Nie!

Jordan Peele – filmowiec, z którym mam problem i to poważny. Nie chodzi nawet o to, że komik postanowił wziąć się za gatunek horror und groza. Facet nieźle kombinuje, umie budować atmosferę i napięcie. Problem w tym, że zakończenie (zazwyczaj wzięte z jakiegoś tandetnego kina klasy B) psuło całą tą misterną układankę. Przez co Peele nie porywa mnie tak bardzo jak wielu krytyków uważa. Dlatego na „Nie!” nie czekałem za bardzo, spodziewając się powtórki z rozrywki. Jeszcze nigdy się tak nie pomyliłem. Nie uprzedzajmy jednak wydarzeń.

Cała historia skupia się na rodzinie Haywood zajmującej się hodowlą koni do filmów. Prawda jednak jest tak, że interes nie idzie za dobrze i konie coraz częściej są sprzedawane. Komu? Sąsiadowi Ricka Jupe, co prowadzi wesołe miasteczko dla cowboy’ów i radzi sobie nieźle. Wydaje się, że naszej familii – Otisowi Seniorowi, OJ oraz Emerald – może się udać, dzięki angażowi do pewnego filmu. Niestety, najpierw w dziwnych okolicznościach ginie ojciec (od… monety z nieba), zaś podczas próby koń się płoszy. Wszystko wskazuje na to, że farma zostanie wystawiona na sprzedaż. Niemniej w okolicy dzieją się dziwne rzeczy o charakterze nadnaturalnym, więc planują je „uchwycić” na taśmie/zdjęciu i zarobić na tym.

Początek jednak jest zupełnie gdzie indziej, bo podczas realizacji serialu komediowego. Jedynie słyszymy wypowiadane dialogi, w tle pojawiają się loga filmów. Śmiechy i słowa padają, aż wreszcie jest krzyk oraz wreszcie widzimy coś niepokojącego. Plan wygląda jak pole bitwy, po widowni nigdzie śladu, a panoszy się zakrwawiony małpiszon. Dezorientacja gwarantowana. Im dalej w las, tym bardziej dziwne rzeczy się dzieją – statyczna chmura, coś chyba jakby latający spodek i coś z niego wypada. Peele powoli buduje całą aurę niepokoju, z wieloma długimi ujęciami, nagłym brakiem prądu oraz długimi ujęciami. Wszystko na pustyni, co daje „Nie!” posmak westernu. Gdzie tu jeszcze czai się Spielberg z czasów „Bliskiego spotkania trzeciego stopnia”, więc elementy horroru nadal są obecne. Szczególnie tego spod znaku monster movie, z trzymającym w napięciu zakończeniu.

Reżyser tym razem o wiele delikatnie bawi się w społeczny komentarz, tym razem przyglądając się branży filmowej i ludziom, o których mniej się mówi. Zarówno o koniarzach, jak i operatorach, ale też ile muszą poświęcić dla naszej satysfakcji/przyjemności przed ekranem. Można uznać „Nie!” za wyraz wdzięczności dla tej anonimowej grupy ludzi, jednocześnie czy scena za ten spektakl nie jest aby za wysoka. Czy to dążenie do sławy/prestiżu/pieniędzy warta jest tej ceny? Odpowiedź nie jest wcale jednoznaczna i sami ją oceńcie.

Wszystko to trzyma świetna obsada. Duet Daniel Kaluuya/Keke Palmer (OJ i Em) działają na zasadzie kontrastu: on małomówny, zdeterminowany, ona wygadana, wyluzowana. Dlatego tak świetnie się uzupełniają, zaś ich więź jest bardzo namacalna. Równie kluczową postacią jest kowboj Ricky o twarzy Stevena Yeuna z mocno brutalną przeszłością. Emanuje pewnością siebie jakby dawne przejścia dały mu siłę oraz moc ujarzmiania nieujarzmionego. Szoł na parę scen kradnie dawno nie widziany Michael Wincott jako operator Holst. Takiego zachrypniętego głosu nie zapomnicie na długo.

To jest na razie jedyny film Peele’a, który podobał mi się, choć nic tego nie zapowiadało. Jako horror nigdzie się nie wywala, klimat osadzenia jest namacalny, a hybryda horroru, westernu i SF funkcjonuje bez zgrzytu. Jak widać, cuda w branży filmowej się zdarzają.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Doktor Sen – wersja reżyserska

UWAGA!
Materiał zawiera śladowe ilości spojlerów, lecz autor stara się go zredukować do minimum.

Kontynuacje po latach są więcej niż niebezpieczne, zwłaszcza w przypadku filmów uznawanych za arcydzieła. Bo raczej nikt nie oczekiwał sequela do „Lśnienia” Stanleya Kubricka wg powieści Stephena Kinga. Ale sam pisarz zdecydował się napisać kontynuację – „Doktor Sen”. Adaptacja książki wydawała się nieunikniona, choć mogła być problematyczna. Dlaczego? Sam King fanem kinowego „Lśnienia” nie był, więc przenosząc „Doktora Sen” trzeba było pogodzić zarówno fanów książkowego sequela i kinowego poprzednika. Pewną nadzieję dawała osoba reżysera Mike’a Flanagana.

doktor sen1

Akcja skupia się na już dorosłym Dannym (Ewan McGregor) – ciągle naznaczonym traumatycznymi wydarzeniami z hotelu Overlook. Chcąc zapomnieć sporo pije i ćpa, co w żadnym wypadku nie pomaga w rozwiązaniu problemu. Mniej korzysta ze „lśnienia” i w końcu decyduje się wyjechać do stanu New Hampshire. Nowe miejsce, nowy start, nowe możliwości. Poznaje Billy’ego Freemana (Cliff Curtis), który pomaga mu zarówno znaleźć mieszkanie, jak też przyciąga na spotkanie AA. Dzięki temu (pośrednio) dostaje pracę jako pielęgniarz w szpitalu. A dawno uśpione lśnienie nagle się budzi do życia. Wszystko przez posiadającą tą samą moc dziewczynka Abra (debiutantka Kyliegh Curran), tylko u niej jest o wiele silniejsza. Ale jest jeszcze trzecia siła – Prawdziwy Węzeł, czyli grupa nieumarłych żywiących się lśnieniem. Początkowo mężczyzna nie chce się mieszać, ale okoliczności zmuszają go do działania.

doktor sen2

Jeśli ktoś spodziewa się arcydzieła na poziomie dzieła Kubricka, nawet do tego filmu nie podchodźcie. Nie mogę jednak powiedzieć, że Flanagan dał ciała. Wyciągnął ze źródłowego materiału ile się da i bardzo powoli buduje atmosferę. Reżyser daje dużo czasu na poznanie bohaterów, ich motywacji oraz umiejętności, by móc bardziej się z nimi zżyć. Dlatego całość toczy się bardzo powolnym, niespiesznym rytmem (i dlatego trwa 2,5 godziny – w wersji reżyserskiej aż 3), skupiając się na postaciach oraz atmosferze. Nie wali jump-scare’ami prosto w twarz, jednak potrafi wielokrotnie zmrozić krew w żyłach. Wystarczy spojrzeć na członków Pradawnego Węzła, czyli istot na kształt nieumarłych pasożytów, nie tylko żywiących się lśnieniem (oni je nazywają „parą”), lecz posiadają różne nadnaturalne moce (m. in. wchodzenie do umysłu, manipulacja). Choć ich mordy nie są pokazywane wprost, potrafią przerazić.

doktor sen3

Mimo długiego metrażu Flanagan nie przynudza i pewnie opowiada o mierzeniu się ze swoimi demonami, odzyskiwaniu wiary w siebie oraz klasycznej walce dobra ze złem. Bliżej tutaj jest do kina fantasy z elementami nadnaturalnymi. Ale jednocześnie do paru rzeczy podchodzi w sposób kreatywny. Szczególnie w momentach, gdy Danny oraz Abra używają swoich mocy. Zarówno kiedy on pomaga w spokoju umrzeć jak kiedy Abra mierzy się z Rosą Kapelusznik, gdy ta druga chce wejść do jej głowy (fantastycznie sfilmowana scena oraz imponująca scenografia). Z jednej strony film stoi na swoich własnych nogach, ale z drugiej nie brakuje odniesień do filmowego „Lśnienia”. Najdobitniej to widać w finałowej konfrontacji na terenie zamkniętego hotelu Overlook czy retrospekcjach. W tych ostatnich postacie z dzieła Kubricka wracają, grani przez innych aktorów i nie wywołuje to żadnego zgrzytu. Ktoś powie, że ten finał to nachalny fan service, co mogę zrozumieć, gdyby film nie miał nic więcej do zaoferowania. I do razu mówię – zakończenie jest w pełni satysfakcjonujące.

doktor sen4

Także aktorsko jest więcej niż świetnie. Dorosłego Danny’ego gra sam Ewan McGregor i bardzo dobrze pokazuje udręczonego, zagubionego mężczyznę. Jego przemiana w pewnego siebie mentora (niczym inny bohater grany przez tego aktora w pewnej odległej galaktyce), wykorzystującego kilka sztuczek ze swojego arsenału przekonuje. Tak samo jak krótkie momenty załamania oraz budowanej więzi z Abrą. Tą dziewczynkę gra Curran i jest absolutnie fantastyczna, pokazując zarówno momenty przerażenia jak i silnego charakteru. Mocna, wyrazista postać oraz jedna z lepszych ról dziecięcych ostatnich lat. Ale całość kradnie magnetyzująca Rebecca Ferguson. Jej Rose jest mroczna, demoniczna i bardzo pewna siebie, co podkreśla sam wygląd. Władcza, bardzo charyzmatyczna, silna osobowość, z drobnymi momentami zwątpienia.

doktor sen5

Oczekiwanie, że „Doktor Sen” będzie na poziomie „Lśnienia” samo w sobie jest absurdalne. Flanagan zdaje sobie z tego sprawę, więc nie ściga się z klasykiem i znajduje swoją własną drogę. Jest świetnie zagrany, z powolnie budowaną atmosferą oraz klimatem rzadko spotykanym w kinie grozy. Slow burner, ale wciągający jak diabli.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia wieczerza

Bartosz M. Kowalski jest chyba szalonym reżyserem. I jako jedyny twórca konsekwentnie podejmuje się realizacji kina grozy. Po slasherowej dylogii „W lesie dziś nie zaśnie nikt” (wierzę, że część trzecia powstanie) postanowił zmienić kompletnie klimat. Zamiast zombie, lasu i małe miasteczka jest klasztor z dala od cywilizacji. Wszystko zaczyna się w chwili, gdy przybywa młody ksiądz-egzorcysta Marek (Piotr Żurawski). W tym miejscu odprawiane są egzorcyzmy, jednak coś z tym miejscem jest nie tak: jedzenie jest dziwne, mnisi nie mogą wieczorem opuszczać swoich cel, a sam budynek wydaje się zamknięty. A nowy przybyły kapłan jest tak naprawdę milicjantem prowadzącym śledztwo w sprawie zaginionych kobiet.

ostatnia wieczerza1

Fabuła jest bardzo prosta, banalna i w zasadzie szczątkowa, z czego twórcy chyba zdają sobie sprawę. Już pierwsza scena (prolog z ‘57 roku) bardzo przypomina finał z „Omenu”, ale im dalej w las robi się bardzo mrocznie. Sam klasztor oświetlony jest tylko świecami, nie ma żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, więc trzeba być bardzo ostrożnym. Mamy wrzucone znajome schematy oraz elementy z tego typu horrorem: opętanie, poczucie izolacji, zwidy, wyrywane zęby i wylatujące z nich muchy, makabryczne ciała. Więc nie należy spodziewać się cudów czy niespodzianek. Logika i sens jest tu kwestionowane: niby w klasztorze nie ma prądu, a odtwarzacz video jest przecież na prąd. I chodzi. Jeszcze pojawia się tajemnicza przepowiednia o sprowadzeniu Szatana na świat, dziury ze schowanym okiem, wymioty oraz poczucie ciągłej obserwacji. Co się tak naprawdę dzieje w klasztorze? Czy to zakonnicy stoją za zaginięciami? Jaki będzie finał?

