Gniazdo

Lata 80. to był czas kiedy w USA poluzowano kilka przepisów, by gospodarka mogła ruszyć z kopyta. Więc szansa na zdobycie wielką kasę zrobiła się bardzo wielka. Ale nie każdemu udało się wyrwać dla siebie kawałek tortu. Rory O’Hara miał takiego farta, mieszka z żoną oraz dwójkę dzieci. Jednak teraz decyduje się wrócić do rodzinnego Londynu, by stworzyć siebie na nowo. By znów złapać byka za rogi i odnieść sukces. Dlatego kupuje wielką rezydencję, opłaca czynsz na rok i wraca do dawnej firmy. Wszystko wydaje się iść w idealnym kierunku, prawda?

gniazdo2

Reżyser Sean Durkin pozornie wydaje się opowiadać historię znaną i starą jak świat. Portretu idealnej rodziny, która tylko idealnie wygląda z daleka. Im bliżej jednak podchodzimy, tym pojawia się więcej pęknięć. Opowiada to bardzo powoli i spokojnie, lecz spokój jest pozorny. Rodzina tutaj staje się siedliskiem problemów. On (świetny Jude Law) to złotousty gaduła, pragnący osiągnięcia sukcesu. Chce być lepszym, bogatszym, szczęśliwym. Tylko, że pod tym obliczem skrywa się mania wielkości, narcyzm oraz ciągła pogoń za pieniądzem. Zaś jego nawijka to zwykłe wodolejstwo, mające zwrócić uwagę osób, by kupić ich sympatię. Taki tryb marzyciela, chcącego więcej niż ma. Kontrastem dla niego jest bardziej trzymająca się ziemi Allison (rewelacyjna Carrie Coon), trafiająca na nowe, nieznane środowisko. I to poczucie obcości doprowadza do depresji oraz osłabienia pewności siebie.

gniazdo1

Niby jest to dramat obyczajowy, ale Durkin stawia tutaj na bardzo mroczną atmosferę. Czuć coraz bardziej narastający niepokój oraz poczucie bycia w pułapce. A jest nią przywiązanie do luksusowego stylu życia, pogoń za pieniądzem oraz blichtrem. To zagrożenie jest bardzo delikatnie sygnalizowane, a reżyser skupia się na samych bohaterów. Stąd jest tyle zbliżeń oraz skupienie na twarzach. Tak samo bardzo stonowane kolory oraz rzadko pojawiająca się, ale budująca mroczny klimat muzyka.

„Gniazdo” nie jest filmem dla każdego i wielu może zniechęcić wolne tempo czy skromnie zarysowana akcja. Ale jest to bardzo wyrafinowane, fantastycznie zagrane kino, dziwnie trafne pasujące do dzisiejszych czasów.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Córka Boga

Jesteśmy w jakimś miejscu z dala od szeroko rozumianej cywilizacji. Tam żyje sobie grupka kobiet ubrana jakby żyły w XIX wieku, kieruje nimi – a jakże by inaczej! – mężczyzna nazywany Pasterzem. Czujecie to? Jak na Pasterza przystało kieruje tą grupą ku Edenowi, czyli jest duchowym guru. I jeden facetem w tym miejscu, gdzie kobiety dzielą się na żony oraz córki (poczęte już w obozie), później zajmujące miejsce żon. Jedną z nich jest Selah, która powoli zaczyna przechodzić proces dojrzewania. I zaczyna powoli odkrywać, że życie w tej grupie nie jest takie sielankowe.

corka boga1

Mój stosunek do Małgorzaty Szumowskiej jest w zasadzie chłodny. Jej filmy (oprócz „33 scen z życia”) były mniejszym albo większym rozczarowaniem, zdominowane przez pretensjonalność oraz silenie się na artyzm. Na siłę. Tym razem reżyserka zrealizowała swój pierwszy film na zagranicznej ziemi, reklamowany jeszcze jako horror. Taki horror spod znaku A24, czyli coś w stylu „Czarownicy” zmieszanej z „Opowieścią podręcznej”. Bo tutaj to mężczyzna jest panem i władcą, zaś kobiety mają być mu posłuszne, a każde jego słowo wykonywać bez sprzeciwu. Tutaj kobiety robią wszystko: pracują, zbierają jedzenie, modlą się. No i miesiączkują, a to oznacza, że jej wiara bardzo słaba jest, zaś ona sama „uszkodzona”. I wszystko widzimy z perspektywy osoby nie znającej innego świata niż sekty.

corka boga2

Sam punkt wyjścia daje spore pole manewru, jednak Szumowska znowu robi to, co zwykle. Wykorzystuje „nośny” czy „głośny” temat, używając scenariusza stanowiącego zbiór bardzo luźno powiązanych scenek. Fabuły jako takiej nie ma, wszystko jest polane dłuuuuuuuuuuuuuuuuuugimiiiiiiiiiiiii kadrami, gdzie niiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiic się nie dzieje. Jeszcze na dokładkę mamy sceny oniryczne, gdzie symbole symbolami poganiamy. Jakieś martwe owce, z których zostają tylko kości czy sceny kiedy Pasterz (kompletnie nijaki Michael Huisman) patrzy się, gada jakieś bzdury. Aż dziwne, że te kobiety za nim poszły, bo temu facetowi brakuje charyzmy. Pewnym kontrastem jest bardzo wyciszona, ale ciekawa Raffey Cassidy jako zagubiona Selah. Skupia uwagę nawet nie robiąc nic.

corka boga3

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o „Córce Boga”, jednak poza pięknymi zdjęciami oraz główną rolą żeńską nie ma tutaj absolutnie nic. Pretensjonalny, płytki, przewidywalny i kurewsko nudna opowieść o wyzwalaniu się kobiet z jarzma niewoli męskiej. Jeden z najgorszych filmów tego roku.

3/10

Radosław Ostrowski

Ikar. Legenda Mietka Kosza

Lubicie jazz? Ja czasami skręcam w rewiry tej muzyki i paru muzyków znam. Ale nigdy nie słyszałem o Mietku Koszu. Nic dziwnego, ten pianista tworzył na przełomie lat 60 i 70 oraz zmarł w bardzo młodym wieku. Dorobek też był skromniutki, więc pojawia się pytanie: czy warto tworzyć film o takiej postaci? Reżyser Maciej Pieprzyca odpowiedział na to pytanie pozytywnie. Jaki jest finalny efekt? Po takim filmowcu należało liczyć na coś więcej.

Kosz niemal od dziecka był niewidomy, co mocno go napiętnowało. I właśnie wtedy, ucząc się w ośrodku w Laszkach pojawiła się nowa pasja: muzyka. A dokładnie gra na fortepianie. Była nauka w konserwatorium muzycznym, wreszcie usłyszenie płyty Billa Evansa, która ukształtowała jego styl. Czyli improwizacyjna muzyka jazzowa, najpierw w trio, a potem solo.

Pozornie wszystko wydaje się być tu na miejscu, bo jest historia, jest fantastyczna muzyka oraz bardzo przekonująco odtworzone realia czasów przełomu Gomułki i Gierka. Scenografia oraz kostiumy są zrobione na wysokim poziomie. Tak samo jak montaż w scenach, gdzie widzimy działające zmysły naszego bohatera. To naprawdę działa. Ale jednak jest pewien zgrzyt, bo jako całość „Ikar” nie porywa. Motywy są tutaj znajome: muzyk z problemami osiąga sukces artystyczny oraz rozpoznawalność, co odbija się na jego życiu prywatnym. Wielkie ego i woda sodowa uderza do łba, wszystkich zaczyna traktować z góry i odnosi moralny upadek. Takich historii było setki, a nawet tysiące, więc schemat zbyt dobrze znałem. Co gorsza, wiele wątków (w tym także kariery muzycznej) jest spłaszczone, pozbawione głębi i strasznie chaotyczne. Narracja się miesza, przeszłość z teraźniejszością wchodzą sobie w drogę, co jeszcze bardziej mnie dezorientowało. I kompletnie nie poznałem bohatera, nie wszedłem w jego głowę, a w tym portrecie czegoś brakuje.

Sytuację częściowo ratuje tylko strona muzyczna oraz sceny, kiedy Kosz (fantastyczny Dawid Ogrodnik) gra albo próbuje tworzyć swoją muzykę. Kiedy on gra, film się wręcz unosi i potrafi zaczarować. I nawet jak jest kilka mocnych oraz ciekawych ról (choćby Justyna Wasilewska czy drobny epizod Mai Komorowskiej), jednak to dla było za mało. Bo reżyser i scenarzysta w jednej osobie zachował się jak dziecko we mgle, skupiając się na niezbyt ciekawych drobiazgach oraz sięgając po ograne schematy. I przez to „Ikar” okazuje się pozbawionym duszy nielotem, który przynudza.

6/10

Radosław Ostrowski

Noc Walpurgi

Noc z 31 maja na 1 czerwca w mitologii germańskiej była nazywana nocą Walpurgi. Nocą, gdzie budzili się zmarli lub demony. Tej nocy w 1969 roku do Szwajcarii przybywa młody chłopak. Robert jest dziennikarzem, który ma przeprowadzić wywiad z divą operową. Kobieta początkowo ignoruje mężczyznę i odmawia, jednak po pewnym czasie zaprasza do siebie. Rozmowa zaczyna przebieg w dość nietypowym kierunku.

Debiutujący reżyser Marcin Bortkowski chyba naoglądał się psychologicznych dramatów Romana Polańskiego. Inspirując się monodramem Magdaleny Czaus opowiada historię dwojga ludzi oraz prowadzonej między nimi psychologicznej gry. Gry pachnącej erotyzmem, perwersją i tajemnicą. Przeszłość obudzi się w najmniej spodziewanym momencie, maski zaczną się zmieniać niczym rękawiczki i ciężko będzie rozgryźć tą zabawę. Co w niej jest prawdą, kto kogo udaje i jakie są prawdziwe intencje. Znudzona diva z obozową przeszłością oraz młody, blondwłosy chłopak, mogący być jej synem. I noc, gdzie coś wisi w powietrzu, coś erotycznego, perwersyjnego. Walka o dominację, kontrolę miesza się z przeszłością i potrafi to nawet wciągnąć. Tylko trzeba do tego wiele cierpliwości.

Najbardziej przyciągającą rzeczą do tego filmu jest jego realizacja. Od czarno-białych, bardzo stylowych zdjęć oraz szczegółowej scenografii po bardzo elegancką muzykę. Nawet dialogi, choć miejscami mogą wydawać się pretensjonalne, brzmią nie najgorzej. Reżyser potrafi się też pobawić formą (jedna scena stylizowana na kino nieme czy scena zbliżenia rozgrania w półmroku) i jest to świetnie zagrane przez duet Małgorzata Zajączkowska (to jej najlepsza kreacja w karierze)/Philippe Tłokiński. Choć muszę przyznać, że to Zajączkowska magnetyzuje całą siłą i fascynuje.

Ale czegoś mi tutaj zabrakło i nie porwało mnie. Niby jest tu wszystko na miejscu, jednak emocje wydają się być takie letnie i oglądałem na zimno. Niemniej Zajączkowska jest na tyle wyrazista, że dzięki niej nie da się zapomnieć tego debiutu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wspomnienie lata

Jesteśmy w jakimś małym miasteczku gdzieś w latach 70. podczas wakacji. Wszystko poznajemy z perspektywy 12-letniego Piotrka, który jest tutaj razem z matką. Ojciec przebywa poza krajem, pracując na utrzymanie. A wiadomo, co się dzieje podczas wakacji: pierwsza dziewczyna, pierwszy alkohol, ale też pewna tajemnica. Bo matka dość często wychodzi z domu i pewnej nocy chłopak idzie za nią.

wspomnienie lata2

Adam Guziński w 2006 roku debiutował jako reżyser „Chłopcem na galopującym koniu”, który kompletnie przeszedł bez echa. Dziesięć lat później wraca z tym filmem i powiem szczerze, że wziął mnie ten film z zaskoczenia. Chociaż nie powinien, bo niby takie historie widzieliśmy. Ale tutaj to działa na zasadzie bardzo silnego kontrastu. Mamy niby sielankową atmosferę, choć okres lat 70. nie jest tutaj mocno zaznaczony. Zdjęcia Adama Sikory wyglądają wręcz pocztówkowo, jakbyśmy cofnęli się do czasów, gdzie trawa była bardziej zielona, kłosy bardziej żółte, a woda bardziej niebieska. Wiecie o co mi chodzi? Gdy wszystko było proste, a liczyła się tylko frajda, zabawa i kumple. Ale cały trick polega na tym, że podskórnie między chłopcem a matką czuje się napięcie. Nie wszystko jest tutaj powiedziane wprost i niemal do samego końca pozostaje nieznane. Przynajmniej dla naszego bohatera, próbującego zrozumieć zachowanie dorosłych. Zupełnie jakby był traktowany niepoważnie, więc nie wszystko mu się mówi, a mnie – jako widzowi – niczego się nie pokazuje.

wspomnienie lata1

Ta strategia, gdzie mamy tak naprawdę ciąg powiązanych scenek i takie niedopowiedzenia powinny odrzucić, zniechęcić. W najgorszym wypadku zanudzić. A jednak ze sprawną reżyserską ręką Guzińskiego nie tylko to działa, ale też jest w stanie zaangażować i wciągnąć do bardzo mocnego finału. Finału sygnalizowanego na samym początku, choć ostatecznie idącym w innym kierunku. Ten kontrast między tym, co widzimy a tym, co dzieje się naprawdę wchodzi w głowę. Tak samo jak nie można zapomnieć fantastycznego Maksa Jastrzębskiego w roli głównej. Rzadko zdarzają się tak wyraziste role w tak młodym wieku, a tutaj bardzo drobnymi spojrzeniami buduje wyrazistą kreację. Tak samo warto wyróżnić Urszulę Grabowską w roli matki innej niż można się było spodziewać. Relacja między nimi jest tak delikatnie zarysowa, a jednocześnie tak fascynująca, że zostaje w pamięci.

wspomnienie lata3

Jakie jest to „Wspomnienie lata”? Słodko-gorzkie i bardzo nostalgiczne, ale ta nostalgia jest bardzo fałszywa. Guziński o tym brutalnie przypomina, wprowadzając wiele razy w pole.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham

Taki dokument zdarza się bardzo rzadko. Samo założenie było szalone, bo reżyser postanowił pokazać jak przebiega psychoterapia. Tylko jak to pokazać bez naruszania zasady poufności? Pawłowi Łozińskiemu razem z terapeutą Bogdanem De Barberą udało się znaleźć pewne rozwiązanie. I dzięki temu obserwujemy rozmowy dwóch kobiet. Matka i córka idą do gabinetu, bo chcą naprawić relacje między sobą. Dziura między nimi jest tak wielka, że przestały ze sobą rozmawiać.

Całość jest obserwacją rozmów tych pań podczas terapii. Kamera cały czas skupiona jest na twarzach naszych postaci: kobiet oraz terapeuty. Ten drugi pozwala rozmawiać swoim pacjentkom, by móc wyciągnąć z nich pewne pretensje, animozje oraz niezabliźnione rany. A mają one bardzo długie cienie, których początek bardzo trudno wyciągnąć. Niby mamy tylko i wyłącznie rozmowę, ale nie mogłem pozbyć się wrażenia jakbym oglądał rasowy thriller. Obie panie są zdeterminowane i zależy im na osiągnięciu celu.

Jeśli spodziewacie się scen, gdzie wszelkie emocje zostaną wykrzyczane i uderzane na wysokim C, pomyliliście adresy. Łoziński oraz De Barbero daje im na spokojnie czas do powiedzenia paru słów. Mocnych, nie pozbawionych bólu, ale zawsze szczerych. Nie sprawiają one wrażenia zaplanowanych, pretensjonalnych czy walących jakimiś banalnymi tekstami. Są niepozbawione refleksji, mądrości, zaś terapeuta prowadzi tą rozmowę niczym taniec na linie. Wie, kiedy pociągnąć dalej temat, drążyć, jak sprawić, by to było na tyle delikatnie, na ile jest to możliwe. Zupełnie jakby był w stanie przewidzieć kolejne zachowania, słowa, gesty. To jest niesamowite, a wciągało jak woda w młynie.

Jednocześnie twórcy pokazują czym tak naprawdę jest terapia. Że nie jest to coś, co powinno być tematem tabu, że taka wizyta nie jest powodem do wstydu czy poczucia porażki. Zwłaszcza, jeśli nie radzimy sobie z rolą narzuconą przez społeczeństwo. Ale jest jeden ważny warunek: szczerość i otwartość. Wtedy jest szansa na wykonanie kolejnych kroków do pracy nad sobą.

Nie spodziewałem się, że można stworzyć dokument pokazujący pracę terapeuty. Łoziński jest oszczędny w formie, za to bardzo bogaty treściowo i trafia w punkt. Poruszające, szczere, piękne, kapitalne.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wołyń

Jeśli oglądasz film Wojciecha Smarzowskiego, możesz być pewny dwóch rzeczy. Po pierwsze, nie będziesz się czuł wygodnie, a nawet będziesz chciał odwrócić wzrok. Bo jego kino to jak przeglądanie się w lustrze, gdzie w odbiciu widać wszystkie demony otaczające naszą duszę. Po drugie, choćbyś nie wiem jak próbował, nie zapomnisz tego, co zobaczysz. Nie idzie na kompromisy, nie daje łatwych odpowiedzi, ani nie poucza. Lecz – niczym Mariusz Max Kolonko – pokazuje jak jest. Nie inaczej było z jednym z najbardziej oczekiwanych filmów roku 2016 „Wołyń”.

O samej rzezi wołyńskiej pewnie wielu słyszało. Był rok 1943, kiedy to żołnierze Ukraińskiej Powstańczej Armii w imię nacjonalistycznej ideologii wymordowali Polaków. Ci zaś postanowili wziąć odwet na Ukraińcach, doprowadzając do nieskończonej spirali przemocy. Jak mogło do tego dojść? Reżyser zaczyna swoją opowieść w 1939 roku, gdy wojna jeszcze się nie zbliżała w te rejony. Spokój jednak wydaje się pozorny, zaś zgoda między Polakami a Ukraińcami podszyta nieufnością. Wkraczamy do tego świata, będąc na weselu Heleny Głowackiej i Wasyla Huka. Wszystko przebiega bardzo spokojnie, wszystko wydaje się radosne jak nigdy, zaś rodzice Polki planują hajtnąć jeszcze jedną córkę, Zosię. Dziewczyna podkochuje się w ukraińskim chłopaku, jednak ojciec swata ją z owdowiałym sołtysem, Maciejem Skibą. do ślubu dochodzi, ale potem wybucha wojna i zmienia wszystko.

Reżyser pozornie wydaje się robić tygiel, gdzie narracja jest skrótowa, parokrotnie skupiając się na innych postaciach. Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Niemcy, Sowieci – to wszystko się miesza, a dwie ostatnie strony podsycają mocno zakorzenione antagonizmy. Gdzie Polacy są niejako „panami”, bardziej uprzywilejowani wypierają kulturę oraz obyczaje Ukraińców, ograniczonych do roli chłopów, „sług” na swoim terenie. Pojawienie się trzeciej strony dla nich zostaje wykorzystane jako szansa na stworzenie własnego państwa, a nacjonalistyczne zapędy doprowadzają do spirali przemocy. Ta doprowadza do odwetu, zalewając tereny Kresów krwią. Miłość miesza się z nienawiścią, zaś wszystko pokazane w bardzo zdystansowany sposób.

Smarzowski nie boi się pokazać krwawej jatki oraz masy trupów, jednak nie epatuje oraz nie szczuje nią tylko po to, by zszokować. Niemniej poczucie przeżywania piekła razem z bohaterami jest bardzo namacalne, a śmierć (jak i ocalenie) może pojawić się z każdej, najmniej spodziewanej strony. To poczucie niepokoju podkręca typowy dla tego twórcy rwany montaż oraz nieprzyjemna muzyka Mikołaja Trzaski. Ale jednocześnie zachowuje dystans, przez co unika prostego podziału na dobrych Polaków, będących ofiarami oraz żądnych krwi i zemsty Ukraińców. Bo w sytuacjach ekstremalnych podział na narodowości przestaje mieć znaczenie, a liczy się tylko charakter i – chyba nawet bardziej – wola przetrwania. A to nie jest zbyt częsta perspektywa pokazywana w kinie, co zasługuje na uznanie.

I to wszystko jest bardzo sugestywnie zagrane. Zarówno od sprawdzonych aktorów Smarzola (tutaj najbardziej wybija się Arkadiusz Jakubik oraz Jacek Braciak), ale też mniej znanych twarzy, które miały udźwignąć całość. Takie zadanie otrzymała debiutująca Michalina Łabacz jako Zosia, która z młodej dziewczyny musi stać się zaradną, sprytną oraz gwałtownie dojrzewającą kobietą. Jej upór, przerażenie oraz próba zachowania zimnej krwi pokazana jest bezbłędnie, nie odrywając od niej oczu. Także aktorzy ukraińscy wypadają bardzo dobrze (tutaj wyróżnia się Roman Skorovskij jako nowy, śliski sołtys Szuma) oraz jest wiele drobnych, lecz niezapomnianych epizodów.

Dla mnie „Wołyń” to najlepszy film w karierze Smarzowskiego. Pozornie taki jak zawsze, czyli brudny, mocny, bezkompromisowy, ale zaskakująco stonowany, nie epatujący nachalnie przemocą. I jednocześnie – tak jak „Róża” – pokazuje bezwzględne koleje Historii, nie liczącej się z nikim i niczym.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Niebieskie chachary

Nie jest zbyt wiele filmów o tematyce kibicowskiej, zwłaszcza w naszym podwórku. Niemniej zadanie wypełnienia tej luki podjął się bardzo uznany montażysta filmowy oraz dokumentalista Cezary Grzesiuk. Przez 10 lat obserwował kibiców, ultrasów i kibicki Ruchu Chorzów, z którym był związany w czasach młodości. Jak się zmieniło kibicowanie i na czym ono tak naprawdę polega?

Na to próbują odpowiedzieć „Niebieskie chachary”. Tytułowe chachary to określenie kibiców Ruchu Chorzów – drużyny z wielkimi tradycjami, ale kiedy widzimy mecz jest to czas spadku z Ekstraklasy. Drużyna źle zarządzana, z długami oraz finałem w postaci wielkiej burdy. Jednak jeśli spodziewacie się stereotypowego kibica-chuligana, to jesteście w wielkim błędzie. Bo kibicowanie jest czymś innym niż robieniem zadymy po rozczarowującym meczu. To jest wspieranie drużyny na dobre i na złe, jest wręcz nałogiem, miłością, poświęceniem. Jest to poczucie wspólnoty osób pochodzących z różnych środowisk, płci, wieku. A nawet dla wielu jedyna rzecz jaką mają. Grzesiuk przygląda się tym ludziom, którzy nie różnią się tak bardzo od innych. Po prostu mają taką pasję jak nikt inny, a kibicem w zasadzie jest się od dziecka. Nie ma tutaj tak wielu klasycznych gadających głów (choć są tutaj znane postacie jak pisarz Wojciech Kuczok, Jerzy Buzek czy Kazimierz Kutz), ale reżyser skupia się na tych mniej znanych postaciach. I to ostatnie dodaje autentyzmu, pokazując różne środowiska: od głównego dopingującego (z zawodu… bankier) przez szefa ultrasów i jego matkę aż po ojca z dzieckiem.

Kalejdoskop jest spory, ale nie brakuje też ciemnej strony kibicowania. Dotyczy to głównie spięć z policją – od wyzwisk po wyrywkowe kontrole i zakazy stadionowe. Nie mówię już o strzelaniu rac na murawę. Jednak jest też parę fajnych momentów jak przyjazd kibiców Ruchu na mecz Atletico czy rozmów z dziewczynami, pokazującymi co je nakręca do kibicowania. Do tego mamy zgrabnie wplecione są piosenki rapowe, dodając mocny rytm.

Nie spodziewałem się po tym dokumencie, ale trudno odmówić Grzesiukowi szczerości oraz pasji. I nawet nie trzeba być kibicem jakiejkolwiek drużyny, by to złapać, poczuć, zaangażować. Bardzo przyjemna rozmowa, pozwalająca nam kibica zrozumieć, a nie krytykować.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Skandal. Ewenement Molesty

Polski hip-hop to jeden ze świeższych gatunków naszego muzycznego rynku. Bo rap w zasadzie do lat 90. praktycznie nie istniał, produkcji w zasadzie robiono troszkę po macoszemu, amatorsko. Przynajmniej w Warszawie, bo w zasadzie nie było jakiegoś mocnego składu (może poza Warszawskim Deszczem). Nie było jednak czegoś, co miało wywołać wielki ferment oraz odpalić zainteresowanie muzyką w tym wielkim mieście. Aż dwóch kumpli ze szkoły zmieniło reguły gry jedną płytą – „Skandalem”.

Chyba każdy fan tej muzyki słuchał Molesty Ewenement. Reżyser Bartosz Paluch postanowił opowiedzieć o nich. Udało mu się zebrać niemal cały skład (oprócz Pelsona) oraz z nimi pogadać. Ale nie w studiu czy jakiejś innej zamkniętej przestrzeni, tylko niemal ciągle w ruchu, co jest na pewno czymś świeżym. Największymi gadułami są tutaj dwaj liderzy, czyli Vienio i Włodi, których dzieliło wiele, a połączyła muzyka. Jednocześnie mamy tutaj rzucony kontekst epoki, czyli lat 90. Czasów, kiedy doszło do zachłyśnięcia kapitalizmem oraz bardzo szerokimi możliwościami. Z drugiej jednak strony wiele osób traciło swoje pracy i te możliwości dla nich zaczynały się kurczyć. Do tego właśnie świata wchodziło nowe pokolenie, które szukało dla siebie miejsca, czasami zadzierając z policją.

I od razu przeplatając tą historię masę archiwaliów od razu wracamy do klimatu lat 90. Zaskoczyło mnie jak tego jest sporo: od kręconych amatorską kamerą skejterów przez występy w telewizji po koncerty. Nie brakuje także kilku barwnych momentów jak choćby historię nagrywania „Skandalu”, gdzie zarówno artyści i realizatorzy mieli początkowo problemy z dograniem się czy jak dochodziło do podpisania kontraktu. Jednak chyba nikt nie spodziewał się jaki to wywoła ferment, tworząc nowy gatunek – rap uliczny. Pełen brudu, bez słodzenia, wazeliny, co wywoływało poczucie pewnego autentyzmu, jakiego nie było wcześniej.

Wielu może narzekać, że film jest za krótki (nieco ponad godzinę), jednak reżyser całkowicie wykorzystuje swój czas. Bez zbędnego pieprzenia oraz z pełną pasją opowiada o początkach rapu w Warszawie i ogląda się to z wielką przyjemnością. Czy będą kolejne produkcje na ten temat? Nie obraziłbym się.

8/10

Radosław Ostrowski

Eastern

Zemsta – temat ograny na wszelkie możliwe sposoby i czego można było się spodziewać po polskim filmie o tej sprawie? Debiutant Piotr Adamski po ASP pokazał, że da się coś z tym zrobić. Ale może zamiast uprzedzać fakty przejdę do ad remu.

Akcja toczy się na pozornie zwykłym osiedlu. Domy, ulice, samochody, las – tak jak za oknem dla wielu. Jednak już pierwsza, gdzie jest zadawane pytanie o honor pokazuje jedno. Że trafiliśmy do innego świata, gdzie nasza rzeczywistość przepoczwarzyła się w coś obcego, dziwnego, niepokojącego. Do świata opartego na prawie krwi i zemsty, gdzie honor jest wartością najwyższą. A jedyną ucieczką od niego jest wykup, pod warunkiem, że masz dużo forsy. Jak to się stało i kiedy do tego doszło? To nie ma znaczenia, a wszystko poznajemy z perspektywy dwóch dziewczyn ze zwaśnionych stron. Córka Kowalskiej zabiła syna Nowaka, lecz by móc wykupić córkę przed zemstą rodziny chłopaka trzeba zapłacić pół miliona. Skąd wziąć tą kasę? Z drugiej strony twarda córka Nowaka jakoś nie jest zbyt zainteresowana dokonaniem zemsty, co też może się na niej odbić.

Reżyser bardzo powoli objaśnia reguły tego pokręconego świata jak z jakieś chorej rzeczywistości. Nie prowadzi jednak za rączkę, nie wali ekspozycjami po oczach, tylko wrzuca nas do zastanego świata. Troszkę światła rzucają sceny z radcą prawnym oraz tajemniczym duetem, reprezentującym niejako prawo. Ale to w sumie tyle – niewiele jest tutaj wyjaśniania, a wszystko ogranicza się do obserwacji wycinka tego pomylonego świata. Świata ciągle nakręcającej się przemocy, gdzie każdy chodzi z bronią, a zagrożenie może pojawić się dosłownie z każdej strony. Wszystko opowiadane jest za pomocą obrazu – zdjęcia Bartosza Nalazka z jednej strony są bardzo precyzyjne, geometryczne, by z drugiej pokazać pewien chłód, dystans, surowość. W połączeniu z rzadko obecną, lecz mocno wybrzmiewającą muzyką tworzy bardzo mocny pocisk.

Jeszcze bardziej zaskakuje fakt, że Adamski bardzo precyzyjnie buduje napięcie. Nie brakuje tutaj scen, gdzie adrenalina zaczyna skakać jak oszalała (ucieczka Klary przed ścigającą ją Ewą), a przemoc potrafi porazić. Nie dlatego, że jest krwawa, brutalna i wyrywająca bebechy z człowieka. Raczej dlatego, że jest niespodziewana, co wywołuje szok (zakończenie). Muszę jednak przyznać, że zdarzają się – na szczęście krótkie – momenty przestoju, zaś dla wielu minimalizm formy może stać się poważną barierą nie do przeskoczenia. Mi jednak aż tak to nie doskwierało, a raz na jakiś czas trzeba sobie stymulować mózgownicę.

Równie fantastyczne jest aktorstwo, gdzie brakuje tutaj znany i rozpoznawalnych twarzy (może poza Marcinem Czarnikiem jako Nowakiem). Ale prawdziwe petardy są tutaj dwie: bardzo dziewczęca, wręcz delikatna Paulina Krzyżańska (Klara) oraz bardzo twarda, pewna siebie Maja Pankiewicz (Ewa). Obie panie elektryzują swoją obecnością, a oszczędnie grane przez nie postacie są o wiele ciekawsze niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Bardzo wyraziste, charyzmatyczne kreacje, zgrabnie uzupełniające się ze sobą.

Takich debiutów chce się jak najwięcej. „Eastern” miesza thriller z westernem, arthouse z kinem gatunkowym i powstaje z tego bardzo oryginalna hybryda. Na pewno nie jest to film dla każdego, lecz klimat, aktorstwo oraz forma jakby wzięta z kina Lanthimosa tworzą bardzo frapujące, tajemnicze, nieszablonowe kino. Dla poszukiwaczy nowych rzeczy pozycja obowiązkowa.

7,5/10

Radosław Ostrowski