Ręce do góry

Spośród polskich reżyserów Jerzy Skolimowski wyróżniał się najbardziej, szczególnie na początku swojej drogi w latach 60. Mocno idąc w kierunku Nowej Fali, z bardzo luźno zarysowaną fabułą, oszczędnymi dialogami oraz bardzo silną warstwą wizualną. Oraz tworząc postać Andrzeja Leszczyca – młodego, zagubionego samotnika. Ostatnią częścią serii, którą zaczął „Rysopis” był powstały w 1967 roku film „Ręce do góry”, jednak historia powstania jest wyboista.

Choć całość została nakręcona w 1967 roku, nie została dopuszczona do dystrybucji, a wszystko z powodu jednej głośnej sceny. Chodziło o podwójne oczy Stalina i przez to trafił na półkę, zaś Skolimowski zdecydował się na imigrację. Dopiero po 14 latach wrócił do filmu dodając (kolorowy) prolog, który – jak wiele filmów reżysera – ryje banię. I jest to jazda bez trzymanki. Z jednej strony reżyser próbuje pokazać jak wpływ miało na niego doświadczenie pracy nad filmem, z drugiej mamy totalny kolaż – wyniszczony wojną Bejrut, obrazki z powstania warszawskiego, manifestacja związana z Solidarnością, Skolimowski pracujący przy filmie „Fałszerstwo” Volkera Schloendorffa, tworzenie galerii sztuki czy pokazywane obrazy. A w tle gra na pełnej kurtyzanie, niemal doprowadzając do bólu uszu „Kosmogonia” Krzysztofa Pendereckiego. Niekoniecznie się to wszystko łączy, ale robi piorunujące wrażenie.

Po 25 minutach jednak obraz staje się czarno-biały i dostajemy film właściwy. Wszystko zaczyna się na balu absolwentów Akademii Medycznej, gdzie dość szybko poznajemy piątkę bohaterów. Zamiast imion i nazwisk używają marek samochodów jako ksyw: Zastawa (Jerzy Skolimowski), Opel Rekord (Tadeusz Łomnicki), Alfa (Joanna Szczerbic), Romeo (Adam Hanuszkiewicz) i Wartburg (Bogumił Kobiela). Punktem zapalnym jest list napisany przez jednego z absolwentów, który nie pojawił się na imprezie, więc reszta decyduje się do niego wpaść. Problem w tym, że nie bardzo jest jak tam dotrzeć, a jedyny jadący pociąg to… towarowy. Żaden problem, więc piątka wyrusza. No i staje się to okazją do rozrachunku z czasami studenckimi.

Sama historia jest zaskakująco kameralna, przez większość czasu rozgrywająca się w wagonie pociągu. Bardzo oszczędna scenografia buduje wręcz duszną atmosferę, krótkie przebitki retrospekcji wrzucające w czasy studiów oraz członkostwa ZMP. Ale Skolimowski nawet tutaj eksperymentuje z formą – nagle przestrzeń robi się coraz szersza, pojawia się masa symbolicznych scen (oblepienie klejem z gazetą jednego z mężczyzn niczym przeprowadzana operacja, udawanie konia, ciągle zapalone świece), przejścia do retrospekcji są nagłe, a nawet mamy odwrócony negatyw. Dialogi pełne zarówno odniesień do czasów wojny, ale niepozbawione ironii oraz złośliwości. Kolejne zdejmowane maski, odkrywane pretensje i zazdrości, które nie są wypowiadane wprost.

Nie jest to łatwe kino (jak każdy w zasadzie film Skolimowskiego), ale „Ręce do góry” – nawet z dokręconym prologiem – jest bardzo intrygującym portretem cynicznego pokolenia, dla którego liczy się bogactwo i status społeczny. Świetnie zagrane, imponująco nakręcone przez debiutującego Witolda Sobocińskiego oraz awangardowa muzyka Krzysztofa Komedy dodają do tego eksperymentu.

8/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz