Toy Story 5

Kiedy kilka lat temu ogłoszono, że powstaje piąta część „Toy Story” nie miałem zbyt wielkiego entuzjazmu. I nawet nie chodziło o jakość poprzedniej części (dla mnie zaskakująco udanej), ale czuć było ze strony Disneya pazerność oraz zarabianie na nostalgii. Nie uspokoił też fakt, że tą część serii wyreżyserował Andrew Stanton – związany z cyklem jako scenarzysta od samego początku. Bo też ostatnie dokonania jako reżysera (w szczególności „W okamgnieniu”) nie były zbyt ciepło odebrane. I jak w ostateczności wyszło?

Wracamy do zabawek tym razem pod wodzą kowbojki Jessie, z którymi nadal bawi się Bonnie. Poprzedni lider, czyli szeryf Chudy stał się „dziką” zabawką, prowadzącą własne życie. Jednak spokój w relacji zabawki-Bonnie zostaje zaburzony. I to nie dlatego, że dziewczynka jest starsza od ostatniej wizyty, ale z powodu nowego cacka. Mianowicie… tableta w kształcie żabki zwana Lillypad, która ma rzekomo pomóc w budowaniu relacji z rówieśniczkami. Efekt jednak jest łatwy do przewidzenia: dziewczynka spędza przy ekranie więcej czasu, doprowadzając do odstawienia zabawek do garażu. Jessie idzie na konfrontację z komputerkiem i ściąga do pomocy Chudego.

Reżyser do spółki z wspierająca go McKenną Harris wydaje się iść w pozornie oczywistym kierunku. Czyli konfrontacji tradycyjnych zabawek ze współczesną technologią, którą bardzo łatwo uczynić antagonistą oraz wskazać jako główną przyczynę nieszczęść. Początkowo wydaje się to zmierzać w tym kierunku, ale twórcy są o wiele mądrzejsi i sprytniejsi. Tu nie ma łatwego demonizowania technologii, a sama Lily chce tego samego, co zabawki – dać swojej właścicielce szczęście. Tylko czym to szczęście jest? Stanton nie boi się pokazać społecznego wykluczenia z powodu niedopasowania oraz innych zainteresowań, ale też pokazuje inne zabawki „technologiczne” jak cyfrowy aparat czy pomagająca w załatwianiu się Pierre Papier. Czyli w zasadzie znowu wracamy do kwestii przemijania oraz potencjalnego bycia opuszczonym.

A propos, pamiętacie jak Jessie została porzucona przez swoją pierwszą właścicielkę Emily? Ten wątek powraca ze zwielokrotnioną siłą, wskutek trafienia kowbojki na dawne miejsce. A przeniesienie ciężaru właśnie na nią działa bardzo odświeżająco. Sam Chudy i Buzz zostają zepchnięci na dalszy plan (pierwszy z brzuszkiem oraz łysinką, która – jak głowa jest pod słońcem – odbija się mocno; drugi robi tutaj bardziej za comic reliefa, niepotrafiącego wyznać miłości Jessie), zaś reszta ferajny tak naprawdę robi tutaj tylko za tło. I jeszcze zostaje wrzucony wątek armii Buzzów – ale takich bardziej podrasowanych – zmierzających do… no właśnie, czego? Te przebitki początkowo wydają się przerywnikiem dającym odrobinę oddechu, ale potem się wszystko łączy.

Za to muszę pochwalić fantastycznie pokazane segmenty zabawy pokazaną w formie pastelowych rysunków. Sama animacja wygląda pięknie – w końcu to Pixar – z kolei finałowy pościg jest bardzo dynamiczny, a zakończenie jest bardzo, bardzo satysfakcjonujące. I nie mówię tego jako stary pierdziel, który widział poprzednie części, ale czuć tu zaangażowanie oraz pasję twórców. Swoje także robi polski dubbing, za który tym razem odpowiada reżyser Grzegorz Pawlak (wcześniej pracował przy części trzeciej) i dialogista Kuba Wecsile. A także role głosowe wypadają świetnie. Wracają starzy znajomi w głównych rolach, czyli Izabella Bukowska (Jessie), Łukasz Nowicki (Buzz) i Robert Czebotar (Chudy), którzy nie zawodzą, wchodząc w skóry postaci z taką łatwością jakby między tymi częściami była bardzo krótka przerwa. Z nowych postaci wybijają się wspomniane Lillypad z pozornie ciepłym głosem Anny Cieślak i lekko neurotyczny Pierre Papier w cudownym wykonaniu Piotra Polaka.

Nie będzie zaskoczeniem, że „Toy Story 5” jest lepszy filmem od poprzedniej części i zdecydowanie odstaje od oryginalnej trylogii. Nadal to jednak jest fantastyczne kino nie tylko dla całej rodziny, po którego seansie można będzie porozmawiać. Co dla mnie jest jedną z największych wartości.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zaproszenie

Sąsiad to istota ludzka, która potrafi być nieobliczalna i ma kilka odmian. Podsłuchujący, plotkujący, czasem skrywający mroczne tajemnice, ale też są bardziej otwarci i serdeczni. A przynajmniej tak słyszałem. Nigdy nie wiadomo, czego się po nim spodziewać. Właśnie wokół relacji sąsiedzkich skupia się „Zaproszenie” – jedna z inteligentniejszych i błyskotliwszych komedii ostatnich lat.

