Kraina mroku

Wielu twórców seriali próbowało przejść z małego na duży ekran, ale skutek raczej nie należał do zbyt udanych. Bo jak z kilku sezonów, gdzie jest sporo czasu na opowiedzenie historii, zmieścić wszystko w ciągu półtorej czy dwóch godzin? Tego zadania postanowił się podjąć Bryan Fuller – najbardziej znany jako twórca „Hannibala” z Madsem Mikkelsenem w roli psychiatry-psychopaty. Teraz panowie zrobili wspólnie film i – jak można spodziewać się po twórcy – jest to pokręcone dziwadło.

„Kraina mroku” skupia się na dziewczynce o imieniu Aurora (Sophie Sloan), pod której łóżkiem przebywa potwór. Nie jakiś tam urojony czy wymyślony, ale taki namacalny i widoczny dla niej. Taki królik z pyłków, co lubi jeść każdego kto dotknie podłogi w pokoju dziewczynki. Sytuacja jest tak tragiczna, iż monstrum zjada jej rodziców. Aurora jest przerażona do tego stopnia, że postanawia wynająć do pomocy sąsiada z 5B (Mads Mikkelsen). Podgląda go nocą w Chinatown, gdzie zabija „smoka” i dlatego wydaje się mieć odpowiednie kwalifikacje. Ale mężczyzna jest więcej niż sceptyczny i uważa, że „potworem” oznacza płatnych morderców. Jednak nawet on nie jest gotowy zmierzyć się z tym koszmarem.

Sam film to bardzo specyficzna mieszanka stylu Jean-Pierre’a Jeuneta (plastyczna i barwna scenografia) z odrobiną grozy Guillermo del Toro oraz… „Leona zawodowca”. Już sama ta zbitka wydaje się nieoczywista, ale trzeba dać jej troszkę czasu. Pierwsza 20 minut, czyli zawiązanie całej akcji jest dość powolne i bardziej skupione na warstwie wizualnej. Choć większość tej sekwencji dzieje się w nocy, to na szczęście wszystko jest bardzo czytelne i wyraźne, czego się początkowo obawiałem. Fuller prezentuje tu znajomy sposób realizacji, z paroma zabawami kamerą oraz wysmakowaną formą: od żółtych ścian kamienicy przez restaurację aż po takie rekwizyty jak lampa w kształcie… kurczaka. Elementy surrealizmu dodają nietypowego klimatu, zaś samo monstrum (troszkę szkoda, że w całości wygenerowany komputerowo) jest początkowo oszczędnie prezentowany.

Sercem ma być tutaj relacja między szorstkim i małomównym sąsiadem z przeszłością a dziewczynką, która widzi i wierzy w potwory. Mikkelsen jako ten pierwszy sprawdza się bez zarzutu, pokazując zarówno jak wiele może pokazać w bardzo oszczędny sposób, ale także w nielicznych scenach akcji też wypada przekonująco. Za to debiutująca Sophie Sloan wypada przyzwoicie, choć jej postać bywa przy tym irytująca. Ale skoro mówi często o potworze, to może doprowadzać do szału. Po drodze jeszcze dostajemy odrobinę scen akcji: pierwsza starcie ze „smokiem” czy mordobicie z zabójcą kamuflującym się z otoczeniem są sprawnie zrobione technicznie oraz mają niezłą choreografię. A wszystko uderza z wręcz szaloną konfrontacją w finale, której nie zamierzam zdradzać. Dodajmy do tego drobne role Sigourney Weaver (Laverne), Sheily Atim (Brenda, „opiekunka społeczna”) oraz Davida Dastmalchiana, dające odrobinkę soczystości.

Bardzo specyficzna mieszanka baśni, kina akcji oraz surrealistycznej komedii, która nie jest dla każdego. Wyrazisty wizualny styl Fullera ku mojemu zaskoczeniu sprawdza się także na dużym ekranie, każąc uważniej przyglądać się kolejnym produkcjom Amerykanina.

7/10

Radosław Ostrowski

Backrooms. Bez wyjścia

Przy okazji „Obsesji” Curry’ego Barkera wspominałem, że jest jeszcze drugi horror wywołujący zamieszanie w box office. I także stworzony przez bardzo młodego debiutanta (lat 20), który wcześniej robił filmiki na YouTube. Lecz stworzone dla A24 „Backrooms” to inny rodzaj grozy, bardziej skupiony na aspekcie psychologicznym niż krwawej jatce i makabrze.

Akcja dzieje się w roku 1990 i skupia się na niejakim Clarku (Chiwetel Eljofor). Mężczyzna jest właścicielem sklepu meblowego, który nie przynosi zysków, lubi sobie popić, został wyrzucony z domu. Mówiąc krótko, lekko nie jest. Do tego stopnia, że zaczął chodzić na terapię do dr Mary Klein (Renate Reinsve), ale ta wydaje się też prowadzić donikąd. Jego pozbawione jakiejkolwiek nadziei zmienia się, kiedy odkrywa na niższym piętrze dziwną szczelinę w ścianie. Cieńszą niż kartka papieru, przez co bardzo łatwo są przegapić. A za tą ścianą jest… ukryte pomieszczenie, wyglądające niczym z jakiegoś biura. Żółte ściany, jarzeniówki na górze, ściany oraz różne przedmioty i ludzie jakby wessani w podłogę. Co to jest? Kto tu przebywa?

Parsons wcześniej przedstawiał „Backrooms” w formie filmików na YouTube jako creepypasta. Nie znam tych dzieł, ale w przypadku pełnometrażowej wersji nie jest to konieczne. Bo „Backrooms” od samego początku zarzuca swoje sieci. Pierwsza scena przy użyciu kamery z ręki stawia masę pytań. Kim jest ten człowiek? Gdzie my jesteśmy? Co to za pomieszczenia? Skąd ta mewa? Czemu kolejne szczeliny są coraz mniejsze, ciaśniejsze? Jakby ta przestrzeń przechodziła kolejne zniekształcenia, metamorfozy, ciągnąc się w zasadzie bez końca. I tutaj reżyser absolutnie rewelacyjnie buduje atmosferę Tajemnicy, która bardzo mi się skojarzyła z „Cube” oraz kinem Davida Lyncha. Scenografia jest tutaj najmocniejszą stroną filmu, pomagającą w budowaniu klimatu. Do tego jeszcze mamy wrzucone przebitki z dzieciństwa pani doktor, pokazując pewne mroczne traumy.

Nawet jeśli pod koniec dostajemy pewne odpowiedzi, to jednak nie wszystko pozostaje jasne. Parsons nie idzie w kierunku gore czy rzucania jump-scare’ów, ale buduje atmosferę ciągłego niepokoju oraz nerwowości. Co się czai za kolejną ścianą, kto wydaje te dźwięki, czym jest tajemnicza firma Async? Do tego świetnie mamy grający duet Eljofor/Reinsve, stanowiący emocjonalny łańcuch tego dzieła. On nie potrafiący wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, ona wydaje się bardziej racjonalna, jednocześnie skrywająca pewną tajemnicę.

Powiem wam, że „Backrooms” okazało się sprytnym horrorem psychologicznym, który mnoży pytania, kusi atmosferą i nie daje zbyt wielu odpowiedzi. Jestem strasznie zaintrygowany kolejnymi produkcjami, jakie w przyszłości przygotuje Kane Parsons.

8/10

Radosław Ostrowski

Obsesja

Renesans kina grozy trwa już od mniej więcej dekady, ale też zaczyna podbijać zarówno kinową frekwencję i wrócił na salony. Co widać także w ostatnich tygodniach, gdzie szaleją aż dwie produkcje, które zostały nakręcone przez młodych youtuberów. O „Backrooms” jeszcze opowiem, ale teraz skupmy się na „Obsesji” nakręconej przez 25-letniego Curry’ego Barkera.

Bardzo kameralna historia skupia się na Baronie Baileyu ksywa Bear (Michael Johnston). To bardzo nieśmiały, wycofany chłopak, który – wbrew imieniu – nie jest arystokratą, mieszka w domu po babci i pracuje w sklepie muzycznym. Przez swój bardzo oszczędny temperament (podobny do mojego) ma problemy ze zdobywaniem serc reprezentantek płci pięknej. Szczególnie w koleżance z pracy, czyli Nikki (Inde Navarrette). Ale naszemu Miśkowi okazje do nawiązania bliższej znajomości wyślizgują się z rąk. Włącznie z podwózką do domu, gdzie sama zainteresowana wręcz sugeruje mu wejście do domu. I wtedy nasz chłopak korzysta z kupionego One Wishi Willow (patyk do spełniania życzeń po jego złamaniu) i życzy, by Nikki zakochała się w nim bez pamięci. Ale jak wiemy z różnych opowieści, życzenia mogą spełnić się niekoniecznie w taki sposób, jaki by się chciało.

„Obsesja” wydaje się początkowo zmierzać w kierunku romansu czy dramatu psychologicznego. Może nawet lekko ocierającej się o żenadę komedię (otwierająca całość rozmowa z przyjaciółmi podczas przerwy) w duchu kina niezależnego. Bardzo kameralne i oszczędne w formie, gdzie prawie wszystkie ujęcia umieszczają postacie w centrum kadru. Ale od momentu wypowiedzenia życzenia (co może wydawać się skrętem z jakiejś baśni) Barker zaczyna przeplatać niejako dwa elementy. Z jednej strony wszystko wydaje się romantyczne, dziewczyna niemal klei się do naszego Miśka, wyznaje mu miłość, zamieszkuje z nim. Ale potem następują niespodziewane odpały z jej strony – ataki złości, gwałtowne zmiany nastroju. I z każdą chwilą robi się coraz bardziej przerażająco, groźnie, niepokojąco. Barker bardzo pewnie (choć prostymi środkami) zmienia nastrój z przerażenia i grozy do spokoju oraz wyciszenia, cały czas trzymając za gardło. A ja wielokrotnie podskakiwałem, namacalnie czując się jakbym wpadł w pułapkę, z której nie da się uciec.

A pod tym wszystkim kryje się opowieść nie tyle o toksycznym związku, co relacji zbudowanej na manipulacji i kłamstwie. Może sam wniosek, że miłości nie da się wymusić i to musi się zakończyć katastrofą jest troszkę podany bardzo bezpośrednio. Ale jednak to działa i z każdą minutą czuć ten ciężar. Szczególnie, jeśli jedna z osób zaczyna dominować nad drugą do tego stopnia, że aż brakuje przestrzeni. A jak dodamy ostre niczym żyleta ostatnie pół godziny, miłosierdzia nie będzie. Do tego całość jest świetnie zagrana przez kompletnie mało znane twarze, ale prawdziwą gwiazdą jest Inde Navarrette. Od czasu Lily-Rose Depp w „Nosferatu” nie widziałem tak mocarnej kreacji osoby „opętanej” oraz nieprzewidywalnej. Z jaką nagłością potrafi przejść ze spokoju i delikatności w absolutną bestię, reagującą krzykiem, niespodziewaną agresją oraz dziwacznymi zachowaniami jest wręcz elektryzujące (przygotowana kanapka do pracy czy recytacja – troszkę mniej znanej wersji – „Jasia i Małgosi”). Wcielający się w protagonistę Michael Johnston jest bardziej złożony i trudny do polubienia. W swojej nieśmiałości i byciu „miękką fają” może wręcz irytować, ale jednak z czasem było mi go żal. Jego postać świetnie pokazuje do czego może pchnąć potrzeba akceptacji i coś, co wydaje się być miłością.

Następna spora niespodzianka tego roku. „Obsesja” to kolejny przykład, że mały budżet (750 tysięcy dolców) i odrobina talentu potrafi napędzić kreatywność oraz pokazać jak głęboko może sięgać gatunek horroru. Imponujący biegłą realizacją, okraszony odrobiną humoru i mocny argument dla osób pozostających singlami.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ciche miejsce: Dzień pierwszy

Tworzona przez Johna Krasinskiego seria „Ciche miejsce” to jedna z popularniejszych oraz bardziej interesujących horrorów ostatniej dekady. W oczekiwaniu na planowaną część trzecią, która opóźniona została z powodu pandemii. Niemniej dwa lata temu pojawił dość niespodziewany prequel – przynajmniej tego się należało spodziewać po podtytule „Dzień pierwszy”.

Tym razem za kamerą stanął Michael Sarnoski, czyli twórca głośnej „Świni” z Nicolasem Cage’m. Krasinski ograniczył swój udział do roli producenta, a sama akcja tym razem przenosi się do Nowego Jorku. Bohaterką jest Sammy (Lupita Nyong’o) – chorująca na raka młoda poetka, przebywająca w hospicjum. W zasadzie jedyną jej bliską osobą jest… kot, trzyma się od wszystkich na dystans i nie oczekuje już zbyt wiele od życia. Razem z grupą pacjentów wyrusza do miasta na spektakl, jednak w trakcie przedstawienia coś trafia na ziemię. Początkowo mogło się wydawać uderzeniem meteorytów, ale tak naprawdę to inwazja obcych. I jakikolwiek dźwięk oznacza śmierć, o co w wielkim mieście nie jest trudne.

Ta część „Cichego miejsca” w zasadzie jest równie kameralna, mimo kompletnie zmienionego settingu. To niemal klasycznie zrobiony thriller, pokazujący początek końca świata. Od początkowego ataku i poczuciu dezorientacji (pojawiający się zewnątrz pył) przez atakujące z każdej strony dziwne kwiatowate maszkary po całkowitą ciszę. W zasadzie forma straszenia ogranicza się do dwóch rzeczy: nagłego dźwięku przykuwającego uwagę kosmitów albo bardzo powolnego i cichego przekradania się. Ewentualnej ucieczki z miasta, które z każdym dniem przypomina krajobrazem świat z post-apokalipsy. I to budowanie atmosfery reżyserowi się udaje świetnie, nawet jeśli wydaje się to znajome. Nawet pojawienie się w połowie drugiej postaci – studenta z UK Erica (Joseph Quinn) nie zbyt wiele zmienia. To jest bardziej dramat z elementami grozy, mocno oszczędny w dialogi, ale ma kilka czarujących elementów (scena z klubie jazzowym, teatr kukiełek).

Jedyne, co mnie zadziwiło to dwie rzeczy: jak na poważnie chorującą na raka (i to od dłuższego czasu) Sammy jest zadziwiająco sprawna i zwinna. Druga to towarzyszący im kot, który zachowuje się bardziej jak… pies. Bardzo mocno przywiązany do swojej właścicielki, nawet jak ją na jakiś czas porzuca to wraca i jest strasznie cichutki. Ja nie posiadam kota ani psa – z powodu alergii na sierść obojga zwierzaków – lecz to zachowanie jest co najmniej zastanawiające.

„Dzień pierwszy” nie jest jakimś sporym rozwinięciem uniwersum Cichego miejsca, ale to całkiem niezły dramat w otoczce horroru o odzyskiwaniu chęci do życia i sile przyjaźni. Bardziej wyczekuję jednak części trzeciej serii, która ma się pojawić w przyszłym roku.

6/10

Radosław Ostrowski

28 lat później – część II: Świątynia kości

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery dotyczące fabuły „28 lat później”.

Chyba nikt tak szybko nie spodziewał się kontynuacji do „28 lat później”, czyli historii o tym, że człowiek człowiekowi zombie. Wynika to z prostego faktu: obydwa filmy były kręcone równocześnie. Jest to o tyle imponujące, że „Świątynię kości” nakręciła Nia DeCosta, a nie Danny Boyle. Czy to się jakoś odbiło mocno na jakości?

Akcja dzieje się troszkę po wydarzeniach z poprzedniej części. Nasz nastoletni Spike (Alfie Williams) trafił do grupy złośliwie po seansie nazywano Power Rangers pod wodzą Jimmy’ego (Jack O’Connell). Ale tak naprawdę Palce są brutalnym gangiem i jego lider to nawiedzony satanista, wymagający bezwzględnego posłuszeństwa. Chłopak nie bardzo radzi sobie z zaadaptowaniem się do nowego otoczenia, ale szansa ucieczki w zasadzie nie istnieje. W tym samym czasie doktor Kelson (Ralph Fiennes) ciągle siedzi w swojej samotni z czaszek, budując dziwną więź z niejakim Samsonem – Alfą z długimi włosami oraz ogromną posturą. Więź to może za dużo, bo lekarz wali w niego strzałkami z morfiną. Zaczyna jednak zauważać pewne zmiany w zarażonym, co może doprowadzić do zwalczenia wirusa.

Już od pierwszy scen widać poważną zmianę w stylu oraz reżyserii. DaCosta nie bawi się w szalony montaż Boyle’a, jednak pozostaje bardzo intensywnym kinem. W zasadzie mamy dwie historie, które przez większość czasu dzieją się obok siebie. W końcu jednak musi dojść do zderzenia brutalnej siły fanatyzmu i religijnej manipulacji z racjonalizmem. Nasz Spike zostaje zepchnięty na dalszy plan, próbując znaleźć swój wzorzec i kogoś dającego bezpieczeństwo w tym „dzikim” świecie. Kogo wybierze? Odpowiedź raczej nie zaskoczy, o ile jakiś wybór będzie.

Nie oznacza to jednak, że „Świątynia kości” nie jest horrorem. Każde pojawienie się zarażonego wywołuje niepokój, choć dość szybko są eliminowani. Jednak największa groza pojawia się podczas sceny w domku na wsi, gdzie gang wpada do środka i… udziela „łaski” jego mieszkańcom. Wtedy jest krwawo (w opór i bez znieczulenia), wręcz makabrycznie, co prowadzi do oczywistej konfrontacji. Nieoczywiste jest tu rozwiązanie z niemal tanecznym popisem lekarza do rytmu Iron Maiden (kapitalnie zmontowana i nakręcona z furią) oraz zaskakującym cameo. Nic więcej nie zdradzę, bo jest tu parę niespodzianek. Jeszcze bardziej jest tu podbite skojarzenie między światem po wirusie do pandemii i Brexitu, z grupką zagubionych dzieciaków, pozbawionych jakiejkolwiek nadziei oraz ludzi próbujących przetrwać. Wydaje się, że powrotu do przeszłości nie będzie.

Technicznie jest inaczej niż w pierwszej części, ale to stonowanie naprawdę działa. Jest tu parę time lapse’ów (przyspieszenia czasu), kamery „przyklejonej” do sylwetki, świetnej muzyki z lat 80. oraz zadziwiająco sporo humoru. Wygląda to wizualnie bardzo dobrze, z pięknymi zdjęciami i momentami wyciszenia. A wszystko na barkach trzyma Ralph Fiennes oraz Jack O’Connell. Pierwszy to lekarz żyjący przeszłością, wyznający zasadę memento mori i pełen pokory. Ten drugi, przypominający z wyglądu Jimmy’ego Savile’a (brytyjskiego dziennikarza, DJ-a oraz – jak się okazało po śmierci – seryjnym pedofilem), z dużym krzyżem na piersiach jest nieobliczalny, szalony i bardzo sprytny. W każdej chwili może zaatakować, bez mrugnięcia okiem, modląc się do ojca (Starego Nicka).

„28 lat później: Świątynia kości” może nie rozwija świata przedstawionego, ale DaCosta jest o wiele bardziej skupiona formalnie i tematycznie. Z bardzo satysfakcjonującym finałem, wyrazistymi postaciami oraz konfrontacją światopoglądową, które prowokuje do myślenia. Wielu mówi, że to najlepsza część serii – sam nie widziałem poprzednich części, by rzucić taką tezę – lecz na pewno świetnie uzupełnia się z poprzednikiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Frankenstein

Wśród ikonicznych potworów w historii popkultury za pierwszego (obok Draculi i wilkołaka) uważany jest potwór Frankensteina. Pierwszy raz pojawił się na kartach powieści Mary Shelley „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” z 1818 – uważaną za pierwszą powieść science-fiction. Oraz jedną z pierwszych, opowiadających o tym, jak człowiek bawi się w Boga, co kończy się katastrofą. Ten motyw był potem wykorzystywany m. in. choćby w „Parku Jurajskim” Michaela Crichtona czy filmie „Obcy: Przymierze”. Samych adaptacji tej powieści powstało wiele, w których monstrum grali tacy aktorzy jak Boris Karloff czy Robert De Niro. Teraz swoje spojrzenie na tego klasyka przygotował specjalizujący się w filmach o potworach Guillermo del Toro, a całość sfinansował Netflix.

Historia zaczyna się na zamarzniętym Oceanie Arktycznym, gdzie utknął duński okręt z zadaniem dotarcia do bieguna północnego. Dowodzący kapitan Andersen (Lars Mikkelsen) znajduje ciężko rannego mężczyznę, ściągając go na okręt. W ślad za nim rusza tajemnicza istota, bardzo chcąca dorwać ocalonego, wołając „Victor”. Jak się okazuje uratowanym jest baron Victor Frankenstein (Oscar Isaac), który po odzyskaniu przytomności opowiada swoją historię. Oraz tego jak stworzył „żywego” człowieka ze zwłok zmarłych (Jacob Elordi).

„Frankenstein” to dwie historie pokazane z dwóch perspektyw: Frankensteina oraz jego kreacji. Pierwsza pokazuje Victora od dziecka i jego silnej relacji z matką (Mia Goth) aż po jej śmierć podczas porodu. I to wywołuje w nim bunt wobec śmierci, otoczenia naukowców, nawet swojego ojca. Podczas jednej z prezentacji akademickiego do barona zgłasza się przyjaciela brata, niejaki Henrich Harlander (Christoph Waltz). Ten proponuje naukowcowi nieskończone środki, lokację z dala od świata oraz zwłoki. Druga historia opowiadana przez monstrum to próba odnalezienia siebie w kompletnie obcym świecie, odrzuconym przez stwórcę i spotykającego się niemal z wrogością, antagonizmami oraz samotnością.

Niby nic, czego bym się nie spodziewał, ale jak to Del Toro jest bardzo plastycznie oraz wysmakowane na poziomie wizualnym. Trudno nie oderwać oczu od tej imponującej scenografii czy mocnych kolorystycznie kostiumów. I wielka szkoda, że ten film trafił na duży ekran, bo to byłoby ogromne doświadczenie. Ale czy ta historia angażuje? Nie jest ona stricte horrorem, choć początek na zamarzniętym oceanie potrafi budzić lęk. Jednocześnie reżyser mocno pokazuje jak dobrymi chęciami jest piekło brukowane, doprowadzając na skraj szaleństwa samego twórcę oraz jego tworzywo. Zupełnie jakby samo wykonanie celu było najważniejsze, bez odpowiedzi na pytanie: „co dalej?”. Szczególnie, że interakcje żywego trupa z Victorem ogranicza się w zasadzie do jednego słowa: „Victor!”. Jedynym rozumiejącą go osobą jest narzeczona brata barona, Elizabeth (niezawodna Mia Goth) – równie odosobniona i żyjąca we własnym świecie.

Dopiero w drugiej połowie, czyli z perspektywy Monstrum dla mnie film nabrał większej siły. Łatwo się zidentyfikować z osobą, która pierwszy raz – niczym dziecko – odkrywa świat, spotykając się z odrzuceniem, wrogością. Co gorsza, nie jest on w stanie umrzeć, zaś każda rana się regeneruje. Zupełnie jakby był proto-Wolverine’m czy innym superherosem. Ale ta postać zyskuje dzięki rewelacyjnej roli Jacoba Elordiego. Jego bardzo głęboki głos, charakteryzacja oraz sposób poruszania robią piorunujące wrażenie. Zarówno próby mówienia, interakcja z niewidomym czy narastający gniew zapadają bardzo mocno w pamięć. Równie świetny jest Oscar Isaac, nawet jeśli budzi on skojarzenia z podobną rolę w „Ex Machina”. To bardzo egotyczny, coraz bardziej pyszałkowaty, manipulujący i bezwzględnie dążący do celu. Nie zdając sobie sprawy z konsekwencji tego zjawiska, zaczynać czuć pogardę, brak cierpliwości oraz szorstkość. Bardzo mocna i wyrazista kreacja.

Na papierze „Frankenstein” wydaje się być skrojony pod wrażliwość oraz styl Guillermo del Toro. Imponujący audio-wizualnie, z dwiema wyrazistymi głównymi rolami. Aczkolwiek muszę przyznać, że bardziej mi się podobała druga połowa, zaś powolne tempo może wielu zniechęcić. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

Anakonda (1997)

Już w kinach pojawiła się nowa wersja „Anakondy” – jeszcze nie wiem, czy to będzie reboot, remake czy tylko wariacja na temat. Więc to dobra okazja, aby się zapoznać z pierwowzorem. Czyli stworzonym w latach 90. blockbusterowym kinem klasy B, mocno czerpiącym ze znajomych klisz oraz schematów animal attack.

Sama fabuła jest prosta niczym konstrukcja cepa. Otóż śledzimy ekspedycję naukową w głąb Amazonki, która ma odnaleźć mityczne plemię. Grupą prowadzi dr Steven Cale (Eric Stoltz) oraz filmowcy z reżyserką Terri (Jennifer Lopez), operatorem Danny’m (Ice Cube), dźwiękowcem Gregiem (Owen Wilson), asystentką Denise (Kari Wuhler) oraz aktorem, pełniącym rolę narratora Warren (Jonathan Hyde). Cóż może pójść nie tak? Wszystko zmienia się, gdy ekipa przygarnia rozbitka, niejakiego Paula Serone’a (Jon Voight). Ten obiecuje pomóc w dotarciu do celu, jednak ma własny motyw.

Wszystko jest tu proste, a reżyser Luis Llosa wydaje się być świadomym tego, co robi. Postacie w zasadzie są proste, płaskie i papierowe – naukowiec w stroju Indiany Jonesa, czarnoskóry dobrze posługujący się nożem, Brytyjczyk z wyższych sfer nie odnajdujący się w tym otoczeniu. No i jeszcze tajemniczy przybysz – niby z Paragwaju, ale akcent jest zupełnie z zupełnie innej strony galaktyki, jest kompletnie przerysowana, w zasadzie niejako kradnący ekran bardziej niż anakonda. Dialogi w zasadzie są, ale ich brak nic specjalnie by zmienił. Z kolei sam wąż jest… straszny. I nie chodzi o to, że budzi grozę, ale efekty komputerowe nie zestarzały się zbyt dobrze. Gad wygląda jakby był z gumy i nie budzi przerażenia, za to jest bardzo długi, a nawet potrafi złapać swoją ofiarę w locie. Dosłownie i w przenośni.

Sam film wygląda ładnie wizualnie (szczególnie wschody słońca na rzece), co jest zasługą Billa Butlera – autora zdjęć m.in. do „Szczęk”, zaś muzyka Randy’ego Edelmana pomaga w budowaniu klimatu. Ale jeśli myślicie, że wywołuje to jakiekolwiek napięcie czy grozę, zapomnijcie. Ja nie czułem kompletnie nic, poza nagłymi atakami śmiechu oraz niedowierzania. Choćby w finale, gdzie mamy podpalanie, ucieczkę za bestię i eksplozję. Jedynie Jon Voight sprawia wrażenie, jakby wiedział w czym gra, robiąc absolutną zgrywę. Ten dziwny akcent, niemal kamienny wyraz twarzy oraz opanowanie godne najtwardszego twardziela zapadają w pamięć. A jego śmierć – o rany, tego nawet nie jestem w stanie opisać.

„Anakonda” ani nie działa jako horror/thriller, bo suspensu i strachu w zasadzie tu nie ma. Scenariusz w zasadzie jest szczątkowy, nawet jeśli świadomie idzie w stronę kina klasy B, C, a nawet jeszcze niższego. Idiotyczne, głupie, bliżej kategorii guilty pleasure, ale tak naprawdę jest bardzo przeciętne.

5/10

Radosław Ostrowski

Osobisty pamiętnik grzesznika… przez niego samego spisany

Chyba dawno nie widziałem takiego przerostu ambicji oraz możliwości niż w przypadku „Osobistego pamiętnika grzesznika” Wojciecha Jerzego Hasa. Oparta na powieści Jamesa Hogga opowieść miała się skupić wokół życia człowieka w grzechu, podatności na wpływy Szatana. Tylko, że coś tutaj nie do końca zagrało.

Wszystko zaczyna się nocą, kiedy zostaje wykopane ciało lekko gnijącego nieboszczyka. Dowódca gwardii ma znaleźć tytułowy pamiętnik, lecz Robert (Piotr Bajor) zamiast wręczyć go bez wahania, zaczyna opowiadać swoją historię. Urodził się w rodzinie głęboko religijnej, że się tak wyrażę. Matka (Hanna Stankówna) była mocno oddana Bogu oraz modlitwom, zaś ojciec (Janusz Michałowski) był pastorem. Nie był jednak mężem kobiety, gdyż ten zostawił ją po tym, jak zapłodnił ją przemocą. Ale spokojne życie młodzieńca zmieniło się wraz z pojawieniem się tajemniczego nieznajomego (Maciej Kozłowski), który potrafi zmienić się w niego. Wtedy zaczynają dziać się dziwaczne rzeczy.

Reżyser znowu idzie w poetycko-surrealistyczną stylistykę, dodając do mieszanki estetykę kostiumowego kina grozy. Mamy tutaj próbę podjęcia tematów związanych z życiem w grzechu i nieczystości, hipokryzji oraz podatności na zło. A wszystko pokazane z perspektywy młodzieńca, który jest przekonany o swojej wyjątkowości. Brzmi to bardzo intrygująco, dialogi pełne są poetyckich metafor, także wizualnie wygląda to bardzo dobrze: od bardzo szczegółowej scenografii i dekoracji aż po płynną pracę kamery. Problem w tym, że to wszystko zmierza donikąd. Historia dzieje się w sposób urywany sposób, gdzie granica między jawą a snem się zaciera, zaś wiele istotnych wydarzeń rozgrywa się poza kadrem, wywołując jeszcze większy mętlik w głowie. Do tego samo aktorstwo jest strasznie teatralne i sztuczne (szczególnie w wykonaniu Bajora, który jest strasznie sztywny), które może by pasowało do XVII czy XVIII wieku, czyli epoki rozgrywania akcji. Niemniej nie jest to żadne usprawiedliwienie.

Dla mnie „Osobisty pamiętnik grzesznika…” to największe rozczarowanie w dorobku Hasa. Choć ma ładne ujęcia czy porządne technikalia, to scenariusz i reżyseria ciągną ten film w dół. Mętny, zbyt zintelektualizowany, nieczytelny tytuł, wywołujący we mnie przebitki z „wybitnych” dzieł Lecha Majewskiego. A nie jest to dobre skojarzenie.

5/10

Radosław Ostrowski

Wilczyca

Hasło „polski horror” samo w sobie brzmi przerażająco, a szczególnie sprawdzając filmy grozy z czasów PRL-u. Niemniej jest parę produkcji tego gatunku z tego okresu, które potrafią zrobić wrażenie nawet teraz („Trzecia część nocy” czy „Lokis”). Jednak najbardziej rozpoznawalnym horrorem jest „Wilczyca” specjalisty od polskiego kina klasy B – Marka Piestraka.

Akcja dzieje się gdzieś pod zaborem pruskim po powstaniu 1846 roku, kiedy do swojego majątku wraca Kacper Wosiński (Krzysztof Jasiński). Na miejscu odkrywa, że jego żona Maryna (Iwona Bielska) jest śmiertelnie chora. Wszystko z powodu próby usunięcia ciąży, a kobieta przed śmiercią rzuca klątwę na męża. Po jej śmierci (oraz wbiciu kołka w serce Maryny) Kacper wyrusza do majątku hrabiego Ludwika (Stanisław Brejdygant) jako jego plenipotent. Jednak w ślad za nim rusza sporej wielkości wilk. Równie zaskakujący jest fakt, że żona hrabiego wygląda dziwnie podobnie jak jego zmarła żona. I zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

Od razu może napiszę, żeby rozwiać wszelkie wątpliwości – to nie jest najlepszy polski horror, jaki widziałem. Reżyser ewidentnie do tworzenia filmu inspiruje się włoskim kinem grozy z lat 60. od Mario Bavy, co może wynikać z niezbyt dużego budżetu. Niemniej Piestrak sprytnie kombinuje i umie budować atmosferę. Od ciągle trwającej zimy przez scenę we mgle na drodze aż po dwór. Wszystko idzie dość powolnym tempem i czasami niektóre rzeczy mogą pozornie nie pasować do całości (ucieczka hrabiego Ludwika, romans hrabiny z oficerem huzarów). Niemniej w drugiej połowie zaczyna nabierać mocniejszego tempa, spinając wszystko w klarowną całość – z krwawym (w bardzo kampowy sposób) finałem oraz mocnym zakończeniem.

Technicznie wygląda to całkiem przyzwoicie – od naprawdę stylowych zdjęć przez zaskakująco imponującą scenografię (zarówno dwór hrabiego, jak i pracownia lekarza) aż po bardzo intensywną muzykę orkiestrową. A jak radzi sobie charakteryzacja? Bo jest tu jej troszkę i – no, jest to dziecko swoich czasów. Nie wygląda to śmiesznie, ale straszyć też nie potrafi. Na szczęście nie ma jej zbyt wiele, więc nie przeszkadza aż tak bardzo.

Ale za to aktorstwo – Jezus Maria. Tutaj Piestrak radzi sobie najsłabiej, bo są tu całkiem uzdolnieni aktorzy i – grają strasznie. W sensie niezbyt dobrze, wręcz na granicy przerysowania. Szczególnie dotyczy to Iwony Bielskiej w podwójnej roli oraz Krzysztofa Jasińskiego, którego ratuje postrzelona czupryna oraz epickie wąsy. Właściwie najbardziej wybija się tutaj bardzo energiczny epizod Leona Niemczyka (hrabia Smorawiński) oraz niezawodny Henryk Machalica w roli pewnej wariacji Van Helsinga (doktor Goldberg).

Jakby rozumiem skąd kultowy status „Wilczycy”, zaś Piestrak całkiem nieźle sobie sobie radzi w konwencji folk-horroru. Niemniej nie postawiłbym tego dzieła ani obok „Lokis” Majewskiego czy nawet idącego ku noir „Medium” Koprowicza, bo brakuje mi do tej klasy. Szczególnie w kwestii aktorstwa czy budowaniu napięcia.

6/10

Radosław Ostrowski

Predator: Prey

Kiedy w roku 2018 Shane Black dokonał zmasakrowania „The Predatora”, wielu uznało to za pogrzeb i sygnał, że należy dać spokój wojownikom z rasy Yautia. Zostali już przemieleni (nie tylko w filmach, ale także w komiksach oraz grach komputerowych) do tego stopnia, iż nie da się już niczego nowego do opowiedzenia. Szczególnie, kiedy właściciele zabijaków w dredach 20th Century Fox, zostali kupieni przez Disneya. I wtedy na białym koniu wjechał Dan Trachtenberg. Twórca „10 Cloverfield Lane” wpadł na prosty pomysł, by dać Predatory w troszkę innym settingu.

„Prey” dzieje się w 1718 roku na terenach obecnego Ju Es Ej, kiedy ten kraj jeszcze nie istniał. Tym razem zamiast wojaków czy uzbrojonych twardzieli, skupiamy się na Indianach z plemienia Komanczy. Konkretnie zaś na Naru (Amber Mindhunter) – kobietę, która z jednej strony jest uzdolnioną znachorką i zielarką, ale też chce być wojowniczką. Tylko ta profesja raczej jest skierowana dla mężczyzn, takich jak jej brat Taabe (Dakota Beavers). Towarzyszy mu podczas polowania na lwa, mającym być jej rytuałem. Jednak nie wszystko idzie zgodnie z planem, a po drodze zauważa dziwne rzeczy (spore ślady, zmasakrowane zwierzęta). A my wiemy, co to oznacza – w okolicy pojawił się Predator.

Prawda jest taka, że „Prey” w zasadzie jest tym samym, co poprzednie filmy z tej serii. Czyli konfrontację bardziej zaawansowanego kosmicznego łowcę z mniej rozwiniętymi ludźmi. Jedyna zmienna to miejsce oraz czas, czyli XVIII-wieczna Ameryka. Czy jest to odświeżające? O dziwo, tak. Reżyser daje dużo czasu na poznanie kultury Komanczów, ich obyczajów czy bliskości z naturą. Sporo jest tu pięknych ujęć samego krajobrazu, w tle gra etniczna w formie muzyka, zaś sami Indianie wiele razy mówią swoim językiem (aczkolwiek przez większość czasu jednak używają angielskiego – inaczej nie zrozumielibyśmy niczego). Jest tu też parę skrętów w kierunku horroru, kiedy pojawia się (w sporej części czasu niewidzialny) Predator, będący odpowiednikiem slasherowego zabójcy – szczególnie w trzecim akcie, kiedy pojawiają się francuscy traperzy. Ma troszkę inne od tych, które widzieliśmy do tej pory (metalowa tarcza) albo zmodyfikowane wersje znajomych (laserowy celownik, co zamiast strzału z działka uderza… strzałkami). Także nasz myśliwy przechodzi pewną ewolucję na przestrzeni lat. Niby drobiazg, a jaką czyni różnicę.

Aktorsko tutaj na swoich trzyma tu Amber Mindhunter w roli Naru i ona tylko pozornie wydaje się kolejną „silną, niezależną kobietą”, którą wszędzie widzą wszyscy hejterzy, grifterzy oraz inni niepewni siebie chłopcy, co uważają się męskich mężczyzn. Owszem, bywa czasem uparta w swoim celu, a reszta traktuje ją z pewnym lekceważeniem. Nigdy jednak nie przekracza granicy irytacji, nie traci sympatii i nie brakuje jej sprytu. Bardzo mi się podobała ta postać. Równie świetny jest Dakota Beevers w roli jej starszego brata, Taabe. Zaś sam Predzio w wykonaniu Dane’a DiLiergo (podparty grafiką komputerową) jest nadal groźnym bydlakiem, budzącym przerażenie oraz postrach.

Czy „Prey” jest najlepszym sequelem z serii? Ciężko mi to ocenić, bo dawno nie widziałem kontynuacji i nie chcę tak lekko rzucać takim tekstem. To zdecydowanie bardziej poważna część, gdzie zaskakująco jest sporo momentów bez dialogów, pięknych zdjęć oraz krwistej akcji. Jest tu sporo świeżości oraz niewiele odniesień do oryginału, czyniąc go własnym bytem.

7,5/10

Radosław Ostrowski