Powrót do przyszłości II

Pierwsza część „Powrotu do przyszłości” była wielkim hitem oraz przełomem w karierze Roberta Zemeckisa. Choć była pozostawiona furtka na kontynuację, nie było planów na sequela. Ale cztery lata później powstała kontynuacja kręcona równolegle z częścią trzecią, więc Zemeckis ze scenarzystą Bobem Galem mieli na to pomysł.

Kontynuacja zaczyna się dokładnie tam, gdzie ostatnio skończyliśmy. W 1985 roku już po „odkręceniu” wydarzeń z 1955 roku pod dom Marty’ego McFly (Michael J. Fox) przyjeżdża doktor Brown (Christopher Lloyd) z lekko zmodyfikowanym wehikułem czasu. Zabiera chłopaka razem ze swoją dziewczyną Jennifer (Elisabeth Shue)… w przyszłość. A dokładniej do roku 2015, gdzie dzieci ich obojga wpakują się w poważne kłopoty. Jednak nie to okazuje się największym wyzwaniem, lecz próba kupienia książkowego almanachu sportowego z wynikami obejmującymi drugą połowę XX wieku. Ta wpada w rękę starego Biffa (Thomas F. Wilson), który podsłuchując rozmowę kradnie wehikuł (korzystając z nieuwagi) i wręcza książkę młodszemu siebie. Dlatego kiedy Marty z doktorem wracają do roku 1985, rzeczywistość wygląda… dziwnie.

Druga część – niczym w tradycji sequeli jak „Imperium kontratakuje” – robi się miejscami o wiele mroczniejsza i poważniejsza. Ale tak się kończy zaburzenie kontinuum czasoprzestrzennego, gdzie jedno małe zdarzenie potrafi uruchomić nieprzewidywalną spiralę wydarzeń. Niemal każdy akt toczy się w innym czasie, co wyróżnia go mocno od poprzednika. Najpierw jesteśmy w futurystycznym roku 2015 z paroma fajnymi bajerami (deskolotka, latające samochody, samozawiązujące się buty czy dopasowujące się ubrania). I mimo lat nadal ten wątek trzyma się mocno. Za to drugi akt pokazujący alternatywny rok 1985 to czyste wariactwo. Mroczne miejsce, pełne chaosu i całkowitej anarchii, zaś w centrum znajduje się hotel i kasyno najbogatszego w mieście Biffa, który tutaj wygląda niczym wyraźna parodia Donalda Trumpa. Tutaj pokazano jakie konsekwencje może doprowadzić majstrowanie w czasie oraz kiedy wehikuł wpadnie w niepowołane ręce. Aż chciałoby się spędzić więcej czasu w tej linii czasowej. Za to trzeci akt to powrót do 1955 roku oraz próba przechwycenia książki. I tu jest to broń obosieczna, bo z jednej strony wracam do znanych wydarzeń, co może wydawać się drogą na łatwiznę. Ale z drugiej widzimy to z innej perspektywy, przez co nie mamy do czynienia z bezczelną kalką.

Zemeckis płynnie balansuje między humorem a mrokiem, dając większy ciężar emocjonalny. Może dlatego nie wywoływał we mnie aż takich spazmów śmiechu. Co nie jest aż tak dużym problemem, bo reżyser bardzo pewnie prowadzi przez wydarzenia. Nie ma tu miejsca na nudę, a powracające gagi (gnojówka) ciągle bawią. Równie imponujące są efekty specjalne (choć już pod koniec widać, że w paru ujęciach są wyprane kolory), zaskakująco dobrze trzyma się charakteryzacja (członkowie rodziny McFly w 2015, wygląd starego Biffa czy Billa z alternatywnego 1985), zaś finałowy pościg w tunelu trzyma w napięciu. I jeszcze mamy to zakończenie, które najpierw wali ciosem w brzuch, ale potem jest to rozładowane sugestią kolejnej części (zwiastun w finale).

Aktorsko nadal wszyscy błyszczą i są kapitalni. Duet Fox/Lloyd ciągle mają świetną chemię, wpadając bardzo naturalnie w swoich rolach. Jednak całość kradnie rewelacyjny Thomas F. Wilson, który gra aż trzy postacie: Biffa, starego Biffa i jego syna Griffa. Każda z tych inkarnacji różni się manieryzmami, głosem, mową ciała, a jednocześnie widać pewne cechy wspólne. To najjaśniejszy punkt filmu oraz prawdopodobnie najlepsze role w całej trylogii. Jedyną wymuszoną zmianą jest pojawienie się Elisabeth Shue w zastępstwie za Claudię Wells jako dziewczyny Marty’ego, lecz aktorka wypada cholernie dobrze (z wyjątkiem fryzury).

Choć drugi „Powrót do przyszłości” nie jest aż tak udany jak oryginał, jednak pozostaje zadziwiająco świeży, kreatywny oraz angażujący. Świetnie wygląda, dialogi brzmią naturalnie, z kapitalnym aktorstwem oraz fantastyczną muzyką Alana Silvestri. Nawet drobne problemy nie są w stanie całkowicie zepsuć przyjemności z seansu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

ARCO

Być może zabrzmi dziwnie to, co powiem, ale w ostatnim czasie nową stolicą fantastycznych animacji stała się… Francja. Cyberpunkowy „Mars Express” czy pochodząca sprzed kilku miesięcy „Mała Amelia” pokazują, że nadal jest sporo miejsca dla kreatywnej, ręcznie rysowanej animacji. Teraz do tego grona dołącza „Arco” – reżyserki debiut rysownika komiksowego Ugo Bienvenu, który do tej pory kręcił tylko krótkometrażówki.

Akcja dzieje się w przyszłości, gdzie ludzkość mieszka w miastach budowanych… w chmurach. Ludzie nie używają nowoczesnej technologii, nadal mają zwierzęta oraz roślinność. Ale posiadają jedną niezwykłą umiejętność, czyli… podróżować w czasie. Pod warunkiem, że ma się ukończone 12 lat, a do tego potrzebna jest odpowiednia peleryna w kształcie tęczy oraz kryształ. Ale tytułowy Arco ma zaledwie 10, a już chce podróżować – głównie, by zobaczyć dinozaury. Więc robi to, co każdy dzieciak – wykrada pelerynę siostry w nocy, wybiera i – nie bez problemów – odlatuje w niebo, zostawiając ślad tęczy. Jednak zamiast do czasów prehistorycznych, ląduje w roku… 2075. Tam poznaję dziewczynkę o imieniu Iris, która próbuje mu pomóc wrócić do siebie.

Koncepcje w „Arco” są znajome: podróże w czasie, zmieniająca się Ziemia, rozwój technologiczny oraz roboty niemal odpowiedzialne za wszystko (policja, serwisy, nauczyciele). To nie jest nasza rzeczywistość (jeszcze), ale powoli zaczynamy do niego się zbliżać. Za to dorośli pracują gdzieś poza miastem, a komunikują się z rodziną w formie hologramów (albo przyjeżdżając na weekendy). A nocą budynki otoczone są szklanymi kopułami. Reżyser ewidentnie stawia na światotwórstwo oraz proekologiczne przesłanie, choć to ostatnie jest nienachalne. Więcej jest tu skupienia na spotkaniu młodych ludzi z dwóch różnych światów (dosłownie i w przenośni), ale jest tu o wiele więcej mądrych obserwacji na temat rodzicielstwa, przyjaźni oraz sile wyobraźni. Jedynym poważniejszym zgrzytem (poza poczuciem deja vu) jest pojawiająca się trójka przybyszy, próbujących znaleźć Arco. Ci robią za nieporadnych cwaniaczków, dodając sporo slapstickowego humoru, który jednak wydaje się tu nie do końca pasować.

Sama animacja jest prosto rysowana, ale bardzo barwna i przypominająca dawne produkcje sprzed 30-40 lat. Do tego mocno budzi skojarzenia z japońskim anime (szczególnie pokazując przyrodę) w stylu studia Ghibli – nawet muzyka brzmi podobnie – co jest bardzo przyjemnym skojarzeniem. Nie mogłem oderwać oczu zarówno od widoków lasu czy bardzo przestrzennych sal szkolnych, gdzie na ścianach widać rzeczy adekwatne do przedmiotu (widok kosmosu; bitwa morska czy dinozaury). Ale jest tu jeszcze więcej niezapomnianych scen: pierwszy lot Arco, próba wybicia się z podwórka Iris czy ucieczka z płonącego lasu. A już pod koniec było płakanko, co zdarza mi się równie często jak spełnianie obietnic wyborczych przez polityków.

Jeśli chcecie spędzić czas z dzieckiem przy pięknie narysowanym, mądrym oraz wartościowym filmie (czyli innym niż „Super Mario Galaxy”, który zapewnia bardzo sprawną lobotomię mózgu), „Arco” jest propozycją idealną. Może nie jest oryginalny w kwestii konceptów kina SF, ale nadrabia to workiem uroku, piękną stroną plastyczną oraz solidnym polskim dubbingiem (pozbawionym rozpoznawalnych i znanych głosów). To kolejny przykład, że poza Hollywood powstają zaskakujące animowane perełki.

8/10

Radosław Ostrowski

Powrót do przyszłości

Takie powroty po latach zawsze są obarczone ogromnym ryzykiem, szczególnie jeśli są sporą częścią czyjegoś życia. Tak mam z trylogią „Powrót do przyszłości” Roberta Zemeckisa, którą oglądałem multum razy. Nie powiem, że znam ją na pamięć, ale wiele scen, postaci, dialogów i momentów wbiły mi się w głowę, pozostając tam prawdopodobnie na zawsze. Więc co ja mogę powiedzieć o tym klasyku, czego nikt nie wspomniał? Niemniej i tak spróbuję.

Historia skupia się na Martym McFly (Michael J. Fox) – licealiście z Hill Valley, marzącym o karierze muzyka oraz sukcesie. Czymś o czym wielu młodych ludzi z lat 80. marzyło. Do tego jego najlepszym przyjacielem jest bardzo ekscentryczny naukowiec, dr Emmett Brown (Christopher Lloyd). Ten zaprasza chłopaka późną nocą by nagrał jego najnowszy wynalazek – wehikuł czasu. Skonstruowany w samochodzie marki DeLorean, co daje mu bardzo rozpoznawalny styl. Problem w tym, że do odpalenia tej maszyny potrzeba 1,21 gigawata energii, a do tego potrzeba… plutonu. Który został skradziony przez libijskich terrorystów, którzy chcieli na niej zbudować bombę atomową. Wskutek okoliczności ucieka wehikułem czasu do listopada 1955 roku. Ale co gorsza trafia na swoich rodziców w jego wieku i doprowadza do tego, że… jego matka Lorraine (Lea Thompson) jest strasznie napalona na Marty’ego. W końcu udaje mu się trafić na dra Browna, by pomógł mu wrócić do swoich czasów oraz spiknąć swoich rodziców. Inaczej kompletnie wyparuje z kart historii.

Robert Zemeckis ze scenarzystą Bobem Galem opowiadają historię w bardzo prosty sposób, pokazując konsekwencje działań w bardzo zrozumiały sposób. Bez użycia gigantycznych efektów specjalnych (tylko fotografia rodzeństwa McFly’a), czyniąc całość bardzo zrozumiałą. Jednocześnie całość pozostaje komedią opierającą się zarówno na dynamice między Martym a Brownem, ale też odkrywaniu co naprawdę kryło się za historiami rodzinnymi. Jak rodzice byli zupełnie innymi ludźmi niż w wieku nastoletnim, co pozwala lepiej ich poznać i doprowadza do zaskakujących odkryć. Nie można też nie wspomnieć zarówno odtworzenia realiów lat 50. (od scenografii i szczegółowych rekwizytów jak w jadłodajni aż po kostiumy), ale też mentalności: z fascynacją kinem SF, dopiero zaczynającym się przebijać rock’n’rollem. Wszystko jest bardzo zwarto napisane, humor jest zrobiony z wyczuciem i w zasadzie trudno mi się tu do czegoś przyczepić.

Do tego mamy w tle zapadającą w pamięć muzykę Alana Silvestriego z niezapomnianym tematem przewodnim, jest to sporo narracji wizualnej (kapitalny początek w mieszkaniu doktorka, pełną wynalazków i tykających zegarów), zaś finał zostawia otwartą furtkę na kontynuację. Ta nastąpiła pięć lat później, lecz to temat na osobną opowieść. A wszystko jest też genialnie zagrana. I nie chodzi tylko o główny duet Michael J. Fox/Christopher Lloyd, ale też bardzo bogaty drugi plan. Świetny jest Crispin Glover w roli nerdowatego George’a McFly (ojciec Marty’ego), który jest bardzo niepewny siebie i unikający konfrontacji. Ma wręcz idealny timing komediowy, co widać w scenach z Martym i powoli zaczyna stawiać na swoim. Równie zaskakująca jest Lea Thompson wcielająca się w Lorraine. W 1985 roku jest bardzo pulchną, niemal bardzo powściągliwą i konserwatywną, gdy w młodości jest zupełnym przeciwieństwem – bardzo pewną siebie, pociągającą dziewczyną. Całość parę razy kradnie Thomas F. Wilson jako śliski oraz cwany Biff Tannen, będący szkolnym rozrabiaką używającym siły i nie znoszącym sprzeciwu. O drobnym epizodzie Jamesa Tolkana (pan Strickland) nawet nie wspominam.

Czy pierwszy „Powrót do przyszłości” to najlepszy film w dorobku Roberta Zemeckisa? Ogromna część mnie mówi: TAK. Pomimo lat film pozostaje bardzo zwarto napisanym i wyreżyserowanym, a także wykonanym technicznie bez zarzutu (może poza jednym ujęciem na blue screenie – ale trwa ono krótko). Fenomenalna rozrywka i jedna z najsensowniej pokazanych podróży w czasie na ekranie. Aż chce się powiedzieć: WIELKIE NIEBA!!!

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Baw się dobrze i przeżyj

Gore Verbinski – ten amerykański reżyser o polsko brzmiącym nazwisku miał dość wyboistą karierę. Zaczynał od teledysków i reklam, zaś pierwszym pełnometrażowym filmem była komediowa farsa „Polowanie na mysz”. Potem była próba naśladowania Tarantino w „Mexican”, kasowy hit w postaci remake’u japońskiego „The Ring” i wreszcie szczyt w postaci przygodowych „Piratów z Karaibów”. Jednak po animowanym westernie „Rango” nastąpiła katastrofalna wtopa w postaci „Jeźdźca znikąd” oraz pokręcony horror „Lekarstwo na życie”, który poniósł klęskę finansową i artystyczną. I kiedy wydawało się, że Verbinski zniknął, a planowane produkcje (w tym egranizacja „Bioshocka”) poszły w pizdu, po 10 latach wraca. Dostał 20 baniek, by zrobić czarną komedię SF i się pobawić. Czy jest to udany powrót?

Baw się dobrze i przeżyj” zaczyna się w zwykłej knajpie nocą, gdzie goście sobie siedzą, jedzą, piją i pier…, eeee, to ostatnie nie. Głównie to coś robią ze swoimi telefonami (ok, to źle zabrzmiało). Przeglądają, piszą wiadomości, grają w gry. Ale o 22.10 do knajpy wchodzi kompletny pomyleniec z jakimiś przypiętymi kablami i układami scalonymi na sobie, czymś jakby detonatorem oraz folią. Zupełnie jakby za dużo razy oglądał „12 małp”. Do tego ostrzega, że zaraz nastąpi koniec świata przez stworzenie Sztucznej Inteligencji i potrzebuje grupki ochotników do pomocy. I że to jest jego 117-te (!!!) podejście. W końcu udaje się skleić drużynę, którą tworzą: para nauczycieli (Zazie Beats i Michael Pena), kierowca ubera Scott (Asim Chaundry), matka, która straciła syna w szkolnej strzelaninie (Juno Temple) oraz uczuloną na telefony i Internet „księżniczkę” (Haley Lu Richardson).

Verbinski razem ze scenarzystą Matthew Robinsonem (reżyser zaskakującej post-apo „Miłość i potwory”) sięgają po motyw Sztucznej Inteligencji jako siły zniewalającej i doprowadzającej do upadku ludzkości. Nie jest to coś oryginalnego, a, która jest bardzo mocno na topie. Mocno czuć tutaj wpływy „Czarnego lustra”, wspomnianych „12 małp”, „Terminatora”, a nawet – głównie w finale – „Wszystko wszędzie naraz”. A pewnie jest tego jeszcze więcej, ale poszukiwania zostawiam bardziej zaprawionym kinomanom. Sama historia jest mocno przerysowana i przejaskrawiona, gdzie sam przekaz przedstawiony jest wprost w otwierającym monologu Człowieka z Przyszłości. Po drodze jeszcze dostajemy wplecione cztery mini-opowieści, dzięki którym poznajemy niektórych członków drużyny. Para nauczycieli mierzącą się z uczniami tak zapatrzonymi w smartfony, że zmieniają się w żywe trupy; mającą alergię na technologię Ingrid, która poznaje chłopaka także trzymającego się z daleka od gadżetów (do czasu) czy będącej w żałobie matki, która dostaje możliwość… sklonowania swojego martwego syna. W wersji premium albo z reklamami. 😉

Z jednej strony pozwalają wejść w ten świat, gdzie ludzkość zaczyna (jak my obecnie) za bardzo polegać na technologii i gadżetach zamiast swoich zwojach mózgowych, z drugiej zaburzają tempo i energię akcji dziejącej się współcześnie. O fakcie, że wiele z tych wątków lepiej przedstawiło serialowe „Czarne lustro” nie wspominam. Jednak kiedy jesteśmy we współczesnym wątku, to film leci ze swoimi dzikimi pomysłami. Widać pewne ograniczenia budżetu, bo akcja dzieje się nocą w ciasnych pomieszczeniach, jednak Verbinski potrafi podkręcić gaz (tropiący drużynę duet najemników) szczególnie w trzecim akcie. Całość okraszona jest też bardzo czarnym humorem, który mnie parę razy złapał z zaskoczenia oraz świetne zakończenie, wywracające wszystko do góry nogami.

No i jeszcze jest to cholernie dobrze zagrane. Sam Rockwell jest absolutnie charyzmatyczny w roli Człowieka z Przyszłości, który początkowo sprawia wrażenie totalnego pomyleńca i świra. Ale pod tym skrywa się postać z tajemnicą, desperacką wolą walki oraz całkowitą paranoją. Ten facet jak zawsze kradnie ekran, tworząc najciekawsze postacie i nie inaczej jest tutaj. Poza nim najbardziej wybijają się świetne Juno Temple oraz Haley Lu Richardson, których wątki odgrywają istotną rolę w całej narracji.

Tytuł okazał się dla mnie proroczy. Bo rzeczywiście bawiłem się dobrze i przeżyłem dwie godziny, zaś Verbinski dostarczył kawał cholernie dobrej rozrywki. Nie jest może aż tak szalony na jakiego jest reklamowany, jednak jest to udany powrót reżysera „Rango” do formy.

7/10

Radosław Ostrowski

Projekt Hail Mary

UWAGA!
Recenzja zawiera drobne ilości spojlerów, których starałem się ograniczyć do minimum.

Ta pobudka była ciężka niczym po ostrym kacu. Jakieś światła i dźwięk atakują wszystkie zmysły, a po otwarciu oczu nie jest lepiej. Okazuje się, że znajdujesz się w jakimś worku z tubą przypiętą do twarzy. Jakiś komputer przeprowadza badania, a po niezbyt łatwych próbach poruszania odkrywasz trzy rzeczy. Raz – jesteś na jakimś kosmicznym statku, dwa – jesteś jedynym żywym członkiem załogi, trzy – kompletnie nie pamiętasz kim jesteś, jak się nazywasz i… „co ty tutaj robisz?”. Tak się zaczyna „Projekt Hail Mary”, czyli na pierwszy rzut oka znajomy kolaż motyw kina SF, a jednocześnie jeden z najbardziej wciągających i oszałamiających filmów ostatnich lat.

Akcja filmu rozwija się dwutorowo: z jednej strony jesteśmy na statku razem z Raylandem Grace’m (Ryan Gosling), który próbuje odnaleźć i się nawigować w bardzo odległej przestrzeni kosmicznej. Z drugiej mamy retrospekcje, które próbują odkryć jakim cudem facet (biolog molekularny, który pracuje jako nauczyciel w liceum) trafił na statek kosmiczny. A w tle mamy wyścig z czasem, gdzie stawką jest los Ziemi, która za 30 lat może umrzeć. Wszystko z powodu mikroorganizmów zwanych astrofagami, które zjadają napotykane gwiazdy (w tym Słońce). To doprowadza do stworzenia projektu Hail Mary (czyli po naszemu: Zdrowaś Mario) oraz misji kosmicznej.

Film oparto na powieści SF Andy’ego Weira (autora „Marsjanina”), scenariusz stworzył Drew Goddard (odpowiedzialny za adaptację „Marsjanina”), zaś całość wyreżyserował duet Phil Lord/Christopher Miller. Panowie znani głównie z komedii („22 Jump Street”) oraz animacji („Lego Przygoda”, „Spider-Man: Uniwersum” czy „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”) na pierwszy rzut oka wydają się dziwnym wyborem. Ale ich najnowsze dzieło oraz ręka dziwnie pasuje do tej historii. Z jednej strony epickiej w skali, gdzie zaczynamy odkrywać tajemnicę Grace’a i użycie inteligencji do rozgryzienia zagadki, ale z drugiej jest to zadziwiająco kameralna historia o samotności, nieoczekiwanej odwadze oraz… nietypowej przyjaźni. Bo nie jest jedyną istotą, która ma ten sam problem do rozwiązania.

Więcej zdradzić nie zamierzam (zwiastuny już to zrobiły), ale reżyserski duet bardzo płynnie przechodzi od dramatu do komedii, pozostając kosmicznym kinem przygodowym. Scen akcji jest tu niewiele, ale jak się pojawiają (jak zdobywanie próbek z planety), trzymają za gardło. Tym większe wrażenie robi tutaj bardzo namacalna scenografia statku kosmicznego oraz – co zważywszy na ogromny budżet – praktyczne efekty specjalne, gdzie efekty komputerowe wydają się być nieobecne albo ograniczone do minimum. A mimo to „Hail Mary” wygląda zjawiskowo – sam wygląd kosmosu, planety czy eksperymenty z astrofagami chłonąłem niczym spirytus gąbkę, a w tle gra fenomenalna, elektroniczno-orkiestrowo-chóralna muzyka Daniela Pembertona.

A to wszystko na swoich barkach dźwiga Ryan Gosling, który jest rewelacyjny w roli doktora Grace’a. To nie jest heros, lecz bardzo wycofany i zamknięty w sobie inteligent, który „sparzył się” w relacjach z innymi ludźmi. Aktor bardzo sugestywnie pokazuje jego samotność i wycofanie, ale kiedy poznaje kosmitę zaczyna się powoli otwierać, dokonując rzeczy o jakich by się nie podejrzewał. Cudowna chemia jest między nim a ufokiem o głosie Jamesa Ortiza i będącym… animatroniczną kukiełką, co dodaje o wiele większej lekkości niż można się było tego spodziewać. Jeszcze muszę wspomnieć o Sandrze Huller, która wciela się w szefową projektu, Evę Stratt. I jako jedyna wydaje się traktować bardzo poważnie, że aż ociera się o żart opowiadany z kamienną twarzą.

Nie pamiętam kiedy ostatni raz wyszedłem z kina z uśmiechem na twarzy oraz nadzieją, o którą coraz trudniej w naszej rzeczywistości. „Projekt Hail Mary” jest niczym kompilacja znajomych motywów kina SF (od spielbergowskiego „E.T.” po nolanowski „Interstellar”), która brzmi świeżo, ma masę uroku oraz staroświeckiego sznytu kina lat 70 i 80., pozostając inteligentną rozrywką. Może i niezbyt oryginalne, ale pierwszorzędnie wykonane oraz nie wychodzące z głowy od razu po seansie. Kapitalne kino po prostu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Hopnięci

Coś ostatnio forma jednego z najlepszych studiów filmów animowanych w USA, czyli Pixara jest bardzo chwiejna. Oryginalne produkcje jak „Między nami żywiołami” czy „Elio” spotykały się najwyżej z umiarkowanym odbiorem, zaś sequele raczej są robione z automatu (z wyjątkiem drugiego „W głowie się nie mieści”). Światełkiem w tunelu mieli okazać się „Hopnięci” – pierwszy od dawna film studia z Emeryville mający bardzo wysokie oceny krytyków. Czy w końcu dostajemy coś wyjątkowego?

Akcja dzieje się w Bobromyślu, gdzie życie sobie niejaka Malwinka Tanaka. Dziewczynka jest outsiderką, która ma totalnego zajoba na punkcie przyrody. Do tego stopnia, że jako młoda uczennica chciała „uwolnić” zwierzęta ze szkoły. Jedyną osobą, która ją rozumie i wspiera jest jej babcia o mocno ekologicznych przekonaniach, mieszkająca pod miastem nad jeziorkiem. Ale po śmierci staruszki Malwina zostaje studentką i przeprowadza się do jej domu. Sytuacja się pogarsza, kiedy burmistrz miasta Dziarski chce w okolicy jeziora zbudować obwodnicę, niszcząc domostwo boberów oraz innych zwierząt. Chyba, że jej uda się ściągnąć gryzoni od tam z powrotem. Dziewczyna przypadkiem trafia na eksperyment prowadzony przez panią profesor Bossak z uniwersytetu zwanego hopnozą. Polega na wydrukowaniu mechanicznych zwierząt oraz umieszczaniu w niej ludzkiej świadomości. Po co? By móc obserwować przyrodę bez płoszenia reprezentantów fauny i flory swoją obecnością. Nie trzeba być dziennikarzem TVN-u czy TV Republika, by domyślić się co zrobi Malwina.

Jeśli punkt wyjścia budzi w was skojarzenia z „Avatarem” Jamesa Camerona, nie jesteście jedyni. Dzieło Daniela Chonga na pierwszy rzut oka wydaje się mieszanką znajomych filmów – poza opowieścią o kosmicznych smerfach mamy tu i „Dzikiego robota”, „Odlot” (jeden rysunek na tablicy jakiś znajomy) czy… „Matrixa”. Ale to wszystko wydaje się na pierwszy rzut oka prostą kalką oraz podziałem na złych ludzi i dobrą przyrodę. Nie jest to pozbawione humoru, kiedy Malwinka jako bober (nie takie bydle jak mówił ktoś w filmiku z YT) poznaje przyrodę oraz jej prawa. Od działania łańcucha pokarmowego (oraz reakcji zwierząt) przez wspólne zamieszkiwanie pod wodzą króla ssaków, bobera Karola – scena wspólnej rozgrzewki pod muzykę CUDOWNA – czy wspólnej rady zwierząt.

Im dalej w las, tym bardziej twórcy odpinają wrotki i szaleją: zarówno wizualnie z masą zwierząt na ekranie (motyle, mrówki, ryby) robią piorunujące wrażenie, tak jak szalony pościg i ucieczka samochodem przed… rekinem Renatą (nie, nie pomyliłem się) albo komunikacja z ludźmi przy użyciu smartfona. Pojawi się parę niespodzianek i zakrętów (włącznie z nieoczywistym antagonistą), będą nagłe zgony, zaś przesłanie o wspólnym koegzystowaniu ludzi z fauną i florą nie jest nachalnie dydaktyczne. Sama animacja jest na najwyższym poziomie, gdzie czuć odrobinę inspiracji anime (szczególnie w przypadku twarzy postaci). Wygląda to pięknie, mimo nie bycia produkcją spod znaku National Geographic czy Discovery Channel.

Ponieważ filmy animowane przez Disneya u nas są pokazywane tylko z polskim dublażem. I jak w większości przypadków nie można się za bardzo przyczepić, co jest zasługą reżysera Łukasza Lewandowskiego (wcześniej odpowiadał za realizację „Uniwersytetu Potwornego” i pierwszego „W głowie się nie mieści”) oraz tłumaczenia Kuby Wecsile. Niespodzianką byli dla mnie mniej znani Alicja (nomen omen) Bobruk i Paweł Algier w rolach Malwinki oraz króla Karola. Pierwsza początkowo moje irytować swoją pro-ekologiczną obsesją, przez co staje się outsiderką w społeczeństwie. Ale zaczyna dostrzegać jakie niebezpieczne konsekwencje sprawiają jej działania, mimo czystych intencji i doprowadza do przemiany. Z kolei bobrzy król jest zwyczajnie uroczy, pełen życzliwości oraz empatii, choć wydaje się unikać konfrontacji. Oboje razem są świetni, z każdą sceną zyskując moją sympatię. Jednak to drugi plan kradnie jak zawsze ekran: od zaskakującego Pawła Małaszyńskiego (burmistrz Dziarski – polityk jakich wielu, ale lubiany przez mieszkańców) przez solidną Kingę Preis (profesor Simona Bossak) oraz Jarosława Boberka (ospały Buba) aż do świetnej Danuty Stenki (królowa owadów), lekko demonicznego Józefa Pawłowskiego (król owadów) i niespodziewanego cameo Katarzyny Herman (Renata!!!).

W zasadzie jedynym problemem było dla mnie nierówne tempo w drugim akcie. Nie zmienia to faktu, że „Hopnięci” to jedna z lepszych produkcji Pixara od kilku lat. Jak zawsze twórcy nadal czarują piękną animacją, dostarczając sporo frajdy dzieciom, ale także taki stary pryk jak ja (lat powyżej 18) nie będzie się nudził. No i pamiętajcie – zło bobrem zwyciężaj, bo bober to potęga!!!!

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przeznaczenie

Co było pierwsze – jajko czy kura? To jedno z odwiecznych pytań, które dręczą nie tylko filozofów, ale także pisarzy czy filmowców. W szczególności tych wykorzystujących konwencję fantastyki naukowej. Szczególnie te dotyczące podróży w czasie oraz reperkusji tych działań. Jeśli kojarzycie takie filmy jak trylogia „Powrót do przyszłości” czy „12 małp”, to prawdopodobnie podejdzie wam australijskie niskobudżetowe „Przeznaczenie”.

Akcja skupia się wokół Agenta Czasu, który wykonuje skoki w czasie, żeby powstrzymać ataki terrorystyczne, zamachy oraz inne tragedie. To alternatywna rzeczywistość w retro wydaniu, gdzie podróżnicy mają dwa rewolwery oraz wehikuły w kształcie futerału na skrzypce czy inną gitarę. Bohaterem jest protagonista (Ethan Hawke), który ma obsesję na punkcie dopadnięcia terrorysty o ksywie Fizzle Bomber. Człowiek ten w marcu 1975 roku podłoży ładunek, który zabije ponad 10 tysięcy osób, więc sprawa jest bardzo poważna. Wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem, jednak agent ma pewien plan. I szybko trafiamy do 1970 roku w jakimś barze, gdzie podróżnik działa jako barman pod przykrywką. Tam pojawia się pewien szorstki mężczyzna (Sarah Snook) opowiadający pokręconą historię swojego życia.

I w tym momencie muszę zatrzymać opowiadanie fabuły, bo jedno czy dwa zdania za dużo mogą zepsuć odkrywanie tajemnicy. A dzieło braci Spierig – doświadczonych gości od tworzenia efektów specjalnych – jest jednym z największych mózgotrzepów jaki widziałem od dawna. Próbując połączyć kto, co, jak i kiedy może doprowadzić komórki mózgowe do intensywnego myślenia. Ale przez większość czasu jesteśmy w nowojorskim barze AD 1970, słuchając rozmowy dwójki ludzi. Z masą retrospekcji, osadzonymi w przedziale 1945-70, mocno osadzonymi w znanej nam rzeczywistości. Efektów specjalnych oraz wizualnych bajerów tu nie znajdziecie, akcja w zasadzie dzieje się w kilku lokacjach, co wynika z ograniczeń budżetowych.

Ale reżyserzy umieją to ugrać w atut. „Przeznaczenie” ładnie wygląda wizualnie, scenografia i kostiumy z epoki świetnie budują klimat (zwłaszcza siedziby SpaceCorp), zaś świetne dialogi wpadają w ucho oraz wypadają naturalnie. To ostatnie jest także zasługą opowiadania Roberta Heinleina – jednego z klasyków literatury SF lat 50. i 60., zaś wszelkie nitki, kroki oraz twisty zawstydziłyby samego M. Nighta Shyamalana. Przeznaczenie, transgresja, podróże w czasie, tożsamość i czas – za pierwszym razem nie ogarnąłem. Czuję, że jeszcze tu wrócę. Sama akcja jest bardzo dobrze pokazana, choć jest jej zaskakująco mało, a ostatnie pół godziny to prawdziwy rollercoaster oraz rozgardiasz, próbujący spiąć wszystko w gigantycznym suple. A wszystko to jest rewelacyjnie zagrane przez dominujący duet Ethan Hawke/Sarah Snook, szczególnie ta ostatnia magnetyzuje wcielając się zarówno w mężczyznę oraz kobietę, bez popadania w sztuczność. Karkołomna, skomplikowana i niezapomniana rola.

Nie będzie raczej niespodzianką nazwanie „Przeznaczenia” najlepszym filmem braci Spierig. Intrygujący, tajemniczy, bardzo stylowy wizualne, świetnie zagrany oraz napisany. Skomplikowana układanka, do której będzie się chciało wracać, by poszukać kolejnych tropów w sklejeniu całego obrazu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Elio

Coś ostatnio Pixar ze swoimi animacjami nie porywa. Jasne, są imponujące wizualnie oraz technicznie na najwyższym poziomie, jednak same opowieści wydają się nieangażujące emocjonalnie, a także zbyt znajome. Dlatego rzadko pojawiam się w kinowej sali na nowym dziele ekipy z Emeryville. Taki też los spotkał „Elio”, kosztujący ponad 200 milionów dolarów animacja SF, która poniosła komercyjną porażkę. Czy zasłużenie?

Tytułowy Elio to młody chłopak, który po śmierci rodziców, jest wychowywany przez ciotkę z armii. Delikatnie mówiąc, oboje pochodzą z różnych planet. Dzieciak porozumiewał się z rodzicami specyficznym językiem oraz ma ogromną obsesję na punkcie kosmitów. Do tego stopnia, że chce nawiązać z nimi kontakt i wyrwać się z Ziemi. Tak bardzo samotność go dobija. Przypadkiem udaje się znaleźć połączenie z przybyszami z innych planet, którzy uznają go za… ziemskiego przywódcę. A ci przybysze to reprezentanci międzyplanetarnej wersji ONZ, mającej łączyć wszystkich liderów kosmosu. W tym czasie pojawia się pewien zdesperowany, wojowniczy lord Grigon, który chce dołączyć do organizacji – dobrowolnie lub siłowo.

„Elio” brzmi jak zlepek znajomych wątków oraz motywów – pierwszy kontakt, poczucie samotności, niezbyt udane więzy rodzinne i szukanie nowego domu. Przy okazji jeszcze dostajemy „ziemskiego” klona, przerażającego złola oraz – poznanego przypadkiem – jego syna, będącego kompletnym przeciwieństwem. To ostatnie zaowocuje nieoczywistą przyjaźnią, choć fundamentem (także pobytu w kosmosie) jest kłamstwo. Po drodze nie zabraknie masy slapstickowego humoru, olśniewającej animacji (sam wygląd przybyszy jest bardzo zróżnicowany), imponujących efektów specjalnych oraz niegłupiego przesłania. Ale mam z tym dwa problemy. Po pierwsze, środek troszkę gubi rytm oraz skupienie, co wywołało we mnie pewne znużenie. Po drugie, historia jest przewidywalna niczym kolejność dni w tygodniu. Widziałem to zbyt wiele razy, lepiej zrobione i bardziej angażujące. Przez co nie mogę pozbyć się wrażenia, że „Elio” powstał dla bardziej młodszego widza.

Technicznie, jak to Pixar, jest to bardzo wysoka półeczka. Animacja jest dopieszczona, design kosmitów bardzo unikatowy (choć jednocześnie bardzo znajomy), zaś wszelkie efekty z rozpuszczaniem klona czy płynów cieszą oko. Także głosy brzmią solidnie i nie wybijają z seansu.

Ale w „Elio” brakuje dla mnie czegoś świeżego, kreatywnego i oryginalnego. To jest zbyt znajome dla bardziej doświadczonego widza, zaś Pixar w porównaniu do konkurencji dostaje zadyszki. Pozostaje mieć nadzieję, że „Hopnięci” – ich najnowszy oryginalny film – będzie zwyżką formy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Frankenstein

Wśród ikonicznych potworów w historii popkultury za pierwszego (obok Draculi i wilkołaka) uważany jest potwór Frankensteina. Pierwszy raz pojawił się na kartach powieści Mary Shelley „Frankenstein, czyli współczesny Prometeusz” z 1818 – uważaną za pierwszą powieść science-fiction. Oraz jedną z pierwszych, opowiadających o tym, jak człowiek bawi się w Boga, co kończy się katastrofą. Ten motyw był potem wykorzystywany m. in. choćby w „Parku Jurajskim” Michaela Crichtona czy filmie „Obcy: Przymierze”. Samych adaptacji tej powieści powstało wiele, w których monstrum grali tacy aktorzy jak Boris Karloff czy Robert De Niro. Teraz swoje spojrzenie na tego klasyka przygotował specjalizujący się w filmach o potworach Guillermo del Toro, a całość sfinansował Netflix.

Historia zaczyna się na zamarzniętym Oceanie Arktycznym, gdzie utknął duński okręt z zadaniem dotarcia do bieguna północnego. Dowodzący kapitan Andersen (Lars Mikkelsen) znajduje ciężko rannego mężczyznę, ściągając go na okręt. W ślad za nim rusza tajemnicza istota, bardzo chcąca dorwać ocalonego, wołając „Victor”. Jak się okazuje uratowanym jest baron Victor Frankenstein (Oscar Isaac), który po odzyskaniu przytomności opowiada swoją historię. Oraz tego jak stworzył „żywego” człowieka ze zwłok zmarłych (Jacob Elordi).

„Frankenstein” to dwie historie pokazane z dwóch perspektyw: Frankensteina oraz jego kreacji. Pierwsza pokazuje Victora od dziecka i jego silnej relacji z matką (Mia Goth) aż po jej śmierć podczas porodu. I to wywołuje w nim bunt wobec śmierci, otoczenia naukowców, nawet swojego ojca. Podczas jednej z prezentacji akademickiego do barona zgłasza się przyjaciela brata, niejaki Henrich Harlander (Christoph Waltz). Ten proponuje naukowcowi nieskończone środki, lokację z dala od świata oraz zwłoki. Druga historia opowiadana przez monstrum to próba odnalezienia siebie w kompletnie obcym świecie, odrzuconym przez stwórcę i spotykającego się niemal z wrogością, antagonizmami oraz samotnością.

Niby nic, czego bym się nie spodziewał, ale jak to Del Toro jest bardzo plastycznie oraz wysmakowane na poziomie wizualnym. Trudno nie oderwać oczu od tej imponującej scenografii czy mocnych kolorystycznie kostiumów. I wielka szkoda, że ten film trafił na duży ekran, bo to byłoby ogromne doświadczenie. Ale czy ta historia angażuje? Nie jest ona stricte horrorem, choć początek na zamarzniętym oceanie potrafi budzić lęk. Jednocześnie reżyser mocno pokazuje jak dobrymi chęciami jest piekło brukowane, doprowadzając na skraj szaleństwa samego twórcę oraz jego tworzywo. Zupełnie jakby samo wykonanie celu było najważniejsze, bez odpowiedzi na pytanie: „co dalej?”. Szczególnie, że interakcje żywego trupa z Victorem ogranicza się w zasadzie do jednego słowa: „Victor!”. Jedynym rozumiejącą go osobą jest narzeczona brata barona, Elizabeth (niezawodna Mia Goth) – równie odosobniona i żyjąca we własnym świecie.

Dopiero w drugiej połowie, czyli z perspektywy Monstrum dla mnie film nabrał większej siły. Łatwo się zidentyfikować z osobą, która pierwszy raz – niczym dziecko – odkrywa świat, spotykając się z odrzuceniem, wrogością. Co gorsza, nie jest on w stanie umrzeć, zaś każda rana się regeneruje. Zupełnie jakby był proto-Wolverine’m czy innym superherosem. Ale ta postać zyskuje dzięki rewelacyjnej roli Jacoba Elordiego. Jego bardzo głęboki głos, charakteryzacja oraz sposób poruszania robią piorunujące wrażenie. Zarówno próby mówienia, interakcja z niewidomym czy narastający gniew zapadają bardzo mocno w pamięć. Równie świetny jest Oscar Isaac, nawet jeśli budzi on skojarzenia z podobną rolę w „Ex Machina”. To bardzo egotyczny, coraz bardziej pyszałkowaty, manipulujący i bezwzględnie dążący do celu. Nie zdając sobie sprawy z konsekwencji tego zjawiska, zaczynać czuć pogardę, brak cierpliwości oraz szorstkość. Bardzo mocna i wyrazista kreacja.

Na papierze „Frankenstein” wydaje się być skrojony pod wrażliwość oraz styl Guillermo del Toro. Imponujący audio-wizualnie, z dwiema wyrazistymi głównymi rolami. Aczkolwiek muszę przyznać, że bardziej mi się podobała druga połowa, zaś powolne tempo może wielu zniechęcić. 

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pies 51

Ileż już mieliśmy na ekranie dystopii SF ubranych w konwencję kryminału/thrillera? Wystarczy wspomnieć „Raport mniejszości”, „Ja robot” czy „V jak vendetta”. Teraz pora na francuski spin w tej konwencji, tylko czy da on coś świeżego albo nowego w tym temacie. Więc jaka jest adaptacja powieści Laurenta Gaude’a „Pies 51”?

Akcja toczy się w roku 2045 w Paryżu, który został podzielony na trzy strefy: od najbogatszej do najbiedniejszej. Każda z nich jest podzielona punktami kontrolnymi, wszyscy mają na sobie bransoletki, zaś nad porządkiem czuwa Alma – sztuczna inteligencja, pomagająca policji i wymiarowi sprawiedliwości w walce z przestępczością. Nowy, wspaniały świat. A jednak nie wszystkim podoba się taki porządek – tacy ludzie należą do grupy terrorystycznej Breakwalls pod wodzą Jona Maframa (Louis Garrel). Oni od dawna byli na celowniku, ale kiedy twórca AI George Kessel, naciski są coraz większe. Śledztwo prowadzi policjantka ze Strefy 2 Salia Malberg (Adele Exarchopolous), a kiedy zostaje znalezione ciało jednego z podejrzanych o zabójstwo, przydzielony zostaje Zem Brecht (Gilles Lellouche) ze Strefy 3.

Reżyser Cedric Jimenez trzyma się znajomych prawideł kryminału/thrillera. Mamy zmęczonego, niewyspanego gliniarza-samotnika sparowanego z młodą, ambitną i trzymają się reguł służbistką. Jest jeszcze bardzo twardy minister (Romain Duris), który może pociąga za sznurki, tajemnicze zabójstwa dilerów, społeczne rozwarstwienie (Strefa 3 to w zasadzie getto). Klimatem bardzo mi to przypominało grę „Deus Ex: Mankind Divided” z odrobiną „Cyberpunka 2077”. Do tego sama wizja wypada całkiem przyzwoicie (karaoke, teleturniej Destiny, która ma być furtką dla przebicia się dzieciom ze Strefy 3 czy kościół funkcjonujący poza systemem), dodając odrobinę świeżości. Sama akcja jest zrobiona przyzwoicie, szczególnie ucieczka przed policją podczas parady z okazji Dnia Miłości czy choćby sceny z udziałem dronów. Problem w tym, że sama intryga jest zbyt znajoma i brakuje elementów niespodzianki. Może poza krótkimi momentami poza miastem.

Samo aktorstwo jest bardzo porządne i solidne, czyniąc seans przyjemnym w oglądaniu. Lellouche i Exarchopoulos wypadają dobrze, zaś chemia między nimi jest silna. Garrel w zasadzie ogranicza się do gadania o tym, jak ograniczana jest wolność, z kolei Duris pojawia się zbyt rzadko, by zapaść w pamięć. Tutaj drobne role potrafią zawłaszczyć ekran: dla mnie taką złodziejką była Daphne Patakia (prostytutka Amel) czy Valeria Bruni Tedeschi (lekarka Irina).

Jeśli spodziewacie się czegoś świeżego w konwencji dystopijnego noir SF, to „Pies 51” nie zostanie w głowie na długo. Sprawnie zrobiony technicznie, z paroma dynamicznymi scenami akcji oraz klimatem, jednak sama historia lekko chaotyczna i niepozbawiona zbędnych scen. Choć samo zakończenie i użyte „Wish You Were Here” Pink Floyd – po prostu wow.

6/10

Radosław Ostrowski