Diabły

Chyba nikt się nie spodziewał, że po 55 latach do kin wrócą uważane za kontrowersyjne i skandalizujące „Diabły” Kena Russella. Film wywołał tak wściekłe reakcje, że wiele scen zostało wycięte przez brytyjską cenzurę i finansujące studio Warner Bros. jeszcze przed premierą. Przez lata reżyser był absolutnie przekonany, że wycięte sceny przepadły i nie było szans na przywrócenie ich. Dopiero pod koniec lat 90. dzięki działaniom archiwistów oraz największa fana „Diabłów” krytyka Marka Kermode’a udało się przywrócić wycięte niecałe 10 minut. Wersja reżyserska powstała w roku 2004, jednak przez długie lata studio nie chciało jej dystrybuować. Dopiero po 22 latach powstaje niezależny oddział Warnera – Clockwork podjął się nie tylko wznowienia do kin, lecz także odrestaurowania w formie 4K.

A o co tak naprawdę ten cały szum i zamieszanie? Całość oparta jest na książce non-fiction Aldousa Huxleya oraz sztuce teatralnej Johna Whitinga skupia się na głośnych „opętaniach” w żeńskim klasztorze sióstr urszulanek we francuskim Loudon. A był to Rok Pański 1634 kiedy krajem rządził król Ludwik XIII (Graham Armitage) oraz pierwszy minister kardynał Richelieu (Christopher Logue), a Francja nie dawno przeżywała bunty protestantów (czyli hugenotów). Miastem, gdzie zamieszkują w harmonii katolicy i protestanci, kieruje po śmierci burmistrza lokalny proboszcz Urbain Grandier (Oliver Reed), nie chcący się podporządkować władzy centralnej. Pretekstem do upadku duchownego jest histeryczne zachowanie matki Joanny od Aniołów (Vanessa Redgrave), przeoryszy zakonu, czującą bardzo silne pożądanie do księdza.

I już od pierwszych scen czuć, że reżyser nie będzie się tu bawił w subtelności. Nawet nie chodzi tu o rzucane bluźnierstwa słowne, nagość czy brutalnie pokazywane tortury. O nie, nie. Russell bardziej jest zainteresowany nieświętym sojuszem tronu z ołtarzem (jak mówi Richelieu: „żeby państwo i Kościół były jednym”), wykorzystującym religijne instytucje do prywatnych czy politycznych celów. Jednak twórcy nie robią z Grandiera świętego męczennika. W interpretacji Olivera Reeda duchowny jest z jednej strony charyzmatycznym mówcą, pełniącym rolę ludowego trybuna i wolnomyślicielem. Ale z drugiej to pies na baby, nie podchodzący zbyt poważnie do celibatu, pozbawiony złudzeń i wiary. Chodząca sprzeczność, której daleko do świętego, ale sługusem diaboła to nie jest. Niemniej to go jednak nie ocali. Najbardziej szokujące sceny związane są z całą szopką, którą nazwano egzorcyzmami. Russell pokazuje w tych momentach tą diaboliczną manipulację, by zebrać dowody przeciwko duchownemu. Od stosowania lewatywy z wody święconej przez zastraszanie (scena, gdy związane zakonnice pod groźbą śmierci zmuszone), tortury w celu wymuszenia zeznań czy absolutnie waląca w mordę scena, gdzie zakonnice (niektóre rozebrane) przechodzą ekstazę z… ukrzyżowanym Chrystusem. Dorzućmy do tego oniryczne wizje matki Joanny, przesiąknięte erotyzmem i bluźnierstwem, gdzie Jezus ma twarz Grandiera; przyspieszony proces (bardzo przypominający procesy polityczne w krajach totalitarnych) oraz spalenie na stosie. Tych obrazów nie da się wymazać z pamięci.

A technicznie „Diabły” są cholernie nowoczesne i to zaskoczyło mnie najbardziej. Bardzo dynamiczna praca kamery, mocno awangardowa muzyka, która podkręca coraz bardziej narastający obłęd i szaleństwo czy świetne wykorzystanie montażu równoległego. Jednak na mnie największe wrażenie robi scenografia w wykonaniu przyszłego reżysera Dereka Jarmana. Jest ona jednocześnie bardzo minimalistyczna, wręcz brutalistyczna (białe mury otaczającej twierdzy, cele klasztorne czy sala sądowa), ale przez to bardzo monumentalna (archiwum kardynała Richelieu, mocno przypominające jakiś urząd niczym z Kafki).

Zaś wszystko trzymają na barkach absolutnie kapitalne role Olivera Reeda i Vanessy Redgrave. O pierwszym już mówiłem, więc skupmy się na Redgrave. Jej przeorysza z garbem i wielkimi oczami to ofiara tłumionych popędów seksualnych, zazdrości, mieszając cynizm, władzę oraz pożądanie. Bardzo silne emocje przekazywane przez nią w bardzo delikatnym głosem, tworząc elektryzującą dychotomię. Na drugim kompletnie błyszczy przerażający Michael Gothard w roli egzorcysty/łowcy czarownic Barre, który w swoim żarze oraz determinacji w celu „złamania” ludzi może wydawać się przerysowany, wręcz karykaturalny. A przez to jest bardziej diaboliczny. Tak samo jak świetny Dudley Sutton (działający z ramienia Richelieu baron de Laubardemont), mocny Murray Melvin (ksiądz Mignon z wyłupiastymi oczami) oraz Gemma Jones (Madeleine, „żona” Grandiera).

Czy będzie przesadą, jeśli nazwę „Diabły” Kena Russella jednym z najlepszych filmów tego roku? Obok nowej wersji „Killa Billa” to zdecydowanie najlepsze wznowienie roku 2026. Brutalna historia władzy, obłudy, pożądania oraz politycznego prania mózgu, która początkowo może wydawać się przejaskrawioną satyrą, jednak po ostatnich scenach pozostaje tylko groza, szok i wstrząs. Przynajmniej u mnie.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Labirynt fauna

To już 20 lat?? Aż nie chce się wierzyć, że aż tyle czasu minęło od pojawienia się opus magnum meksykańskiego reżysera Guillermo del Toro. Filmowiec po komiksowych adaptacjach „Blade’a” i „Hellboya” postanowił wyruszyć do Hiszpanii, by stworzyć mieszankę dramatu wojennego, horroru oraz fantasy w konwencji bardzo mrocznej baśni.

Tym razem jesteśmy gdzieś z dala od miejskiego zgiełku w roku 1944. Hiszpanią od kilku lat rządzi faszystowski generał Franco, co było zasługą wygranej w wojnie domowej. Aczkolwiek nie wszyscy pogodzili się z tym stanem rzeczy jak działający tu i ówdzie partyzanci. Jednak to nie o nich jest ta historia, tylko o niejakiej Ofelii (Ivana Baquero) – 11-letniej dziewczynce, która razem z matką (Ariadna Gil) przenoszą się na prowincję. Tam przebywa nowy mąż kobiety, czyli kapitan Vidal (Sergi Lopez) walczący z partyzantką, oddany nowej władzy służbista. Już pierwszej nocy dziewczynka znajduje wróżkę, a podążając za nią trafia na fauna. Mistyczny stwór uznaje Ofelię za reinkarnację zaginionej księżniczki z baśniowej krainy, która dawno temu opuściła królestwo i nigdy nie wróciła. By sprawdzić czy dziewczynka nią jest, musi wykonać trzy próby przed pełnią księżyca.

Od samego początku reżyser miesza baśniowe motywy z mroczną rzeczywistością. Choć same lokacje, czyli domostwo kapitana otoczone lasem wyglądają okazale, to jednak świat nie należy do przyjaznych. Del Toro przekonująco pokazuje faszystowskie rządy, gdzie najważniejsza jest dyscyplina, posłuszeństwo i siła. Wszyscy inni albo milcząco się podporządkowują, albo walczą. Nic dziwnego, że Ofelia ucieka z tego mrocznego miejsca do świata baśni. Ale czy to na pewno jest tylko jej wyobraźnia? Czy może naprawdę jest reinkarnacją rzekomej księżniczki? Na to pytanie odpowiedź niemal do samego końca się nie pojawia. Sama historia rozwija się powoli, choć podział na dobrych i złych (niczym w bajkach) jest dość wyraźny, jednak powoli odkrywamy kolejne postacie oraz relacje. Pełniąca rolę gosposi Mercedes (Maribel Verdu), zajmujący się matką dr Ferreiro (Alex Angulo), siejący spustoszenie oddział partyzantów zapadają mocno w pamięć i zaczynają powoli nabierać głębi.

Del Toro mocno inspiruje się „Alicją w krainie czarów” czy filmami Tima Burtona, gdzie niedopasowany do naszego świata protagonista-odrzutek wchodzi w inny świat. Miesza mroczną rzeczywistość faszystowską z baśnią. Tylko ta baśń potrafi być równie mroczna jak nasz świat. I tu nawet nie chodzi o owada zmieniającego się w latającą wróżkę czy wielką ropuchę pod drzewem. Niezapomniany blada istota z oczami na dłoniach pozostaje w pamięci na długo (także sama sala wygląda świetnie). Nadal wrażenie robi scenografia – wygląd kamiennego labiryntu, świata po drugiej stronie – z przepięknymi zdjęciami oraz godnie starzejącymi się efektami specjalnymi, będącymi mieszanką animatroniki oraz grafiki komputerowej.

Swoje robi też fantastyczna obsada. Młodziutka Ivana Baquero jest fenomenalna w roli Ofelii, będąca pozornie naiwną i niewinną, ale z czasem musi zderzyć się z coraz mroczniejszym światem dookoła. Jednak dla mnie najmocniej w pamięć zapada kapitalny Sergi Lopez jako kapital Vidal. To oddany sprawie fanatyk, dla którego liczy się tradycja i honor. Budzi on grozę samym spojrzeniem (nawet goląc się brzytwą), jest bezwzględny oraz brutalny, bardzo mocno przypominając mi pułkownika Stricklanda z „Kształtu wody”. Najczystsza forma zła jakiej nie da się wymazać z pamięci. Całość jednak kradnie schowany za charakteryzacją Doug Jones jako tajemniczy Faun oraz blady człowiek z oczami w dłoniach.

Po seansie odnowionej wersji utwierdziłem się w przekonaniu, że „Labirynt fauna” to najlepszy film w dorobku Meksykanina. Olśniewający wizualnie, z przepiękną muzyką, świetnym scenariuszem, cudownym aktorstwem oraz absolutnie niepowtarzalnym klimatem. Baśń skierowana dla dorosłych, która działa z taką samą mocą oraz urokiem jak 20 lat temu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Diabeł

Andrzej Żuławski – imię i nazwisko, które nasuwa jednoznaczne skojarzenia oraz styl. Jego filmy tańczą na granicy między grafomanią a błyskotliwością, geniuszem a szaleństwem, histeryczno-teatralnym aktorstwem oraz niezapomnianymi obrazami. Tak było od debiutanckiej „Trzeciej części nocy” aż po ostatni „Kosmos”. Nie inaczej jest w przypadku psychologicznego horroru kostiumowego „Diabeł” z 1972 roku.

Historia dzieje się po zatwierdzeniu drugiego rozbioru Polski w 1793 roku, a całość krąży wokół Jakuba (Leszek Teleszyński) – młodego szlachcica, który miał dokonać zabójstwa króla (niczym Kordian od Słowackiego). Mężczyzna zostaje wyciągnięty przez tajemniczego nieznajomego w czerni (Wojciech Pszoniak), który wyciąga Jakuba przy pomocy ważnego pisma. Zabiera z nim także jedną z zakonnic (Monika Niemczyk), będącą towarzyszką. Za namową przybysza Jakub wraca w rodzinne strony, a tam zmieniło się mnóstwo rzeczy. Po pierwsze, jego ojciec popełnił samobójstwo i częściowo spalił dworek. Po drugie, jego matka została prostytutką, prowadząc swój dziwaczny burdel. Po trzecie, jego narzeczona (Małgorzata Braunek) zostawiła go dla arystokraty, będącego członkiem grupy spiskowców. A po czwarte, spiskowcy uważają ocalałego za zdrajcę.

Reżyser, tak samo jak w swoim debiucie, pokazuje świat w stanie zagłady i destrukcji. Upadająca Rzeczpospolita pokazana z perspektywy człowieka, który coraz bardziej popada w szaleństwo, wręcz zaczyna tracić kontrolę nad swoim losem. W zasadzie Jakub jest niemal bierną postacią, sterowaną przez tajemniczego wybawcę. Kim on jest? Jakie ma intencje? Czy jest przyjacielem, wrogiem, a może czymś o wiele gorszym? W tle – jak to u Żuławskiego – rozważania na temat grzechu, winy, kary, świętości, patriotyzmu i zdrady. Dialogi z monologami są bardzo literackie, filozoficzne budząc jednocześnie dezorientację, elektryzując i jednocześnie skupienie. Oniriczno-schizową atmosferę podkręcają długie ujęcia, ze sporą ilością POV oraz absolutnie psychodeliczna muzyka Andrzeja Korzyńskiego. Kostiumy i scenografia pomagają wejść w epokę, ale reżyser nie przywiązuje do nich aż tak istotnej wagi, bardziej pokazując coraz większe zagubienie, chaos i zgniliznę. Choć scen zbiorowych jest niewiele (ślub byłej narzeczonej Jakuba, orgia w burdelu czy początek w klasztorze, gdzie dochodzi do rzezi), a większość historii dzieje się w zmiennych krajobrazach.

Z całej obsady najbardziej wyróżnia się kompletnie szalony Wojciech Pszoniak w roli tajemniczego nieznajomego, którego motywacja pozostaje (niemal do końca) tajemnicą. Wydaje się jako jedyny „pomagać”, ale czy aby na pewno? Pojawia się znikąd, zawsze gdy robi się zbyt nieprzyjemnie, a potem okazuje się być o wiele istotniejszą postacią niż się wydaje. Reszta obsady robi w zasadzie za tło (włącznie z lekko anemicznym i niemal szepczącym Leszkiem Teleszyńskim), choć każdy ma swoje momenty przebłysku – od niemal posągowego Wiktora Sadeckiego (kierujący trupą teatralną Herz) przez niemal energicznego Michała Grudzińskiego (przyrodni brat Ezechiel) aż po rozdygotaną Małgorzatę Braunek (narzeczona Jakuba – scena tańca mocno zostaje).

Ze względu na sceny krwawej przemocy i erotyczne „Diabeł” został zatrzymany przez cenzurę (na 16 lat), zaś Żuławski pierwszy raz opuścił kraj. Jedno mogę powiedzieć bez wątpliwości – to nawiedzony sen z epoki romantyzmu, będący niemal psychodeliczną wersją „Kosa”. Odpychający, mroczny i fascynujący jednocześnie, ale do oglądania na własną odpowiedzialność.

8/10

Radosław Ostrowski

Hokum

W języku angielskim hokum oznacza (jak podaje Wikisłownik): „mądrze brzmiąca bzdura”. I wydaje mi się, że to jest idealne słowo do filmu z gatunku horror und groza. Zgodzicie się ze mną? Tak też pomyślał irlandzki reżyser Damian McCarthy w swoim najnowszym dziele.

Poznajcie Ohma Baumana (Adam Scott) – pisarza horrorów, pracującego nad ostatnią częścią trylogii konkwistadora. Jednocześnie lubi sobie golnąć i widać, że coś (lub ktoś) go dręczy, do tego trzyma prochy swoich zmarłych rodziców. Decyduje się wyruszyć do hotelu w Irlandii, gdzie jego starzy się poznali, by rozsypać ich szczątki. Niby wszystko wydaje się być w porządku, kierownik Mal (Peter Coonan) jest otwarty i życzliwy, ALE jest jedna sprawa. Mianowicie apartament dla nowożeńców jest zamknięty, gdyż… jest nawiedzony. Przez wiedźmę, co Ohm nie traktuje zbyt poważnie i uważa za bzdurę. Ale już pierwszej nocy zacznie odczuwać efekty tego urokliwego zakątka.

W zasadzie najlepiej można opisać „Hokum” jako thriller z elementami psychologicznego horroru. Niby mamy tu znajomy motyw nawiedzonego hotelu (a dokładnie pokoju) oraz bohatera z mroczną tajemnicą. Jedno i drugie odkrywane jest bardzo powoli, pokazując silny mętlik w głowie. Czy to przez nadużywany alkohol? Dręczące go wyrzuty sumienia? Po drodze mamy jeszcze tajemnicze zniknięcie jednej z pracownic hotelu, która podbudowuje atmosferę dreszczowca. W drugim akcie więcej czasu spędzamy w apartamencie, czyniąc całość o wiele bardziej klaustrofobiczną. Dużo mroku, bardzo oszczędne światło oraz mocno podkręcony dźwięk buduje atmosferę w bardzo namacalny sposób. A do tego jeszcze mamy schizowe przebitki wchodzenia do głowy naszego literata, będącego bardzo zdystansowanym, cynicznym gościem.

I muszę przyznać, że reżyser parę razy zaskakuje kolejnymi twistami oraz tajemnicą pomieszczenia. Pomagają w tym zarówno bardzo wyraziste postacie (lokalny hipis Jerry, barmanka Fiona, aspirujący pisarz Alby) oraz elementy folk horroru. Troszkę jednak szkoda, że wiedźma jest tak naprawdę tylko tłem dla brutalnego, mrocznego thrillera. Chociaż pod koniec ta istota odgrywa mocniejszą i istotną rolę. A to właśnie finał wywołuje prawdziwe ciarki oraz szerokie otwarcie oczu.

Choć „Hokum” nie trafił do naszych kin, tylko od razu na streaming, jest jak najbardziej godny polecenia. Bardzo skromny, ale efektywny thriller z elementami nadnaturalnymi, niepokojącym klimatem i świetnym aktorstwem. Nie jest to żadna bzdura, ale nie musicie mi wierzyć na słowo.

8/10

Radosław Ostrowski

Martwe zło II

Po zaskakującym sukcesie kasowym „Martwego zła” wydawało się, że wrota do Hollywood bardzo szeroko otworzyły się dla Sama Raimiego. Jednak powstała wspólnie z braćmi Coen „Fala zbrodni” nie spotkała się z aż tak ciepłym odbiorem jak debiut. Do tego jeszcze mocno ingerowało studio, więc pozostało jedno wyjście – wrócić do debiutu i zrobić sequel, by dać finansową wiarygodność. Ale „Martwe zło volume zwei” to troszkę inna bestia.

Ponieważ twórcy nie mieli praw do materiału z oryginału, trzeba było niejako odtworzyć sceny poprzedzające. I na pierwszy rzut oka wszystko jest bardzo znajome: domek na odludziu otoczony lasem, Księga Umarłych, której przeczytanie budzi pradawne zło, most, co zostanie potem uszkodzony oraz Ash (Bruce Campbell). Tym razem jednak przyjeżdża tylko ze swoją dziewczyną Lindą (Denise Bixler). Na miejscu uruchamiają taśmę, gdzie profesor (raczej nie żyjący) zaczyna tłumaczyć Księgę Umarłych. To uruchamia portal, z którego wyłazi zło, Linda zostaje opętana, co kończy się dekapitacją głowy i pochowaniem reszty ciała. Niemniej to nie kończy sprawy, sam Ash zostaje opętany, z okolicy nie można się wydostać. Czy może być gorzej? Otóż do chatki przybywa córka profesora Annie (Sarah Berry) razem z chłopakiem (Richard Domeier).

Niby jest to sequel, ale bardziej należy potraktować „dwójkę” jako remake zrobiony z większym budżetem. I to czuć już od początku (wprowadzenie Księgi Umarłych i jej krótka historia – wszystko w formie animacji poklatkowej), a także mamy więcej – nawet jeśli są to krótkie – scen poza chatką. Ale reżyser podkręca mieszankę horroru z komedią, gdzie Ash jest coraz bardziej dręczony, wręcz torturowany – od majaków (widok tańczącego kościotrupa Lindy czy „roześmiane” rekwizyty) czy sztuczki z lustrem aż po opętaną dłoń, która próbuje go zabić oraz okazjonalne dostawanie w mordę, potykanie się i inne fizyczne próby zrobienia krzywdy bliźniego swego. Slapstickowe gagi (nawet ohydne jak wystrzelona gałka oczna) idą ręka w rękę z bardzo krwawą makabrą (posoka lejąca się z dziur), zaś nasz protagonista zmienia się w pewnego siebie mistrza one-linerów oraz złodupnego twardziela mimo woli.

I to właśnie tutaj zbudowana została legenda Asha Williamsa oraz grającego go Bruce’a Campbella. Tutaj już gra bardziej pewnie, wręcz brawurowo i bardziej wszechstronnie. Od coraz większego obłędu i szaleństwa (włącznie z opętaniem) przez determinację i walkę do upadłego. Nawet jeśli przeciwnikiem jest jego własna ręka (co jest zarówno zabawne, przerażające oraz imponujące kaskadersko). Pozostała część obsady też ma swoje momenty: od wnoszącego odrobinę lekkości duetu redneckiego Danny Hicks/Kassie DePaiva (Jake i Bobby Joe) przez świetną Sarę Baley (najbardziej twarda i racjonalna Annie) po kompletnie nierozpoznawalnego Tedem Raimi (opętana matka Annie, Henrietta).

Nie dziwi mnie fakt, że drugie „Martwe zło” kompletnie przyćmiło część pierwszą, niemal bezbłędnie mieszając horror z komedią. Chociaż nadal niektóre efekty specjalne wyglądają nadal surowo, to jednak ta mieszanka działa, zaś Ash Williams stał się nową ikoną kina grozy. To jednak nie była ostatnia przygoda naszego herosa z Księgą Umarłych, ale to temat na osobną historię.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Martwe zło

Rok 1981 to był czas, kiedy paru młodych ludzi wyruszyło gdzieś do stanu Michigan, by nakręcił swój pierwszy film. Budżet nie był zbyt imponujący (375 tysięcy), aktorzy w zasadzie mało znani, za to pasja była niepoliczalna na jakiekolwiek pieniądze. I tak jak wielu twórców przed nimi jak George Romero stworzyli produkcję, która jest otoczona ogromnym kultem. A także uruchomiła kariery wielu osobom.

Pierwsze „Martwe zło” ma pomysł tak prosty, że już bardziej się nie da. Piątka przyjaciół (trzy dziewczyny i dwóch chłopa) wyjeżdża spędzić wspólnie czas jak najdalej od cywilizacji. Udało im się wynająć chatkę (dość tanio), do której prowadzi mocno podniszczony most. Na miejscu niby wszystko wydaje się spokojne. Może poza uderzającą o ścianę werandę czy nie działającym zegarze. Jednak sprawdzając to miejsce, udaje się znaleźć starą księgę oraz taśmę magnetofonową. A na niej wypowiada się pewien profesor, który badał księgę (jak się okazuje Sumaryjską Księgę Umarłych) oraz znajdujące się w niej zaklęcia i inkantacje. Chłopaki decydują się puścić taśmę z nudów. Co może pójść nie tak?

Debiutujący reżyser Sam Raimi tworzy historię na pierwszy rzut oka sztampową historię grozy, którą sparodiował choćby „Dom w głębi lasu”. Bardzo skromna przestrzeń, gęsta mgła oraz puste, choć wcale nie takie małe domostwo. A jednak reżyser bardzo pewnie buduje atmosferę wyobcowania oraz – w przypadku Asha – popadania w szaleństwo. Co najważniejsze nigdy nie widzimy jak wygląda to zło, tylko ujęcie z jego/jej (jak to określić?) perspektywy, najczęściej pod dziwacznymi kątami. I to potrafi wywołać o wiele większe przerażenie, ale kiedy dojdzie do opętania, to nie ma zmiłuj. Choć charakteryzacja i efekty specjalne mogą wydawać się dość archaiczne (jak zbliżenie na zranioną, stającą się nawiedzoną nogą), to jednak lejąca się posoka potrafi uderzyć. Szczególnie trzeci akt jest podkręcony do niemal ekstremy: piwnica i filmowy projektor z puszczoną płytą gramofonową nigdy nie będzie kojarzył się tak samo.

Choć widać pewne drobne rysy jak idiotyczne zachowanie tych nastolatków (co można uzasadnić szokiem – a w przypadku Asha byciem pizdą) czy zaledwie poprawne aktorstwo (z wyjątkiem Bruce’a Campbella, próbując grać poważnie, co wychodzi… niezbyt poważnie), niemniej już tu czuć wyrazisty styl Raimiego. Pierwsze „Martwe zło” leży mocno w cieniu sequela, który bardziej skręca ku czarnej komedii, niemniej to kawał porządnego, pomysłowego straszaka. Nie pozbawiona humoru i poczucia paranoi, jednak to miała być dopiero rozgrzewka przed kolejnymi dziełami Amerykanina.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Resident Evil (2026)

Resident Evil – jedna z najsłynniejszych serii gier z japońskiego studia Capcom, mocno inspirująca się serią filmów o żywych trupach od George’a Romero. Mająca już 30 lat franczyza była już przenoszona na ekran w formie animacji, serialu czy serii filmów tworzonych przez Paula W.S. Andersona w latach 2002-17. Ta ostatnia była masakrowana przez krytyków i fanów gier jak bura suka. Więc kiedy pojawiły się zapowiedzi, że twórca „Barbarzyńców” oraz zeszłorocznych „Zniknięć” Zach Cregger zrobi kolejny film na tej serii pojawiła się ekscytacja.

Tym razem bohaterem jest Bryan (Austin Abrams) – kurier, rozwożący pilne przesyłki do szpitali. Takie rzeczy jak organy, szczepionki, które trzeba dostarczyć jak najszybciej. Po dostarczeniu kolejnej paczki mężczyzna ma już wracać do domu, do swojej dziewczyny. ALE dostaje pilne zleconko, za bardzo dużą kasę – dostarczenie paczki do znajdującego się w górach miasta Racoon City. Napędzany przez swoją pazerność Bryan wyrusza przez śnieg kompletnie nieprzygotowanym autem nocą. I jadąc lasem potrąca pojawiającą się znikąd kobietę, którą postanawia zabrać ze sobą, co doprowadza do lawiny paskudnych sytuacji.

Reżyser nie opiera historii na żadnej części gier komputerowych, lecz tworzy własną opowieść w tym uniwersum. I dla fanów (czy fanatyków) serii może być to uznane za zdradę, jednak skupienie się tylko na jednej postaci oraz jej perspektywie daje szansę na większą immersję. Fakt, że nasz protagonista nie jest ekspertem sztuki przetrwania, wyszkolonym złodupnym twardzielem czy stereotypowym Amerykaninem, który sztukę obsługiwania broni palnej ma wpisaną w swoim DNA z jednej strony pozwala łatwiej się identyfikować. Ale z drugiej jego nieporadność oraz pierdołowatość (jak choćby nieumiejętność przestrzelenia kłódek) jest jednocześnie źródłem humoru i frustracji. Nie pamiętam kiedy ostatnio śmiałem się przy horrorze (intencjonalnie), nawet jeśli jest to slapstick i czarny humor.

Niemal od razu zostajemy wrzuceni w akcję i grozę, nie tylko z powodu osadzenia akcji w nocy czy początkowych niemal opustoszałych przestrzeni. Las dookoła, chata ze stodołą gdzieś czy tunel z pozostawionymi samochodami. Tutaj najbardziej błyszczy tutaj poczucie ciągłego zagrożenia oraz napięcia, bardzo rzadko pozwalając sobie na chwilę oddechu. Sceny w domu, gdzie zaraz ma się pojawić monstrum, a napięcie buduje sam dźwięk zostaje ze mną na długo. Tak jak niepowstrzymane coś, co zacznie kroczyć za naszym protagonistą, niemal żywcem wzięte z chorej wyobraźni Davida Cronenberga czy… „Coś” Carpentera. A z każdą sceną jest coraz bardziej szalonych momentów jak spadające z dachu zombiaki na ulicę czy bardzo nerwowe przechodzenie przez porodówkę. Swoje robią też świetne efekty specjalne, mocna gorowa jatka oraz bardzo gorzki finał.

Zaś wszystko trzyma na swoich barkach Austin Abrams w roli Bryana, będący w zasadzie współczesnym odpowiednikiem Asha Williamsa z serii „Martwe zło”. Czyli zwykły, przeciętny koleś pakujący się w coraz bardziej nadnaturalne sytuacje. Nie jest zbyt lotny intelektualnie i w zasadzie większość jego dialogów to reakcje w rodzaju „K***a”, „O Boże” albo krzyki, a czasem jego zachowanie frustruje. Niemniej łatwo mu się kibicuje i identyfikuje się z próbami radzenia sobie w kompletnie porąbanych okolicznościach. Reszta aktorów w zasadzie to małe epizodziki, z których najbardziej wybija się świetny Paul Walter Hauser (dr Carl) i Andrea Miltnerova (kobieta przejechana na początku i pierwszy zombiak).

Cregger tworząc swoje „Resident Evil” mocno czerpie zarówno z kina Sama Raimiego czy Johna Carpentera, tworząc bardzo intensywny horror z B-klasową historią, która raczej nie zostanie w pamięci zbyt długo. Zdecydowanie najlepsza filmowa inkarnacja growej serii, nie próbująca się budować na tożsamości i rzucanych w twarz odwołaniach do franczyzy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Martwi przed świtem

Polska nową potęgą kina grozy – może za kilka(naście) lat pojawi się taki śmiałek, który rzuciłby takie hasło. Bo obecnie u nas z horrorem to jest co najwyżej średnio. Jeden Bartosz M. Kowalski gatunku nie stworzy, realizując kolejne slashery. Ale w zeszłym roku z odsieczą przybył facet, który podszywa się za Włocha. Dawid Torrone, a tak naprawdę Dawid Krępski, postanowił stworzyć kolejny film z gatunku horror und groza. Und krew.

„Martwi przed świtem” mają bardzo prosty punkt wyjścia: mamy grupę aktorów, reżysera i jego asystentkę w lokalnym teatrze. Nie mogą wyjść, bo na zewnątrz szaleje burza oraz deszcz. A pojawiają się w celu przygotowania nowego spektaklu słynnego dramaturga Heissenhoffa, który nie tworzy zbyt często. Jednak sama sala teatralna wygląda bardzo osobliwie, bardziej przypominając kościół. Jakby tego mało, wśród naszej czwórki aktorów zaczyna dochodzić do tarć, do premiery są tylko dwa tygodnie, a potem dzieją się dziwne rzeczy. Jak choćby tajemniczy morderca, który zaczyna szaleć.

Reżyser mocno inspiruje się włoskim giallo, czyli podgatunkiem kina zawieszonym między krwawym horrorem a thrillerem, której mistrzami byli tacy reżyserzy jak Mario Bava czy Dario Argento. Sama historia brzmi jak prosta opowiastka, która skupia się głównie na budowaniu atmosfery. A ta oparta jest na wykorzystaniu mocnych kolorów (czerwień, zieleń, czerń) oraz oświetlenia, budujących poczucie zagrożenia. Sam zabójca ma obowiązkowe czarne rękawiczki oraz bardzo unikatową maskę w postaci kilkunastu oczu. Dialogi są poprawne i sięga po znajome sztuczki: pojedyncze, niepokojące dźwięki, jump-scare’y i wyskakujący znikąd niemy antagonista. Kiedy on wchodzi, jest krwawo i brutalnie (ale tak naprawdę, zaś jego narzędziami mordu są tasak, pięści, a nawet piła mechaniczna), a nawet jest odrobinka napięcia.

Problem w tym, że Torrone próbuje jeszcze urozmaicić całość za pomocą wszelkiej masy udziwnień. Od biegnącej kamery lub ujęć od góry przez filtry przypominające oglądanie kasety VHS (plansza z nazwą rozdziału), stroboskopowe światła i przejście na czarno-biały kolor aż po ujęcia z perspektywy zabójcy. Pozornie wydaje się to atrakcyjne, ale w rzeczywistości wywołuje dezorientację oraz poczucie oglądania arthouse’owej, silącej się na więcej pretensji. Wrażenie potęgują sceny ze „spektaklu” pełne dialogów w rodzaju „moja głębia mnie pogłębia”, mające dodawać jakiejś powagi oraz czegoś głębszego. Jedynie zakończenie potrafiło mocniej uderzyć, choć to może być zasługa efektów specjalnych.

Niby idziemy w dobrym kierunku, a całość sprawia wrażenie kompetentnego filmu. Problem w tym, że „Martwi przed świtem” sprawiają wrażenie dobrze wykonanej imitacji, jednak pozbawionej swojego charakteru oraz traktującej się o wiele zbyt poważnie. Wielka szkoda.

5/10

Radosław Ostrowski

Kraina mroku

Wielu twórców seriali próbowało przejść z małego na duży ekran, ale skutek raczej nie należał do zbyt udanych. Bo jak z kilku sezonów, gdzie jest sporo czasu na opowiedzenie historii, zmieścić wszystko w ciągu półtorej czy dwóch godzin? Tego zadania postanowił się podjąć Bryan Fuller – najbardziej znany jako twórca „Hannibala” z Madsem Mikkelsenem w roli psychiatry-psychopaty. Teraz panowie zrobili wspólnie film i – jak można spodziewać się po twórcy – jest to pokręcone dziwadło.

„Kraina mroku” skupia się na dziewczynce o imieniu Aurora (Sophie Sloan), pod której łóżkiem przebywa potwór. Nie jakiś tam urojony czy wymyślony, ale taki namacalny i widoczny dla niej. Taki królik z pyłków, co lubi jeść każdego kto dotknie podłogi w pokoju dziewczynki. Sytuacja jest tak tragiczna, iż monstrum zjada jej rodziców. Aurora jest przerażona do tego stopnia, że postanawia wynająć do pomocy sąsiada z 5B (Mads Mikkelsen). Podgląda go nocą w Chinatown, gdzie zabija „smoka” i dlatego wydaje się mieć odpowiednie kwalifikacje. Ale mężczyzna jest więcej niż sceptyczny i uważa, że „potworem” oznacza płatnych morderców. Jednak nawet on nie jest gotowy zmierzyć się z tym koszmarem.

Sam film to bardzo specyficzna mieszanka stylu Jean-Pierre’a Jeuneta (plastyczna i barwna scenografia) z odrobiną grozy Guillermo del Toro oraz… „Leona zawodowca”. Już sama ta zbitka wydaje się nieoczywista, ale trzeba dać jej troszkę czasu. Pierwsza 20 minut, czyli zawiązanie całej akcji jest dość powolne i bardziej skupione na warstwie wizualnej. Choć większość tej sekwencji dzieje się w nocy, to na szczęście wszystko jest bardzo czytelne i wyraźne, czego się początkowo obawiałem. Fuller prezentuje tu znajomy sposób realizacji, z paroma zabawami kamerą oraz wysmakowaną formą: od żółtych ścian kamienicy przez restaurację aż po takie rekwizyty jak lampa w kształcie… kurczaka. Elementy surrealizmu dodają nietypowego klimatu, zaś samo monstrum (troszkę szkoda, że w całości wygenerowany komputerowo) jest początkowo oszczędnie prezentowany.

Sercem ma być tutaj relacja między szorstkim i małomównym sąsiadem z przeszłością a dziewczynką, która widzi i wierzy w potwory. Mikkelsen jako ten pierwszy sprawdza się bez zarzutu, pokazując zarówno jak wiele może pokazać w bardzo oszczędny sposób, ale także w nielicznych scenach akcji też wypada przekonująco. Za to debiutująca Sophie Sloan wypada przyzwoicie, choć jej postać bywa przy tym irytująca. Ale skoro mówi często o potworze, to może doprowadzać do szału. Po drodze jeszcze dostajemy odrobinę scen akcji: pierwsza starcie ze „smokiem” czy mordobicie z zabójcą kamuflującym się z otoczeniem są sprawnie zrobione technicznie oraz mają niezłą choreografię. A wszystko uderza z wręcz szaloną konfrontacją w finale, której nie zamierzam zdradzać. Dodajmy do tego drobne role Sigourney Weaver (Laverne), Sheily Atim (Brenda, „opiekunka społeczna”) oraz Davida Dastmalchiana, dające odrobinkę soczystości.

Bardzo specyficzna mieszanka baśni, kina akcji oraz surrealistycznej komedii, która nie jest dla każdego. Wyrazisty wizualny styl Fullera ku mojemu zaskoczeniu sprawdza się także na dużym ekranie, każąc uważniej przyglądać się kolejnym produkcjom Amerykanina.

7/10

Radosław Ostrowski

Backrooms. Bez wyjścia

Przy okazji „Obsesji” Curry’ego Barkera wspominałem, że jest jeszcze drugi horror wywołujący zamieszanie w box office. I także stworzony przez bardzo młodego debiutanta (lat 20), który wcześniej robił filmiki na YouTube. Lecz stworzone dla A24 „Backrooms” to inny rodzaj grozy, bardziej skupiony na aspekcie psychologicznym niż krwawej jatce i makabrze.

Akcja dzieje się w roku 1990 i skupia się na niejakim Clarku (Chiwetel Eljofor). Mężczyzna jest właścicielem sklepu meblowego, który nie przynosi zysków, lubi sobie popić, został wyrzucony z domu. Mówiąc krótko, lekko nie jest. Do tego stopnia, że zaczął chodzić na terapię do dr Mary Klein (Renate Reinsve), ale ta wydaje się też prowadzić donikąd. Jego pozbawione jakiejkolwiek nadziei zmienia się, kiedy odkrywa na niższym piętrze dziwną szczelinę w ścianie. Cieńszą niż kartka papieru, przez co bardzo łatwo są przegapić. A za tą ścianą jest… ukryte pomieszczenie, wyglądające niczym z jakiegoś biura. Żółte ściany, jarzeniówki na górze, ściany oraz różne przedmioty i ludzie jakby wessani w podłogę. Co to jest? Kto tu przebywa?

Parsons wcześniej przedstawiał „Backrooms” w formie filmików na YouTube jako creepypasta. Nie znam tych dzieł, ale w przypadku pełnometrażowej wersji nie jest to konieczne. Bo „Backrooms” od samego początku zarzuca swoje sieci. Pierwsza scena przy użyciu kamery z ręki stawia masę pytań. Kim jest ten człowiek? Gdzie my jesteśmy? Co to za pomieszczenia? Skąd ta mewa? Czemu kolejne szczeliny są coraz mniejsze, ciaśniejsze? Jakby ta przestrzeń przechodziła kolejne zniekształcenia, metamorfozy, ciągnąc się w zasadzie bez końca. I tutaj reżyser absolutnie rewelacyjnie buduje atmosferę Tajemnicy, która bardzo mi się skojarzyła z „Cube” oraz kinem Davida Lyncha. Scenografia jest tutaj najmocniejszą stroną filmu, pomagającą w budowaniu klimatu. Do tego jeszcze mamy wrzucone przebitki z dzieciństwa pani doktor, pokazując pewne mroczne traumy.

Nawet jeśli pod koniec dostajemy pewne odpowiedzi, to jednak nie wszystko pozostaje jasne. Parsons nie idzie w kierunku gore czy rzucania jump-scare’ów, ale buduje atmosferę ciągłego niepokoju oraz nerwowości. Co się czai za kolejną ścianą, kto wydaje te dźwięki, czym jest tajemnicza firma Async? Do tego świetnie mamy grający duet Eljofor/Reinsve, stanowiący emocjonalny łańcuch tego dzieła. On nie potrafiący wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, ona wydaje się bardziej racjonalna, jednocześnie skrywająca pewną tajemnicę.

Powiem wam, że „Backrooms” okazało się sprytnym horrorem psychologicznym, który mnoży pytania, kusi atmosferą i nie daje zbyt wielu odpowiedzi. Jestem strasznie zaintrygowany kolejnymi produkcjami, jakie w przyszłości przygotuje Kane Parsons.

8/10

Radosław Ostrowski