21 mostów

Nowy Jork, późną nocą. Miasto zazwyczaj śpi, ale nocą budzą się bandyci i wtedy dochodzi do wielu zbrodni. Coś o tym wie detektyw Andre Davis, którego ojciec zginął jak był dzieckiem przez paru gnojów. Już jako dorosły poszedł w ślady ojca, tylko bardziej nie patyczkował się z ludźmi, co zabijali policjantów. I przez to ma na pieńku z wydziałem wewnętrznym, ale dostaje nową sprawę. Doszło do włamania, co skończyło się śmiercią kilku policjantów. Do śledztwa dołącza policjantka z narkotykowego, bo na miejscu zbrodni znaleziony kilkaset kilo koksu.

21 mostow1

Film Briana Kirka to niemal klasyczny w konstrukcji kryminał, skupiony na śledztwie. Sama narracja przebiega dwutorowo. Z jednej strony mamy policjanta z reputacją, przydzieloną tymczasowo partnerkę oraz dużą presję czasu. Z drugiej strony mamy dwóch przestępców, działających ewidentnie na czyjeś zlecenie. Nawet oni sami nie wiedzą w co się pakują, bo zlecenie staje się dla nich skomplikowane. Czemu dragów było więcej niż planowano? I skąd się wzięło tylu policjantów? Zasadzka? Ustawka? Czy jakieś brudne, policyjne akcje na boku? To będzie próbował ustalić Davis, ale to nie będzie proste. Reżyser bardzo powoli odkrywa element układanki, chociaż dla fanów gatunku nie będą niczym zaskakującym. Niemniej trudno “21 mostom” odmówić klimatu przypominającego troszkę kino noir. Akcja osadzona niemal w nocy, jazzowa muzyka w tle, wiele ujęć na miejski krajobraz oraz powolne tempo.

21 mostow2

Nie oznacza to jednak, że twórcy rezygnują z pościgów czy strzelanin, bo tych nie brakuje. I są bardzo porządnie zrobione, lecz bez fajerwerków, służąc historii oraz budując napięcie. Wszystko jest bardzo przy ziemi, bez popisów pirotechnicznych, co sprawdza się bez zarzutu. Ale jest krwawo oraz z bluzgami.

21 mostow3

Aktorsko jest więcej niż okej, a każdy ma tutaj coś do roboty. Świetnie sprawdza się Chadwick Boseman jako Davis, który najpierw myśli, dopiero potem sięga po broń. Chociaż na początku mówi się nam zupełnie coś innego, a charyzma aktora sprawdza się tutaj bardzo dobrze. Równie wyrazisty jest duet bandytów w wykonaniu Taylora Kitscha oraz Stephana Jamesa, z czego ten drugi wydaje się bardziej opanowany i nie strzela do nikogo na ślepo. Chyba, że zostaje postawiony pod ścianą. Solidnie wspierają ich na dalszym planie Sienna Miller (detektyw Burns) oraz J.K. Simmons, nawet nie mając za wiele do roboty.

“21 mostów” ma wiele z klasycznego kryminału, a mimo schematów potrafi zaangażować i wciągnąć do samego, krwawego końca. Angaż Bosemana oraz producenckie wsparcie braci Russo zaprocentowało bardzo porządnym dreszczowcem w starym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Tyler Rake: Ocalenie

Tytułowy bohater to bardzo dobrze wyszkolony australijski najemnik. Bez rodziny, żyjący od zlecenia do zlecenia, bez perspektywy i stabilizacji. Teraz dostaje kolejne zadanie, które wydaje się proste: odbicie syna szefa hinduskiego kartelu narkotykowego. Został on porwany przez konkurenta z Bangladeszu, który trzyma w garści lokalne wojsko oraz policję. Łatwo nie będzie.

tyler rake1

Netflix kolejny raz próbuje zrobić wysokobudżetowy, efektowny film akcji. Nie szczędzą pieniędzy I ściągnęli do pomocy samych braci Russo. Niestety, ograniczyli się do roli producentów (także napisali komiksowy pierwowzór, na podstawie którego powstał ten film), a za kamerą stanął współpracujący z nimi kaskader Sam Hargrave. Po sukcesach “Johna Wicka” i “Atomic Blonde” ten trend nie powinien zaskakiwać, bo kto lepiej kuma kino akcji. Więc powiem to od razu: “Tyler Rake” to klasyczny akcyjniak ze schematyczną fabułą, ale pełen adrenaliny oraz kopa. Koncepcja jest prosta, znana choćby z “Człowieka w ogniu”, czyli jednoosobowa armia z mroczną, traumatyczną przeszłością, musi dojść z punktu A do punktu B. Ale droga nie może być łatwa i prosta, bo przeciwnik ma przewagę liczebną, zna lepiej teren, zaś Tyler jest tylko gościem na tej imprezie. A co będziemy mieli po drodze? Standardowy zestaw, czyli pościgi, krew, bluzgi, mordobicie oraz świszczące w każdym kierunku strzały. Bez żadnych głębszych prób psychologizowania postaci (to akurat wychodzi najsłabiej) czy poważnego spojrzenia na Indie czy Bangladesz.

tyler rake2

Liczy się za to akcja, a ta jest zrealizowana wręcz pierwszorzędnie. Najbardziej pamięta się ponad 10-minutowa scena pościgu oraz strzelaniny zrobiona w jednym ujęciu. Kamera dosłownie pędzi z bohaterami, każdy cios i strzał jest widoczny, czytelny oraz świetnie zrealizowany. Sama choreografia oraz kaskaderka stoi na wysokim poziomie, podnosząc adrenalinę niemal do ściany. I nie ważne czy mówimy o scenie wyciągnięcia chłopaka przez Rake’a z kryjówki, bójki z dawnym znajomym czy finałową strzelaninę na moście. To podnosi całość na troszkę wyższy poziom.

tyler rake3

Jeśli jednak chciałbym się do czegoś przyczepić, to do zbyt płytkiego zarysowania tła. Właściwie poza Rake’m oraz odbijanym przez niego chłopakiem, nikogo nie poznajemy zbyt dobrze. Reszta ekipy najemników (w tym szefowa Nik Khan) pełni role dodatku albo mięsa armatniego, antagoniści wydają się papierowi i nudni, zaś protagonista to “biały zbawca świata” o aparycji Chrisa Hemswortha (świetnie pasującego do tej roli).

Niemniej muszę przyznać, że jako bezpretensjonalna rozpierducha do obejrzenia z kumplami przy piwku “Tyler Rake” sprawdza się bez zarzutu. Pewnie po obejrzeniu od razu zapomnimy (może poza mastershotem), jednak czas przy nim spędzony nie jest stracony. Coś czuję, że będzie ciąg dalszy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Magical Girl

Troje bohaterów, trzy różne osobowości i jedno zdarzenie, które wywróci ich życie do góry nogami. Poznajmy ich troszkę bliżej. Luis jest bezrobotnym nauczycielem, samotnie wychowującym córkę. 12-latka choruje na białaczkę i jest wielką fanką japońskich animacji. Przypadkiem mężczyzna przegląda jej dziennik i odkrywa, że jednym z jej marzeń jest sukienka jednej z jej ulubionych postaci. Tylko, że kosztuje sporo pieniędzy, zaś brak pracy oraz sprzedawanie książek na wagę nie wystarczy. Tak poznaje cierpiącą na depresję Barbarę oraz – dużo później – byłego nauczyciela i skazańca Damiana.

magical girl1

“Magical Girl” to dziwaczna hybryda, którą trudno do czegoś porównać. Każdy akt pokazuje nam nową postać oraz jej tło, dzięki czemu mamy szansę każdego z tych bohaterów poznać bliżej. A kiedy wydaje się, że znamy kierunek całej historii, reżyser okazuje się sprytniejszy i wpuszcza w maliny. Spodziewamy się jakiegoś dramatu o człowieku postawionym pod ścianą, desperacko pragnącym uszczęśliwić swoje dziecko, walczącej z depresją kobietą oraz jej bogatym mężu-psychiatrze oraz byłego skazańca, wracającego do społeczeństwa. Z każdą kolejną minutą oraz decyzjami bohaterów odkrywamy zupełnie inne oblicze i kolejne element układanki. Szantaż, morderstwo, krytyka społeczeństwa kryzysu ekonomiczno-politycznego, tajemniczy mężczyzna na wózku, podziemna prostytucja – nie wszystko jest nam pokazane wprost, ale potrafi on zaintrygować i wielokrotnie zaskakuje.

magical girl2

Niby wygląda to jak prawdziwy świat, lecz nie można pozbyć się wrażenia pewnej pulpowości, umowności świata. Świata, gdzie jedno zdarzenie uruchamia całą lawinę wydarzeń. Czuć to mocno w dialogach, niepozbawionych błyskotliwości, jak i masie niedopowiedzeń (tajemnicza więź między Barbarą a Damianem oraz ich przeszłość). Wiele wydarzeń dzieje się poza kadrem, przez co nie zawsze mamy pole do rozwiązania zagadki. Wszystko zrobione w arthouse’owym stylu, czyli z długimi ujęciami, zaskakująco stonowaną kolorystyką oraz dość brutalnym, przewrotnym zakończeniem. Tylko, że to ostatnie nie dało mi zbyt wiele satysfakcji, nawet jeśli jest to celowa zagrywka.

magical girl3

“Magiczna dziewczyna” ma w sobie wiele uroku, ale i kilka niejasnych tajemnic. Czuć tu inspirację Inarritu, Coenami i nawet Almodovarem, jednak z tej sklejki powstaje intrygujący film ze świetną obsadą oraz zmuszający do samodzielnego układania. Nawet jeśli nie mamy wszystkich puzzli.

7/10

Radosław Ostrowski

Fantastyczna kobieta

Zaczyna się banalnie, by nie rzec zwykle. Mężczyzna w średnim wieku idzie na randkę z młodszą od siebie kobietą. Od razu widać, że są ze sobą od dłuższego czasu i nie jest to tylko zauroczenie czy przygodny seks. Kolacja, dyskoteka, noc w domu. I to w tym ostatnim momencie dochodzi do najgorszego: mężczyzna słabnie i upada. Mimo natychmiastowej reakcji kobiety oraz szybkiego dojazdu do szpitala, starszy pan umiera. Od tej pory życie dziewczyny o pięknym imieniu Marina zaczyna się zmieniać na gorsze, a rodzina nieboszczyka traktuje ją jak trędowatą. Dlaczego?

fantastyczna kobieta1

Film Sebastiana Lelio zaskoczył wszystkich, kiedy otrzymał dwa lata temu Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Zwłaszcza, że najczęściej obstawiano skandynawski “The Square” oraz rosyjską “Niemiłość”. Sama historia wydaje się prosta i skupia się na tytułowej kobiecie. Tylko, że Marina nie zawsze była kobietą, co dla rodziny jest jeszcze cięższe do przetrawienia. I wywołuje w nich wrogość, nienawiść, a nawet niechęć. Familia musiała wiedzieć, że ich (były) mąż oraz ojciec ma kogoś, co już wywołałoby animozje. Ale w tym przypadku atak jest mocniejszy z powodu poprzedniej płci dziewczyny, zaś uprzedzenia dają o sobie znać jeszcze bardziej. Reżyser jednak nie idzie na łatwiznę w budowaniu postaci, nie robiąc z Mariny tylko bezbronnej ofiary. Chociaż musi walczyć o to, by być traktowana jak człowiek (sceny, gdy jest badana u lekarza czy w obecności policjantki), jak kobieta czy móc pożegnać się ze swoim ukochanym. Ta opresyjność ma charakter słowny (rozmowa z byłą żoną i przede wszystkim synem) czy wręcz fizyczny (porwanie – troszkę przesadzone) oraz reakcji służb czy to medycznych, czy mundurowych. Jakby chcąc wymazać ją z obecności jakby nigdy nie istniała.

fantastyczna kobieta2

I to miejscami naprawdę potrafi zaboleć. Ale ja nie mogłem od Mariny (zjawiskowa Daniela Vega) oderwać oczu. Nie chodzi tylko o fizyczną urodę, ale też o silny charakter, wyhartowany z reakcji innych. Potrafi pokazać swoje opanowanie jak też zaatakować (moment, gdy kobieta wchodzi na samochód rodziny zmarłego), lecz także mocno czuć jej klincz z członkami rodziny (oprócz Gabo, który jako jedyny traktuje ją jako normalną osobę). A wszystko za pomocą drobnych spojrzeń oraz mowy ciała. Ale reżyser czasem “udziwnia” historię wprowadzając sceny oniryczne, niepozbawione zbyt czytelnej symboliki (Marina idąca pod silny wiatr), przez co “Fantastyczna kobieta” traci wiele ze swojej mocy. Chociaż nie brakuje poruszających i zachwycających momentów jak “odlatująca” scena tańca w dyskotece czy pożegnania ze zmarłym przed kremacją. Wiele w tym zasługi wyczucia reżysera, jak i przepięknej muzyki Matthew Herberta jakby wziętej z filmu Almodovara.

fantastyczna kobieta3

Nie brakuje tutaj scen troszkę chybionych, ale od filmu Lelio nie można oderwać oczu. Zjawiskowa, szczera, naturalna, chociaż czasami odlatuje w dziwaczne rejony. Jednak ostatecznie wychodzi z tego taki ludzki, bez epatowania jakąkolwiek ideologią historia o byciu sobą oraz walce o własną godność.

7/10

Radosław Ostrowski

Star Trek: W nieznane

Miałem dość spora przerwę w oglądaniu nowych przygód załogi Enterprice. I nie wiem dlaczego to tyle czasu trwało. Czy to z powodu zmiany reżysera (J.J. Abramsa zastąpił szybki i wściekły Justin Lin), czy braku zainteresowania marką – nie potrafię odpowiedzieć. Ale w końcu sięgnąłem po nową część zrebootowanej serii, czyli „W nieznane”. Tym razem załoga kierowana przez kapitana Kirka uczestniczy w pięcioletniej misji. W połowie swojej drogi trafia na stację kosmiczną Yorktown, gdzie przebywa członkini zaginionego statku. Pojazd miał zostać zniszczony w znajdującej się w okolicy mgławicy asteroid, gdzie znajduje się planeta. Enterprise wyrusza na wyprawę i szybko zostaje zaatakowany przez nieznaną grupę przeciwników. Efektem konfrontacji jest kompletne zniszczenie statku oraz rozproszenie się załogi. Kto za tym stoi i jaki jest jego cel?

stwnieznane1

Zmiana reżysera troszkę odbiła się na warstwie wizualnej, ale nie aż tak, by nie rozpoznać serii. Nie mali tak mocno światłami żarówek, jest bardziej przejrzysty, zaś sceny akcji są bardzo pomysłowe i bardziej czytelne. „W nieznane” potrafi nadal oczarować swoją wyrazistą stroną wizualną oraz pięknymi plenerami nieznanej planety. Sama historia już tak nie porywa, mimo sprytnego rozbicia grupy na trzy (właściwie cztery) mniejsze grupy, początkowo pozbawione wsparcia. Wszystko skupione jest na antagoniście, który ma jeden cel: rozwalenia świata, zniszczenia ludzkości i zdobycia potrzebnej do tego broni, bla bla bla. Powoli odkrywana jest tajemnica wokół bohatera oraz pewnego pojazdu sprzed wielu wieków.

stwnieznane3

Problem w tym, że ta intryga zwyczajnie nie działa, a kilka twistów jest tak przewidywalnych jak zachowanie polityków podczas dyskusji. Także same postacie oraz ich wątki wydają się zredukowane na rzecz dynamicznego tempa oraz akcji z kilkoma świetnymi momentami (dywersja z Kirkiem jadącym na motorze czy ucieczka w zniszczonym Enterpirise), przez co nie czułem takiej więzi z bohaterami. Mimo tego, że są zagrani bardzo dobrze. Jedynymi pogłębionymi bohaterami są Kirk, który ma wątpliwości co do obranej ścieżki, Spock (choć jego relacja z Uhurą jest słabo zarysowana) oraz dołączająca do grupy Jaylah, próbująca się wydostać z planety. Więcej jest za to humoru, choć nie wszystkie żarty trafiają w punkt. Wrażenie robią nadal efekty specjalne oraz praca charakteryzatorów przy tworzeniu wyglądu antagonisty i jego sługusów. To jednak troszkę za mało, by wyjść poza niezłe kino przygodowe.

stwnieznane2

Z nowych postaci najciekawiej prezentuje się nierozpoznawalna Sofia Boutella jako Jaylah. Bardzo wycofana, działająca w ukryciu, zaś interakcja miedzy nią a Scottym działa naprawdę dobrze (lepiej tylko działa duet Spock/Bones). Niestety, ale blado prezentuje się Idris Elba w roli antagonisty. Pozbawiony charyzmy, z niezbyt ciekawie zarysowaną motywacją oraz niemal bardzo powoli mówiący. Innymi słowy, bardzo szablonowa postać, nie zapadająca mocno w pamięć.

Więc jak tu ocenić „W nieznane”? Z jednej strony nie powiem, że się źle bawiłem. Jest parę świetnie zrobionych scen akcji oraz odrobinka humoru, ale czegoś tutaj ewidentnie zabrakło. Historia mnie nie porwała, a postacie też nie przyciągnęły za bardzo mojej uwagi. Od tego czasu o serii zrobiło się cicho, więc chyba marka padła.

6/10

Radosław Ostrowski

Obraz pożądania

Sztuka to dziwna dziedzina życia jest. Nie zawsze można policzyć jej wartość przez szarego człowieka, zaś czasem coś o wyglądzie tapety może być cenne wiele. Bo jest stworzone ręką cenionego artysty. A o tej cenie decydują krytycy – ludzie mający (podobno) bardzo szeroką wiedzę na temat tego, co twórca miał na myśli. Wiedzą to jakby zupełnie brali udział przy tworzeniu dzieła albo weszli do umysłu artysty. Kimś takim jest James Figueras, który zamiast prowadzić jakieś muzeum czy galerię sztuki, prowadzi wykłady po Europie. We Włoszech poznaje amerykańską dziewczynę o imieniu Berenice i dość szybko zbliżają się do siebie. Mężczyzna dostaje zaproszenie od wpływowego marszanda, Josepha Cassidy’ego, który ma dla niego pewną propozycję. Szansa na wywiad z nieobecnym od dawna artystą Jeromem Debneyem na włoskiej prowincji i zdobycie dla niego jednego z obrazów twórcy.

obraz pozadania1

„Obraz pożądania” to bardzo specyficzne kino, które mogłoby powstać tylko w Europie. Nie ma tutaj pościgów, pędzącej na złamanie karku akcji czy trzymającego za gardło aż do stanu podduszenia napięcia. Wszystko toczy się tutaj bardzo spokojnie, bez jakiegokolwiek pośpiechu, by zachwycić się plenerami oraz odkrywać kolejne elementy opowieści. Opowieści opartej na tajemnicy, kolejnych odkryciach i fałszach, bez których świat sztuki nie istniałby. Każda wartość danego dzieła zależy tak naprawdę od narracji, co świetnie pokazuje początek filmu, czyli scena opowiadania o pewnym obrazie. Prawda nie jest tutaj najważniejszą wartością, bo nie jest ciekawa ani fascynująca albo zbyt przerażająca. I ta relacja między dziełem sztuki a jego odbiorem jest najbardziej interesującym aspektem tego filmu. Nawet pewnego rodzaju wartością dodaną, wykraczającą poza schematy kina gatunkowego.

obraz pozadania2

Od napięcia bardziej interesuje twórców budowanie nastroju oraz bardzo krzywe spojrzenie na świat sztuki. Świat zdegenerowany, pusty i wręcz jałowy. Samo napięcie pojawia się w drugiej połowie filmu, gdzie dochodzi do pewnej wolty. Wszystko okraszono niepozbawionymi ciętych ripost dialogów, wyciszoną muzyką oraz realizacją przypominającą te skromniejsze filmy Romana Polańskiego. W zasadzie dla mnie największym problemem było nadużywanie symbolu muchy, a niektórzy dodadzą spokojne tempo.

obraz pozadania3

Na wyższy poziom podnosi całość aktorski kwartet, gdzie wszyscy są absolutnie rewelacyjni. Nie ważne, czy mówimy tutaj o czarująco-śliskim Claesie Bangu (Figueras), naturalnej i ślicznej Elizabeth Debicki (Berenice), oboje tworzą bardzo intrygujący duet na zasadzie kontrastu. Młodość i naiwność kontra starszy, desperacko szukający okazji na zarobek. Film jednak kradnie bezczelnie Mick Jagger jako marszand Cassidy. Jest odpowiednio wyluzowany, dowcipny, przyziemny, a jednocześnie chciwy. No i wisienka na torcie w postaci Donalda Sutherlanda (malarz Debney) jako odwrócony od świata i pozbawiony jakichkolwiek złudzeń twórca.

„Obraz pożądania” wygląda i brzmi niczym klasyczny dreszczowiec z lat 70. albo mniej znana część serii o Tomie Ripleyu. Trudno odmówić mu szyku, inteligencji oraz urody, wymaga to jednak koncentracji i cierpliwości. Ale warto obejrzeć choćby dla znakomitej obsady.

7/10

Radosław Ostrowski

Auta 3

Zygzak McQueen – był najszybszym kierowcą wyścigowym. Razem ze swoim mentorem, wójtem Hudsonem odzyskał dawną formę oraz śmigał jak szalony. Ale czas jest bardzo bezwzględnym draniem i nawet najbardziej zaprawieni w boju muszą zacząć przegrywać. Pojawiają się młodzi, ambitni, bezczelni oraz wspierani przez nowoczesną technologię zawodnicy. Tacy jak Jackson Sztorm, co nie odpuszczają. Przed rozpoczęciem nowego sezonu stary mistrz decyduje się na mniej konwencjonalne metody treningu, w czym ma pomóc nowa trenerka. Oraz nowy sponsor, ale droga do tego celu nie jest prosta.

auta3-1

Seria „Auta” uważana jest za jedne ze słabszych filmów w dorobku Pixara. Ile jednak studiów chciałoby mieć takie słabe filmy w swoim CV. Problem jest pewna nierówność tej serii. Pierwsza część to nauka pokory jaką dostaje nasz bohater trafiając do małego miasteczka. Było troszkę sentymentalnie, ciepło, z trzymającym za gardło finałem. Dwójka poszła w stronę szpiegowskiej intrygi, spychając Zygzaka na dalszy plan, zamieniając go ze Złomkiem. I to była prawdziwa wtopa. Teraz niejako wracamy do korzeni, czyli na tor, gdzie czuć palącą gumę, adrenalinę oraz rywalizację. A w to wszystko wraca Zygzak – już niemłody, zaś jego obecne treningi przestają działać. No i pojawia się pytanie: powalczyć jeszcze ostatni raz czy przejść na emeryturę, zostając marką do sprzedaży rzeczy? Oto jest dylemat i twórcom udaje się to bardzo przekonująco przedstawić. Jednocześnie cały czas zachowują balans między dramatem a humorem, przez co seans nie jest zbyt mroczny dla dzieci.

auta3-3

Inną niespodzianką od twórców są spore odniesienia do pierwszej części. I nie chodzi tutaj o wspomnienia związane z postacią wójta Hudsona oraz jego przeszłości. Tutaj zaczynamy poznawać więcej, a to z powodu odwiedzenia dawnego ucznia. Jednak prawdziwym paliwem filmu, poza nostalgiczno-sentymentalną otoczką jest relacja między Zygzakiem a trenerką Cruz Ramirez. Zderzenie mentalności tej dwójki nakręca ten film, przez co można się zastanawiać kto kogo tu uczy. Wtedy zaczynamy iść w stronę kina sportowego spod znaku „Rocky’ego”. I role zaczynają się odwracać, pokazując, że nie potrzebne jest wsparcie technologiczne do osiągania zwycięstw. Ale o tym przekonacie się sami.

auta3-2

Trzecia część „Aut” wygląda ślicznie. I nie chodzi tylko o przepiękne krajobrazy pustyni czy zmiennych pór roku. Także samochody prezentują się bardzo szczegółowo, tak jak wszelkiego rodzaju pyły, kurze, dymy. Montaż przypomina klasyczne filmy sportowe (sceny treningów są świetne czy pomiaru na plaży), zaś finałowy wyścig trzyma w napięciu i zaskakuje niespodziewaną woltą. Ten moment zmienia cały film i czyni go bardziej angażującym. Więcej wam nie zdradzę, bo trzeba się samemu przekonać.

auta3-4

Nie mogę też nie wspomnieć o polskiej wersji językowej, która brzmi po prostu świetnie. Stara ekipa z Piotrem Adamczykiem na czele trzyma bardzo wysoki poziom. Nie mogę nie wspomnieć o zmianie głosu Złomka. Zmarłego Witolda Pyrkosza zastąpił Marian Opania, dając sobie radę z tym brzemieniem. Pojawia się masa nowych postaci, z których największą uwagę skupiają dwie. Pierwszą jest Cruz, która początkowo wydaje się irytująca. Jednak z czasem ta naładowana energią persona pokaże swoje skryte oblicze oraz niespełnione ambicje, stając się kimś więcej niż pomagierem, a głos Wiktorii Wolańskiej bardzo dobrze oddaje jej emocje. No i jeszcze jest nowy mentor, czyli Szpachel z szorstkim głosem Zdzisława Wardejna, będącym reprezentantem starej szkoły. I jeszcze jeden szczególik: wszelkie napisy (reklamy, tytuły artykułów) zostały opatrzone polskimi napisami, co jest rzadkością w filmach.

Trzecie „Auta” to najlepsza część niezbyt lubianej serii. I wygląda na to, że ostatnia. Jest troszkę nostalgiczna i fabuła idzie w znajomym kierunku, ale nie można odmówić jej serca oraz zaangażowania. Godne zakończenie całej historii McQueena.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Toy Story 4

Ile to już czasu minęło odkąd Chudy, Buzz i spółka trafili do domu Bonnie? 9 lat i wydawało by się, że już więcej z tej opowieści już nie da się wycisnąć. Że to już jest koniec i nie ma powodu wracać do świata zabawek, co ożywają, gdy nie ma ludzi. Pixar posiada pewną moc robienia sequeli, które rzadko są do bani (może poza „Autami 2”), chociaż obawa przed rozczarowaniem była spora.

Tym razem jednak Chudy, dla którego dobro dziecka jest najważniejszą wartością i sensem jego egzystencji, przez nową właścicielkę został odstawiony na boczny tor. Bonnie woli bawić się innymi zabawkami jak Jessie czy Rexem. Sytuacja zmienia się, kiedy dziewczynka idzie pierwszy raz do „zerówki”. Chudemu udaje się pomóc dziewczynce, wchodząc sposobem do plecaka. Efektem jego działań jest stworzenie przez nią zabawki ze śmieci nazwanej Sztućkiem. Nowa zabawka ma jednak poważny problem z zaadaptowaniem się i desperacko zmierza ku koszowi na śmieci. Nawet podczas tygodniowej wycieczki do lunaparku, co doprowadza do wypadnięcia Sztućka z auta. W ślad za nim rusza Chudy, a podróż będzie dla obydwu ważnym doświadczeniem.

toy story4-1

Debiutujący reżyser Josh Cooley musiał czuć wielką presję w trakcie prac nad tym filmem. Filmem, który w momencie ogłoszenia został uznany za zbędny i niepotrzebny. Każda z poprzednich części zachowywała balans między refleksją a rozpędzoną akcją. Tutaj w sumie też jest podobnie, ale czy dzisiaj dzieciaki w ogóle chciałyby się bawić zabawkami? Kiedy mają w zasięgu komputery czy telefony z Internetem? W tym świecie tych gadżetów nie ma, jednak nie jest to aż tak dużym problemem. Bo i twórcy stawiają tutaj sobie inne pytanie: co to znaczy być zabawką i czy może jest alternatywa od roli sprawiania dziecku radości. To ostatnie pokazuje nie widziana w poprzedniej części pasterka Boo, która jest kompletnie nie do poznania. Żadna tam delikatna dama w opałach, ale twarda, niezależna i waleczna babka. Inną skrajnością jest Sztuciek – nie znający swojego miejsca na ziemi ani swojego zadania. Przypomina świeżo narodzone dziecko, które zaczyna poznawać świat i jest początkowo irytujący, nawet wygląda groteskowo. No i jeszcze jest antagonistka, choć czy aby to jest właściwe określenie? GabiGabi to zabawka po przejściach, niekochana i z uszkodzonym sprzętem wydającym jej głos. Jednak w przeciwieństwem do złola z „trójki” nie jest rozgoryczona ani demonicznie zła. I to jest świetnie napisana oraz zarysowana postać, wnosząca wiele świeżego do serii.