ostatnia wieczerza2

Psychologii postaci brak, głębi też nie należy się spodziewać, akcja rozwija się dość powoli i nie skupia się na poznaniu całego tego świata. Wszystko podporządkowane jest budowaniu atmosfery oraz klimatu, co udaje się bezbłędnie. Fakt, że Kowalski nie boi się pokazywać co obrzydliwszych rzeczy na pewno w tym pomaga. Tak samo jak bardzo wyraźny dźwięk (nawet dialogi są wyraźne, choć przydałoby się tłumaczenie łacińskich zdań) oraz chóralna muzyka. Zaś finał tak ryje łeb ze swoimi bardzo solidnymi efektami specjalnymi. Co mnie zaskoczyło, to spora ilość humoru oraz – świadomego – kampu i nie wywoływało zgrzytu.

ostatnia wieczerza3

Wszystko na swoich barkach trzyma mocne i zaskakujące trio Piotr Żurawski/Olaf Lubaszenko/Sebastian Stankiewicz. Pierwszy jako glina pod przykrywką jest takim naszym awatarem, który próbuje ogarnąć tą porąbaną sytuację. Bardzo wycofany, nieufny, ale czy jest w stanie rozgryźć sprawę/ Czy może jego misja jest skazana na porażkę? Lubaszenko jako przeor klasztoru dawno nie stworzył tak mocnej roli, dodając odrobinę dystansu, nie pozbawiając swojej postaci mroku. Ale Stankiewicz wydaje się najbardziej tajemniczy, wydaje się być prawą ręką przeora, małomównym, skrytym mnichem. Nawet on ma ukryte zamiary, których się nie domyśliłem.

ostatnia wieczerza4

Czy „Ostatnia wieczerza” to najlepszy polski horror ostatnich lat? Dla mnie nadal wygrywa „Wilkołak”, jednak Kowalski pokazuje tu jak pewniej się czuje w tym gatunku. Czyste rozrywkowe kino, stawiające bardziej na atmosferę niż intrygę, ale oderwać oczu się po prostu nie da. Dawno nie było takiej jazdy po bandzie.

7/10

Radosław Ostrowski

Do ostatniej kości

Kino inicjacyjne i Luca Guadagnino – takie połączenie samo w sobie jest elektryzujące, co pokazały „Tamte dni, tamte noce”. Włoski reżyser wraca do tej konwencji, ale przyprawia ją w mroczniejsze tony. „Do ostatniej kości” jest pierwszą produkcją kręconą w USA, jednak nadal czuć rękę twórcy.

do ostatniej kosci1

Bohaterką jest Maren (Taylor Russell) – młoda dziewczyna mieszkająca z ojcem gdzieś w małym miasteczku. Jesteśmy w latach 80., jednak to mało istotny detal. O matce nic nie wie i nie ma kontaktu. Pewnego wieczora wymyka się z domu, by nocować u koleżanki. W trakcie dochodzi do poważnego incydentu, co zmusza Maren i jej ojca do ucieczki. Dlaczego? Dziewczyna okazuje się być kanibalem. Być może to powoduje, że pewnego dnia w nowym domu Maren odkrywa, że… została sama. Ojciec wyparował, zostawiając po sobie taśmę, pieniądze oraz… akt urodzenia. W końcu decyduje się odnaleźć swoją matkę, by poznać ją wreszcie. Po drodze trafi na innych swojego rodzaju zwanych tu Zjadaczami – zarówno tych bardziej niepokojących jak Sully (Mark Rylance) oraz troszkę starszego od niej Lee (Timothee Chalamet).

do ostatniej kosci2

Kanibalizm, dojrzewanie oraz miłość – coś tu nie pasuje, prawda? Jeśli spodziewacie się makabreski nie dostaniecie jej zbyt wiele. Jasne, jest krwawo oraz scen zjadania ludzkich ciał nie brakuje, jednak więcej jest tu opisywanych sytuacji albo unika się pokazywania tego wprost. Ale dla wielu nawet sama sugestia może być bardzo szokująca i wywołująca dyskomfort. Ale reżyser pokazuje naszą parkę jako zagubionych, samotnych, naznaczonych niewygodną przeszłością. Ona pierwszy raz jest zdana na siebie i powoli odkrywa kim jest. Przypomina sobie pewne fakty, nawiedzają ją koszmary oraz zaczyna wyostrzać swój węch. Ale czy miłość będzie w stanie przezwyciężyć wpisane w ich naturę ludożerstwo? Jak pozostać sobą? A poznani Zjadacze są różni – od niepokojącego Sully’ego (niezapomniany Mark Rylance jako bardzo stary i bardzo samotny osobnik) po pokręcony duet kanibala i „zwykłego” człowieka (mroczny Michael Stuhlberg wspierany przez Davida Gordona Greena).

do ostatniej kosci4

Ale to wszystko może wydawać się mocnym impulsem, że swojej natury nie da się oszukać. Można się łudzić, że jeszcze ma się to pod kontrolą, ale to jest jak narkotyk – raz zaczniesz i już nie zerwiesz. Guadagnino skupia się na naszej młodej parce, gdzie on początkowo staje się jej przewodnikiem po tym świecie. Ona zaczyna się otwierać, poznawać i iskrzy między nimi. Reżyser pewnie, z dużym wyczuciem buduje atmosferę, bardzo płynnie zmieniając go niczym w kalejdoskopie: od lirycznych momentów płynnie przechodzi w horror (scena odwiedzin matki – bardzo mocna). Wszystko przepięknie sfotografowane z szerokimi krajobrazami (z szybkimi cięciami połączonymi ze zbliżeniami, pokazującymi sposób działania „węchu”) i choć bywa czasem przestylizowany, nigdy nie staje się tapetą. Poczucie lęku jeszcze podkreśla mieszająca elektronikę z akustyczną gitarą muzyka duetu Reznor/Ross.

do ostatniej kosci3

To wszystko działa dzięki duetowi Russell/Chalamet. Oboje razem są magnetyzujący – ona niepewna, pierwszy raz poznająca świat, on bardzo pewny siebie, ale skrywający pewną tajemnicę. Czuć tą chemię między nimi, powolne odkrywanie się, ale też ich lęki, obawy, niepokoje. Byłem w stanie się z nimi identyfikować, wierzyłem im do ostatniej sceny. Całość kradnie rzadko się pojawiający Mark Rylance – jego Sully wzbudza lęk i wywołuje dyskomfort, choć jego słowa nie są takie. Ale pod tą maską skrywa się osoba szukająca towarzystwa, zrozumienia, jednak bywa w tym dość nieprzyjemny. Jakby od zbyt długiej samotności „zdziczał”. Równie mroczny jest Michael Stuhlbarg opowiadający o punkcie, po którym już jest się kanibalem na zawsze czy w drobnym epizodzie Chloe Sevigny.

„Do ostatniej kości” to – jak na razie – najlepszy film Guadagnino jaki widziałem. Bardzo nastrojowy, tajemniczy, czuły i szokujący. Mieszający nastrój niczym u wytrawnego iluzjonisty, który prostą sztuczkę czyni niezwykłym wydarzeniem. Niezapomniane dzieło i jedna z największych niespodzianek tego roku.

8/10

Radosław Ostrowski

Cenzorka

Czy wiecie, co to jest video nasty? To termin z Wielkiej Brytanii lat 80., gdzie filmy nie podlegające kategorii wiekowej trafiały na kasety video. Były przez prasę krytykowane za przemoc i obnażanie seksem, które miało doprowadzić do zgorszenia ludzi. Takie filmy nielegalnie były prezentowane w wypożyczalniach kaset. O przyznaniu kategorii (po wycięciu scen) lub zakazie filmy podejmowali się cenzorzy, po obejrzeniu każdego filmu, zaś nielegalne taśmy konfiskowano. Likwidując też wypożyczalnię, z której pochodziła ta taśma.

Bohaterką „Cenzorki” jest Enid Baines (Niamh Algar) – oddana pracy cenzorka, bardzo skrupulatnie wykonująca swoje zadanie. Można nawet powiedzieć, że czerpie z tego przyjemność i jest w stanie rozdzielić pracę od życia prywatnego. Bo życie prywatne jej to bajzel, próbując cały czas odnaleźć zaginioną siostrę. Wspomnienia eskalują coraz bardziej po seansie jednego z video nasty od reżysera Fredericka Northa, gdzie Enid widzi aktorką przypominającą siostrę. Przynajmniej mogącą tak wyglądać w dorosłym wieku. Ale czy aby na pewno?

cenzorka1

„Cenzorka” jest psychologicznym horrorem, który wizualnie (i nie tylko) czerpie z kina grozy lat 80. Reżyserka Prano Bailey-Bond próbuje pokazać jak bardzo oglądanie takiej ilości – z braku lepszego określenia – chorego gówna wpływa na psychikę. Cenzorzy oglądali po to, by chronić (jakkolwiek ironicznie to brzmi) ludzi przed takim „niemoralnym” kinem, żeby nie doprowadzić do manii zabijania. Że niektórzy ludzie pod wpływem zaczynali zabijać, gwałcić i robić inne chore rzeczy. Wspomniana jest tu sytuacja, gdzie po seansie jednego z video nasty, które przeszło widz zabił swoją rodzinę, a żonie jeszcze odgryzł twarz (nie myślcie o tym, że to zobaczycie).

cenzorka2

Pozornie to poszukiwanie siostry oraz wpływ oglądania brutalnych scen na psychikę wydaje się jakby dwa osobne filmy sklejone w jedno. Ale „Cenzorka” bardzo zgrabnie lawiruje przez te tematy, zwłaszcza gdy dochodzi do scen, gdzie fikcja z rzeczywistością przeplatają się ze sobą. Raz ta granica jest wyraźnie zaznaczona (przejście kamery z telewizora do „środka” pokazywanego tam filmu czy mocna kolorystyka podczas przechodzenia przez dom), raz ciężko to rozgryźć. Zakończenie zaś wywołuje totalnego mindfucka, pokazując jak bardzo silną traumą naznaczona jest bohaterka, unikając konfrontacji i rozrachunku. Bo rozum może niejako „wyciąć” pewne wydarzenia.

cenzorka3

I to wszystko na swoich barkach trzyma absolutnie świetna Niamh Algar w roli Enid. Bardzo stonowana i początkowo trzymająca swoje emocje w ryzach, jednak z czasem (najpierw drobnymi gestami oraz odruchami) coraz bardziej zaczynamy obserwować siedzące w niej demony. Oglądałem ją z fascynacją, zaintrygowany, zaś w finale absolutnie zamiata. Reszta postaci w zasadzie robi za bardzo porządne tło, gdzie najbardziej znaną twarzą jest Michael Smiley jako śliski producent Doug Smart.

cenzorka4

Prawda jest taka, że zrobienie psychologicznego horroru jest wyzwaniem, zwłaszcza w ręku debiutanta. Niemniej „Cenzorka” jest bardzo dobrze wyreżyserowana, choć są drobne momenty przestoju, czerpie garściami z estetyki dekady lat 80. w klimacie Lyncha czy – trochę bliżej – Cronenberga. Frapujące i zapadające w pamięci kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Apokawixa

Horror? O zombie? W Polsce? Ni chuja. – tak musiała zareagować większość producentów na ten pomysł. Ale egzekutywa z TVN postanowiła zaryzykować i dać zielone światło dla nowego filmu Xaverego Żuławskiego. Bo czemu by nie zrobić horroru o zombie zmieszanego z komedią o nastolatkach z wielką imprezą w tle? I powstała „Apokawixa”, czyli najlepszy polski horror ostatnich lat. A nawet najlepszy polski horror w ogóle.

apokawixa1

Głównym bohaterem jest Kamil – syn bardzo bogatego przedsiębiorcy, który zajmuje się… robieniem kupy forsy i zrzucaniem toksycznych substancji do morza. Przynajmniej jeden z jego zaufanych ludzi to robi. Wszystko się dzieje podczas pandemii, gdzie wielu z nas było poddanych kwarantannie. I to zwłaszcza wśród nastolatków jest frustrujące, dlatego nasz bohater planuje w ostatni dzień matury zrobić wiksę. Bo ile można siedzieć w domu na dupie, a kontakt z kumplami jest tylko online? Cała zabawa będzie w pałacyku nad morzem, bo… czemu nie. No co może pójść nie tak? Trefne piguły zakoszone dilerom z Warszawy, sinice nad morzem, szef klubu nocnego pozbawiony klienteli, strażnik miejski i jego córka (fanka motorcrossa), harcerki, DJ-e. Co może pójść nie tak? Wskutek pewnych zbiegów okoliczności zaczynają panoszyć się zombie. Nie będę oryginalny, jeśli powiem, że nie wszyscy dotrwają końca tej balangi.

apokawixa2

Teoretycznie wydaje się łatwe zrobienie tego filmu. Nie potrzebujemy dużych nakładów, w głównych rolach są mało opatrzone twarze, dodać troszkę humoru, polać posoką i jedziemy. Prawda? Z takim założeniem daleko nie zajedziecie, bo wszystko musi wygląda względnie realistycznie. Jak opisać sposób mówienia młodych, bez popadania w sztuczność? Jak zbudować napięcie? Jak zbalansować humor? Jak sprawić, by wszystkie dialogi brzmiały wyraźnie? Jak zrobić film, bez nie wyglądał tanio? Nadal uważacie, że to wszystko jest łatwe do zrobienia? Jakimś cudem Żuławski omija te potencjalne pułapki.

apokawixa3

„Apokawixa” tak naprawdę to dwa filmy w jednym. Pierwsza część to pójście w stronę klimatów młodzieżowych komedii imprezowych a’la „Projekt X”. Czyli powoli poznajemy bohaterów i widzimy przygotowania do wiksy. Alkohol, dragi, towarzystwo. Paczka postaci jest może oryginalna oraz bardzo znajoma (imprezowicz, surfer, nerd, emo, ładniejsza Greta Thunberg, „dupiara” – w sensie zarabia robiąc nagie filmiki w Internecie), zarysowana też jest raczej bez dużej głębi. Ale to przecież nie jest dramat psychologiczny, tylko film o wiele lżejszym kalibru i tu to wystarczy. Krótkie retrospekcje działają odświeżająco, tak jak rozmowy video przez telefon (a w tle są pokazane wieżowce, by nie wyglądało rutynowo). Dialogi to taka nowomowa, mieszająca slang, znajome powiedzonka i cytaty, a jest parę małych perełek (rapowany „Pan Tadeusz” – cudo!!!).

apokawixa4

Druga połowa to zogniskowanie całej sytuacji, choć pewne rzeczy zostały zasygnalizowane. Czyli pojawienie się zombie na imprezie i eskalacja. Kolejne żywe trupy oraz zderzenie młodych, niedoświadczonych ludzi z coraz większym chaosem. Nie mają doświadczenia, choć szybko łączą kropki i odkrywają skąd się to wzięło oraz jak rozwiązać problem. Być może dlatego albo widzimy jak żywe trupy zarażają kolejnych ludzi, albo jaki zostawiają chaos. Samej walki z nimi jest wręcz za mało – aż się prosi o konfrontację, lejące się flaki oraz sianie totalnego rozpierdolu. To wywołało we mnie pewien niedosyt – czyżbym był żądnym krwi psychopatą? Efekty specjalne są zrobione przyzwoicie (charakteryzacja), muzyka też się sprawdza. Technicznie trudno się przyczepić.

apokawixa5

Aktorsko też wypada to zaskakująco dobrze, co w przypadku niemal nieznanych twarzy jest jeszcze bardziej imponujące. Nie byłoby czasu na wymienienie wszystkich (m.in. Mikołaj Kubacki, Waleria Gorobets i Natalia Pitry), ale nikt tu nie nawala, każdy ma swoje pięć minut i nie ma żadnej złej roli. Z kolei na drugim planie pojawia się parę znajomych twarzy, którzy kradną sceny jak Matylda Damięcka (dilerka Robsolnica), Cezary Pazura (strażnik miejski Wacek) czy Tomasz Kot (ojciec Kamila). Dla mnie jednak film kradnie Sebastian Fabijański. Jego „Blitz” to postać z innego świata, jakby próbował być cosplayerem Toma Hardy’ego jako Mad Maxa. Niski, mocno zachrypiały głos tylko potęguje „obcość” tego delikwenta, pozornie oderwanego od rzeczywistości. A jednocześnie dziwnie pasuje do tego świata.

„Apokawixa” wzięła mnie kompletnie z zaskoczenia pokazując, że w kwestii kina gatunkowego robi się coraz ciekawiej. Wariackie kino, które mogłoby zaszaleć jeszcze bardziej, ale nie zapomina o przesłaniu (dbajcie o ziemię i kumpli). Robi to jednak na tyle nienachalnie, że nie gryzie się z całością. I mam nadzieję, że pojawi się sequel, który przebije ten film.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nawiedzony dwór w Bly

Mike Flanagan – chyba obecnie żaden reżyser kina grozy nie trzymał tak równego poziomu. Choć muszę przyznać, że widziałem niewiele tytułów w dorobku Amerykanina. Kolaboracja z Netflixem wydaje się być najowocniejsza, co pokazały realizowane dla nich mini-seriale „Nawiedzony dom na wzgórzu” i „Nocna msza”. Teraz wziąłem się za przeoczony „Nawiedzony dwór w Bly”, będącym czymś w rodzaju kontynuacji „Nawiedzonego domu…”. Bardziej jednak w stylu antologii, gdzie mamy niemal tą samą obsadę, samą ekipę oraz kolejną nawiedzoną posiadłość, tym razem czerpiąc z dorobku Henry’ego Jamesa. Oczywiście, lekko uwspółcześnioną i zmodyfikowaną.

bly manor1

Punktem wyjścia jest zbliżające się wesele młodej pary gdzieś w Kalifornii Roku Pańskiego 2007. Przybywa kobieta w wieku średnim w noc przed wielkim dniem, by opowiedzieć pewną historię. Historię o duchach, choć czy aby na pewno? Jest rok 1987, Londyn. Poznajcie Dani Clayton (Victoria Pedretti) – młodą Amerykankę, szukającej dla siebie pracy. W końcu zostaje zatrudniona jako guwernantka dwojga dzieci, którymi opiekuje się lord Wingrave (Henry Thomas). Dzieci przebywają w dworku w Bly po śmierci rodziców. Poza nimi w dworku są jeszcze kucharz Owen, służąca Hannah oraz ogrodniczka Jamie. Dzieciaki – Miles i Flora – są dość osobliwe, a ich zachowanie zmienia się czasem jakby ktoś użył magicznego guzika. Z czasem jednak guwernantka zaczyna zauważać kolejne dziwne rzeczy: ślady błota, głuche telefony, wreszcie jakieś sylwetki ludzi pojawiają się i znikają. Robi się niepokojąco, a zachowanie domowników nie pomaga.

bly manor2

Jeśli ktoś spodziewa się w pełni horroru, „Nawiedzony dwór w Bly” może wywołać rozczarowanie. Flanagan tutaj bardziej czerpie z gotyckiego… romansu, który ostatnio parę lat temu próbował zrealizować Guillermo Del Toro swoim „Crimson Peak”. Co jeszcze bardziej budziło obawy to fakt, że Flanagan napisał i wyreżyserował tylko jeden odcinek. Czy to mocno obniży poziom? O dziwo nie, ale inaczej są poukładane akcenty. Twórców nie interesuje serwowania krwi, wiader makabry czy nadużywania jump scare’ów, lecz budowaniu aury tajemnicy, poczuciu niepokoju oraz wywołaniu mętlika w głowie. Nadnaturalnym elementem tutaj są duchy, które są tutaj pozbawione twarzy i poruszają się niczym marionetki. Ale niektóre nie są nawet świadome, że nie żyją, coraz bardziej tracąc wspomnienia, osobowość, cel.

bly manor4

Serial pozornie prowadzi prostą opowieść, lecz z czasem zaczynamy poznawać kolejne tajemnice i sekrety domowników dworku. Każdy tutaj dostaje odrobinę czasu na poznanie, swoje pięć minut, nawet postacie w zasadzie już nieobecne jak poprzednia guwernantka (panna Jessel) czy uważany za zbiega Peter Quint. Kolejne nitki, sceny i tajemnice skrywane zarówno przez rodzinę (przyczyna śmierci rodziców, dziwne zachowanie Milesa w szkole, kim są duchy), jak i pierwotnych właścicieli (cudowny, przedostatni odcinek w całości czarno-biały) potrafią zaangażować, wciągnąć, poruszyć. Mętlik w głowie już wywołał odcinek piąty, pokazany z perspektywy gosposi Hannah, jednak dopiero pod koniec wszystko zaczyna się spinać w spójną całość.

bly manor5

Serial wygląda pięknie, imponuje scenografią i przywiązaniem do detali, kostiumy w scenach historycznych są okazałe. Tak samo grająca w tle bardzo klasyczna w stylu muzyka czy zabawa montażem. Tutaj technicznie ciężko się do czegokolwiek przyczepić, do czego Flanagan już zdążył przyzwyczaić. Tak jak do wielu znajomych twarzy: wraca Henry Thomas (bardzo wycofany i mocno pijący lord Wingrave), Oliver Jackson-Cohen (śliski, manipulujący Peter Quint), Kate Siegel (Viola) czy Carla Gucino (narratorka). Nie można nie wspomnieć Victorii Pedretti, która jest świetna jako panna Clayton i trzyma to wszystko w ryzach. Bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły dzieci, czyli Amelie Bea Smith i Benjamin Even Ainsworth, tworzący bardzo zniuansowany, wyrazisty duet. Bez cienia fałszu pokazują wszystkie emocje: od zagubienia, wycofania po gwałtowne wybuchy oraz momenty zawieszenia, co wprawiło mnie w osłupienie. Nie chcę bawić się w wyliczanki, ale tutaj naprawdę każdy ma swój moment na zabłyszczenie.

bly manor3

Jeśli miałbym jednak wskazać który sezon z antologii jest najlepszy, bez wahania powiedziałbym, że „Nawrócony dom na wzgórzu”. Ale „Bly Manor” również potrafi wielokrotnie zaskoczyć, trzymać w napięciu i wzruszyć. Skupia się bardziej na innych aspektach, przez co może wydawać się dziwny. Im dalej jednak w las, tym więcej zaskoczeń, niespodzianek oraz nieoczywistych momentów. Ja polecam bardzo.

8/10

Radosław Ostrowski

Podpalaczka

Byłem chyba jednym z niewielu widzów, który czekał na nową wersję kultowej powieści Stephena King „Podpalaczka”. Historia dziewczyny, co posiada moce pirokinetyczne, bo rodzice jako studenci wzięli udział w eksperymencie naukowym jest wciągająca, angażująca emocjonalnie, z paroma mocnymi scenami. Przynajmniej w wersji książkowej, bo adaptacja z 1984 roku od Marka Lestera mocno kroiła wiele wątków, miała średnie efekty specjalne, niezłe aktorstwo i fantastyczną muzykę Tangerine Dream. Teraz nową inkarnację „Podpalaczki” postanowiło zrealizować studio Blumhouse i.. uwspółcześnili ją.

podpalaczka1

Punkt wyjścia jest identyczny: studenci biorą udział w eksperymencie naukowym, gdzie niektórym podawany jest specyfik wyzwalający paranormalne zdolności. Dwoje z nich ucieka, bierze ślub i rodzi im się córka, Charlie. Cała trójka ukrywa się przed ścigającym ich… Wydziałem Naukowym – komórką tajnych służb, które mają jeden cel i jeden cel tylko mają: schwytać dziewczynę i wykorzystać jej moce. Wysłanie zostaje za nią posiadający podobne moce Indianin Rainburn. Cała rodzina znowu znalazła się na radarze, gdy Charlie nie opanowała swojej mocy i doprowadziła do eksplozji w szkole.

podpalaczka3

Film Keitha Thomasa to poradnik w stylu: jak z grubej powieści zrobić półtoragodzinny film. Co mogło pójść nie tak? Oj dużo, bo w zasadzie jesteśmy wrzuceni w sam środek historii. Nasza trójka ukrywa się od dawna, a ostatni moment „wybuchu” był trzy lata temu. Wszystko to bardziej przypomina akcyjniaka SF trochę w stylu „Midnight Special”, gdzie był spory potencjał. Bo mogła być to historia ojca, który coraz bardziej jest przerażony umiejętnościami córki i początkowo próbuje ją „stłamsić”, wchodzącej w dojrzewanie nastolatki z mocami, próbującą radzić sobie z tym wszystkim. Logika tutaj miejscami robi sobie wolne i twórcy wiele razy sobie zaprzeczają (niby poszukujący agenci mają „ochronne soczewki kontaktowe”, przez co na nich moce nie działają, ale to nie przeszkadza Charlie „złamać” jednego z agentów czy nauczycielka nie zwracająca uwagi kiedy Charlie dostaje piłką w łeb – celowo), co wywołuje największy problem: obojętność.

podpalaczka2

Jeśli dodamy do tego kreskówkową antagonistkę, o której zapomnicie, nijakie efekty specjalne i bardzo słabe dialogi, mamy wykolejenie w skali biblijnej. Jedynie finałowa konfrontacja w siedzibie złoli wygląda ciekawie (jest parę momentów mocnych kolorów w tle), lecz dla filmu jest już za późno. Ostatnia scena zaś to kpina, będąca pluciem w twarz. Klimat buduje tylko muzyka Johna Carpentera i jego współpracowników, mocno syntezatorowa w stylu lat 80.

podpalaczka4

Aktorzy próbują udźwignąć ten materiał, jednak dialogi i reżyseria są przeciwko nim. Ale nawet wtedy niektóre decyzje castingowe wydają się… zadziwiające jak choćby Zac Efron w roli ojca bohaterki czy absolutnie płaska Gloria Reuben, czyli kapitan Hollister. W zasadzie broni się w drobnych rólkach John Beasley (Irv) oraz Kurtwood Smith (dr Wanless), jednak to tylko kropla w morzu nijakości. Bo całość to wielkie rozczarowanie, gdzie prawie nic nie działa. Brakuje napięcia, reżyserii, scenariusza, logiki i horroru. Kompletnie wysrane dzieło, które kompletnie nie rozumie materiału źródłowego i dodaje od siebie kompletny chaos.

3/10

Radosław Ostrowski

Dzienna zmiana

Sam pomysł na ten film mnie zaintrygował, że „Dzienna zmiana” trafiła jako film do obejrzenia. Fakt, że jest to produkcja debiutanta wyjątkowo mnie nie odstraszył. Niemniej jednak poczucie lekkiego niedosytu pozostało, bo można było więcej z tego wycisnąć.

Bohaterem „Dziennej zmiany” jest Bud Jablonski (Jamie Foxx), który zajmuje się sprzątaniem basenów. Tak przynajmniej można wywnioskować z napisu na jego pickupie. Pozory jednak mylą, albowiem nasz swojsko brzmiący protagonista jest… łowcą wampirów. O czym nie wie jego była żona i córka, z którymi relacje nie są za dobre. Tak niedobre, że druga połówka planuje przeprowadzkę do Florydy. Z Kalifornii – no tak się nie robi, chyba że zgarnie trochę forsy i może rodzinka zostanie razem. Jest jedno ALE, bo by zarobić duży szmal nasz Bud musiałby wrócić do profesjonalnego związku łowców wampirów, z którego nasz heros wyleciał. Bo miał w dupie paragrafy i zgrywał kowboja, narażając życie innych. Dlatego szef przydziela mu pewnego gryzipiórka Setha (Dave Franco), by go pilnował. Jakby było mało problemów jest jeszcze szefowa wampirów Audrey (Karla Souza), która sobie wzięła Buda na celownik.

dzienna zmiana1

Jeśli koncept wampirobójców budzi skojarzenie z kolesiem o imieniu John i nazwisku Wick, to twórcy celują w tą stronę. Reżyser J.J. Perry to debiutant i przede wszystkim doświadczony kaskader, co na kinie akcji zjadł zęby. Wsparty przez producentów 87Eleven Productions (czyli ekipy pod wodzą Chada Stahelskiego i Davida Leicha) próbuje iść w stronę bezpretensjonalnej rozpierduchy z wampirami. Czyli mieszamy akcję, horror i komedię trochę w stylu buddy movie. Punkt wyjścia może być naiwny (zebrać 10 koła papieru), zaś świat legalnie działających łowców wampirów przypomina świat zabójców z „Johna Wicka”. Szkoda tylko, że nie poznajemy głębszego funkcjonowania tego środowiska poza szefem służbistą z kodeksem w tyłku. Tak samo intryga głównej antagonistki, której charyzmy i plan jest zwyczajnie nudny – brakuje czegoś wyrazistszego poza RZĄDZENIEM ŚWIATEM oraz DOMINACJĄ WAMPIRÓW. Bla, bla, bla, nuda, nuda.

dzienna zmiana2

Sytuację ratują trzy rzeczy: niezły humor, choć nie wszystkie żarty trafiają (te wobec „Zmierzchu” – perełka), zaś zderzenie nieporadnego – aż za bardzo – Setha z bardziej pewnym i twardym Budem mocna było wycisnąć więcej. Bo trochę to ograne żarty są z charakteru, brakuje świeżości. Druga mocna rzecz to sceny akcji, czego po kaskaderze za kamerą należało się spodziewać. Nie brakuje długich ujęć, szybkich cięć oraz czasami wariackiej choreografii. Najbardziej na tym polu błyszczy scena, gdy nasz niepozorny duet razem z poznanymi braćmi Nazarian robią polowanko w domostwie wampirów. Jak się okazuje jest to lęgowisko, czyli przeciwników jest sporo. To jest czyste szaleństwo, gdzie krew się leje gęsto, a niektóre starcia (moment przeładowania broni w locie – totalny szok) to czyste szaleństwo. Zwłaszcza, że jednego z braci gra Scott Adkins, który jest cholernie dobry w dokonywaniu mordowni. To jest wizytówka tego filmu.

dzienna zmiana3

Trzecim punktem jest solidne aktorstwo. Jamie Foxx fizycznie radzi sobie więcej niż dobrze, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, iż rola Jablonskiego była pisana pod młodszego aktora. W scenach akcji prezentuje się bardzo dobrze, ale jego relacja z rodziną jakoś średnio przekonuje. Dave Franco jako jego partner Seth wypada całkiem nieźle i nie irytuje tak bardzo jak się spodziewałem. Szoł kradnie wspomniany Adkins oraz najbardziej wyluzowany w tym składzie Snoop Dogg. Jego Big John to heros większy niż życie – taki współczesny twardy kowboj z wielkim, chędożonym minigunem. Ten facet daje odrobinę lekkości, czuć chemię między nim a Foxxem, zaś jego udział w finałowej konfrontacji to miód na uszy. Niestety, zawodzi antagonistka grana (to jest trochę za duże słowo) przez Karlę Souzę, która kompletnie mnie nie interesowała i poza wyglądem nie miałem nic do zaoferowania.

dzienna zmiana4

Czy „Dzienna zmiana” to zmarnowany potencjał? Trochę tak, niemniej muszę przyznać, że przy tym debiucie bawiłem się o wiele lepiej niż się spodziewałem. Z drugiej strony trochę chciałoby się lepiej poznać ten pokręcony świat oraz zabawić się konwencją wampirów. Jablonski nie będzie drugim Bladem, jednak zadatki na nowego herosa kina akcji ma spore. Jak powstanie sequel (a jest otwarta furtka), może zostanie nową ikoną.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Co robimy w ukryciu

Jest ich czterech i od dawna mieszkają w jednym domostwie. Vladislaw (862 lata), Viago (379 lat), Petyr (8000 lat) i Deacon (183 lata) są wampirami, przebywającymi w Nowej Zelandii z dala od oczu ciekawskich tego świata. Różni ich wiek, doświadczenie oraz pozycja społeczna, lecz muszą działać wspólnie. Poza tym, robią typowe wampiryczne rzeczy: poruszają się nocą, ściągają ludzi, by się nimi najeść oraz starają się unikać ludzi. Oraz wilkołaków, bo inaczej będzie niewesoło.

co robimy w ukryciu1

Duet reżyserski Taika Waititi/Jemaine Clement sięga po znajome motywy horroru wampirycznego, jednak ubrane jest to w konwencji mockumentu. Naszym bohaterom towarzyszy ekipa filmowców (chroniona krzyżami), która ich obserwuje przed udziałem w Przeklętym Balu, organizowany przez Stowarzyszenie Wampirów, Czarownic, Wilkołaków i Zombie. Twórcy balansują między powagą a zgrywą, czerpiąc ze znajomych motywów: ściąganie ludzi pod pretekstem kolacji, strach przed światłem, krzyżem, nienawiść wobec wilkołaków. Każdy z panów próbuje się też odnaleźć w nowej rzeczywistości, gdzie trudniej jest znaleźć młode dziewice (których krew podobno jest najlepsza). Słyszymy ich przekomarzanki, spory (czemu Deacon od pięciu lat nie myje naczyń) oraz jak znaleźć strój na miasto (nie widząc swojego lustrzanego odbicia jest to cholernie trudne). Każdy z nich ma pewne swoje problemy, trudną przeszłość i koszmary do pokonania.

co robimy w ukryciu2

Sprawy się komplikują, gdy przypadkiem jedna z ofiar (Nick) staje się… wampirem i wprowadza się razem z kumplem Stu. I ten nasz nowy wampir, początkowo wydaje się zafascynowany nowymi umiejętnościami, nieśmiertelnością i tego typu bajerami. On jednak zaczyna wprowadzać zamieszanie, nie mogąc zamknąć się. Cała ta dynamika dodaje wiele świeżości do ogranych klisz i motywów, co w połączeniu z pokręconą muzyką a’la Goran Bregović tworzy mieszankę wybuchową. Jeszcze dorzućmy do tego mocno absurdalny humor, całkiem niezłe efekty specjalne i „prezentowane” archiwalia. Nie do końca realistycznie, ale nie jest to też przesadzone.

co robimy w ukryciu3

Naszemu duetowi udaje się pokazać – jakkolwiek to dziwnie zabrzmi – ludzką stronę wampira. Ich zagubienie (korzystanie z laptopa), odrobinę fascynacji, ukrytych lęków (tutaj głównie Vladislav i Nick) oraz potrzeby… bycia sobą. Jakkolwiek to niedorzecznie brzmi, co pokazuje świetne trio aktorskie Waitii/Clement/Brugh. Nie można nie zapomnieć o Corym Gonzales-Macuerze, czyli kompletnie zadziwionym Nicku oraz niemal małomówny Stuart Rutherford (Stu), uzupełniającym tło.

co robimy w ukryciu4

Krótki czas trwania nie wywołuje znużenia (na szczęście), zaś niemal skeczowa konstrukcja fabuły może wywoływać dezorientację. „Co robimy w ukryciu” to świeża, zabawna komedia grozy w mockumentarowym stylu. Film się przyjął tak dobrze, że powstał serial telewizyjny, który będę musiał sprawdzić.

7/10

Radosław Ostrowski