Werdykt

Jim Sheridan był jednym z najbardziej rozpoznawalnych irlandzkich reżyserów końca XX wieku, co jest zasługą takich filmów jak „Moja lewa stopa” czy „W imię ojca”. Jednak w ostatnim czasie jego produkcje przeszły bez dużego rozgłosu jak na początku kariery. Po latach posuchy powraca z dramatem sądowym, który mocno inspiruje się „Dwunastoma gniewnymi ludźmi”.

Współtworzony przez Davida Merrimana „Werdykt” oparty jest na jednej z najgłośniejszych zbrodni w historii Irlandii. A dokładniej chodzi o morderstwo francuskiej producentki filmowej, Sophie Tuscan du Plantier, popełnionej w okolicy jej domu oddalonym od miasteczka Schull w południowo-zachodniej części Irlandii pod koniec roku 1996. Podejrzanym był dziennikarz Ian Bailey (Colm Meaney), który miał dzień wcześniej śledzić kobietę, był kilkukrotnie aresztowany za przemoc domową i pojawił się jako pierwszy na miejscu zbrodni. Miał też parokrotnie przyznać się do winy. Dla francuskiego wymiaru sprawiedliwości były to na tyle mocne poszlaki, że pismak został zaocznie skazany na 25 lat więzienia w 2019 roku. Jednak Irlandia nie zdecydowała się na wykonanie ekstradycji podejrzanego do Francji. Tyle tła i wstępu do tego filmu.

Sheridan pokazuje fikcyjny proces Baileya pokazując, co by się stało, gdyby Irlandia zdecydowała się dokonać ekstradycji oskarżonego do Francji. Akcja dzieje się już pod koniec procesu, w którym przysięgli mają jednogłośnie podjąć decyzję. I – jak w klasyku Lumeta – jedna z osób (Vicky Krieps) ma wątpliwości. Reżyser kilka lat wcześniej nakręcił o tej sprawie 5-odcinkowy serial dokumentalny dla Sky, więc miał bardzo sporą dokumentację. I ta mieszanka fikcyjnych obraz z zebranymi dowodami (zeznania, ekspertyzy sądowe) oraz masą archiwalnych materiałów tworzy intrygującą hybrydę, przypominającą fabularyzowany dokument. Reżyserzy nie bawią się w robienie sensacji wokół całej sprawy, tylko za pomocą przysięgłych (pozbawionych imion i nazwisk, tylko przedstawieni numerami) podejmuje się skrupulatnego oraz metodycznego analizowania dowodów. I muszę przyznać, że wciągnęła mnie ta cała dyskusja, mimo – a może dzięki – nie znajomości sprawy. Każdy z przysięgłych jest na tyle intrygująco zarysowany, by poznać lepiej ich przeszłość i podejście, które tłumaczy ich sposób myślenia oraz przekonania i uprzedzenia.

Całość nie jest technicznie jakoś imponująca i widać ograniczenia budżetowe, ale to dodaje pewnego reporterskiego sznytu. Nawet jeśli opuszczamy z przysięgłymi salę obrad (czy to w bufecie, czy podczas wizji lokalnej na miejscu zbrodni) albo widzimy Baileya w celi, Sheridan z Merrimanem skupiają się na dialogu oraz interakcjach z przysięgłymi. Aczkolwiek sam przebieg i finał był dla mnie bardzo przewidywalny, jeśli zna się inspirację twórców. Za to sytuację ratuje świetna obsada, z której najbardziej wybija się wspomniana Vicky Krieps, fantastyczny Jim Connors (przysięgły nr 3 – niemal do końca wierzący w winę) czy sam Jim Sheridan w roli przewodniczącego ławy.

„Werdykt” (w oryginale „Re-Creation”) jest powrotem Jima Sheridana z niebytu. Zgrabna mieszanką dramatu sądowego z docudramą i podcastem true crime. Choć potrafi być przewidywalny i jest świadomym hołdem dla klasyka Sidneya Lumeta, udaje się przekonująco pokazać subiektywizm prawdy. Cholernie dobra rzecz.

7/10

Radosław Ostrowski

Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu

Kiedy ostatni raz na dużym ekranie widzieliście film zawierający w tytule dwa słowa: „Gwiezdne wojny”? W moim przypadku był to „Ostatni Jedi”, która wywołał we mnie mieszane odczucia. A po rozczarowującym „Skywalker. Odrodzenie” wydawało się, że kinowe produkcje z uniwersum stworzonego przez George’a Lucasa zniknęły i więcej się nie pojawią. Zamiast tego wskoczyły seriale różnej jakości, choć najwyżej cenione przez fanów były „Andor” oraz „The Mandalorian”. Po trzech sezonach tego drugiego, zamiast dostać sezon nr 4 postanowiono stworzyć pełnometrażowy film. Czyli „Mandalorianin i Grogu” (nie, to ostatnie to nie piracki trunek) – ale czy reżyser Jon Favreau udźwignął temat?

Sama historia nie jest mocno powiązana z serialem, więc teoretycznie jego znajomość nie jest niezbędna. Ale nie uprzedzajmy wypadków. Jesteśmy kilka lat po wydarzeniach z „Powrotu Jedi”, kiedy niedobitki Imperium panoszą się po całej galaktyce i coś kombinują. Działająca Nowa Republika próbuje ich wytropić, korzystając z usług najemników oraz łowców głów jak Mandalorianin Din Djarin (Pedro Pascal) oraz jego podopieczny, Grogu. Teraz nasza parka dostaje zlecenia schwytania (żywego lub martwego – choć to pierwsze byłoby lepsze) kolejnego imperialnego watażki, niejakiego Coina. Problem w tym, że nie wiadomo ani gdzie jest, ani jak wygląda – jednak ktoś wie. Bliźniacy, krewni słynnego gangstera Jabby Hutta mają informacje o zbiegu, ALE oddadzą ją w zamian za przysługę – uwolnienie ich siostrzeńca Rotty z planety Shakari.