toy story4-3

Niemniej historia wzrusza i potrafi rozbawić, ostatecznie zamykając historię Chudego. Sceny akcji nadal są bardzo pomysłowo zrealizowane oraz świetnie zmontowane (próba odbicia Sztućka czy finał przed karuzelą), bardzo pewnie budując napięcie. Nie brakuje nawet momentów pasujących do horroru (pierwszy spacer GabiGabi), a wszystko bardzo pięknie zrealizowane. W paru momentach (sceny z kotem czy pierwsza scena w deszczu) animacja wydaje się wręcz fotorealistyczna. W sensie wygląd kropel czy sylwetka oraz sierść kota. Nie wiem, co tym razem będą w stanie wymyślić ludzie z Pixara, ale to bardzo wysoko zawieszona poprzeczka.

toy story4-2

Jeżeli mam się jednak do czegoś przyczepić, to do niezbyt dużej obecności postaci z poprzednich historii. W szczególności chodzi mi o Buzza, mocno zepchniętego na dalszy plan, przez co w drugim akcie nie ma za wiele do roboty. Reszta starej paczki pełni tutaj także role epizodyczne, w zasadzie robiąc tylko za tło. To jednak nie przeszkadza aż tak bardzo, zaś finał po prostu wzrusza. Warto też wspomnieć o polskim dubbingu, który brzmi bardzo dobrze, a starzy znajomi z Robertem Czebotarem i Łukaszem Nowockim na czele wykonała fantastyczną robotę. Z nowych postaci najbardziej wybija się Gabi Gabi, której głosu użyczyła Julia Kamińska, pokazując bardzo złożony charakter tej pozornie złej postaci oraz drobny komediowy duet Kwaku/Bunio w wykonaniu 2/3 dawnego kabaretu Limo.

toy story4-4

Miałem pewne wątpliwości i obawy, ale ostatecznie ten epilog (bo tak należy traktować czwórkę) nadal dostarcza masę emocji, a poruszający finał zostanie w głowie na długo. Czy chciałbym powstania kolejnej części? Raczej nie, choć po Pixarze można spodziewać się wszystkiego.

8/10

Radosław Ostrowski

W labiryncie

Zaczyna się banalnie: nastolatka idzie na skraju drogi, widzi pojazd. Stoi przy nim i zostaje do niego wepchnięta. Potem widzimy ją w szpitalu, z zagipsowaną nogą. Odwiedza ją profiler, dr Green i informuje, że była przetrzymywana przez 15 lat. By dorwać sprawcę, mężczyzna chce wykorzystać to, co pamięta z tego czasu. Jednocześnie nad sprawą porywacza pracuje prywatny detektyw, Bruno Genko. Czy uda im się dopaść sprawcę?

w labiryncie1

Donato Carissi drugi raz przenosi na ekran swoją powieść. Tak jak „Dziewczyna we mgle” mamy do czynienia z powoli odkrywaną tajemnicą, jednak idziemy w zupełnie innym kierunku. Dwutorowa narracja wywołuje jeszcze większą konsternację, przez co trzeba bardzo się skupić. Bo tropy są nam podrzucane cały czas, a sama koncepcja psychopatycznego geniusza zbrodni, co prowadzi grę z ofiarą może budzić grozę. Jednak różnica od poprzedniego filmu polega na dodaniu lekko psychodelicznego klimatu. Ale czy może być inaczej skoro morderca ma maskę królika na twarzy? I nie, nie kojarzy mi się to z „Ja teraz kłamię”. Poczucie pewnej nierzeczywistości potęguje jeszcze scenografia. Sam wygląd labiryntu, gdzie bardzo oszczędnie wykorzystywane jest oświetlenie, wygląda niesamowicie. Tak jak biuro Otchłani (Wydział Policji ds. Osób Zaginionych) czy mieszkanie prostytutki. Klimat potęgują też wiadomości z radia, gdzie w tle padają wieści o końcu świata, niemal wyczuwalny skwar oraz bardzo powoli odkrywana tajemnica.

w labiryncie3

Muszę jednak przyznać, że im dłużej się ogląda, tym coraz większa dezorientacja towarzyszy w trakcie seansu. Co jest prawdą, co jest urojeniem oraz kiedy toczy się cała akcja. Reżyser mocno inspiruje się tutaj Davidem Fincherem, Dario Argento i Davidem Lynchem. Nie brakuje tutaj symboliki (liczba 23), poplątanych tropów, „nawiedzonych” rozmówców, komiksu z okultystycznym dnem oraz krótkich ataków przemocy. Żadnej zabawy w strzelanie, gonitwy czy naparzającej akcji. Spokojne tempo bardzo przypomina kryminały z lat 70. Wszystko nadrabia tutaj bardzo zaskakujący finał, mogący wywołać mętlik w głowie. Ale na spokojnie podchodząc nie jest to przekombinowana, bezsensowna wolta.

w labiryncie2

Aktorsko jest tutaj solidne, choć z tego grona najbardziej wybija się najmniej znana mi aktorka. Jest to Valentina Belle w roli zaginionej Samanthy. Bardzo przekonująco pokazuje jej zagubienie oraz przerażenie ukryte w oczach, a z tą postacią najłatwiej się identyfikować. Solidnie prezentuje się Toni Servillo jako detektyw Genko. Niby typowy cynik z papierosem w ustach oraz ubrany na biało (jako jedyny z ludzi dochodzących prawdy), ale także bardzo zmęczony twardziel, co używa sprytu zamiast broni czy pięści. Niby takich postaci było wiele, jednak wypada zbyt porządnie, by go zignorować. Jednak dla mnie największym rozczarowaniem jest Dustin Hoffman jako psychiatra Green. Aktor sprawia wrażenie troszkę znudzonego, nie mając tak naprawdę zbyt wiele do roboty. Ale też i dialogi nie dają mu dużego pola do popisu.

„W labiryncie” jest przykładem intrygującego, choć bardzo wymagającego kryminału z klimatem grozy. Niepokojąca, powoli odkrywająca swoje karty i zmuszająca do działania szarych komórek niemal non stop. W innym wypadku można się tutaj zgubić, a wyjście z tego labiryntu nie będzie proste.

7/10

Radosław Ostrowski

Rodzeństwo Willoughby

Rodziny są różne i były w filmach pokazywane na różne sposoby. Od kochający się przez pozbawioną rodziców aż po toksyczne więzi oraz czystą patologię. No i jest też rodzina Willoughby z długimi tradycjami, gdzie każdy członek familii (w tym kobiety) nosili długie wąsy. Aż do obecności ostatniego członka rodziny, będącego skrajnym egoistą, w czym dorównuje mu tylko żona. I nawet pojawienie się dzieci nie jest w stanie zmienić ich nastawienia. Rodzeństwo wydaje się mocno zgrane (próbujący rządzić oraz inteligentny Tim, cudnie śpiewająca Jane oraz niepokojący bliźniacy Barnaba), lecz to nie wystarcza. Całe ich życie zmienia się w momencie, gdy trafia pod ich dom sierota, co podsuwa dzieciakom pewien szalony pomysł.

willoughby1

Kolejna animacja od Netflixa, ale tym razem jest co obejrzeć. Film oparty jest na książce Lois Lowry to bardzo pokręcona historia familijna, gdzie cała konwencja jest wywrócona do góry nogami. Rodzice są wyjątkowo antypatyczni i skupieni na sobie, zaś ich dzieci to kompletne przeciwieństwo. Pełni wyobraźni, marzeń oraz kreatywności, troszkę kojarząc mi się z rodzeństwem Baudelaire z „Serii niefortunnych zdarzeń”. Chociaż może nie aż na taką skalę, ale najbardziej wybija się dwoje najstarszych dzieci. Tim jest bardzo podejrzliwy, nieufny oraz marzący o przywróceniu wielkości rodu. Z kolei Jane jest bardziej otwarta, trafnie rozważa za pomocą swojego gdybania i śpiewa tak pięknie, że słychać ją z daleka. Najmłodsi są dość przerażający i mają zaskakująco dojrzałe głosy. To jednak wprowadzenie do lekko groteskowego świata (domek rodziny w wielkim mieście obok dużych wieżowców), gdzie Opieka Społeczna wygląda jak tajni agenci rządowi, w okolicy żyje generał mający fabrykę słodyczy (sam też jest bardzo słodki – także na zewnątrz), a cała tą historię opowiada… kot. Lekko sarkastyczny, troszkę złośliwy i ironiczny. Ale w końcu mówi głosem Ricky’ego Gervaisa, więc mu wolno być takim.

willoughby2

Sama historia jest pełna niespodzianek i zaskoczeń, więc nie chcę wam zdradzać zbyt wiele. Być może nawet dzieje się za dużo, przez co narracja wydaje się bardzo skokowa. Wiele wątków wydaje się wręcz napakowanych, doprowadzając do przesytu oraz pourywania potencjalnie ciekawych wątków (obecność sieroty w życiu rodzeństwa, wysłanie rodziców na śmiertelne wakacje, przywiązanie do rodzinnej tradycji przez Tima, opieka sieroca czy próba sprzedania domu). Z jednej strony udynamicznia seans, przez co nie można się nudzić, ale z drugiej od tego nadmiaru boli głowa. I nie pomaga fakt, że animacja wygląda świetnie, pasując do groteskowej wizji świata, zaś oryginalny dubbing brzmi świetnie (grają m.in. Martin Short, Will Forte, Maya Rudolph czy wspomniany Gervais).

willoughby3

Jednak mimo tych wad „Rodzeństwo Willoughby” potrafiło mnie oczarować. Swoje na pewno zrobiła groteskowa strona plastyczna, jazzowo-klasyczno-bujająca muzyka oraz bardzo pokręcone poczucie humoru. Nie można nie polubić i nie kibicować temu zwariowanemu rodzeństwu. Jedna z najlepszych produkcji Netflixa tego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski