Lighthouse

Latarnia morska – miejsce, które pokazuje marynarzom kierunek ku lądowi, stabilizacji i bezpieczeństwu. Bo morze jest zwyczajnie nieobliczalne i może wydarzyć się masa rzeczy. Nawet na wyspie odciętej kompletnie od cywilizacji. Taki jest przypadek dwóch panów: Thomasa Wake’a i Ephraima Winslowa, którzy mają spędzić w latarni morskiej 4 tygodnie. Wake już tu przebywa od dłuższego czasu, zaś jego poprzednik zniknął w niejasnych okolicznościach. Panowie próbują się dogadać, jednak pogoda zaczyna się pogarszać.

latarnik1

Robert Eggers wraca do straszenia w czasach pełnych przesądów, gdzie wszelkie zjawiska były tłumaczone w sposób dziś uznany za nieracjonalny. „Lighthouse” jest bardzo kameralnym, wyciszonym horrorem psychologicznym. Tak przynajmniej to brzmiało na papierze, rzucając kolejnymi symbolami, scenami oraz tajemnicą. Dwóch facetów, bardzo zamknięta przestrzeń, dużo alkoholu oraz mewy. Dużo mew, które są duszami zmarłych marynarzy. Reżyser próbuje opowiedzieć historię ludzi zderzonych ze sobą, skrywających pewne tajemnice. Zaginiony poprzednik, syrena, jakieś mackowate coś (tylko we fragmencie) – im dalej w las, tym większy chaos mamy w głowie. Co jest prawdą, urojeniem, delirką i o co tu tak naprawdę chodzi. Niby są rzucane jakieś poszlaki oraz potencjalne tematy (toksyczna męskość, skrywany homoseksualizm, potępienie, tłumione żądze, wiara, relacja Bóg-człowiek), jednak żaden nie zostaje w pełni rozwinięty. Albo inaczej: brakuje tutaj jednoznacznego postawienia kropki nad i, przez co seans był strasznie nieczytelny, wywołując mętlik. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż Eggers miał świetny pomysł, ale gdzieś po drodze zbłądził. Dlatego seans tak mi się dłużył, nużył i zwyczajnie męczył. A finału kompletnie nie zrozumiałem.

latarnik2

Nie chodzi tu o to, że musi być tutaj wszystko wyłożone wprost. Jednak obecność zbyt wielu znaków zapytania też nie działa na plus. Zawsze mam problem, gdy niedopowiedzeń jest tak dużo, jakby całość klejono na ślinę. I nie pomaga ani świetna realizacja, ani zachowanie wierności realiów epoki (język oraz scenografia). Czarno-białe zdjęcia z niemal kwadratowym formatem wywołuje poczucie ciasnoty, gdzie twarze Roberta Pattinsona oraz Willema Dafoe (obaj są świetni) zasłaniają cały ekran. Oni są w stanie przyciągnąć uwagę na dłużej, jednak nawet ten duet nie jest w stanie wznieść filmu na wyższy poziom.

latarnik3

„Lighthouse” jest dla mnie przykładem filmu słabszego od mocnego debiutu. Zabrakło mi tutaj klimatu niepokoju oraz poczucia zagrożenia, zamiast tego reżyser skupia się na symbolach oraz rzucaniu kolejnymi tropami interpretacyjnymi. Szkoda, bo facet wydaje się utalentowanym twórcą.

5/10

Radosław Ostrowski

Hellboy (2019)

Po dwóch częściach od Guillermo del Toro, fani Hellboya oczekiwali na część trzecią. Lata jednak mijały, a z planów nic nie wychodziło. Bo filmy meksykańskiego reżysera, choć wysoko cenione przez krytykę, nie przyciągnęły zbyt wielkiej widowni. Więc co postanowiono zrobić? Reboot, czyli lekko zmutowaną wersję pierwszej części. Tylko z R-ką i osadzony w Wielkiej Brytanii, zaś Czerwony stanie do najtrudniejszego zadania: powstrzymać Brexit. 😉

Ale bądźmy na chwilkę poważnie. Hellboy nie zna swojego pochodzenia, ale wie, że jest inny od reszty. Jego relacje z ojcem są bardzo napięte, a kolejne zlecenia coraz bardziej zaczynają go męczyć. No i niemal wszyscy chcą go sprzątnąć, gdyż – zgodnie z dawną przepowiednią – ma on doprowadzić do końca świata. I tego chce pochodząca z V wieku wiedźma zwana Królową Krwi, która została pocięta na kawałki przez samego króla Artura. Tak, tego króla Artura. Ktoś zaczął zbierać jej rozćwiartowane członki. No i nasz Czerwony będzie musiał dokonać wyboru.

hellboy3-1

Reżyser Neil Marshall kompletnie odcina się od poprzednich części i próbuje zaproponować swoją własną wizję. Wizję pełną krwi, rozpaćkanych ciał, paskudnych monstrów w CGI oraz rzucanych faków na prawo i lewo. A wszystko zrobione w bardzo kampowym stylu, gdzie wszystko na siłę jest dośmieszniane, fabuła jest jednym wielkim żartem. Zbyt lekki ton czyni całą tą opowieść nieangażującą, pozbawioną napięcia, gdzie niemal wszystkie problemy są rozwiązywane bardzo szybko. Niby są tu dylematy naszego bohatera, który nie należy za bardzo do żadnego ze światów i mierzący się ze swoim przeznaczeniem. Tylko, że to sprawia wrażenie troszkę ciała obcego, gryząc się z całą resztą. Zaś same wizje piekła czy dokonująca się apokalipsa są bardzo krótkie (parę minut) i bardzo gwałtownie ucięte. A sama R-ka wydaje się kompletnie niepotrzebna.

hellboy3-2

Kolorystycznie jest bardzo szaro-bury i pozbawiony własnego charakteru. Kilka scen niemal jeden do jeden przypomina sytuacje z pierwszego „Hellboya” (transformacja Czerwonego w demona), przez co miałem poczucie wtórności. Jest tutaj parę fajnych scen (walka z gigantami zrobiona w jednym ujęciu, konfrontacja w Tijuanie czy spotkanie z Babą Jagą w chatce na kurzej łapce) oraz odrobinkę dowcipnych tekstów. W tle gra jeszcze lekko rockowa muzyczka, nawet niezła, ale to jest za mało, by nazwać całość udaną.

hellboy3-3

Aktorsko najbardziej tutaj bronią się dwie kreacje, czyli Hellboy oraz profesor Broom. Pierwszego gra David Harbour, który wypada tutaj bardzo dobrze. Jest odpowiednio szorstki, cyniczny oraz ciętym twardzielem, mierzącym się z przeznaczeniem. Godnie zastępuje Rona Perlmana i stanowi najmocniejszy punkt całej obsady. W drugiego wciela się Ian McShane, który jest odpowiednio cięty, z bardzo szeroką wiedzą oraz troszkę dupek. Docinki między tą dwójką wypadają świetnie, ale reszta wypada zaledwie solidnie. Brakuje tutaj interakcji między resztą postaci a Hellboyem, co mogło wnieść całość na wyższy poziom. A Milla Jovovich jako główna antagonistka? Absolutnie przerysowana, przeszarżowana i sztuczna, a jej motywacja zwyczajnie nudzi.

hellboy3-4

Chłodny odbiór tej części doprowadził do tego, że cała franczyza ostatecznie poszła do piachu. Marshall tutaj mierzy się ze studiem, co do wizji filmu i nie mogę pozbyć się wrażenia, że w trakcie realizacji zmieniły się reguły gry. Kompletnie nudny, pozbawiony charakteru i z bardzo bzdurną intrygą. Totalne zaprzeczenie dobrego kina rozrywkowego.

4/10

Radosław Ostrowski

Hellboy: Złota armia

Wszyscy pamiętamy Hellboya vel Czerwonego? Kiedy w 2004 roku pojawił się po raz pierwszy na ekranie nie zgarnął zbyt wiele pieniędzy, choć opinie miał bardzo pozytywne. I kiedy wydawało się, że nie zobaczymy naszego demonicznego (anty)herosa – wytwórnia Columbia wycofała się – znaleziono nową wytwórnię, a Guillermo del Toro mógł spokojnie pracować nad kontynuacją.

I jeśli myśleliście, że syn Szatana będzie miał wolne oraz święty spokój, zapomnijcie. Ale tym razem przeciwnik będzie o wiele trudniejszy, bo to książę elfów, pragnący zniszczyć coraz bardziej chciwą oraz niszczącą świat ludzkość. By tego dokonać potrzebuje stworzonej przez swoich pobratymców Złotej Armii, która jest niezniszczalna, a do sterowania nią potrzebna jest specjalnie wykuta korona. Problem w tym, że między elfami a ludźmi jest zawarte przymierze, a korona została podzielona na trzy części. Jakby nasz heros miał mało problemów, dochodzi do coraz większych spięć między nim a Liz, zaś do komórki zostaje przydzielony nowy agent, który ma kontrolować Hellboya.

hellboy2-1

Z sequelami do filmów bohaterskich jest zazwyczaj tak, że nie mając już problemu w postaci bliższego pokazania korzeni protagonisty, można bliżej skupić się na relacjach czy bliższemu pokazaniu świata. Del Toro tym razem wyrusza ku bardziej baśniowym klimatom, znanym już choćby z „Labiryntu Fauna”. Ale jednocześnie bardziej jest tutaj zarysowany pewien dylemat wobec Hellboya – jest „innym”, wręcz nazywany potworem, a staje w obronie ludzi, którzy go nie znoszą, wręcz gardzą nim. Czy niejako zabijając istoty swojego rodzaju nie czyni tego świata uboższym? A może należało doprowadzić do zagłady ludzkości? To czyni naszego bohatera bardziej ludzkim, ale nie czyni z całości poważnego, napuszonego dramatu egzystencjalnego.

hellboy2-4

Bo drugi „Hellboy” to akcja oraz humor rozładowujący napięcie, przez co nie jest strasznie patetycznie oraz sztywno jak na pogrzebie (lub filmie Zacka Snydera 😉).Reżyser pomysłowo inscenizuje rozróbę (jak choćby walka z Drzewcem, książę zarzynający strażników ojca czy finałowa konfrontacja ze Złotą Armią w tle), zaś montaż nie wywołuje chaosu czy dezorientacji jak w przypadku drugiego „Blade’a”. Wykonane to jest lepiej, efekty specjalne i charakteryzacja jeszcze bardziej podnoszą poprzeczkę, tak jak design nowych postaci (Krauss z tym hełmem pełnym pary). Nadal położony jest nacisk na relację między bohaterami (Czerwony z Abem – kapitalna scena picia z Barrym Manilowem w tle!!! czy interakcje z Kraussem), przez co zwyczajnie na nich nam zależy, a stawka jest odczuwalna.

hellboy2-2

Aktorsko nadal starzy znajomi zachowują poziom, dostarczając masy frajdy. Ron Perlman, Doug Jones, Selma Blair po prostu pasują do swoich postaci znakomicie, a ten drugi w roli Abe’a pokazuje troszkę inne oblicze tej postaci. Z nowych osób, najbardziej wybija się Krauss obdarzony głosem Setha MacFarlaine’a. Pozornie wydaje się sztywnym służbistą, bardzo twardo trzymającym się przepisów i regulaminu, przez co może budzić antypatię. Niemniej trudno nie szanować go za profesjonalizm oraz finał, gdzie decyduje się postąpić niejako wbrew sobie. Intrygujący jest Luke Goss w roli księcia Nuali, któremu ciężko nie przyznać racji w kwestii oceny naszej rasy. Żądny zemsty wojownik, pragnący przywrócenia dawnej chwały elfom i niejednoznaczna w ocenie postać. Plus bardzo delikatna siostra, czyli Anna Walton.

hellboy2-3

Mało kto się spodziewał, ale drugi „Hellboy” przebiła poprzednika już na samym starcie. Wszystko jest lepsze, ciekawsze oraz bardziej intrygujące. Zakończenie raczej sugeruje zamknięcie historii i jakiekolwiek szanse na sequel są niewielkie. Bardzo dobre kino rozrywkowe.

8/10

Radosław Ostrowski

Hellboy

Był rok 1944, czyli czas wojny powoli dobiega końca. Naziści desperacko szukają rozwiązania, więc decydują się skorzystać z usług okultyzmu i magii. W Szkocji grupa pod wodzą Grigorija Rasputina próbuje otworzyć portal do drugiego świata, by wezwać istotę zdolną pokonać aliantów. Cała jednak operacja zostaje przerwana przez mały oddział żołnierzy amerykańskich oraz profesora Brooma. Po przebadaniu terenu okazuje się, że przez portal przeszła istota o wyglądzie diabła, z dużą niczym cegła ręką. Nazwany Hellboyem i wychowywany przez Blooma zostaje członkiem specjalnej komórki FBI zajmującej się zjawiskami paranormalnymi. 60 lat później ci, co przywołali bestię, będą chcieli dokończyć robotę i sprowadzić zagładę na ten świat.

hellboy1-1

Postać Hellboya na kartach komiksu stworzył Mike Mignola w 1994 roku dla firmy Dark Horse. Seria zdobyła sporą popularność, więc przeniesienie losów Czerwonego na duży ekran było tylko formalnością. Ta powstała dziesięć lat po debiucie komiksowym, a za kamerą stanął Guillermo del Toro. Powiedzmy to sobie wprost: „Hellboy” to origin story, gdzie poznajemy narodziny bohatera oraz jego otoczenie z perspektywy nowej postaci. Jest nią niejaki John Myers – świeżo upieczony agent FBI, który zostaje przydzielony Czerwonemu. Razem z nim poznajemy resztę członków Biura, ich relację oraz powoli odkrywamy plan głównych antagonistów. I trzeba przyznać, że ta historia potrafi zaciekawić, a wizualny styl reżysera pomaga w kreowaniu tej wizji.

hellboy1-3

Nadal wrażenie robi scenografia (siedziba Biura, sanktuarium Rasputina), a także odpowiednio wykorzystana kolorystyka. Mimo, że film ma kategorię wiekową PG-13, jest to kino mroczne i niepokojące. Każde wejście zabójczego Kroenera potrafi podnieść adrenalinę, zaś potyczki Hellboya z kolejnymi wcieleniami Sammaela (wyglądającego jak jedna z bestii Lovecrafta) są bardzo sprawnie zrealizowane i nie wywołują nudy. Ale największą zaletą jest fakt, że całość nie traktuje siebie zbyt poważnie, pozwalając sobie na sporo humoru i luzu. Troszkę złośliwego, cynicznego i pełnego dystansu, kłując balonik pełen patosu.

By jednak nie było słodko, jest parę problemów. Po pierwsze, historia jest bardzo przewidywalna. Po drugie, tworzony jest tutaj (troszkę na siłę) miłosny trójkąt między Czerwonym, jego dziewuchą Liz – podpalaczką – a Myersem, co z jednej strony wnosi troszkę humoru (Hellboy obserwujący parkę z ukrycia), ale samo w sobie wydaje się zbędnym wątkiem. No i po trzecie, sam Myers wydaje się niezbyt interesującą postacią. Wiem, że ma być niedoświadczonym, troszkę nieporadnym facetem, ale brakuje mu charyzmy i własnego charakteru.

hellboy1-2

Na szczęście reżyserowi udało się dobrać świetnych aktorów do tego przedsięwzięcia. Absolutnym strzałem w dziesiątkę jest Ron Perlman w roli tytułowej. Świetnie scharakteryzowany, bardziej przypomina cynicznych detektywów z czarnych kryminałów (chodzi w płaszczu, a jego spluwa to powiększony rewolwer), który robi to, co umie, bo nic lepszego nie potrafi. Największe wrażenie robi, gdy puszczają mu nerwy albo rzuca jakimś ciętym tekstem. Taki bardziej przyziemny heros. Wspiera go absolutnie wyborny Doug Jones w roli rybokształtnego Abe’a. Jest on bardziej opanowany i czerpiący wiedzę z książek oraz nadprzyrodzonych mocy (za pomocą dotyku odczytuje przeszłość), tworząc bardzo fajny duet z Czerwonym. Oprócz tego duetu jest demoniczny Karel Roden (Rasputin), bardzo delikatna Selma Blair (Liz Sherman) oraz będący figurą ojca John Hurt (profesor Broom).

hellboy1-4

Pierwszy „Hellboy” jest solidną adaptacją kina superbohaterskiego z elementami akcji i horroru. Odpowiednio mroczny, ze świetnie dobranymi aktorami oraz bardzo charakterystycznym stylem del Toro. Jednak to druga część okazuje się dziełem lepszym i bardziej wciągającym.

7/10

Radosław Ostrowski

Blade: Mroczna trójca

Eric Brooks znany jako Blade powraca. Problem jednak w tym, że swoimi ostatnimi akcjami staje się coraz bardziej lekkomyślny. Kiedy zamiast wampira zabija człowieka, zaczyna się polowanie na łowcę wampirów przez policje oraz FBI. Jego kryjówka zostaje wykryta, Blade schwytany, a Whistler ginie (znowu, ale tym razem ostatecznie). Podczas przesłuchania łowca wampira i zostaje odbity przez grupę zwaną Nocnymi Łowcami – niedoświadczoną ekipą łowców z kilkoma fajnymi gadżetami. A wsparcie będzie naszemu Chodzącemu za Dnia potrzebne, bo wampiry odnalazły samego Draculę.

blade3-1

Tym razem za nowego Blade’a odpowiada sam scenarzysta serii David S. Goyer. I powiem szczerze, że to nie była zbyt dobra decyzja. Brak doświadczenia reżysera jest tutaj mocno odczuwalny, zaś sama historia jest zwyczajnie nudna i nieangażująca. Sam pomysł scalenia Blade’a z nową grupą ludzi polujących na krwiopijców był naprawdę niezły. Tylko, że całość nie wnosi niczego nowego w kwestii tego świata, zaś same wampiry przypominają grupę narwanych nastolatków. Dracula też wydaje się tylko pionkiem w tym świecie, gdzie sam wampiryzm nie jest traktowany poważnie. A cała rozróba oraz konfrontacja Łowców z wampirami to mieszanka głupoty (dobranie się do siedziby Łowców), zbiegów okoliczności, czerstwych żartów oraz znowu pocięta w montażu. Dialogi są aż zbyt ekspozycyjne, historia przewidywalna, a sam Blade zostaje zepchnięty na drugi plan.  W filmie, gdzie jego ksywa jest w tytule.

blade3-2

Początek nie zapowiada katastrofy i obudzenie Draculi wygląda naprawdę nieźle. Same zdjęcia też są ok, ale Goyer kompletnie nie radzi sobie z reżyserią. Także sama postać Blade’a zostaje zmarnowana i ograniczona do wyglądania cool, rzucania one-linerami. Nawet, gdy walczy, sprawia wrażenie znudzonego niczym Steven Seagal ostatnimi laty. Brakuje tutaj czegokolwiek angażującego, zaś drugi plan potrafi zirytować (Ryan Reynolds nawet potrafi rozbawić). A główny antagonista jest tak nijaki i pozbawiony charyzmy, że musiałem złapać się za głowę. To jest ewidentna wtopa obsadowa.

blade3-3

„Mroczna Trójca” zarżnęła cała franczyzę, a Blade już nigdy nie wrócił w takiej chwale jak w pierwszych dwóch częściach. Potwierdza też tezę, że nie każdy nadaje się na reżysera.

5/10

Radosław Ostrowski

Blade – wieczny łowca II

Od wydarzeń z pierwszej części minęły dwa lata, a Blade dalej przerabia wampirów na galaretę. Jego mentor Whstler popełnił samobójstwo w poprzedniej części, ale tutaj jego zwłoki zostają zabrane przez wampirów, którzy go gdzieś trzymają. Po wielu poszukiwaniach, udaje mu się go znaleźć i wykurować. Jednak pojawia się bardziej kłopotliwa sytuacja – pełniący rolę szefa Rady Wampirów, Damaskinos chce zawiązać z nim sojusz. Przyczyną tej zmiany nastawienia jest pojawienie się nowego rodzaju wampirów, Żniwiarzy. Ci goście żywią się innymi wampirami, zarażając ich swoim ugryzieniem, przez co pojawiają się kolejni i kolejni, coraz trudniejsi do pokonania. Blade ma zaś dorwać i zabić szefa grupy Nomacka, w czym ma pomóc specjalnie wyszkolona grupa wampirów zwana Chartami.

blade2-1

Pierwszy „Blade” zaskoczył wszystkich i okazał się kasowym przebojem, więc kontynuacja musiała powstać. Propozycję dostał Stephen Norrington, czyli reżyser poprzednika, ale ją odrzucił. Jego miejsce zajął Guillermo del Toro, drugi raz próbując wejść na rynek amerykański. Poszło mu o wiele lepiej, choć „dwójka” ma swoje problemy.

blade2-3

Sama historia, gdzie mamy sojusz dwóch nieufnych stron oraz nowe zagrożenie, jest w stanie zaintrygować, choć toczy się przewidywalnym torem. Musi dojść do zdrady, zaś Damaskinos skrywa tajemnicę istotną dla całości. Zaś nowy przeciwnik jest o wiele trudniejszy do pokonania, bo odporny jest tylko na światło. Całość jest o wiele mroczniejsza i brutalniejsza niż pierwsza część. I nie chodzi tylko o paletę kolorów (dominuje czerń, niebieski oraz żółty), ale większość ilość krwi, rozrywanych zwłok czy scenę sekcji zwłok jednego z nowych wampirów. Czuć większy rozmach i jest parę imponujących scen jak ukryta dyskoteka z muzyką techno w tle czy walka w kanałach. Same efekty specjalne też prezentują się lepiej, zwłaszcza zgony wampirów.

blade2-2

Żeby jednak nie było tak słodko, „dwójka” dorzuca kilka poważnych błędów. Po pierwszy, sceny walki. Nie chodzi nawet o to, ze są zbyt efekciarskie oraz szalone, tylko bardzo słabo zmontowane. Za dużo jest tutaj zbliżeń na szczegóły i zbyt wiele cięć, przez co potyczki są nieczytelne niczym w następnych częściach trylogii Bourne’a. Przez co praca choreografów poszła w gwizdek. Po drugie, intryga od ostatnich 30 minut staje się bardzo przewidywalna, zaś miejscami zachowanie postaci jest dość dziwne (po co Blade macha mieczem, skoro ten nie jest w stanie zabić?). No i po trzecie, podczas walk są wykorzystane efekty komputerowe (walka Blade’a z Nyssą czy finałowa konfrontacja) wręcz nachalnie i kłują mocno w oczy. Najlepiej broni się w tej materii charakteryzacja oraz sceny zgonów wampirów. Po czwarte, ignorowanie paru aspektów z poprzednika (zmartwychwstanie Whistlera, nieobecność Karen) oraz dodany na siłę wątek romansowy, który zwyczajnie nie działa.

blade2-4

Aktorsko udaje się zachować poziom poprzednika, a Wesley Snipes nadal sprawia masę frajdy w roli Chodzącego za Dnia. Znacznie lepszy od pierwszej części jest Luke Goss w roli czarnego charakteru, którego motywacja jest bardziej osobista niż dla Frosta oraz Thomas Kretschmann jako tajemniczy Damaskinos. Z drugiego planu najbardziej wybija się cięty Ron Perlman (Reinhardt) oraz śliczna Leonor Valera (Nyssa), ubarwiając całość.

Druga część naszego wampirzego herosa utrzymuje poziom poprzednika, choć nieczytelność scen akcji jest bardzo dużym minusem. Niemniej udanie rozwija uniwersum wampirów i pozwala się przebić reżyserowi na amerykańskiej ziemi.

7/10

Radosław Ostrowski

Blade – wieczny łowca

Na pytanie o najbardziej znanego czarnoskórego superbohatera Marvela, wszyscy dzisiaj powiedzieliby, że jest to Czarna Pantera. Jednak pod koniec lat 90., kiedy kino superbohaterskie nie było tak popularne ani udane jak dzisiaj, odpowiedź brzmiałaby: Blade, czyli Eric Brooks znany też jako Chodzący za Dnia. Pół-człowiek, pół-wampir posiadający mocne strony wampirów i żadnych ich słabości (poza pragnieniem krwi) walczy z wampirami, dbając o porządek tego świata. A jego przeciwnikiem jest Deacon Frost – młody i bezczelny wampir nie-czystej krwi, który buntuje się przeciwko swoim szefom, zaś jego głównym celem jest wskrzeszenie pradawnego Boga Krwi – La Magry.

blade1-1

Sam Blade w komiksach pojawił się na początku lat 70., zaś plany ekranizacji jego przygód planowano już od 1992 roku z raperem LL Cool J w roli głównej. Ostatecznie za kamerą stanął Stephen Norrington – brytyjski specjalista od efektów specjalnych oraz fan komiksów. Założeniem twórców było poważne potraktowanie materiału źródłowego, bez pójścia w stronę kampu. I tutaj to rzeczywiście jest widoczne, a budowanie wizji świata, gdzie wampiry są częścią społeczeństwa (działającą w ukryciu w wyższych sferach) jest bardzo interesujące. Nawet sami krwiopijcy są zhierarchizowani: najwyższa karta to naturalnie urodzeni, w eleganckich garniturach, którzy działają w ukryciu i wolą układać się z ludźmi. Z drugiej strony jest wręcz buńczuczny Frost, przekonany o wyższości wampirów nad ludźmi, którzy powinni być dla nich karmą. To zderzenie tych wizji pokazuje troszkę inną wizję wampirów niż z klasycznych opowieści znanych przez popkulturę. Chodzą między ludźmi, mają szerokie koneksje, a zabić może ich tylko światło, czosnek lub srebro. Ale o nich dowiadujemy się w trakcie trwania filmu, bez żadnego wprowadzenia czy wstępu.

blade1-2

„Blade” to wykorzystujący elementy horroru film akcji, gdzie Chodzący za Dnia dokonuje eksterminacji krwiopijców, a w cały ten świat wchodzimy wraz z pogryzioną przez wampira dr Karen Jensen. I to ona poznaje naszego protagonistę, jego mentora oraz zbrojmistrza Whistlera. To oni nas wprowadzają w ten wampirzy świat pełen swoich kodów, Biblii oraz mitologii, co na swój sposób bywa porywające nawet po 20 latach. Same sceny akcji są świetnie wykonane, sfilmowane szerokimi obiektywami, dzięki czemu każdy cios, strzał jest bardzo czytelny jak w fenomenalnym prologu (dyskoteka ukryta w masarni) czy podczas rozróby w archiwum. Pod tym względem bardzo rozczarowuje finałowa konfrontacja Blade’a z Frostem, który jest tutaj bardziej szybki oraz regenerujący się. Pierwotnie scenariusz miał bardziej epickie zakończenie, jednak budżet oraz jakość efektów specjalnych nie były zbyt satysfakcjonujące i trzeba było uprościć całość. Jednak niedosyt jest tutaj spory, mimo świetnego epilogu, a czasem wiele rzeczy pozostaje niejasnych (jak udało się znaleźć kryjówkę Blade’a?). niemniej wygląd tego zurbanizowanego miasta w tonacji metalicznego błękitu, płynny montaż, świetne sceny akcji oraz polana pulsującą elektroniką muzyka robią swoje.

blade1-3

Ale to wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie idealnie dopasowany do roli Wesley Snipes, który wtedy był w szczytowej formie. Blade w jego wykonaniu to małomówny człowiek czynu, nie dopuszczający wielu ludzi do siebie oraz z bardzo pokręconym tłem. Jedynym jego wsparciem jest Whistler (świetny Kris Kristofferson), będący takim współczesnym odpowiednikiem Van Helsinga, tylko bardziej szorstki i twardy. Zaskakująco dobrze się sprawdza Stephen Dorff w roli antagonisty. Frost w jego wykonaniu to arogancki, pewni siebie wampir, pragnący władzy nad światem, a jednocześnie traktowany z lekceważeniem przez resztę środowiska. Sporym plusem jest też N’Bushe Wright, czyli wplątana w wojnę z wampirami Karen. Nie została potraktowana jako obiekt romansu dla Blade’a, tylko pozostaje inteligentną, samodzielną kobietą, stanowiącą dla niego wsparcie.

blade1-4

Powiedzmy to sobie wprost – pierwszy „Blade” to solidny film akcji/horror, choć tego ostatniego elementu nie używa zbyt mocno. Obok pierwszych „X-Men” zbudował podwaliny pod cały szał związany z adaptacjami komiksów, traktujących troszkę bardziej serio materiał źródłowy i z szacunkiem. A zanim MCU zrebootuje postać Chodzącego za Dnia, warto sobie przypomnieć początki tej postaci.

7,5/10

Radosław Ostrowski