Favreau sposobem opowiadania przypomina wykonywanie questu z gry komputerową: dotrzyj do punktu A, pogadaj tam, potem rusz do punktu B, znajdź osobę/przedmiot i wróć do A. Co samo w sobie nie jest niczym złym, bo przenosimy się po różnorodnych lokacjach (śnieżne góry na początku, zalesiona siedziba Huttów czy mocno futurystyczne Shakari bardzo podobne do LA z „Blade Runnera”), akcja jest bardzo kompetentnie i dynamicznie zmontowana, gdzie Mando łoi dupy jakby był gwiezdnowojennym Johnem Wickiem. Chyba że zostanie zneutralizowany gazem czy potraktowany prądem, to wtedy jest miękką fają i wtedy Grogu (nazywany wcześniej przez fanów seriali Baby Yodą) wkracza do akcji. Jest jednak pewien problem, a nawet dwa duże.

Po pierwsze, „Mandalorian i Grogu” jest bardzo chaotyczny, z wieloma potencjalnie interesującymi wątkami (tropienie resztek po Imperium, walki gladiatorów) przeskakując między nimi, nie dając zbyt wiele czasu na wybrzmienie. Niejako skaczemy jakby zostało skompresowanych kilka odcinków w jeden film: od akcji na planecie zimowej tropiąc watażkę przez siedzibę Huttów i Shakari aż z powrotem do wielkich żab (posiadający ukryty motyw) do porwania Mando, walki z paskudnym gadem oraz finałem, gdzie Grogu próbuje uratować wojownika (najlepsze sceny z malcem). Po drugie, sama para bohaterów – jeśli zna się serial – nie przechodzi żadnej drogi czy przemiany. Mando jest złodupnym masakratorem i twardzielem (hełm zdejmuje tylko raz, byśmy wiedzieli, że to Pedros), zaś Grogu jest małym słodziakiem, zachowującym się jak mała dzidzia. Nawet relacja mentor/uczeń (lub ojciec/syn) też w zasadzie stoi w miejscu, co nie dało mi zbyt mocnego ciężaru emocjonalnego. Po trzecie, sporo jest tu walczących bestii w SiDżiAj między sobą i choć efekty specjalne są zrobione, nie dają tego emocjonalnego kopa jak potrzeba.

Choć technicznie wszystko jest na swoim miejscu – całość ładnie wygląda, w tle gra świetna muzyka Ludwiga Goranssona (aczkolwiek miejscami techno-elektronika może nie wszystkim podejść), a efekty specjalne trzymają fason. Aktorsko jest strasznie nierówno – Pedros Pascalos w zasadzie gra głosem i robi porządną robotę, ale nic ponadto. Dobrze za to brzmi Jeremy Allen White grający Rottę, czyli syna Jabby Hutta, lecz mającego odmienny temperament od swojego ojca. Jednak największą niespodziankę zrobił największy „fan” kina superbohaterskiego – Martin Scorsese. Jako prowadzący knajpę sprzedawca bardzo zgrabnie imituje… Woody’ego Allena. Bardzo zapada w pamięć, w przeciwieństwie do Sigourney Weaver wcielającą się w rolę pułkownik Ward, zleceniodawczyni Mando. Muszę przyznać, że nie była to zbyt wdzięczna postać do zagrania, ale słychać pewną monotonię i obojętność, sygnalizującą brak zaangażowania.

„Mandalorian i Grogu” wywołał we mnie mieszane uczucia jakich nie miałem przy oglądaniu blockbustera od czasu „Indiany Jonesa i artefaktu przeznaczenia”. Po mocnym i obiecującym początku całość zaczęła się robić mętna, chaotyczna oraz stanowiąca dłuższy odcinek serialu. Może spodoba się młodszym widzom, którzy chcieliby zacząć przygodę z tym uniwersum, ale chyba tylko im. Nie tego powrotu „Gwiezdnych wojen” spodziewano się zapewne.

5,5/10

Radosław Ostrowski

 

Zawieście czerwone latarnie

Moja znajomość kina azjatyckiego jest równie ogromna i szeroka niczym przeciętnego Polaka o balecie mongolskim. A w szczególności kina chińskiego, z pojedynczymi wyjątkami w postaci „Spragnionych miłości” Wong Kar-Wai czy „Ostrożnie, pożądanie” Anga Lee. Ale od czego są wznowienia kinowej klasyki (lub pokazywanie ich pierwszy raz) na kinowy ekran dzięki takim dystrybutorom jak Past Perfect czy Gravity Films. I to dzięki temu ostatniemu do polskich trafia – premierowo i zrekonstruowany w 4K – film „Zawieście czerwone latarnie” z 1991 roku.

Film Zhanga Yimao oparty na powieści Su Tonga dzieje się na początku lat 20. XX wieku i skupia się na młodej dziewczynie Songlian (Gong Li). Po śmierci ojca kobieta porzuca studia, by zadbać o swoją rodzinę i decyduje się zostać konkubiną bogacza. Trafia do jego ogromnej rezydencji, gdzie przebywają jego trzy partnerki: matrona Yuru (Jin Shuryan), masażystka Zhouyun (Cao Cuifen) oraz śpiewaczka operowa Meishan (He Caifei). Każda z nich ma swój pokój, swoją służbę, a jeśli ma spędzić z którąś noc, to na dziedzińcu przed jej pokojem zostają zapalone czerwone lampiony.

Reżyser, choć obecnie jest bardziej kojarzony z powstałych na początku XXI wieku blockbusterów pokroju „Hero” i „Dom latających sztyletów”, na początku swojej kariery robił kompletnie inne produkcje. „Zawieście…” to zdecydowanie bardziej kameralny dramat psychologiczny, niemal w całości (poza pierwszymi scenami) dziejący się w ogromnej rezydencji – wręcz pałacu – pana domu. Kamera nigdy nie opuszcza tego miejsca, nawet jeśli filmuje ona dachy, co powoli buduje poczucie alienacji oraz klaustrofobii. Właściwie to jest przebywanie w złotej klatce, która daje pewną stabilność i przywileje, w zamian ograniczając wolność do zajmowania się domem oraz rodzeniem dzieci. A to z kolei wywołuje wśród pań walkę pełną zazdrości, zawiści i intryg. A ja razem z nową żoną (nazywaną przez wszystkich Czwartą Siostrą) próbuję się w tym wszystkim odnaleźć. A jeśli wrzucimy do tego wszystkiego jeszcze służkę Yan’er (świetna Lin Kong), która również chciałaby zostać konkubiną, to znajdujemy się w prawdziwym kłębowisku żmij.

Yimou bardzo powoli odkrywa kolejne stopnie tej skomplikowanej relacji, gdzie każda kobieta jest tutaj w stanie wbić nóż w plecy. Tutaj nawet dialogi są zarówno poetyckie, jak też pełne subtelności oraz drugiego dna. Ale też całość nadal wygląda przepięknie i jest wręcz czarująco. Od silnie wykorzystanych kolorów (czerwień lampionów w świetle zimnoniebieskiej nocy) przez szczegółową scenografię – tu szczególnie pokój Meishan się wyróżnia – aż po barwne kostiumy. A rekonstrukcja cyfrowa sprawia, że obraz jest jeszcze bardziej imponujący. Tym bardziej uderzają momenty pęknięć w tym ładnym obrazku, zwłaszcza w potężnym emocjonalnie finale.

A jednocześnie wszystko jest świetnie zagrane. Absolutnie zjawiskowa jest Gong Li, która już pracowała przy poprzednich filmach Yimou i ta kolaboracja procentuje. Songlian ma w sobie zarówno prostolinijny urok – przynajmniej na początku – ale im dalej w las, tym bardziej zaczyna być napędzana przez zazdrość i więcej w niej smutku oraz cynizmu. Od drobnych złośliwości aż po czyste okrucieństwo (odkrycie tajemnicy służki i ujawnienie jej publicznie), za które płacą cenę inni. A jej ostatnie ujęcie jest wręcz szarpiące. Równie niesamowite są zarówno Cuifen oraz Caifei – pierwsza wydaje się życzliwa, wręcz bardzo serdeczna wobec nowej żony/siostry, zaś druga sprawia wrażenie bardzo wywyższającej się diwy. To wszystko jednak tylko fasada, skrywająca o wiele bardziej złożone bohaterki niż się wydaje, mające swoje tajemnice oraz motywy.

Po 35 latach od premiery „Zawieście czerwone latarnie” pozostaje nie tylko jednym z najpiękniejszych filmów lat 90., ale także jednym z bardziej poruszających dramatów. Pod tym pięknem skrywa się opowieść o zarówno zniewoleniu kobiet, jak też metafora życia w państwie totalitarnym, gdzie życie jest z góry zaplanowane i kontrolowane. A to może doprowadzić albo do uległości, albo szaleństwa, co dobitnie pokazuje bardzo mocne zakończenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Yang

Pochodzący z Korei Południowej, ale mieszkający w USA Kogonada to bardzo specyficzny twórca, który zaczynał od tworzenia video-esejów. Zwrócił moją uwagę swoim ostatnim dziełem, czyli niezłą „Wielką, odważną, piękną podróżą” – imponującą wizualnie, choć nie zawsze klejącą się w całość. Powstały kilka lat wcześniej „Yang”, choć gatunkowo idący w kierunku SF, ma pewne podobne cechy.

Akcja filmu toczy się w nieokreślonej przyszłości, gdzie obok ludzi są kupowane roboty oraz produkowane klony. Poznajemy dość egzotyczną rodzinę: prowadzącego herbaciarnię Jake’a (Colin Farrell), pracującą w korpo Kyrę (Jodie Turner-Smith) oraz ich adoptowaną córkę Mikę (Malea Emma Tjandrawidjaja). Jej jeszcze jej starszy „brat” Yang (Justim H. Min), który jest… androidem mający pomóc dziewczynce w zapoznaniu się z jej chińskim dziedzictwem. Ale nagle android zawiesza się i przestaje działać. Mężczyzna próbuje naprawić maszynę, ale pojawiają się problemy: a) był on kupiony z drugiej ręki, b) nie ma gwarancji, c) ma uszkodzony rdzeń i d) to ogranicza możliwości naprawcze. Ale przez znajomego znajomego udaje się otworzyć rdzeń, a tam… jakieś dziwne oprogramowanie.

„Yang” – jak większość produkcji sygnowanych logiem A24 – nie jest konwencjonalną opowieścią. Całość jest bardzo kameralna i oszczędna, w zasadzie pozbawiona efektów specjalnych oraz efekciarskich popisów. Sam świat nie jest zbyt szczegółowo zarysowany i bardziej przypomina uchwyconą migawkę z kilku dni, gdzie wiele trzeba wyciągnąć samemu ze strzępek dialogów oraz obrazów. A te są bardzo minimalistyczne, choć nie pozbawione mocnych kolorów. Zdecydowanie bardziej Kogonada stawia na nastrój oraz klimat melancholii, jakbyśmy widzieli rodzinę przechodzącą przez żałobę po zmarłym członku.

Problem w tym, że reżyser nie opowiada niczego nowego i sięga po znajome fanom SF motywy oraz wątki. Od kwestii tożsamości i pamięci maszyn czy tego, co nas czyni ludźmi. Ale poza pewnym poczuciem deja vu oraz równie nieoryginalnym światotwórstwem swoje robi dość powolne tempo. Wyjątkiem od tej reguły są sceny retrospekcji, gdzie wypowiadane dialogi słyszymy raz ciszej, zaś drugi raz mocniej i głośniej, niczym echo.

Choć aktorsko oraz technicznie nie jestem w stanie się przyczepić, to jednak „Yang” jest pewnego rodzaju wydmuszką. Potrafi oczarować oczy i pieścić uszy delikatnymi dźwiękami muzyki, ale chyba nie mam w sobie aż takiej dawki wrażliwości dla tego dzieła.

6/10

Radosław Ostrowski

Mortal Kombat II

Mortal Kombat – te dwa słowa bardzo mocno wryły się w mojej świadomości oraz pamięci kiedy byłem dużo młodszy. Jeszcze grając na Amidze (głównie w część drugą) byłem oszołomiony lejącą się posoką, mrocznymi lokacjami, odrobinką czarnego humoru („Toasty”). A jednocześnie frustrowało żonglowanie dyskietkami (aż czterema!!!) po wyborze zawodników. A kiedy jeszcze obejrzałem kinową adaptację z 1995 roku na pirackim VHS, to już w ogóle był odlot. W roku 2021 powstał reboot serii oraz próba zbudowania nowej filmowej franczyzy dzięki renesansowi growej serii. Efekt końcowy był, cóż, delikatnie rozczarowujący, choć zarobił na siebie. Ale teraz pojawia się kontynuacja, jednak czy tym razem wyszło lepiej?

Teraz jednak mamy już do czynienia z turniejem, gdzie toczą się losy Ziemi, na którą rękę chce położyć imperator Shao Khan (Martyn Ford). A do naszej ekipy wojowników: Cole’a (Lewis Tan), Sonyi Blade (Jessica McNamee), Jaxa (Mehcad Brooks) oraz Liu Kanga (Ludi Lin) zostaje zwerbowany niejaki Johnny Cage (Karl Urban) – podstarzały gwiazdor kina akcji lat 90., który czasy świetności ma za sobą. I jest tego absolutnie świadomy, dlatego chce się wypisać z tego zadania, ale bogowie (oraz scenarzysta) mają zupełnie inne plany. Jest jeszcze przybrana córka imperatora, księżniczka Kitana (Adeline Rudolph), która w tajemnicy współpracuje z Raidenem (Tadanobu Asano).

Wracający na stołek reżyserski Simon McQuaid wsłuchał się w krytykę poprzedniej części. Sam początek (tak jak w przypadku filmu z 2021) zaczyna się mocnym uderzeniem. Ale tym razem to Shao Khan, czyli wielkolud z równie sporym młotem konfrontuje się z ojcem Kitany. Już tutaj widać spory progres na poziomie wizualnym: od scenografii po o wiele płynniej zmontowane pojedynki. Wszystko to wydaje się bardziej namacalne, barwne oraz dynamiczniejsze. Dialogi w zasadzie pełnią rolę przerywników między kolejnymi scenami walk, więc nie są one zbyt wyrafinowane. Same walki są o wiele lepiej zrobione i przypominające areny z gier jak kanały otoczone żrącym kwasem, klatkę z kolcami czy opuszczone miasto. Zaś same potyczki oraz choreografia (ze sporą ilością szerokich ujęć) robią o wiele lepsze wrażenie od poprzednika. Nadal są one krwawe i bardzo brutalne, zaś efekty komputerowe nie rzucają się tak mocno w oczy (poza scenami w Czeluści – takim odpowiedniku piekła). Ale też są strasznie satysfakcjonujące oraz angażujące jak walka Liu Kanga ze wskrzeszonym Kung Lao czy starcie w Czeluści między Scorpionem a ożywionym Bi-Hanem i… jego cieniem, Noob Saibotem.

Pewnym problemem może być fakt, że postacie nie są zbyt głęboko zarysowane i poza scenami akcji nie mają zbyt wiele do roboty. Bo nie mają i to troszkę przeszkadza. Jeszcze mamy poboczny wątek poszukiwania przez ludzi Shao Khana amuletu, dzięki któremu zmieniłby się w Deadpoola (w sensie byłby nieśmiertelny). W zasadzie ten wątek niby rozszerza ten świat, skręcając w kierunku fantasy, ale z drugiej pojawia się wiele postaci w zasadzie zbędnych i nie mających wpływu na fabułę jak Shang Tzung czy Quan Chi. Za to o wiele więcej jest tu humoru, luzu oraz kampu, choć można byłoby to jeszcze bardziej podkręcić.

Aktorsko nie ma tu zbyt wiele do wykazania się, niemniej mi to tu nie przeszkadzało. Za to film kradnie niezawodny Josh Lawson w roli pyskatego i wyszczekanego Kano (oczywiście, że zostaje wskrzeszony), serwujący jedne z najzabawniejszych tekstów. A na pierwszy plan zostaje wysunięty Karl Urban i muszę przyznać, że wyszedł o wiele lepiej niż się spodziewano. Ale jego Johnny Cage to nie jest pewny siebie twardziel z ego większym niż swoje umiejętności. On jest niejako awatarem widza, takim normalnym gościem bez supermocy otoczony przez bogów, herosów, gości z mechanicznymi łapami czy laserowymi oczami. Więcej w nim pokory oraz zagubienia, a jego ewolucja daje masę radochy. To zdecydowanie najjaśniejszy punkt obsady.

Choć jest pozostawiona furtka na ciąg dalszy, to nie czuję potrzeby sequela. Dwójka jest tym, czym powinna być część pierwsza rebootu – bardziej szalona, bardziej podobna do gry oraz mniej poważna i nadęta. McQuaid odrobił pracę domową,

7/10

Radosław Ostrowski

Nieprzyjaciel

Zdarzyło mi się wiele razy oglądać filmy nie spełniające oczekiwań. Delikatnie powiedziawszy, a spora część pochodzi z Polski. To nie zbyt dużym powodem do domy, niestety. No i pojawił się kolejny niewypał, choć powinienem był się tego domyślić. Ale po kolei.

„Nieprzyjaciel” – niczym rasowy thriller (przynajmniej w teorii) – zaczyna od mocnego uderzenia. A tak naprawdę to od eksplozji samochodu, gdzie znajdowała się młoda kobieta, rozmawiająca przez telefon. Eksplozja jest prezentowana w slow-motion i chyba dlatego wydaje się taka sztuczna. Ale nieważne. Zostaje zatrzymany mężczyzna z długimi włosami oraz twarzą Michała Żurawskiego. Skaczemy o parę lat i jesteśmy gdzieś na Mazurach. Lasy, rzeka, dużo zieleni i w tle Zalia śpiewa (mnie się to podoba). I tak trafiamy do willi do wynajęcia dla bardzo dzianych gości, gdzie o porządek dba Ania (Martyna Byczkowska). A pracuje mocno, gdyż pojawiają się nowi goście: dwaj kumple z dziewczynami. Leon (Michał Żurawski – z krótkimi włosami oraz strojem służbowym w stylu dres) oraz Bruno (Piotr Stramowski) planują zainwestować w krypto waluty 50 milionów zajebanych, eee, to znaczy „pożyczonych” od szefa tego drugiego. Następnego dnia oddadzą zanim dziany bogacz się zorientuje. Co może pójść?

Po pierwsze, nasza opiekunka willi to siostra dziewczyny, co zginęła w wybuchu i to jej zeznania doprowadziły do skazania Leona. Po drugie, po popijawie Ania (poczęstowana drinkiem) budzi się cała zakrwawiona, zaś ciało Leona jest w rzece. Szok, niedowierzanie oraz kolejny wstrząs. Ale spokojnie, będzie tego jeszcze więcej. Bo będą zdrady, bójki, rzucaniem mięsem oraz inne atrakcje.

Reżyser Michał Krzywicki wcześniej stworzył mikrobudżetowe SF „Dzień, w którym znalazłem w śmieciach dziewczynę” (co za krótki i łatwy do zapamiętania tytuł). Tamten film wyglądał dość imponująco i miał ciekawy punkt wyjścia, ale z czasem stawał się nudny oraz pozbawiony skupienia. Tutaj ewidentnie twórca chciał zrobić dreszczowiec w kameralnej przestrzeni z małą obsadą. I muszę przyznać, że początek oraz punkt wyjścia był intrygujący. Jednak zaczynają być serwowane twisty oraz przewrotki z taką gęstością jakiej nie powstydziłby się M. Night Shyamalan. A co jeden, to głupszy i konsternujący. Miała to być w założeniu opowieść o zrywaniu zasłon kłamstw, oszustw oraz fałszywych przyjaźniach. Ale ja po prostu przecierałem oczami, bo od idiotyzmów (ciągłym ganianiem się z miejsca na miejsce, pozbawionym paliwa quadem podczas pościgu czy finałowa ucieczka w lesie nocą) nie dowierzałem. Każdy każdego oszukuje, dyma, zdradza i kończyło się to albo przewracaniem oczami, znudzeniem lub rechotaniem.

Aktorzy robią, co mogą, ale nie są tu w stanie zbyt wiele zadziałać i zaangażować. Coś tam próbuje Żurawski i Byczkowska, Kasia Sawczuk nawet przyjemnie się ogląda, ale nic ponadto. Za to Piotr Stramowski oraz Joanna Opozda są tacy sztuczni i sztywni, że efekt jest strasznie groteskowy. Krzywicki może i ma ambicje na tworzenie kina gatunkowego, ale umiejętności pozostały gdzieś poza planem filmowym. Zabrakło talentu oraz zdolności logicznego myślenia przy pisaniu historii, która kompletnie wypadnie z głowy jeszcze zanim pojawią się napisy końcowe. To o czym ja pisałem?

4/10

Radosław Ostrowski

Powrót do przyszłości II

Pierwsza część „Powrotu do przyszłości” była wielkim hitem oraz przełomem w karierze Roberta Zemeckisa. Choć była pozostawiona furtka na kontynuację, nie było planów na sequela. Ale cztery lata później powstała kontynuacja kręcona równolegle z częścią trzecią, więc Zemeckis ze scenarzystą Bobem Galem mieli na to pomysł.

Kontynuacja zaczyna się dokładnie tam, gdzie ostatnio skończyliśmy. W 1985 roku już po „odkręceniu” wydarzeń z 1955 roku pod dom Marty’ego McFly (Michael J. Fox) przyjeżdża doktor Brown (Christopher Lloyd) z lekko zmodyfikowanym wehikułem czasu. Zabiera chłopaka razem ze swoją dziewczyną Jennifer (Elisabeth Shue)… w przyszłość. A dokładniej do roku 2015, gdzie dzieci ich obojga wpakują się w poważne kłopoty. Jednak nie to okazuje się największym wyzwaniem, lecz próba kupienia książkowego almanachu sportowego z wynikami obejmującymi drugą połowę XX wieku. Ta wpada w rękę starego Biffa (Thomas F. Wilson), który podsłuchując rozmowę kradnie wehikuł (korzystając z nieuwagi) i wręcza książkę młodszemu siebie. Dlatego kiedy Marty z doktorem wracają do roku 1985, rzeczywistość wygląda… dziwnie.

Druga część – niczym w tradycji sequeli jak „Imperium kontratakuje” – robi się miejscami o wiele mroczniejsza i poważniejsza. Ale tak się kończy zaburzenie kontinuum czasoprzestrzennego, gdzie jedno małe zdarzenie potrafi uruchomić nieprzewidywalną spiralę wydarzeń. Niemal każdy akt toczy się w innym czasie, co wyróżnia go mocno od poprzednika. Najpierw jesteśmy w futurystycznym roku 2015 z paroma fajnymi bajerami (deskolotka, latające samochody, samozawiązujące się buty czy dopasowujące się ubrania). I mimo lat nadal ten wątek trzyma się mocno. Za to drugi akt pokazujący alternatywny rok 1985 to czyste wariactwo. Mroczne miejsce, pełne chaosu i całkowitej anarchii, zaś w centrum znajduje się hotel i kasyno najbogatszego w mieście Biffa, który tutaj wygląda niczym wyraźna parodia Donalda Trumpa. Tutaj pokazano jakie konsekwencje może doprowadzić majstrowanie w czasie oraz kiedy wehikuł wpadnie w niepowołane ręce. Aż chciałoby się spędzić więcej czasu w tej linii czasowej. Za to trzeci akt to powrót do 1955 roku oraz próba przechwycenia książki. I tu jest to broń obosieczna, bo z jednej strony wracam do znanych wydarzeń, co może wydawać się drogą na łatwiznę. Ale z drugiej widzimy to z innej perspektywy, przez co nie mamy do czynienia z bezczelną kalką.

Zemeckis płynnie balansuje między humorem a mrokiem, dając większy ciężar emocjonalny. Może dlatego nie wywoływał we mnie aż takich spazmów śmiechu. Co nie jest aż tak dużym problemem, bo reżyser bardzo pewnie prowadzi przez wydarzenia. Nie ma tu miejsca na nudę, a powracające gagi (gnojówka) ciągle bawią. Równie imponujące są efekty specjalne (choć już pod koniec widać, że w paru ujęciach są wyprane kolory), zaskakująco dobrze trzyma się charakteryzacja (członkowie rodziny McFly w 2015, wygląd starego Biffa czy Billa z alternatywnego 1985), zaś finałowy pościg w tunelu trzyma w napięciu. I jeszcze mamy to zakończenie, które najpierw wali ciosem w brzuch, ale potem jest to rozładowane sugestią kolejnej części (zwiastun w finale).

Aktorsko nadal wszyscy błyszczą i są kapitalni. Duet Fox/Lloyd ciągle mają świetną chemię, wpadając bardzo naturalnie w swoich rolach. Jednak całość kradnie rewelacyjny Thomas F. Wilson, który gra aż trzy postacie: Biffa, starego Biffa i jego syna Griffa. Każda z tych inkarnacji różni się manieryzmami, głosem, mową ciała, a jednocześnie widać pewne cechy wspólne. To najjaśniejszy punkt filmu oraz prawdopodobnie najlepsze role w całej trylogii. Jedyną wymuszoną zmianą jest pojawienie się Elisabeth Shue w zastępstwie za Claudię Wells jako dziewczyny Marty’ego, lecz aktorka wypada cholernie dobrze (z wyjątkiem fryzury).

Choć drugi „Powrót do przyszłości” nie jest aż tak udany jak oryginał, jednak pozostaje zadziwiająco świeży, kreatywny oraz angażujący. Świetnie wygląda, dialogi brzmią naturalnie, z kapitalnym aktorstwem oraz fantastyczną muzyką Alana Silvestri. Nawet drobne problemy nie są w stanie całkowicie zepsuć przyjemności z seansu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Normal

Ileż to było opowieści o małych miasteczkach, gdzie mieszkają pokręceni, lecz głównie nieszkodliwi indywidualiści? A potem trafia ktoś z zewnątrz i zaczynają się tarcia podczas aklimatyzacji? Najnowsze dzieło Bena Wheatleya wydaje się wpisywać w ten trend, jednak ma parę niespodzianek.

Tytułowe „Normal” to jedno z takich miasteczek, które znajduje się w Minnesocie. A tak ciągle śnieg, zima i cały czas piździ. Tutaj jednak trafia niejaki Ulysses (Bob Odenkirk), pełniący rolę tymczasowego szeryfa do czasu wyboru nowego stróża prawa. A wszystko z powodu nagłego zgonu poprzednika. W zasadzie nie ma tu jakiś poważnych incydentów czy sporów, więc praca Ulyssesa przebiega dość gładko. Ale w końcu dwoje młodych ludzi postanawia napaść na bank. Nie wszystko idzie zgodnie z planem, lecz kiedy szeryf postanawia wkroczy i rozwiązać problem, zastępcy… zaczynają do niego strzelać. Ale dlaczego?

Spece od reklamy sprzedawali „Normal” jako połączenie „Johna Wicka” z „Fargo” i – choć na pierwszy rzut oka brzmi idiotycznie – nie jest wcale takie głupie. Z pierwszy łączy go scenarzysta Derek Kolstad, z drugim miejsce akcji, galeria ekscentrycznych postaci oraz czarny humor. Sama intryga budowana jest powoli, by pójść w czysto brutalną, totalnie przegiętą i groteskową rozpierduchę. W tych momentach Wheatley’owi bliżej jest do… „Hot Fuzz” Edgara Wrighta. Nie da się tego do końca traktować całkowicie poważnie, zwłaszcza gdy do wszystkiego zostaje wrzucona… Yakuza. I przez większość czasu udaje się twórcom zgrabnie balansować między kompletną zgrywą, ostrą jatką oraz krótkimi chwilami powagi. Sama akcja jest niepozbawiona eksplozji oraz kreatywnych mordów, jednak jest troszkę standardowa jak na ten gatunek. Jedynym mocnym zgrzytem w scenach akcji to drobne ujęcia kamery przechodzące na cyfrówkę niczym z wczesnych lat 2000. Wygląda to brzydko, choć na szczęście nie zdarza się to często.

Sama historia ma parę drobnych zaskoczeń i twistów, a wszystko skupia w sobie niezawodny Bob Odenkirk. Cały czas nie mogę uwierzyć, że ten świetny aktor komediowy stał się nową gwiazdą kina akcji. Jego Ulysses to zmęczony everyman skrywający mroczną tajemnicę, zmuszony do konfrontacji. Nie jest żadnym twardzielem jak Wick, ale potrafi się bronić i jest w dobrej formie fizycznej. Nawet jeśli na drugim planie nie wszyscy są w pełni wykorzystani (szczególnie dotyczy to Henry’ego Winklera w roli burmistrza oraz Leny Headey wcielającą się w barmankę), to zapadają mocno w pamięć jak Billy McLennan (zastępca szeryfa ze „zbyt głośną” kurtką) czy Jess McLeod (córka szeryfa Gundersona, Alex).

„Normal” może nie ma tak imponującej akcji jak w „Johnie Wicku”, intensywności akcyjniaków z Indonezji czy kreatywności choćby „Boy Kills World”. Niemniej Wheatley potrafi dostarczyć solidnej rozrywki z bardziej przyziemnym i charyzmatycznym protagonistą w roli głównej, barwnym drugim planem oraz satysfakcjonującą rozróbą. A czasami tyle do szczęścia wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski

Chronologia wody

Są takie dzieła, które bardzo trudno opisać i łatwo otrzeć się o banał. Szczególnie dotykającej takiej delikatnej kwestii związanych z traumą (fizyczną, psychiczną), gdzie można wszystko emocjonalnie rozbroić. Niemniej jestem w stanie docenić ryzyko opowiadaniu w zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Takiego zadania podjęła się debiutująca reżyserka Kristen Stewart, przenosząc na ekran wspomnienia Lydii Yuknavitch.

Trudno mówić tu o fabule, bo wszystko opisuje życie Lydii – obiecującej pływaczki, która stała się pisarką oraz nauczycielką – od dzieciństwa aż do założenia rodziny oraz sukcesów literackich. Sama historia, choć ma prostą linię i chronologię (włącznie z podziałem na rozdziały), to jednak jest ona poplątana. Mamy zarówno pływanie w basenie, molestowanie seksualne przez ojca, nie reagującą na nic matkę oraz starszą siostrę, której udaje się uciec z tego piekła. A dalej nie jest wcale lepiej: uzależnienie od alkoholu i narkotyków, odkrywanie swojej seksualności, małżeństwo, narodziny dziecka (niestety, martwego) oraz droga ku autodestrukcji. A wszystko bardziej lub mniej spisywane, wyciągane z odmętów wspomnień.

Stewart jako reżyserka nie idzie na łatwiznę w opowiadaniu tej historii. Całość została nakręcona na 16 mm taśmie, wyglądając niczym nakręcone domową kamerą nagrania. To zdecydowanie immersyjne doświadczenie, próbujące pokazać mocno rozszarpany umysł. Gdzie przeszłość i teraźniejszość dzieją się symultanicznie, do tego stopnia, że nie byłem w stanie rozgryźć, co było prawdą, a co było tylko w jej wyobraźni. To wrażenie jeszcze bardziej potęgowała narracja z offu bohaterki, niejako „piszącej” swoje życie (wiele razy w tych momentach słychać dźwięk pisania ołówkiem na kartce. Gdzie pojedynczy dźwięk czy gest (choćby odrywanej koperty) powraca w najmniej spodziewanym momencie, tworząc nietypowy ciąg skojarzeń. No i jeszcze ta niemal wszechobecna woda – będąca zarówno siłą oczyszczającą, jak rozmywającą wspomnienia. Reżyserka bardzo mocno eksperymentuje z formą, co bardzo mocno szanuję, choć jest to wymagające oraz niełatwe doświadczenie dla widza. Ale ma tak być.

Co pozwoliło mi przebić się emocjonalnie w „Chronologię wody” to absolutnie rewelacyjna Imogen Poots w roli Lydii. Aktorka przechodzi przez emocjonalny rollercoaster: od bólu przez obojętność spowodowaną używkami aż po pasję tworzenia i wściekłość. Wszystko bez podlizywania się widowni, robienia z siebie ofiary, odkrywając najmroczniejsze otchłanie swojej duszy. Jej twarz po urodzeniu dziecka czy kiedy zaczyna rzucać bluzgami w swojego pierwszego męża czy scena u fotograf zapadają mocno w pamięć. Bez niej ten film by się posypał. Do tego drugi plan też tutaj błyszczy: świetna jest Thora Birch w roli starszej siostry, równie naznaczonej przez traumę, mocno zapada w pamięć Michael Epp jako ojciec (pokazywany głównie w zbliżeniach na twarz) czy Earl Cave w roli pierwszego męża, Phillipa. Jednak największą niespodzianką był James Belushi w roli pisarza Kena Keseya, który staje się mentorem dla Lydii i dostrzega jej potencjał jako pisarki. Choć pojawia się na chwilę, to kradnie ekran – choć w scenie, gdy mówi o 10 przykazaniach i jak by je zmienił. Bardzo elektryzująca postać, mimo krótkiego czasu ekranowego.

Czy „Chronologia wody” będzie jednorazowy strzałem Stewart jako reżyserki, czy będzie nowym rozdziałem w jej karierze – czas pokaże. Już tutaj widać jak odważnie i świadomie operuje filmową materią, nie idąc na łatwiznę w tworzeniu kolejnej, sztampowej biografii. Nawet jeśli ma nierówne tempo i dezorientuje, nie pozwala o sobie zapomnieć oraz rozmyć się w gronie innych dzieł.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Super Mario Galaxy Film

Najsłynniejszy wąsaty hydraulik w historii gier, czyli Mario powraca. Ale nie w kolejnej grze, lecz filmie, co nie powinno dziwić. W końcu pierwszy animowany „Super Mario Bros.” zarobił prawie półtora miliarda dolarów. A jak sobie z ciągiem dalszym poradził sobie francuski oddział studia Illumination we współpracy z Nintendo?

Wracają bracia Mario i Luigi, który wykonują profesję naprawiaczy rur po całym Grzybowym Królestwie pod wodzą księżniczki Peach. Bowser nadal jest niegroźnym kurduplem z obsesją na punkcie zdobycia serca władczyni, a wszystko wydaje się toczyć spokojnym rytmem. Ale wszystko zmienia… syn Bowsera, który porywa władczynie gwiazd, niejaką Rosalinę. Choć ta nie poddała się bez walki. Ale Peach postanawia sama odbić władczynię, bo jest taka zajebista, silna i zaradna. Do tego jeszcze młody żółwik chce znaleźć tatusia, co doprowadza do wymuszonej kolaboracji między Mario, Luigi a Bowserem seniorem.

Czyli na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się na miejscu, tylko skala większa, gdyż wyruszamy w kosmos. Nie brakuje tu wręcz olśniewających wizualnie miejsc (kasyno należące do Ropucha, gdzie wszystko może być podłogą, siedziba księżniczki Rosaliny czy kosmiczna planeta Bowsera), akcja jest efekciarska, okraszona momentami slow-motion oraz tak wali kolorami, że może to doprowadzić do oczopląsu. Niemniej jest tu jednak jeden ogromny problem, a nawet więcej. Po pierwsze, fabuła niby jest, ale sprawia wrażenie pretekstowej sklejki, gdzie rzeczy mają się dziać. Po drugie, wszystkie, ale to WSZYSTKIE konflikty rozwiązuje się za pomocą argumentów siłowych oraz ciągłego napierdalania wszystkim we wszystko. Czemu nagle trafiliśmy do jakiegoś Mortal Kombat czy innej ekranowej bijatyki? To NIE TA GRA. Po trzecie, sam Marian i jego brachol są tak naprawdę postaciami drugoplanowymi w filmie o nich samych. Bo całość dominuje Peach, do której posiadacz najsłynniejszych wąsów robotnika od czasów Lecha Wałęsy wzdycha i – dość nieudolnie – chciałby zrobić coś więcej. A tak ciągle walczy, ryzykuje, niejako nie dając sobie pomóc, będąc niejako w zasadzie postacią pierwszoplanową.

Jakby tego wszystkiego było mało, żadna (no, prawie) nie wydaje się być zbyt pogłębiona, nie przechodzi żadnej drogi ani przemiany. Brakuje tu jakiego emocjonalnego ładunku, a w zamian dostajemy growy fan service (dinozaur Yoshi, co jest uroczy i lubi wszystko połykać, by wypluć jako jajko, pilot Fox McCloud), niemal bezczelną zżynkę gagu ze… „Zwierzogrodu” (Flash), ładnie wplecione kompozycje z gry czy dźwięki, a nawet scenkę przełamywania zabezpieczeń i pułapek pokazaną… jako plansza z gry (ok, to jest nawet kreatywne). Jedynym mocnym plusem jest postać Bowsera i jego syna – ta dynamika, gdzie z jednej strony tatuś chce odnowić więź ze swoją latoroślą, z drugiej próbuje pokazać się swoim dawnym wrogom z tej lepszej strony. I tutaj czuć pewien pomysł na te postacie, a głosy Jacka Blacka oraz Benny’ego Safdie wypadają najlepiej z całej obsady.

Nie spodziewałem, że „Super Marian z Galaktyki” będzie aż tak ogromnym rozczarowaniem oraz regresem w stosunku do poprzednika. Studio Illumination świetnie wywiązało się w kwestii jakości animacji i strony technicznej, jednak scenariusz oraz reżyseria wszystko torpedują. Miałkie, płytkie, efekciarskie oraz pozbawione sensu – filmowy odpowiednik brainrota. Może i jest to film dla młodszego widza, ale nie może to być usprawiedliwieniem czy wymówką dla serwowania bylejakiej produkcji, bo dzieciom się spodoba i tak. Najgorsza forma cynicznej kalkulacji jakiej nie widziałem od dawna.

4/10

Radosław Ostrowski