Wielka woda

Netflix i polskie seriale to zazwyczaj chybiona mieszanka, choć to wynika z niewielkiego doświadczenia oraz docierania się obydwu stron. Niemniej coś się chyba zaczyna kiełkować, co pokazał drugi sezon „Rojsta”, dobrze odebrany „Sexify” (jeszcze nie widziałem) oraz temat obecnego tekstu. „Wielka woda” to kolejny serial reżysera Jana Holoubka i scenarzysty Kaspra Bajona, tylko tym razem skupia się na powodzi 1997 roku.

Akcja skupia się na Wrocławiu roku pamiętnego, kiedy Odra zalała miasto. Ale cofamy się parę tygodni do momentu, gdy trafia faksem notatka hydrolog Jaśminy Tremer (Agnieszka Żulewska). Poziom wody w Odrze rośnie w szybkim tempie. Władze miasta z inicjatywy zastępcy wojewody Jakuba Marczaka (Tomasz Schuchardt) ściągają kobietę w charakterze konsultanta, by nie dopuścić/zminimalizować straty. Jednym ze sposobów ma być wysadzenie wału przeciwpowodziowego wokół wsi Kęty. Mieszkańcy pod wodzą Andrzeja Rębacza (Ireneusz Czop) nie chcą się na to zgodzić, nie mówić już o przeniesieniu się do mieszkań zastępczych. Katastrofa wisi w powietrzu.

Sześcioodcinkowa historia rozbija się na parę mniejszych, by stworzyć mozaikę postaci, zdarzeń oraz realiów roku ‘97. Pokazania czasów, gdzie jeszcze nie wykorzeniła się mentalność PRL-u i nie do końca ufa się władzom. Te z kolei nie są do końca przygotowane na całą sytuację, zakładając optymistyczne scenariusze, nie posiadając aktualnych map i brakuje poczucia kto za co odpowiada. Biurokracja, burdel kompetencyjny oraz przepychanki polityczne były dla mnie jednymi z najciekawszych scen. Zderzenie człowieka z urzędniczą machiną, gdzie musi dojść do nieuniknionego błędu. Nieufność wobec władzy miesza się tutaj z oddolnymi inicjatywami, jednoczącymi ludzi.

Jednocześnie wszystko jest pokazane w skali mikro, z masą postaci na drugim i trzecim planie jak sprzedawczyni lokalnego sklepu, dr Góra, dziennikarka telewizyjna, diler narkotykowy. To pomaga zbudować koloryt i pokazać różne perspektywy, ALE jednocześnie można odnieść poczucie pewnego przesytu. Bo jak się odkryje ile postaci jest ze sobą powiązanych (głównie wokół naszej pani hydrolog), głowa może rozboleć, zaś wiele wątków bywa przeciągniętych (matka Tremer nie chcąca opuścić domu czy poszukiwania córki Marczaka przez ojca).

Niemniej muszę przyznać, że serial wciąga i trzyma w napięciu. Duża w tym zasługa realizacji, miejscami niemal dokumentalnej w formie, a jednocześnie imponującej skalą. Czuć, że był pieniądz. Imponuje scenografia oraz kostiumy, suspens potęguje ambientowa muzyka, nie brakuje też nawet świetnych scen zbiorowych. Próba wykurzenia mieszkańców wsi spod wału przeciwpowodziowego czy ostatnie odcinki z zalanym miastem wyglądają niesamowicie. Co jest imponujące zważywszy, że kino katastroficzne (a do tego gatunku „Wielka woda” wpisuje się) nie jest w Polsce realizowane zbyt często. Jedyny poważny zgrzyt wywołuje we mnie zakończenie, które sprawia wrażenie urwanego i nagłego, co mnie zaskoczyło in minus.

Wszystko to jednak jest fantastycznie zagrane, skupiając się na trzech postaciach: Tremer, Marczaka i Rębacza. Agnieszka Żulewska jest świetna jako zdeterminowana, trzymająca się faktów kobieta z dużym bagażem w tle. Wielu może zirytować ta postać, bo kolejna silna postać kobieta (konserwatywni faceci już dostają piany z ust), ale nie jest przejaskrawioną, przegiętą, antypatyczną, nieomylną wyrocznią. Kolejny raz błyszczy Ireneusz Czop, będący mimowolnym liderem mieszkańców wsi. Prosty facet postawiony w niezwykłej sytuacji, ale pozostaje ludzki (scena przeprawy po ciało ojca za pomocą łódki) i jego racje są zrozumiałe. Dla mnie całość skradł rewelacyjny Tomasz Schuchardt i nie tylko dlatego, że coraz bardziej wygląda jak Ron Swanson z „Parks and Recreation”. Marczak jest ambitnym urzędnikiem, który poważnie podchodzi do tematu, zaś w ostatnich odcinkach gra oczami tak, że w nich widać wszystko. Jego losem przejąłem się najbardziej. Na drugim planie nie brakuje znanych twarzy (m.in. Mirosław Kropielnicki, Leszek Lichota, Piotr Trojan, Łukasz Lewandowski, Anna Dymna czy – po raz ostatni na ekranie – Jerzy Trela), którzy wyciskają wiele i zapadają w pamięć.

Wielu porównywało serial Holoubka do „Czarnobyla”, co jest zrozumiałe. Obydwa tytuły pokazują wielką katastrofę z każdej perspektywy, imponują skalą i zderzają bezsilność władzy z walką ludzi wobec tragedii. Ale produkcja HBO była też aktem oskarżenia wobec skorumpowanego systemu opartego na kłamstwie, zaś „Wielka woda” nie ma aż takich ambicji. Nadal jednak pozostaje wartym polecenia tytułem jakiego na naszym podwórku nie było. Nie brakuje wad, ale zalet ma o wiele więcej.

8/10

Radosław Ostrowski

IO

A cóż to nasze gremium postanowiło wystawić jako kandydata do nominacji oscarowej za najlepszy film międzynarodowy? Tym razem wybrano nowe dzieło Jerzego Skolimowskiego o bardzo enigmatycznym tytule „IO”. Nie jest to skrót od Igrzysk Olimpijskich, ale imię… osła. I nie, nie chodzi o żadnego polityka.

Trudno tutaj mówić o fabule, bo w zasadzie jest to odyseja osiołka przez różne miejsca. Kiedy poznajemy IO, jest zwierzęciem cyrkowym. Jedyną osobą widzącą w nim coś więcej niż tylko zwierzę jest występująca z nim tancerka Kasandra (Sandra Drzymalska). Kiedy na początku jej oczami patrzymy na osiołka, kamera pokazuje go z bardzo bliska i z taką czułością, że nie byłem w stanie przejść obojętnie. Ale to nie przetrwało, wszystko przez działaczy, co nie chcą zwierząt w cyrku. Io zostaje rozdzielony i trafia najpierw do stajni. To jednak początek wędrówki naszego czworonoga, które zostaje zderzone z najgroźniejszym zwierzęciem na Ziemi – człowiekiem. Jaki będzie finał?

IOPL-3

Skolimowski spycha ludzi do roli tła, niemal cały czas pokazując perspektywę naszego zwierzęcego bohatera. I to wiele razy dosłownie widzimy jego oczami, co wygląda wręcz hipnotyzująco. Szczególnie gdy w kadrze pojawia się mocna czerwień, skręcając w mocno surrealistyczną otoczkę (scena z wiatrakami). „IO” to przede wszystkim audio-wizualna uczta, zdominowana przez kapitalne zdjęcia Michała Dymka (wspartego dodatkowymi materiałami od Pawła Edelmana i Michała Englerta), które są nie tylko przemyślane, ale też pełne eksperymentów. Czy to ucieczka osiołka przez las, oglądany „od dołu” mecz piłki nożnej, widok na pędzące konie – to wszystko pulsuje, oddycha, zaciekawia. Im dalej w las, tym trudniej jest przewidzieć co zobaczymy za chwilę. Przenosimy się od Warmii i Mazur przez Pomorze i Śląsk aż do włoskiego pałacu. Od ośrodka dla niewidomych dzieci przez mecz piłkarski oraz imprezę w gospodzie z kibolami czy przez granicę z końmi przeznaczonymi na rzeź.

IOPL-2

Z obrazami współgra miejscami klasyczna, miejscami awangardowa muzyka Pawła Mykietyna, tworząc silną mieszankę wybuchową. „IO” jest bardziej doświadczeniem, sensualnym doznaniem niż stricte filmem, co czyni film nieprzystępnym dla każdego. Dialogów jest tu bardzo niewiele, ludzie w zasadzie są epizodami (choć zdarzają się wyraziste kreacje jak w przypadku Sandry Drzymalskiej czy Isabelle Huppert), zaś Skolimowski bardziej wydaje się kontemplować rzeczywistość. Jest parę ujęć, które wydają się nie pasować (robot o kształcie zwierza czy cofająca się woda z wodospadu) albo mają symboliczne znaczenie, którego nie rozgryzłem.

IOPL-1

Niemniej ciężko mi z głowy wymazać te kadry, tego osiołka (grane przez szóstkę parzystokopytnych), który zostaje wyrwany ze swojego środowiska. Ale też pokazuje ludzi w nie zawsze najlepszym świetle, piętnując ich głupotę, okrucieństwo i obojętność. Nie wszystkim się spodoba, ale warto dać szansę jemu oraz sobie.

8/10

Radosław Ostrowski

Infinite Storm

Małgorzata Szumowska już raz próbowała zrealizować film na rynek zachodni, jednak „Córka Boga” była wielkim rozczarowaniem. Być może wynikało to z miałkiego scenariusza oraz braku zaangażowania reżyserki. Nie zniechęciło to jednak Polki (wspartej reżysersko przez autora zdjęć Michała Englerta) do kolejnej próby, tym razem bardziej w swoim stylu. Czy oznacza to jednak, że „Nieskończona śnieżyca” jest filmem udanym?

infinite storm2

Bohaterką filmu jest Pam Bales (Naomi Watts) – ratowniczka górska, mieszkająca w okolicy Góry Waszyngtona. Kobieta mieszka sama w domu, z daleka od świata i cywilizacji. Znowu decyduje się wyruszyć w górę, jak robi to od dłuższego czasu. Tym razem jednak zbliża się śnieżyca, która może mocno popsuć wszelkie plany turystom. Pam trafia w połowie drogi na nią, co zaczyna poważną walkę o przetrwanie. Jakby tego było mało, dostrzega ona ślady butów (adidasy) na śniegu. Oznacza to, że ktoś jeszcze jest w górach. Nie ma możliwości ściągnięcia wsparcia, a znaleziony mężczyzna nie kontaktuje.

infinite storm4

Ktoś powie tutaj, że Szumowska opowiada bardzo prostą opowieść o przetrwaniu i walce z bezwzględną naturą. Do tego jeszcze mamy drugiego człowieka (Billy Howle), mogącego być przysłowiową kulą u nogi. Ale zanim do niego dojdziemy, dostajemy bardzo oszczędny, wręcz minimalistyczne kino. Kamera niemal cały czas jest skupiona na samej bohaterce, choć nie dowiadujemy się o niej zbyt wiele. Dialogów jest w zasadzie tyle, co kot napłakał (pod koniec jest trochę więcej, ale tylko trochę), muzyki w sumie też. Jest tylko pięknie sfilmowana przyroda oraz niemal cały czas „przyklejona” kamera do bohaterki, bardzo naturalnie zagranej przez Naomi Watts. Aktorka gra bardzo fizycznie, nie nosi makijażu i twórcy nie próbują jej upiększać, trzymając całość na swoich barkach. Reszta postaci w zasadzie robi tutaj za anonimowe tło. Nawet „John” (bo jakoś trzeba się do tego człowieka zwracać) początkowo jest ledwo zarysowany i dużo, duuuuuuuuuuuuuużo później dowiadujemy się o nim troszeczkę więcej.

infinite storm3

Reżyserka mocno wierzy w inteligencję widza, bo niewiele zdradza na temat Pam jak i turysty. Właściwie pojawiają się tylko dwie retrospekcje, z czego ta ostatnia wali w łeb niczym łopatą. Niestety, im bliżej końca, tym więcej jest takich scen i dialogów mówiących wprost. Być może Amerykanie to mniej inteligentni goście i wiele rzeczy trzeba im powiedzieć wprost. Nie zmienia to jednak faktu, że „Infinite Storm” to zaskakująco solidne kino. Może bez zaskoczeń fabularnych, ale ogląda się to bardzo dobrze. Kolejna niespodzianka Szumowskiej i (oby tym razem) otworzyło to furtkę do ciekawych przedsięwzięć zagranicznych.

7/10

Radosław Ostrowski

Jańcio Wodnik

Jesteśmy gdzieś na wsi poza czasem i poza miejscem. Gdzieś w drodze wędruje dziad (Olgierd Łukaszewicz) z przywiązanym tobołkiem, który łatwiej byłoby wieźć konno. Właśnie przed oczami pojawia się kobyłka, jednak szybko pada. Wściekły dziad rzuca klątwę na wieś. Jednym z jej mieszkańców jest Jańcio (Franciszek Pieczka) – naiwny, bardzo prosty człowiek, co żyje razem ze swoją młodą żoną Weronką (Grażyna Błęcka-Kolska). Oboje starają się o dziecko, lecz bezskutecznie. Pewnego dnia Jańcio dokonuje niezwykłej rzeczy: sprawia, że brudna woda rzucona na ziemię trafia… do gniazda. Decyduje się ruszyć w drogę, zostawiając swoją lubą i obiecuje, że wróci przez rozwiązaniem. Co może go powstrzymać?

jancio wodnik1

„Jańcio Wodnik” jest filmem prostym, nawet bardzo prostym. Ale jeśli reżyserem jest Jan Jakub Kolski, nie może być inaczej. Powolne, bardzo niespieszne tempo, skupienie na „filozoficznych” dialogach oraz wiejskich krajobrazach. Gdzieś tutaj unosi się duch Witolda Leszczyńskiego czy klimat realizmu magicznego, choć w następnych filmach Kolskiego będzie on bardziej namacalny. Tutaj widzimy konfrontację prostego człowieka ze światem, który wiele obiecuje, kusi, wodzi, ale tak naprawdę tylko mąci, miesza, manipuluje. Niejako tą ciemną stronę świata symbolizuje poznany w drodze sztukmistrz Stygma (bardzo zaskakujący Bogusław Linda) – typ szołmena, który pokazuje stygmaty jak u Jezusa. Tylko, że to wszystko jest tylko oszustwem, mistyfikacją, popisem cyrkowym. Jańcio oraz jego cuda czynią go bardzo rozpoznawalnym, a ludzie lgną do niego jak do nadczłowieka.

jancio wodnik2

W sumie pewnie by tak działało, jednak Jańcio popełnia niewyobrażalny błąd: bo zaczyna brać zapłatę. To się nie ma prawa skończyć dobrze, co widać w samym zachowaniu Jańcia. Z poczciwego, trochę naiwniego człowieka zmienia się w pysznego, dumnego, gardzącego. Najdobitniej pokazuje to scena jak mocno postarzały i brodaty mężczyzna z „orszakiem” przechodzi pod swój dom. A jak wiadomo za takie rzeczy musi przyjść rozliczenie. Magia z religią mieszają się ze sobą, zaś proste wartości okazują się najcenniejsze. Tak samo jak przyjmowanie wszystko, co daje nam los. I taką postawę symbolizuje zarówno żona Weronka, jak też dziad idący przed siebie.

jancio wodnik3

Wszystko to wydaje się niezbyt skomplikowane, bez jakiejś nadmiernej symboliki oraz wizualnych fajerwerków. Za to najbardziej zachwyca muzyka Zygmunta Koniecznego, z kilkoma piosenkami. Niestety, nadal problemem jest udźwiękowienie, gdzie parę dialogów jest niewyraźnych. To była wielka plaga kina lat 90. i początku XXI wieku. Także Błęcka-Kolska odstaje (jak prawie zawsze) aktorsko od reszty. Tutaj prym wodzi absolutnie rewelacyjny Franciszek Pieczka, którego Jańcio trochę przypomina Hioba – prostego człowieka poddanego próbie. Jednak w przeciwieństwie do swojego biblijnego odpowiednika ulega, a tą ciemną naturę pokazuje wręcz bezbłędnie. Szoł dla mnie skradł jednak Linda jako prosty oszust, który jest świadomy swoich tricków oraz efektu jaki robi wśród ludzi. Jest kimś jakby kusicielem, pokazującym „lepszy”, bardziej materialny świat.

jancio wodnik4

„Jańcio Wodnik” uważany jest przez wielu za najlepszy film w dorobku Kolskiego i jestem w stanie zrozumieć dlaczego. Klimat realizmu magicznego, gdzie rzeczywistości mieszają się, zaś prości ludzie robią proste rzeczy, żyjąc sobie z Panem Bogiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Oddychaj

Ktoś kiedyś powiedział, że najlepsze są najprostsze rozwiązania. Chyba tym się kieruje Netflix, robiąc seriale z niezbyt dużym budżetem, znanymi twarzami. Chociaż od nadmiaru tych tytułów wiele zostaje przeoczonych, niezauważonych. Jaki jest przypadek mini-serialu „Oddychaj”?

oddychaj1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: bohaterką jest Liv (Melissa Barrera) – prawniczka sporej kancelarii, niemal w całości skupiona na pracy, nie posiadając uporządkowanego życia prywatnego. Kobieta czeka na samolot do Iverik, jednak lot zostaje odwołany. Na szczęście trafia na prywatny lot dwójki facetów w kierunku wspomnianego miasta. Wszystko wydaje się zmierzać w dobrą stronę, jednak maszyna rozbija się. Cało wychodzi tylko Liv i jest zdana tylko na siebie, by przetrwać w dziczy. Z dala od cywilizacji, bez zasięgu telefonów oraz bez doświadczenia.

oddychaj2

Serial niejako dzieje się na dwóch płaszczyznach. Pierwsza skupia się na przetrwaniu Liv, która wydaje się nie mieć doświadczenia z tego typu sprawami. I początkowo wydaje się bardzo nieporadna, zaś pierwsze próby zapalenia ogniska czy zdobycia pożywienia… cóż, parę razy rzuca mięsem. Powoli zaczyna jednak radzić sobie z otoczeniem. Nie znaczy to, że stała się nową Larą Croft czy innym Bearem Gryllsem. Popełnia błędy działając instynktownie, przez co pakuje się w poważniejsze problemy. Nie jest to jednak serial brutalny, pełen krwi oraz przemocy, co dla wielu może być rozczarowaniem. Ale jest to pokazane na tyle przekonująco i satysfakcjonująco, że chce się oglądać do końca. A fakt, że to tylko sześć odcinków po około 30 minut na pewno pomaga.

oddychaj3

Sceny przetrwania przeplatają się z chwilami wspomnień zarówno z pracy, jak i domu. Te momenty przeplatają się ze sobą, pokazując jak wiele ta postać ma za sobą. Odejście psychicznie chorej matki-artystki, śmierć ojca, zbyt duże poświęcenie się pracy, nieplanowana ciąża – takich przeżyć starczyłoby na kilka życiorysów. Jakby tego było mało, kobieta zaczyna mieć zwidy. Czy to halucynacje ze zmęczenia, wewnętrzny głos, czy może choroba psychiczna? Frapuje to, choć odpowiedzi jednoznacznej brak. Ta przeplatanka „teraz” i „kiedyś” działa najmocniej, pokazując pewną powolną przemianę bohaterki. Barrera dźwiga „Oddychaj” na swoich barkach i wypada wiarygodnie jako zagubioną korpo-sukę zderzoną z siłą natury. Reszta postaci jest w zasadzie poprawna, w tle gra dość drażniąca uszy muzyka ambientowa, zaś krajobrazy wyglądają bardzo ładnie.

oddychaj4

Nie oczekiwałem zbyt wiele, a dostałem porządny tytuł z survivalem w roli głównej. Może zbyt prosty i z paroma zbiegami okoliczności, ale wciągający oraz angażujący emocjonalnie. Tylko i aż tyle, doceniając dostęp do technologii.

7/10

Radosław Ostrowski

Seven Seconds

Ile czasu potrzeba, by zdecydować o czyimś życiu lub śmierci? Ile sekund? Ile warte jest ludzkie życie? Wszystko zaczęło się tak niepozornie – mężczyzna szybko jechał samochodem podczas śnieżycy. Żona akurat była w szpitalu, a narodziny dziecka w drodze. Wtedy pada dźwięk, czyli w coś walnęło. Był to rower, na którym jeździł młody chłopak. Kierowca jednak nie wezwał policji, nie udzielił pomocy, tylko zadzwonił po przełożonego, szefa oddziału policji d/s walki z narkotykami, by ogarnąć sprawę. Ta decyzja okaże się bardzo brzemienna w skutkach, a zamieszki wiszą w powietrzu. Czy wspomniałem, że chłopak jest czarnoskóry, zaś kierowca jest młodym białasem?

Mini-serial Netflixa dotyka tematu ogranego wręcz do bólu, czyli rasizmu, uprzedzeń i nienawiści. Wpisane w konwencję kryminału oraz (pod koniec) dramatu sądowego, do tego oparty jest na… rosyjskim filmie “Major” Jurija Bykowa. Za serial odpowiada Veena Sud, czyli twórczyni oryginalnego (czytaj: skandynawskiego) “The Killing”, więc należało spodziewać się interesującego dzieła. Choć początkowo można odnieść wrażenie, że postaci jest aż za dużo. Gliniarz-idealista, zmuszony do działania wbrew swoim zasadom, jego ekipa ostrych zawodników pod wodzą sierżanta DiAngelo, prowadząca śledztwo prokuratorka z alkoholowymi ciągotami, głęboko religijni rodzice zamordowanego dziecka, policjant spoza otoczenia itd. Dużo jest elementów tej układanki, która na pierwszy rzut oka jest aż zbyt znajoma. Prowadzona niespiesznym tempem, w bardzo tradycyjny, pozbawiony efekciarstwa sposób, zabawy formą.

Twórcy na pierwszy plan (moim zdaniem) wrzucają rodzinę i to, jak próbuje sobie radzić z całą tragedią. Ojciec (rewelacyjny Russell Hornsby) wychowywał chłopaka twardą ręką, by chronić przed gangami, dragami oraz innymi rzeczami, które mogłyby go sprowadzić na złą drogę. Ale nigdy go tak naprawdę nie znał, nic o nim nie wiedział, zaś z kolejnymi faktami widać coraz większy ból oraz jak go odpychał od siebie. Z kolei matka (wybitna Regina King) dosłownie rozlatuje się na mniejsze kawałki, coraz bardziej napędzana przez coraz silniejszy gniew, nienawiść i żądzę zemsty. Jej gwałtowne wybuchy zostają w pamięci na długo, tak jak próba zdobycia broni oraz zabicia sprawcy. Absolutnie wielka kreacja, będąca niejako sercem tego serialu.

Po drugiej stronie mamy gliniarza-idealistę Jablonskiego (solidny Beau Knapp), który coraz bardziej brnie w ścieżkę zepsucia i nie radzi sobie z wyrzutami sumienia. Im bardziej zaczynamy pozbawać tą postać oraz jego tło, nie da się go jednoznacznie ocenić. Tak samo szefa ekipy, DiAngelo (fantastyczny David Lyons). Z jednej strony wydaje się brutalnym oraz bezwzględnym bandziorem, co nosi odznakę. Ale znowu trudno go traktować jednoznacznie negatywnie, co pokazuje jego relacja z Jablonskim (bardzo przypominającą ojciec-syn niż mentor-adept). Jest jeszcze pani procurator KJ Harper (solidna Clare-Hope Ashitey) z przeszłością tak mroczną, że jedynym wyjściem jest gorzała oraz pochodzący spoza miasta detektyw John “Ryba” Rinaldi (kradnący szoł Michael Mosley). Dynamika tego duetu, gdzie determinacja Ryby i sarkastyczne poczucie humoru połączone z desperacją, bezsilnością oraz brakiem złudzeń to kolejny interesujący wątek. Pozornie idący oczywistymi torami, jednak angażujący.

“Seven Seconds” pozornie idzie drogą znajomych klisz i tropów z innych kryminałów, jednak ciągle potrafi wykonać nieoczywistą woltę. Sud wsparta przez doświadczonych reżyserów filmowych (Gavin O’Connor, Jonathan Demme) oraz telewizyjnych (Ernest R. Dickinson, Cory Giedroyć) pokazuje świat bez pudru, w sposób zachowawczy, bez osądzania. To ostatnie potwierdza słodko-gorzki finał, gdzie prawda ostatecznie nie ma żadnego znaczenia w zderzeniu z systemem sprawiedliwości, bez satysfakcji dla żadnej ze stron.

8/10

Radosław Ostrowski

Matka Joanna od Aniołów

Ile już było opowieści o opętaniu ludzi reprezentujących władzę duchową? Inspiracji nie brakuje jak choćby XVII-wiecznie opętanie (rzekome) zakonnic w klasztorze w Ludun. Jednym z takich utworów było opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza „Matka Joanna od aniołów”, którą na ekran przeniósł Jerzy Kawalerowicz.

Akcja toczy się gdzieś na terenie Smoleńszczyzny w miasteczku Lutyń. Od ponad pół roku w tamtejszym klasztorze mniszki są opętane przez diabły. Mimo obecności czterech egzorcystów, nie udaje się wypędzić diabłów, szczególnie u matki Joanny od Aniołów (Lucyna Winnicka) – matki przełożonej. Dlatego do miasteczka przybywa młody ksiądz Suryn (Mieczysław Voit), która ma samodzielnie zajmować się matką przełożoną. Jedyną mniszką, która wydaje się być odporna na wszystkie dziwne rzeczy, jest siostra Małgorzata od Kluczy (Anna Ciepielewska). Ale czy młody duchowny da sobie radę z siłami, które zna tylko z ksiąg?

Pierwsze, co uderza w trakcie oglądania to bardzo ascetyczna forma, gdzie akcja jest ograniczona do kilku ważnych miejsc (cela Suryna, karczma, klasztor, stos). Kamera niemal cały czas przyjmuje perspektywę z oczu postaci, co jeszcze podkreśla atmosferę. A ta nie należy do przyjemnych – cała ta okolica wydaje się niemal pusta, pustynna (Axis Mundi), pozbawiona jakichś charakterystycznych elementów do konkretnej epoki. Monochromatyczna kolorystyka oraz tekstura użyta przez Jerzego Wójcika buduje niemal atmosferę miejsca opuszczonego przez Boga. Niemal martwa, gdzie człowiek staje do konfrontacji z samym sobą. Bez względu na to w kogo i co się wierzy.

A o co tu tak naprawdę chodzi? O kryzys wiary, który doprowadza do silnych wątpliwości? O buncie? Poświęceniu? Zderzeniu racjonalności z duchowością? A może o miłości? Jeśli to ostatnie, to czy chodzi o pożądanie? Czy o sprawy niekoniecznie fizyczne? Odpowiedź nie należy do prostych, bo wszystko jest takie niedopowiedziane, niejednoznaczne, co pozwala na wiele interpretacji. Jednak to wolne tempo potrafi mocno zmęczyć, zaś finał był w stanie dać mi z liścia i wprawił w zakłopotanie. Jest tu parę mocnych momentów (scena egzorcyzmów w kościele, rozmowa księdza z cadykiem), zaś grający główne role Voit i Winnicka magnetyzują. W tym starciu wydaje się, że to matka Joanna jest „silniejsza”, ale czy naprawdę tak jest? Voit tutaj gra zarówno młodego, nieznającego świata księdza, co mierzy się z demonami jak i bardziej doświadczonego cadyka. To jak bardzo różnią się mową ciała, ekspresją twarzy oraz sposobem wypowiedzi jest wręcz niepojęte.

Film Kawalerowicza ma swoje lata i jest to odczuwalne. Niemniej ta skromna forma oraz niejednoznaczna treść frapuje, dając spore pole do interpretacji. Nawet dziś potrafi oczarować kadrami i atmosferą.

7/10

Radosław Ostrowski

Śmierć Zygielbojma

Trudno oceniać filmy, które mają serce po właściwej stronie i czyste intencje. Żeby poruszyć oraz przypomnieć o czymś, co albo zostało zapomniane, albo zignorowane przez ludzkość. Problem jednak taki, że same intencje nie wystarczą, zwłaszcza jak powstaje we współpracy z prorządową organizacją, która może narzucić swoją wizję pod gotowy materiał. Niestety, do tego grona dopisać trzeba „Śmierć Zygielbojma”, współfinansowany przez Polską Fundację Narodową.

smierc zygielbojma1

Nowe dzieło Ryszarda Brylskiego sięga po postać polskiego działacza społecznego Szmula Zygielbojma (zaskakujący Wojciech Mecwaldowski), który podczas II wojny światowej działał w Londynie. Początek jednak jest bardzo makabryczny – otóż ten człowiek zostaje znaleziony martwy w swoim mieszkaniu. Jest maj 1943. Sprawa wydaje się jasna: Zygielbojm popełnił samobójstwo, odpalając i wdychając gaz z kuchenki. Na stole list pożegnalny – czego chcieć więcej? Pracujący dla Timesa dziennikarz Adam (Jack Roth, syn znanego aktora Tima) razem z policyjnym koronerem Thomasem (Will Brown) prowadzą dochodzenie. Cel jest jeden: dlaczego?

smierc zygielbojma2

Co ja mogę powiedzieć? Nie jest to na pewno tak jednowymiarowy portret świata, jaki nasi spece od polityki historycznej sobie wymyślili. Sama konstrukcja w formie dochodzenia na pierwszy rzut oka wydaje się interesującym konceptem. Problem w tym, że sam bohater jest zepchnięty niemal na dalszy plan, pełniąc niejako tło dla poważniejszego problemu. Czyli prób dotarcia do świata z informacjami o ludobójstwie Żydów na terenie Polski (oraz Europy) i wymuszenia na państwach alianckich wsparcia. Tylko, że to wszystko spełza na niczym, a świat nie jest w stanie tego przyjąć do wiadomości. Słucha i słucha, ale nic więcej nie zamierza, zaś ludzie są mordowani. Co jeszcze można zrobić, by powstrzymać to szaleństwo? Poza przemówieniami i listami do najważniejszych polityków?

smierc zygielbojma3

Problem z tym filmem jest jeden, ale bardzo istotny: jest to dzieło… zaledwie poprawne, niewykorzystujące swojego potencjału. Opowieść o polityku, który zderzony z murem obojętności decyduje się na ostateczny krok brzmi obiecująco. Tylko, że samo wykonanie rozczarowuje, zaś rozmówcy pełnią rolę chodzących ekspozycji. Wszystko wygląda tu jak film telewizyjny (głównie retrospekcje z okupowanej Warszawy), z oszczędną scenografią oraz poszatkowaną narracją. Chciałoby się głębiej wejść w Zygielbojma, zwłaszcza że Mecwaldowski prezentuje się naprawdę przyzwoicie. Nawet brytyjscy aktorzy (szczególnie młody Roth) dają radę.

smierc zygielbojma4

Tylko co z tego, skoro „Śmierć Zygielbojma” wywołuje znużenie i sprawia wrażenie zbioru nie za mocno powiązanych scenek. Większość sytuacji jest tutaj opowiadana niż pokazana, co pozbawia większej mocy tego tytułu. Poza przesłaniem (oraz krótkimi scenami z getta w niebieskim filtrze) nie ma tu zbyt wiele do zaoferowania. Wielka szkoda.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Opowieść podręcznej – seria 1

Nikt się chyba nie spodziewał, że napisana w 1985 roku powieść Margaret Atwood będzie jeszcze bardziej aktualna niż w chwili jej wydania. Albowiem jest historia życia kobiety w państwie, które kiedyś nazywało się Stanami Zjednoczonymi, lecz w przyszłości jest zwane Gileadem. Jest to państwo totalitarne, którego prawo zbudowane jest na Biblii. Innymi słowy, mężczyźni mają władzę, zaś kobiety mają tylko zajmować się domem oraz rodzić dzieci. Spełniony sen skrajnego konserwatysty.

Tak jest w przypadku rodzin komendantów. A co jeśli pani komendant nie może sprowadzić potomka? Wtedy sprowadzana jest kobieta płodna, zwana tutaj Podręczną – nie posiada własnego imienia, a jeśli nie jest w stanie spełnić swojego zadania, trafia do Kolonii, gdzie czyści toksyczne śmieci i umiera. Wszelkie odchyły (homoseksualiści, księża, zakonnice) są zabijane przez powieszenie. Wszystko to poznajemy z perspektywy Podręcznej Offred (Elizabeth Moss), ale to nie jest jej prawdziwe imię (jest ono zakazane). Została schwytana podczas próby przekroczenia granicy z Kanadą.

Twórca serialu Bruce Miller zachowują tą niemal depresyjną atmosferę, gdzie wybór praktycznie nie istnieje. Podręczna jest w zasadzie ograniczona do roli maszyny robiącej dziecko, a po wykonaniu swojego zadania trafia do kolejnego Komendanta, potem następnego, następnego i kiedy już nie będzie przydatna, robi się z nią to samo, co z każdą zbędną rzeczą. Żony komendantów (bezpłodne) mają troszkę więcej swobody, ale żadnej władzy. Chyba że nad Podręczną, którą traktuje się gorzej niż psa – wyjść mogą na zakupy oraz wszelkiego rodzaju rytuały (poród, wykonanie egzekucji). Opresyjność tego systemu jest bardzo namacalna, zaś brak posłuszeństwa karany w tak bezwzględny sposób, że już wspominanie tego wywołuje nieprzyjemności. Psychiczna, fizyczna przemoc, poczucie izolacji oraz brak zaufania działają tutaj na korzyść tego upokarzającego systemu.

Obecne wydarzania mieszane są z retrospekcjami, pokazującymi jak normalne i dotychczasowe, spokojne życie zaczyna się zmieniać. Jak grupa fanatyków w imię zmiany świata na lepsze zaczyna ograniczać prawa. Powoli, bez głośnych deklaracji, nagle świat się wywraca do góry nogami. Niemożliwe, by to się wydarzyło w prawdziwym świecie, prawda? Ten sen burzy się i powoli zaczynamy odkrywać (choć nie wszystkie) mechanizmy sterujące tym chorym światem. Pranie mózgu w Czerwonym Centrum, ceremonie (albo jak kto woli Podręczna wykonująca swoje obowiązki w łóżku – absolutnie ohydne) oraz ciągła obecność Oczu przypomina najgorsze oblicze systemu totalitarnego. Jeszcze kamera niemal skupiona na detalach (szczególnie na twarzach), malując wszystko w niemal szorstki, mroczny, a jednocześnie stylowy wizualnie. Jednocześnie w paru momentach, gdy państwo chce się zaprezentować się przed osobami z zewnątrz zachowuje pozory normalności. A co myślą te osoby? No cóż, w tych krajach (Meksyk, Kanada) dotkniętych bezpłodnością i zatruciem środowiska Gilead wydaje się partnerem z najlepszym towarem.

Jeśli jest z czymś problem, to przede wszystkim z tempem, które swoim rytmem oraz powolnością jest w stanie przebić nawet „Breaking Bad” i „Better Call Saul”. Ja wiem, że nie jest to serial akcji, gdzie wszystko musi pędzić na złamanie karku, ale przez początek dość ciężko się przebić. To poczucie beznadziei i brak jakiejkolwiek szansy na zmianę stanu rzeczy (czy nawet ucieczkę z tego piekła) potrafi dobić. Wyjściem wydaje się albo popadnięcie w obłęd, posłuszeństwo albo śmierć. Chociaż zakończenie (wyprowadzenie Offred z domu przez furgon) oraz moment zbiorowego nieposłuszeństwa mogą wydawać się światełkiem w tunelu. Ale tutaj jest tak, że każda pojawiająca się nadzieja prędzej czy później była natychmiastowo niszczona. Finał jest tutaj taki sam jak w powieści – otwarty, stawiający losy naszej bohaterki w stanie zawieszenia.

Całość na swoich barkach trzyma Elisabeth Moss i jest to fantastyczna kreacja. Bardzo wycofana, skupiona na jej życiu wewnętrznym, zmuszona do grania swojej roli. Ale jednocześnie wszelkie swoje emocje oraz myśli musi trzymać na wodzy, bo stawką jest tutaj jej życie. Więc stawka jest tutaj mocno podniesiona, zaś lawirowanie pokazane jest wręcz bezbłędnie. Równie wyraziści są „przyszli rodzice”, czyli państwo Waterfront. Ona (rewelacyjna Yvonne Strahovsky) jest bardzo silną, choć pozornie potulną kobietą i nawet wydaje się być osobą dbającą o June. Ale to są wszystko pozory, co pokazuje choćby gdy okazuje się, że Podręczna nie jest w ciąży. Tak nieobliczalnej osoby nie widziałem od dawna. On (dawno nie widziany Joseph Fiennes) wydaje się mieć władzę i sprawia wrażenie bardziej „ludzkiego”, wręcz wrażliwego. Układ niemal demonicznie idealny. Drugi plan jest tu bardzo bogaty, ale z tego grona najbardziej wybija się Ann Dowd jako ciotka Lydia, pełniąca jakby rolę opiekunki/wychowawczyni/przewodniczki. Niby wydaje się sympatyczna z delikatnym głosem, ale bardzo śliska, okrutna fanatyczka. Trudno oderwać oczy od tej bestii, której obecność od razu wywołuje wściekłość.

Pierwszy sezon „Opowieści podręcznej” dla mnie jest przykładem mocnej, trzymającej za twarz historii upodlenia oraz zniewolenia w imię chorej ideologii. Wydawałoby się, że już w temacie dystopii nie da się niczego nowego opowiedzieć, ale po raz kolejny zostałem wpuszczony w maliny. Niebezpieczne aktualne ostrzeżenie, jednak przesłanie nie jest tutaj najważniejsze, bez bawienia się w publicystykę. Brutalne, mroczne, porażające – aż nie mogę się doczekać ciągu dalszego.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Matki równoległe

Są takie filmy, które sobie płyną, płyną, wydaje się, że nic się nie dzieje i raczej nie będzie siedział za długo po seansie. A potem jest jedna mocna scena, potem, kolejna, kolejna i kolejna. Takie miałem odczuci po nowym filmie Pedro Almodovara. Ten reżyser niczym zawodowy bokser usypia czujność, czekając aż opuścić gardę i wtedy zaczyna atakować.

„Matki równoległe” to kolejny film z kobietami na pierwszym planie, o kobietach i macierzyństwie. Matki są tutaj dwie, a dzieli je wiele: wiek, doświadczenie, profesja, pozycja społeczna. Łączy jedno – nieplanowana ciąża oraz sala szpitalna. Janis (Penelope Cruz) jest fotografką, pracującą dla kobiecego magazynu. Ana (zjawiskowa Milena Swit) jest nastolatką  dziewczyną, która mieszka z matką-aktorką. Ta druga jest w zasadzie nieobecna w życiu przyszłej matki. Obie panie się zaprzyjaźniają i nawet wymieniają telefonami. Poród odbywa się bez poważnych problemów, więc po krótkiej chwili matki z dziećmi wracają do siebie. Brzmi jak banalna obyczajowa historia? Wierzcie mi, to dopiero początek, spowodowany jedną szokującą woltą – zamianą noworodków w szpitalu.

Reżyser znowu skupia się na kobietach, które mierzą się z samotnym wychowywaniem dziecka. Losy obu pań przecinają się częściej niż są w stanie to sobie wyobrazić. Zaś gdzieś wisi nad tymi postaciami tajemnica, podskórnie budująca napięcie niczym w rasowym thrillerze. W tym ostatnim aspekcie pomaga utrzymana w stylu Bernarda Herrmanna muzyka Alberto Iglesiasa. Wszystko w barwnej estetyce reżysera, z wyrazistymi kolorami i scenografią. Panie niejako same (bo panowie są tutaj albo nieobecni, albo zepchnięci na dalszy plan) zmuszone są skonfrontować się z życiowymi problemami, ambicjami oraz odnalezieniem siebie w tym całym świecie. Wszystko pozornie stonowane, ale jak się głębiej przyjrzeć, to emocje wręcz kipią, czekając na ujście. W pewnie sensie to niejako rewers „Córki” Maggie Gyllenhall, gdzie pytania podobne pytania.

Wszystko polane w słodko-gorzkim sosie, gdzie humor i tragedia idą ze sobą ręka w rękę. Widać to nie tylko w wątkach obu pań, ale choćby w historii Teresy (Ainita Sanchez-Gijon) – matki Any, która nie była gotowa na bycie matką, chcąc się spełnić jako aktorka. Szansa ta pojawia się w momencie, gdy jej córka rodzi wnuczkę i nie jest w stanie pogodzić tych rzeczy ze sobą. W tle jeszcze pojawia się kwestia ekshumacji zbiorowej mogiły ofiar wojny domowej, w tym pradziadka Janis. Pozornie nie pasuje do reszty, ale – znowu – to tylko pozory, albowiem kwestia przełamania milczenia oraz odkrywania zakopanej przez lata prawdy. Ile jeszcze trzeba wygrzebać i usunąć kłamstw, by móc żyć jak człowiek. Te pytania padają nie wprost, a dialogi dla wielu mogą pachnieć telenowelą (celowo), zaś spokojne tempo może wywołać znużenie u mniej cierpliwych widzów.

Jednak Almodovar ma parę mocnych scen (finał czy ujawnienie tajemnicy) oraz fantastycznie prowadzi aktorki. Przede wszystkim duet Penelope Cruz/Milena Swit, bez którego ta historia straciłaby prawie wszystko. Jak bardzo zmienia się dynamika relacji pań – od nieznajomych spotkanych jednego dnia przez bycie mentorką dla młodszej partnerki (sceny gotowania) po o wiele głębszą więź. Zderzenie doświadczenia z naznaczoną twardą młodością zmieniają ich życie na poważnie. Postać Swit staje się dojrzała, odpowiedzialna i staje się kobietą, a ta przemiana fascynowała do samego końca. Z kolei Cruz łączy w sobie opanowanie z nerwowością, pewność siebie ze strachem oraz wrażliwość z szorstkością. Obie panie się cudownie uzupełniają, a wspólne sceny wręcz elektryzują.

To nie jest najlepszy Almodovar przeze mnie widziany, ale jest zbyt interesujący, by przejść obojętnie. Bardziej refleksyjny, powoli budujący atmosferę oraz świetnie zagrany. Dobitnie pokazuje jaki ciężar czasem noszą kobiety jako matki, które tylko one o nim wiedzą.

7,5/10

Radosław Ostrowski