The Silent Twins

Niektóre historie brzmią zbyt wariacko, by uznać je za prawdziwe. Taki był przypadek sióstr bliźniaczek – June i Jennifer Gibbons, które już w wieku dziecięcym rozmawiały tylko ze sobą. Przestały odpowiadać zewnętrznemu otoczeniu (rodzina, szkoła itp.), nie dopuszczając nikogo do swojego świata. Fanaberia? Kaprys? A może poważniejszy problem psychiczny? O tym opowiada najnowszy film Agnieszki Smoczyńskiej oparty na reportażu Marjorie Walker.

silent twins1

Już sam początek pokazuje ten kontrast. Gdy widzimy dziewczynki (Eva-Arianna Baxter i Leah Mondesir-Simmonds), są same w pokoju, bawiąc się w radio. Kolory są jasne i silnie nasycone, kamera niemal skupiona na detalach oraz twarzach. Pukanie do drzwi, wchodzi matka i… dziewczyny siedzą w bezruchu, kolory wyprane, zimne. Cisza jak na cmentarzu. Nikt nie wie dlaczego, a sama Smoczyńska bardziej interesuje się skutkami i konsekwencjami tej decyzji. Obie próbują swoich sił jako pisarki, obie w końcu poznają chłopaka (przystojniak w dresiku), w końcu obie dopuszczają się kilku podpaleń i kradzieży. Za to obie trafiają do szpitala psychiatrycznego.

silent twins3

„Silent Twins” pokazuje skomplikowaną relację naszych dziewcząt, które wydają się znać lepiej niż ktokolwiek. Więź jest silna i namacalna, ale jednocześnie jest bardzo niebezpieczna i toksyczna. Jest parę razy pokazana walka o dominację, zazdrość, kłótnie. Destrukcyjne zapędy spychające niemal ku utracie życia. Wszystko to mieszając różne style i estetyki: Smoczyńska bawi się formą, od dokumentu przez surrealistyczne sceny z „wyobraźni” zrobione animacją poklatkową, a nawet skręcając w… musical. Bardzo sensualne doświadczenie kreatywność reżyserki, idealnie wpasowując się do tematyki. Niemniej nie mogłem pozbyć się wrażenia, że od pewnego momentu „wyłączyłem się” w trakcie seansu. Chłonąłem wizualia oraz świetny dorosły duet Letitia Wright/Tamara Lawrence, które wszelkie emocje (mimo oszczędnych środków) wylewają wręcz wiadrami. Ale poczucie przesytu i większym skupieniu na formie niż treści zostało do niemal mocnego końca.

silent twins2

„Silent Twins” to na pewno film intrygujący i spośród prób młodych twórców nakręcenia dzieła na Zachodzie, zdecydowanie jest najciekawszy. Miesza pokręconą wyobraźnię ze skupieniem i wrażliwością, chociaż nie zawsze jest to w równowadze. Niemniej wiele kadrów zostanie w głowie na długo po seansie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Broad Peak

Broad Peak to góra znajdująca się w łańcuchu górskim zwanym Karakorum. Jest obok jednego z najwyższych szczytów świata – K2. To właśnie na ten szczyt w 2013 roku wyruszyła grupa himalaistów pod wodzą Krzysztofa Wielickiego i udało się go zdobyć w marcu tego roku. Ale podczas schodzenia ze szczytu zginęło dwóch alpinistów – Tomasz Kowalski i Maciej Berbeka. O tym postanowił opowiedzieć reżyser Leszek Dawid.

Czekałem na ten film bardzo, a premierę miał mieć już w zeszłym roku na dużym ekranie. Ostatecznie produkcja trafiła na Netflixa, co wywołało we mnie pewne przygnębienie. Wyobraźcie sobie jak by wyglądały te górskie krajobrazy w kinie. Robiłyby większe wrażenie niż przed telewizorem czy (jak w moim przypadku) na laptopie. Po seansie jednak myślę, że to była dobra decyzja.

broad peak1

„Broad Peak” skupia się na Macieju Berbece (Ireneusz Czop) i z jego perspektywy obserwujemy historię. Wszystko zaczyna się w roku 1988, gdy alpinista uczestniczy w wyprawie, której celem jest zdobycie K2. Grupą dowodzi Andrzej Zawada (Tomasz Sapryk), jednak pogoda mocno psuje szyki ekspedycji. Wobec powolnych postępów, Berbeka razem z Olkiem Lwowem (Piotr Głowacki) decydują się na zdobycie sąsiadującego szczytu Broad Peak. Udaje się uzyskać zgodę Zawady i duet rusza na parę dni. Jednak przed samym wejściem Lwow się wycofuje z powodu złej pogody. Jednak determinacja Berbeki jest tak silna, że w końcu udaje się wejść na szczyt. Przynajmniej tak to wyglądało, bo dopiero po paru miesiącach okazało się, iż alpinista dotarł do przedwierzchołka Rocky Summit. Do szczytu zabrakło kilkunastu metrów.

broad peak2

Reżyser dzieli się ten film na dwie części. Pierwsza to ekspedycja z 1988 roku, zaś druga to życie po niej w cieniu kłamstwa oraz drugie podejście do Broad Peak. To, co absolutnie się udało to niesamowite zdjęcia górskie. I nie chodzi mi tylko o krajobrazy, bo te zapierają dech w piersi. Ale jest tu parę ujęć pokazujących pewną bezradność oraz – często zapominany fakt – jak człowiek wobec natury jest bardzo mały. Wręcz jest tylko małą kropką w ocenie śniegu, mrozu i białego puchu. Takie sceny na pewno zapamiętam z tego seansu, włącznie z dwudniowym pobytem w jamie na wysokości powyżej 8 tysięcy metrów.

broad peak4

Ale niestety, w momencie powrotu do domu coś poszło nie tak. Odkrycie kłamstwa, sceny domowe (niewiele, lecz jednak są), czyli takie spowolnienie mnie wybiło z rytmu. A potem jest już rok 2012 i pojawia się Wielicki z planem wyprawy na zdobycie Broad Peak. I miałem takie wrażenie, że to za szybko się dzieje, a samego bohatera nie poznałem za dobrze. Poza jego uporem i determinacją w dążeniu do celu. Także same sceny tej drugiej ekspedycji były dużo krótsze, zostawiając z dużym poczuciem niedosytu oraz… brakiem emocji. Może z wyjątkiem wywiadu radiowego Berbeki oraz wykorzystanego na końcu archiwalnego nagrania dźwiękowego.

broad peak3

Aktorsko tutaj najbardziej wybija się Czop, który – przynajmniej tak mi się wydaje – pierwszy raz gra główną rolę. I wypada świetnie w scenach górskich, wymagających wysiłku fizycznego, pokazania bólu. Wszystko prezentuje wiarygodnie, w obydwu pokazywanych inkarnacjach. Reszta aktorów tak naprawdę robi za tło, choć kilka osób się wyróżnia jak Łukasz Simlat (Krzysztof Wielicki), Piotr Głowacki (Aleksander Lwow) czy Tomasz Sapryk (Andrzej Zawada). Za to kompletnie niewykorzystani są Maja Ostaszewska i Dawid Ogrodnik. Ona w roli żony Berbeki, Ewy, będącej tak naprawdę strasznie jednowymiarową postacią. Czyli wspierającą żoną, pogodzoną z „pracą” męża. Z kolei Ogrodnik w zasadzie tylko wypowiada kilka zdań, w zasadzie będąc tylko cameo.

Kolejny film w ostatnim czasie, który wywołuje we mnie mieszane uczucia. Technicznie jest imponujący z niesamowitymi zdjęciami Łukasza Gutta, dobrym dźwiękiem (!!!) oraz solidnym aktorstwem. Jednak w połowie wszystko siada i dopiero pod koniec zaczyna odzyskiwać swoją siłę. Ale jest już wtedy za późno. Można było wycisnąć z tego duuuuuuuuuuużo więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Johnny

Można postawić dość pewną oraz podpartą dowodami tezę, że w Polsce jednym z „żywszych” gatunków, które cieszą się uznaniem krytyki i widowni są filmy biograficzne. Teraz pojawiła się kolejna, której bohaterem był ksiądz Jan Kaczkowski – założyciel hospicjum w Pucku, zmarły na raka w 2016 roku. Zadania pokazania tej historii podjął się debiutant Daniel Jaroszyk i co z tego wyszło?

„Johnny” jednak nie jest typową biografią pokazującą życie księdza od narodzin aż do śmierci. Naszego bohatera poznajemy z perspektywy Patryka Grzelaka (Piotr Trojan), którego poznajemy w dość nieciekawych okolicznościach. Otóż razem z kumplami włamuje się do domu i jako jedyny zostaje złapany. Problem w tym, że jako recydywista dostaje wyrok surowszy (trzy lata w zawieszeniu). Do tego jeszcze jest winien kasę niejakiemu Pablo. Kim jest Pablo? Kimś, komu nie chcesz być winny kasy. Patryk też otrzymał ponad 300 godzin prac społecznych i tak trafia do hospicjum prowadzonym przez księdza Jana. U niego już zdiagnozowano raka, ale jeszcze w miarę samodzielnie funkcjonuje.

I całość skupia się na relacji tej dwójki, gdzie obaj zostają wystawieni na próbę. Dla Patryka w zasadzie jest to szansa na nowy start i nowe życie. Tylko czy ją wykorzysta? „Johnny” ma wiele mocnych i poważnych momentów, które związane są głównie z pracą Patryka w hospicjum. Taki szybki kurs empatii i zderzenie ze śmiercią (prośba o nagranie wiadomości na telefon, gdzie kamera pokazuje tylko twarz Patryka czy relacja z aktorką Hanną). To są zdecydowanie najmocniejsze momenty tego filmu. Ale nie wszystko jest poważne, ciężkie i dramatyczne. Twórcy dodają wiele humoru, by zbalansować ciężar (choćby przygotowanie jajka dla księdza, który komentuje w stylu Gordona Ramseya), jednak nie zawsze się to udaje.

Co mnie zaskoczyło to bardzo dynamiczny początek, gdzie przeplatają się scena mszy świętej z włamaniem do domu w wykonaniu Patryka i jego kumpli. Nawet w warstwie muzycznej mamy zderzenie sakralnej muzyki (organy i chór) z „brudnym” rapem. Ale dalej takie przebitki należą do rzadkości. Ale problemem dla mnie jest bardzo „teledyskowa” forma, bo niemal co parę(naście) minut wjeżdża jakiś kawałek pod obrazek. Tego jest miejscami aż za dużo, głównie popowych numerów, wywoływały ból głowy. A nawet robiło się miejscami kiczowato. Do tego wiele razy narracja jest prowadzona bardzo skokowo, przez co wypadałem z rytmu.

Aktorsko tak naprawdę film na swoich barkach trzymają Piotr Trojan i Dawid Ogrodnik. Muszę przyznać, że obaj są rewelacyjni. Pierwszy pełni także rolę narratora, opowiadającego całość, a jego Patryk to bardzo skonfliktowany człowiek z tzw. marginesu. Wiele swoich pokazuje jedynie za pomocą spojrzeń czy mimiki twarzy, co czyni wiele scen zapadających w pamięć. Z kolei Ogrodnik bardzo fizycznie przypomina księdza Jana, jednak aktor jest o wiele bardziej powściągliwy, wycofany, co jest sporą niespodzianką. Ten duet działa dzięki silnej chemii oraz paru niezłym dialogom. Na drugim planie mamy parę znajomych twarzy (m.in. Magdalenę Czerwińską, Witolda Dębickiego czy Annę Dymną), choć z tego grona najbardziej wybija się Maria Pakulnis jako przebywającą w hospicjum aktorkę Hannę.

Nie dziwi mnie to, że „Johnny” podoba się widowni. Bo to w zasadzie porządny feel-good movie o empatii, pełen sympatii i skromności. Jednak reżyser parę razy się potyka, zaś sama postać księdza jest w zasadzie postacią drugoplanową, skupiając się bardziej na jego podopiecznym. Czasem bywa efekciarski oraz wiele rzeczy zbyt łatwo się dzieje, niemniej próbuje być mniej oczywistym filmem biograficznym. Czuć jednak rękę debiutanta, niemniej widać potencjał w tym twórcy.

6/10

Radosław Ostrowski

Elvis

Podobno mówi się, że w muzyce rozrywkowej król był tylko jeden, a imię jego Elvis. Mieszał country z rhythm’n’bluesem i gospel, budując na tym nowy gatunek muzyczny: rock’n’rolla. Był bohaterem wielu filmów (także dokumentalnych), ale kolejny mu nie zaszkodzi. Zwłaszcza jeśli reżyserem jest tak wyrazisty stylista jak Baz Luhrmann, który wizualny styl jest łatwo rozpoznawalny.

Narratorem nie jest jednak sam Król, lecz jego menadżer, tajemniczy „pułkownik” Tom Parker (Tom Hanks). Gdy go poznajemy jest rok 1997 i trafia do szpitala. Czy kasyna. Wszystko się tutaj miesza – czas, przestrzeń i miejsca. Zaczyna snuć swoją historię jak to odkrył Elvisa i zrobił z niego gwiazdę. Niektórzy nawet powiedzieliby, że także go zniszczył oraz zamordował. Tak cofamy się do lat 50., gdy nasz biznesmen prowadził szoł muzyka country, Hanka Snowa (David Wenham). Cała jednak sytuacja się zmienia, gdy trafia do jego uszu nagranie młodego chłopaka z Memphis. Parker wyrusza na jego występ, który ma się odbyć za kilka godzin. Widząc zza kulis, chłopak (Austin Butler) wydaje się niepewny, nieśmiały, spięty. Wchodzi na scenę i… zaczyna się szaleństwo, a panie osiągają ekstazę. Przez to jak rusza biodrami. Parker proponuje umowę w zamian stając się jego menadżerem oraz zarządcą pieniędzy.

„Elvis” jest dziwnym filmem, który wywołuje dość mieszane uczucia. Luhrmann miesza chronologię, muzykę (mieszanka bluesa, country, gospel i… rapu) oraz estetykę. Postmodernistyczna jazda bez trzymanki, doprowadzająca do wizualnego oczopląsu, w bardzo teledyskowym montażu. Niemal w pigułce mamy karierę filmową („był świetnym aktorem, ale nie chcieliście iść na jego filmy, jeśli w nich nie śpiewał”), pierwsze występy, kupienie Graceland czy występ, przez który Elvis musiał iść do wojska (alternatywą było więzienie). Jednak reżyser za bardzo się skupia na relacji z Parkerem, która jest bardziej toksyczna niż chce się przyznać sam zainteresowany. Młody, cholernie uzdolniony, lecz naiwny i zbyt ufny kontra król ściemy, hazardzista, manipulator, chcący błyszczeć tym samym światłem co jego gwiazda. Wiedziałem jak to się skończy, przez co ten wątek najmniej mnie interesował.

Z tego powodu Elvis staje się tak naprawdę postacią drugoplanową, bardzo rzadko wchodzimy do jego głowy. Innym problemem tej decyzji narracyjnej jest zepchnięcie do roli tła zarówno rodziców przyszłego Króla (przede wszystkim matki, która była dla niego kompasem moralnym), jak i poznanej w Niemczech żony. Późniejsze uzależnienie od leków i narkotyków też pojawia się nagle, w zasadzie ciemna strony sławy jest ledwo zaznaczona.

Jeszcze wracając do Parkera, grający go Tom Hanks wypada… dziwnie. Aktor ten nigdy nie schodził poniżej pewnego poziomu, ale tutaj nie da się go traktować poważne. Nienaturalny akcent, groteskowy makeup, przeszarżowany sposób mówienia. Jeśli celem aktora było zdobycie Złotej Maliny (to chyba jedyna nagroda, jakiej jeszcze nie zdobył), Hanks może meldować wykonanie zadania. A co działa? Wszystkie muzyczne wstawki i zapisy koncertów Elvisa, których energia niemal mi się udzielała, sceny interakcji Elvisa z „czarną” muzyką (wizyta w namiocie jako dziecko czy odwiedzanie knajpy, gdzie grał m.in. B.B. King) oraz absolutnie magnetyzujący Austin Butler. Może i nie jest wizualnie jeden do jeden jako Elvis, ale mówi jak Elvis, śpiewa jak Elvis (tak, to jego głos, a nie lip-sync) oraz rusza się jak Elvis. W rzadkich scenach poza sceną bardzo przekonująco zarówno pewność siebie, zagubienie czy (już zbliżający się do 40-tki) pogodzenie się z życiem w złotej klatce.

„Elvis” ma tutaj dwa oblicza: płytkiej, powierzchownej biografii pokazującej bardziej jego wpływ na kulturę oraz barwnego, imponującego audio-wizualnie spektaklu z charyzmatycznym Butlerem. Każdy z was musi sam zdecydować się czy chce iść na ten film spodziewając się biografii albo bogatego szoł w stylu Luhrmanna.

7/10

Radosław Ostrowski

King Richard: Zwycięska rodzina

Biografie sportowe – czyli od treningu i uporu aż do spektakularnego sukcesu. Zawodnicy walczą do upadłego, poszukiwanie trenerów, sponsorów oraz walka do samego końca na korcie. Wzloty i upadki, momenty załamania, kryzysy. To jest duże pole do popisu dla twórców, zwłaszcza jeśli opowiemy o najsłynniejszych zawodnikach i zawodniczkach. Jak na przykład Venus i Serena Williams, które od maleńkości były trenowane przez swojego ojca – Richarda.

„King Richard” skupia się na tej postaci nawet bardziej na ojcu sióstr Williams niż na nich samych. Wszystko zaczyna się na początku lat 90., gdzie dziewczyny są w wieku nastoletnim, jeszcze nie grają w żadnej lidze i trenują w podniszczonych kortach Compton. A są to czasy, gdy w dzielnicy przestępczość była więcej niż wysoka, po okolicy krążyły dragi oraz gangi. Jednak Richard przygotowuje swoje dziewczyny do tenisa. Co może nie dziwi, ale wtedy był to elitarny, snobistyczny sport dla białych, bogatych ludzi. Więc wiecie, to było wtedy wielkie wyzwanie, lecz Richard miał plan. Dosłownie – jeszcze przed narodzinami córek, rozpisał sobie na niecałe 80 stron plan rozwoju ich karier.

Muszę przyznać, że sam film wywołuje we mnie bardzo mieszane odczucia. Bo sama historia sióstr Williams jest bardzo fascynująca i może być inspiracją dla innych, równie ambitnych dziewczyn walczących o swój sukces. Ale no właśnie: swój sukces czy ojca? Człowieka przekonanego o tym, że wszystko wie najlepiej, apodyktycznego, nakręcanego przez swoje demony oraz obsesje. Wygadanego megalomana, którego pewność siebie podnosi jego ego, wtrącającego się innym w pracę oraz decydującego za innych. Pierwsza połowa potrafi wyciągnąć na wierzch te wszystkie obsesje, co doprowadza nawet do pojawienia się policji i pomocy społecznej. Te momenty były dla mnie najciekawsze.

Ale w drugiej połowie te mroczniejsze obsesje są zepchnięte na dalszy plan, chociaż potrafią czasem wyleźć. Jak choćby kontrowersyjna decyzja o wycofaniu Venus z zawodów juniorskich (bez zgody dziewczyny, jak i jej trenera) czy moment zostawienia dziewcząt przez sklepem, by nauczyć ich skromności oraz pokory. Takie momenty pokazują jakie niebezpieczeństwo może mieć zbyt wielkie poczucie własnej wartości. Przebijają się, ale o wiele rzadziej. Za to muszę pochwalić bardzo dobrze zrealizowane sceny na korcie oraz treningów – świetnie zmontowanych, ze skupioną na detalach kamerą. I wszystko urywa się w momencie, gdy Venus pierwszy raz startuje (jako 14-latka) w turnieju dla profesjonalistek oraz odpada po dramatycznym pojedynku z najlepszą rakietą świata. Zostawiając niejako najciekawsze i najbardziej interesujące momenty przed nami. Jednak fakt, że siostry Williams są producentkami wykonawczymi tego filmu miał wpływ na taki, a nie inny kształt filmu.

„King Richard” wyróżnia się od innych biografii sportowych skupieniem się na relacji rodzinnej, gdzie wszystko od początku było pod dyktando jednego człowieka. Człowieka z trudnym charakterem oraz niemal despotyczną ręką, tutaj wybielonego. Niemniej jest to bardzo solidne kino z bardzo wyrazistą kreacją Willa Smitha, który zdominował ekran.

7/10

Radosław Ostrowski

Oczy Tammy Faye

W Polsce nie jest znana profesja teleewangelików, bo w USA jest masa wszelkich sekt oraz kultów, dając wiele pola dla wszelkiego rodzaju pastorów czy kaznodziei. Czym są ci goście? Osobami głoszącymi Słowo Boże za pomocą telewizji, utrzymując się z datków od swoich widzów. I zaczniecie mi tu mówić o pewnym duchownym z Torunia, on nie ma tu startu do tych pastorów z TV. Jednymi z największych głosicieli Dobrej Nowiny byli Tammy Faye oraz jej mąż Jim Bakker.

Film skupia się na Tammy Faye – prostej dziewczynie z małego miasteczka, wielbiącej Boga. Jednak nie mogła się pojawiać w lokalnym kościele, gdzie jej matka gra na pianinie (z powodu jej przeszłości). Jako studentka w szkole studiującej Biblię poznaje Jima Bakkera – młodego, charyzmatycznego studenta z kontrowersyjnymi poglądami. W końcu oboje biorą ślub i jadą po małych miastach ze swoim show dla dzieci, gdzie Tammy używa swoich pacynek. Zostają dostrzeżeni przez Pata Robertsona, który zaprasza ich do prowadzenia programu w jego telewizji CBN.

Dalej historia potoczy się znajomą drogą, czyli od wzlotu i założeniu własnej telewizji po spektakularny upadek. Wszystko to pokazane z perspektywy Tammy, co jest bronią obosieczną w tym przypadku. Z jednej strony widzimy kobietę, którą można nazwać naiwną, prostolinijną, która ma tylko jeden cel: chwalenie Pana swoim śpiewem oraz programami. Z drugiej strony coraz bardziej zaczyna przyzwyczajać się do luksusowego stylu życia, co symbolizuje charakterystyczny, przesadzony makijaż. Sława zaczyna się odbijać na małżeństwie. Dodatkowo jeszcze przebijające się, choć nadal będące w tle, problemy stacji oraz oskarżenia wobec Bakkera o defraudacje i skandal seksualny.

Dlaczego jest to broń obosieczna? Bo wątki obyczajowe działają i potrafią pokazać oddalenie się małżonków. Ale sprawy wokół stacji są zepchnięte na dalszy plan, przez co kompletnie mnie nie zaangażowały. Być może dlatego, że bohaterka wydawała się być odcięta od tych spraw. Albo nie chciała widzieć tego syfu. Dla mnie najciekawszy jednak był portret tego środowiska, które wykorzystuje media do szerzenia przekazu Ewangelii. Reprezentujący to środowisko Jerry Falwell (mocny Vincent D’Onofrio) wydaje się silną osobowością, z dużymi wpływami, lecz to wszystko tak naprawdę jest tylko biznesem. Bo wszystko dzisiaj można sprzedać (także wiarę), tylko trzeba wiedzieć jak, co pokazuje teledyskowa zbitka pokazująca zmianę programu.

To wszystko jednak trzyma się troszkę w ryzach, co jest zasługą świetnego duetu aktorskiego, czyli Jessiki Chastain oraz Andrew Garfielda. On bardzo pewnie żongluje emocjami swojej postaci: od opanowania, łagodności i charyzmy po oschłość, megalomanię oraz rozgoryczenie. Ale to Chastain jest prawdziwą gwiazdą filmu – pełna przebojowości, charyzmy oraz odwagi w dotykaniu trudnych tematów (rozmowa z pastorem-gejem). Chociaż bywa przy tym dość bujająca w obłokach i działa impulsywnie, co jest chłodno odbierane przez matkę.

Jak odebrać „Oczy Tammy Faye”? To kolejny przykład filmu, który ma świetny temat, ale brakuje jakiegoś mocniejszego uderzenia i spłyca ciężar emocjonalny. Można było mocniej oraz głębiej pokazać środowisko teleewangelistów i jej wpływów na ludzi, a tak sprawia wrażenie ledwo liźniętego.

6/10

Radosław Ostrowski

Bar dobrych ludzi

Filmy oparte na wspomnieniach to jedno z takich zadań nie należących do łatwych. Wszystko zależy od samego materiału, ale też od podejścia reżysera – czy trafi z emocjami, czy może za bardzo złagodzi całą opowieść. Jak ze wspomnieniami J.R. Moehringera poradził sobie znany reżyser George Clooney?

Akcja toczy się na przedmieściach Nowego Jorku lat 70. i 80., kiedy młody J.R. razem z matką trafiają do domu dziadków. Zawsze tam trafiają, gdy jej cokolwiek nie wychodzi – z facetem, pracą itd. Ojciec chłopaka pracuje jako radiowy DJ, lecz rodziną przestał się interesować. W samym domu jest od groma kuzynów, kanalizacja nie działa, zaś chłopak w zasadzie nie ma planu na przyszłość. O braku kogoś, kto mógłby być substytutem ojca nawet nie wspominam. Ale od czego jest wujek Charlie – właściciel miejscowego baru Dickens. Mężczyzna próbuje stać się dla chłopaka mentorem i dokonuje jeszcze jednej rzeczy. Mianowicie zaraża go miłością do literatury, co mocno naznaczy jego dalszą drogę.

