Ojciec

Anthony jest mężczyzną w wieku mocno zaawansowanym. Mieszka razem z córką w jej mieszkaniu, co w zasadzie jest dość problematyczne. Po pierwsze, Anne chce przenieść się z Londynu do Paryża. Po drugie, Anthony cierpi na demencję, co mocno komplikuje wszystko. Zwłaszcza, że mężczyzna jest przekonany, iż jakiejkolwiek opiekunki nie potrzebuje.

ojciec (2020)-1

Debiutujący reżyser-dramaturg Florian Zeller przenosi na ekran swoją sztukę teatralną. Niby już było wiele opowieści o ludziach z paskudną chorobą w tle. Taką, która działa destrukcyjnie na ludzkim mózgu, doprowadzając do mieszania we łbie. Ale reżyser idzie tutaj o krok dalej. Nie chodzi o momenty, gdy bohater nieświadomie rani swoich bliskich. Albo nie jest w stanie przypomnieć sobie o ważnych rzeczach typu gdzie mam zegarek albo przyjdzie nowa opiekunka. Czy nawet tego, co robił dzień wcześniej. To by było zbyt proste i za łatwe do odczytania. Zamiast tego dosłownie jesteśmy w głowie mężczyzny (rewelacyjny Anthony Hopkins). Dni oraz sytuacje mieszają się ze sobą, ludzie pojawiają się i znikają jakby byli kosmitami. Czas sprawia wrażenie nie poruszającego się w ogóle, zaś wszystko inne jest płynne, ciągle zmienne. Gdzie my jesteśmy? Kiedy jesteśmy? Kim są ci ludzie?

ojciec (2020)-4

W tych momentach „Ojciec” bardziej przypomina egzystencjalny horror niż psychologiczny dramat. Czy może być coś równie przerażającego jak nieufność wobec swojej pamięci? Kiedy ma się poczucie bycia w jakimś nieokreślonym limbo? Taką atmosferę potęguje bardzo płynny montaż, co niemal od początku budzi konsternację. Ale to wszystko celowy zabieg, który – jak wspomniałem wcześniej – poznać od środka jak demencja niszczy ludzki umysł. Pod tym względem debiut Zellera przypomina „Sound of Metal” i działa w bardzo podobny sposób.

ojciec (2020)-3

Dzięki temu sposobowi narracji, reżyser unika emocjonalnego szantażu. Zaś każda scena interakcji Anthony’ego z pozostałymi postaciami potrafi parokrotnie uderzyć siłą rażenia bomby atomowej. Przede wszystkim głównie z córką Anną, wspaniale zagraną przez Olivię Coleman. Podziwiam jej spokój oraz ocean cierpliwości, choć ma wszelkie powody pójść na łatwiznę i zostawić ojca w ośrodku. Nawet jest ma się wrażenie – w chwila, kiedy jest sama – iż ten spokój jest pozorny, zaś Anne jest bardziej napięta niż struna w gitarze. Tak samo błyszczy cudna Imogen Poots (Lucy) oraz drobne role Olivii Williams czy Marka Gatissa.

ojciec (2020)-2

Ale to wszystko by nie zadziało, gdyby nie Anthony Hopkins. Aktor kolejny raz (po „Dwóch papieżach”) przypomina o tym, że jest w wysokiej dyspozycji. Anthony w jego wykonaniu jest dość trudnym człowiekiem w obyciu. Przez chorobę jego nastrój potrafi szybko się zmienić: od jowialności oraz serdeczności przez dezorientację i zagubienie po frustrację. Czasami do pokazania tych emocji wystarczą mu tylko oczy, a nie tylko tembr głosu czy sposób prowadzenia rozmowy.

Takie filmy są bardzo potrzebne, choć dla wielu osób może być to trudny seans. Mogę mieć tylko nadzieję, że za 60 lat życie dalej traktowało mnie względnie łagodnie i pamięć będzie sprawna. Ale to może być tylko pobożne życzenie. Jeśli film skłania mnie do zastanowienia, to nie może być słaby. Czy jest?

8/10

Radosław Ostrowski

Dwóch papieży

Dziwne są czasy, kiedy na świecie dwóch papieży jest, z czego jeden jest na emeryturze. Jak do tego doszło? Wszystko się zaczęło w 2005 roku, kiedy to głową Kościoła katolickiego został kardynał Ratzinger, który przyjął imię Benedykt XVI. Papież kontynuuje drogę poprzednika, czyli konserwatyzmu. Wówczas jeden z kardynałów, Jorge Bergoglio decyduje się o przejściu na emeryturę. By jednak tego dokonać, potrzebuje zgody papieża.

dwoch papiezy1

Znowu udany film od Netflixa? To już robi się naprawdę dziwne. Reżyser Fernando Meirelles robi bardzo skromny spektakl, który równie dobrze mógłby zostać pokazany w teatrze. I jest to zderzenie dwóch wizji Kościoła: bardziej dogmatycznego, mocno osadzonego w tradycji kontra liberalny, bardzo otwarty na świat oraz jego problemy. Jednak zanim dochodzi do spotkania, pojawia się absolutnie świetna scena konklawe, gdzie wybrano Ratzingera z wręcz fenomenalnym montażem (bardzo szybkie cięcia z dźwiękowym rytmem) czy przygotowania do tego wydarzenia, wyglądające niczym relacja z telewizji. Dość nietypowa praca kamery oraz pozornie chaotyczny montaż mogą wydawać się dezorientujące, ale w tym szaleństwie jest metoda. Rozedrgania, przebitki na twarze pokazują jak wiele emocji znajduje się w tych (pozornie) spokojnych i opanowanych ludziach. Ludziach, który pełnią ważne funkcje w poważnej instytucji, którzy mają różne przekonania oraz życiorysy.

dwoch papiezy2

Wszystko to zostało okraszone świetnymi, niepozbawionymi humoru dialogami oraz scenami. Bo jak wymazać scenę próby wspólnego tanga, oglądania finału Mundialu czy gry Benedykta na fortepianie. W takich momentach widać ich z mniej majestatycznej perspektywy, co czyni całość lżejszą. Nie oznacza to jednak, że to całe spięcie jest pozbawione stawki. Z każdą sceną obydwu papieży poznajemy coraz bliżej, choć wydaje mi się, że twórców bardziej interesuje przyszły papież Franciszek oraz jego mroczny okres lat 70-tych, gdy poszedł na współpracę z wojskową juntą. Ubrane jest to w formę retrospekcji, co troszkę zaburza rytm filmu, ale próbuje też zrozumieć tego człowieka oraz dlaczego zrobił tak, a nie inaczej. Szkoda, że nie zrobiono tego samego w przypadku Ratzingera (nazywanego przez znienawidzonych przeciwników „nazistą”), ale pewnie rozcieńczyłoby to całość.

dwoch papiezy3

Bo tak naprawdę liczy się tutaj rozmowa oraz spojrzenia na wiarę, instytucję, kwestie tradycji czy bardzo kontrowersyjnych problemów. Wyciek tajnych dokumentów, brak kontroli nad Bankiem Watykańskim czy duchownych-pedofili. Jak do tego podejść i co zrobić. Reżyser pokazuje te perspektywy i zderza je, ale chyba bardziej przychyla się ku Franciszkowi, nie czyniąc z Benedykta tego złego czy gorszego.

To wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie fenomenalni aktorzy. Anthony Hopkins i Jonathan Pryce wyglądają niemal jak klony postaci, które grają (czyli Benedykta oraz Franciszka), ale nie tylko na tym polega ich siła. Każde spojrzenie, gest oraz sam głos potrafi zahipnotyzować, pokazując dwie kompletnie różne twarze. Benedykt jest intelektualistą i samotnikiem, zaś Bergoglio to człowiek bardziej otwarty, bliżej ludzi oraz ich problemów. Jednak obaj przez ten kontrast świetnie się uzupełniają, tworząc jeden z najciekawszych duetów ostatnich lat.

„Dwóch papieży” to wielki powrót Fernando Meirellesa do formy oraz kolejny przykład wysokiej jakości Netflixa. Bardzo kameralne, wręcz subtelne, a jednocześnie angażujące, trzymające w napięciu oraz refleksyjne. A przecież jest to tylko rozmowa, prawda?

8/10

Radosław Ostrowski

Mission: Impossible II

Ethan Hunt wydaje się być kolesiem, dla którego nie ma zadań nie do wykonania. Wydawało się, że w końcu będzie mógł sobie pozwolić na wakacje. Problem w tym, że tajni agenci i szpiedzy nie mają czegoś takiego jak dzień wolny. Nasz heros tym razem musi wytropić zdrajcę, który zamierza sprzedać niebezpieczny wirus zwany Chimerę. Do grupy Hunta dołącza haker Luther Stickwell oraz zwerbowana złodziejka, Nyah Hall.

mission impossible 2-1

Druga część przygód agenta Cruise’a, eeee, Hunta jest powszechnie uważana za najgorszą część całego cyklu. Tym razem za kamerą stanął sam John Woo, czyli specjalista od kina akcji. Tylko czy styl tego azjatyckiego wariata będzie pasował do kina szpiegowskiego? Sama intryga może wydawać się pretekstowa, jednak tutaj twórcy chcą podkręcić stawkę. Dlaczego? Bo pojawia się wątek romansowy, a nawet trójkąt. Bo Hunt zakochuje się w naszej złodziejce, która – uwaga, uwaga – jest byłą dziewczyną naszego antagonisty (jak się okazuje, dublera Hunta). Tylko, że ten wątek pasuje do tej serii jak pięść do oka. Dialogi w tym wątku brzmią bardzo słabo i zwyczajnie to nudzi. Rozumiem, po co to jest, by dla naszego superagenta sprawia miała charakter osobisty. Ale to kompletnie nie działa, a cała historia zwyczajnie nudzi. I do razu domyśliłem się, jakie będą komplikacje, jakie trudności staną na drodze, zaś nasz Hunt w 99% daje sobie radę.

mission impossible 2-2

Tutaj tkwi największy problem tej części: komplikacje i trudności (poza akcją w laboratorium) są zwyczajnie iluzoryczne, bo agent Cruise daje sobie radę ze wszystkim. I to widzimy już jak wspina się po Wielkim Kanionie (bo tak agenci spędzają wakacje), zaś reszta ekipy zostaje bardzo mocno zepchnięta na dalszy plan. No i maski do zmiany wyglądu (plus jeszcze czip pozwalający na zmianę głosu) są używane zbyt często, co kompletnie pozbawia napięcia.

mission impossible 2-3

Zaś styl Woo jest tutaj bronią obosieczną. Z jednej strony film wygląda o wiele bardziej widowiskowo od poprzednika, kamera bardziej wali kolorami. No i są charakterystyczne elementy jak strzelanie z dwóch giwer, obowiązkowe gołębie oraz slow-motion. Problem w tym, że to ostatnie jest tak nadużywane, iż po pewnym czasie staje się to irytujące, zaś wiele scen (zwłaszcza tych, gdzie Hunt pokazuje swoje kung-fu sztuczki) za bardzo stara się być cool. Bo inaczej jaki miałbym sens zakładania okularów w trakcie ucieczki motorem? Sytuację próbuje ratować montaż, ale to wszystko pogarsza sprawę. No i brakuje tutaj humoru, lekkości, a całość traktuje się za poważnie.

mission impossible 2-4

Aktorsko jest słabiej niż poprzednio. Cruise i Rhames wracają, ale no są. No i tyle. Główny antagonista o aparycji Douglaya Scotta jest zwyczajnie nijaki, a jego plan rozpieprzenia świata za pomocą wirusa, by zarobić na jego antidotum – ziew. Najlepiej z tego grona wypada śliczna Thandie Newton jako troszkę sprytna złodziejka Nyah, lawirująca między obecnym a byłym chłopakiem. I tylko na niej mi zależało. Jest jeszcze pomagier antagonisty, czyli lekko łotrzykowski Richard Roxburgh, ale to za mało.

Druga część pokazała w jakim kierunku opowieść o Huncie nie powinna iść. Niepotrzebnie efekciarska, za bardzo pragnąca być jak James Bond oraz bardzo cool. Styl Johna Woo kompletnie nie pasuje do kina szpiegowskiego, zaś sama akcja nie wystarczy, by zwrócić na siebie uwagę.

5/10

Radosław Ostrowski

Król Lear

William Szekspir jest tak ważną postacią dla kultury, że jego wpływ jest nie do przecenienia. A ilości adaptacje jego sztuk na ekranie liczy się w tysiącach (najpopularniejsze są „Hamlet”, „Makbet” oraz „Romeo i Julia”), głównie dokonywanych przez telewizję BBC. Tym razem jednak do gry wszedł Amazon Prime Video, który zatrudnił Richarda Eyre’a do zmierzenia się z „Królem Learem”.

Fabuła tej opowieści wydaje się prosta. Podstarzały król decyduje się podzielić między swoje córki całe królestwo: najstarszą Gonerylę, Regan oraz najmłodszą Kordelię. Kiedy ta ostatnia nie chce wymawiać pochlebstw, zostaje wygnana z domu oraz bierze za męża króla Francji. Jednak dwie siostrzyczki delikatnie mówiąc, kochają swojego ojca, lecz tylko swoimi słowami, nie czynami. Jednocześnie nieślubny syn lorda Gloucester, Edmund planuje intrygę w celu zniszczenia swojego ojca oraz zdobycia jego włości.

krol_lear1

Pierwsze, co robi reżyser to trzyma się mocno tekstu pierwowzoru, jednocześnie uwspółcześniając całe miejsce akcji. Więc zamiast koni i rycerzy, mamy samochody, żołnierzy z karabinami, zaś jedna z potyczek toczy się na gołe pięści i przypomina walki MMA. I choć początkowo taki zabieg wydaje się wywoływać pewien zgrzyt, bo archaiczny tekst zmieszany ze współczesną rzeczywistością wywołuje pewną sztuczność. Ale można się do tego łatwo przyzwyczaić. Mimo, że nie znałem tekstu Szekspira oraz bardzo specyficznego stylu, pełnego ozdobników, nie czułem się zdezorientowany i wydaje mi się, że zrozumiałem przebieg fabuły. Choć całość wygląda niczym teatralny spektakl, to jednak dość dynamiczna praca kamery (pełna zbliżeń oraz niemal w ciągłym ruchu) oraz montaż czynią ten seans o wiele bardziej przystępnym. Nawet sceny monologów zyskują głównie, dzięki realizacji jak choćby przełamując czwartą ścianę (pierwsza wypowiedź Edmunda) czy niemal skupiając się na samych twarzach. I to pozwala wybrzmiewać wielu kwestiom, dotyczącym posłuszeństwa, ciągłemu popadaniu w obłęd, przeznaczeniu czy poczuciu osamotnienia. Wiem, że dla wielu ten język może wydawać się niezrozumiały, nieczytelny, wręcz archaiczny. Niemniej warto dać szansę temu tytułowi.

krol_lear2

Zwłaszcza, że zachętą jest tu naprawdę wspaniałe aktorstwo. Najbardziej zaskakuje tutaj Anthony Hopkins, który jest w kapitalnej dyspozycji, balansując między majestatem, zgrywą, bólem a obłędem. Wszelki rodzaj emocji jest tutaj poprowadzony bezbłędnie, z niesamowitą mową ciała oraz błyskiem w oczu, jakiego nie widziałem u tego aktora od dawna. Równie wyraziste są tutaj te „dobre” siostry poprowadzone przez Emmę Thompson (zimna Goneryla) oraz Emily Watson (bardziej spokojniejsza Regan), tworząc bardzo mroczny duet, symbolizujący wyrachowanie, intryganctwo oraz działanie na własnej korzyści, a także John Macmillan jako żądny zemsty Edmund. Takiego koncertu dawno nie widziałem, zaś nawet postacie poboczne (królewski błazen) mają swoje przysłowiowe pięć minut.

krol_lear3

„Król Lear” kolejny raz przypomina, że Szekspir byłby najlepszym scenarzystą, gdyby żył w dzisiejszych czasach. Może intryga może wydawać się mętna, zaś język jest mocno niedzisiejszy, niemniej pierwszorzędne aktorstwo oraz bardzo mocna realizacja są w stanie zrekompensować te drobne wady.

8/10 

Radosław Ostrowski

Thor: Ragnarok

Pamiętacie Thora? To taki koleś, który rzuca swoim młotem, robi rozpierduchę i zawsze pakuje się w jakieś tarapaty. Najczęściej przez swojego braciszka, Lokiego, który czuje się niedoceniony albo chce mieć władzę nad Asgardem. Ale tym razem Thor ma dużo, dużo większy problem, bo przychodzi siostrzyczka, o której istnieniu braciszkowie nie wiedzieli. Hela to bogini śmierci, która robi rozpierduchę, niszczy młot Thora, a sam bóg piorunów wypada z gry.

thor31

Poprzednie części Thora były troszkę bardziej poważne, mroczne i ciężkie, a jedynka wręcz szekspirowski. Ale tym razem postanowiono zatrudnić nowozelandzkiego wariata, czyli Taikę Waititi. Niezależny filmowiec i Marvel? To brzmi jak szaleństwo, ale efekt jest bardzo interesujący. „Ragnarok” jest komedią, która mogłaby śmiało postawić na półce obok… „Strażników Galaktyki”. Jest znacznie więcej humoru niż można by się było spodziewać. Czuć to już na samym początku, gdy nasz heros zostaje uwięziony, a potem dzieje się cyrk. Loki podszywający się za Odyna, Heimdall zostaje wygnany, Hela jest prawdziwą twardzielką, a rozgardiasz panuje ogromny. Do tego Thor jeszcze trafia na arenę gladiatorów i niczym Spartakus musi powalczyć o swoją wolność. I tak jak poprzednie część, to dalej historia dojrzewania tego łobuza w odpowiedzialnego przywódcę, mierzącego się z kłamstwami oraz rodzinnymi tajemnicami.

thor32

A w tle tego wszystkiego ma dojść do Ragnarok, czyli mitycznego końca świata oraz totalnego wysadzenia Asgardu w pizdu. Wizualnie jest na bogato, wali kolorami po oczach, a kilka scen (retrospekcja, gdzie wojska Walhalii walczyły z Helą) jest wręcz malarskich. Wszystkie poważniejsze wątki są rozładowywane poczuciem humoru (postać lekko tępego Skurge’a, który zmienia stanowisko jak chorągiewki czy wszystko z dr Strange’m), włącznie z całym wątkiem wokół Arcymistrza i pojedynków na arenie. Tutaj dochodzi do decydujących wydarzeń, jest nawet wiele rzeczy z buddy movie, trochę mroku (ale nie za dużo), polane kiczem z muzyką a’la lata 80. na czele. A finał jest wręcz spektakularny, czyli typowy dla Marvela (sceny po napisach sugerują, że Thor zmierzy się z Thanosem).

thor33

Wreszcie znalazł się w tej postaci Chris Hemsworth, dodając bardzo dużo luzu oraz dystansu wobec tej postaci. Nie brzmi tak podniośle i jest bardziej ludzki niż boski (narcyz, złośliwiec, dbający o reputację), co jest dla mnie największym plusem. Charakteru za to nie stracił Loki (życiówka Toma Hiddlestone’a), który nadal jest takim cwaniakiem, działającym na dwa fronty. I wreszcie jest charakterny łotr, znaczy się łotrzyca w postaci Heli (cudowna Cate Blanchett), planująca się odegrać za dawne winy. Ale film za to kradnie fantastyczny Jeff Goldblum jako troszkę elokwentny, cwany, podstępny i złośliwy Arcymistrz oraz sam reżyser jako kamienny wojownik Korg.

thor34

Chociaż początek jest dość powolny i spokojny, „Ragnarok” nabiera rozpędu doprowadzając do ekstremum. Człowiek-Młot nabiera nowych mocy i jest jeszcze bardziej niebezpieczny niż się można spodziewać. Nie wiem, co tym razem wymyślą twórcy MCU z Thorem, ale czekam na to.

8/10

Radosław Ostrowski

Hannibal

Pamiętacie pewnego psychiatrę, co zabijał i zjadał swoje ofiary? Kiedyś Hannibala Lectera prosiła o pomoc agentka Clarice Starling, ale 10 lat temu uciekł z więzienia. Agentka wykonuje swoją robotę w FBI, ale jej ostatnia akcja zakończyła się krwawą jatką. Wtedy zgłasza się niejaki Mason Verger – bogaty miliarder i jedyna ofiara Lectera, która przeżyła. Oszpecony mężczyzna planuje zemstę na Lecterze i wyznaczył ogromną nagrodę za jego głowę (2 miliony dolarów). W tym samym czasie Lecter przebywa we Florencji i stara się o posadę kustosza. Na jego trop wpada inspektor Pazzi, który chce go sprzedać Vergerowi.

hannibal_2001_1

„Milczenie owiec” to był jeden z najlepszych thrillerów wszech czasów, a siłą nie była tylko intryga kryminalna czy wyrazisty czarny charakter, czyli doktor Lecter. Wszyscy pamiętamy psychologiczną rozgrywkę między prowadzącą śledztwo agentką Starling a kanibalem-psychiatrą. Ktoś jednak wpadł na pomysł, by zrealizować ciąg dalszy (a dokładniej Thomas Harris) i nakręcić sequel. Niestety, nie podjął się tego Jonathan Demme, a w roli Clarice nie wróciła Jodie Foster. Zamiast tego mieliśmy Ridleya Scotta pilotującego to przedsięwzięcie, zaś niestrudzona agentkę zagrała Julianne Moore. Efekt wydawał się prosty do przewidzenia i z góry skazany na niepowodzenie.

hannibal_2001_2

O dziwo „Hannibala” ogląda się nieźle i to z kilku powodów. Po pierwsze, interesująco się zaczyna i nie brakuje tutaj suspensu (obława na przestępczynię zakończona strzelaniną czy zdobycie odcisków palców Lectera przez Pazziego). Scott wie, jak opowiedzieć i trzymać w napięciu, w czym pomaga mu świetny montaż oraz znakomita muzyka Hansa Zimmera. Schody zaczynają się jednak w momencie, gdy nasz bohater przenosi się z Florencji do USA i wtedy wszystko szlag jasny trafia. Pięknie sfotografowane włoskie miasto ma swój uroczy klimat i tajemnicę, ale reżyser za bardzo zaczyna gustować w makabrycznych i (moim skromnym zdaniem) niepotrzebnie krwawych, brutalnych scenach takich jak powieszenie Pazziego i wyjęcie wnętrzności na zewnątrz czy zjedzenie mózgu wyjętego z głowy jednej z postaci. To zbyteczne i czyni z Lectera lubującego się w wyrafinowanym mordowaniu sadystę.

hannibal_2001_3

Także chemia między Lecterem i Starling zawodzi. Anthony Hopkins nie schodzi poniżej swojego pułapu powtarzając postać inteligentnego mordercy-erudyty. Za to Julianne Moore stara się jak może, by godnie zastąpić Jodie Foster, ale materiał nie pozwala jej na wiele. Tutaj jest twardą służbistką, a jej psychologiczna motywacja bywa nieczytelna. Za to wszystkim ekran skradł Gary Oldman, kompletnie nie do poznania w roli Vergera. To równie sadystyczny i perwersyjny zbrodniarz (bardziej zarysowano jego postać w książce oraz serialu), dla którego zemsta na Lecterze jest jedynym sensem istnienia.

hannibal_2001_4

Nie będę oryginalny mówiąc, że „Hannibal” to słaby sequel i jeden z gorszych filmów Scotta. Solidnie zrealizowany, z kilkoma prostymi trickami (rozmazane kadry w retrospekcjach oraz co brutalniejszych scenach) oraz piękną oprawą audio-wizualną. Sama historia mocno kuleje i to największy mankament, za co sam zainteresowany zaprosiłby ekipę na obiad. 😉

6/10

Radosław Ostrowski

Garderobiany

Ronald Harwood to jeden z najbardziej znanych brytyjskich dramaturgów oraz scenarzystów filmowych. Rozgłos przyniosła mu sztuka „Garderobiany” oparta na jego własnych doświadczeniach podczas pracy z wybitnym aktorem szekspirowskim, sir Donaldem Wolfitem. Już w 1983 roku na duży kinowy ekran przeniósł tekst Peter Yates, obsadzając w głównych rolach Alberta Finneya oraz Toma Courtneya. Ale w zeszłym roku brytyjska telewizja postanowiła jeszcze raz zmierzyć się z tekstem Harwooda.

garderobiany2

Przenosimy się do Londynu podczas II wojny światowej – czasu, gdy młodzi aktorzy poszli walczyć za kraj, a ich miejsce zajmują znacznie starsi koledzy po fachu. Jednym z takich weteranów jest Sir, który ostatnimi czasy nie jest w najlepszej kondycji fizycznej. Wypisuje się ze szpitala, by pójść wieczorem na spektakl „Króla Leara”, wspierany przez garderobianego Normana. I wtedy zaczyna walka o realizację spektaklu do końca.

Richard Eyre poszedł po wydawałoby się najprostszej linii oporu, przenosząc niemal całą akcję do garderoby Mistrza oraz korytarzu teatralnym. Tutaj widzimy walkę Mistrza o swoją godność, pamięć oraz sztukę. Teatr tutaj jest jedynym sensem życia dla takiego aktora jak Mistrz – zmęczonego, cierpiącego na zaniki pamięci, przerażonego i bezradnego. I wtedy na scenę niejako wkracza Norman. Niby garderobiany, lubiący sobie popić z piersiówki, opowiadający o swoich przyjaciołach, którzy wiele przeszli. On właśnie staje się siłą napędową, kierującą Mistrzem do chwili sławy, nieśmiertelności, o której marzy każdy aktor. Jednak by tego dokonać, trzeba się w tym zatracić się.

garderobiany1

Brzmi prawie jak „Czarny łabędź”? Troszkę w tym jest prawdy, potwierdzonej przez znakomite dialogi, podkreślające złożone charaktery naszych bohaterów, tłumiących poczucie zazdrości, bezsilności, bycia w cieniu wobec talentu wielkich osobistości. Prawda jest tak, że bez ludzi nie widocznych na scenie, czyli garderobianych, techników, inspicjentów aktorzy byliby nikim. Ta skromna zażyłość jest widoczna w scenach spektaklu, gdzie osoby te starają się o wywołanie efektu burzy.

garderobiany3

Do tego znakomite role Anthony’ego Hopkinsa oraz Iana McKelllena, którzy moim zdaniem przebili duet Finney/Courtney. Hopkins w roli Mistrza magnetyzuje swoją charyzmą oraz gwałtownymi zmianami: od pewności siebie po zwątpienie i ból. Wszystko to pokazane bardzo przejmująco i aż do szpiku kości wręcz. McKellen jest bardziej powściągliwy i mniej „gejowski” od Courtneya, dla którego uznanie od Mistrza to jedyny sens jego życia. Dlatego tak bardzo schlebia swojemu idolowi, wspiera go w najtrudniejszym momencie. Los obydwu panów jest zależny od nich nawzajem, jedna strona bez drugiej nic nie znaczy. Równie wspaniała jest Laura Linney w roli Jaśnie pani – aktorki żyjącej w cieniu swojego męża, czyli Mistrza, a scena jej wypowiadanych żali to majstersztyk.

garderobiany4

Jeśli kochacie teatr i wielkie aktorstwo, to „Garderobiany” da wam to wszystko w nadmiarze. Tak, jest on statyczny, wyciszony, bez galopującej akcji, ale i tak nie można oderwać od niego wzroku, jest napięcie oraz definicja tej profesji. Ale to już sami zobaczycie, jeśli wam na tym zależy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Porwanie Heinekena

Alfred Heineken był jednym z największych potentatów przemysłu alkoholowego – zresztą piwa marki Heineken są dzisiaj równie cenione przez koneserów tego trunku. Jednak w 1983 roku człowiek ten został porwany razem z szoferem i zażądano za niego ponad 35 milionów guldenów okupu. O tej dziwnej sytuacji opowiada film Daniela Alfredsona z tego roku.

heineken1

Reżyser skupił się na grupie porywaczy, którzy decydują się na taki odważny krok. To było pięciu młodych biznesmenów, którzy mieli problem z firma, lokatorami swojej kamienicy oraz brakiem funduszy. Reżyser próbuje znaną historię opowiedzieć w sposób atrakcyjny i inteligentny, jednak wychodzi mu film chłodny, nudny i pozbawiony jakichkolwiek emocji. Niemożliwe? A jednak. Od momentu porwania, brak odzewu od policji wywołuje niepokojące czekanie na jakiekolwiek posunięcie. Nawet spory między porywaczami wydają się nudne i jałowe – kompletnie nic tu nie gra. Nawet scena odebrania okupu, odbicie porwanego przez policję czy pościg wywołują zwyczajne znużenie. Owszem, strona techniczna jest porządna, a scenografia i kostiumy oddają realia epoki, jednak to wszystko za mało, by skupić uwagę.

heineken2

Aktorsko też jest słabo. Mimo obecności na ekranie Anthony’ego Hopkinsa (Heineken), Jima Sturgesa (Cor) oraz Sama Worthingtona (Willem), żaden z nich nie wykorzystuje swoich umiejętności i zwyczajnie przynudzają, a ich bohaterowie są zwyczajnie nieciekawi. Co w przypadku każdego filmu jest zbrodnią niewybaczalną. Bo skoro nie interesują bohaterowie, to czemu miałoby nas obchodzi to, co się dzieje na ekranie?

„Porwanie Heinekena” nie jest filmem ani złym, ani dobrym. To zaledwie przeciętna produkcja, próbująca skupić uwagę znanymi nazwiskami, ale to tylko zmyłka i odwrócenie uwagi. Nie dajcie się nabrać.

5/10

Radosław Ostrowski

Magia

Corky jest młodym i obiecującym magikiem, który po odejściu swojego mentora próbuje na własną rękę rozpocząć karierę iluzjonisty. Jednak jego pierwszy występ kończy się kompromitacją. Rok później razem z lalka Fats ze sprośnym poczuciem humoru zaczyna odnosić sukcesy. Za tymi sukcesami jednak kryje się bardzo mroczna tajemnica, która ujawnia się w momencie, gdy Corky decyduje się przyjechać do swojej dawnej miłości – Peggy Ann.

magia_1977_1

Richard Attenborough znany był z tego, ze opowiadał filmy o wielkich postaciach z dużymi budżetami i gwiazdorską obsadą. Jednak „Magia” – adaptacja powieści Williama Goldmana (także autor scenariusza) jest jednym z nielicznych lżejszych filmów w tym bogatym dorobku. Zaczyna się jak kino obyczajowe, gdzie pojawia się magia – element ciekawy i tajemniczy. Całość skupia się na naszym bohaterze, który sprawia wrażenie nieśmiałego, ale zręcznego iluzjonisty, który wie jak oczarować widownię. Ale powoli skrywana tajemnica naszego bohatera rzuca inne światło na tą postać. W momencie pojawienia się u dawnej dziewczyny, film staje się mieszanką melodramatu z thrillerem. Zaczynają pojawiać się trupy, reżyser próbuje budować napięcie (wyczekiwanie i test cierpliwości – czy wytrzyma pięć minut bez lalki), powoli dochodzi do kolejnych zbrodni. Film ogląda się nieźle, jednak czegoś tutaj brakuje – nie przykuwa uwagi na dłużej, pojawiają się dłużyzny i zbyt szybko odkrywamy, co jest nie tak z naszym bohaterem.

magia_1977_2

Jednak nie zmienia to faktu, że jest to popisowa kreacja Anthony’ego Hopkinsa, który potwierdza swój nieprzeciętny talent. Jako Corky jest mieszanką uroku, nieśmiałości i determinacji, jednak okazuje się być nowym wcieleniem dr Jekylla i pana Hyde’a. Zdarza mu się łatwo wpaść w gniew (pierwsza próba sztuczki polegającej na odczytaniu myśli), wścieka się z byle powodu i jest słabeuszem zależnym od silniejszej osobowości. Jest nią lalka Fats (mówiąca głosem Hopkinsa), która steruje i manipuluje naszym bohaterem (taki pierwowzór laleczki Chucky), popychając go do kolejnych zbrodni. Reszta aktorów (cholernie dobry Burgess Meredith jako agent magika Ed Green i piękna Ann-Margret grającą dawną dziewczynę) jest tak naprawdę elementem dekoracyjnym dla potężnego Hopkinsa.

magia_1977_3

I choćby dla tej kreacji – uważanej za preludium do postaci Hannibala Lectera – warto „Magię” zobaczyć. Reszta nie jest aż tak wyborna (co jest wielką szkodą) potwierdzającą, że Attenborough wolał bardziej epickie freski.

6/10

Radosław Ostrowski

O jeden most za daleko

Niewiele osób pamięta, że w jeszcze w 1944 tak wyglądała Europa. II wojna światowa toczyła się już piaty rok i nadal przebiegała po myśli Hitlera. Wojska niemieckie kontrolowały większą część Europy. Sytuację odmieniło D-Day. 6 czerwca 1944 roku – tego dnia wojska alianckie pod dowództwem generała Dwighta Eisenhowera wylądowały na północnym wybrzeżu Francji, w lipcu rozpoczęły ofensywę. W sierpniu wyzwoliły Paryż. Niemcy cofali się na wszystkich frontach, ale zwycięstwa zaczęły sprawiać Aliantom coraz większe problemy. Sprzęt nadal dowożono z Normandii  z odległości ponad 400 mil i ciągle go brakowało. Alianci posuwali się coraz wolniej. Eisenhover musiał stawić czoło innemu problemowi: jego dwaj najsławniejsi generałowie – Patton, dowodzący wojskami na południu i Montgomery na północy – chronicznie się nie znosili. Ich długotrwała rywalizacja nigdy nie była tak zacięta. Sprzętu było zbyt mało dla obu armii, każdy z nich chciał pokonać Niemców. Jeden chciał wyprzedzić drugiego w drodze do Berlina. We wrześniu 1944 roku Montgomery opracował spektakularny plan o kryptonimie Market-Garden. Eisenhover pod wielką presją swoich przełożonych zaakceptował plan i operacja Market-Garden stała się faktem. Plan ten, podobnie jak wiele innych planów z poprzednich wojen, miał zakończyć konflikt przed Bożym Narodzeniem, by chłopcy mogli wrócić do domu.

jedenmost1

Kino wojenne można rozumieć na kilka sposobów. Jednym z nich jest osadzenie akcji w czasie wojny, gdzie stawiane są moralne dylematy albo też tworząc kino akcji. W latach 60. i 70. Był mocno obecny trend polegający na precyzyjnym rekonstruowaniu wielkich bitew oraz operacji wojskowych z gwiazdorską obsadą (mającą na celu skupić uwagę widzów i zachęcić ich, by poszli do kina) oraz popisami pirotechników oraz kaskaderów i statystów. „O jeden most za daleko”, będący rekonstrukcją przebiegu operacji Market-Garden jest ostatnim tego typu tytułem.

jedenmost2

Nakręcony przez Richarda Attenborough w 1977 roku film imponuje do dzisiaj gigantycznym rozmachem, faktograficznym podejściem do sprawy, gdzie przeplatają się losy dowódców, ich żołnierzy oraz cywili (także od strony niemieckiej) oraz znakomitą obsadą. Cała operacja zaczęła się 17 września 1944 roku, a jej celem było opanowanie mostów nad Renem w Holandii. Zadanie opanowania otrzymali generał Roy Urqhart, podpułkownik John Frost, generał James Gavin oraz generał Stanisław Sosabowski. Plan był dość karkołomny, gdyż spadochroniarze mieli zająć wcześniej tereny, a brygada pancerna miała dołączyć jako odsiecz. Ale reżyser bardzo przekonująco pokazuje przyczyny przegranej (nieudolność, niedziałające radio, pogoda nie pozwalająca na zrzuty, zlekceważenie przeciwnika, pycha planujących itp.), która nie wydawała się taka oczywista.

jedenmost3

Sama konstrukcja opowieści z dzisiejszej perspektywy wydaje się mocno archaiczna – kamera pokazuje większość wydarzeń z oddali, prowadząc z punktu A do punktu B, jednak same sceny batalistyczne (zwłaszcza najbardziej dramatyczna obrona Arnhem przez Frosta) imponują bogactwem szczegółów, rozmachem oraz popisami pirotechników, zaś kilka drobnych epizodów (sierżant Dohue, który pistoletem zmusza lekarza do zbadania ciężko rannego dowódcy, dom Katie Her Torst zmieniony w szpital dla rannych żołnierzy czy próba zdobycia zrzutu przez żołnierza brytyjskiego) zapada w pamięć bardzo mocno. Podobnie jest z majestatyczną sceną lotu samolotów oraz zrzutu spadochroniarzy – czuć wtedy naprawdę wielką siłę aliantów (niemiecki generał na ten widok rzekł: „Gdybym mógł dysponować taka siłą”) oraz skalę całego przedsięwzięcia – gigantyczną, a także ze sceną odwrotu wojsk – poprowadzoną po cichu, wręcz elegijnym tonem z brudnymi, zmęczonymi i wykończonymi wojakami. Problem polega na tym, że na to wszystko patrzymy ze sporego dystansu, co przy takich filmach jak „Szeregowiec Ryan” czy „Helikopter w ogniu”, gdzie jesteśmy wrzuceni w sam tygiel, wydaje się troszkę archaiczne.

jedenmost4

Aktorzy też zrobili swoje, więc tylko ograniczę się do wymienienia tego gwiazdozbioru: Dirk Bogarde, Sean Connery, Michael Caine, Anthony Hopkins, Gene Hackman, Elliott Gould, James Caan, Edward Fox, Robert Redford, Maximillian Schell, Liv Ullmann, Ryan O’Neal. Te nazwiska robią wrażenie, a scenarzysta daje każdemu tyle czasu, żeby zabłysnąć.

jedenmost5

Ostatni taki klasyk kina wojennego, który trwa 3 godziny (prawie), ma rozmach epickich superprodukcji (a to wszystko zrobione bez efektów komputerowych, z tysiącem statystów oraz tonami materiałów wybuchowych), gwiazdorską obsadę i mocno trzyma się faktów. Jak ktoś lubi kino historyczne, obejrzeć musi, a fani kina wojennego tez znajdą coś dla siebie. Mimo iż trąci myszką, to dla mnie kawał znakomitego kina.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski