Eroica. Symfonia bohaterska w dwóch częściach

Andrzej Munk był jednym z tych filmowców, którzy – mimo skromnego dorobku – mieli większy wpływ na polskie kino. Mocno w opozycji do romantycznego spojrzenia na przeszłość w stylu Wajdy, korzystał z ironii, groteski, czasem nawet absurdu. Na wojnę, na przodowników pracy, mitomaństwo i patos – tak było w „Człowieku na torze”, „Zezowatym szczęściu”, tak też jest w przypadku „Eroiki”.

eroica2

Druga kolaboracja Munka ze scenarzystą Jerzym Stefanem Stawińskim pokazuje dwie historie skupione wobec bardzo newralgicznego tematu – bohaterstwa oraz jego sensu. Nie skupiają się jednak na jego efektach, ale raczej pytanie pada o przyczynę Co skłania ludzi do dokonywania czynów uznawanych za heroicznych, nawet jeśli wydają się daremne. Czy robią to dla własnej korzyści, uznania, zaszczytów? A może wskutek pewnych okoliczności, które wyciągają z ludzi cechy, jakie po nich się nie spodziewali? Odpowiedzi nie przychodzą łatwo, sprowokowane przez każdą z dwóch historyjek.

eroica1

Pierwsza dotyczy Dzidziusia Górkiewicza (doskonały Edward Dziewoński) – drobnego cwaniaczka podczas powstania warszawskiego, który dezerteruje z oddziału. Nie nadaje się na żołnierza, bardziej działając w sposób pragmatyczny, odkrywa iż w domu jego żony przebywa węgierski oficer. Okazuje się, że w okolicy stacjonuje oddział Madziarów (dwa bataliony), chcących dołączyć do powstania po stronie Polaków. To jest okazja na potężne wzmocnienie, bo uzbrojenie jest potężne – z działami i bateriami przeciwlotniczymi na czele. Wszystko w rękach dowództwa, ale wojsko jak to wojsko – ma swoje procedury, rozkazy i działa z własną, czasem pojebaną, logiką. Wiele jest tutaj ironicznego humoru oraz zderzenia trzeźwego rozumu cywila z armią, co potrafi doprowadzić do rozbrajających sytuacji jak aresztowanie Dzidziusia przez powstańców w drodze powrotnej. Tutaj jest dużo ciętych dialogów, zaskakująco wiele lekkości, a poważniejsze sceny przebijane są humorem. I finał potrafi zaskoczyć.

eroica3

Druga opowieść to kompletna zmiana klimatu, bo tym razem trafiamy do obozu jenieckiego po upadku powstania. Towarzyszymy dwóm młodym oficerom – porucznikowi Kurzawie (bardzo solidny Józef Nowak) oraz podporucznikowi Szpakowskiemu (porządny Roman Kłosowski). Obaj trafiają do baraku, gdzie przebywają jedni z pierwszych jeńców. W miejscu budowany jest mit porucznika Zawistowskiego – jedynego oficera, któremu udało się dokonać ucieczki z obozu. Wspominany jak bohater, traktowany niczym ikona, działa niczym wsparcie i pozwala w miarę funkcjonować na obcym gruncie. Ale to wszystko okazuje się jednym wielkim kłamstwem – Zawistowski tak naprawdę ukrywa się w przewodzie wentylacyjnym nad łazienką. Przypadkowo odkrywa to Kurzawa, lecz zachowuje to w tajemnicy. Tutaj też dochodzi do zderzenia postaw – nowi oficerowie traktują oflag jako miejsce na wypoczynek, bez bawienia się w szkolenie wojskowe czy dalszą walkę na wojnie. Tą drugą postawę reprezentuje porucznik Korwin-Makowski (debiutujący Mariusz Dmochowski) oraz przytakujący mu Dąbecki (stonowany Bogumił Kobiela).

eroica4

Oprócz nich jeszcze są nawiedzony religijnie porucznik Marianek (Wojciech Siemion), śpiący w dzień podporucznik Turek (debiutujący Kazimierz Rudzki) oraz mający sporo waluty hazardzista porucznik Krygier (Henryk Bąk). Jest też bardzo zdystansowany od wszystkich porucznik Żak (Józef Kostecki). Tutaj atmosfera jest cięższa, zaś dialogi są o wiele bardziej refleksyjne, zmuszając do zastanowienia na temat patriotyzmu, wojskowości czy tworzeniu legendy. I muszę przyznać, że ta historia mnie bardziej złapała.

Te dwie historie pokazują duży dystans Munka wobec historycznych wydarzeń, bohaterstwa i bohaterszczyzny. „Eroica” ma wiele ironii, złośliwości i dystansu, pozwalając pokazać wydarzenia w bardziej przyziemny, wręcz realistyczny sposób. Z humorem, ale także gorzką refleksją, co nie jest łatwe do osiągnięcia. Mocna rzecz mimo lat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mistrz

Połączenie kina sportowego z realiami wojennymi brzmi jak coś szalonego. Ale jest to możliwe do zrealizowania, jeśli trzyma się reguł gry, a stawka jest wysoka i namacalna. Takie zadanie postawił sobie debiutujący reżyser Maciej Barczewski w „Mistrzu”. Co pchnęło profesora prawa do podążania ścieżką filmowca jest dla mnie tajemnicą.

mistrz (2020)4

Tytułowym mistrzem jest przedwojenny pięściarz Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski o aparycji Piotra Głowackiego. To jeden z pierwszych więźniów obozu koncentracyjnego Auschwitz, więc łatwo nie będzie. Praca fizyczna, której celem jest łamanie więźniów, by walczyli między sobą o każdy kawałek jedzenia. Przetrwanie staje się głównym celem, więc nasz bokser nie zgrywa twardziela. Ale wbrew sobie przez kapo prezentuje swoje umiejętności jako pięściarz. I to zwraca uwagę jednego z oficerów obozu, który razem z komendantem decyduje się organizować walki na ringu z Pietrzykowskim ku rozrywce dla niemieckich oficerów.

mistrz (2020)3

Brzmi aż za bardzo znajomo? Reżyser chyba zdawał sobie z tego sprawę i skupia się przede wszystkim na walce Teddy’ego. Początkowo – jak każdemu więźniowi – chodzi tylko o przetrwanie, mimo że na pierwszym apelu więźniowie są pozbawieni złudzeń, co do szans na wyjście stąd żywym. „Jedyne wyjście prowadzi przez komin krematorium” – tak mówi Raportfuhrer (zaskakujący Grzegorz Małecki), a szansy na ucieczkę praktycznie nie ma. I to poczucie beznadziei udaje się pokazać, choć ten obrazy (egzekucje, kąpiel i głosy umierających w tle) znałem i widziałem wielokrotnie. Jednak tutaj liczą się dwie rzeczy: walki Pietrzykowskiego z innymi więźniami oraz budowana relacja boksera z młodym współwięźniem – chłopcem o imieniu Janek (Jan Szydłowski).

mistrz (2020)2

Absolutnie błyszczy ten film dzięki rewelacyjnym zdjęciom Witolda Płóciennika, które pomagają w budowaniu brudnego, nieprzyjemnego klimatu. Ale także dzięki nim sceny walk są tak czytelne i pełne dynamiki. Nie są statyczne, gdzie kamera stoi w miejscu lub się delikatnie oddala, lecz niemal krąży wokół naszego bohatera, a montaż podnosi adrenalinę. A także sam Głowacki jest rewelacyjny w roli Pietrzykowskiego, głównie używając mowy ciała i pokazując wielką siłę ukrytą w drobnym ciele.

mistrz (2020)1

Ale „Mistrz” ma swoje problemy. Po pierwsze, jest bardzo skrótowy w pokazaniu życia obozowego jak i życiorysu Pietrzykowskiego. Czułem się jakby to był wstęp do większej, ciekawszej historii, urwanej w teoretycznie najciekawszym momencie. Po drugie, w zasadzie nie istnieje tutaj drugi plan, zepchnięty do bycia bezbarwną masą ze znanymi twarzami. Jedyną bardzo wyraziście zarysowaną postacią jest Raportfuhrer grany przez Małeckiego – pozornie jego twarz wydaje się obojętna, ale pod nią potrafi się skryć więcej emocji niż się wydaje. Bardzo zaskakująca kreacja w dorobku tego aktora. No i troszkę dużo chleba tam dają w tym Auschwitz.

Niemniej nie mogę powiedzieć, że „Mistrz” Bartkowskiego to absolutny niewypał, gdyż okazuje się być solidnym kinem gatunkowym ze wspaniałą rolą Głowackiego, który podnosi całość na wyższy poziom. Jednak nie mogę się pozbyć poczucia nie do końca wykorzystanego potencjału i chciałoby się więcej wyciągnąć z tej historii.

7/10

Radosław Ostrowski

The Liberator

Do tej pory pamiętam jakie piorunujące wrażenie zrobiła na mnie „Kompania braci”, opisująca bojowy szlak amerykańskiej kompanii podczas II wojny światowej. Mówiono o tej produkcji HBO, że to odcinkowy „Szeregowiec Ryan”. Później jeszcze powstał „Pacyfik” o walkach po drugiej stronie Atlantyku, ale nie zrobił już takiego wrażenia. Niemniej powstała jeszcze filmy i serialem z walką przeciw nazistom, a w zeszłym roku Netflix pokazał „The Liberatora”.

the liberator2

Ten mini-serial oparto na prawdziwych wydarzeniach kompanii 157 Pułku Piechoty dowodzonej przez Felixa Sparksa, spisanych w książce Alexa Kershawa. Poznajemy szlak bojowy od Sycylii do wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Dachau, mając do dyspozycji tylko 4 odcinki. Jest to wspólne dzieło scenarzysty Jeba Stuarta („Szklana pułapka”, „Ścigany”) oraz reżysera Grzegorza Jonkajtisa. Planowany jako wysokobudżetowa produkcja wojenna, ostatecznie jednak „Liberator” został… animacją rotoskopową. I powiem, że sam styl kreski troszkę wydaje się komiksowy, co może wiele osób odrzucić, mnie się podobał, w żaden sposób nie wybijając z rytmu.

the liberator4

Co najbardziej mnie zaskoczyło, jak animacja współgra z resztą warstwy wizualnej. Trudno się przyczepić zarówno do scenografii (nawet jeśli detale bywają rozmyte w tle), wojskowego sprzętu czy warunków atmosferycznych. To wszystko pomaga w budowaniu mrocznego klimatu, pełnego brudu, przemocy i nieobliczalnej śmierci. Która może sięgnąć każdego i wszędzie. A i sami żołnierze to wariacka mieszanka: Meksykanie, Indianie, rednecki, potomkowie Strażników Teksasu. Ten tygiel powinien doprowadzić do wzajemnego wyniszczenia żołnierzy, którzy przed walką byli traktowani jako gorsi, bez szans na osiągnięcie czegokolwiek. I to jak udaje się stworzyć sprawnie działający zespół jest bardzo imponujące.

the liberator1

Po drodze dochodzi do śmierci, ofiar oraz nowej, świeżej krwi bez doświadczenia, co może dezorientować podczas seansu. Niemniej twórcy dają każdej ze scen śmierci czy dramatycznej walki swój odpowiedni ciężar emocjonalny. Nieważne, czy mówimy o utrzymaniu drogi do Anzio, próbie przejścia przez góry zakończonej zasadzce Niemców, czy wreszcie wyzwoleniu obozu koncentracyjnego i dokonanym samosądzie na niemieckich żołnierzach tam przebywających. Bez pokazywania wnętrzności i flaków, ale nadal jest to brutalne.

the liberator3

Muszę przyznać, że choć „Liberator” wyzwolił we mnie pozytywne skojarzenia z „Kompanią braci”, nie jest pozbawiony wad. Cztery odcinki to dla mnie troszkę mało, zaś sama fabuła bywa prowadzona bardzo skokowo. Momenty batalistyczne przeplatane są drobnymi epizodami, które czasami wydawały mi się zapychaczami. Zaskoczyło mnie za to parę scen pokazanych z perspektywy niemieckich żołnierzy, co pozwala szerzej spojrzeć na ten konflikt i to jest mały plusik. Tak jak udział mniej rozpoznawalnych aktorów (także z Polski). Nawet te drobiazgi nie odebrały w czerpaniu przyjemności z oglądania „Liberatora”, ale chciałoby się więcej wycisnąć.

7/10

Radosław Ostrowski

Pożegnanie z Marią

Warszawa okupowana przez Niemców. Wszystko toczy się wokół wesela, gdzie przebywają przyjaciele. Jednym z gości weselnych jest poeta Tadeusz razem ze swoją dziewczyną Marią. On pracuje u kierownika magazynu, gdzie handluje się cementem oraz innymi materiałami budowlanymi. Cały spokój zostaje zburzony, kiedy na wesele przybywa ukrywająca się Żydówka Sara oraz granatowy policjant.

pozegnanie z maria1

Przeniesienie na ekran opowiadań Tadeusza Borowskiego nie należy do łatwych. Akcji jako takiej nie było, za to dużo obserwacji ludzkich zachowań. Taka oszczędna forma wymaga troszkę innego podejścia, co postanowił zrobić w 1993 roku debiutant. Patrząc na ostatnie filmy Filipa Zylbera jakoś trudno poznać tego twórcę i porównać ostatnie chały. „Pożegnanie z Marią” jest bardzo kameralnym dramatem, gdzie wojna początkowo jest gdzieś tam daleko. Czysty surrealizm. Z jednej strony radość i impreza, z drugiej gdzieś w tle Niemcy, łapanki oraz getto. Ukrywanie Żydów, handel na lewo z Niemcami, młodzi ludzie, granatowy policjant i starsza pani, czekająca na córkę oraz zięcia. Wszystko takie pozornie spokojne, z refleksyjnymi dialogami oraz sugestywnie opowiedzianym życiem po drugiej stronie muru. No i ze sporą ilością slow-motion, mającym dodać chyba takiego bardziej poetyckiego klimatu. Tego ostatniego akurat się nie spodziewałem.

pozegnanie z maria2

Co jeszcze bardziej zaskakuje, to bogato zarysowane postacie. Nawet drobne epizody sklepikarza pośredniczącego w kupnie mieszkań dla Żydów czy woźnicy produkującego bimber mają więcej niż parę linijek dialogu stając się wyrazistymi osobami. A wszystko pokazane w kontraście między wojną a weselem. Radość miesza się z brutalnym, okrutnym światem, gdzie normalnością jest śmierć, łapanki, Niemcy. W tle gdzieś pojawia się nienawiść do Żydów, a nawet wypowiadana radość, że po ich zniknięciu będzie porządek. I jak w tej nienormalności żyć, kochać, być? Te pytania padają między wierszami, prowadząc do dramatycznego finału.

I jeszcze jedna rzecz rzuciła mi się w oczy (bo w uszach pięknie grała muzyka Tomasza Stańki, a i dźwięk jest wyraźny, przez co dialogi słychać bez problemu): kilka razy się zdarzyło, że pokazywano to samo ujęcie dwa lub trzy razy, ale z innej perspektywy. Wydawało mi się to dezorientujące, a nawet zbędne. Nie wiem, czemu to miało służyć, tak samo jak slow-motion.

pozegnanie z maria3

Muszę jednak za to przyznać, że jest to fantastycznie zagrany film. Ile tu jest młodych, wówczas zapowiadających się aktorów jak Marek Bukowski (Tadek), Agnieszka Wagner (Maria) czy Katarzyna Jamróz (Sara). Każde z nich wykonuje swoją robotę fenomenalnie, nawet nie mówiąc nic. Warto jeszcze z tej młodej ekipy wyróżnić Rafała Królikowskiego jako skrzypka. A drugi plan tutaj kradną dla siebie Sławomir Orzechowski (granatowy policjant Cieślik) oraz Danuta Szaflarska (doktorowa), tworząc bardzo zniuansowane, choć pozornie wycofane. Dla mnie mistrzostwo świata.

Aż jestem zdumiony, że po tym debiucie Filip Zylber kolejnymi filmami nie zbliżył się do tego poziomu. Blisko był „Egzekutorem” z 1999 roku, ale potem to już były albo produkcje serialowe, albo tzw. komedie romantyczne. A ten poetycki, bardzo skromny film o życiu podczas wojny przepadł zapomniany. Moim zdaniem, niesłusznie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wołyń

Jeśli oglądasz film Wojciecha Smarzowskiego, możesz być pewny dwóch rzeczy. Po pierwsze, nie będziesz się czuł wygodnie, a nawet będziesz chciał odwrócić wzrok. Bo jego kino to jak przeglądanie się w lustrze, gdzie w odbiciu widać wszystkie demony otaczające naszą duszę. Po drugie, choćbyś nie wiem jak próbował, nie zapomnisz tego, co zobaczysz. Nie idzie na kompromisy, nie daje łatwych odpowiedzi, ani nie poucza. Lecz – niczym Mariusz Max Kolonko – pokazuje jak jest. Nie inaczej było z jednym z najbardziej oczekiwanych filmów roku 2016 „Wołyń”.

O samej rzezi wołyńskiej pewnie wielu słyszało. Był rok 1943, kiedy to żołnierze Ukraińskiej Powstańczej Armii w imię nacjonalistycznej ideologii wymordowali Polaków. Ci zaś postanowili wziąć odwet na Ukraińcach, doprowadzając do nieskończonej spirali przemocy. Jak mogło do tego dojść? Reżyser zaczyna swoją opowieść w 1939 roku, gdy wojna jeszcze się nie zbliżała w te rejony. Spokój jednak wydaje się pozorny, zaś zgoda między Polakami a Ukraińcami podszyta nieufnością. Wkraczamy do tego świata, będąc na weselu Heleny Głowackiej i Wasyla Huka. Wszystko przebiega bardzo spokojnie, wszystko wydaje się radosne jak nigdy, zaś rodzice Polki planują hajtnąć jeszcze jedną córkę, Zosię. Dziewczyna podkochuje się w ukraińskim chłopaku, jednak ojciec swata ją z owdowiałym sołtysem, Maciejem Skibą. do ślubu dochodzi, ale potem wybucha wojna i zmienia wszystko.

Reżyser pozornie wydaje się robić tygiel, gdzie narracja jest skrótowa, parokrotnie skupiając się na innych postaciach. Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Niemcy, Sowieci – to wszystko się miesza, a dwie ostatnie strony podsycają mocno zakorzenione antagonizmy. Gdzie Polacy są niejako „panami”, bardziej uprzywilejowani wypierają kulturę oraz obyczaje Ukraińców, ograniczonych do roli chłopów, „sług” na swoim terenie. Pojawienie się trzeciej strony dla nich zostaje wykorzystane jako szansa na stworzenie własnego państwa, a nacjonalistyczne zapędy doprowadzają do spirali przemocy. Ta doprowadza do odwetu, zalewając tereny Kresów krwią. Miłość miesza się z nienawiścią, zaś wszystko pokazane w bardzo zdystansowany sposób.

Smarzowski nie boi się pokazać krwawej jatki oraz masy trupów, jednak nie epatuje oraz nie szczuje nią tylko po to, by zszokować. Niemniej poczucie przeżywania piekła razem z bohaterami jest bardzo namacalne, a śmierć (jak i ocalenie) może pojawić się z każdej, najmniej spodziewanej strony. To poczucie niepokoju podkręca typowy dla tego twórcy rwany montaż oraz nieprzyjemna muzyka Mikołaja Trzaski. Ale jednocześnie zachowuje dystans, przez co unika prostego podziału na dobrych Polaków, będących ofiarami oraz żądnych krwi i zemsty Ukraińców. Bo w sytuacjach ekstremalnych podział na narodowości przestaje mieć znaczenie, a liczy się tylko charakter i – chyba nawet bardziej – wola przetrwania. A to nie jest zbyt częsta perspektywa pokazywana w kinie, co zasługuje na uznanie.

I to wszystko jest bardzo sugestywnie zagrane. Zarówno od sprawdzonych aktorów Smarzola (tutaj najbardziej wybija się Arkadiusz Jakubik oraz Jacek Braciak), ale też mniej znanych twarzy, które miały udźwignąć całość. Takie zadanie otrzymała debiutująca Michalina Łabacz jako Zosia, która z młodej dziewczyny musi stać się zaradną, sprytną oraz gwałtownie dojrzewającą kobietą. Jej upór, przerażenie oraz próba zachowania zimnej krwi pokazana jest bezbłędnie, nie odrywając od niej oczu. Także aktorzy ukraińscy wypadają bardzo dobrze (tutaj wyróżnia się Roman Skorovskij jako nowy, śliski sołtys Szuma) oraz jest wiele drobnych, lecz niezapomnianych epizodów.

Dla mnie „Wołyń” to najlepszy film w karierze Smarzowskiego. Pozornie taki jak zawsze, czyli brudny, mocny, bezkompromisowy, ale zaskakująco stonowany, nie epatujący nachalnie przemocą. I jednocześnie – tak jak „Róża” – pokazuje bezwzględne koleje Historii, nie liczącej się z nikim i niczym.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Szpital Przemienienia

Dla wielu osób nazwisko Stanisława Lema jednoznacznie kojarzy się z fantastyką naukową. Jednak nawet ten autor realizował kilka książek spoza tego gatunku, co wielu mogło wywołać konsternację. Tak było choćby z napisanym w 1948, a wydanym w 1955 „Szpitalem Przemienienia”. Powieść osadzona jesienią 1939 roku była osadzona w szpitalu psychiatrycznym pod Krakowem, gdzie trafia młody lekarz Stefan. Idealista zostaje zderzony z postawami bardziej doświadczonych kolegów: wycofanego dyrektora, surowego i szorstkiego Rygiera, stosującego interwencję chirurgiczną Kautersa i traktującego chorobę psychiczną jako manię Marglewskiego. Sytuacja staje się coraz bardziej niepewna i spokój w każdej chwili może zostać przerwany. Co zrobią Niemcy z pacjentami jak i samym szpitalem oraz co zrobić?

Już sam opis mógłby sugerować refleksyjno-filozoficzne kino, a osoba reżysera Edwarda Żebrowskiego wpisuje film w nurt kina moralnego niepokoju. Akcji jako takiej nie ma, skupiając się na dylematach młodego lekarza i zderzeniu różnych postaw. Pacjent jest tutaj niemal przedmiotowo, traktowany przez lekarzy z dystansem. Czy to jako obiekt badawczy, któremu słowu nie można ufać i można w zasadzie zrobić z nim co się chce. Bo – cytując pielęgniarza – „To nie jest człowiek, to wariat”. Osoba niedostosowana do tzw. społecznych norm (czymkolwiek one są), potencjalny geniusz czy po prostu człowiek urodzony z zaburzeniem, wadą genetyczną albo nieznaną dolegliwością. Coraz bardziej zaczynamy widzieć pewną frustrację oraz zmęczenie młodego lekarza, którego idealistyczne podejście (przede wszystkim służyć pomocy i nie szkodzić) zostaje skonfrontowane z resztą personelu. Obserwując lekarzy można odnieść wrażenie, że są równie szaleni, co poddani w ich opiekę pacjenci. No i jeszcze jest wojna – niby daleko w tle, jakby oddalona od szpitala. Ta jednak jest bardzo bezwzględna, tak samo jak lekarze postawieni przed najbardziej dramatyczną próbą.

Zarówno film, jak i powieść odnoszą się do akcji T4, podczas której Niemcy w czasie II wojny światowej dokonali „eliminacji życia niewartego życia”. Innymi słowy, chodziło o zabijanie ludzi chorych psychicznie, niepoczytalnych, schizofreników, niepełnosprawnych oraz zaburzonych. Akcja ta miała charakter półjawny, a ilość ofiar jest trudna do oszacowania (nieoficjalnie mówi się o około 200 tysiącach ludzi). Lekarze domyślając się jedynie losów pacjentów zostają wystawieni na próbę, od której mogłoby zależeć ich życie. Co zrobią, uciekną, zostaną czy będą próbowali paktować?

Film Żebrowskiego broni się jako pole dyskusji do etycznych dylematów w czasie ostatecznym. Momenty, gdy lekarze prowadzą ze sobą rozmowy wciągnęły mnie najbardziej. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia pewnej teatralności, przez co potrafiło mnie znużyć tempo. Choć jest kilka mocnych scen (elektrowstrząsy czy nieudana operacja pacjenta z rakiem mózgu), najbardziej jednak zapada w pamięć finał. Czarno-biała taśma, nerwowa praca kamery oraz bardzo chłodnie pokazywane zabijanie. Bez litości, bez czekania, a w tle słychać odgłosy ludzi idących na śmierć. Takich scen nie da się zapomnieć, tak jak fantastycznego aktorstwa. Mających takich gigantów jak Henryk Bista, Gustaw Holoubek, Zbigniew Zapasiewicz czy Wojciech Pszoniak nie można było tego spieprzyć. I to oni są najmocniejszym punktem tego filmu.

Zaś mimo lat „Szpital…” pozostaje mocnym, poważnym moralitetem o odpowiedzialności za ludzkie życie oraz trzymaniu się zasad w sytuacji ekstremalnej. Choć wielu może znudzić, to jest wiele mocnych dialogów, zaś finał jest czymś niezapomnianym.

7/10

Radosław Ostrowski

Świadectwo urodzenia

Wydaje się, że o wojnie powiedziano już tysiące rzeczy i nie da się niczym zaskoczyć, zszokować czy przerazić. Ale jeszcze bardziej zaskakuje mnie fakt, iż mimo wielu lat wiele starszych produkcji potrafi uderzyć oraz porazić swoją siłą. Taki jest nakręcony w 1961 roku film Stanisława Różewicza „Świadectwo urodzenia”.

Napisany wspólnie z bratem Tadeuszem film składa się z trzech historii, gdzie obserwujemy wojnę oczami najbardziej bezbronnych osób: dzieci. Każda historia toczy się w innym czasie, kiedy działania wojenne już trwają. Ale nie spodziewajcie się pokazania walki, żołnierzy, okopów czy tego typu rzeczy. Reżyser pokazuje wszystko w bardzo oszczędny, stonowany, rzadko korzystając z dialogów. Wiele rzeczy opowiedziane jest samymi zdjęciami czy scenkami rodzajowymi. I to wystarczy, żeby każda z historii potrafiła uderzyć między oczy. Tak samo jak zakończenia, sprawiające wrażenie urwanych w najważniejszym momencie.

Pierwsza historia opowiada o dwóch zagubionych osobach, które trafiają na siebie przypadkiem podczas kampanii wrześniowej. Janek (świetny Henryk Hryniewicz) to warszawiak, szukający swojej matki oraz siostry, z kolei Józef (znakomity Wojciech Siemion) jest chłopem, poborowym wożący wojskową kancelarię i oddzielony od reszty oddziału. Ten duet powoli przechodzi przez wsie oraz miejscowości, coraz bardziej tracąc nadzieję na odnalezienie innych, a także dostrzegając wielkie spustoszenie dokonywane przez Niemców. Wyniszczone budynki, opustoszałe wsie, pozostawione działa – takie obrazy potrafią zrobić mocne wrażenie.

Nie inaczej jest z drugą historią osadzoną w 1941 roku, tym razem w mieście, skupiając się na najstarszym z trzech braci. Zbyszek (przekonujący Edward Mincer) stara się utrzymać rodzinę, kiedy matka jest na wsi, a ojciec w obozie jenieckim. Ta historia wydaje się skupiona na hołdzie ojca, obrazowanym przez czyszczenie jego butów oraz dbaniu o resztę ubrań. Sam widok ludzi stojących w obozu jest porażający, a decyzja o oddaniu butów zbiegłemu rosyjskiemu żołnierzowi może wydawać się dziwna. Jednak najbardziej uderzają ostatnie sceny, gdzie widzimy obóz kompletnie opustoszały. Więcej mówić nie trzeba.

No i jest trzecia, najmocniejsza opowieść o dziewczynce (najlepsza z dziecięcej obsady Beata Barszczewska), która przeżyła likwidację żydowskiego getta. Początek tej historii przez kilka dobrych minut jest pozbawiony słów, zaś na ekranie widzimy tylko podniszczony budynek, puste, zdemolowane pokoje, a w tle jakieś rozmowy, strzał. Mirka jako jedyna ocalona za każdym razem musi się pilnować, bo zagrożeniem może być każda spotkana osoba. Czy to dziecko, czy dorosły mężczyzna w pociągu, zaś każde miejsce nie wydaje się bezpieczne. I kiedy już wydaje się, że w sierocińcu już będzie dobrze, że zapanuje spokój, Różewicz robi to samo, co w poprzednich nowelach. Brutalnie przypomina, że to jest wojna, bezwzględnie nielicząca się z niczym, pozbawiająca niemal każdej nadziei, gasząc ją bezlitośnie. Inspekcja oficerów gestapo trzyma za gardło, a jej zawieszony finał jest jak cios zawodowego boksera w walce z amatorem.

Takie jest całe „Świadectwo urodzenia” – pozornie stonowany, wyciszony, ale emocje potrafią eksplodować jak po uderzeniu bomby. Różewicz w sposób subtelny oraz bez wielkich scen, wielkich słów oraz patosu pokazuje wojenną grozę tak sugestywnie, że aż trudno w to uwierzyć. 60 lat na karku, a nadal ma siłę rażenia. Nie wiem, co mogę więcej powiedzieć.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wolne miasto

Wolne Miasto Gdańsk było tworem powstałym po zakończeniu I wojny światowej. Państwo-miasto podlegające Lidze Narodów jednak po objęciu władzy w Niemczech przez Adolfa Hitlera sytuacja stała się w nim bardzo napięta. Wyczuwa się w powietrzu napięcie między Polakami a Niemcami, wręcz parcie do konfrontacji. I to w tym mieście doszło do jednego z pierwszych starć II wojny światowej, czyli obrony Poczty Polskiej w Gdańsku. O tym epizodzie postanowił opowiedzieć Stanisław Różewicz i to w roku 1958.

„Wolne miasto” zrobione jest w tym samym stylu, co późniejsze „Westerplatte”. Innymi słowy jest to paradokumentalna historia skupiona na grupce postaci. Pracownikach poczty, różnych pod względem wieku, zderzonych z nieprzyjemnie nastawionymi do nich obywatelami niemieckimi. W szczególności tych, co nosili uniformy oraz byli zafascynowani ideologią nazistowską. Oprócz naczelnika oraz jego zastępcy do urzędu trafia pochodzący z Warszawy Konrad. Nie wiadomo czym się zajmuje, ale spodziewa się najgorszego i chce przygotować budynek do potencjalnego ataku. Ten następuje 1 września, a pracownicy są zbrojeni w karabiny, granaty oraz broń maszynową. Jednak w starciu z niemiecką armią nie mają zbyt wiele szans.

Sam film można podzielić na trzy części. W pierwszej Różewicz obserwuje ostatnie dni przed wojną, by pokazać nastroje w mieście. Co najbardziej zaskakuje, reżyser nie pokazuje Niemców tylko w sposób negatywny, pełnych nienawiści czy wrogości. To są drobne epizody, ale przełamują zero-jedynkowe stereotypy. Bardziej to przypomina dokument, z kilkoma obyczajowymi scenkami, bez jakiejś konkretnej fabuły. To, że jest to tak bardzo przyziemne oraz bez nachalnej propagandowej agitki (a to jest końcówka lat 50.) wprawia mnie w konsternację. Równie zaskakuje przywiązanie do szczegółów – Niemcy mówią po niemiecku, sprzęt oraz uzbrojenie – a także bardzo surowa wręcz forma. Atak na pocztę pokazany jest niemal zgodnie z faktami (nie widzimy ucieczki kilku osób), zaś oszczędnie pokazana przemoc robi mocne wrażenie. No i oszczędnie pokazany finał, pozbawiony nadziei, gorzki, bez podniosłych mów i patosu. Tak samo udział mniej znanych twarzy, które dopiero z czasem miały zabłysnąć (m.in. Jan Machulski czy Piotr Fronczewski).

„Wolne miasto” reklamowano jako pierwszy polski film o wrześniu ‘39. I tak samo jak późniejsze „Westerplatte” unika zabawy w agitkę, skupiając się na odtworzeniu pierwszej konfrontacji z nazistowskimi Niemcami. Surowe, niemal dokumentalne, ale szczere, poruszające oraz angażujące.

8/10

Radosław Ostrowski

Westerplatte

Westerplatte – posterunek polskiej składnicy na Półwyspie Helskim, gdzie miało dojść do pierwszego starcia II wojny światowej. Choć dzisiaj wiemy, że tutaj nie padły pierwsze strzały ani bomby (ten “splendor” trafił na Wieluń), jednak to o tym starciu powstawały utwory, stało się symbolem bohaterstwa oraz uporu. Także filmowcy postanowili podjąć ten temat, a pierwszym był Stanisław Różewicz.

Reżyser stawia tutaj na bohatera zbiorowego, czyli żołnierzy załogi kierowanych przez majora Sucharskiego. Scenariusz oparto na dzienniku dowódcy, gdzie nie wszystko zostało powiedziane i napisane jak choćby załamanie nerwowe Sucharskiego czy dezercja kilku żołnierzy. Jednak muszę przyznać, że twórcy nie stawiają pomnika z brązu, czyniąc z żołnierzy niezłomnych wojaków, gotowych umrzeć z Bogiem w ustach oraz karabinem w ręku. Początkowy optymizm oraz nadzieja z czasem zaczynają ustępować zmęczeniu, bezsilności i beznadziei. Amunicja się kurczy, tak samo granaty, przybywa rannych, a pomocy praktycznie nie ma. Wszystko pokazane bez patosu, choć nie brakuje tutaj momentów heroizmu przeplatanych ze strachem oraz ciągłym poczuciem zagrożenia. Klimat się zmienia jak w kalejdoskopie, co dodaje pewnego realizmu, tak samo jak paradokumentalna forma. Czarno-białe zdjęcia, trzęsąca się kamera podczas każdego wybuchu, brak muzyki (tylko w czołówce oraz napisach końcowych), epizodyczna narracja. Przeskakujemy z jednego miejsca na drugie, co potęguje chaos, dezorientację oraz nieustanne poczucie niepewności.

Jeszcze bardziej Różewicz stawia ważne pytanie, które wynika ze zderzenia dwóch postaw. Pierwszą, rozważną reprezentuje major Sucharski (fantastyczny Zygmunt Hubner), chcący walczyć tak długo, jak będzie to miało sens. Inne zdanie ma jego zastępca, kapitan Dąbrowski (równie mocny Arkadiusz Bazak), bardziej romantyk. Ten facet dostrzega jakim symbolem dla kraju staje się Westerplatte, więc walczyć trzeba do ostatniej kropli krwi. Spór wydaje się nie do rozstrzygnięcia, a pytanie o sens oraz granicę poświęcenia wybrzmiewa najmocniej. I to czyni film Różewicza bardziej aktualnym niż cokolwiek innego, choć nie można odrzucić przywiązania do szczegółów czy imponującej, coraz bardziej niszczonej scenografii.

Muszę przyznać, że mimo lat “Westerplatte” pozostaje bardzo mocnym i bardzo dobrym filmem wojennym. Bez popadania w patos, z bardzo uniwersalnymi pytaniami o sens walki w ekstremalnych warunkach, z przeważającymi siłami wroga. Przekonująca rekonstrukcja wydarzeń, co w czasach produkcji nie było powszechne.

8/10

Radosław Ostrowski

Misja Greyhound

Ten film miał trafić do kin, ale pandemia koronawirusa wywróciła plany dystrybutorów oraz producentów do góry nogami. Tak było w przypadku filmu “Misja Greyhound”, której premiera planowana na czerwiec nie doszło do skutku. Studio Sony sprzedało prawa do dystrybucji platformie Apple Tv+, a szkoda, bo film mógł nieźle zarobić i przyciągnąć tłumy fanów kina marynistycznego.

Tytułowy Greyhound to kryptonim niszczyciela USS Kealing pod wodzą kapitana Ernesta Krause. Kapitan razem z dwoma brytyjskimi niszczycielami zabezpiecza konwój statków płynących do Wielkiej Brytanii. Załogi są zabezpieczane przez wsparcie lotnicze po obu stronach Atlantyku. Jednak kiedy znajdują się w Grzbiecie Śródaltantyckim, marynarze są zdani tylko na siebie, a do celu mają ponad 50 godzin. By nie było tak łatwo na morzu pojawiają się U-Booty, które mają tylko jeden cel: zatopić wszystkie okręty.

Film oparty jest na prawdziwych wydarzeniach, choć nazwy okrętów oraz nazwiska postaci zostały zmienione. Reżyser Aaron Schneider niejako rzuca nas w sam środek wydarzeń, gdy okręty już wypłynęły, a towarzyszące im samoloty wracają. I powoli odpalany jest łańcuch wydarzeń, który zmieni się w walkę na śmierć i życie. Nie poznajemy załogi ani samego dowódcy (poza prologiem), praktycznie cały czas będąc na morzu. Zagrożenie morze pojawić się praktycznie z każdej strony, a los  zależy zarówno od decyzyjności dowódcy, jak i działania całej załogi: od oficerów przez strzelców po speca od radaru. Byli szkoleni do takich akcji mnóstwo razy, a jeden błąd może skończyć się klęską. Akcja jest tak intensywna, że dowódca nie ma nawet czasu zjeść ani wypić kawy. Nawet gdy pojawia się chwila spokoju (scena pogrzebu), jest ona bardzo gwałtownie przerywana meldunkiem. Czy to o wystrzelonej flarze, petardzie czy informacji od innego niszczyciela. Ta adrenalina będzie nam towarzyszyć niemal do samego końca, przez co nie ma tutaj miejsca na nudę. A to była dla mnie największa niespodzianka tego filmu, obok rzadko obecnego tutaj patosu.

Dla wielu problemem może być fakt, że bohaterowie posługują się bardzo fachowym językiem, niezrozumiałym dla takich szczurów lądowych jak ja. Na szczęście nie boli to tak bardzo, ale większym problemem może być anonimowość załogi. Poza kapitanem (świetny jak zawsze Tom Hanks) jest to spora masa, nawet jeśli mająca jakieś personalia, nie poznajemy ich. Zupełnie jak w przypadku “Dunkierki”, gdzie więcej mają o nich mówić ich czyny niż słowa i – podobno – nie daje to zbyt wielu emocji. Z tym ostatnim się nie zgodzę, a inspiracją dla reżysera zamiast filmu Christophera Nolana była… ostatnia część “Mad Maxa”.

“Greyhound” może i trwa tylko półtorej godziny, ale to prawdopodobnie najbardziej intensywne półtorej godziny tego roku. Film trzyma za twarz, podkręcają adrenalinę świetnymi scenami akcji oraz impulsywną muzyką. Dawno film osadzony w realiach II wojny światowej nie grał tam mocno suspensem.

7/10

Radosław Ostrowski