Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę

Polskie SF to coś tak rzadkiego jak uczciwość polityków. A udane polskie kino SF to święty Graal. Ostatnim takim dziełem był “Człowiek z magicznym pudełkiem”. Teraz do szufladki SF chce wejść Michał Krzywicki, który wyreżyserował, współtworzył scenariusz I zagrał główną rolę w “Dniu, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę”. Powiedzmy sobie to wprost, tytuł nie jest zbyt zachęcający. Ale to jest najmniejszy problem.

Akcja toczy się w przyszłości roku 2028, gdzie skazani na ciężkie przestępstwa więźniowie są poddawani automacji. Goli im się głowy, a następnie wszczepia się im w szyję obrożę z substancją zwaną vaxiną. Otępia im zmysły oraz pozbawia wspomnień, przez co nie stanowią zagrożenia I mogą wykonywać proste prace. Innymi słowy, wprowadzono niewolnictwo, popierane przez niemal całe społeczeństwo. Jednym z tych, co są przeciw jest Szymon Hertz (Krzywicki) – pracownik zajmujący się tworzeniem bazy danych. W social mediach ogłosił, że w ramach protestu w Sylwestra popełni samobójstwo. Plany jednak mają to do siebie, że lubią się komplikować. Dlaczego? Tytuł podsuwa odpowiedź – wyrzucając śmieci trafia na dziewczynę-automatona.

Cała to SF jest tylko tłem do historii znajomości dwójki ludzi z różnych światów. Historii obyczajowej, pozbawionej bajeranckich efektów specjalnych, skupionej na próbie ucieczki z kraju. Ona, Blue (Dagmara Brodziak, także współscenarzystka) – pozbawiona przeszłości, zagubiona, zaczyna się “budzić” bez obroży. On – strasznie wycofany, naznaczony tragedią. Z czasem, dzięki retrospekcjom poznajemy jego przeszłość. Ale to wszystko w żaden sposób nie angażuje. Koncepcja futurystycznego niewolnictwa brzmi ciekawie i jest parę scen z automatonami jak choćby taniec przed kinem. Ten wątek jest tak naprawdę tylko tłem, który w połowie praktycznie nie istnieje.

Większe skupienie jest na relacji między Szymonem a Blue, co mogłoby zadziałać. Problem w tym, że scenariusz nie pozwala wejść głębiej w tą wieź, pozbawioną jakichkolwiek emocji. To zauroczenie i fascynacja na początku nawet interesują, jednak im dalej od Warszawy, tym robi się coraz nudniej, snująco się oraz czuć, że jest to rozciągnięte do granic możliwości. Troszkę więcej daje wizyta u ojca Szymona (solidny jak zawsze Marek Kalita), co jest małym plusikiem. Jednak reszta aktorsko jest co najwyżej poprawna, z urwanym finałem.

“Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę” nie jest interesującym dniem. Ani filmem, choć trudno przyczepić się do warstwy technicznej (poza czasem skopanym dźwiękiem), jednak scenariuszowo to niemal klasyczny snuj. Bez emocji, bez zaangażowania, bez wyrazistości. Encyklopedyczna definicja zmarnowanego potencjału.

5/10

Radosław Ostrowski

To nie wypanda

Pixar od 1995 roku to marka sama w sobie. Mistrzowie animacji z Emeryville mieli swoje wzloty i upadki, jednak ich animacje zawsze potrafiły oczarować. Jeśli nie fabułą, to przynajmniej jakością techniczną na najwyższym poziomie. W 90% potrafi opowiadać o ważnych i poważnych sprawach, jednocześnie dostarczając rozrywki widzom w każdym wieku. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego dzieła, czyli “To nie wypanda”. Niby kolejna opowieść osadzona w innej kulturze (w sensie – nie-białych), ale jednocześnie jest bardzo uniwersalna.

Akcja jest osadzona w Kanadzie roku 2002, a jej bohaterką jest pochodząca z Chin Meimei. Dziewczyna ma 13 lat, chodzi do szkoły i razem z rodziną zajmuje się świątynią (najstarszą w mieście), gdzie z matką modlą się do swoich przodków. Mei ma pewne problem, bo chce zadowolić wszystkich: matkę, swoje kumpele (nabuzowana Miriam, wycofana Priya i sarkastyczna Abby), co są fankami k-popowej kapeli 4-EVER i zasuwa na wszystkich zajęciach. Ale pewnego dnia Mei się budzi i… w niczym nie przypomina siebie. Tylko dużą, włochatą, czerwoną pandę, co wywołuje w niej wściekłość bestii. Jeszcze większy gniew wynika, gdy Mei odkrywa, iż w jej rodzinie jest to dziedziczne i każda kobieta otrzymuje “w spadku po przodkini” pandę, która uruchamia się pod wpływem silnych emocji. Można się jej pozbyć tylko po odbyciu pewnego rytuału. A jeszcze planowany jest koncert ich kochanego boysbandu.

“To nie wypanda” jest debiutem Domee Shi i czuć wpływy azjatyckich animacji. Chodzi mi głównie o ekspresję twarzy (szczególnie oczęta), zabawę montażem I ogólną estetykę. W połączeniu z dużym budżetem i amerykańską wrażliwością tworzy to mieszankę wybuchową. Tematyka jest jasna: zderzenie nastolatki, która zachowuje się jak nastolatka oraz jej nadopiekuńczej (do tego stopnia, że aż upokarzająca) matki, mającej z góry zaplanowaną jej przyszłość. Jak pogodzić oczekiwania oraz swoją tradycję z byciem sobą? – oto jest zagwozdka oraz clue całego filmu. Czy żyć razem ze swoją wewnętrzną bestią, czy może ją wypędzić? No I jak zebrać kasę na bilet do koncertu swojego ukochanego bandu? Z perspektywy dorosłego ten ostatni problem może wydawać się co najmniej niedorzeczny, ale dla nastoletniej osoby jest to kwestia niemal życia i śmierci. Czy ona będzie w stanie iść własną drogą?

Sam proces dojrzewania z jednej strony jest ogrywany bardzo komediowo, z masa slapstickowego (I nie tylko) humoru jak podczas pierwszego “wejścia” pandy. Z drugiej jednak jest pare rzeczy pokazanych w bardzo szczery sposób. Mei zaczyna zwracać uwagę na chłopaków (jeden nawet się śni w dość wykręcony sposób), nie do końca panuje nad swoimi emocjami, wyczuwa swoje niezbyt przyjemne zapachy. I zaczyna się buntować, a relacje z matką pogarszają się. Dziewczyna przestaje poznawać samą siebie, co budzi w niej strach. I tutaj twórcy pokazują to bez cienia fałszu oraz używania klisz, choć fabuła jest przewidywalna, zaś niektóre elementy (sposób zebrania kasy) budzą wątpliwości. Ale realizacja to inny temat: animacja jest wręcz zachwycająca jak choćby podczas gotowania obiadu (warzywa oraz poszczególne składniki wyglądają wręcz fotorealistycznie), stylizowana na japońskie anime. Finał mocno idzie w stronę czegoś a’la “Godzilla”, polane jeszcze sosem z dawnych wierzeń. Mnie to kupiło, zaś Mei nie irytowała o co było łatwo przy tym stylu wizualnym.

Z ostatnich produkcji Pixara “To nie wypanda” jest najbardziej przyziemnym tytułem, gdzie element nadprzyrodzony jest tylko tłem. Bardzo zabawna, miejscami poruszająca oraz dostarczająca sporej zabawy produkcja. Dorośli mogą odnaleźć w niej siebie i spojrzeć na siebie z czasów młodości, by przemyśleć parę spraw. Magicy z Emeryville znowu dowieźli.

8/10

Radosław Ostrowski

SpongeBob Film: Na ratunek

Żółta gąbka mieszkająca w oceanie i pracująca w restauracji zarządzanej przez pana Kraba. SpongeBob jest jedną z najpopularniejszych postaci stacji Nickelodeon, co jest zasługą Stephena Hillenburga I ciągnie się ta seria od 1999 roku. Nie była w stanie tego przerwać nawet śmierć twórcy w 2018 roku. SpongeBob doczekał się także trzech filmów pełnometrażowych, z czego ostatni miał premierę dwa lata temu. Ja byłem już trochę za duży, gdy pojawił się kanał Nichelodeon, więc cała ta mania mnie ominęła. Dlaczego sięgnąłem po “Na ratunek”? powiem o tym później.

Czy trzeba znać poprzednie filmy i serial, by tu wejść? Absolutnie nie, choć na pewno pozwala lepiej poznać postacie tego świata. Podążamy razem z naszym gąbczastym, lecz niezbyt inteligentnym SpongeBobem i jego równie inteligentnym Patrykiem Rozgwiazdą. Bob mieszka razem ze swoim przyjacielem, ślimakiem Garym. Interes kwitnie, a postacie robią to, co zwykle: Skalmar próbuje grać na klarnecie i ma wszystko gdzieś, pan Krab prowadzi interes, wiewiórka Sandy tworzy wynalazki, zaś niski oraz podstępny Plankton chce przejąć interes Kraba. Jak? Kradnąc przepis na jego burger. Zaczyna się jednak orientować, że to nie Krab jest problemem, tylko SpongeBob. Więc nas złol decyduje się porwać jego ślimaka, by wyeliminować problem. A tak się składa, że król Posejdon potrzebuje ślimaka do zachowania swojej urody.

“Na ratunek” jest pozornie prostą historią drogi po odzyskanie swojego kumpla. Problem w tym, że nasi dwaj bohaterowie mają IQ poniżej przeciętnej, co nie ułatwia całej eskapady. Głupawe zachowanie Patryka I Boba jest paliwem komediowym, doprowadzając niemal do granicy absurdu. Slapstick jest tutaj podstawowym źródłem śmiechu, tak jak bardzo przejaskrawione postacie jak robot Otto, co to wszystkich chce zwolnić i kompletnie zawodzi, gdy jest najbardziej potrzebny. Najbardziej łapiący moment to scena snu, gdy nasi bohaterowie trafiają do… miasteczka z Dzikiego Zachodu. Nie animowanego, z żywymi aktorami oraz jednym… zaokrąglonym biegaczem. Z głową Keanu Reevesa w środku. COOOOOOOOOOOOOOO??? To jest dopiero początek szaleństwa, bo jeszcze dwa nieoczywiste cameo. Sama scena wygląda bardzo porządnie i nie wywołuje to zgrzytu.

Jednocześnie twórcy pokazują młode czasy SpongeBoba oraz jaki miał wpływ na swoich przyjaciół. I jest to urocze, nawet ograne odrobinę komediowo (wypowiedź Kraba) oraz okraszone musicalową piosenką. Ładną. Wiem, że dzieci – fani Sponge’a oraz kilkulatkowie – będą oczarowane, lecz dorośli mogą poczuć się lekko wynudzeni. Mnie się w sumie nawet podobało, choć poziom głupoty nie wywoływał takich spazmów jak udział znanych twarzy czy głosów (m.in. Clancy’ego Browna czy… Tiffany Haddish).

Pozostaje nadal porządnie zrobionym filmem, z nietypowym stylem wizualnym oraz kilkoma przyjemnymi niespodziankami w zanadrzu.

7/10

Radosław Ostrowski

Pan Wilk i spółka

Kto jeszcze pamięta czasy, gdy studio DreamWorks było trzecią siłą w kwestii tworzenia amerykańskich filmów animowanych (po Disneyu i Pixarze). Teraz jednak czują oddech konkurencji w postaci choćby Sony, które ostatnio jest na wznoszącej fali. Potrafili parę razy zaskoczyć „Strażnikami marzeń”, „Krudami”, „Kapitanem Majtasem” czy „Trollami”, przeplatając to z rozczarowaniami w rodzaju „Dzieciaka rządzi” czy sequelami „Jak wytresować smoka”. Ale kreatywność i poczucie frajdy wróciło do starej ferajny.

„Pan Wilk i spółka” jest heist movie, gdzie nasi bohaterowie oraz najważniejsze osoby w mieście są… zwierzętami. Ale to nie jest „Zwierzogród”, bo reszta obywateli to ludzie, więc zrzynki nie ma. Spółka pana Wilka to paczka złodziei z różnymi umiejętnościami – pan Wilk to kieszonkowiec, pan Wąż włamywaczem, pani Tarantula pseudo Włóczka hakerką, pan Rekin mistrzem przebieranek, zaś pan Pirania narwanym mięśniakiem, co pod wpływem nerwów pierdzi. Musicie wiedzieć, że smród jego zabójczy jest niczym gaz bojowy. Ferajnę poznajemy jak robi napad na bank i brawurowo ucieka policji, więc decydują się na ambitniejszy skok – kradzież złotej statuetki podczas Gali Dobroczynnej, którą ma otrzymać profesor Marmalade. Czyli najinteligentniejsza osoba, czyniąca dobro w skali kosmicznej, będąca… świnką morską. Co może pójść nie tak?

Jak się okazuje, organizatorzy z panią burmistrz Foxington (tak, jest lisem) byli na to przygotowani i gang wpada w ręce policji. Jednak profesor – pod wpływem perswazji Wilka – chce przeprowadzić eksperyment na kryminalistach, by zaprowadzić ich na ścieżkę dobra. Ale jak się okazuje, na tym polega plan pana Wilka, by… udawać przemianę i dokończyć spartaczoną robotę, będąc poza podejrzeniem. Ale nie wszystko udało się przewidzieć naszym banditos i wpakują się w jeszcze większe tarapaty.

DreamWorks zaskoczyło mnie i to w paru aspektach. Za „Pana Wilka” odpowiada debiutujący reżyser – Pierre Perifel, który do tej pory pracował jako animator w DreamWorks (m.in. przy „Kung Fu Panda”) oraz scenarzysta Etan Cohen (m.in. „Jaja w tropikach”, „Madagaskar 2” czy „Faceci w czerni 3”). Fabuła czerpie garściami z konwencji heist movie (lub jak Amerykanie mówią caper movie) w stylu choćby „Ocean’s Eleven”. Czyli mamy ekipę, jest plan, masa komplikacji, zakrętów, twistów i niespodzianek. A jednocześnie jest to komedia, gdzie nie brakuje docinków, ironii oraz wariackich gagów (choćby podczas brawurowego pościgu na początku filmu). By było jeszcze ciekawiej, jest tu – jak to u DreamWorks – parę odniesień do popkultury dla dorosłych (pierwsza scena niemal żywcem wzięta z „Pulp Fiction”, przeskoki czasowe jak u Guya Ritchie), więc nikt się nie nudzi. Dialogi są świetne, sceny akcji i włamań mogłyby spokojnie trafił na kolejną część przygód Danny’ego Oceana, a w tle gra idealnie dopasowana jazzowa muza mistrza Pembertona.

Sama animacja też była dla mnie sporą niespodzianką, pod względem stylistyki. I nie chodzi mi o płynność, bo to bardzo wysoki standard. Trójwymiarowe postacie wyglądają dobrze, zmieszane z elementami dwuwymiarowymi (m.in. dym palonej gumy), ale także czuć wpływy japońskich animacji (zwróćcie uwagę na twarz policjantów – szczególnie pani Komendant oraz jej ekspresję i wygląd), tworząc koktajl Mołotowa. Jasne, że budżet nie był duży, a szczegółowość nie jest imponująca, lecz nadrabia to stylówką, troszkę przypominając niektóre sceny ze… „Spider-Man: Uniwersum” (może trochę przesadzam).

Widziałem polską wersję językową, za którą odpowiadał Bartosz Wierzbięta i brzmiała naprawdę przyzwoicie. Co mnie zaskoczyło, to był brak odniesień do naszej popkultury (jeśli chodzi o tłumaczenie), czego raczej po tym twórcy się nie spodziewałem. Aktorzy też są dobrani dobrze, choć w większości były to głosy mniej mi znanych aktorów dubbingowych (poza Izabellą Bukowską jako pani burmistrz). Czy chciałbym zobaczyć wersję oryginalną? Z tamtejszą obsadą, gdzie mamy m.in. Sama Rockwella, Richarda Ayoade, Zazie Beats i Awkwafinę – jak najbardziej.

Troszkę szkoda, że „Pan Wilk i spółka” ma premierę w tym samym czasie, co nowy „Top Gun”, bo nie będzie miał zbyt wielkiej szansy na przebicie się do szerszej widowni. A szkoda, bo jest to powrót DreamWorks do formy. Nie jest to może najlepsza animacja tego roku, lecz jeśli szukacie tytułu czysto rozrywkowego, z inteligentnie napisanym scenariuszem oraz wielką frajdą, idźcie śmiało. Wasze dzieci będą się świetnie bawić, a wy nawet jeszcze lepiej. Wilk syty i owca cała.

8/10

Radosław Ostrowski

Sonic: Szybki jak błyskawica 2

Pierwsza część “Sonica” okazała się zaskakującym kasowym hitem, choć filmem był takim sobie. Porządna, lecz bardzo schematyczna produkcja familijna z niezapomnianym jeżem, co szybki i wściekły jest. Bardziej niż Vin Diesel i jego ferajna oraz równie szalonym doktorem Robotnikiem, którego trzeba powstrzymać. Co mu się udaje. Ale jak wiadomo – zło jak bumerang musi wracać. Tak jak sequel.

Co robi nasz Jeżu? Nadal trzyma się z rodziną Wachowskich (nie, nie tych od Matrixa), którzy traktują go jak syna. Młody chce używać swoich mocy, by być superherosem i walczyć ze złem, co trochę mu nie wychodzi. Stara się jednak, choć ego potrafi mu uderzyć. Jego “rodzice” wyruszają na wesele kumpeli w Hawaje, więc Sonic imprezuje na maksa. Ale wtedy powraca z Planety Grzybów dr Robotnik. Teraz ma łysą pałę i zarąbiste wąsy, godne szlachty. Problem w tym, iż naszemu złolowi towarzyszy czerwony, przekokszony Knuckles. Chce dorwać naszego Jeża oraz znaleźć pewien potężny artefakt. Sonic na szczęście nie jest sam i pomaga mu lisek zwany Tails.

Więc w zasadzie “dwójka” bardziej przypomina grę komputerową z gatunku action/adventure w stylu… Indiany Jonesa. Przed wyruszeniem w drogę drużynę, wyrusz do punktu A, znajdź artefakt Mocy (nazwa przypadkowa), dotrzyj do punktu B, pokonaj bossa, game over. I w sumie taka konstrukcja jest użyta, ale jednocześnie nowy Sonic adresowany jest do młodego widza. Fabuła jest przewidywalna niczym kolejność dni tygodnia, postacie ludzkie (poza Robitnikiem) robią za tło, akcja miejscami pędzi na złamanie karku, jest sporo humoru. Nudę wyrzucono za okno i nie ma czasu na myślenie. Wrażenie robi porządna scenografia, w tle gra fajna muzyka, ale też jest kilka świetnych żartów (poza odniesieniami Sonica do popkultury) jak taneczny pojedynek w syberyjskim domku. Czy każde wejście Robotnika, gdzie Jim Carrey szaleje ze swoją ekspresją jak za swoich najlepszych czasów. Potrzebowałem takiej ułańskiej szarży z dodatkiem sucharków i to właśnie dostałem.

Z kolei nasze trio komputerowych postaci wypada bardzo porządnie: Sonic (głos Bena Schwartza) to nadal uroczy łobuz, który ma dobre serducho i nie odpuszcza. Wspierająca go Tails (Colleen O’Shaughnessey) korzysta z gadżetów, pierwszy raz działając w terenie, z kolei Knuckles (Idris Elba) to szorstki osiłek, brzmiący jakby z innej epoki oraz skupiony na zemście. Bardzo ostry i trudny zawodnik do pokonania. Czy aby jednak przeciwnik? Reszta aktorów (poza Carreyem) robi tu za tło i po prostu jest, ale mogłoby ich nie być. Dla mnie żadna różnica.

Drugi “Sonic” jest zbliżony poziomem do części pierwszej, ale jest dla mnie odrobinkę lepszy. W sensie, że dał mi więcej frajdy, więcej energii oraz więcej zabawy. Kino idealnie skrojone dla dzieci, a dorośli też coś dla siebie znajdą.

6/10

Radosław Ostrowski

Za duży na bajki

Hasło polskie kino familijne raczej budzi skojarzenia z produkcjami okresu PRL-u (głównie w reżyserii Stanisława Jędryki), choć i po transformacji ustrojowej też podejmowano próby opowieści o młodych ludziach. Problem jednak w tym, że nie potrafiło dotrzeć do swojej widowni i rzadko sprawiało wrażenie zrobionych na odwal. Zdarzały się pewne perełeczki („Klub włóczykijów” czy „Magiczne drzewo”), ale to były rzadkie przypadki. Teraz trafiłem na kolejny, choć tytuł mógł sugerować, że nie jestem adresatem.

„Za duży na bajki” opowiada o Waldku Mocarnym Pierwszym i nie jest on władcą żadnego kraju. Tylko młodym chłopcem, którego wielkim marzeniem jest udział w turnieju e-sportowym. Gra razem z kumplem oraz starszym kolegą, co gra jak zawodowiec. Chłopaka wychowuje nadopiekuńcza matka (Karolina Gruszka), trzymająca go pod kloszem i wspierająca jego wysiłki. Że przy okazji Waldek wyrasta na spasionego, rozleniwionego bachora. Ale kończy się lenistwo, gdy matka jedzie do szpitala na badania. W domu pojawia się ciotka (Dorota Kolak) – bardzo energiczna, ekscentryczna kobieta, co zmusza naszego Mocarnego do robienia wszystkiego. Wycisk mu daje innymi słowy, co doprowadza go do szewskiej pasji. To jednak początek problemów, z którymi zmierzy się Waldek.

Reżyser Kristoffer Rus oparł film na podstawie powieści Agnieszki Dąbrowskiej i jest to historia, która zaskakuje dojrzałością oraz wyczuciem. Jeśli myślicie, że pokazuje nastoletnich graczy w najbardziej stereotypowy sposób, jesteście w błędzie. To tylko otoczka, gdzie chodzi o coś zupełnie innego – o usamodzielnienie i dojrzewaniu. A także o braniu odpowiedzialności, przyjaźni, pierwszej miłości i mierzeniu się z problemami.

To bardziej komediodramat niż przesłodzone kino obyczajowe, gdzie nie ma prostego podziału na dobrych i złych. Tutaj każdy mierzy się ze swoimi problemami, poczuciem winy i wyrzutami. Bez poczucia fałszu, sztuczności, z naturalnie grającą młodą obsadą, co jest u nas największym problemem ostatnimi czasy. Humor jest tutaj wygrywany bezbłędnie, czy to w przypadku relacji Waldek-ciotka, która ulega ciągłej dynamice (od wrogości do szorstkiej sympatii), czy przyjaźni między Waldkiem a Staszkiem. Ta ostatnia ulega komplikacji, kiedy chłopaki poznają dziewczynę, która okazuje się być… graczem komputerowym o ksywie Mrówa (i używa jej awatara zamiast swojej twarzy). To komplikuje sytuację i pozwala na odrobinę zabawnych sytuacji. Nie brakuje też momentów na złapanie oddechu, refleksji (wizyta u dziadka, który dla chłopaka jest wręcz mentorem) i wzruszeń. Takie sceny przypominają, że dzieci/nastolatkowie są mądrzejsi i widzą więcej niż nam się wszystkim wydaje. Że nie należy obchodzić się z nimi jak z jajkiem („Jesteś już dużym chłopakiem. Czyli nie jesteś już ślepy i głuchy” – jak mówi dziadek).

Technicznie też się trudno do czegoś przyczepić. Jest kilka efektywnych mastershotów, w tle gra świetna muzyka Karima Martusewicza, zaś montaż też niczego sobie. Aczkolwiek sceny, gdy nasz nowy team rywalizuje o eliminacje do turnieju w ogóle nie ma, tylko widzimy sytuację post factum. To jest tak jakbyśmy obserwowali przygotowania do wielkiego pojedynku, by kompletnie go nie zobaczyć, tylko co się stało po wszystkim. Nie daje to żadnej satysfakcji.

Pochwalić trzeba za to obsadę. Film kradnie absolutnie kapitalna Dorota Kolak jako bardzo żywiołowa ciotka Mariola, co nie daje sobie w kaszę dmuchać i jest twarda niczym stonka, jednak pod tym wszystkim kryje się osoba wrażliwsza oraz naznaczona prywatną tragedią. Swoją robotę robią niezawodni Karolina Gruszka (matka) oraz Andrzej Grabowski (dziadek). Ale nie można zignorować Macieja Karasia, czyli Waldka Mocarnego Pierwszego, będącego także narratorem historii. Świetnie pokazuje przemianę z leniwego, dostającego pod nos wszystko dzieciaka w dojrzewającego chłopaka, radzącego sobie dobrze oderwany od komputera.

Film Rusa (pierwotnie reżyserować miał Mateusz Rakowicz, który akurat wtedy kręcił „Najmro”) traktuje swojego widza – bez względu na wiek – bardzo dojrzale, bez słodzenia, ale też i wywoływania stanów przygnebiających. „Za duży na bajki” świetnie balansuje między powagą a humorem, tworząc niemal realistyczny świat bez popadania w skrajności, z wyrazistymi postaciami i świetnym aktorstwem. Lubię takie przyjemne niespodzianki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Men

Żaden reżyser tak nie rozpalał mi mózgownicy jak Alex Garland – cholernie uzdolniony scenarzysta, głównie kojarzony z kinem SF. Po absolutnie niesamowitych „Ex Machinie” oraz „Anihilacji”, reżyser postanowił zrobić mały skok w bok na rzeczy bardziej psychologicznego horroru/thrillera. Wiadomo, nie trzeba się ograniczać tylko do jednego gatunku. Czasami jednak nie zawsze się opłaca.

Akcja „Men” rozgrywa się gdzieś na wsi, z dala od zgiełku Londynu. Tutaj przyjeżdża Harper (Jessie Buckley) – młoda kobieta, by zamieszkać parę tygodni. Domostwo wygląda bardzo okazale, choć jego właściciel (Rory Kinnear) sprawia wrażenie niby sympatycznego człowieka, niemniej jest w nim coś dziwnego. Harper wydaje się odnajdować w małej wiosce, skrywając pewną niepokojącą tajemnicę z przeszłości. Jej mąż dość ciężko zniósł decyzję o jej rozwodzie. Tak bardzo, że odebrał sobie życie, spadając z mieszkania wyżej. A wierzcie mi, że nie jest to obraz łatwy do wymazania z pamięci. Czy uda się Harper odnaleźć psychiczną równowagę?

Jakby to było takie proste, nie mielibyśmy tego filmu. Podczas odkrywania piękna krajobrazów w postaci lasów, tunelu pod dawnymi torami czy podniszczonych budynkach gospodarczych (jeśli jest się fanem turpizmu). Wyprawa jednak kończy się w momencie, gdy gania za nią mężczyzna w stroju Adama. Nie goni, tylko idzie niczym Michael Myers czy inne powolne monstrum ze slashera. Niby wezwanie policji rozwiązuje sprawę – ale na jak slasherowego skurwysyna – zostaje wypuszczony i znowu zaczyna uprawiać stalking. Dlaczego? Bo policja uznała, że jest nieszkodliwy (mimo próby włamania do domu) i zabrał parę jabłek z drzewa w ogrodzie.

Garland całą przeszłość bohaterki pokazuje w krótkich retrospekcjach, przeplatając z obecnymi wydarzeniami. Samo to może wywołać lekką sieczkę w mózgu, ale spokojnie, reżyser się dopiero rozkręca. Im dalej w las, tym bardziej porąbane rzeczy się dzieją. A to nagle postać kompletnie znika, a to ksiądz chce wzbudzić w naszej bohaterce poczucie winy za śmierć męża (ona za to wyraża wdzięczność duchownemu za pomocą magicznego słowa: Spierdalaj). Jest jeszcze dzieciak, co chce się z Harper bawić w chowanego. Zaś w kościele jest jakaś dziwna kamienna postura (chyba to jest to miejsce, gdzie ksiądz wygłasza kazanie) i by jeszcze bardziej namącić we łbie, wszyscy mężczyźni (chyba jedyni mieszkańcy wioski) mają twarz tego samego aktora – Rory’ego Kinneara (facet jest absolutnie obłędny).

Rozumiem założenia „Men” – chodzi o pokonanie wewnętrznej traumy, zaś wszystkie męskie osoby to jedna inkarnacja. Szkoda tylko, że nie wiemy co było przyczyną tego rozstania między nią a Jamesem. Skąd ten jej strach wobec niego? Nie wiadomo. Temat nie zostaje ruszony. Jest też parę ujęć, które zachwycają wizualnie, chociaż wydają mi się zbędną popisówką (scena z martwym jeleniem, gdzie kamera wskakuje do… dziury po oku czy nadużywane slow-motion). Ale finał to już wręcz jazda po bandzie i tu nie chodzi o coś w stylu facet pojawia się i znika, zaś światła przed domem dostają kocioćwiku. Jest krwawo, makabrycznie i bardzo niepokojąco (choć w trakcie seansu gdzieś z tyłu słyszałem śmiechy), ale też… niesatysfakcjonująco.

Niestety, ale mam wrażenie, iż Garland albo za dużo oglądał Davida Lyncha i za bardzo odpłynął w surrealizmie, albo chciał być drugim Eggersem (niestety, z czasu „Lighthouse”) i ukrył niedostatki fabuły symbolami, metaforami oraz dziwacznymi obrazami. Jakiekolwiek były intencje, „Men” dla mnie było rozczarowaniem. Tak mętnego treściowo, ale porywającego wizualnie filmu nie widziałem od dawna i mam spory mętlik we łbie.

6/10

Radosław Ostrowski

Top Gun: Maverick

36 lat minęło jak jeden dzień, a Tom Cruise wygląda jakby czas kompletnie go nie tknął. Prawda jest taka, że raczej nikt nie spodziewał się powrotu do „Top Gun”. Zwłaszcza po tylu latach – trochę nie za późno na taką lotniczą eskapadę? Czy to tylko bezczelny skok na kasę wobec fanów oryginału, zakonserwowany w dawnych czasach? Bo powrót do starych marek to nowa żyła złota? Oczekiwałem, że sceny w powietrzu będą lepsze od oryginału i… w sumie tyle. Bo co jeszcze można ciekawego wymyślić? Dodatkowo zatrudnienie Josepha Kosinskiego, który ma oko wizualne, lecz z fabułami bywało… różnie nie nastrajało optymizmem. Ale z Cruise’m już pracował przy „Niepamięci”, a za scenariusz do „Mavericka” odpowiadał m.in. Christopher McQuarrie. Więc jestem zdumiony, że z tak schematycznego scenariusza oryginału (czepiać mi się nie chcę, bo lista jest za długa), powstał… zaskakująco emocjonalny film, choć też oparty na znajomych kliszach. Jak to się stało i co za czary tu zastosowano?

top gun2-3

Pete „Maverick” Martell dalej służy jako pilot marynarki, jednak nadal pozostaje trochę ryzykantem i buntownikiem. Co wyjaśnia, czemu nigdy nie awansował, bo swoim nastawieniem wkurzał swoich przełożonych oraz przenoszenie z miejsca na miejsce. To ostatnie dzięki swojemu kumplowi „Icemanowi” – admirałowi Flory Pacyfiku. Jednak w czasach, gdy Ju Es Armi bardziej korzysta z nowoczesnych technologii w stylu dronów, Maverick jest równie potrzebny jak łysemu grzebień. Ale dostaje szansę – prawdopodobnie ostatnią w swojej karierze. Wraca do szkoły lotniczej Top Gun, gdzie ma wyszkolić młodych pilotów do wykonania diablo niebezpiecznego zadania: zniszczenie znajdującego się w podziemnym bunkrze tajnym magazynie wzbogaconego uranu. Równie łatwe jak rozwalenie najsłabszego punktu Gwiazdy Śmierci, a czasu jest niewiele. Fakt, że wśród młodej krwi mamy syna Goose’a, czyli Roostera nie ułatwia sprawy.

top gun2-4

Historia w zasadzie ma o wiele więcej rąk i nóg niż w oryginale, choć sporo czerpie z oryginału. Nadal mamy jako pilotów młodych, bardzo pewnych siebie kolesi (a nawet jest koleżanka), zbyt mocno trzymających się przepisów służbistów, bardzo drogie samoloty. Jest też nawet scenka grania na plaży z gołymi klatami. Ale to wszystko wydaje się mieć więcej sensu niż w chaotycznym (choć nadal dającym sporo frajdy) poprzedniku. I co najważniejsze, twórcy czynią z Mavericka… człowieka z krwi i kości, a nie tylko pewnego siebie aroganta. Tutaj zaczyna dojrzewać do roli lidera, zaczyna czuć odpowiedzialność za swoich podwładnych. Chociaż trenuje ich, wyciskając z nich siódme poty oraz ciągle udowadniając, że jeszcze nie stracił formy (pierwszy trening).

top gun2-1

Muszę przyznać, że Kosinski nadal porywa wizualnie. Sceny lotnicze (głównie dzięki mikrokamerom) wyglądają niesamowicie i są kapitalnie zmontowane, co podnosi napięcie oraz adrenalinę do ściany. Nie chcę nawet wspominać o scenie, gdy Maverick – chcąc udowodnić sobie i przełożonym – że mission jest possible sam wsiada za samolot. Tą scenę oglądałem na krawędzi fotela, zaś finałowa misja – nawet jeśli miejscami wydaje się jakby z innej bajki – jest fantastycznie wykonana, z niesamowitą choreografią oraz namacalnym poczuciem bycia w samolocie.

top gun2-2

Jednocześnie czuć hołd oraz miłość do filmu Tony’ego Scotta (zresztą jest mu dedykowany) jest namacalna. Czerpie garściami, ale nie popada w przesadę i fan service jest w punkt: od muzyki przez wręcz niemal kopiowanie scen z oryginału (sam początek zrobił mi mętlik w głowie i przez chwilę zastanawiałem się, czy przypadkiem nie pokazali pierwszego „Top Gun”). Młodzi aktorzy też dają radę – zwłaszcza Miles Teller – i czuć, że to zgrana ekipa, Tom Cruise także wypada więcej niż dobrze, zaś użycie praktycznych efektów specjalnych jest wręcz odświeżające w czasach blockbusterów przeładowanych komputerowymi trickami. Drugi plan też ma przebłyski w postaci Jona Hamma jako przełożonego Mavericka

Choć jest parę drobnych niedociągnięć (wątek romansowy troszkę wydaje się wciśnięty na siłę), to nie spodziewałem się tak silnego ładunku emocjonalnego. To jest przykład świetnego sequela, zrobionego z pasji, zaangażowania, a nie chłodnej kalkulacji i bezmyślnego powtarzania się. Taka sztuka zdarza się tak często jak zestrzelenie trzech samolotów w jednej akcji.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Furioza

Przyznam się, że na film o kibolach i gangsterce wokół tego podchodziłem jak pies do jeża. Do tego jeszcze za kamerą miał stanąć reżyser jednej z najgorszych tzw. komedii („PolandJa”). Entuzjazm zgasł szybciej niż honor wśród polskich polityków. I jeszcze mamy część obsady z tamtego filmu (Chabior, Bobrowski), co budziło spore obawy. A jaka jest naprawdę „Furioza”?

Fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa: mamy tytułową Furiozę, czyli grupę kiboli. A ci zajmują się kibolskimi sprawami: zadymą, ustawkami, mordobiciem etc. A gdzieś w tle mamy podejrzane relacje z gangsterami i dilerką. Ekipą kieruje „Kaszub” oraz jego prawa ręka, „Golden”. Do tej grupy kiedyś należeli także brat Kaszuba, Dawid i Dzika – to jednak było dawno i nieprawda. Teraz mężczyzna jest lekarzem, zaś dziewczyna wstąpiła do policji. Dawid zmuszony zostaje do współpracy z psiarnią w zamian za oczyszczenie kartoteki „Kaszuba”. Jeszcze jest „Mrówka”, który zajmuje się handlem narkotykami.

furioza1

Domyślacie się dokąd to zmierza? Sensacyjna opowieść o honorze, kasie, lojalności. Jeśli ktoś spodziewa się czegoś a la Patryk Vega, nie macie tu czego szukać. Mamy dwójkę bohaterów, którzy zderzają się z przeszłością (najbardziej Dawid, dawny członek Furiozy, obecnie wykluczony z pewnej decyzji), konkurencję walczącą o teren, ścigających gliniarzy, a nawet polityków w tle. Z tego koktajlu powstaje zaskakująco świeże kino, które klimatem bliżej jest do „Jak zostałem gangsterem” Kawulskiego, choć nie jest aż tak teledyskowe. Olencki bardziej trzyma się ziemi, bywa brudny i brutalny, jednak unika prostackości i prymitywizmu twórcy serii o psach razy pitbull. Jest to spójne narracyjnie, konsekwentnie prowadzone i energetyczne kino.

furioza2

Zaskakująco też dobrze zrobione technicznie, gdzie twórcy bawią się montażem równoległym, mordobicie jest pokazanie bez montażowych sztuczek (walka w lesie z motywacyjną przemową, której nie powstydziłby się sam Mel Gibson), zaś dialogi w większości są słyszalne i wyraźne. Zdziwiła mnie też spora ilość humoru, stanowiący skuteczny balans do powagi oraz wagi sytuacji. Może i brzmi dość prosto, ale nie sprawia wrażenia ciała obcego. Oraz potrafi rozbawić (zwłaszcza wypowiedzi cynicznego szefa Dzikiej, Bauera), a to nie jest łatwe.

furioza3

Niestety, nie wszystko tu działa idealnie. Czasem jakiś dialog zabrzmi mechanicznie, parę wątków można spokojnie wyciąć, by zachować równiejsze tempo. Pewnym balastem jest też relacja między Dziką a Dawidem, która zaczyna się budować. Bo po pierwsze, dochodzi do niej nagle i niespodziewanie, dialogi wtedy brzmią bardzo deklaratywnie, zaś grający główną rolę Mateusz Banasiuk ma urok i charyzmę kawałka drewna. Jego wycofanie się, mające pokazać jego wewnętrzny konflikt, działa na jego niekorzyść. Tak samo sceny retrospekcji wydają się troszeczkę zbędne.

furioza4

Jednak reszta obsady to już zupełnie inna rozmowa. Zaskakująco dobrze wypada Weronika Książkiewicz jako szorstka Dzika, kompletnie niepasująca do jej dotychczasowego emploi. Bardzo subtelnie poprowadzona, z wieloma mocnymi momentami. Równie porządny jest Wojciech Zieliński, czyli charyzmatyczny, honorowy „Kaszub”. Urodzony lider, trzymający się zasad i budzący respekt. Szoł jednak absolutnie kradnie trzech facetów: Szymona Bobrowskiego (Mrówa), Mateusza Damięckiego (Golden) oraz Łukasza Simlata (Bauer). Pierwszy jest równie wyrazistym mafiozo z zasadami, drugi z potężnym kaloryferem i ADHD rozsadza ekran dziką energią, zaś ostatni jest idealnie skrojony do roli cynicznego gliniarza z tnącymi niczym żyleta punchline’ami. Na dalszym planie też jest parę znajomych twarzy, robiących bardzo porządne tło (Sebastian Stankiewicz, Konrad Eleryk czy Cezary Łukaszewicz, by kilku wymienić).

Mimo sporych obaw na „Furiozie” bawiłem się znacznie lepiej niż przypuszczałem. Olencki świetnie prowadzi aktorów (z jednym wyjątkiem), sprawnie prowadzi narrację i jest soczyście wykonane. Kolejny przykład kina rozrywkowego na poziomie oraz wyczuciem.

7/10

Radosław Ostrowski

Niepamięć

Wyobraźcie sobie świat, w którym ludzie z nieznanych przyczyn nagle tracą pamięć. W różnych miejscach, czasie i okolicznościach. Bez względu na pochodzenie, płeć, pozycję społeczną i zawód. Taki jest właśnie przypadek bohatera greckiej „Niepamięci”. Mieszka sam w dość niezadbanym mieszkaniu, nie wiemy czym się zajmuje. Dostaje amnezji podczas jazdy autobusem, a przy sobie nie ma żadnych dokumentów (tylko pieniądze). Trafia do szpitala, gdzie przechodzi testy na odzyskanie pamięci i czekając na kogoś z rodziny, kto go odbierze.

Pojawia się jednak szansa na wyjście z tej sytuacji: program „Nowa Tożsamość”. Starego życia może nie odzyskasz, ale może uda ci się stworzyć siebie na nowo. Jak to zrobić? Dostajesz taśmy magnetofonowe, gdzie głos daje ci „zadanie” do wykonaniu, a jego wykonanie utrwalasz wykonując zdjęcie. Brzmi jak coś prostego? Bo i zadania nie wydają się trudne: jazda na rowerze, udział w imprezie kostiumowej, skok do basenu. Im dalej w las, tym jednak kolejne rzeczy do wykonania wydają się brzmieć jak makabryczny żart (upić się w barze, po czym poznać dziewczynę/chłopaka i uprawiać z nimi seks w toalecie).

Grecki reżyser Christos Nikou tworzy kolejny pokręcony świat, gdzie absurdalność świata przedstawionego miesza się z melancholijnym smutkiem postaci. Wszystko jest tu bardzo surowe i oszczędne, a jednocześnie bardzo takie umowne. Nie wiemy jak dochodzi do choroby, dlaczego tutaj nikt nie ma telefonów komórkowych ani komputerów (wszystko tu pełne analogowych przedmiotów jak magnetofon i polaroid). Niby jesteśmy w Atenach, ale jakby w zupełnie innej epoce, wyrwanej z obcego świata. Poczucie obcości potęgują jeszcze zdjęcia Bartosza Świniarskiego w formacie polaroidowego zdjęcia. Czyli taka rameczka ze sporymi czarnymi pasami.

Z kolei sam program – czy aby na pewno pomaga stworzyć nowego siebie? A może tak naprawdę kreuje coś w rodzaju marionetki? Pozbawionej własnej woli, motywacji i celu. Zwłaszcza, że nie wiadomo kiedy (i czy w ogóle) się ten proces zakończy. Jakie jeszcze zadania mogłyby na niego czekać – gdzieś wspominana jest sprawa udziału w demonstracji czy czegoś z samolotem. Zaś sam bohater grany przez Arisa Servatalisa jest bardzo trudny do rozgryzienia. Bardzo rzadko wyraża emocje, jest wycofany, z pokorą przyjmując kolejne dziejące się rzeczy. Jakby wzięty ze skandynawskiego kina, co dziwnie pasuje do klimatu filmu.

„Niepamięć” jest intrygującym filmem psychologicznym, którego klimatem blisko jest do dzieł Charliego Kaufmana zmieszanego z Terrym Gilliamem. Tajemniczy, bardzo wycofany, niemniej potrafi zainteresować i frapuje postacią głównego bohatera. Sama myśl utraty pamięci (mimo chęci zapomnienia kilku rzeczy) potrafi zmrozić krew, a film przypomina dlaczego.

7/10

Radosław Ostrowski