Jak ważnym wydarzeniem w historii II wojny światowej było lądowanie w Normandii oraz utworzenie drugiego frontu w Europie. A to jak bardzo była to trudna przeprawa pokazywał niezapomniany początek „Szeregowca Ryana”. Jednak film „Niebo nad Normandią” pokazuje przygotowania niejako „zza biurka”, czyli z punktu widzenia dowódców.
Bohaterem filmu jest pułkownik James Stagg (Andrew Scott), oficer RAF-u i główny meteorolog kraju. Zostaje ściągnięty do sztabu Alianckich Sił Ekspedycyjnych w Southwick House na prośbę samego generała Eisenhowera (Brendan Fraser). Oficer dostaje zadania przygotowania prognozy pogody na 5 czerwca 1944, czyli dzień planowanej inwazji na Normandię. Stagg musi współpracować ze swoim amerykańskim meteorologiem, pułkownikiem Irvingiem Krickiem (Chris Messina). Obaj oficerowie mają zupełnie inne wnioski z danych, które zapowiadają dwie burze.

Reżyser Anthony Maras oparł tą historię na sztuce teatralnej Davida Haiga z 2014 roku, co tłumaczy pewną kameralność. Gdyby nie pierwsze sceny (skutki operacji „Tiger”, czyli ćwiczeń przed lądowaniem) oraz ostatnie, w zasadzie całość byłaby w zasadzie Teatrem Telewizji. Wszystko tutaj skupia się na dialogach, a także krótkich wyjściach na zewnątrz (świetne zdjęcia chmur czy nieba). Mnie najbardziej interesował proces zbierania informacji pogodowych w czasach, kiedy nie było dzisiejszej technologii w rodzaju komputerów czy satelitów. A także jak z zebranych materiałów tworzy się mapy i prognozy, próbując przewidzieć pogodę. Co nie jest łatwe ze względu na inny klimat w północnej Europie niż choćby w Afryce. By jeszcze podbić stawkę jeszcze jest presja, którą odczuwają zarówno Stagg, jak i dowództwo, gdyż jeden błąd może mieć krwawe, tragiczne konsekwencje, zaś wróg z każdą obsuwą będzie lepiej przygotowany. A czas ucieka.

Pozornie nie dzieje się tu zbyt wiele, ale udaje się reżyserowi utrzymać napięcie. Bo komu można zaufać? Zderzenie szukającego wzorów z przeszłości Kricka – pewnego siebie optymisty oraz bardziej skupionego na faktach i nie biorącego niczego za pewnik Stagga daje sporo iskier. A do tego miksu jeszcze wchodzi generał Montgomery (intensywny Damian Lewis), które chce wysłać wojska od razu, bez względu na okoliczności oraz jakie straty mogą zostać poniesione. W tle gra delikatna, choć „tykająca” muzyka i mamy przeplatane materiały archiwalne, a scenografia i kostiumy pomagają wejść w epokę.

Maras ma też spore szczęście do obsady, gdzie w centrum mamy trójkę postaci. Fantastyczny jest tutaj Andrew Scott, którego powściągliwość oraz skupienie na wykonaniu zadania jest niemal obsesyjne. Do tego stopnia, że kiedy dostaje bardzo poważne wieści w sprawie swojej ciężarnej żony tłumi to w sobie. Samym spojrzeniem jest w stanie wiele przekazać, czyniąc tą kreację sercem filmu. Po drugiej stronie jest Fraser w roli Eisenhowera, który ma więcej bardziej ekspresyjnych momentów (od przemowy dla żołnierzy przed wyruszeniem do ataku) i próbuje budzić pozycję silnego lidera. A niejako łącznikiem między tą dwójką jest świetna Kerry Condon w roli porucznik Kay Summersby, sekretarki generała, wspierającej oraz pełnej empatii kobiety.

Jest to kino w starym stylu, które wydaje się niezbyt rzucające się w oczy i opowiada znaną historię z mniej znanej perspektywy. Nawet jeśli zaczyna się powoli, to zaczyna nabierać rozpędu, a dzięki bardzo mocnemu aktorstwu czuć napięcie oraz zaangażowanie.
7/10
Radosław Ostrowski
