Babilon

Zawsze pojawiają się filmy, które polaryzują widzów. W zeszłym roku były dwa takie tytuły. Obydwa bardziej lub mniej bezpośrednio odnosiły się do kina, obydwa nakręcili zdolni reżyserzy i obydwa zaczynają się na B. I o ile „Blondynka” była dla wielu przeprawą nie do pokonania (ja sam odpadłem w połowie znużony chaotyczną narracją i depresyjno-cierpiętniczym tonem), „Babilon” miał raczej więcej szczęścia. Nie dość, że poszedłem do kina (byłem na sali sam, co ma pewne plusy), to spodobał mi się bardziej niż oczekiwałem. Niemożliwe? A jednak.

babilon3

Akcja filmu Damiena Chazelle’a zaczyna się na imprezie gdzieś w połowie lat 20. XX wieku. U niejakiego Wallacha – jednego z egzekutywy Kinoscope. Tutaj pojawia się kilka kluczowych postaci. Pierwszą jest Manny Cross (Diego Calva) – meksykański imigrant, pracujący dla Wallacha przy organizowaniu jego imprezy. Chłopak marzy o byciu czymś więcej niż tylko gościem od dowożenia słoni na imprezę cholernie bogatych celebrytów. Być może nawet będzie pracował na planie filmowym, choć raczej ze względu na swoje pochodzenie wydaje się to mało prawdopodobne. Na tej imprezie pojawia się też Jack Conrad (Brad Pitt) – wielka gwiazda kina niemego, którego zostawia żona. Jego kariera wydaje się stabilna oraz pewna, zaś życie osobiste to wariactwo. Jeszcze wprasza się tutaj niejaka Nella LeRoy (Margot Robbie) – wyszczekana, pewna siebie dziewczyna, pragnąca o byciu gwiazdą. Może zostanie dostrzeżona przez jakiegoś producenta? Istotne role jeszcze odegrają tu trębacz Sidney Palmer (Jovan Adepo) oraz artystka kabaretowa/autorka napisów do filmów niemych Lady Fay Shu (Li Jun Li).

babilon2

To, co napisałem jest tak naprawdę wstępem i dzieje się jeszcze zanim pojawia się tytuł. Ten trzygodzinny film jest wręcz freskiem, pozornie opowiadającym znajomą historię. Historię o Hollywood, marzeniach, sławie i przemianach. Nagle otwierających się możliwościach oraz przełomie, odmieniającym świat bezpowrotnie. Jeśli kojarzy wam się to z „Pewnego razu w Hollywood” albo „Artystą”, jest to jak najbardziej na miejscu. Chazelle jednak idzie w zupełnie inny ton i to od samego początku. Nie chodzi nawet o bizantyjską imprezę na samym początku, gdzie dzieje się orgia niczym z „Wielkiego Gatsby’ego” czy dowiezienie słonia. Słonia, który… nasrał podczas drogi prosto w kamerę. Ta scena narobiła mi syfu.

babilon6

Kamera dosłownie tańczy, montaż jest szybki, jazzowa muzyka rozbuchana i atakuje ze wszystkich stron. Jak w kalejdoskopie przeskakujemy z postaci na postać, co wywołuje chaos. Ale w tym całym szaleństwie jest metoda. Pokazuje to choćby to, co się dzieje po imprezie. Nella dostaje rolę w filmie, zaś Manny pracuje dla Conrada najpierw jako szofer. Ale potem sytuacja staje się tak dynamiczna, że zaczyna ogarniać rzeczy: od kwestii strajku statystów aż po… znalezienie nowej kamery. Bo wszystkie w trakcie kręcenia sceny batalistycznej uległy zniszczeniu. I to wszystko w jeden dzień!!! Sceny kręcenia tych dwóch różnych są przeplatane w taki sposób, że trzyma to w napięciu dużo lepiej niż ostatnie filmy Christophera Nolana. Takich suspensowych chwil jest dużo więcej jak choćby podczas kręcenia sceny z nagrywanym dźwiękiem (szybki montaż, repetycje) czy rozwiązanie kwestii długu u pewnego gangstera (zaskakujący epizod Tobey’a Maguire’a). Scenografia i kostiumy wyglądają imponująco, niemal czuć tą epokę, z masą detali, rekwizytów oraz przepychem.

babilon1

„Babilon” bardziej wydaje się pokazaniem przemian w branży filmowej. Gdzie każdy postęp niesie za sobą ofiary, jakkolwiek to brutalnie brzmi. I nie chodzi o zniszczone kamery, muzyków grających na żywo podczas kręcenia (!!!!) czy operatora kamery zamkniętego w budce (kręcenie sceny w studiu z dźwiękiem). Ale dźwięk spowodował też, że aktorzy do tej pory grający tylko twarzą musieli użyć głosu. Głosu, który mógł pomóc wejść na szczyt albo wyłączyć ich z gry. Najdobitniej pokazują to dwa przypadki. Młoda gwiazda, czyli Nelle zaczyna mieć problemy. Głos uważany jest za skrzekliwy, zachowanie za zbyt hedonistyczne (hazard, seks, rozpusta i za mało wyrafinowana), przez co coraz ciężej znaleźć role oraz utrzymać się na powierzchni. Z drugiej jest Conrad – weteran, amant z bardzo bogatym życiem towarzyskim. Jego problem polega na tym, że jego czas przemija, choć wyczuwa nowe kierunki. Ten zmierzch dobitnie pokazuje scena rozmowy z dziennikarką gazety plotkarskiej – mnie ten moment złapał za serce.

babilon4

Aktorsko film błyszczy. Na barkach całość trzyma trio Margot Robbie/Diego Calva/Brad Pitt. Ona jest bardzo pewną siebie, bezczelną, emanującą sex appealem dziewczynę z wielkimi marzeniami oraz jeszcze większym apetytem życiowym. Ale jednocześnie z czasem zaczyna coraz szybciej się wypalać, idąc ku otchłani autodestrukcji w niemal tańczącym stylu. Calva jest najbardziej dynamiczną postacią, który od gościa załatwiającego rzeczy do producenta filmowego. Sprytnego, inteligentnego, zaradnego, idącego ku nowym pomysłom. A jego relacja z Nelle (lekko romantyczna) działa, mimo zaskakująco niewielu wspólnych scen. Może poza rozwiązaniem tego wątku. Dla mnie jednak najjaśniejszym punktem jest Brad Pitt. Aktor trochę przypomina trochę wypadkową postaci granych przez DiCaprio w „Pewnego razu w Hollywood” z Jeanem Dujardinem w „Artyście”. Bardzo czarujący, inteligentny aktor, co nie daje sobie w kaszę dmuchać. Ale po śmierci przyjaciela coś zaczyna się w nim zmieniać – kariera traci impet, zaczyna stawać się coraz bardziej refleksyjny i dochodzi do niego najgorsza rzecz dla każdego aktora. Im bliżej końca, tym więcej wyciąga z tej postaci, zaś finał tej postaci mnie uderzył emocjonalnie.

babilon5

Na drugim planie za to jest przebogato. Zarówno świetna jest Jean Smart (dziennikarka Elinor St. John) oraz Johan Adepo (muzyk Sidney Palmer, który nie tylko gra na trąbce i gra też w filmach), swoje pięć minut ma także Katherine Waterston (reżyserka Estelle), Lukas Haas (George Munn – producent i przyjaciel Conrada) czy zaskakujący epizod Spike’a Jonze’a oraz Flei. Chazelle od każdego z nich wyciąga więcej niż ktokolwiek się spodziewał. Tak samo jak nikt nie spodziewał się niczego dobrego po „Babilonie” – imponującego technicznie, fantastycznie zagranego i wyreżyserowanego kolosa. Szalonego, ambitnego, brawurowego i bardzo mrocznego.

8/10

Radosław Ostrowski

Podejrzana

Chan-wook Park jest obecnie jednym z popularniejszych koreańskich reżyserów. I jak każdy twórca z tego kraju miesza różne gatunki w jeden film. Nie inaczej jest z jego najnowszym dziełem – „Podejrzaną, która jest mariażem romansu z… kryminałem. Ale jak można taką opowieść połączyć?

Wszystko zaczyna się w Puisan, gdzie zostaje znalezione ciało. Ofiarą jest mężczyzna – emerytowany urzędnik imigracyjny, zamiłowany alpinista. Ślady na ciele wskazują, że spadł z góry i nic nie sugeruje innej opcji. Jednak prowadzący sprawę detektyw Hae-joon (Hae-li Park) decyduje się przesłuchać żonę (Wei Tang) – o wiele młodszą od denata, w dodatku Chinkę. Jej koreański jest całkiem niezły, jednak jej zachowanie budzi podejrzenia. Niestety, ale kobieta o imieniu See-rae ma alibi, gdyż w porze morderstwa pracowała jako opiekunka starszych pań. Więc nie mogła być w to zamieszana. Niemniej śledczy ma wątpliwości i dalej prowadzi sprawę. Tylko czy jest jakaś sprawa?

podejrzana2

Reżyser bardzo miesza kryminalną intrygę z elementami kina noir. Bo mamy detektywa (cierpi na bezsenność), mroczną tajemnicę oraz kobietę po przejściach. I możliwe, że ma schowane kilka trupów w szafie. Ale trudno oderwać od niej wzrok i ciężko ją rozgryźć. Początkowo nie wiadomo kto kogo tak naprawdę chce przechytrzyć? A każda poszlaka wydaje się niejednoznaczna, gdzie są przynajmniej dwie możliwości. I reżyser niemal przez połowę filmu podpuszcza, podrzucając parę pobocznych wątków (żona policjanta, śledztwo w sprawie ściganego bandyty), pozornie wydających się zbędnymi zapychaczami. Albo momentami rozluźnienia (jak w „Szale” Hitchcocka). Park cały czas podpuszcza, bawiąc się (jak to on) montażem w tak kreatywny sposób, że nie można wyjść z podziwu. Choćby podczas scen obserwacji podejrzanej, gdzie detektyw nagle znajduje się… w środku mieszkania. Albo powtarzając pewne sceny, ale z innej perspektywy, rzucając nowe światło.

podejrzana1

Jednak pod tym wszystkim skrywa się historia niebezpiecznej relacji, mogącej pogrążyć detektywa i skazanej na przegraną. Dlaczego? Nie chodzi o różnice językowe czy kulturowe, tylko ukryte emocje oraz uczucie skryte pod niemal kamiennymi twarzami. Fascynacja, skrywana tajemnica, być może manipulacja, podstęp i obsesja. To wszystko jest rozgrywane niczym partia szachów i w połowie filmu mamy wyjaśnienie sprawy. ALE po tym zdarzeniu film niejako zaczyna się od nowa. Detektyw trafia do nowego miejsca, gdzie próbuje poradzić sobie z bezsennością. No i zgadnijcie, co się wydarza? Morderstwo, a żoną ofiary jest… jak myślicie? Ktoś tu z naszej dwójki drwi, jednak czy tym razem kobieta może być zamieszana w tą sprawę? Rozwiązanie mnie bardzo zaskoczyło, a Park potrafi trzymać w napięciu do końca. Mocnego końca.

podejrzana3

Technicznie trudno się do czegokolwiek przyczepić, bo wszystko jest na poziomie, do którego Koreańczyk nas przyzwyczaił. Jednak ten film by nie wciągnął, gdyby nie nasz duet. Hae-li Park świetnie się sprawdza jako detektyw z bezsennością. Wydaje się bardzo opanowany, skupiony i podchodzący do sprawy wręcz analitycznie. Ale im dalej w las, tym coraz bardziej ta fasada zaczyna się rozpadać. Wszystko zarysowane bardzo delikatnie, jakimiś mikrospojrzeniami, tonem głosu. Ale tak naprawdę film kradnie magnetyzująca Wei Tang (pamiętacie taki film „Ostrożnie, pożądanie”?), czyli będąca poniekąd femme fatale See-rae. Jak oderwać wzrok od tych oczu, tej twarzy? Jest w tej postaci coś tajemniczego, fascynującego i budzącego pewną nieufność. Ale nadal wszystko trzymane jest w ryzach, przez co trzeba przyglądać uważnie.

podejrzana4

„Podejrzana” nie powaliła i nie złapała mnie za haczyk jak „Służąca”, jednak to nadal świetnie wyreżyserowany, wciągający thriller. Bardziej od zagadki reżysera interesuje nastrój i klimat, co może wielu złapać albo odrzucić.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Doktor Sen – wersja reżyserska

UWAGA!
Materiał zawiera śladowe ilości spojlerów, lecz autor stara się go zredukować do minimum.

Kontynuacje po latach są więcej niż niebezpieczne, zwłaszcza w przypadku filmów uznawanych za arcydzieła. Bo raczej nikt nie oczekiwał sequela do „Lśnienia” Stanleya Kubricka wg powieści Stephena Kinga. Ale sam pisarz zdecydował się napisać kontynuację – „Doktor Sen”. Adaptacja książki wydawała się nieunikniona, choć mogła być problematyczna. Dlaczego? Sam King fanem kinowego „Lśnienia” nie był, więc przenosząc „Doktora Sen” trzeba było pogodzić zarówno fanów książkowego sequela i kinowego poprzednika. Pewną nadzieję dawała osoba reżysera Mike’a Flanagana.

doktor sen1

Akcja skupia się na już dorosłym Dannym (Ewan McGregor) – ciągle naznaczonym traumatycznymi wydarzeniami z hotelu Overlook. Chcąc zapomnieć sporo pije i ćpa, co w żadnym wypadku nie pomaga w rozwiązaniu problemu. Mniej korzysta ze „lśnienia” i w końcu decyduje się wyjechać do stanu New Hampshire. Nowe miejsce, nowy start, nowe możliwości. Poznaje Billy’ego Freemana (Cliff Curtis), który pomaga mu zarówno znaleźć mieszkanie, jak też przyciąga na spotkanie AA. Dzięki temu (pośrednio) dostaje pracę jako pielęgniarz w szpitalu. A dawno uśpione lśnienie nagle się budzi do życia. Wszystko przez posiadającą tą samą moc dziewczynka Abra (debiutantka Kyliegh Curran), tylko u niej jest o wiele silniejsza. Ale jest jeszcze trzecia siła – Prawdziwy Węzeł, czyli grupa nieumarłych żywiących się lśnieniem. Początkowo mężczyzna nie chce się mieszać, ale okoliczności zmuszają go do działania.

doktor sen2

Jeśli ktoś spodziewa się arcydzieła na poziomie dzieła Kubricka, nawet do tego filmu nie podchodźcie. Nie mogę jednak powiedzieć, że Flanagan dał ciała. Wyciągnął ze źródłowego materiału ile się da i bardzo powoli buduje atmosferę. Reżyser daje dużo czasu na poznanie bohaterów, ich motywacji oraz umiejętności, by móc bardziej się z nimi zżyć. Dlatego całość toczy się bardzo powolnym, niespiesznym rytmem (i dlatego trwa 2,5 godziny – w wersji reżyserskiej aż 3), skupiając się na postaciach oraz atmosferze. Nie wali jump-scare’ami prosto w twarz, jednak potrafi wielokrotnie zmrozić krew w żyłach. Wystarczy spojrzeć na członków Pradawnego Węzła, czyli istot na kształt nieumarłych pasożytów, nie tylko żywiących się lśnieniem (oni je nazywają „parą”), lecz posiadają różne nadnaturalne moce (m. in. wchodzenie do umysłu, manipulacja). Choć ich mordy nie są pokazywane wprost, potrafią przerazić.

doktor sen3

Mimo długiego metrażu Flanagan nie przynudza i pewnie opowiada o mierzeniu się ze swoimi demonami, odzyskiwaniu wiary w siebie oraz klasycznej walce dobra ze złem. Bliżej tutaj jest do kina fantasy z elementami nadnaturalnymi. Ale jednocześnie do paru rzeczy podchodzi w sposób kreatywny. Szczególnie w momentach, gdy Danny oraz Abra używają swoich mocy. Zarówno kiedy on pomaga w spokoju umrzeć jak kiedy Abra mierzy się z Rosą Kapelusznik, gdy ta druga chce wejść do jej głowy (fantastycznie sfilmowana scena oraz imponująca scenografia). Z jednej strony film stoi na swoich własnych nogach, ale z drugiej nie brakuje odniesień do filmowego „Lśnienia”. Najdobitniej to widać w finałowej konfrontacji na terenie zamkniętego hotelu Overlook czy retrospekcjach. W tych ostatnich postacie z dzieła Kubricka wracają, grani przez innych aktorów i nie wywołuje to żadnego zgrzytu. Ktoś powie, że ten finał to nachalny fan service, co mogę zrozumieć, gdyby film nie miał nic więcej do zaoferowania. I do razu mówię – zakończenie jest w pełni satysfakcjonujące.

doktor sen4

Także aktorsko jest więcej niż świetnie. Dorosłego Danny’ego gra sam Ewan McGregor i bardzo dobrze pokazuje udręczonego, zagubionego mężczyznę. Jego przemiana w pewnego siebie mentora (niczym inny bohater grany przez tego aktora w pewnej odległej galaktyce), wykorzystującego kilka sztuczek ze swojego arsenału przekonuje. Tak samo jak krótkie momenty załamania oraz budowanej więzi z Abrą. Tą dziewczynkę gra Curran i jest absolutnie fantastyczna, pokazując zarówno momenty przerażenia jak i silnego charakteru. Mocna, wyrazista postać oraz jedna z lepszych ról dziecięcych ostatnich lat. Ale całość kradnie magnetyzująca Rebecca Ferguson. Jej Rose jest mroczna, demoniczna i bardzo pewna siebie, co podkreśla sam wygląd. Władcza, bardzo charyzmatyczna, silna osobowość, z drobnymi momentami zwątpienia.

doktor sen5

Oczekiwanie, że „Doktor Sen” będzie na poziomie „Lśnienia” samo w sobie jest absurdalne. Flanagan zdaje sobie z tego sprawę, więc nie ściga się z klasykiem i znajduje swoją własną drogę. Jest świetnie zagrany, z powolnie budowaną atmosferą oraz klimatem rzadko spotykanym w kinie grozy. Slow burner, ale wciągający jak diabli.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Niebezpieczni dżentelmeni

Zakopane, Zakopane – miejsce znane z imponujących górskich widoków, uzdrawiającego powietrza, ciągle zakorkowanej drogi do tego miasta, białych misiów lubiących się fotografować z ceprami (turystami). A jeszcze za panowania cesarza Austrii i króla Węgier Franciszka Józefa było miejscem hulanek ówczesnej bohemy artystycznej. O takich czterech apsztyfikantach będzie ten film. Od razu uprzedzę pytanie, choć sam film jest fikcją, to prawie wszystkie postacie istniały naprawdę.

Jest rok 1914, jeszcze I wojna światowa nie zaczęła, a w Zakopanem był ostry melanż. W domu niejakiego Witkiewicza (Marcin Dorociński) – kontrowersyjnego artysty, malarza, skandalisty i narkomana. Przewodnikiem naszym będzie dr Tadeusz Żeleński (Tomasz Kot) – praktykujący lekarz-pediatra z Krakowa, a także hazardzista i moczymorda, z niespełnionymi ambicjami literackimi. Oprócz tej dwójki w domu Witkacego są jeszcze Joseph Conrad (Andrzej Seweryn) – marynarz, pisarz i awanturnik oraz Bronisław Malinowski (Wojciech Mecwaldowski) – antropolog, hipochondryk. Wszyscy po ostrym chlaniu i ćpaniu – a co myśleliście, że taki typ zabawy jest rzeczą współczesną? I dzieją się dziwne rzeczy – Żeleńskiemu zaginął płaszcz, pieniądze na wspólną wyprawę Witkacego z Malinowskim zniknęły, a w pokoju jest trup. Z dwoma śladami po kuli. Kim on jest? Skąd się tu wziął? I czemu prasa piszę o śmierci… Żeleńskiego?

Debiutujący Maciej Kawalski miesza historię ze sobą w taki sposób, że może boleć głowa. Pod tym względem przypomina to… „Bękarty wojny” zmieszane z „Kac Vegas”. Cała fabuła jest pomieszaniem z poplątaniem, gdzie pojawia się coraz więcej znaków zapytania i pojawiające się retrospekcje dają tylko częściową odpowiedź. Jak w klasycznym kryminale prosta sprawa jest prosta tylko z nazwy i nasi bohaterowie pakują się w grubszą aferę. A w sprawę zamieszani mogą być zamieszani bolszewicy z towarzyszem Leninem (Jacek Koman) na czele oraz strzelcy Piłsudskiego (Michał Czernecki). Wszystko przyprawione bardzo ironicznymi dialogami, bardzo wyrazistymi postaciami (nawet na trzecim planie) oraz paroma gorzkimi słowami o nas samych (scena odczytu). Wrażenie robi realizacja – choć nie wiem, ile wynosił budżet – i czuć, że dobrze wykorzystano pieniądze. Świetna scenografia oraz kostiumy imponują szczegółami i wyglądem, w połączeniu z dynamiczną pracą kamery sprawia wrażenia oglądania wysokobudżetowej produkcji. Jak wrzucimy do tego „góralską” muzykę zmieszaną ze stylem Hansa Zimmera (głównie „Sherlocka Holmesa”) i Alexandre’a Desplata daje audiowizualną ucztę.

Nie oznacza to jednak, że „Niebezpieczni…” są niepozbawieni wad. W drugim akcie, gdy nasi bohaterowie rozdzielają się na dwie grupy zdarzają się (rzadkie) momenty przestoju. Nadmiar postaci historycznych doprowadza do osłabienia samej fabuły, zaś samo rozwiązanie może być uznane za niesatysfakcjonujące. Wielu może też przeszkadzać skręt w stronę farsy czy pokazanie artystów jako ludzi BAARDZO oderwanych od rzeczywistości. Choć to ostatnie może doprowadzić do paru spazmów.

Co zdecydowanie błyszczy i ciągnie ten film to znakomita obsada, głównie skupiona na naszych czterech jeźdźcach Apokalipsy. Chemia między nimi jest bardzo silna, a każdy z nich ma swoje momenty na zabłyśnięcie. Kwartet Seweryn-Kot-Mecwaldowski-Dorociński błyszczy, zwłaszcza ten ostatni jako najbardziej ekscentryczny oraz bezczelny z całego składu, kradnąc w zasadzie każdą scenę swoją silną charyzmą. Ale nawet na dalszym planie pojawia się wiele znajomych twarzy (m.in. Łukasz Simlat, Sebastian Stankiewicz czy zaskakujący Michał Czernecki w bardziej ironicznym portrecie Piłsudskiego), nie będę jednak zdradzał wszystkiego. Jest tutaj parę niespodzianek i każdy ma tutaj wykorzystuje niewielki czas ekranowy, co jest rzadkością.

Ostatnimi czasy z polską komedią było jak z polskim boksem – wielkie tradycje i bogata przeszłość, jednak starzy mistrzowie jak Machulski stracili formę, zaś młoda krew zazwyczaj rozczarowuje. Było parę drobnych przebłysków jak „Juliusz” czy „Atak paniki”, jednak Kawalski wchodzi na poziom jakiego mi brakowało. Fantastycznie zabrany, napisany oraz zrealizowany, z wielką szansą na stanie się kultowym klasykiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Buzz Astral

Pixar i prequel wydaje się teoretycznie dobrym połączeniem, ale w praktyce („Uniwersytet Potworny”) raczej to nie działa. Przynajmniej dla mnie. Dlatego nie specjalnie liczyłem na samodzielny film o Strażniku Kosmosu, który stał się potem zabawką. Tak, chodzi o Buzza Astrala, którego kupił niejaki Andy. Dlaczego? Bo obejrzał pewien film, który został pokazany także i nam.

buzz astral1

Poznajemy naszego bohatera, gdy wyrusza razem z ekspedycją na nieznaną planetę. Zbadać ją, czy się nadaje do zamieszkania, czy może jednak uciec i odlecieć w siną dal. Okazuje się, że planetę zamieszkują paskudne pnącza, zgarniające wszystko i wszystkich na swojej drodze. Podczas próby ucieczki prowadzony przez Astrala statek uderza o skałkę i zostaje uziemiony. Chcąc nie chcąc cała wyprawa stawia bazę, pracując nad stworzeniem kryształu, by móc osiągnąć hiperprędkość. I w ten sposób wyrwać się z planety. Pierwszy próbny lot kończy się niepowodzeniem, jednocześnie dochodzi do zaskakującego odkrycia: parę minut w kosmosie na planecie trwa cztery lata. Więc z czasem kolejne podejścia stają się mniej opłacalne, zaś osadnicy przyzwyczajają się do nowego środowiska. Poza Buzzem, którego nic tu nie trzyma. Robi kolejne loty, a po drodze dostaje mechanicznego kota (Kotex), będącego prezentem od starej przyjaciółki.

buzz astral2

Tak wygląda pierwsze 30 minut filmu, gdy w końcu staje się najważniejsze: udaje się skonstruować kryształ i kolejny lot (nielegalny) zakończony zostaje sukcesem. Jednak podczas lądowania dzieją się dziwne rzeczy. Po pierwsze, baza otoczona jest laserową barierą, więc wszelka komunikacja jest niemożliwa. Po drugie, nad planetą orbituje statek kosmiczny, z którego wylatują roboty. Czego chcą? Nie wiadomo. Po trzecie: poza Buzzem znajduje się trójka rekrutów, w tym wnuczka partnerki (zawodowej) naszego herosa. I z tym składem muszą powstrzymać Zurga.

buzz astral3

Od skrętów w SF, czerpiącego z „Interstellar” (zaginanie czasoprzestrzeni) i „2001: Odysei kosmicznej” (wizualne pokazanie zaginania czasoprzestrzeni) po skręt w bardziej przygodowe kino. Ze wszystkich produkcji Pixara „Buzz Astral” wydaje się najbardziej naładowany akcją i sprawia wrażenie animowanego odpowiednika blockbustera. Pościgi, trochę strzelania, wiele humoru oraz świetna technicznie animacja. A jak jeszcze zagra muzyka Michaela Giacchino, może opaść szczęka z wrażenia. Jednak samej historii brakuje mocnego kopa, bo idzie po sznurku (choć wyjaśnienie kim jest Zurg mnie zagięło) i humor trochę nie trafiał do mnie. Chyba za bardzo jest zaadresowany dla młodego widza, co raczej rozczarowuje. Aczkolwiek doceniam zawarte tu przesłanie, a nawet kilka przesłań. Że nie zawsze można wszystko załatwić w pojedynkę, że czasem upór i determinacja bardziej przeszkadza niż pomaga oraz że zaadaptowanie się do nowego otoczenia nie musi oznaczać klęski.

buzz astral4

W ogólnym rozrachunku „Buzz Astral” to tylko (lub aż) solidne kino spod ręki Pixara. Najbardziej dynamiczne i widowiskowe, świetne technicznie oraz głosowo (w końcu Buzz brzmi jak sam Kapitan Ameryka). Fabularnie nie robi aż takiego wrażenia, ale to i tak sympatyczny sposób na spędzenie półtorej godziny.

7/10

Radosław Ostrowski

Na Zachodzie bez zmian

I wojna światowa znowu pojawia się na ekranach. „1917”, prequel „Kingsman”, a teraz pojawia się nowy film z Niemiec oparty na antywojennym klasyku. Chodzi o „Na Zachodzie bez zmian” według powieści Ericha Marii Remarque’a. Czyli pokazanie wojny z perspektywy niemieckich żołnierzy.

na zachodzie bez zmian1

Głównym bohaterem jest Paul Baeumer (Felix Kammerer) – młody chłopak z małego miasteczka w roku 1917. Nadal trwa wojna, jednak wszyscy są absolutnie przekonani, że za parę tygodni uda się zdobyć Paryż. By zaciągnąć się do wojska fałszuje podpis rodziców, no bo koledzy walczą za kraj, a ja jeden mam zostać? Za cholerę. W końcu tego wymaga ojczyzna, cesarz i Bóg – ci goście chyba wiedzą, co robią. Kiedy jednak trafia na front wszelkie patriotyczno-romantyczne idee zostają skonfrontowane z brutalną rzeczywistością. Nie tylko pierwszej nocy ginie jeden z kumpli Paula, a on sam niemal traci życie podczas ostrzału bunkra. A to dopiero początek krwawej odysei.

na zachodzie bez zmian2

To, że żołnierze podczas wojny są tylko mięsem armatnim dobitnie pokazuje sam początek. A mówiąc dokładniej to, co dzieje się po krótkiej walce na froncie. Trupy są chowane w trumnach, zaś ich ubrania trafiają do… szwalni. Najpierw moczone, by pozbyć się krwi, a następnie na nowo szyte. Poczucie bycia wrzuconym do wojennej maszynki jeszcze potęguje muzyczny motyw Volkera Bertelmanna – krótkie, trzynutowe agresywne wejście syntezatora plus taki dźwięk brzmiący jakby ktoś dokręcał strunę. Gdy wreszcie trafiamy na front, dostajemy znajome elementy z tego okresu: okopy, błoto, brud, głód i ciągle panujący strach. Śmierć może pojawić się w każdej, najmniej spodziewanej chwili, na którą nie ma się żadnego wpływu. Pozostaje sobie zadać jedno pytanie: czy mam dziś szczęście? I czy tym razem wyjdę z tego cało?

na zachodzie bez zmian3

Dlatego sceny batalistyczne potrafią zmrozić krew, zwłaszcza potyczka z wykorzystaniem przez Francuzów czołgów oraz miotaczy ognia. Rzadko kamera podąża za bohaterem, a wiele razy sięga się po techniki znane z wojennych filmów lat 60. czy 70. (szerokie pokazanie pola bitwy z góry czy akcja filmowana z boku). To jeszcze bardziej potęguje poczucie chaosu, dezorientacji i – czasami – bezradności wobec absurdalnych działań wojennych. Akcji jak zdobycie okopów przeciwnika tylko po to, żeby się wycofać, wracając do punktu wyjścia. Nazwanie tego marnowaniem zasobów to największe niedopowiedzenie.

na zachodzie bez zmian4

Absurdalność całej sytuacji jeszcze podkreślają dwie sytuacje spoza perspektywy żołnierza. Pierwszy dotyczy dowódcy batalionu, generała Friedrichsa (Devid Striesow) przekonanego poza racjonalną logiką do dalszego prowadzenia wojny. Każdego delikwenta o innym zdaniu oskarża o zdradę (szczególnie rząd socjaldemokratów) i sprzedawanie swojego kraju. Czy chcąc udowodnić swoją rację zdecydował o przeprowadzeniu ostatniego szturmu przed zakończeniem wojny? A może chcąc dorównać swojemu ojcu, weteranowi wojen jednoczących kraj pod Bismarckiem? Drugi poboczny wątek dotyczy grupy negocjatorów pod wodzą Matthiasa Erzbergera (Daniel Bruhl), którzy wyruszają do francuskiego dowódcy wojsk. Po co? By zakończyć wojnę. Bo za dużo jest ofiar, a nowego rekruta jest za mało. Choć te sceny mogą wydawać się zbędne i spowalniające tempo, pozwalają nadać szerszy kontekst całości. Oraz pokazać podwaliny pod następną wojnę, będącą skutkiem upokorzenia oraz bólu dumy.

na zachodzie bez zmian5

Cała obsada tutaj błyszczy, zdominowana przez mniej znanych (przynajmniej u nas) aktorów. Jednak na mnie największe wrażenie zrobił Albrecht Schuch w roli kaprala Stanislausa Katczinsky’ego. Najbardziej zaradny żołnierz w grupie (a może mający najwięcej szczęścia) staje się wsparciem, a następnie przyjacielem Paula i grupy przyjaciół. Może wydawać się szorstki, ale pod tą warstwą kryje się o wiele wrażliwszy człowiek niż można to sobie wyobrazić. Tak samo złego słowa nie powiem o Felixie Kammererze, czyli naszym głównym bohaterze – Paulu Baeumerze. Jego przemiana z idealistycznego patrioty w zgaszonego, coraz bardziej gorzkniejącego żołnierza pokazana jest znakomicie, często bez słów. I tak łatwo wejść w jego skórę – człowieka poznającego wojnę na własne oczy, bez propagandowego, patriotycznego lukru.

„Na Zachodzie bez zmian” nie jest filmem wojennym. To jest tak naprawdę horror pokazujący absurdalność i bezsensowność wojny z perspektywy ludzi, którzy zostali naiwnie wykorzystani przez wojsko oraz polityków. Czyli ludzi sobie spokojnie gdzieś z dala frontu, dla którego dowodzeni ludzie są tylko punktem na ich mapach. Brutalne, bezwzględne, bez lukru, bezkompromisowe kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Kot w butach: Ostatnie życzenie

Jam Puszek Okruszek – tak się przedstawił po raz pierwszy w drugim „Shreku”. Ładne buty, kapelusz, szpada oraz waleczność. Skradł cały ekran dla siebie i powracał w kolejnych częściach, wreszcie dostał nawet swój własny film. To było jednak w 2011 roku, zaś o samym filmie mało kto pamiętał. Teraz jednak nasz heros powraca, choć nikt go nie potrzebował. A może jednak był nam potrzebny, tylko o nim zapomnieliśmy?

Więc co robi nasz Puszek – el gato, el mitos, la leyenda? Nic się nie zmienił, czyli zgrywa twardziela, oszukuje przeznaczenie oraz walczy choćby z takim obudzonym monstrum. Oczywiście robi to w sposób widowiskowy, z szaloną muzyką w tle i brawurą jaką tylko On posiada. Ale wszystko kończy się nagle uderzeniem dzwonu. Ktoś mógłby powiedzieć, że koty mają przecież dziewięć żyć i nasz futrzasty heros odrodzi się. Jest jednak pewien problem – zostało mu tylko jedno życie. Czyżby to był koniec Kota w Butach i jego heroicznych czynów? Zwłaszcza jak w barze pojawia się wilk w kapturze, który wydaje się być nie do pokonania. Choć ma przy sobie tylko dwa sierpy i walka kończy się ucieczką.

Czy może być gorzej? Emerytura w kociej rezydencji, gdzie musi przyzwyczaić się do nudnej egzystencji, jedzenia kocimiętki oraz załatwiania się w kuwecie. Przy tym lobotomia wydaje się lepszym rozwiązaniem. Jest jednak rozwiązanie: gwiazdka z nieba, co spełnia każde życzenie. Trzeba ją tylko znaleźć w Czarnym Lesie. Problem: mapę do miejsca jej lokalizacji posiada właściciel dużego przedsiębiorstwa Jacek Placek, a chce ją zajumać Złotowłosa z trzema Misiami. Plus jeszcze jest dawna znajoma Puszka, Kitty Kociłapka. Kto wygra ten wyścig?

„Ostatnie życzenie” zaskakuje wizualnie, mocno czerpiąc z estetyki znanej ze „Spider-Man: Uniwersum”. Czyli w scenach akcji zmniejsza się klatkaż, przez co wyglądają one w bardzo komiksowym stylu. Choć ja mam wrażenie, że tła i szczegóły wyglądają jakby zostały… namalowane. Najbardziej odczuwalne jest w Czarnym Lesie przy krajobrazach. Te w zależności od tego, kto używa mapy zmieniają się (bo mapa buduje świat na podstawie życiowych doświadczeń) i robi to piorunujące wrażenie. Stylistyka bardzo wyróżnia się wobec poprzednich produkcji DreamWorks, który zaczyna odzyskiwać siły oraz pokazuje, że jest w stanie stanowić konkurencję dla Pixara, Disneya czy Sony Animated. Jednocześnie bardzo zaskakuje to jak film traktuje temat strachu przed śmiercią (niemal każde spotkanie Kota z Kostuchą kończy się ucieczką i może przypominać sceny z horroru) i rozwiązuje to bez wygłupów oraz śmieszkowania. Może sama droga oraz rozwiązanie nie zaskakuje, to jednak nie ma tu miejsca na nudę. Akcja pędzi na złamanie karku, sceny pościgów oraz walk oszałamiają, zaś twórcy nie biorą jeńców. Zdecydowanie produkcja nie dla bardzo młodego widza.

Pochwalić za to muszę polską wersję językową, za którą odpowiada Bartosz Wierzbięta. Jeśli spodziewacie się walenia odniesieniami do naszej popkultury, nie macie się czego bać. I samo tłumaczenie brzmi w porządku, same imiona też nie wywołują zgrzytów, choć zdarza się parę momentów zapikanych (ciekawe czy w oryginale też jest taka sytuacja). Do roli Kota wraca Wojciech Malajkat i robi to z taką łatwością przekazują tą energię, pewność siebie jak też bardziej poważniejsze momenty. Kapitalna robota, tak samo jak wracającej do Kitty Izabeli Bukowskiej. Chemia między nimi jest po prostu cudna. Z nowych postaci trzeba wyróżnić Sebastiana Machalskiego, czyli (optymistycznie nastawiony pies Perro), Monikę Dryl (Złotowłosa) oraz Roberta Jarocińskiego (Bardzo Zły Wilk). Trudno mi się do kogokolwiek przyczepić, ale z ciekawości sprawdziłbym wersję oryginalną.

„Kot w butach: Ostatnie życzenie” jest szalonym, dynamicznym filmem łotrzykowsko-przygodowym zmieszanym z klimatem spaghetti westernu. I to w świecie baśni, co powinno być absurdalnym miksem. Fantastycznie zrealizowana, pełna akcji, humoru oraz oczopląsu. A jednocześnie potrafi być dojrzałą, miejscami mroczną opowieścią o szukaniu szczęścia, które niekoniecznie musi być tym, czym nam się wydaje. Ogromna niespodzianka na początek roku.

8/10

Radosław Ostrowski

Gra fortuny

Ostatnimi czasy filmy Guya Ritchie ograniczają jego wizualny styl, czyli bardzo teledyskowy montaż, łamanie chronologii oraz zabawę formą. Ostatnie dzieło „Jeden gniewny człowiek” zaskoczył o wiele poważniejszym tonem, mroczniejszym klimatem oraz bardzo krwistym finałem. Raczej wielu podejrzewało, że to będzie jednorazowy skok i Ritchie zacznie robić swoje. Ale „Gra fortuny” niejako kontynuuje tą drogę, tym razem idąc w stronę kina szpiegowskiego.

gra fortuny1

Bohaterem jest ekscentryczny agent tajnych służb Orson Fortune (Jason Statham), który obecnie przebywa na zasłużonym urlopie. Ściągnięty przez swojego szefa Nathana (Cary Elwes) ma bardzo trudne zadanie: odzyskać skradzioną rzecz z laboratorium na terenie Ukrainy. Nie wiadomo co to jest (roboczo nazwane Rączką), kto chce kupić i co może zrobić. Orson, Nathan i jego ekipa (strzelec JJ oraz amerykańska hakerka Susan) próbują dotrzeć do celu. Wiele wskazuje, że w sprawę może być zamieszany miliarder oraz handlarz bronią Greg Simmonds (Hugh Grant). Żeby zinfiltrować jego otoczenie Fortune decyduje się zwerbować gwiazdę kina akcji, Danny’ego Francesca (Josh Hartnett) – ulubionego aktora antagonisty.

gra fortuny2

W gruncie rzeczy nowe dzieło brzmi jak prosta sensacyjno-szpiegowska opowieść. Ale takie rzeczy byłyby za proste. Mamy tutaj ekipę doświadczonych agentów plus absolutnie nową w grupie agentką plus zwerbowanego aktora. By jeszcze bardziej skomplikować sprawę okazuje się, że działa jeszcze jedna komórka wywiadowcza. I wydaje się, że chce tego samego. Ale dla kogo pracuje ten drugi zespół? Niezależni agenci? Inna ekipa rządowa? Reżyser komplikuje cała historię, lecz nie na tyle, żeby nie dało się tego śledzić. Chętnie korzysta z montażu równoległego, pewnie buduje sceny akcji (pościg za consigliere Simmondsa czy kulminacyjna rozwałka), przeskakując w różne lokacje i dodając odrobinę szorstkiego humoru.

gra fortuny3

W tym wszystkim bardzo dobrze odnajdują się aktorzy. Jason Statham robi tu w zasadzie to, co zazwyczaj – mówi niewiele, używając głównie twardych pięści, dużych pukawek oraz ostrych one-linerów. Cary Elwes na drugim planie jako szef ekipy sprawdza się dobrze, choć robi tu troszkę za tło. Jeśli ktoś tutaj naprawdę błyszczy to świetnie bawiący się Hugh Grant jako główny zły. Sprawia wrażenie wyluzowanego, dowcipnego i podekscytowany jako dziecko, ale jest w nim coś niepokojącego. Całości dopełniają także zaskakująca Aubrey Plaza (hakerka Sarah Field) oraz przeuroczy Josh Hartnett (Danny Francesco), dopinając reszty.

To nie jest Guy Ritchie z gangsterskich opowieści, jednak nadal pozostaje bezpretensjonalną i dostarczającą masę przyjemności rozrywką. Ktoś powie, że Brytyjczyka stać na wiele więcej, ale nie schodzi poniżej swojego poziomu. A to potrafi niewielu reżyserów.

7/10

Radosław Ostrowski

Fabelmanowie

Są tacy reżyserzy, którzy towarzyszą mi w podróży zwanej kinem od młodszych lat. Takim reżyserem jest Steven Spielberg, będący dla mnie odpowiednikiem czarodzieja, kreującego niezwykłe rzeczy oraz pokazujący kino jako wielką przygodę. Zdarzały się skręty ku poważniejszym tematom, jednak ten reżyser potrafił wciągnąć oraz zaangażować. Ostatnim jednak filmem Amerykanina, który mnie zachwycił były animowane „Przygody Tintina”. Do teraz.

Jego nowy film skupia się na tytułowej rodzinie Fabelmanów, czyli rodzicach, najstarszym synu Samie oraz trzech siostrach. Ojciec rodziny (Paul Dano) jest inżynierem, matka (Michelle Williams) jest pianistką o wielkim talencie. Sammy jednak zaraża się pasją do filmu, a wszystko zaczęło się w 1952 oraz seansu „Największe widowisko świata”. Jedna scena (zderzenia pociągu z samochodem) stanie się wręcz obsesją, którą początkowo będzie próbował odtworzyć. Ale wszystko zmienia się z dwóch powodów: Sammy dostaje kamerę, a rodzina przenosi się do Arizony. Bo ojciec dostaje lepiej płatną pracę.

fabelmanowie3

To jednak tylko początek historii, w której Spielberg opowiada o sobie samym. Ale to tylko częściowo prawda, bo reżyser najbardziej jednak skupia się na rodzicach. Oboje pochodzą z różnych światów: racjonalnego, naukowego oraz artystycznego, co powinno zgrzytać ze sobą. Jednocześnie widzimy dojrzewanie bohatera od dziecka przez okres liceum aż do… Jeśli myślicie, że skończymy na prawdziwym planie filmowym, jesteście w błędzie. Reżyser pokazuje zarówno coraz większą fascynację Sammy’ego kamerą i kinem, jak też obyczajową historię rodzinną. Choć w tym drugim przypadku największe skupienie jest na rodzicach, pozostawiając siostry raczej do roli tła. Widzimy realizowane z kolegami filmy (western i wojenny), jak i sceny z życia rodzinnego – coraz bardziej nasz bohater widzi przyszłość jako reżyser, mimo oporu ojca. Wspiera go matka, zaś pojawiający się na krótko wujek Borys (cudowny epizod Judda Hirscha) mówi o konsekwencjach podążenia za drogą artystyczną.

fabelmanowie2

I nasz bohater parę razy przekonuje się o tym jaką siłą może być kino. Nie tylko podczas tworzenia swoich filmów, lecz podczas dwóch kluczowych momentów. Pierwszy to montowanie scen z rodzinnego kempingu, gdzie zauważa jedną bardzo niepokojącą rzecz. Nawet za pomocą filmu konfrontuje matkę z tym faktem, bo nie może wyrazić swoich emocji słowami. Drugi istotny raz to film z okazji Dnia Wagarowicza, co dla Sammy’ego – gnębionego w liceum za żydowskie pochodzenie i odpuszczającego kręcenie filmów – pozwala odzyskać pewność siebie, lecz też wywołuje inne konsekwencje. Jeden z gnębicieli widzi na ekranie kogoś zupełnie innego niż siebie, czego nie jest w stanie zrozumieć. Ale równie istotnym momentem jest finał, gdzie nasz bohater poznaje największego reżysera świata i dostaje krótką, lecz treściwą poradę.

fabelmanowie1

Sami „Fabelmanowie” są zaskakująco kameralną i spokojną opowieścią w dorobku Spielberga, który ze sporego dystansu przygląda się swojej młodości. Czyli niby coś w klimacie „Romy”, „Belfastu” czy „Złotych czasów radia”? I tak, i nie. Bo mamy tutaj powrót do przeszłości przefiltrowany przez bardziej dojrzałego twórcę. Bez upiększeń, stylizacji, próbując zrozumieć swoich rodziców i to, co przechodzili. Technicznie trudno się tutaj do czegokolwiek przyczepić, a kilka scen (realizacja filmu wojennego, montowanie filmu z biwaku jak kamera krąży wokół sprzętu czy „modlenie się” z koleżanką) zostanie w głowie na długo. To nie tylko zasługa stałej grupy współpracowników, lecz przede wszystkim wspaniałych aktorów.

fabelmanowie4

Świetnie wypada Gabriel LaMalle jako dorastający Sammy, próbujący podążać za pasją i jednocześnie chcąc odnaleźć się w nowym otoczeniu. Czuć siłę podczas realizacji filmów oraz kreatywność w szukaniu pomysłów, ale też poczucie zagubienia i bezsilności. Dla mnie jednak to przede wszystkim popis Paula Dano oraz Michelle Williams. Ten pierwszy wydaje się opanowany, spokojny i służący radą, chociaż często pracujący. Jednak dla mnie największe wrażenie zrobiła Williams, która potrafi być jednocześnie czuła i egoistyczna, energiczna i przygnębiona. Przypomina kolorowego ptaka, uwięzionego w klatce, duszącego się ograniczającą przestrzenią. A wszystko pokazane wielokrotnie… oczami oraz drobnymi spojrzeniami. W moich oczach to rola warta co najmniej nominacji oscarowej. Inną niespodzianką był jeszcze Seth Rogen jako robiący za śmieszka wujek Benny, jednak za nim kryje się coś innego.

fabelmanowie5

Wielu mówi, że „Fabelmanowie” to najlepszy film Spielberga od lat i trudno się z tym nie zgodzić. Ale to też inny Spielberg, który tym razem kamerę zwraca na siebie, tworząc portret swojej rodziny. Bez lukrowania, zakrywania się nostalgią i słodzenia, za to szczerze, z pasją oraz empatią. Niby kameralny, a jednak magiczny film.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pele

Pod koniec roku 2022 zmarł Pele – uważany za jednego z największych piłkarzy jakich kiedykolwiek widziała Ziemia. Każdy fan piłki nożnej zna to imię, nawet jeśli nie oglądał jego meczy. Pojawiło się parę filmów tym Brazylijczyku, a najświeższym był dokument od Netflixa z roku 2021.

Tytuł skupia się na sportowej karierze piłkarza zarówno w reprezentacji (powołanie dostał w wieku 17 lat), jak i w klubie Santos. Niby jest to klasyczna forma, czyli „gadające głowy” zmieszane z materiałami archiwalnymi. Wszystko tak naprawdę jednak zależy od dwóch rzeczy: selekcji materiału oraz tego jak „głęboko” udaje się twórcom dokopać do tematu. Wypowiada się nie tylko sam Pele, co jest największym źródłem informacji, ale też koledzy z drużyny i reprezentacji, dziennikarze oraz paru polityków. Wszystko, by nie tylko stworzyć portret niezwykłego człowieka, ale także osadzić go w szerszym kontekście historii kraju. Kraju funkcjonującego od niedawna (Brazylia niepodległa się stała w 1822 roku, a jako republika funkcjonuje od 1889), nie będącego jeszcze potęgą piłkarską. Przynajmniej w 1940 roku, gdy Edson Arantes do Nascimento (tak się naprawdę nazywał Pele) przyszedł na świat.

Sam początek pokazuje, że będziemy mieli huśtawkę. Parominutowy kalejdoskop, gdzie materiały czarno-białe i kolorowe mieszają się ze sobą. Chwile na boisku, prywatne, jak i obrazy brutalnie demonstrowanej manifestacji. Chwila, co? Ciężko to na początku ogarnąć, ale potem wszystko się zaczyna układać w intrygujący portret bardzo utalentowanego piłkarza, który chciał tylko robić to, co kochał. Na boisku walczący, nawet jeśli (w dalszym etapie kariery) szybko faulowany i neutralizowany – dwukrotnie kontuzjowany po drugim meczu na mundialu. Szukający okazji do strzału z każdej niemal pozycji, wspierający swoją drużynę i sprawiający wrażenie człowieka ułożonego. Jednak czującego presję i odpowiedzialność podczas Mistrzostw Świata. Widać jak duży wpływ miały zwycięstwa oraz popisy piłkarza na samych Brazylijczyków, którzy – będąc faworytami na Mundialu w 1950 roku przegrali w finale z Urugwajem – mierzyli się z „kompleksem kundelka”. Poczuciem niższości, zmieniającym się po wygranej w 1958, gdzie 17-letni Pele dokonywał szalonych rajdów i zdobywał piękne bramki.

Poza boiskiem jednak bywało niezbyt różowo i nie chodzi nawet o wielkie zainteresowanie jakie wywoływał samą obecnością, gdzie media rzucały się na niego czy o reklamowanie niemal wszystkiego. Chodziło o ten etap kariery (1964-71), który toczył się jak władzę miała w rękach wojskowa dyktatura, stosująca terror i mająca niemal władzę absolutną. I dlaczego wtedy zawodnik nie opowiedział się przeciwko reżimowi, co wielu mu potem zarzucało. Bo mógł wykorzystać swoją charyzmę do porwania tłumu przeciw wojsku, ale czy to by naprawdę rozwiązało problem? Tego nie dowiemy się nigdy.

Więcej wam nie zdradzę, jedno jednak mogę powiedzieć: absolutnie warto obejrzeć „Pelego”. To świetnie zrobiony dokument, który nie jest ani słodzeniem i (tylko) wychwalaniem pod niebiosa, lecz pokazaniem tego sportowca jako człowieka. To, że nie skupia się na życiu po sporcie wydaje się drobną rysą. Wciągający, ze świetnie użytymi archiwaliami oraz ciekawymi rozmówcami.

8/10

Radosław Ostrowski