Film skupia się na parze małżeńskiej z dłuższym stażem, która coraz bardziej rdzewieje przez rutynę. Jeff (Seth Rogen) uczy muzyki w liceum, jednak wydaje się być kompletnie nieobecny. Jego żona Angela (Olivia Wilde) to wręcz wulkan energii, dbający o dom. Oboje wychowują 12-letnią córkę, która – dla wygody całej fabuły – nocuje u koleżanki. Postanowili (a tak dokładnie to Angela) postanowiła zaprosić na kolację swoich sąsiadów, którzy chcieliby zobaczyć ich chatę. I bardzo lubią po nocy hałasować, co naszej parce troszkę przeszkadza. Pina (Penelope Cruz) to pochodząca z Hiszpanii psychoterapeutka, zaś Hank (Edward Norton) – emerytowany strażak. Ale kolacja skręci nagle w zadziwiające rewiry.

Najnowszy film w reżyserii Olivii Wilde od razu nasunął mi dwa skojarzenia – „Kto się boi Virginii Woolf” Mike’a Nicholsa oraz „Rzeź” Romana Polańskiego. Obydwa to bardzo kameralne, ograniczone (w większości) do jednej przestrzeni, skupiona na czwórce postaci oraz słowach, słowach i jeszcze raz słowach. To jednocześnie komedia niepozbawiona ironii, ciętych ripost i złośliwości, a jednocześnie to psychodrama na temat związków, bliskości oraz sposobach na ciągłą „żywotność”. Więcej nie chcę więcej zdradzić, bo w połowie – mniej więcej – dochodzi do kompletnie nieoczekiwanego skrętu, dodając zarówno dodatkowego ciężaru oraz nagłych spazmów śmiechu. Reżyserka bardzo płynnie przeskakuje między powagą a żartem, jednak bez osądzania postaci oraz walenia morałami wprost. Nawet jeśli tematyka wydaje się dość znajoma, udaje się utrzymać zaangażowanie oraz tempo aż do bardzo wyciszonego finału.

A wszystko opiera się na absolutnie rewelacyjnym kwartecie aktorskim. Kolejny raz zaskakuje Seth Rogen jako sfrustrowany, niespełniony artysta, który coraz bardziej zamyka się w skorupie sarkastycznego egoisty. Jest to o wiele bardziej poważna, wręcz pozbawiona komediowych sztuczek (poza charakterystycznym śmiechem) kreacja. W kontrze do niego stoi sama Wilde, której postać też poświęciła zbyt wiele dla związku i jeszcze próbuje o niego zawalczyć. Jest bardziej żywiołowa i ekspresyjna (szczególnie jej oczy), próbując zachowanie opanowanie w coraz większym chaosie. A jak jeszcze rzucimy do miksu elektryzującą Penelope Cruz oraz odrobinę ekscentrycznego Nortona, to już klękajcie narody. Tutaj nie ma słabych punktów i każdy ma swoje pięć minut na zabłyśnięcie.

Rzadko mi się zdarza iść na film niemal w ciemno, ale „Zaproszenie” okazało się kolejną niespodzianką tego roku. Pozornie teatralny w formie, jednak jest to spektakl z najwyższej półki: świetnie napisany, kapitalnie zagrany oraz wyreżyserowany. Pełen pulsującej energii, niemal wiszącej w powietrzu atmosfery, jednocześnie potrafi rozbawić i skłonić do zastanowienia. Takie zaproszenie warto przyjąć.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Backrooms. Bez wyjścia

Przy okazji „Obsesji” Curry’ego Barkera wspominałem, że jest jeszcze drugi horror wywołujący zamieszanie w box office. I także stworzony przez bardzo młodego debiutanta (lat 20), który wcześniej robił filmiki na YouTube. Lecz stworzone dla A24 „Backrooms” to inny rodzaj grozy, bardziej skupiony na aspekcie psychologicznym niż krwawej jatce i makabrze.

Akcja dzieje się w roku 1990 i skupia się na niejakim Clarku (Chiwetel Eljofor). Mężczyzna jest właścicielem sklepu meblowego, który nie przynosi zysków, lubi sobie popić, został wyrzucony z domu. Mówiąc krótko, lekko nie jest. Do tego stopnia, że zaczął chodzić na terapię do dr Mary Klein (Renate Reinsve), ale ta wydaje się też prowadzić donikąd. Jego pozbawione jakiejkolwiek nadziei zmienia się, kiedy odkrywa na niższym piętrze dziwną szczelinę w ścianie. Cieńszą niż kartka papieru, przez co bardzo łatwo są przegapić. A za tą ścianą jest… ukryte pomieszczenie, wyglądające niczym z jakiegoś biura. Żółte ściany, jarzeniówki na górze, ściany oraz różne przedmioty i ludzie jakby wessani w podłogę. Co to jest? Kto tu przebywa?

Parsons wcześniej przedstawiał „Backrooms” w formie filmików na YouTube jako creepypasta. Nie znam tych dzieł, ale w przypadku pełnometrażowej wersji nie jest to konieczne. Bo „Backrooms” od samego początku zarzuca swoje sieci. Pierwsza scena przy użyciu kamery z ręki stawia masę pytań. Kim jest ten człowiek? Gdzie my jesteśmy? Co to za pomieszczenia? Skąd ta mewa? Czemu kolejne szczeliny są coraz mniejsze, ciaśniejsze? Jakby ta przestrzeń przechodziła kolejne zniekształcenia, metamorfozy, ciągnąc się w zasadzie bez końca. I tutaj reżyser absolutnie rewelacyjnie buduje atmosferę Tajemnicy, która bardzo mi się skojarzyła z „Cube” oraz kinem Davida Lyncha. Scenografia jest tutaj najmocniejszą stroną filmu, pomagającą w budowaniu klimatu. Do tego jeszcze mamy wrzucone przebitki z dzieciństwa pani doktor, pokazując pewne mroczne traumy.

Nawet jeśli pod koniec dostajemy pewne odpowiedzi, to jednak nie wszystko pozostaje jasne. Parsons nie idzie w kierunku gore czy rzucania jump-scare’ów, ale buduje atmosferę ciągłego niepokoju oraz nerwowości. Co się czai za kolejną ścianą, kto wydaje te dźwięki, czym jest tajemnicza firma Async? Do tego świetnie mamy grający duet Eljofor/Reinsve, stanowiący emocjonalny łańcuch tego dzieła. On nie potrafiący wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, ona wydaje się bardziej racjonalna, jednocześnie skrywająca pewną tajemnicę.

Powiem wam, że „Backrooms” okazało się sprytnym horrorem psychologicznym, który mnoży pytania, kusi atmosferą i nie daje zbyt wielu odpowiedzi. Jestem strasznie zaintrygowany kolejnymi produkcjami, jakie w przyszłości przygotuje Kane Parsons.

8/10

Radosław Ostrowski

Chłopiec na krańcach świata

Polskie kino animowane – sama ta zbitka brzmi mocno abstrakcyjnie, ale w ostatnich latach coraz śmielej pojawia się na naszych ekranach. Seria „Niesamowitych przygód skarpetek”, „Smok Diplodok” czy „Orzełek Iggy” sprzed kilku miesięcy pokazują, że jest miejsce i na takie kino dla młodego widza. Teraz do tego grona dołącza polsko-hiszpańsko-turecki „Chłopiec na krańcu świata”. Co z tego wyszło?

Historia dzieje się w miasteczku na wyspie, gdzie większość ludzi utrzymuje się z rybołówstwa. Jednym z mieszkańców jest Omul – młody chłopak, pełen empatii oraz rozumiejący zwierzęta bardziej niż swoją rodzinę (w szczególności starszego brata, Micro). Poza nim i rodzicami jest jeszcze jego siostra, Kimi – troszkę pyskata i nie posiadająca w swoim słowniku słowa „posłuszeństwo”. Oboje próbują pomóc psu, któremu noga utknęła w kamieniu. Choć to się udaje, to wskutek okoliczności zostają pochłonięci przez wzbierającą falę, zaś dziewczynie zostaje zabrana dusza przez mityczną istotę zwaną Sadumeą. W konsekwencji Kimi zapada w śpiączkę, zaś Omul jest obwiniany przez brata za tą sytuację. Młodzian – za pomocą magicznego medalionu – słyszy mowę zwierząt i razem z bratem oraz wcześniej ocalałym psem Telą wyruszają odzyskać duszę Kimi.

Za „Chłopca” odpowiadają debiutujący na stołku reżyserskim nietypowy duet Grzegorz Wacławek/Marta Szymańska. On jest producentem filmów animowanych i współzałożycielem studia Animoon, ona jest rysowniczką oraz animatorką. Wyszedł z tego ręcznie rysowany film, który mocno inspiruje się dziełami japońskiego studia Ghibli (nie tylko ze względu na elementy fantastyczne). A we wszystkim chodzi tu o trudne relacje braterskie: od niezrozumienia i wrogości po powolne przełamywanie swoich strachów oraz bestii.

Choć sama kreska jest prosta i może niezbyt szczegółowa, to jednak ma w sobie sporo uroku. Szczególnie tła są po prostu ładne: od lasu przez mokradła aż po górę. Animacja i wygląd postaci – ze szczególnym wskazaniem na wilczycę oraz drewnianego pająka (nie, nie ćpałem nic) – też są niczego sobie. Ale brakuje tutaj czegoś bardziej wyrazistego, co zapadłoby w pamięci na dłużej. Zdarza się też, że dialogi wyrażają pewne lekcje zbyt bezpośrednio, niemniej sama historia jest zgrabnie poprowadzona, ma przepiękną muzykę Mikołaja Stroińskiego (bardzo w klimacie dzieł Hisaishiego) oraz dobry dubbing (ze szczególnym wskazaniem na fantastyczną Magdalena Herman-Urbańska w roli psa Teli).

Nie powiem, że „Chłopiec na krańcu świata” jest najlepszą polską animacją ostatnich lat – ten tytuł nadal nosi „Smok Diplodok”. Choć nie imponuje na poziomie technicznym (nawet w kategorii ręcznie rysowanych), to jednak ma on w sobie masę serducha oraz pouczający morał, który docenią głównie najmłodsi. Na pierwszy wypad do kina z dzieckiem to na pewno lepszy wybór niż choćby kolejna część Minionków.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Robin Hood: Koniec legendy

Znamy wiele opowieści o Robin Hoodzie – wyjętym spod prawa, co okradał bogatych, rozdawał biedocie oraz mieszkał w lesie Sherwood. Filmowych inkarnacji też było: od Douglasa Fairbanksa przez animowanego lisa od Disneya i Kevina Costnera aż po Tarona Egertona sprzed kilku lat. Ale teraz reżyser Michael Sarnoski postanowił zrobić swoją wersję, bardziej opierając się na dawnych tekstach i bardziej trzymająca się ziemi.

Tutaj nasz Robin ma twarz Hugh Jackmana z dłuższymi, siwymi włosami (niczym wiedźmin), bardzo zmęczonym spojrzeniem oraz drogą naznaczoną krwią i masą trupów. Ścigany przez przeszłość oraz krewnych ludzi, których wymordował trafia na Małego Johna (Bill Skarsgard). Ten zmienił tożsamość (podszywając się pod nieboszczyka), poznał kobietę i ustatkował się, ale krewni kobiety go rozpoznali. Prosi Robina o pomoc w walce, ale wskutek jatki żona Johna zostaje zabita, a sam banita zostaje ciężko ranny. Mężczyzna trafia do znajdującego się na wyspie klasztoru znanym z cudownych uzdrowień, prowadzony przez matkę przeoryszę (Jodie Comer).

Jeśli spodziewacie się napędzonego akcją „Logana” w wersji średniowiecznej, to nie jest dobry adres. Sarnoski inspiruje się tutaj mocno „Wikingiem” Roberta Eggersa w przedstawieniu brutalnego, krwawego i bezwzględnego świata. I już pierwsze pół godziny są właśnie takie: szorstkie, wręcz naturalistycznie pokazującą przemoc, która sięga wszystkiego. Włącznie z dziećmi. Ale w momencie trafienia do klasztoru film zmienia całkowicie ton. Czas płynie o wiele wolniej, Sarnoski skupia się na rozmowach i drobnych rzeczach jak polowanie czy opieka nad dziećmi. Szczególnie nad małą Margaret, córką Małego Johna, która trafia na wyspę. A w tle mamy pewne rozważania zarówno wobec siły mitów i legend, które ukrywają o wiele brutalniejszą, niewygodną prawdę, czy da się wyrwać ze spirali przemocy, ale także na temat pokuty oraz odkupienia. Wiem, że dla wielu to wolne tempo może zmęczyć i wystawić wielu na cierpliwość, jednak mnie ta atmosfera złapała.

Jest tutaj parę onirycznych oraz tajemniczych momentów pod koniec, które są dla mnie niejasne (jaskinia, gdzie przeorysza odprawia jakiś rytuał). Ale nawet tam pojawia się kilka niezapomnianych momentów jak ostatnia rozmowa Robina z trędowatym czy przeplatające się sceny dwóch pogrzebów i modlitw. Wszystko to spina się w zadziwiająco delikatnym zakończeniu.

A wszystko niesie fenomenalna obsada. Choć Hugh Jackman w roli Robina może na pierwszy rzut oka wydawać się klonem Wolverine’a (naznaczony krwawą przeszłością samotnik), ale bliżej mu tutaj do Williama Mummy’ego z „Bez przebaczenia”. To brutalny, wręcz psychopatyczny zabijaka, pozbawiony domu i celu w życiu, ale jest to bardzo wyciszona kreacja w dorobku Australijczyka. Przekonujący zarówno na początku podczas scen akcji, jak i w chwilach wyciszenia, gdzie wiele pokazuje samym spojrzeniem. Równie elektryzująca jest Jodie Comer jako siostra Bridget, przeorysza klasztoru, choć pozornie może wydawać się zbyt jednowymiarowa. Czyli pełna empatii i życzliwości, wykształcona, ale też znająca tą ciemną stronę życia. Za to kompletnie zaskakujący oraz wręcz nie do poznania byli zarówno Bill Skarsgard – długa broda oraz zupełnie inny głos robią swoje – oraz Murray Bartlett w roli tajemniczego trędowatego.

Czy w dzisiejszych czasach potrzebowaliśmy zdekonstruowanego Robin Hooda i odartego ze swojej otoczki? Pewnie nie, ale film Sarnoskiego okazał się jedną z niespodzianek w początku rozczarowującego sezonu letniego. O wiele mroczniejszy, bardziej medytacyjny film, ciągle grający z oczekiwaniami widowni.

7/10

Radosław Ostrowski

Obsesja

Renesans kina grozy trwa już od mniej więcej dekady, ale też zaczyna podbijać zarówno kinową frekwencję i wrócił na salony. Co widać także w ostatnich tygodniach, gdzie szaleją aż dwie produkcje, które zostały nakręcone przez młodych youtuberów. O „Backrooms” jeszcze opowiem, ale teraz skupmy się na „Obsesji” nakręconej przez 25-letniego Curry’ego Barkera.

Bardzo kameralna historia skupia się na Baronie Baileyu ksywa Bear (Michael Johnston). To bardzo nieśmiały, wycofany chłopak, który – wbrew imieniu – nie jest arystokratą, mieszka w domu po babci i pracuje w sklepie muzycznym. Przez swój bardzo oszczędny temperament (podobny do mojego) ma problemy ze zdobywaniem serc reprezentantek płci pięknej. Szczególnie w koleżance z pracy, czyli Nikki (Inde Navarrette). Ale naszemu Miśkowi okazje do nawiązania bliższej znajomości wyślizgują się z rąk. Włącznie z podwózką do domu, gdzie sama zainteresowana wręcz sugeruje mu wejście do domu. I wtedy nasz chłopak korzysta z kupionego One Wishi Willow (patyk do spełniania życzeń po jego złamaniu) i życzy, by Nikki zakochała się w nim bez pamięci. Ale jak wiemy z różnych opowieści, życzenia mogą spełnić się niekoniecznie w taki sposób, jaki by się chciało.

„Obsesja” wydaje się początkowo zmierzać w kierunku romansu czy dramatu psychologicznego. Może nawet lekko ocierającej się o żenadę komedię (otwierająca całość rozmowa z przyjaciółmi podczas przerwy) w duchu kina niezależnego. Bardzo kameralne i oszczędne w formie, gdzie prawie wszystkie ujęcia umieszczają postacie w centrum kadru. Ale od momentu wypowiedzenia życzenia (co może wydawać się skrętem z jakiejś baśni) Barker zaczyna przeplatać niejako dwa elementy. Z jednej strony wszystko wydaje się romantyczne, dziewczyna niemal klei się do naszego Miśka, wyznaje mu miłość, zamieszkuje z nim. Ale potem następują niespodziewane odpały z jej strony – ataki złości, gwałtowne zmiany nastroju. I z każdą chwilą robi się coraz bardziej przerażająco, groźnie, niepokojąco. Barker bardzo pewnie (choć prostymi środkami) zmienia nastrój z przerażenia i grozy do spokoju oraz wyciszenia, cały czas trzymając za gardło. A ja wielokrotnie podskakiwałem, namacalnie czując się jakbym wpadł w pułapkę, z której nie da się uciec.

A pod tym wszystkim kryje się opowieść nie tyle o toksycznym związku, co relacji zbudowanej na manipulacji i kłamstwie. Może sam wniosek, że miłości nie da się wymusić i to musi się zakończyć katastrofą jest troszkę podany bardzo bezpośrednio. Ale jednak to działa i z każdą minutą czuć ten ciężar. Szczególnie, jeśli jedna z osób zaczyna dominować nad drugą do tego stopnia, że aż brakuje przestrzeni. A jak dodamy ostre niczym żyleta ostatnie pół godziny, miłosierdzia nie będzie. Do tego całość jest świetnie zagrana przez kompletnie mało znane twarze, ale prawdziwą gwiazdą jest Inde Navarrette. Od czasu Lily-Rose Depp w „Nosferatu” nie widziałem tak mocarnej kreacji osoby „opętanej” oraz nieprzewidywalnej. Z jaką nagłością potrafi przejść ze spokoju i delikatności w absolutną bestię, reagującą krzykiem, niespodziewaną agresją oraz dziwacznymi zachowaniami jest wręcz elektryzujące (przygotowana kanapka do pracy czy recytacja – troszkę mniej znanej wersji – „Jasia i Małgosi”). Wcielający się w protagonistę Michael Johnston jest bardziej złożony i trudny do polubienia. W swojej nieśmiałości i byciu „miękką fają” może wręcz irytować, ale jednak z czasem było mi go żal. Jego postać świetnie pokazuje do czego może pchnąć potrzeba akceptacji i coś, co wydaje się być miłością.

Następna spora niespodzianka tego roku. „Obsesja” to kolejny przykład, że mały budżet (750 tysięcy dolców) i odrobina talentu potrafi napędzić kreatywność oraz pokazać jak głęboko może sięgać gatunek horroru. Imponujący biegłą realizacją, okraszony odrobiną humoru i mocny argument dla osób pozostających singlami.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ciche miejsce: Dzień pierwszy

Tworzona przez Johna Krasinskiego seria „Ciche miejsce” to jedna z popularniejszych oraz bardziej interesujących horrorów ostatniej dekady. W oczekiwaniu na planowaną część trzecią, która opóźniona została z powodu pandemii. Niemniej dwa lata temu pojawił dość niespodziewany prequel – przynajmniej tego się należało spodziewać po podtytule „Dzień pierwszy”.

Tym razem za kamerą stanął Michael Sarnoski, czyli twórca głośnej „Świni” z Nicolasem Cage’m. Krasinski ograniczył swój udział do roli producenta, a sama akcja tym razem przenosi się do Nowego Jorku. Bohaterką jest Sammy (Lupita Nyong’o) – chorująca na raka młoda poetka, przebywająca w hospicjum. W zasadzie jedyną jej bliską osobą jest… kot, trzyma się od wszystkich na dystans i nie oczekuje już zbyt wiele od życia. Razem z grupą pacjentów wyrusza do miasta na spektakl, jednak w trakcie przedstawienia coś trafia na ziemię. Początkowo mogło się wydawać uderzeniem meteorytów, ale tak naprawdę to inwazja obcych. I jakikolwiek dźwięk oznacza śmierć, o co w wielkim mieście nie jest trudne.

Ta część „Cichego miejsca” w zasadzie jest równie kameralna, mimo kompletnie zmienionego settingu. To niemal klasycznie zrobiony thriller, pokazujący początek końca świata. Od początkowego ataku i poczuciu dezorientacji (pojawiający się zewnątrz pył) przez atakujące z każdej strony dziwne kwiatowate maszkary po całkowitą ciszę. W zasadzie forma straszenia ogranicza się do dwóch rzeczy: nagłego dźwięku przykuwającego uwagę kosmitów albo bardzo powolnego i cichego przekradania się. Ewentualnej ucieczki z miasta, które z każdym dniem przypomina krajobrazem świat z post-apokalipsy. I to budowanie atmosfery reżyserowi się udaje świetnie, nawet jeśli wydaje się to znajome. Nawet pojawienie się w połowie drugiej postaci – studenta z UK Erica (Joseph Quinn) nie zbyt wiele zmienia. To jest bardziej dramat z elementami grozy, mocno oszczędny w dialogi, ale ma kilka czarujących elementów (scena z klubie jazzowym, teatr kukiełek).

Jedyne, co mnie zadziwiło to dwie rzeczy: jak na poważnie chorującą na raka (i to od dłuższego czasu) Sammy jest zadziwiająco sprawna i zwinna. Druga to towarzyszący im kot, który zachowuje się bardziej jak… pies. Bardzo mocno przywiązany do swojej właścicielki, nawet jak ją na jakiś czas porzuca to wraca i jest strasznie cichutki. Ja nie posiadam kota ani psa – z powodu alergii na sierść obojga zwierzaków – lecz to zachowanie jest co najmniej zastanawiające.

„Dzień pierwszy” nie jest jakimś sporym rozwinięciem uniwersum Cichego miejsca, ale to całkiem niezły dramat w otoczce horroru o odzyskiwaniu chęci do życia i sile przyjaźni. Bardziej wyczekuję jednak części trzeciej serii, która ma się pojawić w przyszłym roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Dzień objawienia

Steven Spielberg przez lata i dekady stał się jednym z najbardziej popularnych amerykańskich reżyserów kina rozrywkowego. Ale takimi filmami jak „Lista Schindlera” czy „Szeregowiec Ryan” pokazał bardziej dojrzałe i poważne oblicze. Swoim najnowszym filmem wraca do tematyki obcych i pierwszego kontaktu, który eksplorował w „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia” i „E.T.”, ale tym razem idzie bardziej w kierunku thrillera.

Historia „Dnia objawienia” skupia się na dwójce bohaterów, których losy się przetną. Pierwszym jest Daniel Kellner (Josh O’Conner) – pracownik firmy Wardex zajmujący się cyberbezpieczeństwem. Naukowiec wykradł z firmy tajemniczy przedmiot oraz bardzo tajne materiały, planując je publicznie ujawnić. Za całą operacją stoi jego przełożony, Hugo Wakefield (Colman Domingo). W ślad za Kellnerem rusza firma oraz jej szef, Noah Scanlon (Colin Firth). Drugą kluczową postacią jest prezenterka pogody, Margaret Fairchild (Emily Blunt). Pracuje w lokalnej telewizji w Kansas City. Przed pójście do pracy do jej mieszkania wlatuje ptak. Co samo w sobie może być niczym niezwykłym, ale potem dzieją się dziwaczne rzeczy: zaczyna mówić w obcych językach (i to bardzo płynnie), czyta w myślach po spojrzeniu na kogoś (dzięki temu nie dostaje mandatu), jednak najgorsze dzieje się podczas pracy. Podczas zapowiadania prognozy zaczyna wydawać dziwaczne odgłosy, a następnie traci przytomność. Kobieta też znajduje się w centrum zainteresowania Wardexu.

Sama historia nie brzmi zbyt oryginalnie, jednak Spielberg od początku był w stanie mnie złapać. Początek i pierwsza połowa budowana jest wokół tajemnicy, która powoli i (przynajmniej na początku) oszczędnie dawkowana, co trzymało mnie w napięciu. Co jest o tyle zaskakujące, bo mamy wiele znajomych elementów: firma działająca niczym Faceci w Czerni minus technologia; kontakty i urządzenia obcych; próbujący ujawnić publicznie informator oraz grupa ludzi działająca niczym konspiracja czy Wybraniec z mocami, które go przerażają. Gdzieś nad tym wszystkim unosi się zarówno dawny Spielberg i Stephen King zmieszany z teoriami spiskowymi i klimatem thrillerów politycznych lat 70.

Ale sam film to dwie sprzeczne bestie. Z jednej strony pełen pościgów, ucieczek zrobionych więcej niż sprawnie z kilkoma mastershotami oraz absolutnie trzymającą w napięciu gonitwę z udziałem dwóch jadących pociągów oraz przygniecionego samochodu. Wtedy angażuje, choć jest o wiele bardziej kameralny. Kiedy jednak dotyczy aspektów SF oraz pierwszego kontaktu z obcymi, Spielberg wydaje się nie mieć zbyt wiele do powiedzenia. Bardziej go interesuje próba dojścia do ujawnienia prawdy niż reperkusje tego wydarzenia. Jak poradziliby sobie ludzie z faktem, że nie są sami na świecie? Co by się stało z religiami, państwami, instytucjami? Niby tam w tle wspomina się o możliwym wybuchu III wojny światowej i wizji końca świata, ale to ostatecznie prowadzi donikąd. Sam finał oraz rozwiązanie idzie w kierunku naiwnego kiczu, zaś całość w decydującym momencie się nagle urywa. Satysfakcji z tego nie ma żadnej i wywołuje uczucie dostania w ryj.

Do tego bohaterowie są dość prosto opisani, ale reżyser dobrał do nich na tyle dobrych aktorów, że wyciskają z nich maksimum możliwości. I ci konsekwentnie trzymają poziom: od neurotycznego i przerażonego Josha O’Connora przez chłodnego Colina Firtha aż po niemal przyklejonego do telefonu Colmana Domingo. Ale najjaśniejszym punktem oraz PETARDĄ jest Emily Blunt, której występ wręcz odbierał mi mowę. To z jaką gracją i brawurą przeskakuje przez całe spektrum emocji: od strachu, przerażenia przez pewność siebie, opanowanie po empatię jest nieprawdopodobne. To jej występ utrzymywał moją uwagę do samego końca i czynił ten film o wiele przyjemniejszym w odbiorze.

To jest cholernie trudny film do ocenienia. Bo „Dzień objawienia” nie jest zbyt oryginalnym i dobrym kinem SF, ale zaskakująco sprawdza się jako rozrywkowe kino pod popcorn w starym stylu. W rozpoczynającym się sezonie letnim oraz ostatnich rozczarowaniach w kinie to jeden z lepszych filmów do obejrzenia na dużym ekranie.

7/10

Radosław Ostowski

Ojczyzna

Każdy z nas ma przynajmniej jednego reżysera, którego produkcje zbierają pochwały czy wręcz spotykają się z ogromnym entuzjazmem, ale do was kompletnie nie przemawia. Taka jest mora relacja z Pawłem Pawlikowskim – uznanym za granicą polskim reżyserem, którego filmy wyglądają pięknie, mają dobrych aktorów i są sprytnie napisane. Jednak na poziomie emocjonalnym nigdy do mnie nie trafiały. Dlatego do jego najnowszego, nagrodzonego na niedawnym festiwalu w Cannes filmu „Ojczyzna” podchodziłem z ostrożnością.

Tym razem jesteśmy w Niemczech roku 1949 – kraju podzielonym na dwie strefy wpływów: amerykańską i radziecką. Kraju powoli odbudowującym się, pełnym gruzów i próbującym się na nowo odnaleźć. Do właśnie tutaj przybywa od lat mieszkający w USA pisarz Thomas Mann (Hanns Zischler) razem ze swoją córką, Eriką (Sandra Huller). Kobieta jest także jego sekretarką oraz tłumaczką. Oboje wyruszają w podróż po Niemczech, a pretekstem jest przyznanie pisarzowi Nagrody Goethego we Frankfurcie nad Menem oraz – znajdującym się w sowieckiej strefie – Weimarze. Miał z nim towarzyszyć także Klaus (August Diehl), który przebywa w Cannes, lecz się nie pojawia.

„Ojczyzna” na pierwszy rzut oka wydaje się obracać wokół tematów obecnych w „Idzie” oraz „Zimnej wojnie”: kwestie tożsamości, odnalezienia się w nowym świecie po wojnie czy wykorzystywanie sztuki jako narzędzia propagandy. Ale do tego mamy jeszcze też kwestię żałoby (pojawiający się na początku film Klaus przedawkowuje leki i umiera), która może budzić skojarzenia z niedawnym „Hamnetem” Chloe Zhao. Wszystko to pokazane w bardzo drobnych scenkach i interakcjach jak rozmowa pisarza z wnukami Wagnera w sprawie przywrócenia festiwalu na cześć artysty, będącego ulubionym artystą nazistowskiego dyktatora; spotkanie Eriki z byłym mężem, będącym inspiracją dla postaci z powieści Klausa Manna „Mefisto” czy przywitanie w Weimarze z udziałem chóru dziecięcego. Całość wygląda nadal pięknie (jak zawsze niezawodny Łukasz Żal jako autor zdjęć), w tle słyszymy eklektyczną mieszankę muzyczną (od jazzu po klasykę pokroju Bacha czy Wagnera), zaś oszczędne dialogi mają chwilę błyskotliwości.

Jednak mam ciągle jeden i ten sam problem, co z poprzednimi filmami Pawlikowskiego: emocjonalny chłód oraz obojętność. Bardzo wiele trzeba doszperać i wyciągać z tego, co niewypowiedziane, tłumione i ukryte. Reżyser z jednej strony jest bardzo skupiony na wizualnej estetyce, co bardzo porywa i jest w stanie oczarować, ale z drugiej wszystko to działa tylko na poziomie intelektualnym. A choć całość jest bardzo krótka (zaledwie 80 minut) oraz zwarta, sprawia wrażenie nagle urwanej.

Jeśli komuś podobały się „Ida” oraz „Zimna wojna”, to zdecydowanie w „Ojczyźnie” znajdzie sporo dobra. Ale dla mnie Pawlikowski nie potrafi przełamać emocjonalnego chłodu i bardziej mnie zaangażować, na co po cichu liczyłem. Może z następnym filmem będzie inaczej.

6/10

Radosław Ostrowski

Władcy Wszechświata

Ileż razy myślano o powrocie najbardziej męskiego mężczyzny od czasów Conana, czyli He-Mana. Stworzony jako zabawka Mattela (taka męska wersja Barbie), a żeby ją lepiej sprzedać zrobiono serial animowany, a potem pełnometrażowe dzieło z bardzo młodym Dolphem Lundgrenem (straszna bida z nędzą), które nie zestarzało się zbyt dobrze. Teraz największy paker z Ethernii powraca w nowej wersji od reżysera Travisa Knighta. Z większym budżetem, większą skalą i… czy to wystarczy?

Bohaterem jest książę Adam (Nicholas Galitzine) – następca tronu wspomnianej Ethernii, gdzie miesza się ze sobą magia i technologia. W centrum znajduje się zamek Posępny Czerep, gdzie przebywa dbająca o porządek Czarodziejka (Morena Baccarin), zaś chłopak mimo treningów pod czujnym okiem Zbrojmistrza Duncana (Idris Elba) nie jest zbyt silny ani twardy. Ale nie to jest najgorsze, lecz atak pragnącego władzy absolutnej Szkieletora (sylwetka CGI, głos Jared Leto) oraz jego prawej ręki, Złoliny (Alison Brie). Na szczęście, udaje się przenieść młodzieńca na Ziemię, ale po drodze gubi Miecz Mocy, przez co nie może wrócić do siebie. 15 lat później Adam (ciągle pamiętając swoje pochodzenie) w końcu odnajduje artefakt, a za nim podążają zarówno sługusy Szkieletora, jak i Teela (Camila Mendes), próbująca mu pomóc.

Jak widać nowi „Władcy wszechświata” mocno inspirują się zarówno „Thorem” (szczególnie częścią pierwszą i trzecią) oraz „Strażnikami Galaktyki”. Z pierwszego bierze otoczkę fabularną – heros trafia do nowego otoczenia, próbując się odnaleźć i wrócić do siebie; z drugiego wizualną estetykę oraz humor. W efekcie dostałem mocno dziwaczne, nierówne pełne paradoksów. Samego animowanego He-Mana pamiętam jak przez mgłę (czyli bardzo słabo), więc nie mogę za bardzo odnieść się do tego jak blisko reżyser i scenarzyści trzymają się pierwowzoru. Za to bez wahania mogę powiedzieć, że jest to kino o wiele bardziej kolorowe, pełne świadomego kiczu oraz kampu. W końcu antagonistą jest chodzący szkielet, mamy nawet płochliwego tygrysa bojowego, bestie czy człowieka z szyją niczym z gumy. O czarodziejce zmieniającej się w ptaka nawet nie wspominam. Chłonie się tą przestrzeń i świat, nawet jeśli wydaje się on miejscami (zbyt) znajomy. Akcja też jest płynna, poprawnie nakręcona, mimo ekranowego chaosu (szczególnie w finale), zaś zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące. Do tego w tle gra świetna muzyka Daniela Pembertona mieszająca orkiestrę, chór, syntezatory i gitarowe riffy Briana Maya – super mieszanka.

Jednak jest tu parę potknięć. Po pierwsze, całość jest za długa, przez co zdarza się gubić tempo. Szczególnie początek (historia Eternii opowiadana na… randce, która nie kończy się za dobrze) na Ziemi potrafi się wlec. Po drugie, humor bywa nie zawsze trafiony. Najbardziej tutaj błyszczy bardzo teatralny Szkieletor i rzucane przez niego wyzwiska (plus jedna kapitalna scena podczas konfrontacji), za to najsłabiej wypadały „ziemskie” losy Adama (rozmowa z szefową w biurze czy sublokator, co pozuje na cool twardziela, a gdy nikt nie patrzy ogląda „Pamiętnik”) – zamiast śmiechu było zażenowanie, tak jak było zderzenie mentalności Adama ze światem Ethernii. A też i dialogi wydają się czasem napisane bez finezji, jakby zbyt znajomo brzmiące. Szkoda, bo widać było spory potencjał.

Dlatego sytuację muszą ratować aktorzy, a ci są więcej niż dobrzy. Mało mi znany Galitzine wygląda jak nastoletnia wersja Chrisa Hemswortha i wypada cholernie dobrze w roli Adama/He-Mana. Początkowo jest zagubiony czy wręcz pierdołowaty, jednak powoli zaczyna dojrzewać do roli mocarnego wojownika. Jak wywija Mieczem, to nie ma zmiłuj, tak samo jak przy użyciu pięści. Bardzo dobrze radzą sobie wspierający go Camila Mendes (zadziorna i waleczna Teela) oraz Idris Elba (zbrojmistrz Duncan, który z twardego wojownika staje się obdartym pijusem). Jednak największą niespodzianką był dla mnie Jared Leto, który kradnie ekran w roli Szkieletora. Ma kompletnie niepodobny do siebie głos, jest bardzo teatralnym szołmenem, pozostając jednak groźnym przeciwnikiem (finałowa potyczka to majstersztyk i popis umiejętności aktora). Nie sądziłem, że to powiem, ale to najlepsza rola Leto od bardzo dawna.

Nie chce brzmieć jak zgorzkniały tetryk czy stary dziad narzekający, że kiedyś to były filmy, a teraz nie ma. Niemniej muszę przyznać, że „Władcy wszechświata” byli dla mnie lekkim rozczarowaniem. O wiele lepiej wizualnie i technicznie się prezentuje od filmu z 1987 roku, ale ma problemy z tonem oraz tempem, co nie pozwoli pozostać na długo w pamięci. Niemniej Knightowi udaje się dostarczyć całkiem niezłej rozrywki, zaś fani He-Mana mogą dać punkt więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski