Creepshow – seria 1

Wydawałoby się, że już ze światem „Creepshow” nigdy się nie spotkamy. Trzy pełnometrażowe filmy (ostatni z 2006 roku), z czego dwa pierwsze osiągnęły status kultowego, jednak duży sukces serialu „Opowieści z krypty” doprowadził do pewnego zapomnienia tej marki. Jednak pewien szaleniec nazwiskiem Greg Nicotero, współzałożyciel firmy KNB zajmującej się praktycznymi efektami specjalnymi, postanowił reaktywować tą markę w formie serialu. 12 historyjek, balansujących między komedią a horrorem w komiksowej estetyce i konwencji przypominającej filmowy pierwowzór z lat 80.

I realizowane przez różnych reżyserów: od Grega Nicotero przez Johna Harrisona aż po samego Toma Savini. Co bardzo mnie zaskoczyło to fakt, jak bardzo te historie wydają się być osadzone bardziej w przeszłości niż w czasach bliższych nam (poza historią dotyczącą szefowej korporacji czy pewnej cudownej terapii odchudzającej). Żadnych komputerów czy telefonów komórkowych, co mocno rzuca się w oczy, ale nie należy tego traktować jako wady. I tak jak w oryginale opowieści są mieszanką komedii i horroru, zdominowaną przez praktyczne efekty specjalne oraz trzymają różny poziom.

Od razu powiem, że najsłabsze były dwie historie: ta osadzona w realiach II wojny światowej, gdzie amerykańscy żołnierze trafiają na wilkołaka oraz osadzona w świecie post-apokaliptycznym historia osądu na władzach miasteczka. Obie te opowieści wydawały mi się jakoś tak na szybko zrobione, bardzo przewidywalne oraz nudziły. Za to największe wrażenie zrobiła historia nr 2 o dziewczynce i „nawiedzonym” domku dla lalek, gdzie pojawia się znikąd głowa oraz opowieść o spełniającej trzy życzenia ręce i jej właścicielu, będącym szefem domu pogrzebowego.

Twórcy idą po różnorakie pomysły oraz tropy: od przemiany człowieka w nienasyconą bestię, pragnących zemsty na swoich oprawcach duchach, stworzeniu żywego stracha na wróble, mężczyźnie uwięzionym w walizce czy poszukiwaniach potwora z jeziora (coś a’la potwór z Loch Ness). Wszystko utrzymane w estetyce pierwowzoru, czyli nie brakuje zarówno komiksowych kadrów, kiczowatej stylistyki lat 80. (mocne kolory, zbliżenia z komiksowym tłem, elektroniczna muzyka), a efekty praktyczne wyglądają bardzo imponująco. A mimo sporej ilości historyjek nie czułem się za bardzo znużony, zaś wnioski z nich wyciągane potrafią zaskoczyć.

Równie dobre wrażenie – poza świetną realizacją – zrobiło na mnie aktorstwo, choć zdarzało się kilka niewykorzystanych szans (m.in. za drobne role Jeffreya Combsa czy Davida Arquette’a). Ale jest kilka bardzo pozytywnych zaskoczeń i objawień jak fenomenalni Ravi Naidu, Cailey Fleming oraz Bruce Davison, zaskakujący DJ Quails czy trzymający poziom Tobin Bell i Giancarlo Esposito. Jest tego o wiele więcej, więc polecam samemu poodkrywać.

Zaś sam serial to jedna z większych niespodzianek tego roku, godnie wskrzeszająca kultową markę. A z tego, co słyszałem zamówiono dwie serie. Nie wiem jak wy, ale ja się nie mogę doczekać kolejnych opowieści z dreszczykiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Creepshow

Niedawno powstał telewizyjny serial inspirowany pewnym – mam wrażenie – troszkę zapomnianym horrorem z lat 80. „Creepshow” w zasadzie jest horrorową antologią, gdzie mamy kilka opowieści z dreszczykiem w stylu kampowych horrorów z lat 50. i 60. oraz komiksów z tej epoki. Na pewno po serial sięgnę, ale uznałem za słusznie zapoznać się z oryginałem. A za nim odpowiadają nie byle goście, bo reżyser George Romero oraz odpowiedzialny za scenariusz Stephen King.

Punktem wyjścia całej historii jest pewne spięcie między ojcem a synem o komiksy z gatunku horror und groza. Głowa rodziny nie przepada za tym śmieciem i decyduje się wyrzucić zbiór do kosza. Od tej pory obserwujemy pięć historii z tego komiksu zaczynające się animowaną wstawką (bardzo elegancką). I to już niejako narzuca ton: niby straszny i przerażający, ale jednocześnie z dużym przymrużeniem oka. Każdy z segmentów przedstawia krótką, ale treściwą opowieść, idąc w różnorodną tematykę: od powstałego z grobu członka rodziny, który przybywa na uroczystość przez zdradzonego męża planującego zemstę na żonie oraz kochanku po tajemnicze monstrum w skrzyni i naukowca mającego obsesję na punkcie zabicia robactwa. Co najbardziej zaskoczyło mnie to fakt, że każda z tych produkcji miała odrobinę humoru (czasami czarnego i makabrycznego, ale też sporo slapsticku) oraz była sensownie poprowadzona od początku do końca.

Balans między grozą i humorem tutaj jest zachowany wręcz bardzo dobrze, a co jeszcze ciekawsze trudno tutaj wskazać jaką historię, która byłaby słaba. Jeśli jednak miałbym wskazać najlepszą to byłby to dwie historie: nr 3 i 4. Czyli historia mężczyzny (zaskakujący, lecz świetny Leslie Nielsen) dokonującego dość przewrotnej zemsty na swojej żonie i kochanku (tutaj niezawodny Ted Danson). Jest odpowiednio, pozbawiona krwi, lecz bardzo makabryczna oraz przewrotnym finałem. W podobnym tonie idzie opowieść o odkryciu pewnej tajemniczej skrzyni przez profesora akademickiego. Ale bohaterem jest naukowiec żyjący w związku z bardzo narzucającą swoją wolę imprezującą żonę (w tych rolach Hal Holbrook oraz Adrienne Barbeau). Jest odpowiednio strasznie, w czym pomaga lejąca się posoka oraz maszkara, ale też nie brakuje smolistego humoru co pokazują sceny, gdy mąż wyobraża sobie jak zabija swoją żonę. Rozbawić potrafi historia druga o rolniku (zaskakujący Stephen King), w którego ziemię uderza meteoryt, zmieniając jego oraz całą okolicę.

Każda z części wygląda bardzo w latach 80. z bardzo wyrazistą kolorystyką w niebezpiecznych scenach, co budzi skojarzenia z komiksową estetyką (także obecną w formie kadrów jak w paskach z komiksu czy rysowanym tłem przy kilku ujęciach). Równie dobrze trzyma się świetna charakteryzacja od mistrza Toma Saviniego, zdjęcia oraz muzyka mieszająca orkiestrę z elektroniką. Na ekranie nie brakuje też kilku znanych twarzy jak będącego na początku kariery Eda Harrisa, weterana E.G. Marshalla czy wspomnianego wcześniej Leslie Nielsena.

I powiem, że po kooperacji Romero/King nie spodziewałem się takiej fajnej mieszanki, której o wiele lepsza niż zrobiona później „Mroczna połowa”. Perełeczka, która podkręciła mi apetyt na serial.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Relic

Zaczyna się to bardzo spokojnie. Matka z córką jadą do domu babci, której nie widziały od dłuższego czasu. Jednak nie robią tego z przypływu serca, ale z powodu zaginięcia starszej pani. Na miejscu dom okazuje się mocno podniszczony i zaniedbany, jakby nikt w nim nie mieszkał. Po dwóch dniach dzieje się coś naprawdę dziwnego – babcia Edna wraca do domu jakby nigdy nic się nie stało. Matka z córką wiedzą o jej problemach z pamięcią i wprowadzają się, by zająć się starszą panią. Powoli zaczynają odkrywać kolejne dziwne zachowania staruszki.

Debiutująca Natalie James w „Relic” pozornie wydaje się iść w stronę kina grozy. Tylko, że horror ma tutaj przede wszystkim podłoże psychologiczne, więc wszelcy fani potworów czy osób opętanych nie mają tu czego szukać. Elementy grozy służą do pokazania trudnej relacji z osobą chorą na utratę pamięci. Takie osoby są w stanie się na chwilę „zawiesić”, nie pamiętają nawet tego, że wręczyły komuś z rodziny przedmiot i oskarżają o kradzież, a nawet zachowują się w sposób czasem irracjonalny. W tym przypadku jest to jedzenie zdjęć z albumu, jednak reżyserka nie boi się pokazać innych niepokojących rzeczy. Większość wydarzeń dzieje się w nocy, a niepokojący klimat potęguje samo wnętrze domu. Niby takie spokojne i dzisiejsze, ale z drugiej strony na ścianach są grzyby, pleśń oraz brud, a także karteczki z napisami. Nie brakuje też efektywnych jump-scare’ów, których się naprawdę nie spodziewałem, więc strach też się pojawia. Wszystko to pomaga w zarysowaniu oraz pogłębieniu trudnych relacji rodzinnych.

Napięcie jest budowane bardzo powoli, co wielu może zniechęcić, ale warto wgłębić się w opowieść. Każda z pań jest inna, z różnym systemem wartości oraz wieloma przejściami. Babcia (rewelacyjna Robin Nevin) w jednej chwili jest w stanie zmienić swoje nastawienie: od opanowanej i ciepłej po zagubioną, zdezorientowaną, nawet agresywną. Matka (fantastyczna Emily Mortimer) jest typem pracoholiczki, która jednak kocha swoją matkę i próbuje jej pomóc. Nawet wbrew jej woli, niemal do końca zachowując trzeźwość umysłu oraz desperacką walkę. Z kolei najmłodsza (ciepła Belle Heartcomb) pierwszy raz styka się z chorobą babci, choć początkowo cieszy się z jej obecności. Jednak z czasem zaczyna uświadamiać sobie jak duże brzemię spotyka jej babcię.

To wszystko zostaje skonfrontowane w bardzo intensywnym, ponad 20 minutowym finale, który trzyma na krawędzi fotela oraz potrafi mocno uderzyć w głowę. Czegoś takiego dawno nie odczuwałem, tak jak dawno nie widziałem tak przekonującego horroru psychologicznego. Małe, a wielkie kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Amerykański wilkołak w Londynie

Dwóch kumpli, David i Jack, wyruszyli gdzieś na brytyjską prowincję, choć ich głównym celem są Włochy. Pogoda jest typowo angielska, czyli szaro, buro oraz zmierza ku padającemu deszczowi. Przechodząc przez wrzosowiska trafiają do baru, gdzie mieszkańcy są dość wystraszeni i nieufni wobec obcych. Ludzie ostrzegają naszych Jankesów, by trzymali się drogi albowiem zbliża się pełnia. Oczywiście, nie udaje im się, przez co gubią się. Jakby gorzej być nie mogło, obaj zostają zaatakowani przez tajemniczą bestię, która rozszarpuje Jacka i rani Davida. Ocalały trafia do londyńskiego szpitala i ciągle nawiedza go zjawa zmarłego informując go, że zostali zaatakowani przez wilkołaka. David ma wkrótce przemienić się w monstrum, a jedynym wyjściem z sytuacji jest samobójstwo, jednak mężczyzna uważa to wszystko za halucynację. Aż do chwili, kiedy podczas pełni dochodzi do przemiany.

Dla wielu kinomanów John Landis to przede wszystkim reżyser kultowego „Blues Brothers”, ale rok po nim zrobił interesującą hybrydę. Już wcześniej łączono horror z komedią, jednak wcześniej nie był to film o wilkołaku. Pozornie zaczyna się jak klasyczna opowieść grozy, z bardzo brytyjskim krajobrazem w tle oraz społecznością skrywającą tajemnicę. Cały czas jednak polane jest to humorem. Ten wynika głównie z niewiary Davida oraz reakcji otoczenia na jego tezy o wilkołaku, a także z płynnego przejścia tonów.  Reżyser pokazuje Brytyjczyków z niemal typową dla nich flegmą oraz opanowaniem skontrastowanym z bardzo zagubionym, coraz bardziej przerażonym Davidem (świetny David Naughton). Nie boi się też sięgnąć po bardziej makabryczne momenty jak choćby w każdej scenie z Jackiem (cudowny Griffin Dunne), coraz bardziej tracącym swoje ciało i coraz bardziej obrzydliwie wyglądającym czy scenach ataku wilkołaka w mieście. Chociaż te momenty bywają też zabawne (scena w metrze).

Landis z pozornie prostego szablonu wyciska wiele, sięgając po sprawdzone klisze. Racjonalnie podchodzący do sprawy lekarz i pielęgniarka (fantastyczne role Johna Woodbine’a i Jenny Agutter), z czego ta druga staje się miłością od pierwszego wejrzenia. Z drugiej strony przesądni i trzymający wiedzę o monstrum w tajemnicy bywalcy karczmy. Czasem ma się wrażenie jakby reżyser inspirował się filmami wytwórni Hammera, ale w przypadku atakowania grozą robi to bardzo efektywnie. Czy to w scenie w metrze, wszelkich koszmarów czy podczas długiej oraz szczegółowej sekwencji transfmormacji (bardzo mocna rzecz, słusznie nagrodzona charakteryzacją).

„Amerykański wilkołak…” nadal potrafi przerazić, ale i poruszyć (finał). Dla mnie jedno z większych zaskoczeń oraz protoplasta wszystkich komedio-horrorów. Takiego oblicza Landisa nie znałem.

8/10

Radosław Ostrowski

Dracula

Hrabia Dracula – czy jest bardziej ikoniczny wampir w historii popkultury? Bohater XIX-wiecznej powieści Brama Stokera przeżyła wiele inkarnacji: od gotyckiego horroru przez parodię aż do wersji uwspółcześnionej. Czy w ogóle było możliwe stworzenie tej postaci na nowo po tylu interpretacjach? W BBC dwóch wariatów (Mark Gatiss i Steven Moffat), którzy nadali nowe spojrzenie na Sherlocka Holmesa uznali, że mają nowy pomysł na legendarnego krwiopijcę.

Jeśli spodziewaliście się wiernej adaptacji książki, sięgnijcie po film Francisa Forda Coppoli. Ten trzyodcinkowy miniserial idzie swoją własną drogą, gdzie każdy odcinek pokazany jest w innej formie. I już na samym początku poznajemy dwie kluczowe postacie: samego hrabiego oraz siostrę Agatę z rodu Van Helsing. Pierwszy odcinek to wprowadzenie w formie zeznania złożonego przez Jonathana Harkera – prawnika, który trafił do Transylwanii, reprezentować księcia wampirów. Ale też jedynemu, co udało się uciec, ale wygląda jak nieumarły. Drugi to wyprawa statkiem do Anglii, gdzie hrabia częściowo próbuje się ukrywać, a jednocześnie mamy sceny szachowej gry między antagonistami. Obydwa te odcinki mają bardzo gotycką atmosferę, ale jednocześnie są bardzo współcześnie zrealizowane. Nie brakuje tutaj płynnych przejść montażowych, zabawy chronologią oraz zmian perspektywy. Twórcy przez dłuższy czas bawią zarówno ikonografią gotyckiego horroru, ale też samym motywem wampira i dorzucają kilka ciekawych pomysłów (wampir przejmuje nawyki oraz sposób mówienia swojej ofiary czy zobaczenie swojego „prawdziwego” odbicia w lustrze), dodając świeżości tego tematu. Nawet twórcy bawią się gatunkami, mieszając grozę z kryminałem, doprowadzając do konfrontacji między Złem a skromnymi siłami Dobra.

A twórcy cały czas zaskakują – czy to bardzo niepokojącym klimatem godnym horroru (sam zamek hrabiego jest bardzo surowy, pełen niekończących się korytarzy), wiszącym w powietrzu zakończeniem oraz sporą ilością krwawej posoki. Jednak najbardziej zaskakują momenty, kiedy wydaje się, że siostra Agata jest w stanie przewidzieć kolejny ruch swojego wroga, ale prawda jest zupełnie inna. Okazuje się, że protagonistka – jak i ja – cały czas byliśmy wpuszczeni w maliny, co dobitnie pokazuje odcinek drugi oraz sceny gry w szachy. Sceny wspólnych rozmów naszych postaci przypominają pojedynek na spryt, niepozbawione ciętych dialogów oraz złośliwego humoru. Walki przekazywanej z pokolenia na pokolenie.

Jednak największe kontrowersje wywołał – moim zdaniem niesłusznie – trzeci odcinek, gdzie Dracula budzi się we współczesności. Przecież takiego ruchu należało się spodziewać po gościach, co uwspółcześnili Sherlocka, a wtedy głosów krytyki nie było tak wiele. I z czego to może wynikać? Ze nas bohater tak świetnie odnajduje się w nowych czasach, choć coraz trudniej znaleźć odpowiedni „posiłek”? Ale też niejako obrywa się młodemu pokoleniu, żyjącemu tu i teraz, dla którego śmierć wydaje się tylko słowem z encyklopedii. Spotkanie z Draculą może zmienić tą postawę, choć dla paru osób może być za późno, o czym przekona się pewna miejska piękność. Sam finał dał mi pewną satysfakcję, mimo kameralnego charakteru.

Trudno mi się przyczepić do czegokolwiek pod względem realizacji. Zarówno zdjęcia jak i scenografia stoją na bardzo wysokim poziomie. Tak samo bardzo gotycka w duchu muzyka oraz świetne efekty specjalne (wliczając w to charakteryzację oraz lejącą się krew). Ale prawdziwą perłą tego serialu jest absolutnie wybitny Claes Bang w roli głównej. Jest odpowiednio magnetyzujący i przyciągający uwagę, będąc tak naprawdę wilkiem w owczej skórze. Okrutny, podstępny i zły, choć starający się zachować ogładę dżentelmena. Jedynie na widok krwi zachowuje się jak nałogowy ćpun, nie wywołując jednak poczucia paradoksu czy sprzeczności. Dzielnie asystuje mu w tym pojedynku Dolly Wells wcielająca się w reprezentantki rodu Van Helsing – obie bardziej wykształcone i pozornie nie pasujące do wykonywanej profesji (siostra Agata), dla których konfrontacja z wampirem jest niejako sensem życia. A co najważniejsze, każdą z tych postaci aktorka gra inaczej, nie gubiąc ich charakteru.

Po ostatnim – słabszym – sezonie „Sherlocka” panowie Moffat i Gatiss wracają do wysokiej formy, nie wypalając się. Bardzo interesujące spojrzenie na legendarnego wampira, z wieloma świeżymi pomysłami oraz wyrazistym stylem twórców. Dracul otrzymał – momen omem – świeżą krew.

8/10

Radosław Ostrowski

Jestem legendą

Rok 2009 miał być dla nas przełomowym. Naukowcy skonstruowali wirusa, który miał tylko jedno zadanie: usunąć raka. Poszło im tak świetnie, że po trzech latach przeżyło mniej niż 10% całej populacji, bo reszta albo zamieniła się w albinosowate zombiaki, albo karmę dla nich. Sam Nowy Jork bardziej przypomina miejską pustynię, a jedynym jej „ludzkim” mieszkańcem jest pułkownik Robert Neville – wojskowy wirusolog oraz jego suka Samantha (znaczy się pies). Mężczyzna pracuje nad antidotum, mogącym odwrócić efekt wirusa, dzięki odporności jego organizmu.

Reżyser Francis Lawrence obecnie jest znany dzięki serii „Igrzyska śmierci”, do której nakręcił 3 z 4 filmów. Po debiutanckim „Constantinie” reżyser postanowił sięgnąć po słynną powieść Richarda Mathiesona, przenoszoną do tej pory już trzykrotnie. Osadzona współcześnie opowieść można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza skupia się na Neville’u (zaskakująco wyciszony Will Smith) oraz jego rutynie. Rzadkim wychodzeniu na zewnątrz, gdzie rozmawia… z manekinami (początki szaleństwa?), poluje na zombiaki, by móc na nich badać antidotum, już działające na zwierzęta. W tych momentach dominują bardzo szerokie ujęcia, potęgujące samotność bohatera w opuszczonym mieście. Przynajmniej za dnia, bo te monstra są mocno wyczulone na światło słoneczne. Pojawia się kilka momentów budowania napięcia (poszukiwanie psa w magazynie czy moment schwytania zombie za pomocą pułapki) i działa to efektywnie.

Jeszcze bardziej zadziwia fakt, że – poza kawałkami Boba Marleya – muzyka pojawia się tutaj bardzo rzadko. W większości czasu dominuje tutaj cisza, samotność oraz Will Smith w towarzystwie komputerowo wykonanych monstrów. Trzyma się nadziei, że jeszcze są ocaleni. Druga połowa zaczyna się w momencie pojawia się kobiety, której towarzyszy chłopak (raczej nie syn). I tutaj mamy próbę interakcji między postaciami, a także zderzenia dwóch postaw: racjonalizmu z wiarą, nauki i religii. Wtedy akcja zaczyna przyspieszać, zaś klimat z pierwszej części zaczyna znikać, przez co przestałem się interesować kolejnymi scenami. Sytuację uratowało bardzo przewrotne zakończenie (oglądałem reżyserską wersję), gdzie bohater uświadamia sobie, że w oczach dominujących monstrów to on jest tak naprawdę tym złym.

Ale nawet to nie jest w stanie wyciągnąć „Jestem legendą” spoza stanu nieco powyżej średniej. Will Smith jest w stanie sam udźwignąć film, jednak reżyser doszedł do wniosku, że musi mu troszkę „pomóc”. Efekt wyszedł odwrotny od zamierzonego, ale wyszedł z tego niezły, usiłujący iść w innym kierunku niż inne tego typu produkcje.

6/10

Radosław Ostrowski

Lewiatan

Bohaterami są pracownicy firmy zajmujący się wydobywaniem surowców z dna oceanu. Do wyjścia na zewnątrz oraz odbębnienia zmiany zostały tylko 3 dni. Podczas jednego dnia dwoje członków ekipy znajduje wrak sowieckiego okrętu Lewiatan. Wyciągają z niego sejf zawierający kilka przedmiotów (m.in. wódkę, akta załogi oraz dziennik kapitana w formie video), ale koleś o ksywie Sixpack chowa dla siebie menażkę z wódką. Wypija ją razem z koleżanką i następnego dnia zaczyna czuć się gorzej. Mało tego, po kilku godzinach umiera, co zostaje zachowane w tajemnicy przez szefa grupy, Becka oraz lekarza. To oznacza kłopoty, co zmusza resztę pracowników do walki o swoje życie.

Dla wielu kinomanów reżyser George P. Cosmatos najbardziej kojarzony jest dzięki dwóm filmom z Sylvestrem Stallone w rolach głównych: drugim „Rambo” oraz „Cobra”. Ale w dość skromnym dorobku filmowca z greckimi korzeniami znalazło się też skromne dzieło z 1989 roku. „Lewiatan” jest taka zbitką „Obcego” z „Coś”, tylko pod wodą. Z pierwszego bierze wizualną otoczkę, mocno „zużyte” miejsce oraz złą korporację skupioną na profitach, traktującą swoich ludzi jako zbędnych, z drugiego zamkniętą, klaustrofobiczną przestrzeń. Kierunek w jakim podąża historia jest znajomy i powoli kolejni ludzie zostają wyeliminowani, odkrywając to, co mogło się wydarzyć na statku. I muszę przyznać, że Cosmatos może nie zbliża się do poziomu filmów, którymi się inspiruje. Ale jest to bardzo kompetentnie zrobiony film, potrafiący trzymać w napięciu. Wszystko poznajemy z perspektywy załogi kierowanej przez pozornie posłusznego firmie faceta, który z czasem staje się bardzo silnym liderem.

Wrażenie robi tutaj przede wszystkim realizacja: od fantastycznych zdjęć przez bardzo przekonującą scenografię po budującą napięcie muzykę Goldsmitha oraz płynny montaż. Nadal są tutaj klisze w postaci skromnie zarysowanych (ale wyrazistych) postaci czy momenty, gdy bohaterowie oddzielają się od siebie, budując niepokój. No i oczywiście zła korporacja, próbująca zatuszować całą sytuację, choć ich przedstawicielka (niezawodna Meg Foster) sprawia wrażenie życzliwej oraz pragnącej pomóc. Mimo wielu zalet, „Lewiatan” ma parę drobnych wad. Po pierwsze, nie przekonuje wygląd potwora, choć pokazywany jest we fragmentach za pomocą zbliżeń. Wtedy potrafi przerazić, ale w pełnej krasie wydaje się wtórny wobec monstrum z filmu Carpentera. Po drugie, uzbrojenie do walki z bestią też nie powala (piła, miotacze ognia) i wygląda na dużo za duże. No i jeszcze to zakończenie, gdzie jeden z bohaterów ginie, co nie wywołuje reakcji po całej chwili.

Jednak mimo znanych szablonów, „Lewiatan” nadal broni się jako horror w klaustrofobicznym miejscu w czym pomaga reżyserska solidność Cosmatosa oraz dobrze (nawet bardzo) dobrana obsada z Peterem Wellerem, Richardem Crenną oraz Erniem Hudsonem na pokładzie. Z takim składem można dobrze się bawić. To co, gotowi?

7/10

Radosław Ostrowski

O dziewczynie, która wraca nocą sama do domu

Pojawiają się czasem takie filmy, po obejrzeniu których ciężko wyrazić swoje emocje. Przypomina to takie objawienie w stylu: „zobaczyłem coś, ale… no właśnie, co?”. Wtedy w mojej głowie pojawia się dezorientacja, zdziwienie, a czasem nawet odrzucenie czy zmieszanie. I teraz pojawił się film, który od dawna wywołał we mnie takie odczucia.

„O dziewczynie, która…” to debiut brytyjskiej reżyserki z irańskimi korzeniami, Any Lily Amirpour. I to bardzo tajemnicze kino, w zasadzie mające (chyba) być czymś w rodzaju przypowieści. Znajdujemy się w jakimś mieście, które wydaje się opuszczone. Niby są w tle jakieś fabryki, jednak jedyni ludzie obecni to prostytutki, diler, nastolatka, młody chłopak i jego ojciec-narkoman. Reszta ludzi leży martwa gdzieś przy rzece, ale ich jest strasznie dużo. Skąd tyle trupów? Wszystko przez pewną niepozorną dziewuchę, noszącą czador, bo ona sama jest… wampirem. A wtedy w jej życiu pojawia się Arash – chłopak ubierający się jak James Dean i jeżdżący bardzo stylowym autem. Jak to się może skończyć ta znajomość?

Wszystko w tym filmie wydaje się próbować iść w zupełnie innym kierunku niż trzymać się wiernie rzeczywistości. Wszystko jest filmowane czarno-białą taśmą, postaci jest zaledwie kilka, a najważniejsze wydaje się tutaj zbudowanie nastroju. Takiego bardziej romantycznego, trochę niepokojącego, ale też bardziej melancholijnego. Na pewno pomaga w tym świetnie dobrana muzyka oraz zdjęcia, co pozwala zapomnieć o bardzo minimalistycznych dialogach oraz w zasadzie braku scenariusza. Bo jako takiej fabuły tu brak, co troszkę przypomina mi kino Jima Jarmuscha. Nic się nie dzieje specjalnie na ekranie (co wydaje się ma być celowym zabiegiem), jednak tutaj wywołuje on obojętność. Żaden z bohaterów nie był dla mnie na tyle interesujący, żeby ich los mnie obchodził, co jest dla mnie błędem kardynalnym.

Właśnie dlatego debiut Amirpour dla mnie jest tak naprawdę piękną audio-wizualnie wydmuszką pozbawioną treści. Widzę potencjał w tej reżyserce, bo film ma parę momentów, których nie da się zapomnieć (pierwsza scena czy moment poznania się naszych bohaterów). Ale potrzebny jest jeden warunek: lepszy scenariusz.

5/10

Radosław Ostrowski

Dog Soldiers

Jakieś odludzie w Szkocji. Tutaj trafia oddział żołnierzy pod wodzą sierżanta Wellsa w ramach ćwiczeń wojskowych z siłami specjalnymi. Ale na miejscu sytuacja się komplikuje. W docelowej bazie przeciwnika wszędzie panoszy się krew oraz wnętrzności, a jedynym ocalonym jest kapitan Ryan. Jeden z oddziału sierżanta, szeregowy Cooper wcześniej starał się o przydzielenie do sił specjalnych, jednak oblał sprawdzian, bo… nie zabił psa. Wojskowi mierzą się z groźnym i – dzięki szczęściu – trafiają do domu zoologistki Megan. Niestety, dom jest odcięty od reszta świata i nie ma telefonu, więc bohaterowie stają do walki z atakującymi monstrami.

Dzisiaj brytyjski reżyser Neil Marshall znany jest jako twórca telewizyjny, który pracował m.in. przy „Grze o tron” oraz jako ten gość, co zamordował „Hellboya”. Początki jednak wskazywały na to, że to może być jeden z najciekawszych reżyserów kina grozy. Debiutancki „Dog Soldiers” ma prostą historię, gdzie ludzie mierzą się z potworami. Tutaj jest to oddział wilkołaków, który od lat w tej okolicy poluje sobie na ludzi. I to już dostajemy na początku filmu, gdy widzimy biwakującą parę, kończącą krwawo swój żywot. Ale przez długi czas nie wiemy kto. Nie widać sylwetek wilkołaka, ale jak już się pojawiają, wyglądają przerażająco. Świetnym zabiegiem są sceny pokazane z perspektywy ich oczu, gdzie wszystko staje się czarno-białe. Potęguje to klimat wyalienowania, gdzie nasi bohaterowie są zdani tylko na siebie. A dookoła las i cisza.

Reżyser bardzo pewnie operuje mrokiem, powoli odkrywając kilka tajemnic. A w chwili trafienia d domu całość idzie w kino o oblężeniu. Niczym w starych horror z lat 80., z szybkim montażem, praktycznymi efektami specjalnymi (krwi i flaków jest tu mnóstwo), zbalansowane czasem smolistym poczuciem humoru. Co mnie zaskoczyło to fakt, że mimo pewnej przewidywalność, Marshall trzyma w napięciu wręcz za gardło. Zależy nam na bohaterach, którzy są oszczędnie zarysowani (twardy, ale odpowiedzialny sierżant, mający potencjał na dowódcę Cooper, filozofujący kapral Bruce Campbell, zafiksowany na punkcie piłki Joe czy absolutnie nie bojący się niczego Spoon). Jedyny problem jaki mam to odkryta w trakcie fabuły relacja między kapitanem Ryanem a zoolożką Megan, która pozostaje niewypowiedziana (podczas montażu sceny zawierające więcej informacji na ten temat wycięto).

„Dog Soldiers” to mała perła dla fanów monster movies, która troszkę dzisiaj przepadła w pamięci kinomanów jak i dorobku Neila Marshalla. Fantastyczny debiut zrobiony za małe pieniądze (2 miliony dolców) oraz niezbyt wówczas znaną obsadą wykonuje swoją robotę bez poważnych problemów. Chyba niczego lepszego na temat wilkołaków nie powstało do tej pory.

8/10

Radosław Ostrowski

Niewidzialny człowiek

Ile już było opowieści o człowieku, który jest w stanie stać się niezauważalny? Powieść Herberta George’a Wellsa była inspiracją oraz źródłem dla opowieści o człowieku, którzy – pod wpływem nowej mocy – zmieniali się w zabójców i gwałcicieli. Nie wracając do dawnego, widzialnego trybu. Tym bardziej zadziwiający jest fakt, że dopiero teraz postanowiono pokazać historię z innej perspektywy. do tego za małe pieniądze przez Blumhouse, które ostatnio raczej zawodzi niż dostarcza. A czy reżyser Leigh Whannell zadziałał?

Cała historia została uwspółcześniona i poznajemy z perspektywy Cecilii – młodej kobiety, żyjącej w związku z ekscentrycznym naukowcem. Kiedy ją poznajemy ucieka od męża w nocy, dzięki pomocy swojej siostry. Mija parę tygodni, lecz strach przed pojawieniem się Adriena paraliżuje ją. Dlatego cały czas przebywa w domu przyjaciela-policjanta oraz jej córki. i wtedy pojawia się wiadomość, że Adrien popełnił samobójstwo oraz przekazał cały majątek Cecilii. Wtedy wokół niej zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Jakby jej mąż znalazł sposób na to, by sfingować śmierć oraz stać się niewidzialnym. Tylko, że nikt jej nie wierzy, co doprowadza kobietę do obłędu.

Whanell z bardzo niewielkim budżetem potrafi wyczarować cuda, co pokazał w poprzednim filmie „Upgrade”. Tutaj też to potwierdza, choć – z oczywistych powodów – ma zupełnie inne tempo. Tutaj czuć echa staroszkolnych horrorów, gdzie najpierw poznajemy bohaterkę oraz jej historię. Dopiero po 30 minutach zaczynają dziać się dziwne rzeczy, budzące skojarzenia z filmami w rodzaju „Poltergeista”. A tu zabrana kołdra, a tu przypalone danie na patelni, a tu włączona woda itp. Obecność tajemniczego mężczyzny zaczyna budzić, choć początkowo jeszcze można to wszystko zwalać na wyobraźnię zwichrowanego umysłu. To jednak tylko złudzenie.

Jednak by zachować wiarygodność, trzeba było pokazać przekonująco jak człowiek mógłby się stać niewidzialny. Czasy mikstur czy skomplikowanych formuł poszły do lamusa, ale od czego jest technologia. A dokładnie specyficzny kombinezon z masą kamer w środku – jest tak skuteczny, że osoba nosząca go nie wydaje żadnego dźwięku. Choć to ostatnie to jedna z paru głupot tego dzieła, na które można przymknąć oko. Dlaczego? Bo od momentu pierwszego ataku, film zaczyna trzymać w napięciu. Od chwili ataku w kuchni po kulminacyjną jatkę w szpitalu psychiatrycznym (scena niemal w całości zrobiona jednym ujęciem) aż do finału. Udaje się nie tylko podnieść adrenalinę, ale też kilka razy zaskoczyć (np. tożsamością niewidzialnego człowieka).

To, co jest najmocniejszą kartą w talii reżysera i czyni całość angażującą jest znakomita kreacja Elisabeth Moss jako Cecilia. To jest tak rolą, którą określam jako silno-słaba, gdzie momenty wycofania, bezsilności, wręcz paranoi przeplatają się z chwilami stabilności, by przejść w walkę, determinację oraz siłę. Wszystko jest pokazane samym spojrzeniem, mową ciała oraz drobnymi grymasami, tworząc bardzo efektywną, wyrazistą przemianę. Reszta aktorów wypada więcej niż dobrze, jednak to Moss wznosi całość na wyższy poziom.

Czyżby to miał być kierunek dla nowego oblicza klasycznych monstrów Universala? Leigh Whanell odświeża klasyczną historię w opowieść o wyzwoleniu się z toksycznej więzi. Na dzisiejsze czasy pod znakiem #MeToo jak znalazł z obietnicą na kolejne odświeżenia. Ja czekam z niecierpliwością.

7/10

Radosław Ostrowski