Kiedy ostatni raz na dużym ekranie widzieliście film zawierający w tytule dwa słowa: „Gwiezdne wojny”? W moim przypadku był to „Ostatni Jedi”, która wywołał we mnie mieszane odczucia. A po rozczarowującym „Skywalker. Odrodzenie” wydawało się, że kinowe produkcje z uniwersum stworzonego przez George’a Lucasa zniknęły i więcej się nie pojawią. Zamiast tego wskoczyły seriale różnej jakości, choć najwyżej cenione przez fanów były „Andor” oraz „The Mandalorian”. Po trzech sezonach tego drugiego, zamiast dostać sezon nr 4 postanowiono stworzyć pełnometrażowy film. Czyli „Mandalorianin i Grogu” (nie, to ostatnie to nie piracki trunek) – ale czy reżyser Jon Favreau udźwignął temat?

Sama historia nie jest mocno powiązana z serialem, więc teoretycznie jego znajomość nie jest niezbędna. Ale nie uprzedzajmy wypadków. Jesteśmy kilka lat po wydarzeniach z „Powrotu Jedi”, kiedy niedobitki Imperium panoszą się po całej galaktyce i coś kombinują. Działająca Nowa Republika próbuje ich wytropić, korzystając z usług najemników oraz łowców głów jak Mandalorianin Din Djarin (Pedro Pascal) oraz jego podopieczny, Grogu. Teraz nasza parka dostaje zlecenia schwytania (żywego lub martwego – choć to pierwsze byłoby lepsze) kolejnego imperialnego watażki, niejakiego Coina. Problem w tym, że nie wiadomo ani gdzie jest, ani jak wygląda – jednak ktoś wie. Bliźniacy, krewni słynnego gangstera Jabby Hutta mają informacje o zbiegu, ALE oddadzą ją w zamian za przysługę – uwolnienie ich siostrzeńca Rotty z planety Shakari.

Favreau sposobem opowiadania przypomina wykonywanie questu z gry komputerową: dotrzyj do punktu A, pogadaj tam, potem rusz do punktu B, znajdź osobę/przedmiot i wróć do A. Co samo w sobie nie jest niczym złym, bo przenosimy się po różnorodnych lokacjach (śnieżne góry na początku, zalesiona siedziba Huttów czy mocno futurystyczne Shakari bardzo podobne do LA z „Blade Runnera”), akcja jest bardzo kompetentnie i dynamicznie zmontowana, gdzie Mando łoi dupy jakby był gwiezdnowojennym Johnem Wickiem. Chyba że zostanie zneutralizowany gazem czy potraktowany prądem, to wtedy jest miękką fają i wtedy Grogu (nazywany wcześniej przez fanów seriali Baby Yodą) wkracza do akcji. Jest jednak pewien problem, a nawet dwa duże.

Po pierwsze, „Mandalorian i Grogu” jest bardzo chaotyczny, z wieloma potencjalnie interesującymi wątkami (tropienie resztek po Imperium, walki gladiatorów) przeskakując między nimi, nie dając zbyt wiele czasu na wybrzmienie. Niejako skaczemy jakby zostało skompresowanych kilka odcinków w jeden film: od akcji na planecie zimowej tropiąc watażkę przez siedzibę Huttów i Shakari aż z powrotem do wielkich żab (posiadający ukryty motyw) do porwania Mando, walki z paskudnym gadem oraz finałem, gdzie Grogu próbuje uratować wojownika (najlepsze sceny z malcem). Po drugie, sama para bohaterów – jeśli zna się serial – nie przechodzi żadnej drogi czy przemiany. Mando jest złodupnym masakratorem i twardzielem (hełm zdejmuje tylko raz, byśmy wiedzieli, że to Pedros), zaś Grogu jest małym słodziakiem, zachowującym się jak mała dzidzia. Nawet relacja mentor/uczeń (lub ojciec/syn) też w zasadzie stoi w miejscu, co nie dało mi zbyt mocnego ciężaru emocjonalnego. Po trzecie, sporo jest tu walczących bestii w SiDżiAj między sobą i choć efekty specjalne są zrobione, nie dają tego emocjonalnego kopa jak potrzeba.

Choć technicznie wszystko jest na swoim miejscu – całość ładnie wygląda, w tle gra świetna muzyka Ludwiga Goranssona (aczkolwiek miejscami techno-elektronika może nie wszystkim podejść), a efekty specjalne trzymają fason. Aktorsko jest strasznie nierówno – Pedros Pascalos w zasadzie gra głosem i robi porządną robotę, ale nic ponadto. Dobrze za to brzmi Jeremy Allen White grający Rottę, czyli syna Jabby Hutta, lecz mającego odmienny temperament od swojego ojca. Jednak największą niespodziankę zrobił największy „fan” kina superbohaterskiego – Martin Scorsese. Jako prowadzący knajpę sprzedawca bardzo zgrabnie imituje… Woody’ego Allena. Bardzo zapada w pamięć, w przeciwieństwie do Sigourney Weaver wcielającą się w rolę pułkownik Ward, zleceniodawczyni Mando. Muszę przyznać, że nie była to zbyt wdzięczna postać do zagrania, ale słychać pewną monotonię i obojętność, sygnalizującą brak zaangażowania.

„Mandalorian i Grogu” wywołał we mnie mieszane uczucia jakich nie miałem przy oglądaniu blockbustera od czasu „Indiany Jonesa i artefaktu przeznaczenia”. Po mocnym i obiecującym początku całość zaczęła się robić mętna, chaotyczna oraz stanowiąca dłuższy odcinek serialu. Może spodoba się młodszym widzom, którzy chcieliby zacząć przygodę z tym uniwersum, ale chyba tylko im. Nie tego powrotu „Gwiezdnych wojen” spodziewano się zapewne.
5,5/10
Radosław Ostrowski
