Labirynt fauna

To już 20 lat?? Aż nie chce się wierzyć, że aż tyle czasu minęło od pojawienia się opus magnum meksykańskiego reżysera Guillermo del Toro. Filmowiec po komiksowych adaptacjach „Blade’a” i „Hellboya” postanowił wyruszyć do Hiszpanii, by stworzyć mieszankę dramatu wojennego, horroru oraz fantasy w konwencji bardzo mrocznej baśni.

Tym razem jesteśmy gdzieś z dala od miejskiego zgiełku w roku 1944. Hiszpanią od kilku lat rządzi faszystowski generał Franco, co było zasługą wygranej w wojnie domowej. Aczkolwiek nie wszyscy pogodzili się z tym stanem rzeczy jak działający tu i ówdzie partyzanci. Jednak to nie o nich jest ta historia, tylko o niejakiej Ofelii (Ivana Baquero) – 11-letniej dziewczynce, która razem z matką (Ariadna Gil) przenoszą się na prowincję. Tam przebywa nowy mąż kobiety, czyli kapitan Vidal (Sergi Lopez) walczący z partyzantką, oddany nowej władzy służbista. Już pierwszej nocy dziewczynka znajduje wróżkę, a podążając za nią trafia na fauna. Mistyczny stwór uznaje Ofelię za reinkarnację zaginionej księżniczki z baśniowej krainy, która dawno temu opuściła królestwo i nigdy nie wróciła. By sprawdzić czy dziewczynka nią jest, musi wykonać trzy próby przed pełnią księżyca.

Od samego początku reżyser miesza baśniowe motywy z mroczną rzeczywistością. Choć same lokacje, czyli domostwo kapitana otoczone lasem wyglądają okazale, to jednak świat nie należy do przyjaznych. Del Toro przekonująco pokazuje faszystowskie rządy, gdzie najważniejsza jest dyscyplina, posłuszeństwo i siła. Wszyscy inni albo milcząco się podporządkowują, albo walczą. Nic dziwnego, że Ofelia ucieka z tego mrocznego miejsca do świata baśni. Ale czy to na pewno jest tylko jej wyobraźnia? Czy może naprawdę jest reinkarnacją rzekomej księżniczki? Na to pytanie odpowiedź niemal do samego końca się nie pojawia. Sama historia rozwija się powoli, choć podział na dobrych i złych (niczym w bajkach) jest dość wyraźny, jednak powoli odkrywamy kolejne postacie oraz relacje. Pełniąca rolę gosposi Mercedes (Maribel Verdu), zajmujący się matką dr Ferreiro (Alex Angulo), siejący spustoszenie oddział partyzantów zapadają mocno w pamięć i zaczynają powoli nabierać głębi.

Del Toro mocno inspiruje się „Alicją w krainie czarów” czy filmami Tima Burtona, gdzie niedopasowany do naszego świata protagonista-odrzutek wchodzi w inny świat. Miesza mroczną rzeczywistość faszystowską z baśnią. Tylko ta baśń potrafi być równie mroczna jak nasz świat. I tu nawet nie chodzi o owada zmieniającego się w latającą wróżkę czy wielką ropuchę pod drzewem. Niezapomniany blada istota z oczami na dłoniach pozostaje w pamięci na długo (także sama sala wygląda świetnie). Nadal wrażenie robi scenografia – wygląd kamiennego labiryntu, świata po drugiej stronie – z przepięknymi zdjęciami oraz godnie starzejącymi się efektami specjalnymi, będącymi mieszanką animatroniki oraz grafiki komputerowej.

Swoje robi też fantastyczna obsada. Młodziutka Ivana Baquero jest fenomenalna w roli Ofelii, będąca pozornie naiwną i niewinną, ale z czasem musi zderzyć się z coraz mroczniejszym światem dookoła. Jednak dla mnie najmocniej w pamięć zapada kapitalny Sergi Lopez jako kapital Vidal. To oddany sprawie fanatyk, dla którego liczy się tradycja i honor. Budzi on grozę samym spojrzeniem (nawet goląc się brzytwą), jest bezwzględny oraz brutalny, bardzo mocno przypominając mi pułkownika Stricklanda z „Kształtu wody”. Najczystsza forma zła jakiej nie da się wymazać z pamięci. Całość jednak kradnie schowany za charakteryzacją Doug Jones jako tajemniczy Faun oraz blady człowiek z oczami w dłoniach.

Po seansie odnowionej wersji utwierdziłem się w przekonaniu, że „Labirynt fauna” to najlepszy film w dorobku Meksykanina. Olśniewający wizualnie, z przepiękną muzyką, świetnym scenariuszem, cudownym aktorstwem oraz absolutnie niepowtarzalnym klimatem. Baśń skierowana dla dorosłych, która działa z taką samą mocą oraz urokiem jak 20 lat temu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Niebo nad Normandią

Jak ważnym wydarzeniem w historii II wojny światowej było lądowanie w Normandii oraz utworzenie drugiego frontu w Europie. A to jak bardzo była to trudna przeprawa pokazywał niezapomniany początek „Szeregowca Ryana”. Jednak film „Niebo nad Normandią” pokazuje przygotowania niejako „zza biurka”, czyli z punktu widzenia dowódców.

Bohaterem filmu jest pułkownik James Stagg (Andrew Scott), oficer RAF-u i główny meteorolog kraju. Zostaje ściągnięty do sztabu Alianckich Sił Ekspedycyjnych w Southwick House na prośbę samego generała Eisenhowera (Brendan Fraser). Oficer dostaje zadania przygotowania prognozy pogody na 5 czerwca 1944, czyli dzień planowanej inwazji na Normandię. Stagg musi współpracować ze swoim amerykańskim meteorologiem, pułkownikiem Irvingiem Krickiem (Chris Messina). Obaj oficerowie mają zupełnie inne wnioski z danych, które zapowiadają dwie burze.

Reżyser Anthony Maras oparł tą historię na sztuce teatralnej Davida Haiga z 2014 roku, co tłumaczy pewną kameralność. Gdyby nie pierwsze sceny (skutki operacji „Tiger”, czyli ćwiczeń przed lądowaniem) oraz ostatnie, w zasadzie całość byłaby w zasadzie Teatrem Telewizji. Wszystko tutaj skupia się na dialogach, a także krótkich wyjściach na zewnątrz (świetne zdjęcia chmur czy nieba). Mnie najbardziej interesował proces zbierania informacji pogodowych w czasach, kiedy nie było dzisiejszej technologii w rodzaju komputerów czy satelitów. A także jak z zebranych materiałów tworzy się mapy i prognozy, próbując przewidzieć pogodę. Co nie jest łatwe ze względu na inny klimat w północnej Europie niż choćby w Afryce. By jeszcze podbić stawkę jeszcze jest presja, którą odczuwają zarówno Stagg, jak i dowództwo, gdyż jeden błąd może mieć krwawe, tragiczne konsekwencje, zaś wróg z każdą obsuwą będzie lepiej przygotowany. A czas ucieka.

Pozornie nie dzieje się tu zbyt wiele, ale udaje się reżyserowi utrzymać napięcie. Bo komu można zaufać? Zderzenie szukającego wzorów z przeszłości Kricka – pewnego siebie optymisty oraz bardziej skupionego na faktach i nie biorącego niczego za pewnik Stagga daje sporo iskier. A do tego miksu jeszcze wchodzi generał Montgomery (intensywny Damian Lewis), które chce wysłać wojska od razu, bez względu na okoliczności oraz jakie straty mogą zostać poniesione. W tle gra delikatna, choć „tykająca” muzyka i mamy przeplatane materiały archiwalne, a scenografia i kostiumy pomagają wejść w epokę.

Maras ma też spore szczęście do obsady, gdzie w centrum mamy trójkę postaci. Fantastyczny jest tutaj Andrew Scott, którego powściągliwość oraz skupienie na wykonaniu zadania jest niemal obsesyjne. Do tego stopnia, że kiedy dostaje bardzo poważne wieści w sprawie swojej ciężarnej żony tłumi to w sobie. Samym spojrzeniem jest w stanie wiele przekazać, czyniąc tą kreację sercem filmu. Po drugiej stronie jest Fraser w roli Eisenhowera, który ma więcej bardziej ekspresyjnych momentów (od przemowy dla żołnierzy przed wyruszeniem do ataku) i próbuje budzić pozycję silnego lidera. A niejako łącznikiem między tą dwójką jest świetna Kerry Condon w roli porucznik Kay Summersby, sekretarki generała, wspierającej oraz pełnej empatii kobiety.

Jest to kino w starym stylu, które wydaje się niezbyt rzucające się w oczy i opowiada znaną historię z mniej znanej perspektywy. Nawet jeśli zaczyna się powoli, to zaczyna nabierać rozpędu, a dzięki bardzo mocnemu aktorstwu czuć napięcie oraz zaangażowanie.

7/10

Radosław Ostrowski

Legionista

Był taki krótki okres w karierze Jean-Claude’a Van Damme’a, gdy ten próbował wyjść z szufladki twardziela i speca od kopniaków oraz serwowania uderzeń. Problem w tym, że jego fani woleliby zobaczyć dzieła ze sporą ilością akcji z piruetami. Niemniej zdarzały się całkiem przyzwoite rzeczy, nawet jeśli przeznaczone do węższego grona. I taki jest powstały pod koniec lat 90. „Legionista”.

Tym razem Belg gra Alaina Levafre’a – francuskiego boksera z Marsylii roku 1925. Mężczyzna ma ustawić walkę dla lokalnego gangstera Galganiego (Jim Carter), inaczej pozostanie niejako bez pracy. Pięściarz kiedyś był związany z obecną żoną mafioza, ale planuje razem z nią uciec, zaś walkę wygrać. Cóż, nie wszystko idzie zgodnie z planem. Kobieta zostaje zabrana ze stacji, a Alain zabija brata gangstera. Chcąc się wymknąć z rąk mafii zapisuje się do Legii Cudzoziemskiej – bardzo surowej jednostki wojskowej, stacjonującej w afrykańskich koloniach. Tam zbierają się ludzie z całego świata, czy to zbiegowie, czy ludzie nie mający życiowego celu. Jednostka wyrusza na misję, gdzie ma obronić jeden z posterunków przed wojskami przywódcy plemienia Berberów, Abda el-Krima.

Tym razem za kamerą stanął Peter MacDonald – bardzo znany i ceniony II reżyser, czyli facet odpowiedzialny głównie za kręcenie scen akcji. „Legionista” próbuje być bardziej kinem przygodowym w starym stylu oraz skromnym budżetem. Musze jednak przyznać, że początek w Marsylii jest zaskakująco wystawny. Od knajpy aż po salę bokserską. Do tego mamy drobne retrospekcje, próbujące pokazać przeszłość (nadal szczątkową) Levafre’a, lecz w zasadzie mogłoby ich nie być. A kiedy trafiamy do Legii, to widzimy głównie dwie rzeczy: piaski pustyni oraz maszerujących rekrutów. Po drodze poznajemy jeszcze kilka postaci, które stworzą z naszym protagonistą paczkę i nawet jeśli nie są zbyt głębokie, to są ciekawe: zakochany w dziewczynie Włoch Guido, były brytyjski oficer-hazardzista i czarnoskóry Amerykanin marzący o poznaniu Afryki.

Ale wszystko rekompensuje bardzo imponujące sceny akcji związane z oblężeniem twierdzy. Tutaj reżyser może sobie zaszaleć: od szybkich cięć montażowych przez popisy pirotechniczne i kaskaderkę. O sporej ilości statystów nawet nie wspominam. Nawet jeśli tempo nie zawsze jest równe (szczególnie w drugim akcie), to sytuację ratują całkiem niezłe dialogi oraz wyraziste postacie. A sam Van Damme wypada całkiem przyzwoicie w roli zbiega, stającego się wojownikiem. Jednak dla mnie całość skradł świetny Nicholas Farrell w roli Mackintosha. Niby elegancki i elokwentny dżentelmen, jednak przebija się z niego lekki cynizm oraz wojskowe doświadczenie. Tak samo swoje pięć minut ma Adewale Akinnuoye-Agbaje jako Luther czy jak zawsze solidny Steven Berkoff w roli szorstkiego sierżanta.

Może „Legionista” nie jest najbardziej imponującym filmem w dorobku Van Damme’a, to nadal pozostaje przyzwoitą opowieścią o honorze, odwadze i poświęceniu. Czasem widać niedoróbki budżetowe, niemniej przez większość czasu są sprytnie maskowane.

6/10

Radosław Ostrowski

Pojedynek

Kolejna polska produkcja w realiach II wojny światowej? – takie pytanie zakłębiło się w mojej głowie i pewnie nie tylko. Bo to tło historyczne było wałkowane i przedstawiane w setkach, jeśli nie tysiącach produkcji. A teraz mamy kolejną opowieść, ale tym razem dotyczącej tych, co trafili w ręce Sowietów na początku 1939 roku (niczym w „Katyniu”). Jak sobie z tym radzi „Pojedynek”?

Bohaterem nowego filmu Łukasza Palkowskiego jest Karol Grabowski (Jakub Gierszał) – młody porucznik, schwytany przez Sowietów. Razem z innymi oficerami trafia do dawnego klasztoru, pełniącego rolę obozu jenieckiego. Tam przykuwa uwagę pełniącego rolę komendanta, majora NKWD Wasilija Zarubina (Aiden Gillen). Jego zadaniem jest indoktrynacja oraz przekonanie oficerów do przejścia na swoją stronę. Tym bardziej, że większość z nich to inteligencja, zaś Grabowski jest cenionym i znanym pianistą.

Palkowski zaczyna mocnym uderzeniem, czyli ucieczką Grabowskiego przed atakiem lotniczym (w sporej części nakręcona na jednym ujęciu) i to mnie złapało. Ale esencją tutaj jest pobyt w obozie jenieckim, gdzie pozornie niewiele się dzieje, a całość oparta jest głównie na dialogach. Wszystko w celu przekabacenia Polaków, by stali się obywatelami nowego porządku. Co miałoby ogromny wydźwięk propagandowy i obie strony wydają się być tego świadome. Stąd mamy próby manipulacji (groźby śmierci wobec rodziny, przechwytywanie korespondencji) i przemoc, co przez większość czasu działa. Jest też nawet odrobina akcji w postaci próby ucieczki, ale w większości to znajoma opowieść obozowa. Prowadzona bardzo powoli, w szaro-burych kolorach, niepozbawiona odrobiny humoru (ironizujący Sztein w wykonaniu Wojciecha Mecwaldowskiego kradnie ekran), jednak angażująca i z poczuciem nieubłagalnie uciekającego czasu.

To, co jest najmocniejsze jest opisane w słownej grze między Grabowskim a Zarubinem i jest to zasługa świetnie zagranych ról. Jakub Gierszał oraz Aiden Gillan tworzą bardzo mocne postacie. Pierwszy od początku działa jako pełen sprytu (przed schwytaniem niszczy swoją książeczkę wojskową), skupiony na ucieczce i trzymający dystans wokół „swoich”, bardzo podejrzliwy, mocno trzymając swoje myśli. Z kolei Gillan operujący angielskim, rosyjskim i francuskim językiem (a także polskim „Na zdrowie”) bardzo płynnie, zachowując opanowanie oraz spokój, mówiąc bardzo delikatnym głosem jest równie wyrazisty. Reszta obsady też wypada solidnie: poza w/w wspomnianym Mecwaldowskim nie zawodzi porządny Antoni Pawlicki (Antoni Tucholski), niezły Mateusz Kościukiewicz (narwany Artymowski), świetny Grisza Gorobuczuk (syn Zarubina) oraz mocny epizod Tomasza Kota (Ławrentij Beria).

Czy są tutaj wady? W zasadzie dla mnie trzy, które wywołują pewne niejasności. Po pierwsze, jakim cudem w obozie jenieckim trafia kobieta (przykuwająca uwagę Julia Pietrucha), wokół samych mężczyzn? Drugi dotyczy ucieczki Grabowskiego, który – kompletnie nagi – jest przemycony w beczce pełnej łajna. A w następnym ujęciu po wyjściu z niej jest kompletnie ubrany. Tylko skąd pojawiły się te ciuchy? Coś tu zostało wycięte przy montażu albo zapomniano nakręcić. Po trzecie, jakim cudem nikt z jeńców nie rozpoznaje Grabowskiego do momentu, kiedy nie zostaje zmuszony do publicznego zagrania na fortepianie? Mógłbym to wyjaśnić ignorancją oraz skupieniem się na sobie, ale to nie do końca jest dla mnie jasne.

„Pojedynek” to jeden z lepszych dramatów wojennych w ostatnich latach oraz powrót Palkowskiego do kina po latach tworzenia seriali na podstawie powieści Remigiusza Mroza. Zgrabnie nakręcony i napisany, z mocnym zakończeniem wywołującym ciszę, która zostaje bardzo długo. W czasach, kiedy Rosja znowu zaczyna szaleć i siać dezinformację, takie ostrzeżenie pozostaje aktualne oraz warte przypomnienia.

7/10

Radosław Ostrowski

Sisu: Droga do zemsty

Trzy lata temu poznaliśmy niejakiego Attamiego Korpi – fińskiego poszukiwacza złota, który okazał się złodupnym komandosem. Przekonała się o tym grupa nazistów, co chciała ukraść mu kruszec. Teraz nasz heros musi wrócić, choć już wojna się skończyła. Ale czy ona tak naprawdę się kończy? Dobra, bo zaraz zrobi się zbyt poważnie.

„Sisu: Droga do zemsty” dzieje się w roku 1946, kiedy to rozpętał się pokój. Wskutek niego Finlandia oddała część ziemi Związkowi Radzieckiemu. To właśnie tam wyrusza Korpi (Jorma Tormilla) ze swoim wiernym pieskiem, by rozebrać swój rodzinny dom i zbudować go po fińskiej stronie granicy. Żona i dzieci nie żyją, co jest zasługą Ruskich, a to obudziło w naszym herosie maszynę do zabijania. I dlatego Armia Czerwona nie chce Korpiego tak łatwo puścić, zaś schwytania/zabicia podejmuje się kat jego rodziny, Jegor Dragunow (Stephen Lang).

Reżyser Jalmari Helander nadal robi mieszankę spaghetti westernu z bardzo krwawym kinem eksploatacji lat 70. Dialogi w zasadzie są ograniczone do minimum, za to dostajemy imponującą przestrzeń i piękne krajobrazy. A także (znowu) brutalną grę w kotka i myszkę, gdzie Korpi będzie próbował uciec z łap Ruskich. A ci rzucą na jego stronę wiele: od prostych piechurów przez motocyklistów w metalowych zbrojach (nie, nie byłem pijany na sali) po samoloty. Jednak pokonanie niemal nieśmiertelnego herosa będzie zadaniem karkołomnym. O ile pierwsza część relatywnie trzymała się ziemi (poza finałowym odlotem – dosłownie i w przenośni), tutaj hamulce zostają puszczone już w pierwszej potyczce. I przekraczana jest granica między „to było cool” a „co tu się odjaniepawla?”. A w ruch idą wszystkie możliwe narzędzia: ciężarówka, granat wbity między szprychy motocyklu, kilof, dwie (!!!) pepesze i… rakieta. O akcji z czołgiem nie wspomnę.

Jednocześnie czuć tutaj inne inspiracje jak „Mad Mad: Na drodze gniewu” czy Indiana Jones, a jak się odnajdziemy w tej groteskowo-absurdalnej konwencji, zabawa potrafi być przednia. Nasz protagonista nadal jest milczący, bo wszystko wyraża swoją mimiką oraz posturą. Tormilla kolejny raz sprawdza się w roli zdeterminowanego i wściekłego, ale też zmęczonego gościa, który znowu musi walczyć oraz obudzić w sobie bestię. Jedynie w dwóch scenach pozwala sobie na bardziej emocjonalną reakcję: na początku (wchodząc do swojego domu) oraz w finale, którego NIE zdradzę. Obydwa momenty uderzają ze sporą siłą. Nie zawodzi także Stephen Lang z fałszywym akcentem jako twardy, bezwzględny Dragunow. Dwie brutalne, wręcz zwierzęce bestie w nieprawdopodobnym finale.

Choć druga część „Sisu” nie ustępuje w kreatywności oraz jeszcze bardziej podkręca absurdalność całej sytuacji, jest tylko troszkę słabsza. Jak się świetnie bawiliście przy poprzedniku, widok masakrowanych Ruskich powinien być równie satysfakcjonujący. Fiński dziadek Johna Wicka jest w formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jak być kochaną

Po niezbyt udanym „Złocie” Has znów sięgnął po literaturę, by zbudować kolejny psychologiczny portret. Tym razem padło na opowiadanie Kazimierza Brandysa, który także napisał scenariusz i reżyser zdecydowanie złapał wiatr w żagle.

„Jak być kochaną” skupia się na Felicji (Barbara Krafftówna) – aktorce, której dość burzliwą przeszłość poznajemy w retrospekcjach oraz wewnętrznych monologach. Wszystko podczas lotu do Paryża. Historia zaczyna się w Krakowie tuż przed wybuchem wojny, gdy kobieta zaczynała swoją drogę artystyczną. Rzeczywistość miała inne plany i zamiast tego zaczęła pracę kelnerki w restauracji. Na swoje nieszczęście zakochuje się w doświadczonym koledze, Wiktorze Rawiczu (Zbigniew Cybulski). Więc kiedy musi się ukrywać z powodu podejrzenia o zabójstwo kolegi-kolaboranta, Felicja bez wahania decyduje się go przechować. Jednak zamiast w wyznaczonym miejscu, kobieta bierze go do swojego lokum. I tu się tak naprawdę zaczyna dramat.

Reżyser niby robi kolejną historię wojenną oraz tego, jak mocno to się odbiło na życiu. Jesteśmy jednocześnie we współczesności i przeszłości, w tle przebija się narracja z offu, dopełniająca obrazu. Niby jest to historia osadzona w realiach wojennych, jednak nie należy spodziewać się heroicznych czynów. Has pokazuje grozę wojny głównie zza okna albo bez pokazywania wprost grozy (gwałt na Felicji w jej mieszkaniu). Ale przede wszystkim jest to historia miłości niespełnionej, gdzie ona trafiła z uczuciami pod niewłaściwy adres. Bo on okazał się strasznym egotycznym mitomanem, potrzebującym widowni i uzależniony od atencji. Oraz pragnącym sławy, bez względu na cenę (dobitnie to pokazuje scena w restauracji po wojnie). Pozornie całość wydaje się płynąc spokojnym rytmem, jednak to pod tymi subtelnymi i cichymi scenami kryją się rzeczy z o wiele większym ciężarem. Trudno mi się tu przyczepić do warstwy audio-wizualnej, choć sama muzyka (pianistyczna wariacja „Jeziora łabędziego” Czajkowskiego) pojawia się dziwnie rzadko.

Wszystko na swoich barkach trzyma rewelacyjny duet Barbara Krafftówna/Zbigniew Cybulski. Pierwsza w roli Felicji jest mieszanką niewinności i ciepła, która z czasem staje się coraz bardziej cyniczna, zdystansowana i niejako unikająca ludzi. Jak każda osoba, która „sparzyła się” po nieudanej relacji. Te przeskoki między tymi nastrojami są pokazane bezbłędnie. Za to Cybulski jest w zupełnej kontrze – zapatrzony w sobie narcyz, nie potrafiący odnaleźć się w nowej rzeczywistości, próbujący potem zbudować wokół siebie heroiczny mit. Bardzo intrygująca mieszanka, mimo posiadania niezbyt wielu wspólnych scen. Z drugiego planu najbardziej wybijali się tutaj Artur Młodnicki (Tomasz, bardziej doświadczony kolega, być może nawet nieobojętny wobec Felicji) oraz Wieńczysław Gliński (bakteriolog lecący obok kobiety w samolocie).

„Jak być kochaną” nie jest filmowym poradnikiem czy komedią romantyczną. Kolejne mroczne, melancholijne dzieło Hasa o destrukcyjną siłą miłości. Przerażająco poruszający, z mocnymi scenami oraz dialogami, a także niezapomnianym duetem na pierwszym planie. Niezapomniane doświadczenie.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Młode lwy

Oparte na powieści Irwina Shawa „Młode lwy” są troszkę innym filmem drugowojennym niż można się było spodziewać po filmie z lat 50. Szczególnie w przypadku kina z dużego studia, gwiazdorską obsadą, do tego jeszcze w czasach, kiedy II wojnę światową pokazywano w prosty, czarno-biały sposób. Tutaj większy nacisk położono nie na sceny batalistyczne i przepych, lecz na portrety psychologiczne.

Historia skupia się na trójce młodych ludzi, którzy niedługo ruszą do boju: Christiana Diestla (Marlon Brando) – instruktora narciarstwa, pełnego entuzjazmu wobec Hitlera; Michaela Whiteacre’a (Dean Martin) – aktora, migającego się przed powołaniem oraz Noah Ackermana (Montgomery Cliff) – niepewnego siebie, prostego Żyda. Wszystko zaczyna się jeszcze w Sylwestra 1938, jeszcze zanim wybucha wojna. Każdy z tej trójki prowadzi w miarę spokojne, stabilne życie. Ale nie spodziewają się, że kiedyś ich losy się przetną.

Reżyser Edward Dmytryk ze scenarzystą Edwardem Anhaltem przeskakują z postaci na postać, tworząc skomplikowaną mozaikę. Cała trójka zostanie zderzona z polem bitwy, co może mocno odbić się na nich i zmienić ich. Może poza Ackermanem, który konfrontuje się z antysemityzmem i uprzedzeniami wśród swoich kolegów. Ta walka o zasady ma troszkę inny ciężar, jeszcze zanim ruszy do walki. Whiteacre unikający zaangażowania, próbujący za wszelką cenę uniknąć pola bitwy (włącznie z pisaniem zażalenia). Jednak najcięższe i najciekawsze rzeczy dzieją się w przypadku Diestla. Ten Niemiec początkowo jest fanem (choć nie wielbicielem) Hitlera, bo ten dawał mu nadzieję bycia dumy w swoim kraju. Jednak im dłużej trwa wojna, tym większą zaczyna czuć do siebie odrazę. Widzi zarówno okrucieństwo podczas pola bitwy (atak na pustyni afrykańskiej, gdzie WSZYSTKICH trzeba wyeliminować), fanatyzm i bezsens niektórych działań jak ściganie 16-latka wymigującego się od pracy czy – najbardziej wstrząsający – moment, gdy trafia do obozu koncentracyjnego. Zbyt późno zaczyna się orientować, że wybrał niewłaściwą drogę, lecz poczucie obowiązku nie pozwala mu się wycofać. To te sceny najmocniej wybrzmiały w całym filmie, choć niektórzy mogliby oskarżyć o próbę wybielenie nazistów.

Nie do końca zgadzam się z tym zarzutem, bo tutaj reżyser na przykładzie tego człowieka pokazuje coraz większe zwątpienie oraz pozbawienie złudzeń wobec nazistowskiej ideologii. Niemniej muszę powiedzieć, że całość jest dość poszatkowana narracyjnie i może wywoływać pewną dezorientację. Również fakt, że w scenach batalistycznych podczas eksplozji kamera trzęsie się wielu może odstraszyć. A jednak „Młode lwy” mają parę mocnych momentów, odrobinę napięcia oraz zadziwiającą mieszankę epickiej skali z bardziej kameralnymi momentami (spotkanie Diestla z kolegą w Paryżu oraz dwóch kobiet czy wszystkie sceny w koszarach).

A wszystko trzyma w ryzach fantastyczna obsada. Stonowany Montgomery Clift, zaskakujący Dean Martin i magnetyzujący Marlon Brando przykuwają uwagę do samego końca. Warto jeszcze wspomnieć o świetnym Maximilianie Schellu w roli kapitana Hardenberga, próbującego być przyjacielem Diestla oraz jednocześnie oddanego ideologii, bez popadania w karykaturę czy parodię, a także trójce wyrazistych kobiet: Hope Lange (urocza Hope Plowman – scena spaceru i odprowadzenia do domu w towarzystwie Noaha jest czarująca), Barbarze Rush (twardo stąpająca Margaret Freemantle) oraz May Britt (uwodzicielska Gretchen Herdenberg).

Aż nie chce się uwierzyć, że pochodzące z 1958 roku „Młode lwy” nadal mają mocne pazury. Dmytryk mimo pewnej chaotyczności oraz stosowania syntezy, tworzy jeden z ciekawszych filmów antywojennych. Niepozbawiony skali, świetnej obsady, cholernie dobrych dialogów oraz jednowymiarowego podziału na dobrych i złych. Co jak na czas produkcji mogło być szokującym przeżyciem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ziarnka piasku

Kiedy myśli się o epickich produkcjach z lat 60. przychodzą do głowy takie tytuły jak „Lawrence z Arabii” „Spartakus”, „Kleopatra” czy „Działa Navarony”. Troszkę w cieniu pozostaje jeden z bardziej kasowych filmów tej dekady, który w tamtym okresie odniósł spory sukces artystyczny (8 nominacji do Oscara, Złoty Glob dla najlepszego aktora drugoplanowego plus siedem nominacji) oraz parokrotnie przebiła swój budżet. Mowa o kręconych w Hongkongu oraz Tajwanie „Ziarnkach piasku” na podstawie powieści Richarda McKenny.

Akcja toczy się w Chinach roku 1926 – kraju rozbitym wewnętrzne przez różnych watażków oraz frakcje. Coraz bardziej zaczyna dawać o sobie znać tamtejszy ruch Czang Kaj-szeka, jednak na razie jeszcze jest spokojnie. Będziemy śledzić losy Jake’a Holmana (Steve McQueen) – marynarza-mechanika, który zostaje przydzielony do kanonierki USS San Pablo. Okręt ma zadanie patrolować rzekę Jangcy. Na miejscu zaczyna zauważać dość dziwną dynamikę między marynarzami a chińskimi robotnikami, wyręczającymi załogę w wielu obowiązkach (m. in. przy naprawie silnika). Holmanowi nie bardzo to odpowiada, co doprowadza do konfliktu z paroma marynarzami.

Choć sam punkt wyjścia brzmi dość skromnie, to jednak film Roberta Wise’a potrafi wyglądać imponująco. Historia toczy się zadziwiająco powoli, pozwalając lepiej poznać najistotniejsze postacie oraz pozornie proste relacje. Większość czasu spędzamy na okręcie, gdzie czas płynie dość powoli, zaczyna coraz bardziej być zauważalna rutyna. Jednak dookoła zaczyna coraz brutalniej wkraczać polityka – a dokładniej „władza ludowa” (czytaj: komuniści). Drobne chwile w tawernie w towarzystwie „hostess” pozwalały na złapanie oddechu, jednak dla cudzoziemców oraz osób współpracujących z nimi sytuacja robi się nerwowa. Reżyser zaczyna coraz bardziej zaostrzać poczucie zagrożenia i wrogości. Nawet doprowadzając do wrobienia Holmana w morderstwo, żądając wydania go komunistom. Nie mówiąc o zabiciu jednego z członków załogi przez lud, uznający go za zdrajcę. W drugiej połowie akcja zaczyna gęstnieć, gdzie w finale mamy mocne uderzenie w postaci ataku na blokadę morską i ochronę misjonarzy.

Ale jest tu parę pobocznych wątków, które jeszcze dodają kolorytu całej opowieści. Jest para misjonarzy (debiutująca Candice Bergen i Larry Gates), działających na terenie ich. Ona zaczyna – przez krótką chwilę przed wyjazdem – troszkę poznawać Jake’a i może nawet coś zaiskrzy. Pojawia się Po-han (Mako), czyli jeden z tych, co „utrzymuje się za miskę ryżu”, a zostaje protegowanym inżyniera. Do tego stopnia, że pewne oskarżenie zostaje rozstrzygnięte za pomocą pojedynku bokserskiego.

Dla mnie jednak najciekawsza była relacja między jednym z marynarzem, Frenchy’m (przecudowny Richard Attenborough) a młodą dziewczyną do towarzystwa Maily (Marayat Adrienne – pod tym pseudonimem ukrywa się… Emmanuelle Arsan, późniejsza autorka cyklu powieści o Emmanuelle). Najmocniej iskrzy między nimi, jednak problemem są pieniądze – by kupić jej wolność. Tutaj chyba najmocniej wybrzmiewają kwestie zderzeń dwóch światów oraz ceny jaką za taki związek można zapłacić.

Wszystko to jednak na swoich barkach trzyma jeszcze bardziej stonowany Steve McQueen. Jego Holman jest niezbyt rozmowny, ale za to bardzo opanowany (nawet w najbardziej dramatycznych sytuacjach) i bardzo przyziemny. Nie zgrywa bohatera, tylko stara się najlepiej wykonywać swoją pracę. Potrafi jednak wesprzeć przyjaciół (Frenchy, Po-han) i można na nim polegać. Równie w/w Attenborough, Mako czy Adrienne także błyszczą, to jeszcze trzeba wspomnieć Richarda Crennę (tak, pułkownik Trautman zanim poznał Rambo) w roli dowódcy statku. Ten próbuje odnaleźć się w ciągle zmieniającej się sytuacji geopolitycznej i wypada bardzo przekonująco (szczególnie w ostatnich scenach).

Przyznaję, że troszkę obawiałem się tego trzygodzinnego kolosa w starym stylu (ze wstępem muzycznym oraz przerwą w środku). Jednak „Ziarnka piasku” Wise’a potrafiły wessać niczym sztorm statek, choć początek może wydawać się dość ospały. Precyzyjna reżyseria, mocne dialogi, świetna muzyka oraz technikalia. Warto znaleźć i odkurzyć. 

8/10

Radosław Ostrowski

Godzina „W”

Powstanie warszawskie – jak wiele wydarzeń historycznych – stanowił i stanowi materiał dla filmowców. Od „Kanału” Wajdy po „Miasto 44” Komasy, co daje spory rozrzut jakościowy. Inną produkcją poświęconą powstaniu jest telewizyjna „Godzina W” w reżyserii Janusza Morgensterna.

Krótki (nieco ponad godzinę) film oparto na opowiadaniu Jerzego Stefana Stawińskiego – pisarza, scenarzysty oraz jednego z weteranów Powstania. Sama historia jest o wiele bardziej kameralna, wyciszona i nie skupiona na akcji, walce czy batalistyce. Dzieje się wszystko na kilka godzin przed wybuchem, skupiając się na młodych ludziach z oddziału „Czarnego” (Jerzy Gudejko). Jego grupa ma zaatakować niemieckie koszary, razem z drugim plutonem Zabawy. Jednak pojawiają się pewne problemy: nie wszyscy się pojawiają, do tego jeden z żołnierzy jest postrzelony, zaś atak ma odbyć się bez dodatkowego wsparcia. Innymi słowy, grupa idzie na rzeź.

Być może z powodu budżetowych ograniczeń Morgenstern nie pokazuje walki (poza jedną drobną potyczką) i bardziej skupia się na budowaniu atmosfery oczekiwania. Oczekiwania na rozkaz ataku oraz – w końcu! – na wolność. Świat bez łapanek, aresztowań, gestapo, bez Niemców, wreszcie. Czuć ten entuzjazm młodych ludzi oraz silną nadzieję. Że uda się pokonać Szkopów i w jeden dzień ich wykurzyć. Z dzisiejszej perspektywy może i brzmi to bardzo naiwnie (znając finał), jednak nie czuć w tym fałszu. I tym bardziej uderza zakończenie, gdzie chyba powstańcy pierwszy raz zdają sobie sprawę, że nie będzie tak łatwo jak wyobrażali. Odwrotu jednak już nie ma, co dobitnie pokazują ostatnie ujęcia z użycie kilku stopklatek.

Technicznie jest to poprawnie zrobione. Nie ma tu Bóg wie jak imponującej scenografii czy dynamicznej pracy kamery, ale nie można się tu do czego przyczepić. Może do muzyki, która jest niemal żywcem zabrana z serialu „Kolumbowie” (fakt, że odpowiada za nią ten sam kompozytor, ale zgrzyt nadal jest). Zaś wiarygodności dodają mało znani (wtedy) i niezbyt opierzeni aktorzy: Jerzy Gudejko, Ewa Błaszczyk (sanitariuszka Teresa), Jan Piechociński („Jastrząb”), Piotr Łysak (Andrzej) czy Krzysztof Gosztyła („Sęp”). A to tylko część obsady, której nie chce mi się specjalnie wymieniać.

„Godzina W” jest zaledwie drobnym wycinkiem wielkiej historii, jednak Morgenstern ograniczenia potrafi nieźle wykorzystać oraz przekuć na swoją stronę. Bardzo kameralna i może niezbyt widowiskowa, ale bardzo klimatyczna, pozbawiona ciężkich nut martyrologii, tandetnych efektów specjalnych i zadęcia.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wojna

Wojna, wojna nigdy się nie zmienia – tak zaczynała się każda część gier z serii „Fallout”. Wielu filmowców próbowało pokazać czym jest wojna oraz jaki może mieć wpływ na innych ludzi. Były mocarne momenty jak lądowanie w Normandii z „Szeregowca Ryana” czy bieg pod ostrzałem  w  „1917”. Tego do tego grona wojennych filmów dołącza nowe dziecko Alexa Garlanda.

„Warfare” jest współreżyserowane i współnapisane przez Ray Mendozę – byłego żołnierza Navy Seals. Panowie poznali się przy „Civil War”, gdzie Garland reżyserował, zaś Mendoza pełni rolę doradcy technicznego w sprawie militariów. Panowie zaczęli razem pracować nad nowym filmem, który oparty był na jednej z akcji żołnierza podczas wojny w Iraku w 2006 roku. A konkretnie to w Ramadi, kiedy grupa żołnierzy zajęła jeden z domów. I zaczął się atak, doprowadzając do zranienia snajpera, Elliotta. Ekipa musi przetrwać do pojawienia się transportu oraz wyniesienia się stąd, zanim większy liczebnie wróg się do nich dobierze.

Sama historia jest bardzo prosta jak konstrukcja cepa. To jest wręcz kino surwiwalowe, dziejące się niemal w czasie rzeczywistym (poza początkiem), zrealizowane w dokumentalnym stylu. Nie ma tutaj wielkich gwiazd, tylko solidny charakterystyczni aktorzy, których część może być znajoma. Dialogi to niemal w zasadzie rozkazy, komendy, komunikacja z dowództwem. Nie ma tu żadnego tła, bliższego poznania bohaterów, ograniczając się do czynów. Garland z Mendozą przypominają naukowców, którzy obserwują insekty pod mikroskopem, skupiając się na samym zachowaniu w sytuacji ekstremalnej. Nie mniej, nie więcej, bez patosu, bez heroizmu, nawet bez ilustracji muzycznej.

Jedyny moment, gdzie panowie pozwalają sobie na szaleństwo stylistyczne jest moment wysadzenia wozu ratunkowego przez bombę improwizowaną. Wszystko ma taki mocno żółty kolor, a jeszcze bardziej wbija tu DŹWIĘK. Wytłumiony, zaś w kilku chwilach w zasadzie nie ma go w ogóle (udzielanie pomocy medycznej ciężko rannemu Elliotowi). To jeszcze bardziej potęguje poczucie zagrożenia, osaczenia oraz napięcia. Zupełnie jakbym był w samy środku tego chaosu (może poza scenami lotniczymi z drona), pozwalając poczuć to, co inni weterani.

Najbardziej surowy z filmów wojennych, jakie powstały w ostatnich latach. Świetnie zagrany, bardzo prosty w formie, ale też najbardziej immersyjny ze wszystkich tego typu filmów, czego się nie spodziewałem. Jedyna szkoda to fakt, że film ten trafił od razu na platformy streamingowe, bo w kinie zrobiłby jeszcze lepsze wrażenie. Jak (prawie) każda produkcja wojenna.

8/10

Radosław Ostrowski