Spider-Man: Całkiem nowy dzień

Nie będzie chyba przesadą, jeśli nazwę Spider-Mana jedną z najpopularniejszych postaci w całym dorobku Marvela. Być może wynika to z młodego wieku bohatera, który dopiero mierzy się z dorosłością i próbującego zbalansować swoje życie prywatne z ratowaniem świata w mikro skali. A w ostatnich czasach Pajączek pojawił się mocno: od trylogii Jona Wattsa dla MCU przez animowane „Spider-Verse” aż po tegoroczny serial „Spider-Noir”. Ale czy od tego przybytku jest miejsce na kolejne przygody Petera Parkera w Kinowym Uniwersum Marvela?

„Spider-Man: Całkiem nowy dzień” dzieje się po chaotycznym zamieszaniu w „Bez drogi do domu”, gdzie mieliśmy różne wersje Pajączka i ich wrogów, a także dochodzi do wymazania Parkera (Tom Holland) z pamięci wszystkich mieszkańców Nowego Jorku. Wliczając w to jego przyjaciół: MJ (Zendaya) i Neda (Jacob Balaton). Teraz chłopak mieszkanie gdzieś w Queens, korzystając ze wsparcia AI zwanego E.V. (Naomi Watts) i usprawniając swój kostium. Spokój jednak jest ostatnią rzeczą, na jaką może on liczyć, ciągle trzymając ludzi na dystans. Nawet pomagającej detektyw DeWolff (Lisa Colon-Zayas) czy samotnego wilka Franka Castle’a (Jon Bernthal). Ale pojawia się kolejne zagrożenie: ktoś desperacko próbuje wejść do Departamentu Kontroli Zniszczeń kierowanego przez Williama Metzgera (Tramell Tillman). Instytucja zajmuje się tworzeniem nowych technologii i narzędzi broni, wykorzystując także dawnych przeciwników jak Ręka. Co dziwniejsze wróg „opętuje” przypadkowych ludzi do osiągnięcia swojego celu, mocno utrudniając dopadnięcie go. Jakby tego było mało, coraz mocniej u Parkera odzywają się „pajęcze” geny, ograniczając jego kompatybilność z gadżetami.

Tym razem za kamerą stanął Destin Daniel Cretton, który już pracował z Marvelem przy „Shang-Chi” i serialowym „Wonder Man”, co dawało pewną nadzieję na odrobinę świeżej krwi. Głównie w kwestii scen akcji oraz choreografii walk, ale nie tylko. I ku mojemu zaskoczeniu historia ewolucji naszego sympatycznego chłopaka z sąsiedztwa bardzo sprytnie balansuje między powagą a humorem. Akcja (zwłaszcza bujanie się po mieście) wygląda bardzo przyjemnie i bardzo dynamicznie – przynajmniej od czasu trylogii Ramiego, gdzie nie brakuje zarówno długich ujęć (kompilacja akcji Spidera z bandziorami wszelkiej maści: od drobnych zbirów po Skorpiona i Tombstone’a), zabaw kamerą i perspektywą aż po dobrze wykorzystane slow-motion (starcie z wojownikami Ręki). Ale najbardziej imponuje tutaj gonitwa za „opętanym”, przeskakującym z ciała do ciała jak jakiś demon, przy okazji pozbawiając ich pamięci po zmianie gospodarza. Proste, ale kreatywne rozwiązanie, dodatkowo podbijające napięcie.

Intryga odkrywana jest bardzo powoli, choć nadal w centrum znajduje się Spider-Man. Tym razem próbujący samotnie walczyć ze złem oraz „mutacją” swoich genów. Częściowo jest to wygrywane w komediowy sposób jak pierwsze testy inhibitora, jednak potrafi też nagle uderzyć bardziej dramatycznymi chwilami jak retrospekcja z ciocią May czy spotkaniem na parapetówce u dawnych przyjaciół. Jednak najsilniejsze momenty dotyczą postaci granej przez Sadie Sink (ukrywano tożsamość przed premierą i dopiero pod koniec się wydało, ale ja nie zamierzam psuć niespodzianki) oraz finałowej konfrontacji, która mocno mi przypominała „Thunderbolts”. A wszystko zostaje spięte w bardzo satysfakcjonującym zakończeniu. Aczkolwiek niektóre efekty specjalne są troszkę niespecjalne i wyglądają szaro-buro.

Za to aktorsko jest tu naprawdę więcej niż dobrze. Tom Holland tutaj wypada najlepiej w roli Parkera/Pajączka, prezentując bardziej poważniejszego, przyziemnego bohatera. Nawet w najbardziej odjechanych momentach aktor gra bardzo przekonująco, nie rezygnując z odrobiny humoru. Strasznie podoba mi się ewolucja tej postaci. Wracają też starzy znajomy jak Zendaya i Balaton, ale także – ku zaskoczeniu wielu – Mark Ruffalo (Hulk), Florence Pugh (Jelena/Czarna Wdowa) oraz Jon Bernthal (Frank „Punisher” Castle), którzy tworzy całkiem niezły duet ze Spiderem. Jednak oni pojawiają się w zasadzie na chwilkę, na szczęście nie są rozpraszaczami i wrzuceni na siłę. Ale najważniejsza jest tutaj Sadie Sink, choć pojawia się fizycznie dość późno. Początkowo jest tajemnicza i enigmatyczna, ale powoli poznajemy jej motywacje, co pokazuje zupełnie inne oblicze. I mam nadzieję, że jeszcze ona wróci w tym uniwersum.

Czy „Całkiem nowy dzień” jest nowym początkiem dla Spider-Mana? Zdecydowanie tak i jest najlepszym filmem o Pajączku w MCU. Cretton nie tylko wnosi wiele barw do tego świata, ale też bardziej angażującą opowieść o kolejnym etapie dojrzewania oraz powolnym otwieraniu się na innych ludzi. Nie będzie przesadą, jeśli nazwę ten film najlepszą produkcją MCU od wielu lat i czekam na kolejne spotkanie z Peterem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ghost in the Shell

Cyberpunk w ostatnich latach zaczyna wracać do popularności, co chyba można tłumaczyć grą „Cyberpunk 2077” oraz budzącym coraz większą niepewność rozwój sztucznej inteligencji. To także sprawia, że wiele osób chcących zagłębić się w podgatunek zaczyna szukać klasyków zarówno po stronie amerykańskiej („Blade Runner”, „Matrix”), jak i japońskiej. Ta druga gałąź bardziej skupiała się na wątkach transhumanizmu oraz głównie była tworzona w formie animacji. Jak „Akira” czy – wracający do naszych kin – „Ghost in the Shell” z roku 1995.

Oparty (dość luźno) na mandze Masamure Shirow film Mamoru Oshii skupia się na działającej Sekcji 9 – jednostce policji mierzącej się z cyberterroryzmem. Członkowie grupy to w większości cyborgi z ludzkim mózgiem, masą wszczepów oraz niezwykłymi możliwościami. Jednostką dowodzi Aramaki, a najskuteczniejszą osobą jest major Motoko Kusanagi. Grupa próbuje schwytać tajemniczego hakera zwanego Władcą Marionetek, który ostatnio mocno się uaktywnił i pozostaje nieuchwytny. Kim on jest, czego chce oraz czy działa sam?

Sam film to mieszanka kryminału, sensacyjnej akcji, futurystycznego świata i… filozoficznych rozważań. Czuć tu mocno inspirację „Łowcą androidów” Ridleya Scotta zarówno w pokazaniu miasta, jak i zadawanych pytań o człowieczeństwo oraz relacje człowieka z maszyną. Intryga jest bardzo gęsta oraz skomplikowana, gdzie w to wszystko zamieszana jest polityka i wywiad. Nie brakuje tu dość intrygujących koncepcji jak włamanie do umysłu oraz wrzucenie fałszywych wspomnień (niczym w „Incepcji”) czy świetnie wyglądające użycie optycznego kamuflażu (przez co animacja wygląda jakby była wygenerowana komputerowo). Akcja jest odpowiednio podkręcona, niepozbawiona pościgów i strzelanin, których może nie jest wiele, a jednak wyglądają bardzo imponująco. Zarówno w przypadku designu i odgłosów broni (pistolet maszynowy schowany w walizce czy bojowy czołg, będący mechem), bardzo płynnej animacji oraz adrenaliny. Wszystko jeszcze okraszone bardzo oszczędną, opartą o etniczne instrumenty muzyką Kenji Kawai. W absolutnie niezapomnianej czołówce, gdzie mamy powstawanie cyborgów oraz wplecionymi zielonymi literami i cyframi (jak w „Matrixie”) tworzącymi nazwiska twórców te dźwięki tworzą niesamowitą atmosferę.

Hybryda ręcznej animacji z odrobiną komputerowych obrazów (sceny pokazujące obrazy trójwymiarowe czy z komputerowych ekranów) działa elektryzująco. Ale jest tu też parę drobnych momentów, pozwalających na złapanie oddechów oraz zwyczajnie oszałamiających. Wybudzenie się major przy otwarciu okna, gdzie obraz zatrzymuje się na widoku z okna, a kobieta przygotowuje się niejako poza kadrem, nurkowanie pod wodą i ten moment zbliżenia się do powierzchni czy zadziwiająco długa, pozbawiona dialogów sekwencja pokazująca miasto z perspektywy ulicy. Chce się tu chłonąć atmosferę, wiele kadrów i ujęć pozostaje w głowie na długo. Włącznie z finałową konfrontacją oraz otwartym zakończeniem.

Ale mam jeden i to dość duży problem. Całość jest zadziwiająco krótka i próbuje upchnąć strasznie dużo. Przez co całość jest przeładowana dialogami oraz tonami ekspozycji, jakby chcąc zamaskować ograniczenia budżetowe. To wszystko wydaje się strasznie skompresowanej narracji i poczucie, że zaledwie liznąłem powierzchni. Aż chciałoby się spędzić tu więcej czasu oraz kolejnych intrygujących konceptów tego świata.

Jestem w stanie zrozumieć, dlaczego „Ghost in the Shell” ma wśród fanów kina SF status kultowego klasyka. Nawet dzisiaj sama animacja, sceny akcji oraz klimat wsiąkają niczym odkurzacz, lecz całość była dla mnie zwyczajnie za krótka. Wiem, że powstała – dużo później – kontynuacja i może być zachętą do odkrywania tego uniwersum, ale czuć pewien niedosyt.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ciche miejsce: Dzień pierwszy

Tworzona przez Johna Krasinskiego seria „Ciche miejsce” to jedna z popularniejszych oraz bardziej interesujących horrorów ostatniej dekady. W oczekiwaniu na planowaną część trzecią, która opóźniona została z powodu pandemii. Niemniej dwa lata temu pojawił dość niespodziewany prequel – przynajmniej tego się należało spodziewać po podtytule „Dzień pierwszy”.

Tym razem za kamerą stanął Michael Sarnoski, czyli twórca głośnej „Świni” z Nicolasem Cage’m. Krasinski ograniczył swój udział do roli producenta, a sama akcja tym razem przenosi się do Nowego Jorku. Bohaterką jest Sammy (Lupita Nyong’o) – chorująca na raka młoda poetka, przebywająca w hospicjum. W zasadzie jedyną jej bliską osobą jest… kot, trzyma się od wszystkich na dystans i nie oczekuje już zbyt wiele od życia. Razem z grupą pacjentów wyrusza do miasta na spektakl, jednak w trakcie przedstawienia coś trafia na ziemię. Początkowo mogło się wydawać uderzeniem meteorytów, ale tak naprawdę to inwazja obcych. I jakikolwiek dźwięk oznacza śmierć, o co w wielkim mieście nie jest trudne.

Ta część „Cichego miejsca” w zasadzie jest równie kameralna, mimo kompletnie zmienionego settingu. To niemal klasycznie zrobiony thriller, pokazujący początek końca świata. Od początkowego ataku i poczuciu dezorientacji (pojawiający się zewnątrz pył) przez atakujące z każdej strony dziwne kwiatowate maszkary po całkowitą ciszę. W zasadzie forma straszenia ogranicza się do dwóch rzeczy: nagłego dźwięku przykuwającego uwagę kosmitów albo bardzo powolnego i cichego przekradania się. Ewentualnej ucieczki z miasta, które z każdym dniem przypomina krajobrazem świat z post-apokalipsy. I to budowanie atmosfery reżyserowi się udaje świetnie, nawet jeśli wydaje się to znajome. Nawet pojawienie się w połowie drugiej postaci – studenta z UK Erica (Joseph Quinn) nie zbyt wiele zmienia. To jest bardziej dramat z elementami grozy, mocno oszczędny w dialogi, ale ma kilka czarujących elementów (scena z klubie jazzowym, teatr kukiełek).

Jedyne, co mnie zadziwiło to dwie rzeczy: jak na poważnie chorującą na raka (i to od dłuższego czasu) Sammy jest zadziwiająco sprawna i zwinna. Druga to towarzyszący im kot, który zachowuje się bardziej jak… pies. Bardzo mocno przywiązany do swojej właścicielki, nawet jak ją na jakiś czas porzuca to wraca i jest strasznie cichutki. Ja nie posiadam kota ani psa – z powodu alergii na sierść obojga zwierzaków – lecz to zachowanie jest co najmniej zastanawiające.

„Dzień pierwszy” nie jest jakimś sporym rozwinięciem uniwersum Cichego miejsca, ale to całkiem niezły dramat w otoczce horroru o odzyskiwaniu chęci do życia i sile przyjaźni. Bardziej wyczekuję jednak części trzeciej serii, która ma się pojawić w przyszłym roku.

6/10

Radosław Ostrowski

Dzień objawienia

Steven Spielberg przez lata i dekady stał się jednym z najbardziej popularnych amerykańskich reżyserów kina rozrywkowego. Ale takimi filmami jak „Lista Schindlera” czy „Szeregowiec Ryan” pokazał bardziej dojrzałe i poważne oblicze. Swoim najnowszym filmem wraca do tematyki obcych i pierwszego kontaktu, który eksplorował w „Bliskich spotkaniach trzeciego stopnia” i „E.T.”, ale tym razem idzie bardziej w kierunku thrillera.

Historia „Dnia objawienia” skupia się na dwójce bohaterów, których losy się przetną. Pierwszym jest Daniel Kellner (Josh O’Conner) – pracownik firmy Wardex zajmujący się cyberbezpieczeństwem. Naukowiec wykradł z firmy tajemniczy przedmiot oraz bardzo tajne materiały, planując je publicznie ujawnić. Za całą operacją stoi jego przełożony, Hugo Wakefield (Colman Domingo). W ślad za Kellnerem rusza firma oraz jej szef, Noah Scanlon (Colin Firth). Drugą kluczową postacią jest prezenterka pogody, Margaret Fairchild (Emily Blunt). Pracuje w lokalnej telewizji w Kansas City. Przed pójście do pracy do jej mieszkania wlatuje ptak. Co samo w sobie może być niczym niezwykłym, ale potem dzieją się dziwaczne rzeczy: zaczyna mówić w obcych językach (i to bardzo płynnie), czyta w myślach po spojrzeniu na kogoś (dzięki temu nie dostaje mandatu), jednak najgorsze dzieje się podczas pracy. Podczas zapowiadania prognozy zaczyna wydawać dziwaczne odgłosy, a następnie traci przytomność. Kobieta też znajduje się w centrum zainteresowania Wardexu.

Sama historia nie brzmi zbyt oryginalnie, jednak Spielberg od początku był w stanie mnie złapać. Początek i pierwsza połowa budowana jest wokół tajemnicy, która powoli i (przynajmniej na początku) oszczędnie dawkowana, co trzymało mnie w napięciu. Co jest o tyle zaskakujące, bo mamy wiele znajomych elementów: firma działająca niczym Faceci w Czerni minus technologia; kontakty i urządzenia obcych; próbujący ujawnić publicznie informator oraz grupa ludzi działająca niczym konspiracja czy Wybraniec z mocami, które go przerażają. Gdzieś nad tym wszystkim unosi się zarówno dawny Spielberg i Stephen King zmieszany z teoriami spiskowymi i klimatem thrillerów politycznych lat 70.

Ale sam film to dwie sprzeczne bestie. Z jednej strony pełen pościgów, ucieczek zrobionych więcej niż sprawnie z kilkoma mastershotami oraz absolutnie trzymającą w napięciu gonitwę z udziałem dwóch jadących pociągów oraz przygniecionego samochodu. Wtedy angażuje, choć jest o wiele bardziej kameralny. Kiedy jednak dotyczy aspektów SF oraz pierwszego kontaktu z obcymi, Spielberg wydaje się nie mieć zbyt wiele do powiedzenia. Bardziej go interesuje próba dojścia do ujawnienia prawdy niż reperkusje tego wydarzenia. Jak poradziliby sobie ludzie z faktem, że nie są sami na świecie? Co by się stało z religiami, państwami, instytucjami? Niby tam w tle wspomina się o możliwym wybuchu III wojny światowej i wizji końca świata, ale to ostatecznie prowadzi donikąd. Sam finał oraz rozwiązanie idzie w kierunku naiwnego kiczu, zaś całość w decydującym momencie się nagle urywa. Satysfakcji z tego nie ma żadnej i wywołuje uczucie dostania w ryj.

Do tego bohaterowie są dość prosto opisani, ale reżyser dobrał do nich na tyle dobrych aktorów, że wyciskają z nich maksimum możliwości. I ci konsekwentnie trzymają poziom: od neurotycznego i przerażonego Josha O’Connora przez chłodnego Colina Firtha aż po niemal przyklejonego do telefonu Colmana Domingo. Ale najjaśniejszym punktem oraz PETARDĄ jest Emily Blunt, której występ wręcz odbierał mi mowę. To z jaką gracją i brawurą przeskakuje przez całe spektrum emocji: od strachu, przerażenia przez pewność siebie, opanowanie po empatię jest nieprawdopodobne. To jej występ utrzymywał moją uwagę do samego końca i czynił ten film o wiele przyjemniejszym w odbiorze.

To jest cholernie trudny film do ocenienia. Bo „Dzień objawienia” nie jest zbyt oryginalnym i dobrym kinem SF, ale zaskakująco sprawdza się jako rozrywkowe kino pod popcorn w starym stylu. W rozpoczynającym się sezonie letnim oraz ostatnich rozczarowaniach w kinie to jeden z lepszych filmów do obejrzenia na dużym ekranie.

7/10

Radosław Ostowski

Władcy Wszechświata

Ileż razy myślano o powrocie najbardziej męskiego mężczyzny od czasów Conana, czyli He-Mana. Stworzony jako zabawka Mattela (taka męska wersja Barbie), a żeby ją lepiej sprzedać zrobiono serial animowany, a potem pełnometrażowe dzieło z bardzo młodym Dolphem Lundgrenem (straszna bida z nędzą), które nie zestarzało się zbyt dobrze. Teraz największy paker z Ethernii powraca w nowej wersji od reżysera Travisa Knighta. Z większym budżetem, większą skalą i… czy to wystarczy?

Bohaterem jest książę Adam (Nicholas Galitzine) – następca tronu wspomnianej Ethernii, gdzie miesza się ze sobą magia i technologia. W centrum znajduje się zamek Posępny Czerep, gdzie przebywa dbająca o porządek Czarodziejka (Morena Baccarin), zaś chłopak mimo treningów pod czujnym okiem Zbrojmistrza Duncana (Idris Elba) nie jest zbyt silny ani twardy. Ale nie to jest najgorsze, lecz atak pragnącego władzy absolutnej Szkieletora (sylwetka CGI, głos Jared Leto) oraz jego prawej ręki, Złoliny (Alison Brie). Na szczęście, udaje się przenieść młodzieńca na Ziemię, ale po drodze gubi Miecz Mocy, przez co nie może wrócić do siebie. 15 lat później Adam (ciągle pamiętając swoje pochodzenie) w końcu odnajduje artefakt, a za nim podążają zarówno sługusy Szkieletora, jak i Teela (Camila Mendes), próbująca mu pomóc.

Jak widać nowi „Władcy wszechświata” mocno inspirują się zarówno „Thorem” (szczególnie częścią pierwszą i trzecią) oraz „Strażnikami Galaktyki”. Z pierwszego bierze otoczkę fabularną – heros trafia do nowego otoczenia, próbując się odnaleźć i wrócić do siebie; z drugiego wizualną estetykę oraz humor. W efekcie dostałem mocno dziwaczne, nierówne pełne paradoksów. Samego animowanego He-Mana pamiętam jak przez mgłę (czyli bardzo słabo), więc nie mogę za bardzo odnieść się do tego jak blisko reżyser i scenarzyści trzymają się pierwowzoru. Za to bez wahania mogę powiedzieć, że jest to kino o wiele bardziej kolorowe, pełne świadomego kiczu oraz kampu. W końcu antagonistą jest chodzący szkielet, mamy nawet płochliwego tygrysa bojowego, bestie czy człowieka z szyją niczym z gumy. O czarodziejce zmieniającej się w ptaka nawet nie wspominam. Chłonie się tą przestrzeń i świat, nawet jeśli wydaje się on miejscami (zbyt) znajomy. Akcja też jest płynna, poprawnie nakręcona, mimo ekranowego chaosu (szczególnie w finale), zaś zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące. Do tego w tle gra świetna muzyka Daniela Pembertona mieszająca orkiestrę, chór, syntezatory i gitarowe riffy Briana Maya – super mieszanka.

Jednak jest tu parę potknięć. Po pierwsze, całość jest za długa, przez co zdarza się gubić tempo. Szczególnie początek (historia Eternii opowiadana na… randce, która nie kończy się za dobrze) na Ziemi potrafi się wlec. Po drugie, humor bywa nie zawsze trafiony. Najbardziej tutaj błyszczy bardzo teatralny Szkieletor i rzucane przez niego wyzwiska (plus jedna kapitalna scena podczas konfrontacji), za to najsłabiej wypadały „ziemskie” losy Adama (rozmowa z szefową w biurze czy sublokator, co pozuje na cool twardziela, a gdy nikt nie patrzy ogląda „Pamiętnik”) – zamiast śmiechu było zażenowanie, tak jak było zderzenie mentalności Adama ze światem Ethernii. A też i dialogi wydają się czasem napisane bez finezji, jakby zbyt znajomo brzmiące. Szkoda, bo widać było spory potencjał.

Dlatego sytuację muszą ratować aktorzy, a ci są więcej niż dobrzy. Mało mi znany Galitzine wygląda jak nastoletnia wersja Chrisa Hemswortha i wypada cholernie dobrze w roli Adama/He-Mana. Początkowo jest zagubiony czy wręcz pierdołowaty, jednak powoli zaczyna dojrzewać do roli mocarnego wojownika. Jak wywija Mieczem, to nie ma zmiłuj, tak samo jak przy użyciu pięści. Bardzo dobrze radzą sobie wspierający go Camila Mendes (zadziorna i waleczna Teela) oraz Idris Elba (zbrojmistrz Duncan, który z twardego wojownika staje się obdartym pijusem). Jednak największą niespodzianką był dla mnie Jared Leto, który kradnie ekran w roli Szkieletora. Ma kompletnie niepodobny do siebie głos, jest bardzo teatralnym szołmenem, pozostając jednak groźnym przeciwnikiem (finałowa potyczka to majstersztyk i popis umiejętności aktora). Nie sądziłem, że to powiem, ale to najlepsza rola Leto od bardzo dawna.

Nie chce brzmieć jak zgorzkniały tetryk czy stary dziad narzekający, że kiedyś to były filmy, a teraz nie ma. Niemniej muszę przyznać, że „Władcy wszechświata” byli dla mnie lekkim rozczarowaniem. O wiele lepiej wizualnie i technicznie się prezentuje od filmu z 1987 roku, ale ma problemy z tonem oraz tempem, co nie pozwoli pozostać na długo w pamięci. Niemniej Knightowi udaje się dostarczyć całkiem niezłej rozrywki, zaś fani He-Mana mogą dać punkt więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zathura – Kosmiczna przygoda

Czy kojarzycie taki film „Jumanji”? Pewnie tak, skoro powstało kilka części, ale mi chodzi o ten pierwszy w 1995 roku z Robinem Williamsem. Tam była gra planszowa, której rozgrywka niemal materializowała się doprowadzając do chaosu. Dzieło Joe Johnstona była oparta na powieści Chrisa Van Allsburga. Dziesięć lat później powstał film też oparty na książce tego autora i podobny do wspomnianego „Jumanji”, lecz w innej skórce.

„Zathura” – tak się zwie ten tytuł to kolejna planszówka, tym razem dla dwóch osób. Tym razem w rozgrywkę zostają wplątani dwaj bracia, którzy niekoniecznie nie przepadają za sobą. Starszy Walter (Josh Hutcherson) próbuje być tym dojrzalszym, mniej „dzieciowatym”, zaś młodszy Danny (Jonah Bobo) bywa troszkę nieporadny, pełen sporej wyobraźni. To właśnie ten drugi znajduje w piwnicy Zathurę – grę, w której wyrusza się w kosmiczną podróż. Dosłownie ich dom przenosi się w przestrzeń kosmiczną, zaś każde pole oraz odkrywana karta uruchamiają pokręcone sytuacje: od ataku meteorów przez popsutego robota i obcych kosmitów aż po przybycie tajemniczego Astronauty (Dax Shepard).

Zadania przeniesienia na ekran „Zathury” podjął się Jon Favreau, obecnie znany z dwóch części „Iron Mana” czy serialu „Mandalorianin”. Był to pierwszy duży blockbuster w dorobku reżysera, który nie znalazł widowni w premierę. Już sama czołówka, gdzie widzimy samą planszówkę i ilustracje (inspirowaną stylem komiksów z lat 50.) z epicką muzyką Johna Debneya w tle buduje klimat w duchu Kina Nowej Przygody. Nadal jest to kino familijne, gdzie najważniejsza jest tutaj relacja między braćmi, którzy za bardzo nie przepadają za sobą. Ale jeśli mają wyjść z tego cało, muszą zacząć działać razem. I choć miejscami film Favreau ociera się zbyt mocno o klasyka Johnstona (włącznie z karą za oszustwo), to kameralna przestrzeń oraz otoczka SF daje pewien powiew świeżości.

Jeszcze bardziej pozytywnie zaskoczyły mnie efekty specjalne. Mieszanka komputerowej przestrzeni z praktycznymi efektami stworzonymi przez Stana Winstona (robot, kosmiczni Zorgoni) pomagają wejść w klimat retro SF. Tam sam jak sceny ataków kosmitów, kompletnej destrukcji domostwa, ataku asteroid wewnątrz pokoju. I pomimo dwóch dekad na karku nadal dobrze się prezentują. Tak jak dobrze trzymają się grający główne role Josh Hutcherson i Jonah Bobo. Szczególnie ten drugi w roli młodszego, coraz bardziej przerażonego całą rozgrywką Danny’ego. Zaskoczeniem za to był Dax Shepard wcielającego się w astronautę, który pojawia się oraz zaczyna pełni rolę rozjemcy i niejako mentora. Mógłby się sprawdzić w roli sympatycznego, przyziemnego herosa kina akcji. Pozostali członkowie obsady, czyli Kristen Stewart (starsza siostra Lisa) oraz Tim Robbins (ojciec) pojawiają się na dłuższą chwilkę i są nieźli, ale nic ponadto.

Tak samo mógłbym podsumować samą „Zathurę” – niezłe kino przygodowe w otoczce SF, stojące w dużym cieniu bardziej widowiskowego „Jumanji”. Niemniej Favreau daje na tyle dużo serducha, żeby nie wywołać znudzenia. Bardzo sympatyczna produkcja familijna nie tylko dla dzieci.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu

Kiedy ostatni raz na dużym ekranie widzieliście film zawierający w tytule dwa słowa: „Gwiezdne wojny”? W moim przypadku był to „Ostatni Jedi”, która wywołał we mnie mieszane odczucia. A po rozczarowującym „Skywalker. Odrodzenie” wydawało się, że kinowe produkcje z uniwersum stworzonego przez George’a Lucasa zniknęły i więcej się nie pojawią. Zamiast tego wskoczyły seriale różnej jakości, choć najwyżej cenione przez fanów były „Andor” oraz „The Mandalorian”. Po trzech sezonach tego drugiego, zamiast dostać sezon nr 4 postanowiono stworzyć pełnometrażowy film. Czyli „Mandalorianin i Grogu” (nie, to ostatnie to nie piracki trunek) – ale czy reżyser Jon Favreau udźwignął temat?