Brzmi jak potencjalnie interesujący coming-of-age o chłopaku szukającym swojego miejsca na ziemi. Niby widzieliśmy takich historii tysiące, więc trudno oczekiwać jakiegoś zaskoczenia. Ale chciałoby się więcej z tej historii wycisnąć. Bo ile tu jest motywów do złapania: nagła choroba matki, budowana relacja J.R. z wujkiem, próby znalezienia ojca, odkrycie swojej tożsamości, pierwsza (nieudana) miłość, próba znalezienia pracy, kumple ze studiów. Jeszcze jest sam bar i jego bywalcy z barwnymi życiorysami, których chciałoby się lepiej poznać. Aż się prosi o soczystą opowieść, gdzie „barowe” mądrości o życiu w USA zostałyby skonfrontowane z rzeczywistością.

Niestety, to wszystko sprawia wrażenie historii z ledwo liźniętymi wątkami i nie angażuje tak jak mógłby. Brakuje tu kompletnie emocji, choć jest parę zabawnych momentów oraz dialogów. W tle jeszcze gra muzyka z lat 70., co pomaga w budowaniu klimatu. Ale to wszystko za mało, by w pełni zaangażować. Wyjątkiem są tak naprawdę wszystkie sceny z grającym wujka Benem Affleckiem. Aktor fantastycznie tworzy postać żyjącego według własnych zasad i trzymający się swoich mądrości. Równie przekonujący jest sam J.R., będący także narratorem (głos z offu to Ron Livingston), grany przez Daniela Ranieriego oraz Tye’a Sheridana. Parę minut ma też Lily Rabe (matka) oraz – zawsze mile widziany przeze mnie – Christopher Lloyd (dziadek).

Coś mam ostatnio pecha do filmów, bo „Bar dobrych ludzi” jest produkcją niedogotowaną. Z jednej strony bardzo sympatyczną, przy której miło się spędza czas. Z drugiej zaś czuć, że najciekawsze rzeczy są głębiej zakopane, bez szansy na coś głębszego, mocniejszego, interesującego. Innymi słowy, zmarnowany potencjał.

6/10

Radosław Ostrowski

Belfast

Co jest takiego w filmach coming-of-age opartych na osobistych doświadczeniach reżysera, że potrafią poruszyć? Pozornie odpowiedź wydaje się prosta: bo są szczere. Albo przynajmniej takie nam się wydają, choć może to być pułapka. Czemu? Bo wspomnienia zacierają się, są podkoloryzowane i polane nostalgicznym sosem, przez co czasem ciężar emocjonalny wydaje się nie mieć siły. Czasami jednak udaje się zainteresować, zaciekawić i złapać. Takie miałem odczucia podczas seansu nowego filmu Kennetha Branagha „Belfast”.

Historia oparta jest na przeżyciach filmowca z czasów, gdy mieszkał w tytułowym mieście. Jest lato 1969 roku i jesteśmy w protestanckiej dzielnicy miasta. Tutaj mieszka Buddy – 9-letni chłopiec, razem z mamą, dziadkami oraz starszym bratem. Ojciec pracuje w Anglii, więc w domu pojawia się bardzo rzadko. Sytuacja jednak na ulicy, gdzie paru protestanckich narwańców chce wykurzyć katolików z miasta. By tego dokonać szef grupy chce zmusić pobratymców do współpracy – jako walczący albo wykonujący drobne robótki typu przynieś to, daj kasę itp., a jeśli ktoś tego chce, zemsta go spotka sroga. Sytuacja jest dość niewesoła, co może zmusić całą rodzinę do opuszczenia Belfasta.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, że wszystko widzimy z perspektywy Buddy’ego (debiutant Jude Hill). I jak każdy chłopiec lubi się bawić, ma swoje marzenia, nawet zakochuje się w koleżance. Ale też pakuje się w tarapaty, dzięki sąsiadce, dołączając do „gangu”. Obserwuje (a nawet podsłuchuje) jak rozmawiają rodzice, co pokazuje bardzo trudną sytuację rodziny. Spłacanie długu, praca poza krajem oraz panująca wewnętrzna wojna. Pojawia się policja, nawet wojsko, zbudowany zostaje mur po obu stronach ulicy, a nocą teren jest patrolowany. Telewizja oraz radio mówią, że jest coraz gorzej, są ofiary, a ludzie uciekają. Co wtedy zrobić – zostać, wytrzymać i liczyć, że obecna sytuacja jest tymczasowa, czy rzucić to wszystko i uciekać, licząc na szczęście w nowym kraju?

Reżyser przekonująco ogrywa paradoksy życia, mieszając chwile radości (wspólne wizyty w kinie, Święta) ze smutkiem (dziadek w szpitalu i jego śmierć), sceny humorystyczne (próba kradzieży na sklepie z offu czy rozmowy dziadka z babcią) z dramatycznymi (zamieszki, zakończone napadem na sklep oraz finałową konfrontacją w iście westernowym stylu – nie bez powodu w tle gra piosenka z „W samo południe”). Całość nakręcona jest na czarno-białej taśmie, a wyjątkiem od tej zasady są sceny pokazujące współczesny Belfast oraz podczas wizyt w kinie – pokazywane filmy są w kolorze, zaś cała reszta pozostaje czarno-biała. Zaś melancholijny klimat potęguje muzyka (a dokładnie piosenki) Van Morrisona. Nawet nie przeszkadzała mi ta forma scenariusza, będąca zbiorem epizodów na przestrzeni miesięcy.

To by nie zadziałało, gdyby nie naprawdę fenomenalne aktorstwo. Na mnie największe wrażenie zrobiła Caitriona Balfe, czyli matka. Jest niejako osamotniona w wychowaniu dzieci (nie zawsze daje sobie radę), zaś wizja opuszczenia domu budzi w niej strach. No bo jak zostawić miejsce, gdzie znasz wszystkich, każdy skrawek i czujesz się bezpiecznie, swojo? Ten konflikt wewnętrzny prowadzony jest znakomicie i to ona ostatecznie podejmuje decyzję. Świetny jest Jamie Dorman w roli ojca, pozytywnie nastawiony do życia, ale jednocześnie twardo stąpający na ziemi. Tak jak matka nie pokazuje swoich lęków przed dziećmi, a w ich relację wierzy się całkowicie. Tak samo złego słowa nie potrafię powiedzieć o dziadkach, zwłaszcza że grają ich Ciaran Hinds oraz Judi Dench. Ich obecność dodaje odrobiny lekkości oraz humoru, pokazując też bardzo silną więź, mimo długiego stażu. Ale nie można nie wspomnieć o debiutancie, czyli Judzie Hillu. Jak to jest możliwe, że w krajach anglosaskich mają takich uzdolnionych młodych ludzi, którzy nie brzmią sztucznie, nie drażnią uszu i są tacy naturalni? A może to reżyserzy lepiej potrafią z nimi pracować i takie są efekty? W każdym razie nie można oderwać oczu od tego uroczego chłopca.

Branagh dedykuje ten film „tym, co zostali, tym, co wyjechali i tym, co zaginęli”. A sam „Belfast” jest taką mieszanką dramatu i komedii, która potrafi poruszyć, wzruszyć, ale też sprawić, że się uśmiechniemy. Takie połączenia potrafią tworzyć tylko najwięksi alchemicy i do nich na pewno należy Kenneth Branagh.

8/10

Radosław Ostrowski

tick, tick… Boom!

W musicalu obecnie chyba żadne nazwisko nie jest tak popularne jak Lin-Manuel Miranda. Twórca „In the Heights” oraz „Hamiltona” od lat pisze piosenki do filmów, czasem w nich gra. Tym razem jednak postanowił wejść na wyższy poziom i spróbować swoich sił jako filmowy reżyser. Oczywiście, że nakręcił musical, będący biografią Jonathana Larsona.

Nie znacie go? To był młody chłopak z miasta Nowy Jork, co pracował jako kelner w restauracji. Ale ciągle ścigał swoje marzenie – pisanie musicali, co wychodziło mu łatwo. Problem w tym, że nikt nie chciał tego wystawić. Akcja toczy się w 1990 roku na kilka dni przed 30. urodzinami, z poczuciem niespełnienia. Że nic nie osiągnął, a rachunki same się nie opłacą. W końcu dostaje szansę na zaprezentowanie swojego dzieła „Suburbia” przed kilkoma ważnymi osobistościami świata musicalu.

Budulcem dla tego filmu jest monodram wykonywany przez samego Larsona, który opowiada o wszystkich tych wydarzeniach. Reżyser bawi się tutaj formą, gdzie sceny sceniczne przeplatają się z retrospekcjami. Wszystko jest niejako materializującą się na naszych oczach kreacją, gdzie przeskakujemy z mieszkania do apartamentu albo z knajpy na scenę. Czy do grupy fokusowej, by ustalić nazwę dla nowego produktu. Jeszcze kadr lubi się zmieniać – od wąskiego obrazu niczym w formacie telewizyjnym po szeroki ekran kinowy (Cinemascope). Dzieje się tutaj wiele, a wszystko w rytm bardzo chwytliwej muzyki – niby granej przez mały zespół, a pełnej energii oraz pasji. Chaos wydaje się pozorny, a prowadzi do historii artysty i jego wyboistej drogi do sukcesu. Sukcesu, którego nie będzie mógł być świadkiem.

Bo Larson umrze dzień przed premierą „Rent”, który będzie grany na scenie przez 12 lat. Przyczyna zgonu: tętniak i to w wieku 35 lat. To nie jest spojler, bo informację o śmierci dostajemy z offu na samym początku. Miranda, który ewidentnie czuje materiał i ma fantastyczne pomysły inscenizacyjne oraz choreograficzne (prosty numer o życiu w bohemie, otwierający całość „30/90” z drobną sceną taneczną w bibliotece czy kapitalna scena w jadłodajni), że nie można od tego oderwać oczu. Zdjęcia miejscami dostają odrobinę ADHD, a montaż daje prawdziwego kopa oraz rytmu.

Sam film za to opowiada o pogoni za marzeniami oraz cenie jaką się za to płaci. Zwłaszcza jeśli ma się nie tylko talent, ale i kompletną fiksację na tym punkcie. Poczucie traconego czasu, który gdzieś tyka cały czas w tle. Nerwowość jeszcze podkreśla blokada twórcza, wynikająca z niemożności napisania jednej piosenki. Przez co Larkin wydaje się bardzo narcystycznym, czasem wręcz antypatycznym dupkiem. Paradoksalnie jednak czyni go postacią pełnokrwistą, nawet jeśli jego przyjaciele i osoby z otoczenia pełnią rolę tła. Na szczęście ich problemy mają szansę w pełni wybrzmieć, nie sprawiając wrażenie ani zapychacza, ani emocjonalnego szantażu.

Jeśli chodzi o aktorstwo, „tick, tick… BOOM” można określić trzema słowami: Andrew Garfield Show. Aktor tworzy rolę absolutnie wybitną, gdzie w zasadzie wszystko robi bez zarzutu: od kapitalnego śpiewu i tańca (podejrzewam, że akurat gra na fortepianie mogła być udawana) aż po pokazania bardzo sprzecznych emocji: bezradności, wściekłości, przytłoczenia po pasję, energię oraz zrozumienie. Bez tej roli tego filmu by nie było, a Garfield wszystko pokazuje bezbłędnie, dominując wręcz ekran. W zasadzie reszta postaci wydaje się zepchnięta, choć ma szansę się wykazać: świetny Robin de Jesus (Michael), śliczna Alexandra Shipp (dziewczyna bohatera, Susan), śpiewający podczas monologu duet Vanessa Hudgens/Justin Henry czy w drobnym epizodzie Bradley Whitford (Stephen Sondheim).

„tick, tick… BOOM!” to z jednej stron zarówno świetny, poruszający musical jak i nieszablonowa w formie biografia. Kolejny przykład wszechstronnego talentu Lin-Manuela Mirandy, który czegokolwiek by nie dotknął, zamienia w złoto. Wszyscy będą sobie zadawać jedno pytanie: jakim cudem on to robi i jaki będzie jego kolejny ruch. Musical ostatnimi czasy jest naprawdę w formie i troszkę szkoda, że nie jest tak popularny jak z 10-15 lat temu.

8/10

Radosław Ostrowski

… gdziekolwiek jesteś, Panie Prezydencie…

Zmiany w narracji na temat II Rzeczpospolitej przez władze naszego kraju zmieniały się w zależności od ustroju. Za tzw. komuny II RP była określana jako siedlisko zła oraz totalnej degrengolady, z kolei po 1989 mówi się o okresie przedwojennym w niemal superlatywach. Tylko historycy wydają się zachowywać dystans, choć PRL-owska cenzura potrafiła założyć knebel. Czemu o tym mówię? To pozwala zrozumieć wiele polskich filmów historycznych z okresu PRL.

panie prezydencie1

„gdziekolwiek jesteś…” skupia się na postaci komisarza (a od 1939 roku prezydenta) miasta Warszawy, Stefana Starzyńskiego. Głównie pod koniec jego urzędowania podczas kampanii wrześniowej. Miasto znajdowało się pod ostrzałem niemal od samego początku, walka trwa do ostatków sił, zaś rząd wydaje rozkaz ewakuacji miasta oraz najważniejszych urzędów. Jednak Starzyński nie wykonuje rozkazu i pozostaje w mieście, niejako pełniąc rolę przywódcy.

panie prezydencie2

Fabuły jako takiej ta produkcja nie posiada i bardziej przypomina dokument, wręcz reportaż. Nakręcony na czarno-białej taśmie film miesza sceny fabularne z archiwaliami w taki sposób, że rozróżnienie bywa czasami wręcz niemożliwe. To tylko pokazuje niesamowite umiejętności Zygmunta Samosiuka, odpowiedzialnego za zdjęcia. Kadry pokazujące skalę zniszczeń, ofiary oraz coraz bardziej przebijające się oddziały niemieckie mówią wszystko. Z każdą minuta nasila się poczucie bezsilności wobec nieuniknionego. Kolejne scenki, narady, rozmowy, miejsca. Wszystko nagle się urywa i przechodzi dalej, przez co ciężko się w tym odnaleźć. Chaos na ekranie i chaos na zewnątrz, a finał jest łatwy do przewidzenia.

panie prezydencie3

A jednak reżyser bardzo przekonująco pokazuje całą mentalność tego brutalnego okresu, mimo wpleceniu elementów fikcyjnych. Klejem scalającym film jest Tadeusz Łomnicki w roli Starzyńskiego. Nie jest to kreacja pokazująca heroicznego, odważnego człowieka, lecz pełnego sprzeczności i bardzo wycofanego. Człowiek niejako zmuszony do wspierania mieszkańców oraz walki do ostatek sił, pozostający na stanowisku, a jednocześnie mężczyzna w żałobie, nie do końca zdecydowany, poruszający się dość ospale. Dziwaczna dychotonia, zarysowana bardzo delikatnie oraz w drobnych spojrzeniach i gestach, która fascynuje.

To nie jest łatwy film, bardziej eksperymentalne dzieło, zachwycające głównie technicznie. Poza tym trafnie przedstawia atmosferę coraz bardziej gasnącej nadziei, zaś rola Łomnickiego jest jak magnes.

7/10

Radosław Ostrowski