Obsesja

Renesans kina grozy trwa już od mniej więcej dekady, ale też zaczyna podbijać zarówno kinową frekwencję i wrócił na salony. Co widać także w ostatnich tygodniach, gdzie szaleją aż dwie produkcje, które zostały nakręcone przez młodych youtuberów. O „Backrooms” jeszcze opowiem, ale teraz skupmy się na „Obsesji” nakręconej przez 25-letniego Curry’ego Barkera.

Bardzo kameralna historia skupia się na Baronie Baileyu ksywa Bear (Michael Johnston). To bardzo nieśmiały, wycofany chłopak, który – wbrew imieniu – nie jest arystokratą, mieszka w domu po babci i pracuje w sklepie muzycznym. Przez swój bardzo oszczędny temperament (podobny do mojego) ma problemy ze zdobywaniem serc reprezentantek płci pięknej. Szczególnie w koleżance z pracy, czyli Nikki (Inde Navarrette). Ale naszemu Miśkowi okazje do nawiązania bliższej znajomości wyślizgują się z rąk. Włącznie z podwózką do domu, gdzie sama zainteresowana wręcz sugeruje mu wejście do domu. I wtedy nasz chłopak korzysta z kupionego One Wishi Willow (patyk do spełniania życzeń po jego złamaniu) i życzy, by Nikki zakochała się w nim bez pamięci. Ale jak wiemy z różnych opowieści, życzenia mogą spełnić się niekoniecznie w taki sposób, jaki by się chciało.

„Obsesja” wydaje się początkowo zmierzać w kierunku romansu czy dramatu psychologicznego. Może nawet lekko ocierającej się o żenadę komedię (otwierająca całość rozmowa z przyjaciółmi podczas przerwy) w duchu kina niezależnego. Bardzo kameralne i oszczędne w formie, gdzie prawie wszystkie ujęcia umieszczają postacie w centrum kadru. Ale od momentu wypowiedzenia życzenia (co może wydawać się skrętem z jakiejś baśni) Barker zaczyna przeplatać niejako dwa elementy. Z jednej strony wszystko wydaje się romantyczne, dziewczyna niemal klei się do naszego Miśka, wyznaje mu miłość, zamieszkuje z nim. Ale potem następują niespodziewane odpały z jej strony – ataki złości, gwałtowne zmiany nastroju. I z każdą chwilą robi się coraz bardziej przerażająco, groźnie, niepokojąco. Barker bardzo pewnie (choć prostymi środkami) zmienia nastrój z przerażenia i grozy do spokoju oraz wyciszenia, cały czas trzymając za gardło. A ja wielokrotnie podskakiwałem, namacalnie czując się jakbym wpadł w pułapkę, z której nie da się uciec.

A pod tym wszystkim kryje się opowieść nie tyle o toksycznym związku, co relacji zbudowanej na manipulacji i kłamstwie. Może sam wniosek, że miłości nie da się wymusić i to musi się zakończyć katastrofą jest troszkę podany bardzo bezpośrednio. Ale jednak to działa i z każdą minutą czuć ten ciężar. Szczególnie, jeśli jedna z osób zaczyna dominować nad drugą do tego stopnia, że aż brakuje przestrzeni. A jak dodamy ostre niczym żyleta ostatnie pół godziny, miłosierdzia nie będzie. Do tego całość jest świetnie zagrana przez kompletnie mało znane twarze, ale prawdziwą gwiazdą jest Inde Navarrette. Od czasu Lily-Rose Depp w „Nosferatu” nie widziałem tak mocarnej kreacji osoby „opętanej” oraz nieprzewidywalnej. Z jaką nagłością potrafi przejść ze spokoju i delikatności w absolutną bestię, reagującą krzykiem, niespodziewaną agresją oraz dziwacznymi zachowaniami jest wręcz elektryzujące (przygotowana kanapka do pracy czy recytacja – troszkę mniej znanej wersji – „Jasia i Małgosi”). Wcielający się w protagonistę Michael Johnston jest bardziej złożony i trudny do polubienia. W swojej nieśmiałości i byciu „miękką fają” może wręcz irytować, ale jednak z czasem było mi go żal. Jego postać świetnie pokazuje do czego może pchnąć potrzeba akceptacji i coś, co wydaje się być miłością.

Następna spora niespodzianka tego roku. „Obsesja” to kolejny przykład, że mały budżet (750 tysięcy dolców) i odrobina talentu potrafi napędzić kreatywność oraz pokazać jak głęboko może sięgać gatunek horroru. Imponujący biegłą realizacją, okraszony odrobiną humoru i mocny argument dla osób pozostających singlami.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz