Jestem REN

Wszystko wydaje się zaczynać normalnie: mamy sobie trzyosobową rodzinę. Renata zajmuje się domem, Jan pracuje i jest jeszcze syn Kamil. Sielanka gdzieś z dala od wielkiego miasta. Ale pewnego dnia po powrocie z pracy mężczyzna zauważa coś dziwnego. Chłopak w swoim pokoju jest skulony w rogu, pokój wygląda jak po przejściu huraganu, zaś kobieta przebywa w schowku, a oboje milczą. W końcu mąż decyduje się wysłać żonę na terapię, która ma ustalić co się stało i czy z kobietą jest wszystko w porządku. Już pierwszego dnia Renata wyznaje, że… jest androidem, którego zadaniem jest bycie doskonałą żoną oraz matką.

Po obejrzeniu zwiastuna debiutu Piotra Ryczka byłem zaintrygowany. Psychologiczny dreszczowiec z elementami SF nie jest często spotykanym zjawiskiem w polskim kinie. „Jestem REN” mając niewiele czasu (troszkę ponad 70 minut), próbuje skupić uwagę na tajemnicy. Co się zdarzyło tego feralnego dnia oraz czy nasza bohaterka naprawdę jest robotem. A może jej wspomnienia to efekt halucynacji, urojeń? Bo jak wytłumaczyć obecność niejakiej Eli – kobiety, która wydaje się wiedzieć więcej, pojawia się nie wiadomo skąd i mąci w głowie. Co jest prawdą, co urojeniem? Dylemat może i ograny, ale całkiem nieźle poprowadzony. Problem jednak w tym, że reżyser upycha wiele wątków oraz rozciąga to wszystko, iż w pewnym momencie przestałem się interesować. Zbyt wiele jest tutaj repetycji, łopatologii, a zagadka wydawała mi się zbyt prosta. Wszystko jednak zmienia dość brutalny, przewrotny finał, wywołujący jeszcze większą konsternację.

Realizacyjnie jest za to zaskakująco porządnie. Bardzo minimalistyczna przestrzeń może wydawać się początkowo bardzo teatralna, zaś oszczędnie dawkowane efekty specjalne są świetne. To buduje klimat tajemnicy, samotności oraz pewnego chłodu. Przypominało mi to „Ex Machinę” Garlanda, choć nie jest to ten poziom. Ale dobrze, że nasi filmowcy mają dobre wzorce do naśladowania.

No i jeszcze mamy w głównej roli nieznaną mi Martę Król, która wypada z całej obsady najlepiej. Drobną mimiką oraz barwą głosu potrafi sprzedać dezorientację, upór, jak i bezradność. A jej wiara w to, że jest androidem była nie do podważenia. Świetnie jej partneruje Marieta Żukowska jako tajemnicza Ela, której motywacja pozostaje tajemnicą oraz w drobnej roli Janusz Chabior. Reszta członków rodziny (Olaf Marchwicki oraz Marcin Sztabiński) wypada nieźle, ale zwłaszcza od ojca należało więcej wycisnąć.

Jestem lekko zawiedziony, ale „Jestem REN” jest całkiem sprawnym thrillerem psychologicznym. Elementy SF są tak naprawdę otoczką dla rodzinnego dramatu oraz pokazania choroby psychicznej z mniej znanymi aktorami w głównych rolach. Intrygujące kino, choć  nie wykorzystujące w pełni potencjału.

6/10

Radosław Ostrowski

Altered Carbon – seria 1

Technologia się rozwinęła, ale ludzie nie.

W dalekiej, choć może nie przyszłości, ludzkość dokonała niemożliwego: osiągnęła nieśmiertelność. Wszystkie wspomnienia, świadomość oraz – można tak powiedzieć – duszę przechowują w małym cacku zwanym stosem, której znajduje się w szyi. Jeśli jesteś wystarczająco bogaty, możesz przenosić się dzięki temu z innego ciała w drugie, stając się nieśmiertelnym. Ma ona jednak swoją cenę, lecz za to można żyć wiecznie. Kimś takim stał się Takeshi Kovacs – najemnik oraz Emisariusz, który walczył w bardzo odległej galaktyce, wielokrotnie zabijany oraz odradzany. Teraz zostaje wybudzony po 250 latach na zlecenie jednego z bogaczy mieszkających na Ziemi, Laurensa Bancrofta. Mężczyzna został zamordowany i to przed skopiowaniem swojej pamięci (to dokonuje się co 48 godzin), zaś policja uznaje sprawę za samobójstwo. Czy naprawdę tak było? Kovacs musi zbadać sprawę, w zamian dostając wolność (mężczyzna przebywa w powłoce skorumpowanego policjanta).

Serial Netflixa z 2018 roku oparty jest na trylogii Richarda Morgana, która była mieszanką cyberpunkowego świata z pulpowo-noirową intrygą. Jeśli będziecie czuli skojarzenia (wizualne) z “Blade Runnerem”, to jest to trafny kierunek. Imponujące Miasto, ze świecącymi neonami oraz reklamami (głównie o treści erotycznej) zderzone z brudem, deszczem oraz syfem tego świata. Świata, gdzie możesz zmienić swoje ciało (jeśli cię na to stać), zaś śmierć dla wyższych sfer wydaje się tylko pustym słowem bez znaczenia. A technologia służy do zaspokajania potrzeb oraz żądzy, stąd tyle golizny. I dzieje się tu sporo, bo jest śledztwo Kovacsa, spięcia z policją (szczególnie z porucznik Ortegą), rzezimieszki z ulicy, tajemnicza śmierć prostytutki, co spadła z nieba (dziwne, prawda??), przebitki z przeszłości oraz tych najbogatszych zwanych Matami. Ci nie mają w zasadzie żadnych ograniczeń, zaś prowadzone przez nich życie tylko i wyłącznie degraduje, korumpuje, gnije.

Niby ten świat pięknie wygląda i wali kolorami po oczach, ale niczym się nie różni od dzisiejszego. Jest tak samo brudny, zdegenerowany oraz pełen spięć. Cała ta technologiczna otoczka oraz szansa na wieczne życie jest w stanie sprowokować do głębszych refleksji oraz ważkich pytań. O człowieczeństwo, śmierć, miłość, wiarę oraz sens takiego nowego, wspaniałego świata. One niejako toczą się przy okazji, stanowią bardzo interesujące tło, choć pozornie nie daje niczego nowego w tym gatunku. Wrażenie robią też świetnie zrobione sceny akcji (choćby bijatyka w windzie) oraz fajnie zaprezentowane sceny w świecie wirtualnym. Niestety, pojawiają się tutaj pewne dłużyzny oraz przeciągnięcia wielu wątków jak relacja Takeshiego z siostrą, zaś napięcie czasem siada. Nie czuć też tak mocno zagrożenia jak w książce (dość luźno zaadaptowanego), co fanów powieści doprowadzi do wściekłości.

Co jednak broni się – poza warstwą wizualną oraz wizją świata – jest też bardzo solidne aktorstwo, choć najbardziej wybijają się trzy postacie. Po pierwsze, Kovacs tutaj grany przez trzech aktorów: Willa Yuna Lee, Byrona Manna oraz Joela Kinnamana. Pierwszy pojawia się w retrospekcjach, ale to z tym ostatnim spędzamy najwięcej czasu. Cyniczny, szorstki, nieufny wobec świata skrywający swoje prawdziwe emocje w scenach, gdy prowadzi śledztwo wypada najlepiej. Jest jeszcze równie świetna Dichen Lachman jako Reileen, choć przez większość czasu nie widzimy jej. Tak samo fantastycznie sobie radzi James Purefoy, czyli Bancroft. Człowiek pełen władzy, pychy, choć wydaje się nie tak śliski jak mógłby być. Bardzo delikatnie pokazany oraz świadomy swoich możliwości. Ale serial dla mnie kradł rozbrajający Chris Conner jako Poe, menadżer hotelu, będący AI. Zafascynowany ludźmi, przypominający z wyglądu pisarza Edgara Allana Poe staje się ważnym sojusznikiem oraz źródłem kilku zabawnych sytuacji.

Pierwszy sezon “Modyfikowanego węgla” to wypadkowa pulowego noir z humanistycznymi refleksjami oraz niepokojącą wizją przyszłości. Może nie aż taką jak w “Czarnym lustrze” czy tak porażającą wizualnie jak “Blade Runner”, niemniej ciekawą. Jeśli szukacie dobrej rozrywki oraz odrobiny refleksji, tutaj ją znajdziecie.

7/10

 

Radosław Ostrowski

Star Trek: W nieznane

Miałem dość spora przerwę w oglądaniu nowych przygód załogi Enterprice. I nie wiem dlaczego to tyle czasu trwało. Czy to z powodu zmiany reżysera (J.J. Abramsa zastąpił szybki i wściekły Justin Lin), czy braku zainteresowania marką – nie potrafię odpowiedzieć. Ale w końcu sięgnąłem po nową część zrebootowanej serii, czyli „W nieznane”. Tym razem załoga kierowana przez kapitana Kirka uczestniczy w pięcioletniej misji. W połowie swojej drogi trafia na stację kosmiczną Yorktown, gdzie przebywa członkini zaginionego statku. Pojazd miał zostać zniszczony w znajdującej się w okolicy mgławicy asteroid, gdzie znajduje się planeta. Enterprise wyrusza na wyprawę i szybko zostaje zaatakowany przez nieznaną grupę przeciwników. Efektem konfrontacji jest kompletne zniszczenie statku oraz rozproszenie się załogi. Kto za tym stoi i jaki jest jego cel?

stwnieznane1

Zmiana reżysera troszkę odbiła się na warstwie wizualnej, ale nie aż tak, by nie rozpoznać serii. Nie mali tak mocno światłami żarówek, jest bardziej przejrzysty, zaś sceny akcji są bardzo pomysłowe i bardziej czytelne. „W nieznane” potrafi nadal oczarować swoją wyrazistą stroną wizualną oraz pięknymi plenerami nieznanej planety. Sama historia już tak nie porywa, mimo sprytnego rozbicia grupy na trzy (właściwie cztery) mniejsze grupy, początkowo pozbawione wsparcia. Wszystko skupione jest na antagoniście, który ma jeden cel: rozwalenia świata, zniszczenia ludzkości i zdobycia potrzebnej do tego broni, bla bla bla. Powoli odkrywana jest tajemnica wokół bohatera oraz pewnego pojazdu sprzed wielu wieków.

stwnieznane3

Problem w tym, że ta intryga zwyczajnie nie działa, a kilka twistów jest tak przewidywalnych jak zachowanie polityków podczas dyskusji. Także same postacie oraz ich wątki wydają się zredukowane na rzecz dynamicznego tempa oraz akcji z kilkoma świetnymi momentami (dywersja z Kirkiem jadącym na motorze czy ucieczka w zniszczonym Enterpirise), przez co nie czułem takiej więzi z bohaterami. Mimo tego, że są zagrani bardzo dobrze. Jedynymi pogłębionymi bohaterami są Kirk, który ma wątpliwości co do obranej ścieżki, Spock (choć jego relacja z Uhurą jest słabo zarysowana) oraz dołączająca do grupy Jaylah, próbująca się wydostać z planety. Więcej jest za to humoru, choć nie wszystkie żarty trafiają w punkt. Wrażenie robią nadal efekty specjalne oraz praca charakteryzatorów przy tworzeniu wyglądu antagonisty i jego sługusów. To jednak troszkę za mało, by wyjść poza niezłe kino przygodowe.

stwnieznane2

Z nowych postaci najciekawiej prezentuje się nierozpoznawalna Sofia Boutella jako Jaylah. Bardzo wycofana, działająca w ukryciu, zaś interakcja miedzy nią a Scottym działa naprawdę dobrze (lepiej tylko działa duet Spock/Bones). Niestety, ale blado prezentuje się Idris Elba w roli antagonisty. Pozbawiony charyzmy, z niezbyt ciekawie zarysowaną motywacją oraz niemal bardzo powoli mówiący. Innymi słowy, bardzo szablonowa postać, nie zapadająca mocno w pamięć.

Więc jak tu ocenić „W nieznane”? Z jednej strony nie powiem, że się źle bawiłem. Jest parę świetnie zrobionych scen akcji oraz odrobinka humoru, ale czegoś tutaj ewidentnie zabrakło. Historia mnie nie porwała, a postacie też nie przyciągnęły za bardzo mojej uwagi. Od tego czasu o serii zrobiło się cicho, więc chyba marka padła.

6/10

Radosław Ostrowski

Chłopaki – seria 1

Ile już było opowieści o superherosach żyjących we współczesnym świecie? A takich, gdzie osoby z mocami nie ukrywają się, są obecni w mediach społecznościowych, rozpoznawalnych niczym celebryci? Ktoś kiedyś wpadł na szalony pomysł, by przedstawić taką wizję świata w formie komiksu. W świecie „Chłopaków” bohaterowie są znani, zaś siedmioro z nich staje się słynną Siódemką z Vought. I nie chodzi o miasto, ale o korporację Vought International, robiącą wielką kasę z tego interesu oraz niejako decydując o tym, kto będzie tu należał i z kim mają walczyć. Jednak jest pewna grupka ludzi, którzy chcą dorwać korporację oraz superherosów, którzy nie są tacy super. The Boys nie mają żadnego wsparcia ani funduszy, lecz zostaje im spryt oraz bezkompromisowość. Ekipą dowodzi Billy Rzeźnik, a ten się nie cacka i werbuje nowego członka ekipy. Hughie Campbell to niby zwykły chłopak, który pracuje w sklepie RTV. Ale jego spokojnie życie zmienia się, kiedy jego dziewczyna zostaje zmieciona przez rozpędzonego superherosa zwanego Pospiesznym. Innymi słowy, nadszedł czas na zemstę.

the boys1-4

Nowy serial od Amazon Prime Video i kolejna adaptacja komiksu Gartha Ennisa. „The Chłopaki” balansują między dramatem, bardzo czarną komedią oraz satyrą na środowisko korporacyjne. Tylko, że tak korporacja ma superbohaterów. Ci posiadają różne umiejętności i niektórzy przypominają inne komiksowe postacie pokroju Supermana, Wonder Woman czy Flasha. Bardziej zaskakuje fakt, że osób aspirujących do miana herosa jest dużo, dużo więcej niż miejsca w Vought. To jak ta firma funkcjonuje i do czego jest w stanie się posunąć, by osiągnąć swoje cele (m.in. przegłosowanie ustawy o włączeniu gości w lateksach oraz supermocach do armii) potrafi przerazić. A geneza naszych herosów to jedno z bardziej szalonych pomysłów, jakie widziałem. To nie wszystkie karty, jakie mają dla nas twórcy do odkrycia.

the boys1-2

Historię poznajemy z perspektywy dwojga nowych członków skonfliktowanych ekip: nieśmiałego Hugh, napędzanego zemstą za śmierć dziewczyny oraz Annie „Gwiezdną”, nową, idealistyczna członkinię Siódemki. Oboje próbują odnaleźć się w nowym dla siebie otoczeniu i zweryfikować swoje oczekiwania. Hugh zaczyna przekraczać kolejne granice, a z bardzo nieśmiałego chłopaka staje się bardzo bystrym, opanowanym facetem. Choć tylko pozornie wie, czego szuka, zaś Rzeźnika traktuje troszkę jak autorytet. Albo bierze za kogoś, kim sam chciałby być. Z kolei Annie odkrywa prawdziwe oblicze uwielbianych gości w lateksach: zwyrodnialców, podglądaczy, pełnych kompleksów oraz pragnący akceptacji, władzy. I ten wątek stawia jedno z ważniejszych pytań: co to właściwie znaczy być superbohaterem? Czy trzeba nosić fikuśny strój oraz posiadać moce? Być posłusznym wobec swoich mocodawców, zarabiając kupę kasy? Czy może jednak kierować się własnymi zasadami oraz mieć silny kręgosłup moralny bez względu na wszystko? Nie spodziewałem się takich refleksyjnych pytań po – jakby nie patrzeć – bardziej rozrywkowej produkcji.

the boys1-3

Tutaj wszystko do siebie pasuje. Miejscami rubaszny i chamski humor, bardzo krwawo-bluzgane sceny akcji (jedna tylko wydaje się chaotycznie zmontowana), oszczędnie wykorzystywane efekty specjalne, potrafiące zryć głowę oraz niemal mocno namacalne poczucie zagrożenia czy osaczenia. Bo nasi Chłopacy nie posiadają supermocy, wsparcia państwa, rządu ani jakichkolwiek innych tajnych służb. A to czyni walkę bardzo nierówną, lecz potrafi ekscytować oraz trzymać w napięciu. Zakończenie zaś stawia wiele pod znakiem zapytania i każe czekać na nową serię.

the boys1-1

Wszystko to jest także podparte fantastycznym aktorstwem, choć najbardziej interesujące jest kilka postaci. Nie oznacza to, że reszta nie ma tu zbyt wiele do roboty, bo jest zupełnie inaczej. Najważniejsi tutaj są: Rzeźnik, Ojczyznosław, Hughie oraz Annie. Rzeźnik w wykonaniu Karla Urbana to najbardziej szorstki (anty)bohater od lat. Cyniczny, złośliwy, napędzany żądzą zemsty egoista, nie bojący się wykorzystać innych do swojego celu. Pod tym wszystkim jednak skrywa się złamany przez życie człowiek, skrywający swój ból w masce cynicznego twardziela. Kontrastem dla niego jest Hughie w wykonaniu absolutnie czarującego Jacka Quaida (tak, syna TEGO Quaida, choć bardziej podobny jest do… Michaela Shannona). Początkowo nieśmiały, taki klasyczny frajer, z czasem staje postawiony pod poważnymi dylematami (morderstwo, szantaż) i potrafi wyjść z tego dzięki sprytowi. Nie mogę nie wspomnieć o ciekawie prowadzonej jego relacji z Annie, nie znając jej tożsamości jako superbohaterki, pokazującej jego cieplejsze oblicze. A propos Annie, wcielająca się w nią Erin Moriarty absolutnie błyszczy, choć pozornie nie jest zbyt ciekawa. Pełna pasji, poświęcenia oraz naiwności próbuje jednocześnie pozostać sobą i spełniać oczekiwania swoich nowych szefów. A efekty mocno na niej się odbijają i zmuszają do pewnych przemyśleń.

the boys1-5

No i najmocniejszy ze stawki Antony Starr, czyli Ojczyznosław (nie wiem, kto tłumaczył te ksywy, ale był geniuszem!!!), będący wizualną wypadkową Supermana z Kapitanem Ameryką. Może i jest on nośnikiem wielkich idei, lecz to wszystko fasada. Pod nią skrywa się inteligentny, bezwzględny psychopata z ego większym niż jego mocami, co tworzy niebezpieczną mieszankę oraz pragnącego bycia liderem. To mroczniejsze oblicze inspirowanego Supermanem postacią bardziej przeraża niż „Brightburn” oraz inkarnacje Zacka Snydera.

Wow, takiego serialu superbohaterskiego potrzebowałem. „Chłopaki” są brutalni, bezwzględni, szyderczy i bezkompromisowi. Nie boją się obnażyć hipokryzji oraz bardzo gorzkich refleksji na temat możliwej obecności supków w naszej rzeczywistości. Czekam na kolejną dawkę adrenaliny i smolistego humoru.

8/10

Radosław Ostrowski

Akira

W 1989 w Tokio dochodzi do wybuchu nuklearnego, niszczącego całe miasto i doprowadzając do wybuchu III wojny światowej. 30 lat później w Nowym Tokio dochodzi do zamieszek między podzielonym rządem a zbuntowanym społeczeństwem. Na ulicach rządzą gangi motocyklowe, działa ruch oporu, likwidowany przez wojsko i policję tak jak demonstracje. Jednym z gangów kieruje Kameda, zaś wśród jego przyjaciół jest ignorowany przez innych Tetsuo. Podczas jednej z nocnych eskapad Tetsuo ma poważny wypadek i zostaje zabrany przez wojsko. Trafia do szpitala, gdzie są przeprowadzane na nim badania, co doprowadza do poważnych wydarzeń. Ostre bóle głowy i wypowiadane w myślach imię Akira budzą w chłopaku moc zdolną do destrukcji.

akira1

Muszę przyznać się bez bicia, że bardzo rzadko zapuszczam się w animacjach do Japonii. Widziałem parę filmów od studia Ghibli, lecz to za mało, by uważać się za znawcę. A że troszkę interesuję się fantastyką, „Akira” musiał się pojawić. Nakręcony przez 1988 film Katsuhiro Okomo jest oparty na jego mandze, która została dokończona dwa lata później. Jest to historia w świecie mocno rozwiniętym technologicznie, choć nie widzimy tego aż tak bardzo. Wszystko osadzone w świecie zdominowanym przez skorumpowanych polityków, ostrych wojskowych oraz bardzo sformalizowany ruch oporu. A w to wszystko zostaje wplątany gang motocyklistów i trójką małych dzieci o wyglądzie staruszków, posiadających wręcz nadprzyrodzone moce. To wszystko tworzy bardzo mocny tygiel, gdzie nie da się przewidzieć dalszych losów bohaterów.

akira2

Muszę jednak przyznać, że sama historia jest mocno skomplikowana i wymaga bardzo silnego skupienia. Nie dlatego, iż jest to pocięte i chaotyczne, ale z nadmiaru istotnych postaci można się tutaj pogubić. No i sami bohaterowie (poza Kanedą i Tetsuo w paru retrospekcjach) nie są zbyt dobrze zarysowani, a przeszłość nie wydaje się interesować twórcy. Nie brakuje tutaj bardzo satyrycznego spojrzenia na rządzących (krótka scena zebrania rady), jak i bardzo krwawych scen przemocy (z wypadającymi wnętrznościami niczym z filmów Davida Cronenberga) czy wątków filozoficznych. „Akira” jest jednocześnie kameralna, ale też i widowiskowa. Zarówno pościgi motocyklowe czy kolejne odkrywane noce przez Tetsuo potrafią podkręcić adrenalinę oraz zachwycić realizacją. W szczególności finałowa konfrontacja z rozmachem godnym wysokobudżetowego kina, lecz finał może wywołać pewną dezorientację.

akira3

Jeszcze bardziej zadziwiający jest fakt, że cała animacja wygląda fantastycznie. Jest to animacja rysowana, dwuwymiarowa, czyli tzw. staraszkolna. Imponuje nie tylko ruchem i dynamiką, ale także dużym przywiązaniem do detali. Nie mam pojęcia jak to zostało zrobione, nie mogę jednak zakwestionować faktu, iż dzięki temu „Akira” godnie znosi próbę czasu. Nadal zachwyca swoją surową plastycznością, a mimo udziwnień oraz specyficznego klimatu warto się zmierzyć z tym klasykiem anime. Niesamowita wizja świata, znakomita realizacja oraz wciągająca fabuła tworzą niezapomniane doświadczenie, nawet dla osób nie będących fanami anime.

8/10

Radosław Ostrowski

Tron: Dziedzictwo

Pierwszy „TRON” był przełomowy pod względem technicznym filmem z prostą historią, ale opartą na szalonym pomyśle. Jak wiemy bohaterem był informatyk Kevin Flynn, który trafił do wnętrza komputera. Na szczęście wrócił do świata naszego i został szefem ENCOM-u. Ożenił się i starał się połączyć pracę z wychowaniem syna, Sama. Ale w 1988 roku mężczyzna wyrusza do pracy i… tyle go widziano. Po wielu latach Sam wyrasta na outsidera, który działa na poboczu firmy. Jednak jego spokojne życie zmienia się w momencie, gdy dzięki przyjacielowi ojca – Alanowi Bradleyowi dostaje wiadomość od ojca. Z biura jego dawnego salonu gier, który nie działa od zniknięcia Kevina. I korzystając z ukrytego komputera trafia do innego świata – Planszy. Lecz na miejscu sprawy bardzo mocno się komplikują.

tron2-1

Nie byłem przekonany do robieniu kontynuacji kultowego filmu Stevena Liesbergera. Zwłaszcza po tylu latach przez Disneya. Ale w 2010 roku sytuacja się zmieniła, a przed kamerą stanął debiutant Joseph Kosinski. Sama koncepcja – nawet jeśli bardzo znajoma – dawała spore pole do popisu. Tylko, że już wizja tego świata oraz jego znajome elementy (pojedynki na dyski, motocykle) nie robią aż tak wielkiego wrażenia jak w oryginale. I nie wiem, czy to wynika z szaro-burej kolorystyki, czy wykorzystywaniu ogranych szablonów (próba stworzenia idealnego świata, zakończone zdradą i tyranią, tworzenie armii, ojciec-mentor ze stoickim spokojem oraz strojem a’la Obi-Wan Kenobi) oraz dialogów tak banalnych, że aż bolą zęby. Brakuje tutaj jakiegoś powiewu świeżości, bo intryga jest bardzo znajoma i przewidywalna. Słowo nuda krążyło mi po głowie, a wszystko było mi totalnie obojętne.

tron2-2

Chociaż samo wkroczenie do nowego świata oraz pojedynek na dyski wyglądał porządnie, ale czegoś tu brakowało. Niby wizualnie jest na co zawiesić oko, a kilka scen akcji robi wrażenie (rzeźnia w klubie „End of Line”). Tylko, że przez to „Dziedzictwo” wydaje się efekciarską wydmuszką bez charakteru, co jest wielkim paradoksem. Sama muzyka Daft Punk to troszkę za mało.

tron2-3

Nawet nie ma tutaj zbyt wiele materiału dla aktorów do zagrania. Jeff Bridges wraca jako Flynn oraz stworzony przez niego program CLU (z komputerowo odmłodzoną twarzą aktora) broni się w swojej roli i nadal ma tą charyzmę. Ale jako CLU troszkę wygląda nienaturalnie jego twarz, przez co ogląda się dziwnie. Garret Hedlund w roli Sama jest po prostu ok, ale nic ponadto. Brakuje tej postaci czegoś więcej. Najlepiej pod tym względem wypada kradnący film Michael Sheen jako ekscentryczny Castor – właściciel klubu „End of Line”. Nie jest to duża rola, ale bardzo mocno zapada w pamięć. Tak samo jako Olivia Wilde wcielająca się w Quorrę, będącą twardą kobietą i jednocześnie ciągle zafascynowaną światem poza Planszą.

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o „Tronie: Dziedzictwo”, ale to – moim zdaniem – kontynuacja kompletnie niepotrzebna i nieudanie próbująca żerować na sentymencie fanów oryginału. Nudny, szablonowy, pozbawiony własnej tożsamości oraz finezji.

5/10

Radosław Ostrowski

TRON

Ciężko jest wyobrazić sobie czas, że Disney nie był w stanie stworzyć czegoś ciekawego i skupiającego uwagę dużego grona widzów. To był przełom lat 70. i 80., czyli czas mroczny nawet dla animacji, które przenosiły straty. Jednym z jasnych świateł oraz prób przełamania tego stanu był nakręcony w 1982 roku „TRON”. Sam pomysł był tak intrygujący, że postanowiono zaryzykować.

tron1-1

Bohaterem jest Kevin Flynn – młoda programista komputerowy. Kiedyś pracował w dużej korporacji ENCOM, ale obecnie prowadzi salon gier video. Wszystko z powodu obecnego szefa korporacji, Eda Dillingera, który wykradł i przywłaszczył gry stworzone przez Flynna. Mężczyzna próbuje włamać się do komputera firmy, by znaleźć dowody, lecz każda próba kończy się klęską. W końcu razem z przyjaciółmi decyduje się włamać za pomocą terminala firmy. Tylko, że firmą niejako zamiast Dillingera steruje Główny Program Kontrolny – samorozwijająca się AI, niejako działająca niezależnie i zdolna do wszystkiego. Podczas tej próby włamu, Flynn zostaje „wessany” do wnętrza GPK i musi podjąć walkę o przetrwanie.

tron1-2

Może i historia wydaje się prosta, ale reżyser Steven Lisberger postawił tutaj na wizję świata wewnątrz komputera. Mimo prawie 40 lat na karku, wygląd tego świata jest imponujący. Wszystko za pomocą grafiki komputerowej oraz ręcznej animacji, scalonej w jeden system. Ale to miejsce bardziej przypomina kraj rządzony przez dyktatora. Tutaj wszystkie programy biorą udział w grach (m.in. kultowy wyścig cyklotronów), by zostać ostatecznie pokonane i wchłonięte przez GPK. Programy te, będące zmaterializowanymi bitami o ludzkiej budowie ciała mają twarze swoich twórców zwanych Użytkownikami. Oni są traktowani przez nich jak bogowie, wręcz wyzwoliciele, mogący o wiele więcej od nich. Cała ta otoczka oraz sam wygląd tego świata nadal robi piorunujące wrażenie. Tak jak wygląd pojazdów czy zdolności manipulacyjne Flynna w tym świecie.

tron1-3

Dla mnie jednak sporym problemem była fabuła. Nawet nie chodzi o to, że jest prosta, ale same postacie – poza Flynem (świetny jak zawsze Jeff Bridges) – nie są zbyt głęboko zarysowane i stanowią tylko tło dla głównego bohatera. Nawet sam Tron (program ochronny, który walczy w imię użytkowników) zostaje zepchnięty na drugi plan. Zaś sam świat wewnątrz komputera wydaje się troszkę pusty, ale to wynika z założeń twórców. W końcu to walka dobra ze złem, więc po co rozbudowywać to miejsce?

„TRON” przeszedł do historii ze względu na imponujące efekty specjalne, które bardzo dobrze znoszą próbę czasu. Historia może nie dorównuje warstwie technicznej, lecz jako doświadczenie samo w sobie jest niezapomniane.

7/10

Radosław Ostrowski

Kierunek: Noc

Lotnisko w Brukseli wygląda jak typowe lotnisko na świecie. Są samoloty, terminale, pasażerowie oraz załogi samolotów. Jeden z lotów ma wyruszyć do Moskwy i powoli schodzą ludzie na pokład. Sytuacja staje się dramatyczna, gdy na pokład wchodzi włoski wojskowy z karabinem w dłoni. Żąda jednej rzeczy: natychmiastowego startu ku zachodowi, inaczej wszyscy zginą. I to nie z jego ręki, tylko przez… wschód słońca.

kierunek noc1-2

Na pierwszy rzut oka „Kierunek: Noc” brzmi jak obraz ludzkości w czasie dokonującej się apokalipsy. Grupka ludzi, różnych narodowości, religii w jednym miejscu, gdzie postój może być bardzo krótki. Bo słońce zabije. Brzmi to niedorzecznie, ale to jest bardzo sensownie poprowadzone. Twórcy serialu z jednej strony muszą trzymać w napięciu, bo pojawiają się zderzenia charakterów oraz kolejne przeszkody do pokonania (zbieranie żywności, paliwa czy trudne decyzje związane z zostawieniem innych na pewną śmierć). A w takich sytuacjach często zachowanie człowieczeństwa nie jest łatwe, a instynkt przetrwania wydaje się być najważniejszy. W wielu momentach sytuacja staje się nerwowa, wręcz dramatyczna (ciężka niedyspozycja kapitana, zmuszonego do roli kapitana czy mający mieć w Moskwie operację chłopak z mukowiscydozą), przez co niemal ciągle czuć zagrożenie i niepewność. Widać tutaj skromny budżet oraz w zasadzie brak efektów specjalnych, jednak kilka scen potrafi mocno uderzyć (korytarz pełen zwłok w szpitalu czy bardzo intensywna, finałowa ucieczka) oraz podnieść adrenalinę.

kierunek noc1-3

Twórcy cały czas skupiają się na bohaterach, którzy są zderzeni z nienormalną sytuacją. Większość z nich jest ciekawie zarysowana, zaś kolejne odkrywane informacje zmuszają do weryfikacji swoich sympatii i antypatii. Włoski oficer NATO, matka Rosjanka z chorym dzieckiem, ochroniarz w zaawansowanym wieku, młoda wdowa z doświadczeniem pilota, starszy Rosjanin z czarnoskórą pielęgniarką, włoska influencerka, polski mechanik (członek załogi) czy bardzo opanowany i niezbyt rozmowny Turek. I to budowane tutaj relacje między nimi, zmieniające się układy stanowią esencję tego tytułu. Owszem, czasem pojawi się w dialogach pewien patos, jednak  twórcy nie walą tym po twarzy w hurtowych ilościach, nie ma łopoczącej flagi czy podniosłej muzyki. Może troszkę przeszkadzać zakończenie sugerujące ciąg dalszy oraz próbę rozwiązania tajemnicy.

kierunek noc1-1

By jeszcze bardziej wejść w „Kierunek: Noc” obsadzono mniej znanych aktorów. Chociaż nie, jest pewien znany polski aktor w ostatniej scenie, ale sami sprawdzicie kto to. Pewnym istotnym szczegółem jest fakt, że wielu z nich w swoich scenach mówi w swoim języku. Innymi słowy nie słyszymy tylko francuskiego, ale też rosyjski czy polski. Niby drobiazg, ale dodaje realizmu.

Powiem szczerze, że nie oczekiwałem wiele, a dostałem jeden z lepszych seriali Netflixa tego roku. Jest to przykład tego, że nie potrzeba znanych twarzy oraz dużych pieniędzy, by skupić uwagę widza. Mam bardzo silne przeczucie, że ciąg dalszy nastąpi.

8/10

Radosław Ostrowski

The First. Misja na Marsa

Wyobraźcie sobie przyszłość za nieco ponad 20 lat. Technologia jest na tyle spora, używając sztucznej inteligencji czy automatycznych samochodów. Więc czemu by nie wyruszyć na podbój Marsa? Zostaje podjęta misja Providence, z 5-osobową załogą na czele. Dowódcą miał być Tom Hagerty, lecz został zastąpiony. Po wystrzeleniu statku dochodzi do eksplozji, co zaskoczyło i zszokowało niemal wszystkich. Szefowa korporacji Vista, która finansowała oraz współpracowała z NASA, chce ruszyć kolejną ekspedycję za dwa lata. Tylko czy tym razem uda się uniknąć katastrofy oraz zyskać fundusze?

thefirst2

Beau Willimon stał się rozpoznawalny w świecie telewizji dzięki serialowi „House of Cards” (tylko do 4 serii). Po opuszczeniu pracy dla Netflixa zrealizował dla Hulu dramat SF. Wizja przyszłości jest zaskakująco przyziemna, a technologia jest tak naprawdę tylko dodatkiem. Nie jest najważniejsza, więc nie spodziewajcie się jakichś widowiskowych scen czy dynamicznej akcji. „The Frst” jest zaskakująco kameralnym dramatem, bardziej skupiającym się na astronautach. Na ich dylematach, rozterkach wynikających z misji oraz poświęceniu jaki trzeba dokonać. Zwłaszcza, że niemal każdy z przyszłych członków załogi ma lekko pomieszane życie. Nieudane relacje z córką, naznaczone traumą, ciągłe skupianie się na karierze, samotność, pogarszające się zdrowie – niemal każdy odcinek próbuje skupić na jednej z postaci. Są pewne momenty, gdzie potrafi to poruszyć oraz zaangażować (relacja Hagerty’ego z dorosłą córką-ćpunką czy wątek Sadie i jej małżeństwa).

thefirst3

Ale to, co może być – i przez pewien czas było – problemem jest forma. Nie mogę nic złego powiedzieć o zdjęciach, bo te potrafią zachwycić. Zarówno kiedy jest skupiony na detalach, jak i pokazuje krajobrazy jakby z filmów Terrence’a Malicka. A propos Mallicka. Podczas tych rozbuchanych krajobrazów, w tle pojawiają się dialogi niemal patetyczne, przez co miałem nieprzyjemne skojarzenia z „Drzewem życia” (do tej pory nie obejrzałem i nie zamierzam). Jakby mało było problemów, chronologia jest zaburzona, przez co czasem fabułę bardzo ciężko się śledzi. A w tle jeszcze mamy mieszankę americany (podniosła trąbka) z przemielonymi dźwiękami elektronicznymi. Schizofrenia wręcz namacalna. Rozumiem, że przez to wiele osób odbiło się, a serial został skasowany po pierwszej serii. Tym bardziej mnie to boli, iż miała być kontynuacja. Ale się nie dowiemy jak przebiegła ta misja.

thefirst1

Aktorsko jest tutaj bardzo solidnie. Swoją robotę wykonuje Sean Penn jako kapitan Hagerty, który zostaje nowym dowódcą misji kosmicznej. Próbuje ułożyć sobie relacje z córką (świetna Anna Jacoby-Heron), choć nad tym wszystkim przewija się cień matki/żony. Najlepiej wypadają w scenach kłótni, gdy postaci granej przez Penna puszczają nerwy. Równie kluczową postacią jest szefowa Visty prowadzona przez Natashę McElhone. Wydaje się być chłodna, bardzo opanowana i nie pozwalająca sobie na jakiekolwiek emocje, ale widać zaangażowanie w swoje przedsięwzięcia. Sami astronauci też wypadają dobrze, chociaż nie zawsze poznajemy ich bliżej, a największe wrażenie robi LisaGay Hamilton (Kayla Price, niedoszła dowódczyni misji) oraz Hannah Wire (Sadie).

thefirst4

Czy warto poświęcić czas „The First”? Jest to bardzo wymagający serial, który wiele razy testuje cierpliwość widza i miejscami skręca w pretensjonalne rewiry. Czuć jednak w tym wiele serca, a i realizacyjnie wygląda to bardzo porządnie. Jeśli szukacie w SF skupieniu się na ludziach, znajdziecie wiele.

7/10

Radosław Ostrowski

Undone – seria 1

Alma pozornie wydaje się młodą kobietą po 30-tce. Mieszka z chłopakiem pochodzącym z Indii, straciła słuch (korzysta z aparatu), nie przepada za nadopiekuńczą matką i nie chce stabilizacji. Jeszcze ma młodszą siostrę, która wychodzi za mąż za bogatego białasa. Czy wspomniałem, że Alma jest Meksykanką? Jakby tego było mało, jej ojciec zginął w wypadku samochodowym, gdy była jeszcze dzieckiem. Wszystko zaczyna się w momencie, gdy kobieta ma wypadek samochodowy. Przed zderzeniem z ciężarówką na czerwonym, ukazał się przed oczami… jej ojciec i prosi ją o pomoc. Mężczyzna jest przekonany, że wypadek, w którym zginął, nie był tylko wypadkiem.

undone1-2

Jak to możliwe, że w Polsce Prime Video od Amazona nie jest tak popularne jak Netflix? Ich oryginalne produkcje nie są wcale gorsze od amerykańskiego potentata, też zdobywając nominacje do wielu prestiżowych nagród. Sam opis „Undune” sugeruje bardzo intrygującą historię, mieszającą wątek kryminalny z obyczajowym oraz… fantastyką. Bo jak inaczej potraktować możliwość zaginania czasu i przestrzeni? A jedynym ograniczeniem jest wyobraźnia oraz mózg? Pod tym względem serial Raphaela Boba-Waksberga (tak, tego kolesia od „BoJacka Horsemana”) przypomina klimatem powieści Philipa K. Dicka. Jawa to czy sen? Naprawdę istniejemy w rzeczywistości, którą możemy zmieniać wolą umysłu czy mamy do czynienia z chorobą psychiczną? Ten pierwszy wariant brzmi zbyt pięknie, drugi jest przerażający. Co jest prawdą, a co jedynie wytworem zwichrowanego umysłu? Te pytania pojawiają się w głowie dopiero pod koniec oglądania, bo bardzo chciałem wierzyć Almie. Wszystko widzimy z jej perspektywy, więc musi mówić prawdę, no nie? Ciągle twórcy kombinują i do samego końca nie mamy jednoznacznej odpowiedzi.

undone1-1

Podróże w czasie, możliwość zmiany przestrzeni, kontakty z przodkami – niby wszystko tutaj ma swoje jakieś naukowe wytłumaczenie, ale nie brzmi to jak bełkot. Jest bardzo fascynujące i to wszystko podane jest w bardzo nietypowej formie. „Undone” to jest animacja, ale zrobione w technice rotoskopowej. Innymi słowy nakręcony materiał z żywymi aktorami zostaje ręcznie, klatka po klatce, kolorowane i wygląda jak rysowana kreska. To jeszcze bardziej wywołuje surrealistyczne doświadczenie na granicy jawy i snu. Stąd to skojarzenie z Dickiem czy zrobionymi w tej formie filmami Linklatera, pozwalając twórcom się pobawić. Najbardziej tą zabawę widać na początku, kiedy – tak jak bohaterka – jesteśmy zdezorientowani, chronologia jest zaburzona, zaś obraz powstaje tuż przed naszymi oczami. Ogarnięcie tego dla wielu osób może być barierą nie do przeskoczenia, ale poziom skomplikowania całej historii to tak naprawdę zasłona dymna. I nie bójcie się zaryzykować.

undone1-3

Aktorsko jest tutaj więcej niż bardzo dobrze, ale najważniejsze są tutaj dwie postacie, czyli Alma i jej ojciec. Pierwszą gra Rosa Salazar, która jest absolutnie fenomenalna i bardzo trudna do rozgryzienia. Z jednej strony bardzo wrażliwa, delikatna, z drugiej bardzo zdeterminowana, sarkastyczna oraz ironiczna. Zderzenie tych sprzecznych emocji nie gryzie się ze sobą, nawet jeśli używa tylko mowy ciała czy spojrzeń. Bardziej stonowany jest jej ojciec, w którego wciela się Bob Odenkirk. Wydaje się mocno stąpającym po ziemi naukowcem, nawet jeśli jego teorie brzmią wariacko, nie pokazującym emocji, zaś jego motywacja owiana jest tajemnicą. Dynamika tego duetu to najmocniejszy punkt tego serialu, przez co ogląda się go z takim zainteresowaniem.

undone1-4

Amazon już wcześniej ogłosił, że będzie druga seria „Undone”. Ja się z tego powodu cieszę, bo to jedna z najbardziej frapujących produkcji zeszłego roku, przepięknie wyglądająca oraz bardzo poruszającą historią. Dla fanów „BoJacka” oraz poszukiwaczy treści pozycja zdecydowanie obowiązkowa.

8/10

Radosław Ostrowski