyna się na innych otwierać, zaprzyjaźniać, a nawet… zakochuje. Brzmi to bardzo znajomo i może nawet schematycznie, ale reżyser pokazuje to wszystko z dużą dawką życzliwości, ciepła i empatii. Troszkę w tym pomagają przyjemne dla oka krajobrazy oraz świetna muzyka.

Jaques niczym Tadeusz Śliwa w „Światłoczułej” bardzo umiejętnie lawiruje między powagą a humorem, bez straty emocjonalnego ciężaru. I powiem, że bez niego „Sunny Dancer” byłby dla mnie zarówno nieszczery, jak i mocno ocierający się o banał. Najlepsze sceny dotyczą interakcji między Ivy a resztą paczki, którzy sprawiają wrażenie żyjących tak, jakby to miał być ostatni dzień. Można to podejście uznać za mechanizm obronny lub sposób życia z chorobą, starając się jak w miarę normalny nastolatek. Zważywszy na nienormalne okoliczności, nie chcąc od nikogo nieszczerej litości i fałszywego współczucia, bez ciągłej obawy o śmierć. Chemia między młodymi aktorami jest bardzo mocna i namacalna, a cała ekipa gra też świetnie (szczególnie Stokes, Cave i Quinn-Toye).

Ale w samym centrum jest Ramsey – nie miałem wcześniej styczności z tą aktorką, jednak wypada bardzo przekonująco. Od bardzo nerwowych, wręcz agresywnych wyzwisk (scena „inspirującej” influencerki) przez chwile wyciszenia (rozmowy z obozową psycholożką) aż po chwile radości. Nawet drobne drugoplanowe role Neila Patricka Harrisa (kierownik obozu Patrick), Josie Walker (rozdająca leki Brenda) czy wcielających się w rodziców Ivy Jamesa Nortona i Jessiki Gunning są bardzo wyraziste, zapadając mocno w pamięć.

Bardzo orzeźwiające kino tylko pozornie skierowane dla młodych widzów. „Sunny Dancer” jest słodko-gorzką mieszanką dramatu i komedii, bez popadania w żadną ze skrajności oraz jakiegokolwiek fałszu. Kolejna z drobnych niespodzianek, jakie pojawiły się w tym roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wszystkie pieniądze świata

Jeśli miałbym opisać Ridleya Scotta i jego dorobek, to najbardziej pasowałyby tu słowa Marcellusa Wallace’a z mojego ulubionego „Pulp Fiction”: W tej branży jest od chuja nierealnie myślących skurwieli, przekonanych, że ich dupa zestarzeje się jak wino. Jeśli myślisz, że skwaśnieje, to dobrze myślisz. Jeśli myślisz, że z wiekiem szlachetnieje – to źle myślisz. Patrząc na większość filmów Brytyjczyka powstałych w ostatnich dwóch dekadach, są one w najlepszym wypadku niezłe („Prometeusz”, „Marsjanin”), w najgorszym to absolutny gnój („Adwokat”, „Napoleon”). Idealny przykład, że ilość nie idzie w jakość. Ale może jednak coś, co przeoczyłem z tego okresu jest warte uwagi? Pora się przekonać, a na pierwszy ogień poszły „Wszystkie pieniądze świata”.

Wszystko zaczęło się w Rzymie roku 1973. Noc jak każda inna, choć początkowo czarno-biała. Auta jeżdżą, ludzie chodzą, jedzą w restauracjach, ktoś tam gra na gitarze, a po ulicach krążą panie udzielające się społecznie. A jednym z tych spacerowiczów jest młody chłopak z długimi włosami, pewnie hipis o jakże dźwięcznym imieniu Paolo (Charlie Plummer). To właśnie on zostaje wywieziony autem oraz porwany. Bandyci pod wodzą niejakiego Pięćdziesiątki (Romain Duris) chcą za młodzika aż 17 milionów dolarów okupu. Tylko skąd matka (Michelle Williams) ma wziąć taką kasę? Z drugiej strony Paolo jest wnukiem najbogatszego człowieka na świecie – Johna Paula Getty’ego (Christopher Plummer), a ten ściąga swojego najlepszego człowieka, Fletchera Chase’a (Mark Wahlberg).

Całość inspirowana jest prawdziwą historią i jest niemal klasycznym thrillerem. Na pierwszy rzut oka to przeskakiwanie od porywaczy i chłopaka do matki oraz aktorskiej wersji Sknerusa McKwacza może wydawać się dezorientujące. Ale Scott potrafi utrzymać całość w ryzach (przez większość czasu), nawet gdy wrzuca krótką retrospekcję o początkach bogactwa Getty’ego. Jeszcze bardziej byłem zaskoczony jak reżyser potrafi podbić napięcie oraz inscenizować sceny akcji (ucieczka przez wywołanie pożaru czy finałowa ucieczka czy wejście Chase’a do siedziby Czerwonych Brygad). Niby są tu pewne oczywiste momenty: rozmowy przez telefon z porywaczami, policyjny podsłuch, negocjacje, szukanie tropów i medialny cyrk ze strony paparazzi. A w środku tego cyklonu pozbawiona majątku matka, niejako zmuszona do konfrontacji z tym całym chaosem, niemal pozbawiona jakiegokolwiek wsparcia. Nawet przydzielony do sprawy Chase początkowo wydaje się być mocno zdystansowany. Do tego jeszcze mamy przyzwoite dialogi, eleganckie zdjęcia Dariusza Wolskiego, świetna scenografię (rezydencja Getty’ego – majstersztyk) oraz solidna muzyka Daniela Pembertona.

Film działa tak mocno dzięki absolutnie dwóm fantastycznym kreacjom. Przede wszystkim tu bryluje Michelle Williams w roli Gail, która lawiruje między bezsilnością, desperacją, uporem aż po pewne przebitki sprytu (akcja z gazetami). Osoba spoza bogatej rodziny, choć media i porywacze uważają inaczej. A wszystkie emocje pokazane są dość oszczędnie, tworząc prawdziwą bombę. Po drugiej stronie spektrum jest Christopher Plummer, który wszedł w buty seniora Getty’ego z łatwością. Pierwotnie tą rolę zagrał ucharakteryzowany Kevin Spacey, jednak na kilka miesięcy przed premierą z powodu oskarżeń o molestowanie seksualne został wycięty. A Getty w jego wykonaniu to przekonaniu o swoim geniuszu bogacz, będący w stanie ciągłego nienasycenia i żądzy kolekcjonowania. Do tego kompletnie zdystansowany emocjonalnie, skupiony na sobie oraz nieugięty w dążeniu do celu. Przez to mocno w cieniu pozostaje Mark Wahlberg w roli negocjatora Chase’a, w zasadzie zbędny. Za to na drugim planie błyszczy zarówno Charlie Plummer (John Paul Getty III, nie będący tylko pozbawioną woli ofiarą) oraz zaskakujący Romain Duris („Pięćdziesiątka”, lider porywaczy – przynajmniej na początku) w bardziej poważnej kreacji.

Czy „Wszystkie pieniądze świata” zmieniają moje zdanie na temat Scotta z początku? I tak, i nie. To zdecydowanie ciekawy, niepozbawiony napięcia oraz szarpnięć thriller ze światem finansjery na pierwszym planie. Bardzo solidna rzecz, technicznie bez zarzutu i świetnym aktorstwem (poza Wahlbergiem) oraz troszkę przewidywalnym przesłaniem.

7/10

Radosław Ostrowski

Asteroid City

Wes Anderson od czasu „Grand Budapest Hotel” coraz bardziej tworzy filmowe adaptacje spisu listy aktorów z IMDB.com, bo chce u niego grać każdy. Nawet w najdrobniejszym epizodzie, co się nie wydarza zbyt często. Ale ta symetryczno-pastelowa stylistyka ostatnio zaczyna bardziej ciążyć niż pomagać, co już wielu krytyków wyrażało choćby w „Kurierze Francuskim” czy „Asteroid City”. Chyba przez nie pominąłem ten ostatni film w kinie, nadrabiając dopiero teraz. Co o tym myślę?

Tytułowe Asteroid City to małe miasteczko gdzieś na pustyni w Arizonie, gdzie kilka tysięcy lat temu uderzył meteor. Została na pamiątkę mała asteroida oraz wielki krater, a jest rok 1955. To właśnie tutaj odbywa się konwencja Junior Stargazer dla uzdolnionych, nieprzeciętnych uczniów. Przez co trafia tutaj dość spora grupa ludzi: wycieczka szkolna z nauczycielką June Douglas (Maya Hawke), dzieciaki – Clifford, Shelly i Ricky – razem z rodzicami, grupa kowbojów pod wodzą Montany (Rupert Friend), naukowcy kierowani przez dr Hickenlooper (Tilda Swinton), generał Gibson (Jeffrey Wright) czy znana aktorka Midge Campbell (Scarlett Johansson). Ale w centrum tej historii znajduje się Augie Steenbeck (Jason Schwartzmann) – fotograf wojenny razem z genialnym synem Woodrowem (Jake Ryan) oraz trójkami córek. Mężczyzna nie powiedział im, że ich matka nie żyje, a co gorsza psuje się im auto, co zmusza do skontaktowania się z dawno nie widzianym zięciem (Tom Hanks).

To, co podałem w opisie jest tylko jedną z warstw tego filmu Andersona. Bo cała ta historia jest… sztuką teatralną niejakiego Conrada Earpa (Edward Norton), której kulisy realizacji i samego spektaklu w formie czarno-białej narracji programu telewizyjnego prowadzonego przez Bryana Cranstona. A dokładniej jego postaci, której z imienia i nazwiska nie poznajemy. A przynajmniej ja. Czyżby to miał być „film w ramach filmu w ramach filmu”, cytując klasyka? Na pewno chaotyczna mieszanka, która potrafi być dezorientująca. Opowieść podzielona na akty (plus epilog), do tego jeszcze spora grupa postaci oraz estetyka lat 50., czyli czasów zimnej wojny i fascynacji kosmosem. Zaczynają dziać się dziwne rzeczy (włącznie z pojawieniem się ufoludka oraz przymusowej kwarantanny), pojawiają się absurdalne koncepcje jak choćby automat, gdzie można kupić… ziemię.

A wszystko w bardzo andersonowskim stylu: z symetrycznymi kadrami, prostymi ruchami kamery oraz bardzo mocnymi kolorami. Fantastycznie wygląda scenografia i kostiumy, co akurat nie dziwi. Jednak nie mogłem pozbyć się poczucia, że to wszystko jest przytłaczające. Postaci jest zwyczajnie za dużo, wątki się mieszają, humor kompletnie nie działa i – co mnie bardzo zaskoczyło – emocjonalnie czułem się obojętny. Z wyjątkiem historii Augiego oraz jego próby radzenia sobie z żałobą, a także wspólnych scen z Marge. Czuć zarówno między nimi chemię i budującą się nić sympatii, co jest zasługą duetu Schwartzmann/Johansson. Swoje też robi Jake Ryan oraz dość zadziwiający Tom Hanks, będący szorstkim teściem Augiego. Z mniejszych i większych epizodów mi najbardziej zapadł w pamięć Cranston (szczególnie w jednej scenie, kiedy pojawia się kompletnie znikąd), niezły Steve Carrell w roli menadżera hotelu (tą rolę miał zagrać Bill Murray, ale z powodu koronawirusa musiał zrezygnować) oraz trzymający fason Norton.

Niemniej muszę z żalem stwierdzić, że „Asteroid City” jest pierwszym rozczarowaniem w dorobku Andersona. Mieszanka wątków oraz przekombinowana forma staje się ciężarem ciągną całość w dół, której nie jest w stanie uratować audio-wizualna estetyka ani imponująca obsada.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Historie równoległe

Krzysztof Kieślowski – chyba żaden inny polski reżyser nie miał aż tak dużego wpływu na kino artystyczne początku XXI wieku. Widać to było zarówno w filmach Toma Tykwera, Michała Rosy czy choćby Jana Matuszyńskiego (pamiętacie „Minghun”?). Teraz do grona czerpiących z twórcy „Dekalogu” dołączył irański reżyser Ashgar Fahradi, którego najnowszy film jest inspirowany… „Krótkim filmem o miłości”. Co jest podane już w czołówce, więc nie jest to zaskoczenie.

Sama historia skupia się na Sylvie (Isabelle Huppert) – mieszkającej w dość zaniedbanym mieszkaniu pisarce, która próbuje stworzyć coś nowego. Inspiracją dla niej staje się podglądana sąsiadka z bloku obok – w mieszkaniu, które należało do matki pisarki – nazywając ją Anną (Virginie Efira). Obserwując jej chatę, autorka zauważa, że a) kobieta pracuje jako dźwiękowiec b) współpracuje razem z dwoma facetami: młodszym „Christopherem” (Pierre Nimey) oraz starszym „Pierre’m” (Vincent Cassel). W swojej wyobraźni tworzy historię miłosnego trójkąta, który może skończyć się tragedią. Jednak przygotowany tekst nie spotyka się ze zbyt dobrym odbiorem od wydawczyni (niezły epizod Catherine Denevue), zarzucając jej przestarzałość, a rękopis zostaje wyrzucony. Manuskrypt wpada w ręce Adama (Adam Bessa) – drobnego złodziejaszka, pracującego u Sylvie jako pomoc domowa. Chłopak nie tylko czyta tekst, ale poznaje też dziewczynę (a imię jej Nita), co uruchamia łańcuch wydarzeń.

Fahradi robi tym filmem kompilację dzieł Kieślowskiego (nie tylko „Krótkiego filmu o miłości” z wątkiem podglądactwa), ze szczególnym wskazaniem na „Krótki film o zabijaniu” (scena morderstwa w aucie) i „Przypadek”. Historia rozbija się na parę segmentów, które początkowo wydają się dezorientujące i chaotyczne. Z jednej jest pisarka Sylvie oraz tworzonej przez nią powieści, która materializuje się przed naszymi oczami. Ta ma być mieszanką dramatu obyczajowego z wplecionym romansem, próbując budować napięcie oraz kończyć dość brutalnym finałem. Z drugiej mamy „prawdziwą” relację trójki postaci, która absolutnie nie ma nic wspólnego z wyobraźnią autorki. A łącznikiem między tymi mostami jest Adam, który zaczyna wykorzystywać manuskrypt do… właśnie.

Reżyser miesza te wszystkie opowieści, próbując pokazać gdzie jest granica między fikcją a rzeczywistością oraz jak jedno może wpłynąć na długie. Do tego jest pewna niezdrowa ciekawość wywołana przez podglądactwo, sile wyobraźni czy tworzeniu nowej tożsamości. Problem w tym, że cała ta układanka jest zwyczajnie nieciekawa, niezbyt angażująca i zaczyna tracić impet. Segmenty z postacią graną przez Huppert z czasem zaczynają nużyć, spychając postać na dalszy plan. Z kolei enigmatyczny Adam był dla mnie zbyt tajemniczy i śliski, bym chciał się nim interesować. Dla mnie najmocniejszym punktem jest trio Efira-Nimey-Cassel, która zaciekawia w obydwu wersjach – tej „literackiej”, jak i bardziej przyziemnej. Ale najgorsze jest to, że wszystkie te wątki nagle się urywają, nie dając satysfakcjonującej konkluzji.

Jakoś nigdy nie byłem fanem kina Fahradiego (choć pewnie wynikało z nieznajomości kultury oraz mentalności Irańczyków), ale „Historie równoległe” były dla mnie sporym zawodem. I tu nawet nie chodzi o inspirowanie się kinem Kieślowskiego, ale o odczucie oglądania wyrachowanej imitacji bez serca oraz ducha. Zbyt banalna, zbyt archaiczna i zwyczajnie nijaka.

5/10

Radosław Ostrowski

Wszyscy moi wrogowie

Syndrom drugiego filmu – choroba dotykająca reżyserów, którzy po realizacji dobrego (lub świetnego) debiutu muszą udowodnić, że tamten sukces nie był kwestią przypadku. Niektórym udaje się to udowodnić, a inni nawet po kilku latach nie są w stanie zbliżyć się do tego pułapu. Jaki będzie przypadek Andrew Pattersona, który w 2019 roku zrealizował elektryzujący, niskobudżetowy film SF „The Vast of Night”. Teraz dostał większy budżet oraz kilka bardziej rozpoznawalnych nazwisk do dyspozycji.

„Wszyscy moi wrogowie” przenoszą nas w zupełnie inne klimaty od debiutu. Tym razem towarzyszymy niejakiemu Amziahowi Kingowi (Matthew McConaughey) – lokalnemu muzykowi oraz… pszczelarzowi. Choć nie ma zbyt dużej hodowli (trzy spore pasieki), to jednak ma grono oddanych wspólników oraz spory szacunek społeczności. No i jakiś dochód przynosi, co też jest dobre. Wszystko zmienia się, gdy Amziah przypadkiem trafia na swoją przybraną córkę Kateri (debiutująca Angelina LookingGrass), którą wychowywał przez dwa lata. Dziewczyna pracuje jako kelnerka, ale udaje się przekonać Kingowi do pracy u niego. Staje się jego prawą, pomaga przy zbieraniu miodu, a nawet pozbyciu się roju z lokalnej szkoły. Jednak wszystko, co dobre musi się skończyć. W okolicy dochodzi do kradzieży pasiek oraz beczek z miodem, a Amziah staje się kolejną ofiarą złodziei, co doprowadza do nagłej śmierci pszczelarza. Kateri próbuje odzyskać swoją własność, a trop prowadzi do bardzo wpływowego biznesmena, Dota McCoya (Kurt Russell).

Jak można się domyślić z tego sporego opisu, drugi film Pattersona jest mieszanką dramatu, kryminału oraz uwspółcześnionego westernu. Plus jeszcze kino muzyczne, co już czuć od samego początku z kapitalnie zmontowanym występem Kinga i jego kumpli przed stacją benzynową. Sama muzyka mocno przypomina pierwsze hity Mumford & Sons czy innych folkowo-country pieśniarzy, jest pełna energii oraz pasji. W zasadzie pierwsza połowa ma w sobie masę ciepła, z pięknymi krajobrazami oraz scenami tworzenia miodu. Niemal teledyskowy w formie, pełen bardzo uroczych dialogów i monologów, tutaj Patterson świetnie buduje poczucie wspólnoty tego miejsca. Zarówno w scenach koncertów połączonych z poczęstunkiem, tworzenia miodu czy sceny śpiewania w domu Amziaha. Aż chce się po prostu przebywać w tym gronie.

Ale druga połowa to zmiana atmosfery i klimatu ku bardziej kryminalnej intrydze. I choć przez tą zmianę film troszkę traci swojej wcześniejszej energii, ale nadal angażuje. Powoli odkrywamy kolejne tropy oraz tajemnice, jednocześnie budując napięcie (nocny włam na leśną pasiekę) oraz trzymając za gardło. Te dwa filmy powinny zgrzytać, ale obydwa świetnie się uzupełniają i spinają się w satysfakcjonującym finale.

Także aktorsko jest tu co najmniej świetnie. McConaughey jak to on jest absolutnie charyzmatycznym i bardzo przyziemnym Amziah. Sama postać jest mieszanką mędrca, dzielącego się swoją wiedzą jak i pełnego pasji dzieciaka. A kiedy śpiewa, robi się dużo cieplej na serduchu. Debiutująca LookingGlass miała dość trudne zadanie przejęcia roli lidera na ekranie i wypada całkiem nieźle. Choć w pierwsza scenach wydaje się troszkę sztywna, to jedna z czasem zaczyna zyskiwać. Z kolei wcielający się w antagonistę Kurt Russell wydaje się być nie do końca wykorzystany, pojawiając się w zasadzie pod sam koniec opowieści. Za to drugi plan potrafi oczarować: od pełniącego rolę śmieszka Scotta Shepharda (niewyraźnie mówiący Chimmy) przez świetnego Jake’a Horowitza (Remick, który odgrywa istotną rolę w poszukiwaniach skradzionej pasieki) i Roba Morgana (prawnik Rippy) aż po zaskakującego Cole’a Sprouse’a (mający szerokie znajomości kelner Oat).

Tym filmem Andrew Pattinson potwierdza, że warto go uważnie obserwować. „Wszyscy moi wrogowie” to bardzo sprytna hybryda gatunków, które wydają się nie pasować do siebie. A jednak to połączenie kryminału, westernu, cudownej muzyki oraz kontemplacji ma w sobie masę uroku, napięcia i zaangażowania, nie pozwalając o sobie zapomnieć.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Tylko jedna noc

Komedia romantyczna na dużym ekranie dzisiaj pojawia się bardzo rzadko, a sam gatunek – bardzo popularny w latach 90. i początku lat 2000-nych – dominuje na platformach streamingowych. Niemniej czasami udaje się taką produkcję dać do kin, nawet jeśli nie zarabia kosmicznych pieniędzy. Taki jest też przypadek nowego dzieła Willa Glucka, z intrygującym pomysłem na świat przedstawiony, ale czy czymś ponadto?

Akcja „Tylko jednej nocy” dzieje się w alternatywnej rzeczywistości Ameryki, gdzie od trzech obowiązuje zakaz seksu przedmałżeńskiego. Z wyjątkiem tylko jednej nocy w roku, co dla singli płci obojga oznacza 364 dni poszczenia. I tego wyjątkowego wieczora będziemy towarzyszyć dwójce ludzi, szukających partnera/ki na numerek. Owen (Callum Turner) jest właścicielem pizzerii, mieszkającym u matki (Molly Ringwald). Choć ma dziewczynę Malikę (Maya Hawke), ta jednak woli spędzić tą noc w towarzystwie sąsiada. Z kolei Allie (Monica Barbero) to aspirująca piosenkarka, która ma tremę przed występami publicznymi (dlatego tylko śpiewa w studiu do reklam), mieszka ze współlokatorką i jest… romantyczką. Nie trzeba być wnikliwym, by dojść do wniosku, że losy tej dwójki się przetną więcej niż raz.

Fabuła w sumie jest dość standardowa jak na ten gatunek. Dwójka obcych ludzi (przez większość czasu jednak będący osobno), będących chodzącymi kontrastami, co początkowo nie przepadają za sobą, by na końcu… tu raczej można się domyślić finału. Ale najciekawsze jest tutaj światotwórstwo z koncepcją seksualnej abstynencji dla singli. Tutaj jest źródło najzabawniejszych momentów: od przeróbek piosenek jako… reklam przez różne napisy na ścianach, hasłach po (dość nieudolne) próby podrywania oraz dziwnych komplikacji. Nawet takie drobne detale jak chodzący lubrykant, odliczanie do rozpoczęcia nocy (niczym w noc sylwestrową) pozwalają wejść do tego pokręconego świata. Jak choćby desperackiego znalezienia prezerwatywy w sklepach, wejścia na imprezę zamkniętą czy potencjalnych partnerów/partnerki. A kiedy kończy się odliczanie, a w ludziach budzi się dzika żądza, wywołuje to niedowierzanie i pląsawicę oczną. I choć widać tu także zalety tego poszczenia jak choćby nieobecność influencerów oraz ludzi filmujących telefonami wszystko czy braku gwałtów.

Niemniej jeśli ktoś spodziewałby się bardziej pieprznej komedii, która byłaby bardziej pieprzna i silniej zabarwiona erotycznie, to możecie poczuć się lekko rozczarowani. Gluck nie szczuje golizną czy wulgarnymi tekstami, choć te rzadkie pieprzne teksty (głównie rzucane przez nastoletniego Troya) potrafią złapać z zaskoczenia. Same dialogi są całkiem niezłe, postacie nie popadają w przerysowanie i karykaturę, parę razy doprowadzając do spazmów śmiechu.

A to wszystko działa dzięki dwójce głównych aktorów. Zarówno Callum Turner jak i Monica Barbaro są bardzo czarujący, a chemia między nimi jest bardzo naturalna. Chce się za nimi podążać oraz kibicować, oboje wyglądają atrakcyjnie (szczególnie Barbero w zielonej sukience), a kolejne przecięcia ich ścieżek nie sprawiają wrażenia wymuszonych na siłę. Jednak najbardziej tutaj błyszczą kreacje drugo- oraz trzecioplanowe, które kradną ekran: zaskakujące epizody Bobby’ego Cannavale i Pete’a Davidsona (aktorzy grający policjantów w kręconym filmie) oraz Nicholasa Brauna (Woodrow K. Mullhand), świetna Molly Ringwald z LeVar Burtonem (matka Owena i jej chłopak Rick), Julia Fox (barmanka Skye), czy Quintesa Swindell (Arya). Wszyscy oni wnoszą momenty lekkości, a także czynią całość bardziej przyziemną.

Takie filmy jak „Tylko jedna noc” są odpowiednikami imprezowego koktajlu: musują, są lekkie, orzeźwiające oraz pozwalają zapomnieć o świecie na półtorej godziny. Bezpretensjonalna, sympatyczna rozrywka, nie tylko do oglądania dla singli.

7/10

Radosław Ostrowski