Sama historia nie jest mocno powiązana z serialem, więc teoretycznie jego znajomość nie jest niezbędna. Ale nie uprzedzajmy wypadków. Jesteśmy kilka lat po wydarzeniach z „Powrotu Jedi”, kiedy niedobitki Imperium panoszą się po całej galaktyce i coś kombinują. Działająca Nowa Republika próbuje ich wytropić, korzystając z usług najemników oraz łowców głów jak Mandalorianin Din Djarin (Pedro Pascal) oraz jego podopieczny, Grogu. Teraz nasza parka dostaje zlecenia schwytania (żywego lub martwego – choć to pierwsze byłoby lepsze) kolejnego imperialnego watażki, niejakiego Coina. Problem w tym, że nie wiadomo ani gdzie jest, ani jak wygląda – jednak ktoś wie. Bliźniacy, krewni słynnego gangstera Jabby Hutta mają informacje o zbiegu, ALE oddadzą ją w zamian za przysługę – uwolnienie ich siostrzeńca Rotty z planety Shakari.

Favreau sposobem opowiadania przypomina wykonywanie questu z gry komputerową: dotrzyj do punktu A, pogadaj tam, potem rusz do punktu B, znajdź osobę/przedmiot i wróć do A. Co samo w sobie nie jest niczym złym, bo przenosimy się po różnorodnych lokacjach (śnieżne góry na początku, zalesiona siedziba Huttów czy mocno futurystyczne Shakari bardzo podobne do LA z „Blade Runnera”), akcja jest bardzo kompetentnie i dynamicznie zmontowana, gdzie Mando łoi dupy jakby był gwiezdnowojennym Johnem Wickiem. Chyba że zostanie zneutralizowany gazem czy potraktowany prądem, to wtedy jest miękką fają i wtedy Grogu (nazywany wcześniej przez fanów seriali Baby Yodą) wkracza do akcji. Jest jednak pewien problem, a nawet dwa duże.

Po pierwsze, „Mandalorian i Grogu” jest bardzo chaotyczny, z wieloma potencjalnie interesującymi wątkami (tropienie resztek po Imperium, walki gladiatorów) przeskakując między nimi, nie dając zbyt wiele czasu na wybrzmienie. Niejako skaczemy jakby zostało skompresowanych kilka odcinków w jeden film: od akcji na planecie zimowej tropiąc watażkę przez siedzibę Huttów i Shakari aż z powrotem do wielkich żab (posiadający ukryty motyw) do porwania Mando, walki z paskudnym gadem oraz finałem, gdzie Grogu próbuje uratować wojownika (najlepsze sceny z malcem). Po drugie, sama para bohaterów – jeśli zna się serial – nie przechodzi żadnej drogi czy przemiany. Mando jest złodupnym masakratorem i twardzielem (hełm zdejmuje tylko raz, byśmy wiedzieli, że to Pedros), zaś Grogu jest małym słodziakiem, zachowującym się jak mała dzidzia. Nawet relacja mentor/uczeń (lub ojciec/syn) też w zasadzie stoi w miejscu, co nie dało mi zbyt mocnego ciężaru emocjonalnego. Po trzecie, sporo jest tu walczących bestii w SiDżiAj między sobą i choć efekty specjalne są zrobione, nie dają tego emocjonalnego kopa jak potrzeba.

Choć technicznie wszystko jest na swoim miejscu – całość ładnie wygląda, w tle gra świetna muzyka Ludwiga Goranssona (aczkolwiek miejscami techno-elektronika może nie wszystkim podejść), a efekty specjalne trzymają fason. Aktorsko jest strasznie nierówno – Pedros Pascalos w zasadzie gra głosem i robi porządną robotę, ale nic ponadto. Dobrze za to brzmi Jeremy Allen White grający Rottę, czyli syna Jabby Hutta, lecz mającego odmienny temperament od swojego ojca. Jednak największą niespodziankę zrobił największy „fan” kina superbohaterskiego – Martin Scorsese. Jako prowadzący knajpę sprzedawca bardzo zgrabnie imituje… Woody’ego Allena. Bardzo zapada w pamięć, w przeciwieństwie do Sigourney Weaver wcielającą się w rolę pułkownik Ward, zleceniodawczyni Mando. Muszę przyznać, że nie była to zbyt wdzięczna postać do zagrania, ale słychać pewną monotonię i obojętność, sygnalizującą brak zaangażowania.

„Mandalorian i Grogu” wywołał we mnie mieszane uczucia jakich nie miałem przy oglądaniu blockbustera od czasu „Indiany Jonesa i artefaktu przeznaczenia”. Po mocnym i obiecującym początku całość zaczęła się robić mętna, chaotyczna oraz stanowiąca dłuższy odcinek serialu. Może spodoba się młodszym widzom, którzy chcieliby zacząć przygodę z tym uniwersum, ale chyba tylko im. Nie tego powrotu „Gwiezdnych wojen” spodziewano się zapewne.

5,5/10

Radosław Ostrowski

 

Yang

Pochodzący z Korei Południowej, ale mieszkający w USA Kogonada to bardzo specyficzny twórca, który zaczynał od tworzenia video-esejów. Zwrócił moją uwagę swoim ostatnim dziełem, czyli niezłą „Wielką, odważną, piękną podróżą” – imponującą wizualnie, choć nie zawsze klejącą się w całość. Powstały kilka lat wcześniej „Yang”, choć gatunkowo idący w kierunku SF, ma pewne podobne cechy.

Akcja filmu toczy się w nieokreślonej przyszłości, gdzie obok ludzi są kupowane roboty oraz produkowane klony. Poznajemy dość egzotyczną rodzinę: prowadzącego herbaciarnię Jake’a (Colin Farrell), pracującą w korpo Kyrę (Jodie Turner-Smith) oraz ich adoptowaną córkę Mikę (Malea Emma Tjandrawidjaja). Jej jeszcze jej starszy „brat” Yang (Justim H. Min), który jest… androidem mający pomóc dziewczynce w zapoznaniu się z jej chińskim dziedzictwem. Ale nagle android zawiesza się i przestaje działać. Mężczyzna próbuje naprawić maszynę, ale pojawiają się problemy: a) był on kupiony z drugiej ręki, b) nie ma gwarancji, c) ma uszkodzony rdzeń i d) to ogranicza możliwości naprawcze. Ale przez znajomego znajomego udaje się otworzyć rdzeń, a tam… jakieś dziwne oprogramowanie.

„Yang” – jak większość produkcji sygnowanych logiem A24 – nie jest konwencjonalną opowieścią. Całość jest bardzo kameralna i oszczędna, w zasadzie pozbawiona efektów specjalnych oraz efekciarskich popisów. Sam świat nie jest zbyt szczegółowo zarysowany i bardziej przypomina uchwyconą migawkę z kilku dni, gdzie wiele trzeba wyciągnąć samemu ze strzępek dialogów oraz obrazów. A te są bardzo minimalistyczne, choć nie pozbawione mocnych kolorów. Zdecydowanie bardziej Kogonada stawia na nastrój oraz klimat melancholii, jakbyśmy widzieli rodzinę przechodzącą przez żałobę po zmarłym członku.

Problem w tym, że reżyser nie opowiada niczego nowego i sięga po znajome fanom SF motywy oraz wątki. Od kwestii tożsamości i pamięci maszyn czy tego, co nas czyni ludźmi. Ale poza pewnym poczuciem deja vu oraz równie nieoryginalnym światotwórstwem swoje robi dość powolne tempo. Wyjątkiem od tej reguły są sceny retrospekcji, gdzie wypowiadane dialogi słyszymy raz ciszej, zaś drugi raz mocniej i głośniej, niczym echo.

Choć aktorsko oraz technicznie nie jestem w stanie się przyczepić, to jednak „Yang” jest pewnego rodzaju wydmuszką. Potrafi oczarować oczy i pieścić uszy delikatnymi dźwiękami muzyki, ale chyba nie mam w sobie aż takiej dawki wrażliwości dla tego dzieła.

6/10

Radosław Ostrowski

Powrót do przyszłości II

Pierwsza część „Powrotu do przyszłości” była wielkim hitem oraz przełomem w karierze Roberta Zemeckisa. Choć była pozostawiona furtka na kontynuację, nie było planów na sequela. Ale cztery lata później powstała kontynuacja kręcona równolegle z częścią trzecią, więc Zemeckis ze scenarzystą Bobem Galem mieli na to pomysł.

Kontynuacja zaczyna się dokładnie tam, gdzie ostatnio skończyliśmy. W 1985 roku już po „odkręceniu” wydarzeń z 1955 roku pod dom Marty’ego McFly (Michael J. Fox) przyjeżdża doktor Brown (Christopher Lloyd) z lekko zmodyfikowanym wehikułem czasu. Zabiera chłopaka razem ze swoją dziewczyną Jennifer (Elisabeth Shue)… w przyszłość. A dokładniej do roku 2015, gdzie dzieci ich obojga wpakują się w poważne kłopoty. Jednak nie to okazuje się największym wyzwaniem, lecz próba kupienia książkowego almanachu sportowego z wynikami obejmującymi drugą połowę XX wieku. Ta wpada w rękę starego Biffa (Thomas F. Wilson), który podsłuchując rozmowę kradnie wehikuł (korzystając z nieuwagi) i wręcza książkę młodszemu siebie. Dlatego kiedy Marty z doktorem wracają do roku 1985, rzeczywistość wygląda… dziwnie.

Druga część – niczym w tradycji sequeli jak „Imperium kontratakuje” – robi się miejscami o wiele mroczniejsza i poważniejsza. Ale tak się kończy zaburzenie kontinuum czasoprzestrzennego, gdzie jedno małe zdarzenie potrafi uruchomić nieprzewidywalną spiralę wydarzeń. Niemal każdy akt toczy się w innym czasie, co wyróżnia go mocno od poprzednika. Najpierw jesteśmy w futurystycznym roku 2015 z paroma fajnymi bajerami (deskolotka, latające samochody, samozawiązujące się buty czy dopasowujące się ubrania). I mimo lat nadal ten wątek trzyma się mocno. Za to drugi akt pokazujący alternatywny rok 1985 to czyste wariactwo. Mroczne miejsce, pełne chaosu i całkowitej anarchii, zaś w centrum znajduje się hotel i kasyno najbogatszego w mieście Biffa, który tutaj wygląda niczym wyraźna parodia Donalda Trumpa. Tutaj pokazano jakie konsekwencje może doprowadzić majstrowanie w czasie oraz kiedy wehikuł wpadnie w niepowołane ręce. Aż chciałoby się spędzić więcej czasu w tej linii czasowej. Za to trzeci akt to powrót do 1955 roku oraz próba przechwycenia książki. I tu jest to broń obosieczna, bo z jednej strony wracam do znanych wydarzeń, co może wydawać się drogą na łatwiznę. Ale z drugiej widzimy to z innej perspektywy, przez co nie mamy do czynienia z bezczelną kalką.

Zemeckis płynnie balansuje między humorem a mrokiem, dając większy ciężar emocjonalny. Może dlatego nie wywoływał we mnie aż takich spazmów śmiechu. Co nie jest aż tak dużym problemem, bo reżyser bardzo pewnie prowadzi przez wydarzenia. Nie ma tu miejsca na nudę, a powracające gagi (gnojówka) ciągle bawią. Równie imponujące są efekty specjalne (choć już pod koniec widać, że w paru ujęciach są wyprane kolory), zaskakująco dobrze trzyma się charakteryzacja (członkowie rodziny McFly w 2015, wygląd starego Biffa czy Billa z alternatywnego 1985), zaś finałowy pościg w tunelu trzyma w napięciu. I jeszcze mamy to zakończenie, które najpierw wali ciosem w brzuch, ale potem jest to rozładowane sugestią kolejnej części (zwiastun w finale).

Aktorsko nadal wszyscy błyszczą i są kapitalni. Duet Fox/Lloyd ciągle mają świetną chemię, wpadając bardzo naturalnie w swoich rolach. Jednak całość kradnie rewelacyjny Thomas F. Wilson, który gra aż trzy postacie: Biffa, starego Biffa i jego syna Griffa. Każda z tych inkarnacji różni się manieryzmami, głosem, mową ciała, a jednocześnie widać pewne cechy wspólne. To najjaśniejszy punkt filmu oraz prawdopodobnie najlepsze role w całej trylogii. Jedyną wymuszoną zmianą jest pojawienie się Elisabeth Shue w zastępstwie za Claudię Wells jako dziewczyny Marty’ego, lecz aktorka wypada cholernie dobrze (z wyjątkiem fryzury).

Choć drugi „Powrót do przyszłości” nie jest aż tak udany jak oryginał, jednak pozostaje zadziwiająco świeży, kreatywny oraz angażujący. Świetnie wygląda, dialogi brzmią naturalnie, z kapitalnym aktorstwem oraz fantastyczną muzyką Alana Silvestri. Nawet drobne problemy nie są w stanie całkowicie zepsuć przyjemności z seansu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

ARCO

Być może zabrzmi dziwnie to, co powiem, ale w ostatnim czasie nową stolicą fantastycznych animacji stała się… Francja. Cyberpunkowy „Mars Express” czy pochodząca sprzed kilku miesięcy „Mała Amelia” pokazują, że nadal jest sporo miejsca dla kreatywnej, ręcznie rysowanej animacji. Teraz do tego grona dołącza „Arco” – reżyserki debiut rysownika komiksowego Ugo Bienvenu, który do tej pory kręcił tylko krótkometrażówki.

Akcja dzieje się w przyszłości, gdzie ludzkość mieszka w miastach budowanych… w chmurach. Ludzie nie używają nowoczesnej technologii, nadal mają zwierzęta oraz roślinność. Ale posiadają jedną niezwykłą umiejętność, czyli… podróżować w czasie. Pod warunkiem, że ma się ukończone 12 lat, a do tego potrzebna jest odpowiednia peleryna w kształcie tęczy oraz kryształ. Ale tytułowy Arco ma zaledwie 10, a już chce podróżować – głównie, by zobaczyć dinozaury. Więc robi to, co każdy dzieciak – wykrada pelerynę siostry w nocy, wybiera i – nie bez problemów – odlatuje w niebo, zostawiając ślad tęczy. Jednak zamiast do czasów prehistorycznych, ląduje w roku… 2075. Tam poznaję dziewczynkę o imieniu Iris, która próbuje mu pomóc wrócić do siebie.

Koncepcje w „Arco” są znajome: podróże w czasie, zmieniająca się Ziemia, rozwój technologiczny oraz roboty niemal odpowiedzialne za wszystko (policja, serwisy, nauczyciele). To nie jest nasza rzeczywistość (jeszcze), ale powoli zaczynamy do niego się zbliżać. Za to dorośli pracują gdzieś poza miastem, a komunikują się z rodziną w formie hologramów (albo przyjeżdżając na weekendy). A nocą budynki otoczone są szklanymi kopułami. Reżyser ewidentnie stawia na światotwórstwo oraz proekologiczne przesłanie, choć to ostatnie jest nienachalne. Więcej jest tu skupienia na spotkaniu młodych ludzi z dwóch różnych światów (dosłownie i w przenośni), ale jest tu o wiele więcej mądrych obserwacji na temat rodzicielstwa, przyjaźni oraz sile wyobraźni. Jedynym poważniejszym zgrzytem (poza poczuciem deja vu) jest pojawiająca się trójka przybyszy, próbujących znaleźć Arco. Ci robią za nieporadnych cwaniaczków, dodając sporo slapstickowego humoru, który jednak wydaje się tu nie do końca pasować.

Sama animacja jest prosto rysowana, ale bardzo barwna i przypominająca dawne produkcje sprzed 30-40 lat. Do tego mocno budzi skojarzenia z japońskim anime (szczególnie pokazując przyrodę) w stylu studia Ghibli – nawet muzyka brzmi podobnie – co jest bardzo przyjemnym skojarzeniem. Nie mogłem oderwać oczu zarówno od widoków lasu czy bardzo przestrzennych sal szkolnych, gdzie na ścianach widać rzeczy adekwatne do przedmiotu (widok kosmosu; bitwa morska czy dinozaury). Ale jest tu jeszcze więcej niezapomnianych scen: pierwszy lot Arco, próba wybicia się z podwórka Iris czy ucieczka z płonącego lasu. A już pod koniec było płakanko, co zdarza mi się równie często jak spełnianie obietnic wyborczych przez polityków.

Jeśli chcecie spędzić czas z dzieckiem przy pięknie narysowanym, mądrym oraz wartościowym filmie (czyli innym niż „Super Mario Galaxy”, który zapewnia bardzo sprawną lobotomię mózgu), „Arco” jest propozycją idealną. Może nie jest oryginalny w kwestii konceptów kina SF, ale nadrabia to workiem uroku, piękną stroną plastyczną oraz solidnym polskim dubbingiem (pozbawionym rozpoznawalnych i znanych głosów). To kolejny przykład, że poza Hollywood powstają zaskakujące animowane perełki.

8/10

Radosław Ostrowski