Aleksander: wersja ostateczna

Po sukcesie „Gladiatora” – jak zawsze w przypadku kasowego hitu – hollywoodzcy producenci chcieli swojego kawałku tortu zwanego kinem piasku i sandału. Przynajmniej przez kilka lat próbowano zrobić kolejne produkcje w realiach starożytności czy – sprawdzonych – greckich i rzymskich mitach. Do tego stopnia, że aż miały powstać dwa filmy o Aleksandrze Wielkim, ale tylko Oliverowi Stone’owi (ze wszystkich ludzi) udało się zebrać fundusze i doprowadzić do realizacji. Jednak efekt końcowy spotkał się z ogromnym rozczarowaniem.

Całą historię prezentuje rządzący Egiptem Ptolemeusz (Anthony Hopkins), recytując swoje wspomnienia po 40 latach. I tak poznajemy historię Aleksandra od wieku dziecięcego przez podbój Persji oraz marsz do Indii aż po nagłą śmierć w wieku zaledwie 33 lat. By czynić całość jeszcze bardziej chaotyczny, to mamy pomieszaną i przeplataną chronologię (niczym u Christophera Nolana). Zaczynamy od śmierci Aleksandra, by przeskoczyć do ogromnej bitwy pod Gaucamelą z Persami, konfliktem między jego matką Olympią (Angelina Jolie) a ojcem Filipem (Val Kilmer), przez co kwestia dziedzictwa tronu stoi pod znakiem zapytania, bardzo bliską relację z Hefajstionem (Jared Leto) aż po kolejne podboje oraz spiski i intrygi. Prawdziwe albo urojone.

Dzieje się tu dużo – i to nawet nie chodzi o ogromne sceny batalistyczne, które robią wrażenie swoją skalą (choć są raptem dwie), postaci jest sporo do zapamiętania (wliczając w to epizody choćby Arystotelesa, będącego nauczycielem), ucztowanie, a także coraz większe zmęczenie kilkuletnią wojaczką. Trudno odmówić Stone’owi ambicji oraz próby pokazania skomplikowanego człowieka, jakim w jego oczach ma być Macedończyk. Ale ten portret jest pełen paradoksów: ambitnego wojownika marzącego o chwale, podjudzany przez matkę; człowieka łączącego ze sobą kultury Wschodu i Zachodu poprzez sojusze oraz małżeństwa aranżowane; w końcu kogoś uwikłanego w relacje między kochankami płci obojga (choć ten „związek” z Hefajstionem jest bardziej sugerowany). Problem w tym, że scenariusz jest strasznie bałaganiarski, a dialogi przesiąknięte patosem brzmią sztucznie. A jak w tle jeszcze przygrywa elektroniczna muzyka Vangelisa (mocno w stylu „1492: Wyprawa do raju”), bywa wręcz ciężkostrawnie.

Jeszcze większy mętlik robi tutaj obsada, gdzie mamy mieszankę akcentów brytyjskich, amerykańskich i… Bóg wie jeszcze jakich. Colin Farrell w roli tytułowej wypada całkiem nieźle, choć w scenach przemów nie ma tej charyzmy jak choćby Mel Gibson w „Braveheart”. Niby próbuje mu się pokazać rozdarcie czy mroczną stronę władcy, lecz brakuje spoiwa tego wszystkiego. Anthony Hopkins przez większość czasu prowadzi narrację z offu i w zasadzie nic ponadto, Jolie i Kilmer mają swoje momenty, ale najbardziej zapada w pamięć Rosario Dawson jako zadziorna żona Roksana oraz Jared Leto z dłuższymi włosami. Jeszcze jest tu parę znajomych twarzy na dalszym planie jak Jonathan Rhys Meyers, Christopher Plummer czy Brian Blessed.

Nawet pół godziny więcej materiału nie jest w stanie czynić „Aleksandra” łatwym doświadczeniem. Stone mierzy wysoko i nie próbuje unikać krwawej jatki czy erotyzmu, jednak całość jest mocno chaotyczna, bałaganiarska i pozbawiona skupienia. Jakby reżyser nie do końca umiał przedstawić swoją wizję jednego z największych postaci czasu starożytności, co czyni całość przytłaczającą. Wielka szkoda.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz