Władcy Wszechświata

Ileż razy myślano o powrocie najbardziej męskiego mężczyzny od czasów Conana, czyli He-Mana. Stworzony jako zabawka Mattela (taka męska wersja Barbie), a żeby ją lepiej sprzedać zrobiono serial animowany, a potem pełnometrażowe dzieło z bardzo młodym Dolphem Lundgrenem (straszna bida z nędzą), które nie zestarzało się zbyt dobrze. Teraz największy paker z Ethernii powraca w nowej wersji od reżysera Travisa Knighta. Z większym budżetem, większą skalą i… czy to wystarczy?

Bohaterem jest książę Adam (Nicholas Galitzine) – następca tronu wspomnianej Ethernii, gdzie miesza się ze sobą magia i technologia. W centrum znajduje się zamek Posępny Czerep, gdzie przebywa dbająca o porządek Czarodziejka (Morena Baccarin), zaś chłopak mimo treningów pod czujnym okiem Zbrojmistrza Duncana (Idris Elba) nie jest zbyt silny ani twardy. Ale nie to jest najgorsze, lecz atak pragnącego władzy absolutnej Szkieletora (sylwetka CGI, głos Jared Leto) oraz jego prawej ręki, Złoliny (Alison Brie). Na szczęście, udaje się przenieść młodzieńca na Ziemię, ale po drodze gubi Miecz Mocy, przez co nie może wrócić do siebie. 15 lat później Adam (ciągle pamiętając swoje pochodzenie) w końcu odnajduje artefakt, a za nim podążają zarówno sługusy Szkieletora, jak i Teela (Camila Mendes), próbująca mu pomóc.

Jak widać nowi „Władcy wszechświata” mocno inspirują się zarówno „Thorem” (szczególnie częścią pierwszą i trzecią) oraz „Strażnikami Galaktyki”. Z pierwszego bierze otoczkę fabularną – heros trafia do nowego otoczenia, próbując się odnaleźć i wrócić do siebie; z drugiego wizualną estetykę oraz humor. W efekcie dostałem mocno dziwaczne, nierówne pełne paradoksów. Samego animowanego He-Mana pamiętam jak przez mgłę (czyli bardzo słabo), więc nie mogę za bardzo odnieść się do tego jak blisko reżyser i scenarzyści trzymają się pierwowzoru. Za to bez wahania mogę powiedzieć, że jest to kino o wiele bardziej kolorowe, pełne świadomego kiczu oraz kampu. W końcu antagonistą jest chodzący szkielet, mamy nawet płochliwego tygrysa bojowego, bestie czy człowieka z szyją niczym z gumy. O czarodziejce zmieniającej się w ptaka nawet nie wspominam. Chłonie się tą przestrzeń i świat, nawet jeśli wydaje się on miejscami (zbyt) znajomy. Akcja też jest płynna, poprawnie nakręcona, mimo ekranowego chaosu (szczególnie w finale), zaś zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące. Do tego w tle gra świetna muzyka Daniela Pembertona mieszająca orkiestrę, chór, syntezatory i gitarowe riffy Briana Maya – super mieszanka.

Jednak jest tu parę potknięć. Po pierwsze, całość jest za długa, przez co zdarza się gubić tempo. Szczególnie początek (historia Eternii opowiadana na… randce, która nie kończy się za dobrze) na Ziemi potrafi się wlec. Po drugie, humor bywa nie zawsze trafiony. Najbardziej tutaj błyszczy bardzo teatralny Szkieletor i rzucane przez niego wyzwiska (plus jedna kapitalna scena podczas konfrontacji), za to najsłabiej wypadały „ziemskie” losy Adama (rozmowa z szefową w biurze czy sublokator, co pozuje na cool twardziela, a gdy nikt nie patrzy ogląda „Pamiętnik”) – zamiast śmiechu było zażenowanie, tak jak było zderzenie mentalności Adama ze światem Ethernii. A też i dialogi wydają się czasem napisane bez finezji, jakby zbyt znajomo brzmiące. Szkoda, bo widać było spory potencjał.

Dlatego sytuację muszą ratować aktorzy, a ci są więcej niż dobrzy. Mało mi znany Galitzine wygląda jak nastoletnia wersja Chrisa Hemswortha i wypada cholernie dobrze w roli Adama/He-Mana. Początkowo jest zagubiony czy wręcz pierdołowaty, jednak powoli zaczyna dojrzewać do roli mocarnego wojownika. Jak wywija Mieczem, to nie ma zmiłuj, tak samo jak przy użyciu pięści. Bardzo dobrze radzą sobie wspierający go Camila Mendes (zadziorna i waleczna Teela) oraz Idris Elba (zbrojmistrz Duncan, który z twardego wojownika staje się obdartym pijusem). Jednak największą niespodzianką był dla mnie Jared Leto, który kradnie ekran w roli Szkieletora. Ma kompletnie niepodobny do siebie głos, jest bardzo teatralnym szołmenem, pozostając jednak groźnym przeciwnikiem (finałowa potyczka to majstersztyk i popis umiejętności aktora). Nie sądziłem, że to powiem, ale to najlepsza rola Leto od bardzo dawna.

Nie chce brzmieć jak zgorzkniały tetryk czy stary dziad narzekający, że kiedyś to były filmy, a teraz nie ma. Niemniej muszę przyznać, że „Władcy wszechświata” byli dla mnie lekkim rozczarowaniem. O wiele lepiej wizualnie i technicznie się prezentuje od filmu z 1987 roku, ale ma problemy z tonem oraz tempem, co nie pozwoli pozostać na długo w pamięci. Niemniej Knightowi udaje się dostarczyć całkiem niezłej rozrywki, zaś fani He-Mana mogą dać punkt więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zathura – Kosmiczna przygoda

Czy kojarzycie taki film „Jumanji”? Pewnie tak, skoro powstało kilka części, ale mi chodzi o ten pierwszy w 1995 roku z Robinem Williamsem. Tam była gra planszowa, której rozgrywka niemal materializowała się doprowadzając do chaosu. Dzieło Joe Johnstona była oparta na powieści Chrisa Van Allsburga. Dziesięć lat później powstał film też oparty na książce tego autora i podobny do wspomnianego „Jumanji”, lecz w innej skórce.

„Zathura” – tak się zwie ten tytuł to kolejna planszówka, tym razem dla dwóch osób. Tym razem w rozgrywkę zostają wplątani dwaj bracia, którzy niekoniecznie nie przepadają za sobą. Starszy Walter (Josh Hutcherson) próbuje być tym dojrzalszym, mniej „dzieciowatym”, zaś młodszy Danny (Jonah Bobo) bywa troszkę nieporadny, pełen sporej wyobraźni. To właśnie ten drugi znajduje w piwnicy Zathurę – grę, w której wyrusza się w kosmiczną podróż. Dosłownie ich dom przenosi się w przestrzeń kosmiczną, zaś każde pole oraz odkrywana karta uruchamiają pokręcone sytuacje: od ataku meteorów przez popsutego robota i obcych kosmitów aż po przybycie tajemniczego Astronauty (Dax Shepard).

Zadania przeniesienia na ekran „Zathury” podjął się Jon Favreau, obecnie znany z dwóch części „Iron Mana” czy serialu „Mandalorianin”. Był to pierwszy duży blockbuster w dorobku reżysera, który nie znalazł widowni w premierę. Już sama czołówka, gdzie widzimy samą planszówkę i ilustracje (inspirowaną stylem komiksów z lat 50.) z epicką muzyką Johna Debneya w tle buduje klimat w duchu Kina Nowej Przygody. Nadal jest to kino familijne, gdzie najważniejsza jest tutaj relacja między braćmi, którzy za bardzo nie przepadają za sobą. Ale jeśli mają wyjść z tego cało, muszą zacząć działać razem. I choć miejscami film Favreau ociera się zbyt mocno o klasyka Johnstona (włącznie z karą za oszustwo), to kameralna przestrzeń oraz otoczka SF daje pewien powiew świeżości.

Jeszcze bardziej pozytywnie zaskoczyły mnie efekty specjalne. Mieszanka komputerowej przestrzeni z praktycznymi efektami stworzonymi przez Stana Winstona (robot, kosmiczni Zorgoni) pomagają wejść w klimat retro SF. Tam sam jak sceny ataków kosmitów, kompletnej destrukcji domostwa, ataku asteroid wewnątrz pokoju. I pomimo dwóch dekad na karku nadal dobrze się prezentują. Tak jak dobrze trzymają się grający główne role Josh Hutcherson i Jonah Bobo. Szczególnie ten drugi w roli młodszego, coraz bardziej przerażonego całą rozgrywką Danny’ego. Zaskoczeniem za to był Dax Shepard wcielającego się w astronautę, który pojawia się oraz zaczyna pełni rolę rozjemcy i niejako mentora. Mógłby się sprawdzić w roli sympatycznego, przyziemnego herosa kina akcji. Pozostali członkowie obsady, czyli Kristen Stewart (starsza siostra Lisa) oraz Tim Robbins (ojciec) pojawiają się na dłuższą chwilkę i są nieźli, ale nic ponadto.

Tak samo mógłbym podsumować samą „Zathurę” – niezłe kino przygodowe w otoczce SF, stojące w dużym cieniu bardziej widowiskowego „Jumanji”. Niemniej Favreau daje na tyle dużo serducha, żeby nie wywołać znudzenia. Bardzo sympatyczna produkcja familijna nie tylko dla dzieci.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gwiezdne wojny: Mandalorian i Grogu

Kiedy ostatni raz na dużym ekranie widzieliście film zawierający w tytule dwa słowa: „Gwiezdne wojny”? W moim przypadku był to „Ostatni Jedi”, która wywołał we mnie mieszane odczucia. A po rozczarowującym „Skywalker. Odrodzenie” wydawało się, że kinowe produkcje z uniwersum stworzonego przez George’a Lucasa zniknęły i więcej się nie pojawią. Zamiast tego wskoczyły seriale różnej jakości, choć najwyżej cenione przez fanów były „Andor” oraz „The Mandalorian”. Po trzech sezonach tego drugiego, zamiast dostać sezon nr 4 postanowiono stworzyć pełnometrażowy film. Czyli „Mandalorianin i Grogu” (nie, to ostatnie to nie piracki trunek) – ale czy reżyser Jon Favreau udźwignął temat?

Sama historia nie jest mocno powiązana z serialem, więc teoretycznie jego znajomość nie jest niezbędna. Ale nie uprzedzajmy wypadków. Jesteśmy kilka lat po wydarzeniach z „Powrotu Jedi”, kiedy niedobitki Imperium panoszą się po całej galaktyce i coś kombinują. Działająca Nowa Republika próbuje ich wytropić, korzystając z usług najemników oraz łowców głów jak Mandalorianin Din Djarin (Pedro Pascal) oraz jego podopieczny, Grogu. Teraz nasza parka dostaje zlecenia schwytania (żywego lub martwego – choć to pierwsze byłoby lepsze) kolejnego imperialnego watażki, niejakiego Coina. Problem w tym, że nie wiadomo ani gdzie jest, ani jak wygląda – jednak ktoś wie. Bliźniacy, krewni słynnego gangstera Jabby Hutta mają informacje o zbiegu, ALE oddadzą ją w zamian za przysługę – uwolnienie ich siostrzeńca Rotty z planety Shakari.

Favreau sposobem opowiadania przypomina wykonywanie questu z gry komputerową: dotrzyj do punktu A, pogadaj tam, potem rusz do punktu B, znajdź osobę/przedmiot i wróć do A. Co samo w sobie nie jest niczym złym, bo przenosimy się po różnorodnych lokacjach (śnieżne góry na początku, zalesiona siedziba Huttów czy mocno futurystyczne Shakari bardzo podobne do LA z „Blade Runnera”), akcja jest bardzo kompetentnie i dynamicznie zmontowana, gdzie Mando łoi dupy jakby był gwiezdnowojennym Johnem Wickiem. Chyba że zostanie zneutralizowany gazem czy potraktowany prądem, to wtedy jest miękką fają i wtedy Grogu (nazywany wcześniej przez fanów seriali Baby Yodą) wkracza do akcji. Jest jednak pewien problem, a nawet dwa duże.

Po pierwsze, „Mandalorian i Grogu” jest bardzo chaotyczny, z wieloma potencjalnie interesującymi wątkami (tropienie resztek po Imperium, walki gladiatorów) przeskakując między nimi, nie dając zbyt wiele czasu na wybrzmienie. Niejako skaczemy jakby zostało skompresowanych kilka odcinków w jeden film: od akcji na planecie zimowej tropiąc watażkę przez siedzibę Huttów i Shakari aż z powrotem do wielkich żab (posiadający ukryty motyw) do porwania Mando, walki z paskudnym gadem oraz finałem, gdzie Grogu próbuje uratować wojownika (najlepsze sceny z malcem). Po drugie, sama para bohaterów – jeśli zna się serial – nie przechodzi żadnej drogi czy przemiany. Mando jest złodupnym masakratorem i twardzielem (hełm zdejmuje tylko raz, byśmy wiedzieli, że to Pedros), zaś Grogu jest małym słodziakiem, zachowującym się jak mała dzidzia. Nawet relacja mentor/uczeń (lub ojciec/syn) też w zasadzie stoi w miejscu, co nie dało mi zbyt mocnego ciężaru emocjonalnego. Po trzecie, sporo jest tu walczących bestii w SiDżiAj między sobą i choć efekty specjalne są zrobione, nie dają tego emocjonalnego kopa jak potrzeba.

Choć technicznie wszystko jest na swoim miejscu – całość ładnie wygląda, w tle gra świetna muzyka Ludwiga Goranssona (aczkolwiek miejscami techno-elektronika może nie wszystkim podejść), a efekty specjalne trzymają fason. Aktorsko jest strasznie nierówno – Pedros Pascalos w zasadzie gra głosem i robi porządną robotę, ale nic ponadto. Dobrze za to brzmi Jeremy Allen White grający Rottę, czyli syna Jabby Hutta, lecz mającego odmienny temperament od swojego ojca. Jednak największą niespodziankę zrobił największy „fan” kina superbohaterskiego – Martin Scorsese. Jako prowadzący knajpę sprzedawca bardzo zgrabnie imituje… Woody’ego Allena. Bardzo zapada w pamięć, w przeciwieństwie do Sigourney Weaver wcielającą się w rolę pułkownik Ward, zleceniodawczyni Mando. Muszę przyznać, że nie była to zbyt wdzięczna postać do zagrania, ale słychać pewną monotonię i obojętność, sygnalizującą brak zaangażowania.

„Mandalorian i Grogu” wywołał we mnie mieszane uczucia jakich nie miałem przy oglądaniu blockbustera od czasu „Indiany Jonesa i artefaktu przeznaczenia”. Po mocnym i obiecującym początku całość zaczęła się robić mętna, chaotyczna oraz stanowiąca dłuższy odcinek serialu. Może spodoba się młodszym widzom, którzy chcieliby zacząć przygodę z tym uniwersum, ale chyba tylko im. Nie tego powrotu „Gwiezdnych wojen” spodziewano się zapewne.

5,5/10

Radosław Ostrowski

 

Yang

Pochodzący z Korei Południowej, ale mieszkający w USA Kogonada to bardzo specyficzny twórca, który zaczynał od tworzenia video-esejów. Zwrócił moją uwagę swoim ostatnim dziełem, czyli niezłą „Wielką, odważną, piękną podróżą” – imponującą wizualnie, choć nie zawsze klejącą się w całość. Powstały kilka lat wcześniej „Yang”, choć gatunkowo idący w kierunku SF, ma pewne podobne cechy.

Akcja filmu toczy się w nieokreślonej przyszłości, gdzie obok ludzi są kupowane roboty oraz produkowane klony. Poznajemy dość egzotyczną rodzinę: prowadzącego herbaciarnię Jake’a (Colin Farrell), pracującą w korpo Kyrę (Jodie Turner-Smith) oraz ich adoptowaną córkę Mikę (Malea Emma Tjandrawidjaja). Jej jeszcze jej starszy „brat” Yang (Justim H. Min), który jest… androidem mający pomóc dziewczynce w zapoznaniu się z jej chińskim dziedzictwem. Ale nagle android zawiesza się i przestaje działać. Mężczyzna próbuje naprawić maszynę, ale pojawiają się problemy: a) był on kupiony z drugiej ręki, b) nie ma gwarancji, c) ma uszkodzony rdzeń i d) to ogranicza możliwości naprawcze. Ale przez znajomego znajomego udaje się otworzyć rdzeń, a tam… jakieś dziwne oprogramowanie.

„Yang” – jak większość produkcji sygnowanych logiem A24 – nie jest konwencjonalną opowieścią. Całość jest bardzo kameralna i oszczędna, w zasadzie pozbawiona efektów specjalnych oraz efekciarskich popisów. Sam świat nie jest zbyt szczegółowo zarysowany i bardziej przypomina uchwyconą migawkę z kilku dni, gdzie wiele trzeba wyciągnąć samemu ze strzępek dialogów oraz obrazów. A te są bardzo minimalistyczne, choć nie pozbawione mocnych kolorów. Zdecydowanie bardziej Kogonada stawia na nastrój oraz klimat melancholii, jakbyśmy widzieli rodzinę przechodzącą przez żałobę po zmarłym członku.

Problem w tym, że reżyser nie opowiada niczego nowego i sięga po znajome fanom SF motywy oraz wątki. Od kwestii tożsamości i pamięci maszyn czy tego, co nas czyni ludźmi. Ale poza pewnym poczuciem deja vu oraz równie nieoryginalnym światotwórstwem swoje robi dość powolne tempo. Wyjątkiem od tej reguły są sceny retrospekcji, gdzie wypowiadane dialogi słyszymy raz ciszej, zaś drugi raz mocniej i głośniej, niczym echo.

Choć aktorsko oraz technicznie nie jestem w stanie się przyczepić, to jednak „Yang” jest pewnego rodzaju wydmuszką. Potrafi oczarować oczy i pieścić uszy delikatnymi dźwiękami muzyki, ale chyba nie mam w sobie aż takiej dawki wrażliwości dla tego dzieła.

6/10

Radosław Ostrowski

Powrót do przyszłości II

Pierwsza część „Powrotu do przyszłości” była wielkim hitem oraz przełomem w karierze Roberta Zemeckisa. Choć była pozostawiona furtka na kontynuację, nie było planów na sequela. Ale cztery lata później powstała kontynuacja kręcona równolegle z częścią trzecią, więc Zemeckis ze scenarzystą Bobem Galem mieli na to pomysł.

Kontynuacja zaczyna się dokładnie tam, gdzie ostatnio skończyliśmy. W 1985 roku już po „odkręceniu” wydarzeń z 1955 roku pod dom Marty’ego McFly (Michael J. Fox) przyjeżdża doktor Brown (Christopher Lloyd) z lekko zmodyfikowanym wehikułem czasu. Zabiera chłopaka razem ze swoją dziewczyną Jennifer (Elisabeth Shue)… w przyszłość. A dokładniej do roku 2015, gdzie dzieci ich obojga wpakują się w poważne kłopoty. Jednak nie to okazuje się największym wyzwaniem, lecz próba kupienia książkowego almanachu sportowego z wynikami obejmującymi drugą połowę XX wieku. Ta wpada w rękę starego Biffa (Thomas F. Wilson), który podsłuchując rozmowę kradnie wehikuł (korzystając z nieuwagi) i wręcza książkę młodszemu siebie. Dlatego kiedy Marty z doktorem wracają do roku 1985, rzeczywistość wygląda… dziwnie.

Druga część – niczym w tradycji sequeli jak „Imperium kontratakuje” – robi się miejscami o wiele mroczniejsza i poważniejsza. Ale tak się kończy zaburzenie kontinuum czasoprzestrzennego, gdzie jedno małe zdarzenie potrafi uruchomić nieprzewidywalną spiralę wydarzeń. Niemal każdy akt toczy się w innym czasie, co wyróżnia go mocno od poprzednika. Najpierw jesteśmy w futurystycznym roku 2015 z paroma fajnymi bajerami (deskolotka, latające samochody, samozawiązujące się buty czy dopasowujące się ubrania). I mimo lat nadal ten wątek trzyma się mocno. Za to drugi akt pokazujący alternatywny rok 1985 to czyste wariactwo. Mroczne miejsce, pełne chaosu i całkowitej anarchii, zaś w centrum znajduje się hotel i kasyno najbogatszego w mieście Biffa, który tutaj wygląda niczym wyraźna parodia Donalda Trumpa. Tutaj pokazano jakie konsekwencje może doprowadzić majstrowanie w czasie oraz kiedy wehikuł wpadnie w niepowołane ręce. Aż chciałoby się spędzić więcej czasu w tej linii czasowej. Za to trzeci akt to powrót do 1955 roku oraz próba przechwycenia książki. I tu jest to broń obosieczna, bo z jednej strony wracam do znanych wydarzeń, co może wydawać się drogą na łatwiznę. Ale z drugiej widzimy to z innej perspektywy, przez co nie mamy do czynienia z bezczelną kalką.

Zemeckis płynnie balansuje między humorem a mrokiem, dając większy ciężar emocjonalny. Może dlatego nie wywoływał we mnie aż takich spazmów śmiechu. Co nie jest aż tak dużym problemem, bo reżyser bardzo pewnie prowadzi przez wydarzenia. Nie ma tu miejsca na nudę, a powracające gagi (gnojówka) ciągle bawią. Równie imponujące są efekty specjalne (choć już pod koniec widać, że w paru ujęciach są wyprane kolory), zaskakująco dobrze trzyma się charakteryzacja (członkowie rodziny McFly w 2015, wygląd starego Biffa czy Billa z alternatywnego 1985), zaś finałowy pościg w tunelu trzyma w napięciu. I jeszcze mamy to zakończenie, które najpierw wali ciosem w brzuch, ale potem jest to rozładowane sugestią kolejnej części (zwiastun w finale).

Aktorsko nadal wszyscy błyszczą i są kapitalni. Duet Fox/Lloyd ciągle mają świetną chemię, wpadając bardzo naturalnie w swoich rolach. Jednak całość kradnie rewelacyjny Thomas F. Wilson, który gra aż trzy postacie: Biffa, starego Biffa i jego syna Griffa. Każda z tych inkarnacji różni się manieryzmami, głosem, mową ciała, a jednocześnie widać pewne cechy wspólne. To najjaśniejszy punkt filmu oraz prawdopodobnie najlepsze role w całej trylogii. Jedyną wymuszoną zmianą jest pojawienie się Elisabeth Shue w zastępstwie za Claudię Wells jako dziewczyny Marty’ego, lecz aktorka wypada cholernie dobrze (z wyjątkiem fryzury).

Choć drugi „Powrót do przyszłości” nie jest aż tak udany jak oryginał, jednak pozostaje zadziwiająco świeży, kreatywny oraz angażujący. Świetnie wygląda, dialogi brzmią naturalnie, z kapitalnym aktorstwem oraz fantastyczną muzyką Alana Silvestri. Nawet drobne problemy nie są w stanie całkowicie zepsuć przyjemności z seansu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

ARCO

Być może zabrzmi dziwnie to, co powiem, ale w ostatnim czasie nową stolicą fantastycznych animacji stała się… Francja. Cyberpunkowy „Mars Express” czy pochodząca sprzed kilku miesięcy „Mała Amelia” pokazują, że nadal jest sporo miejsca dla kreatywnej, ręcznie rysowanej animacji. Teraz do tego grona dołącza „Arco” – reżyserki debiut rysownika komiksowego Ugo Bienvenu, który do tej pory kręcił tylko krótkometrażówki.

Akcja dzieje się w przyszłości, gdzie ludzkość mieszka w miastach budowanych… w chmurach. Ludzie nie używają nowoczesnej technologii, nadal mają zwierzęta oraz roślinność. Ale posiadają jedną niezwykłą umiejętność, czyli… podróżować w czasie. Pod warunkiem, że ma się ukończone 12 lat, a do tego potrzebna jest odpowiednia peleryna w kształcie tęczy oraz kryształ. Ale tytułowy Arco ma zaledwie 10, a już chce podróżować – głównie, by zobaczyć dinozaury. Więc robi to, co każdy dzieciak – wykrada pelerynę siostry w nocy, wybiera i – nie bez problemów – odlatuje w niebo, zostawiając ślad tęczy. Jednak zamiast do czasów prehistorycznych, ląduje w roku… 2075. Tam poznaję dziewczynkę o imieniu Iris, która próbuje mu pomóc wrócić do siebie.

Koncepcje w „Arco” są znajome: podróże w czasie, zmieniająca się Ziemia, rozwój technologiczny oraz roboty niemal odpowiedzialne za wszystko (policja, serwisy, nauczyciele). To nie jest nasza rzeczywistość (jeszcze), ale powoli zaczynamy do niego się zbliżać. Za to dorośli pracują gdzieś poza miastem, a komunikują się z rodziną w formie hologramów (albo przyjeżdżając na weekendy). A nocą budynki otoczone są szklanymi kopułami. Reżyser ewidentnie stawia na światotwórstwo oraz proekologiczne przesłanie, choć to ostatnie jest nienachalne. Więcej jest tu skupienia na spotkaniu młodych ludzi z dwóch różnych światów (dosłownie i w przenośni), ale jest tu o wiele więcej mądrych obserwacji na temat rodzicielstwa, przyjaźni oraz sile wyobraźni. Jedynym poważniejszym zgrzytem (poza poczuciem deja vu) jest pojawiająca się trójka przybyszy, próbujących znaleźć Arco. Ci robią za nieporadnych cwaniaczków, dodając sporo slapstickowego humoru, który jednak wydaje się tu nie do końca pasować.

Sama animacja jest prosto rysowana, ale bardzo barwna i przypominająca dawne produkcje sprzed 30-40 lat. Do tego mocno budzi skojarzenia z japońskim anime (szczególnie pokazując przyrodę) w stylu studia Ghibli – nawet muzyka brzmi podobnie – co jest bardzo przyjemnym skojarzeniem. Nie mogłem oderwać oczu zarówno od widoków lasu czy bardzo przestrzennych sal szkolnych, gdzie na ścianach widać rzeczy adekwatne do przedmiotu (widok kosmosu; bitwa morska czy dinozaury). Ale jest tu jeszcze więcej niezapomnianych scen: pierwszy lot Arco, próba wybicia się z podwórka Iris czy ucieczka z płonącego lasu. A już pod koniec było płakanko, co zdarza mi się równie często jak spełnianie obietnic wyborczych przez polityków.

Jeśli chcecie spędzić czas z dzieckiem przy pięknie narysowanym, mądrym oraz wartościowym filmie (czyli innym niż „Super Mario Galaxy”, który zapewnia bardzo sprawną lobotomię mózgu), „Arco” jest propozycją idealną. Może nie jest oryginalny w kwestii konceptów kina SF, ale nadrabia to workiem uroku, piękną stroną plastyczną oraz solidnym polskim dubbingiem (pozbawionym rozpoznawalnych i znanych głosów). To kolejny przykład, że poza Hollywood powstają zaskakujące animowane perełki.

8/10

Radosław Ostrowski

Powrót do przyszłości

Takie powroty po latach zawsze są obarczone ogromnym ryzykiem, szczególnie jeśli są sporą częścią czyjegoś życia. Tak mam z trylogią „Powrót do przyszłości” Roberta Zemeckisa, którą oglądałem multum razy. Nie powiem, że znam ją na pamięć, ale wiele scen, postaci, dialogów i momentów wbiły mi się w głowę, pozostając tam prawdopodobnie na zawsze. Więc co ja mogę powiedzieć o tym klasyku, czego nikt nie wspomniał? Niemniej i tak spróbuję.

Historia skupia się na Martym McFly (Michael J. Fox) – licealiście z Hill Valley, marzącym o karierze muzyka oraz sukcesie. Czymś o czym wielu młodych ludzi z lat 80. marzyło. Do tego jego najlepszym przyjacielem jest bardzo ekscentryczny naukowiec, dr Emmett Brown (Christopher Lloyd). Ten zaprasza chłopaka późną nocą by nagrał jego najnowszy wynalazek – wehikuł czasu. Skonstruowany w samochodzie marki DeLorean, co daje mu bardzo rozpoznawalny styl. Problem w tym, że do odpalenia tej maszyny potrzeba 1,21 gigawata energii, a do tego potrzeba… plutonu. Który został skradziony przez libijskich terrorystów, którzy chcieli na niej zbudować bombę atomową. Wskutek okoliczności ucieka wehikułem czasu do listopada 1955 roku. Ale co gorsza trafia na swoich rodziców w jego wieku i doprowadza do tego, że… jego matka Lorraine (Lea Thompson) jest strasznie napalona na Marty’ego. W końcu udaje mu się trafić na dra Browna, by pomógł mu wrócić do swoich czasów oraz spiknąć swoich rodziców. Inaczej kompletnie wyparuje z kart historii.

Robert Zemeckis ze scenarzystą Bobem Galem opowiadają historię w bardzo prosty sposób, pokazując konsekwencje działań w bardzo zrozumiały sposób. Bez użycia gigantycznych efektów specjalnych (tylko fotografia rodzeństwa McFly’a), czyniąc całość bardzo zrozumiałą. Jednocześnie całość pozostaje komedią opierającą się zarówno na dynamice między Martym a Brownem, ale też odkrywaniu co naprawdę kryło się za historiami rodzinnymi. Jak rodzice byli zupełnie innymi ludźmi niż w wieku nastoletnim, co pozwala lepiej ich poznać i doprowadza do zaskakujących odkryć. Nie można też nie wspomnieć zarówno odtworzenia realiów lat 50. (od scenografii i szczegółowych rekwizytów jak w jadłodajni aż po kostiumy), ale też mentalności: z fascynacją kinem SF, dopiero zaczynającym się przebijać rock’n’rollem. Wszystko jest bardzo zwarto napisane, humor jest zrobiony z wyczuciem i w zasadzie trudno mi się tu do czegoś przyczepić.

Do tego mamy w tle zapadającą w pamięć muzykę Alana Silvestriego z niezapomnianym tematem przewodnim, jest to sporo narracji wizualnej (kapitalny początek w mieszkaniu doktorka, pełną wynalazków i tykających zegarów), zaś finał zostawia otwartą furtkę na kontynuację. Ta nastąpiła pięć lat później, lecz to temat na osobną opowieść. A wszystko jest też genialnie zagrana. I nie chodzi tylko o główny duet Michael J. Fox/Christopher Lloyd, ale też bardzo bogaty drugi plan. Świetny jest Crispin Glover w roli nerdowatego George’a McFly (ojciec Marty’ego), który jest bardzo niepewny siebie i unikający konfrontacji. Ma wręcz idealny timing komediowy, co widać w scenach z Martym i powoli zaczyna stawiać na swoim. Równie zaskakująca jest Lea Thompson wcielająca się w Lorraine. W 1985 roku jest bardzo pulchną, niemal bardzo powściągliwą i konserwatywną, gdy w młodości jest zupełnym przeciwieństwem – bardzo pewną siebie, pociągającą dziewczyną. Całość parę razy kradnie Thomas F. Wilson jako śliski oraz cwany Biff Tannen, będący szkolnym rozrabiaką używającym siły i nie znoszącym sprzeciwu. O drobnym epizodzie Jamesa Tolkana (pan Strickland) nawet nie wspominam.

Czy pierwszy „Powrót do przyszłości” to najlepszy film w dorobku Roberta Zemeckisa? Ogromna część mnie mówi: TAK. Pomimo lat film pozostaje bardzo zwarto napisanym i wyreżyserowanym, a także wykonanym technicznie bez zarzutu (może poza jednym ujęciem na blue screenie – ale trwa ono krótko). Fenomenalna rozrywka i jedna z najsensowniej pokazanych podróży w czasie na ekranie. Aż chce się powiedzieć: WIELKIE NIEBA!!!

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Baw się dobrze i przeżyj

Gore Verbinski – ten amerykański reżyser o polsko brzmiącym nazwisku miał dość wyboistą karierę. Zaczynał od teledysków i reklam, zaś pierwszym pełnometrażowym filmem była komediowa farsa „Polowanie na mysz”. Potem była próba naśladowania Tarantino w „Mexican”, kasowy hit w postaci remake’u japońskiego „The Ring” i wreszcie szczyt w postaci przygodowych „Piratów z Karaibów”. Jednak po animowanym westernie „Rango” nastąpiła katastrofalna wtopa w postaci „Jeźdźca znikąd” oraz pokręcony horror „Lekarstwo na życie”, który poniósł klęskę finansową i artystyczną. I kiedy wydawało się, że Verbinski zniknął, a planowane produkcje (w tym egranizacja „Bioshocka”) poszły w pizdu, po 10 latach wraca. Dostał 20 baniek, by zrobić czarną komedię SF i się pobawić. Czy jest to udany powrót?

Baw się dobrze i przeżyj” zaczyna się w zwykłej knajpie nocą, gdzie goście sobie siedzą, jedzą, piją i pier…, eeee, to ostatnie nie. Głównie to coś robią ze swoimi telefonami (ok, to źle zabrzmiało). Przeglądają, piszą wiadomości, grają w gry. Ale o 22.10 do knajpy wchodzi kompletny pomyleniec z jakimiś przypiętymi kablami i układami scalonymi na sobie, czymś jakby detonatorem oraz folią. Zupełnie jakby za dużo razy oglądał „12 małp”. Do tego ostrzega, że zaraz nastąpi koniec świata przez stworzenie Sztucznej Inteligencji i potrzebuje grupki ochotników do pomocy. I że to jest jego 117-te (!!!) podejście. W końcu udaje się skleić drużynę, którą tworzą: para nauczycieli (Zazie Beats i Michael Pena), kierowca ubera Scott (Asim Chaundry), matka, która straciła syna w szkolnej strzelaninie (Juno Temple) oraz uczuloną na telefony i Internet „księżniczkę” (Haley Lu Richardson).

Verbinski razem ze scenarzystą Matthew Robinsonem (reżyser zaskakującej post-apo „Miłość i potwory”) sięgają po motyw Sztucznej Inteligencji jako siły zniewalającej i doprowadzającej do upadku ludzkości. Nie jest to coś oryginalnego, a, która jest bardzo mocno na topie. Mocno czuć tutaj wpływy „Czarnego lustra”, wspomnianych „12 małp”, „Terminatora”, a nawet – głównie w finale – „Wszystko wszędzie naraz”. A pewnie jest tego jeszcze więcej, ale poszukiwania zostawiam bardziej zaprawionym kinomanom. Sama historia jest mocno przerysowana i przejaskrawiona, gdzie sam przekaz przedstawiony jest wprost w otwierającym monologu Człowieka z Przyszłości. Po drodze jeszcze dostajemy wplecione cztery mini-opowieści, dzięki którym poznajemy niektórych członków drużyny. Para nauczycieli mierzącą się z uczniami tak zapatrzonymi w smartfony, że zmieniają się w żywe trupy; mającą alergię na technologię Ingrid, która poznaje chłopaka także trzymającego się z daleka od gadżetów (do czasu) czy będącej w żałobie matki, która dostaje możliwość… sklonowania swojego martwego syna. W wersji premium albo z reklamami. 😉

Z jednej strony pozwalają wejść w ten świat, gdzie ludzkość zaczyna (jak my obecnie) za bardzo polegać na technologii i gadżetach zamiast swoich zwojach mózgowych, z drugiej zaburzają tempo i energię akcji dziejącej się współcześnie. O fakcie, że wiele z tych wątków lepiej przedstawiło serialowe „Czarne lustro” nie wspominam. Jednak kiedy jesteśmy we współczesnym wątku, to film leci ze swoimi dzikimi pomysłami. Widać pewne ograniczenia budżetu, bo akcja dzieje się nocą w ciasnych pomieszczeniach, jednak Verbinski potrafi podkręcić gaz (tropiący drużynę duet najemników) szczególnie w trzecim akcie. Całość okraszona jest też bardzo czarnym humorem, który mnie parę razy złapał z zaskoczenia oraz świetne zakończenie, wywracające wszystko do góry nogami.

No i jeszcze jest to cholernie dobrze zagrane. Sam Rockwell jest absolutnie charyzmatyczny w roli Człowieka z Przyszłości, który początkowo sprawia wrażenie totalnego pomyleńca i świra. Ale pod tym skrywa się postać z tajemnicą, desperacką wolą walki oraz całkowitą paranoją. Ten facet jak zawsze kradnie ekran, tworząc najciekawsze postacie i nie inaczej jest tutaj. Poza nim najbardziej wybijają się świetne Juno Temple oraz Haley Lu Richardson, których wątki odgrywają istotną rolę w całej narracji.

Tytuł okazał się dla mnie proroczy. Bo rzeczywiście bawiłem się dobrze i przeżyłem dwie godziny, zaś Verbinski dostarczył kawał cholernie dobrej rozrywki. Nie jest może aż tak szalony na jakiego jest reklamowany, jednak jest to udany powrót reżysera „Rango” do formy.

7/10

Radosław Ostrowski

Projekt Hail Mary

UWAGA!
Recenzja zawiera drobne ilości spojlerów, których starałem się ograniczyć do minimum.

Ta pobudka była ciężka niczym po ostrym kacu. Jakieś światła i dźwięk atakują wszystkie zmysły, a po otwarciu oczu nie jest lepiej. Okazuje się, że znajdujesz się w jakimś worku z tubą przypiętą do twarzy. Jakiś komputer przeprowadza badania, a po niezbyt łatwych próbach poruszania odkrywasz trzy rzeczy. Raz – jesteś na jakimś kosmicznym statku, dwa – jesteś jedynym żywym członkiem załogi, trzy – kompletnie nie pamiętasz kim jesteś, jak się nazywasz i… „co ty tutaj robisz?”. Tak się zaczyna „Projekt Hail Mary”, czyli na pierwszy rzut oka znajomy kolaż motyw kina SF, a jednocześnie jeden z najbardziej wciągających i oszałamiających filmów ostatnich lat.

Akcja filmu rozwija się dwutorowo: z jednej strony jesteśmy na statku razem z Raylandem Grace’m (Ryan Gosling), który próbuje odnaleźć i się nawigować w bardzo odległej przestrzeni kosmicznej. Z drugiej mamy retrospekcje, które próbują odkryć jakim cudem facet (biolog molekularny, który pracuje jako nauczyciel w liceum) trafił na statek kosmiczny. A w tle mamy wyścig z czasem, gdzie stawką jest los Ziemi, która za 30 lat może umrzeć. Wszystko z powodu mikroorganizmów zwanych astrofagami, które zjadają napotykane gwiazdy (w tym Słońce). To doprowadza do stworzenia projektu Hail Mary (czyli po naszemu: Zdrowaś Mario) oraz misji kosmicznej.

Film oparto na powieści SF Andy’ego Weira (autora „Marsjanina”), scenariusz stworzył Drew Goddard (odpowiedzialny za adaptację „Marsjanina”), zaś całość wyreżyserował duet Phil Lord/Christopher Miller. Panowie znani głównie z komedii („22 Jump Street”) oraz animacji („Lego Przygoda”, „Spider-Man: Uniwersum” czy „Klopsiki i inne zjawiska pogodowe”) na pierwszy rzut oka wydają się dziwnym wyborem. Ale ich najnowsze dzieło oraz ręka dziwnie pasuje do tej historii. Z jednej strony epickiej w skali, gdzie zaczynamy odkrywać tajemnicę Grace’a i użycie inteligencji do rozgryzienia zagadki, ale z drugiej jest to zadziwiająco kameralna historia o samotności, nieoczekiwanej odwadze oraz… nietypowej przyjaźni. Bo nie jest jedyną istotą, która ma ten sam problem do rozwiązania.

Więcej zdradzić nie zamierzam (zwiastuny już to zrobiły), ale reżyserski duet bardzo płynnie przechodzi od dramatu do komedii, pozostając kosmicznym kinem przygodowym. Scen akcji jest tu niewiele, ale jak się pojawiają (jak zdobywanie próbek z planety), trzymają za gardło. Tym większe wrażenie robi tutaj bardzo namacalna scenografia statku kosmicznego oraz – co zważywszy na ogromny budżet – praktyczne efekty specjalne, gdzie efekty komputerowe wydają się być nieobecne albo ograniczone do minimum. A mimo to „Hail Mary” wygląda zjawiskowo – sam wygląd kosmosu, planety czy eksperymenty z astrofagami chłonąłem niczym spirytus gąbkę, a w tle gra fenomenalna, elektroniczno-orkiestrowo-chóralna muzyka Daniela Pembertona.

A to wszystko na swoich barkach dźwiga Ryan Gosling, który jest rewelacyjny w roli doktora Grace’a. To nie jest heros, lecz bardzo wycofany i zamknięty w sobie inteligent, który „sparzył się” w relacjach z innymi ludźmi. Aktor bardzo sugestywnie pokazuje jego samotność i wycofanie, ale kiedy poznaje kosmitę zaczyna się powoli otwierać, dokonując rzeczy o jakich by się nie podejrzewał. Cudowna chemia jest między nim a ufokiem o głosie Jamesa Ortiza i będącym… animatroniczną kukiełką, co dodaje o wiele większej lekkości niż można się było tego spodziewać. Jeszcze muszę wspomnieć o Sandrze Huller, która wciela się w szefową projektu, Evę Stratt. I jako jedyna wydaje się traktować bardzo poważnie, że aż ociera się o żart opowiadany z kamienną twarzą.

Nie pamiętam kiedy ostatni raz wyszedłem z kina z uśmiechem na twarzy oraz nadzieją, o którą coraz trudniej w naszej rzeczywistości. „Projekt Hail Mary” jest niczym kompilacja znajomych motywów kina SF (od spielbergowskiego „E.T.” po nolanowski „Interstellar”), która brzmi świeżo, ma masę uroku oraz staroświeckiego sznytu kina lat 70 i 80., pozostając inteligentną rozrywką. Może i niezbyt oryginalne, ale pierwszorzędnie wykonane oraz nie wychodzące z głowy od razu po seansie. Kapitalne kino po prostu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Hopnięci

Coś ostatnio forma jednego z najlepszych studiów filmów animowanych w USA, czyli Pixara jest bardzo chwiejna. Oryginalne produkcje jak „Między nami żywiołami” czy „Elio” spotykały się najwyżej z umiarkowanym odbiorem, zaś sequele raczej są robione z automatu (z wyjątkiem drugiego „W głowie się nie mieści”). Światełkiem w tunelu mieli okazać się „Hopnięci” – pierwszy od dawna film studia z Emeryville mający bardzo wysokie oceny krytyków. Czy w końcu dostajemy coś wyjątkowego?

Akcja dzieje się w Bobromyślu, gdzie życie sobie niejaka Malwinka Tanaka. Dziewczynka jest outsiderką, która ma totalnego zajoba na punkcie przyrody. Do tego stopnia, że jako młoda uczennica chciała „uwolnić” zwierzęta ze szkoły. Jedyną osobą, która ją rozumie i wspiera jest jej babcia o mocno ekologicznych przekonaniach, mieszkająca pod miastem nad jeziorkiem. Ale po śmierci staruszki Malwina zostaje studentką i przeprowadza się do jej domu. Sytuacja się pogarsza, kiedy burmistrz miasta Dziarski chce w okolicy jeziora zbudować obwodnicę, niszcząc domostwo boberów oraz innych zwierząt. Chyba, że jej uda się ściągnąć gryzoni od tam z powrotem. Dziewczyna przypadkiem trafia na eksperyment prowadzony przez panią profesor Bossak z uniwersytetu zwanego hopnozą. Polega na wydrukowaniu mechanicznych zwierząt oraz umieszczaniu w niej ludzkiej świadomości. Po co? By móc obserwować przyrodę bez płoszenia reprezentantów fauny i flory swoją obecnością. Nie trzeba być dziennikarzem TVN-u czy TV Republika, by domyślić się co zrobi Malwina.

Jeśli punkt wyjścia budzi w was skojarzenia z „Avatarem” Jamesa Camerona, nie jesteście jedyni. Dzieło Daniela Chonga na pierwszy rzut oka wydaje się mieszanką znajomych filmów – poza opowieścią o kosmicznych smerfach mamy tu i „Dzikiego robota”, „Odlot” (jeden rysunek na tablicy jakiś znajomy) czy… „Matrixa”. Ale to wszystko wydaje się na pierwszy rzut oka prostą kalką oraz podziałem na złych ludzi i dobrą przyrodę. Nie jest to pozbawione humoru, kiedy Malwinka jako bober (nie takie bydle jak mówił ktoś w filmiku z YT) poznaje przyrodę oraz jej prawa. Od działania łańcucha pokarmowego (oraz reakcji zwierząt) przez wspólne zamieszkiwanie pod wodzą króla ssaków, bobera Karola – scena wspólnej rozgrzewki pod muzykę CUDOWNA – czy wspólnej rady zwierząt.

Im dalej w las, tym bardziej twórcy odpinają wrotki i szaleją: zarówno wizualnie z masą zwierząt na ekranie (motyle, mrówki, ryby) robią piorunujące wrażenie, tak jak szalony pościg i ucieczka samochodem przed… rekinem Renatą (nie, nie pomyliłem się) albo komunikacja z ludźmi przy użyciu smartfona. Pojawi się parę niespodzianek i zakrętów (włącznie z nieoczywistym antagonistą), będą nagłe zgony, zaś przesłanie o wspólnym koegzystowaniu ludzi z fauną i florą nie jest nachalnie dydaktyczne. Sama animacja jest na najwyższym poziomie, gdzie czuć odrobinę inspiracji anime (szczególnie w przypadku twarzy postaci). Wygląda to pięknie, mimo nie bycia produkcją spod znaku National Geographic czy Discovery Channel.

Ponieważ filmy animowane przez Disneya u nas są pokazywane tylko z polskim dublażem. I jak w większości przypadków nie można się za bardzo przyczepić, co jest zasługą reżysera Łukasza Lewandowskiego (wcześniej odpowiadał za realizację „Uniwersytetu Potwornego” i pierwszego „W głowie się nie mieści”) oraz tłumaczenia Kuby Wecsile. Niespodzianką byli dla mnie mniej znani Alicja (nomen omen) Bobruk i Paweł Algier w rolach Malwinki oraz króla Karola. Pierwsza początkowo moje irytować swoją pro-ekologiczną obsesją, przez co staje się outsiderką w społeczeństwie. Ale zaczyna dostrzegać jakie niebezpieczne konsekwencje sprawiają jej działania, mimo czystych intencji i doprowadza do przemiany. Z kolei bobrzy król jest zwyczajnie uroczy, pełen życzliwości oraz empatii, choć wydaje się unikać konfrontacji. Oboje razem są świetni, z każdą sceną zyskując moją sympatię. Jednak to drugi plan kradnie jak zawsze ekran: od zaskakującego Pawła Małaszyńskiego (burmistrz Dziarski – polityk jakich wielu, ale lubiany przez mieszkańców) przez solidną Kingę Preis (profesor Simona Bossak) oraz Jarosława Boberka (ospały Buba) aż do świetnej Danuty Stenki (królowa owadów), lekko demonicznego Józefa Pawłowskiego (król owadów) i niespodziewanego cameo Katarzyny Herman (Renata!!!).

W zasadzie jedynym problemem było dla mnie nierówne tempo w drugim akcie. Nie zmienia to faktu, że „Hopnięci” to jedna z lepszych produkcji Pixara od kilku lat. Jak zawsze twórcy nadal czarują piękną animacją, dostarczając sporo frajdy dzieciom, ale także taki stary pryk jak ja (lat powyżej 18) nie będzie się nudził. No i pamiętajcie – zło bobrem zwyciężaj, bo bober to potęga!!!!

7,5/10

Radosław Ostrowski