Ojczyzna

Każdy z nas ma przynajmniej jednego reżysera, którego produkcje zbierają pochwały czy wręcz spotykają się z ogromnym entuzjazmem, ale do was kompletnie nie przemawia. Taka jest mora relacja z Pawłem Pawlikowskim – uznanym za granicą polskim reżyserem, którego filmy wyglądają pięknie, mają dobrych aktorów i są sprytnie napisane. Jednak na poziomie emocjonalnym nigdy do mnie nie trafiały. Dlatego do jego najnowszego, nagrodzonego na niedawnym festiwalu w Cannes filmu „Ojczyzna” podchodziłem z ostrożnością.

Tym razem jesteśmy w Niemczech roku 1949 – kraju podzielonym na dwie strefy wpływów: amerykańską i radziecką. Kraju powoli odbudowującym się, pełnym gruzów i próbującym się na nowo odnaleźć. Do właśnie tutaj przybywa od lat mieszkający w USA pisarz Thomas Mann (Hanns Zischler) razem ze swoją córką, Eriką (Sandra Huller). Kobieta jest także jego sekretarką oraz tłumaczką. Oboje wyruszają w podróż po Niemczech, a pretekstem jest przyznanie pisarzowi Nagrody Goethego we Frankfurcie nad Menem oraz – znajdującym się w sowieckiej strefie – Weimarze. Miał z nim towarzyszyć także Klaus (August Diehl), który przebywa w Cannes, lecz się nie pojawia.

„Ojczyzna” na pierwszy rzut oka wydaje się obracać wokół tematów obecnych w „Idzie” oraz „Zimnej wojnie”: kwestie tożsamości, odnalezienia się w nowym świecie po wojnie czy wykorzystywanie sztuki jako narzędzia propagandy. Ale do tego mamy jeszcze też kwestię żałoby (pojawiający się na początku film Klaus przedawkowuje leki i umiera), która może budzić skojarzenia z niedawnym „Hamnetem” Chloe Zhao. Wszystko to pokazane w bardzo drobnych scenkach i interakcjach jak rozmowa pisarza z wnukami Wagnera w sprawie przywrócenia festiwalu na cześć artysty, będącego ulubionym artystą nazistowskiego dyktatora; spotkanie Eriki z byłym mężem, będącym inspiracją dla postaci z powieści Klausa Manna „Mefisto” czy przywitanie w Weimarze z udziałem chóru dziecięcego. Całość wygląda nadal pięknie (jak zawsze niezawodny Łukasz Żal jako autor zdjęć), w tle słyszymy eklektyczną mieszankę muzyczną (od jazzu po klasykę pokroju Bacha czy Wagnera), zaś oszczędne dialogi mają chwilę błyskotliwości.

Jednak mam ciągle jeden i ten sam problem, co z poprzednimi filmami Pawlikowskiego: emocjonalny chłód oraz obojętność. Bardzo wiele trzeba doszperać i wyciągać z tego, co niewypowiedziane, tłumione i ukryte. Reżyser z jednej strony jest bardzo skupiony na wizualnej estetyce, co bardzo porywa i jest w stanie oczarować, ale z drugiej wszystko to działa tylko na poziomie intelektualnym. A choć całość jest bardzo krótka (zaledwie 80 minut) oraz zwarta, sprawia wrażenie nagle urwanej.

Jeśli komuś podobały się „Ida” oraz „Zimna wojna”, to zdecydowanie w „Ojczyźnie” znajdzie sporo dobra. Ale dla mnie Pawlikowski nie potrafi przełamać emocjonalnego chłodu i bardziej mnie zaangażować, na co po cichu liczyłem. Może z następnym filmem będzie inaczej.

6/10

Radosław Ostrowski

Zawieście czerwone latarnie

Moja znajomość kina azjatyckiego jest równie ogromna i szeroka niczym przeciętnego Polaka o balecie mongolskim. A w szczególności kina chińskiego, z pojedynczymi wyjątkami w postaci „Spragnionych miłości” Wong Kar-Wai czy „Ostrożnie, pożądanie” Anga Lee. Ale od czego są wznowienia kinowej klasyki (lub pokazywanie ich pierwszy raz) na kinowy ekran dzięki takim dystrybutorom jak Past Perfect czy Gravity Films. I to dzięki temu ostatniemu do polskich trafia – premierowo i zrekonstruowany w 4K – film „Zawieście czerwone latarnie” z 1991 roku.

Film Zhanga Yimao oparty na powieści Su Tonga dzieje się na początku lat 20. XX wieku i skupia się na młodej dziewczynie Songlian (Gong Li). Po śmierci ojca kobieta porzuca studia, by zadbać o swoją rodzinę i decyduje się zostać konkubiną bogacza. Trafia do jego ogromnej rezydencji, gdzie przebywają jego trzy partnerki: matrona Yuru (Jin Shuryan), masażystka Zhouyun (Cao Cuifen) oraz śpiewaczka operowa Meishan (He Caifei). Każda z nich ma swój pokój, swoją służbę, a jeśli ma spędzić z którąś noc, to na dziedzińcu przed jej pokojem zostają zapalone czerwone lampiony.

Reżyser, choć obecnie jest bardziej kojarzony z powstałych na początku XXI wieku blockbusterów pokroju „Hero” i „Dom latających sztyletów”, na początku swojej kariery robił kompletnie inne produkcje. „Zawieście…” to zdecydowanie bardziej kameralny dramat psychologiczny, niemal w całości (poza pierwszymi scenami) dziejący się w ogromnej rezydencji – wręcz pałacu – pana domu. Kamera nigdy nie opuszcza tego miejsca, nawet jeśli filmuje ona dachy, co powoli buduje poczucie alienacji oraz klaustrofobii. Właściwie to jest przebywanie w złotej klatce, która daje pewną stabilność i przywileje, w zamian ograniczając wolność do zajmowania się domem oraz rodzeniem dzieci. A to z kolei wywołuje wśród pań walkę pełną zazdrości, zawiści i intryg. A ja razem z nową żoną (nazywaną przez wszystkich Czwartą Siostrą) próbuję się w tym wszystkim odnaleźć. A jeśli wrzucimy do tego wszystkiego jeszcze służkę Yan’er (świetna Lin Kong), która również chciałaby zostać konkubiną, to znajdujemy się w prawdziwym kłębowisku żmij.

Yimou bardzo powoli odkrywa kolejne stopnie tej skomplikowanej relacji, gdzie każda kobieta jest tutaj w stanie wbić nóż w plecy. Tutaj nawet dialogi są zarówno poetyckie, jak też pełne subtelności oraz drugiego dna. Ale też całość nadal wygląda przepięknie i jest wręcz czarująco. Od silnie wykorzystanych kolorów (czerwień lampionów w świetle zimnoniebieskiej nocy) przez szczegółową scenografię – tu szczególnie pokój Meishan się wyróżnia – aż po barwne kostiumy. A rekonstrukcja cyfrowa sprawia, że obraz jest jeszcze bardziej imponujący. Tym bardziej uderzają momenty pęknięć w tym ładnym obrazku, zwłaszcza w potężnym emocjonalnie finale.

A jednocześnie wszystko jest świetnie zagrane. Absolutnie zjawiskowa jest Gong Li, która już pracowała przy poprzednich filmach Yimou i ta kolaboracja procentuje. Songlian ma w sobie zarówno prostolinijny urok – przynajmniej na początku – ale im dalej w las, tym bardziej zaczyna być napędzana przez zazdrość i więcej w niej smutku oraz cynizmu. Od drobnych złośliwości aż po czyste okrucieństwo (odkrycie tajemnicy służki i ujawnienie jej publicznie), za które płacą cenę inni. A jej ostatnie ujęcie jest wręcz szarpiące. Równie niesamowite są zarówno Cuifen oraz Caifei – pierwsza wydaje się życzliwa, wręcz bardzo serdeczna wobec nowej żony/siostry, zaś druga sprawia wrażenie bardzo wywyższającej się diwy. To wszystko jednak tylko fasada, skrywająca o wiele bardziej złożone bohaterki niż się wydaje, mające swoje tajemnice oraz motywy.

Po 35 latach od premiery „Zawieście czerwone latarnie” pozostaje nie tylko jednym z najpiękniejszych filmów lat 90., ale także jednym z bardziej poruszających dramatów. Pod tym pięknem skrywa się opowieść o zarówno zniewoleniu kobiet, jak też metafora życia w państwie totalitarnym, gdzie życie jest z góry zaplanowane i kontrolowane. A to może doprowadzić albo do uległości, albo szaleństwa, co dobitnie pokazuje bardzo mocne zakończenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Krótki film o zabijaniu

14 maja zmarł Krzysztof Piesiewicz – prawnik, senator i przede wszystkim scenarzysta filmowy, znany jako współautor fabuł dzieł Krzysztofa Kieślowskiego. Czy może być lepszy powód, by sobie przypomnieć jedno z dzieł mistrza, którego nie widziałem od bardzo dawna. „Krótki film o zabijaniu” był piątą częścią serialowego „Dekalogu”, który został rozszerzony do pełnometrażowej produkcji przeznaczoną do kinowego ekranu.

Tytuł mówi wszystko – film jest krótki (niecałe 85 minut) i jest o zabijaniu, ale to nie jest krwawa jatka. Wszystko dzieje się w słynnym mieście leżącym między Pruszkowem a Wołominem, skupiając się na trzech postaciach: antypatycznym taksówkarzu (Jan Tesarz), zagubionym młodzieńcu (Mirosław Baka) oraz świeżo upieczonym adwokacie (Krzysztof Globisz). Nikt nie spodziewał się, że ich losy przetną się niczym nóż chleb.

Kieślowski nigdy wcześniej ani później nie zrobił filmu tak wyrazistego i mrocznego wizualnie jak „Krótki film o zabijaniu”. Pierwsza połowa niejako przeskakuje z postaci na postać, co może wywoływać na początku sporą konsternację. Bo widzimy proste scenki, zrobione w niemal dokumentalnym stylu, gdzie w zasadzie nie byłem w stanie zgadnąć, dokąd to wszystko zmierza. A jeszcze mamy do tego mocno zielonkawo-żółty filtr ze sporą dawką czerni, co potęguje niepokojący klimat. Już pierwsze ujęcia pokazują z martwymi zwierzętami (robaki, martwy szczur i powieszony kot) pokazują zgniły, wręcz zdegenerowany świat. Warszawa jest tu odpychająca, nawet w takich miejscach jak plac Zamkowy. To jest kino wręcz turpistyczne, odrażające i brudne, wręcz skręcające ku horrorowi (w czym pomaga choćby intensywna muzyka Zbigniewa Preisnera).

A potem w połowie staje się to, co wywołuje szok nawet teraz. Morderstwo taksówkarza dzieje się nagle, choć wisiało ono w powietrzu. Nie jest ono krwawe, pełne flaków, ale pokazane jest w bardzo surowy, pozbawiony znieczulenia sposób, wręcz aptekarski. Równie niepokojące jest w tej zbrodni to, że wydaje się ona… przypadkowa, pozbawiona sensu. Fakt, że w scenariuszu nie ma żadnych ekspozycji w dialogach, jeszcze bardziej prowokuje do zadania pytań. A potem mamy szybkie cięcie oraz koniec procesu i wykonanie wyroku śmierci. Równie szokujące, osadzone w klaustrofobicznej przestrzeni, z której chce się uciec. To morderstwo – bo jak inaczej można nazwać wykonanie kary śmierci – ma inny ciężar, poczucie nieuniknionego i dzieje się o wiele szybciej. W zachowaniu strażników czy kata jest coś zwierzęcego, dzikiego, niemal dusznego.

Nawet drobne akcenty humorystyczne nie są w stanie zmyć tej grozy, jaką pokazuje „Krótki film o zabijaniu”. To najmroczniejszy (dosłownie i w przenośni) film w dorobku Kieślowskiego, pokazujący świat pełen znieczulicy, obojętności oraz nienawiści.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ręce do góry

Spośród polskich reżyserów Jerzy Skolimowski wyróżniał się najbardziej, szczególnie na początku swojej drogi w latach 60. Mocno idąc w kierunku Nowej Fali, z bardzo luźno zarysowaną fabułą, oszczędnymi dialogami oraz bardzo silną warstwą wizualną. Oraz tworząc postać Andrzeja Leszczyca – młodego, zagubionego samotnika. Ostatnią częścią serii, którą zaczął „Rysopis” był powstały w 1967 roku film „Ręce do góry”, jednak historia powstania jest wyboista.

Choć całość została nakręcona w 1967 roku, nie została dopuszczona do dystrybucji, a wszystko z powodu jednej głośnej sceny. Chodziło o podwójne oczy Stalina i przez to trafił na półkę, zaś Skolimowski zdecydował się na imigrację. Dopiero po 14 latach wrócił do filmu dodając (kolorowy) prolog, który – jak wiele filmów reżysera – ryje banię. I jest to jazda bez trzymanki. Z jednej strony reżyser próbuje pokazać jak wpływ miało na niego doświadczenie pracy nad filmem, z drugiej mamy totalny kolaż – wyniszczony wojną Bejrut, obrazki z powstania warszawskiego, manifestacja związana z Solidarnością, Skolimowski pracujący przy filmie „Fałszerstwo” Volkera Schloendorffa, tworzenie galerii sztuki czy pokazywane obrazy. A w tle gra na pełnej kurtyzanie, niemal doprowadzając do bólu uszu „Kosmogonia” Krzysztofa Pendereckiego. Niekoniecznie się to wszystko łączy, ale robi piorunujące wrażenie.

Po 25 minutach jednak obraz staje się czarno-biały i dostajemy film właściwy. Wszystko zaczyna się na balu absolwentów Akademii Medycznej, gdzie dość szybko poznajemy piątkę bohaterów. Zamiast imion i nazwisk używają marek samochodów jako ksyw: Zastawa (Jerzy Skolimowski), Opel Rekord (Tadeusz Łomnicki), Alfa (Joanna Szczerbic), Romeo (Adam Hanuszkiewicz) i Wartburg (Bogumił Kobiela). Punktem zapalnym jest list napisany przez jednego z absolwentów, który nie pojawił się na imprezie, więc reszta decyduje się do niego wpaść. Problem w tym, że nie bardzo jest jak tam dotrzeć, a jedyny jadący pociąg to… towarowy. Żaden problem, więc piątka wyrusza. No i staje się to okazją do rozrachunku z czasami studenckimi.

Sama historia jest zaskakująco kameralna, przez większość czasu rozgrywająca się w wagonie pociągu. Bardzo oszczędna scenografia buduje wręcz duszną atmosferę, krótkie przebitki retrospekcji wrzucające w czasy studiów oraz członkostwa ZMP. Ale Skolimowski nawet tutaj eksperymentuje z formą – nagle przestrzeń robi się coraz szersza, pojawia się masa symbolicznych scen (oblepienie klejem z gazetą jednego z mężczyzn niczym przeprowadzana operacja, udawanie konia, ciągle zapalone świece), przejścia do retrospekcji są nagłe, a nawet mamy odwrócony negatyw. Dialogi pełne zarówno odniesień do czasów wojny, ale niepozbawione ironii oraz złośliwości. Kolejne zdejmowane maski, odkrywane pretensje i zazdrości, które nie są wypowiadane wprost.

Nie jest to łatwe kino (jak każdy w zasadzie film Skolimowskiego), ale „Ręce do góry” – nawet z dokręconym prologiem – jest bardzo intrygującym portretem cynicznego pokolenia, dla którego liczy się bogactwo i status społeczny. Świetnie zagrane, imponująco nakręcone przez debiutującego Witolda Sobocińskiego oraz awangardowa muzyka Krzysztofa Komedy dodają do tego eksperymentu.

8/10

Radosław Ostrowski

Skandalista Larry Flynt

Po dość chłodnym odbiorze „Valmonta” wydawałoby się, że Milos Forman zniknął i żadnego filmu więcej nie zrobi. Czech skupiał się na pracy wykładowcy akademickiego, ale w 1996 roku wrócił z impetem. I to filmem biograficznym o jednym z najsłynniejszych wydawców magazynu dla dorosłych, od razu zdobywając Złotego Niedźwiedzia za najlepszy film na Berlinale.

Jak samy tytuł mówi „Skandalista Larry Flynt” opowiada o Larrym Flyncie (Woody Harrelson) – chłopaku z Południa, który zaczynał jako bimbrownik w latach 50., by 20 lat później razem z bratem (Brett Harrelson) prowadzić klub ze striptizem. Ale interes nie idzie za dobrze – do czasu, gdy Larry postanawia wypromować lokal przy użyciu magazynu ze zdjęciami. Problem jednak w tym, że Hustler jest o wiele ostrzejszy od innych czasopism, co doprowadza do konfliktów z prawem.

Choć pozornie mogłoby się wydawać, że film Formana będzie skupiał się na działalności „wydawniczej” Flinta. Ale nie do końca, bo nie interesuje się golizną, erotyzmem czy szokowaniem dla szokowania. Reżyser wykorzystuje postać kontrowersyjnego twórcy do pokazania walki między konserwatyzmem oraz tzw. „obrońcami moralności” z bardziej liberalnie nastawionym do życia społeczeństwem. A przede wszystkim prowokuje do pytań o wolność słowa. Gdzie jest granica i czy w ogóle jakaś powinna być? A jednocześnie mamy kolejne batalie z wymiarem sprawiedliwości, w których Flynt przekracza granice i staje się kompletnie nieobliczalny: od słownych inwektyw przez noszenie pieluchy w kształcie… flagi USA aż po rzucenie kupy pieniędzy, kiedy nie chce ujawnić informatora w sprawie pewnej kasety. I cały czas można się zastanawiać, na ile w tym kalkulacji, a na ile rebeliancki duch.

Jednocześnie „Skandalista…” to także historia miłosna między Flyntem a striptizerką Alitheą (zjawiskowa Courtney Love), którą poznał w klubie. I ten wątek jest równie ciekawy, jak sądowe batalie oraz problemy magnata prasowego. Zadziwiająco sporo jest tu czułości, ale nie ma tu słodzenia i wazeliny. Szczególnie od połowy filmu, kiedy Flynt zostaje postrzelony oraz – wskutek tego – sparaliżowany, a także zaczynamy widzieć popadania kobiety w nałóg narkotykowy. I Love wszystkie te sprzeczne emocje wygrywa bezbłędnie, co zważywszy na skromne doświadczenie aktorskie jest dużą niespodzianką. A w tle mamy lata 70. i 80., które udaje się reżyserowi odtworzyć pod względem mentalności. Całość jest dobrze nakręcona, pełna dynamicznego montażu oraz pozbawiona nudy.

A wszystko trzyma na swoich barkach trójka aktorów. Love sprawiła największą niespodziankę i stworzyła najsoczystszą rolę w tym filmie. Harrelson jest odpowiednio magnetyzujący, wyrazisty oraz nie patyczkuje się, zaś w scenach z Love pokazuje delikatniejsze oblicze (choć moment „nawrócenia” i przyjęcia chrztu zastanawia). Równie świetny jest dopiero zaczynający swoją karierę Edward Norton w roli prawnika Flynta, próbującego (niezbyt skutecznie) trzymać swojego klienta w ryzach. A jednak udaje zbudować się niemal przyjacielską relację, co nie jest takie łatwe. Do tego jeszcze masa drobnych, lecz wyrazistych drugoplanowych ról, ze szczególnym wskazaniem na Donnę Hannover (ewangelistka Ruth Carter Stapleton), Bretta Harrelsona (Jimmy Flynt) oraz niezawodnego Jamesa Cromwella (Charles Keating).

„Skandalista Larry Flynt” to kolejna bardzo solidna produkcja w dorobku Formana, który coraz bardziej wydaje się ciekawy i zafascynowany Ameryką. Jej wolnościowym duchem, jednocześnie obnażając jej hipokryzję. Rewelacyjne role Harrelsona, Love i Nortona plus rozważania na temat wolności słowa wybijają go z grona innych biografii biznesmenów.

8/10

Radosław Ostrowski

Skok

Jak się myśli o filmach Kazimierza Kutza, to raczej myśl się o jego śląskiej trylogii albo jego ostatnich dziełach jak „Zawrócony” czy „Pułkownik Kwiatkowski”. Ale każdy reżyser ma w swoim dorobku filmy zapomniane i mało znane. W przypadku Kutza jednym z takich filmów jest pochodzący z 1967 roku „Skok”.

Historia skupia się wokół dwóch młodych chłopaków, którzy właśnie oblali maturę. Franek (Daniel Olbrychski) to silny twardziel, co ma mocne pięści. Paweł (Marian Opania) jest drobniejszy, bardziej kierujący się sprytem. Obaj nie planują wracać do domów i będąc nad morzem, zastanawiają się co dalej. Wtedy dołącza do nich tajemniczy nieznajomy (Andrzej Gazdeczka) i proponuje prosty sposób na znalezienie pieniędzy. Czyli zrobić skok. Tylko gdzie? Pada pomysł na obrobienie lokalnego PGR-u, gdzie chłopaki się zatrudniają. W zamian nieznajomy ma zadekować ich na statku, więc Franek z Pawłem się zgadzają.

Jeśli całość brzmi dla was jak film sensacyjny, to raczej nie spodziewajcie się dynamicznej akcji. Reżyser bardziej skupia się na obserwacji dwójki ludzi wchodzących w dorosłość. Dlatego są bardzo naiwni i dają się namówić na skok. Jednocześnie widzimy tutaj życie oraz pracę na prowincji, gdzie robotnicy z pewnym dystansem, wręcz nieufnością podchodzą do „miastowych”. Ale poza wątkiem kryminalnym jest tu jeszcze historia inicjacyjna, bo ten rozważniejszy poznaje Teresę (debiutująca na ekranie Małgorzata Braunek). I niejako te dwa wątki przeplatają się za sobą w dziwnym tańcu, niejako walcząc o dominację. Jednak uzupełniają się całkiem nieźle, ładnie sfotografowane na czarno-białej taśmie (aczkolwiek czasem nocne ujęcia są niezbyt widoczne), zaś w tle gra jazzowa muzyka Adama Sławińskiego. No i same dialogi napisane przez Stanisława Dygata brzmią dobrze.

Jednak ten film działa naprawdę mocno dzięki świetnym kreacjom. Mocny i walczący swoimi pięściami Daniel Olbrychski błyszczy w roli silnego Franka, budując wizerunek pewnego siebie twardziela, co nie boi się ryzyka. Trochę w kontrze do niego równie fantastyczny Marian Opania, który może nie imponuje swoją posturą, jednak wydaje się być tym mądrzejszym. Z czasem zaczyna się zmieniać, co prowadzi do finałowej konfrontacji na molo. Ale całość kradną drobne epizody choćby Witolda Dederki (Ziętara), Bogdana Baera (traktorzysta) czy Stanisława Michalskiego (narwany Wiktor), które dodają kolorytu do całości.

Może i „Skok” nie jest jednym z najlepszych filmów w dorobku Kutza, jednak ta mieszanka kryminału oraz filmu coming-of-age osadzona w latach 60. pozostaje ciekawym portretem epoki. Nie zawsze zachowuje równe tempo, czasem nie zawsze wszystko widać, niemniej nie jest to czas stracony.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sirat

Co w ogóle można powiedzieć o ostatnim filmie francuskiego reżysera Olivera Laxe? Bo ta francusko-hiszpańska produkcja jest… dziwna. Nie dlatego, że w trakcie pojawiają się elementy nadnaturalne czy kompletnie z czapy, wywracając konwencję do góry nogami. Bo w zasadzie jest to audio-wizualny kolaż, gdzie fabuła istnieje. Gdzieś tam, niczym prawda w „Z archiwum X”.

Akcja toczy się gdzieś na pustyni w Maroku, gdzie odbywa się rave. Bit wbija na pełnej, ludzie dziwnie tańczą, płynąc z muzą. Tylko co tu robi pewien siwy pan z młodym chłopakiem oraz psem? Bo oni wydają się nie pasować za bardzo do reszty – i nie bez powodu. Luis (Sergio Lopez) szuka swojej córki, która odeszła od rodziny pięć miesięcy temu. Podobno miała się zjawić na tej imprezie, ale nikt nic nie wie, nikt nie widział. Słabo. Ale niedługo ma się odbyć kolejny rave przy granicy z Mauretanią. Luis z synem decydują się dołączyć do grupy rave’owców, którzy też mają uczestniczyć na imprezę.

Laxe zaczyna – dosłownie i w przenośni – mocnym uderzeniem, gdzie najpierw widzimy układanie głośniki gdzieś na pustyni. A potem wbija mocna muza Kangdinga Raya, która oscyluje między agresywną elektroniką a tanecznym ambientem. I to w połączeniu z pustynnym krajobrazem tworzy niemal elektryzująco-kontemplacyjną mieszankę wybuchową, która pozostaje z nami aż do samego końca. Fabuła niby jest, ale im dalej w las, coraz bardziej znika w tle. Ważniejszy jest tutaj klimat, coraz bardziej pustynny krajobraz oraz silniej odczuwalna pustka. W tle słyszymy komunikaty o wybuchu jakieś wojny, która zaczyna się nasilać, próbuje gdzieś działać wojsko. Jednak reżyser zaczyna coraz mocniej podkręcać napięcie, poczucie samotności i odizolowania się nasila – od jazdy przełęczą górską aż po finał na pustyni otoczonej minami. Po jednej szokującej scenie, której nie zamierzam zdradzić, robi się bardziej nerwowo, by niemal rozerwać na strzępy.

Jedynie, co mnie wkurzyło to zakończenie, które sprawia wrażenie urwanego. Jakby historia dopiero miała się rozwinąć do kolejnego etapu. Pozostawia masę pytań za sobą, a odpowiedzi gdzieś są. A może tylko mi się tak wydaje. Bo co tu się tak naprawdę wydarzyło? Czy weszliśmy do piekła, kolejnego kręgu jądra ciemności? A może udało się tutaj osiągnąć oczyszczenie?

Gdzie obsesja staje się szaleństwem i jak wiele może pochłonąć po drodze? – to pytanie najbardziej wybrzmiewa podczas seansu „Sirat”. Ale to może tylko moje spojrzenie, które nie wyczerpuje w pełni wszystkich interpretacji filmu Laxe’a. Dajcie się porwać tej dziwaczej podróży, która może zaprowadzić w nieoczywiste rejony.

7/10

Radosław Ostrowski

Chronologia wody

Są takie dzieła, które bardzo trudno opisać i łatwo otrzeć się o banał. Szczególnie dotykającej takiej delikatnej kwestii związanych z traumą (fizyczną, psychiczną), gdzie można wszystko emocjonalnie rozbroić. Niemniej jestem w stanie docenić ryzyko opowiadaniu w zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Takiego zadania podjęła się debiutująca reżyserka Kristen Stewart, przenosząc na ekran wspomnienia Lydii Yuknavitch.

Trudno mówić tu o fabule, bo wszystko opisuje życie Lydii – obiecującej pływaczki, która stała się pisarką oraz nauczycielką – od dzieciństwa aż do założenia rodziny oraz sukcesów literackich. Sama historia, choć ma prostą linię i chronologię (włącznie z podziałem na rozdziały), to jednak jest ona poplątana. Mamy zarówno pływanie w basenie, molestowanie seksualne przez ojca, nie reagującą na nic matkę oraz starszą siostrę, której udaje się uciec z tego piekła. A dalej nie jest wcale lepiej: uzależnienie od alkoholu i narkotyków, odkrywanie swojej seksualności, małżeństwo, narodziny dziecka (niestety, martwego) oraz droga ku autodestrukcji. A wszystko bardziej lub mniej spisywane, wyciągane z odmętów wspomnień.

Stewart jako reżyserka nie idzie na łatwiznę w opowiadaniu tej historii. Całość została nakręcona na 16 mm taśmie, wyglądając niczym nakręcone domową kamerą nagrania. To zdecydowanie immersyjne doświadczenie, próbujące pokazać mocno rozszarpany umysł. Gdzie przeszłość i teraźniejszość dzieją się symultanicznie, do tego stopnia, że nie byłem w stanie rozgryźć, co było prawdą, a co było tylko w jej wyobraźni. To wrażenie jeszcze bardziej potęgowała narracja z offu bohaterki, niejako „piszącej” swoje życie (wiele razy w tych momentach słychać dźwięk pisania ołówkiem na kartce. Gdzie pojedynczy dźwięk czy gest (choćby odrywanej koperty) powraca w najmniej spodziewanym momencie, tworząc nietypowy ciąg skojarzeń. No i jeszcze ta niemal wszechobecna woda – będąca zarówno siłą oczyszczającą, jak rozmywającą wspomnienia. Reżyserka bardzo mocno eksperymentuje z formą, co bardzo mocno szanuję, choć jest to wymagające oraz niełatwe doświadczenie dla widza. Ale ma tak być.

Co pozwoliło mi przebić się emocjonalnie w „Chronologię wody” to absolutnie rewelacyjna Imogen Poots w roli Lydii. Aktorka przechodzi przez emocjonalny rollercoaster: od bólu przez obojętność spowodowaną używkami aż po pasję tworzenia i wściekłość. Wszystko bez podlizywania się widowni, robienia z siebie ofiary, odkrywając najmroczniejsze otchłanie swojej duszy. Jej twarz po urodzeniu dziecka czy kiedy zaczyna rzucać bluzgami w swojego pierwszego męża czy scena u fotograf zapadają mocno w pamięć. Bez niej ten film by się posypał. Do tego drugi plan też tutaj błyszczy: świetna jest Thora Birch w roli starszej siostry, równie naznaczonej przez traumę, mocno zapada w pamięć Michael Epp jako ojciec (pokazywany głównie w zbliżeniach na twarz) czy Earl Cave w roli pierwszego męża, Phillipa. Jednak największą niespodzianką był James Belushi w roli pisarza Kena Keseya, który staje się mentorem dla Lydii i dostrzega jej potencjał jako pisarki. Choć pojawia się na chwilę, to kradnie ekran – choć w scenie, gdy mówi o 10 przykazaniach i jak by je zmienił. Bardzo elektryzująca postać, mimo krótkiego czasu ekranowego.

Czy „Chronologia wody” będzie jednorazowy strzałem Stewart jako reżyserki, czy będzie nowym rozdziałem w jej karierze – czas pokaże. Już tutaj widać jak odważnie i świadomie operuje filmową materią, nie idąc na łatwiznę w tworzeniu kolejnej, sztampowej biografii. Nawet jeśli ma nierówne tempo i dezorientuje, nie pozwala o sobie zapomnieć oraz rozmyć się w gronie innych dzieł.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ragtime

Ragtime to jeden z podgatunków muzyki jazzowej, grany głównie na jednym instrumencie klawiszowym (fortepian, pianino lub pianola), którego popularność eksplodowała pod koniec XIX wieku w Nowym Jorku oraz Nowym Orleanie. To także jest tytuł głośnej powieści E.L. Doctorowa z 1975 roku, którą w 1981 roku na dużym ekran przeniósł Milos Forman.

Akcja dzieje się na początku XX wieku przed wybuchem I wojny światowej i skupia się na dwóch wątkach. Pierwszy dotyczy czarnoskórego pianisty Coalhouse’a Walkera (Howard E. Rollins Jr.), który próbuje sobie radzić w życiu. Wszystko po części wynika z ucieczki jego ciężarnej dziewczyny, Sarah (Debbie Allen), decydującej zostawić dziecko w domostwie zamożnego przemysłowca (James Olson). Ale wszystko wydaje się iść ku dobremu. Drugi wątek dotyczy tancerki Evelyn Nesbit (Elizabeth McGovern), której ciało było (albo i nie) wykorzystane – jako modelka – do stworzenia rzeźby w Madison Square Garden przez architekta Stanforda White’a (Norman Mailer). Co można frustruje jej męża, Harry’ego Thawa (Robert Joy), żądającego pozbycia się statuy. Bez możliwości użycia prawnych działań, zabija mężczyznę.

Ale po drodze mamy jeszcze wiele innych pobocznych postaci: szwagra przedsiębiorcy (Brad Dourif) zakochanego w Evelyn, żydowski uliczny artysta (Mandy Patinkin) wyruszający z córką za lepszym życiem, rasistowski komendant straży pożarnej (Kenneth McMillan) czy będącym na dalszym planie postaci historycznych jak iluzjonista Harry Houdini czy starający się o urząd prezydenta Theodore Roosevelt. Takie mozaikowe kino było w takim czasie specjalnością Roberta Altmana, któremu zaproponowano reżyserię „Ragtime”, ale odmówił. Trudno odmówić ambicji w pokazaniu początków XX-wiecznej Ameryki – pełnej skandali, bigoterii, rasizmu i nietolerancji. Także początków współcześnie rozumianego terroryzmu, gdzie mamy strzelaniny, atak bombowy oraz potencjalne wysadzenie budynku.

I mam bardzo mieszane uczucia wobec tego filmu. Z jednej strony widać tu ogromną skalę, imponującą scenografię oraz kostiumy z epoki, a także sceny z masą statystów. I mimo ponad 40 lat wygląda to świetnie, aż chce się wejść do tego świata. Problemem dla mnie był dość powolny i chaotyczny początek, przez który nie do końca mogłem się przebić. I z tych dwóch opowieści to wątek Walkera zaczyna coraz bardziej dominować (co daje większego kopa emocjonalnego), zaś cała kwestia naszej dziewuchy-celebrytki w zasadzie znika w połowie i nie wraca. Co troszkę mi psuło równowagę, choć całość jest zagrana świetnie przez wszystkich. Nie byłem jednak w stanie całkowicie się zaangażować emocjonalnie, co wynika z pewnego chaosu narracyjnego i przeskoków z postaci na postać.

Choć doceniam ambicję oraz techniczną stronę, to „Ragtime” był dla mnie rozczarowaniem. Całość dziwnie się wlecze, nadmiar wątków dezorientuje i nie brakuje tu dłużyzn. Częściowo sytuację ratuje nabierający rozpędu wątek Coalhouse’a Walkera i świetne aktorstwo, co czyni film przyzwoitym kawałkiem kina. Bo nawet słabszy Forman nadal jest warty uwagi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Rumble Fish

Kiedy jest się tak doświadczonym reżyserem jak Francis Ford Coppola, to wiele produkcji pozostaje zapomnianych i mocno w cieniu. W roku 1983 stworzył dwa filmy oparte na powieściach S.E. Hinton – „Wyrzutków” oraz „Rumble Fish”. Pierwszy zebrał bardziej pozytywne opinie i zarobił sporo kasy, drugi mocno wtopił, lecz stając się produkcją kultową. To tej drugiej się przyjrzymy.

Akcja dzieje się niby w czasie współczesnym (w czasie realizacji) w Oklahomie, ale postacie wyglądają jakby urwały się z „West Side Story”. Tylko nie śpiewają i nie tańczą, lecz bawią się w gangi. Takim gościem jest Rusty James (Matt Dillon) – chłopak w białym podkoszulku i bandanie, co szuka powodu do bójki oraz zadymy. Jego brat „Motor” (Mickey Rourke) jest otoczony legendą, choć opuścił miasto jakiś czas temu, zaś James traktuje go jako wzór do naśladowania. Poza tym Rusty ma paru kumpli, dziewczynę Patty (Diane Lane), z którą nie ma zbyt dobrych relacji oraz ojca-pijaka (Dennis Hopper). Ma dojść do konfrontacji między nim a liderem konkurencji, który ma chęć go zabić. I wtedy wraca jego brat z Kalifornii, bo budzi w Rustym J. nadzieję.

Ten film widziałem parę naście lat temu i – delikatnie mówiąc – nie zrobił na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Coś mi tu nie do końca pasowało, wydawało się sztuczne, pretensjonalne, z niezbyt dobrymi dialogami. Pomyślałem, że po latach może coś się zmieniło. Od razu uprzedzę – nie specjalnie. Choć sama historia zagubionego młodzieniaszka z trudną przeszłością, uwielbieniem gangów oraz udawaniem twardziela wydaje się interesująca. Sporo jednak w jej pewnej epizodyczności i przeskoku od sceny do sceny, gdzie brakowało mi mocniejszego kośćca. Jasne, wspólne sceny braci oraz powolne odkrywanie pewnych tajemnic (porzucenie ich przez matkę, samotność) z KAPITALNIE użytym dźwiękiem do ilustracji zdarzeń przeszłości – zamiast umieszczenia retrospekcji – ma swoje momenty. Tak jak poznanie jeszcze bardziej zagubionego od swojego brata „Motora”, zmęczonego swoją legendą i sławą. Nie mniej nadal przeszkadzały mi dialogi, bo albo były zbyt deklaratywne i wiele rzeczy mówiły wprost (tutaj „błyszczy” na tym polu postać policjanta, który jest wrogo nastawiony do wracającego motocyklisty), albo próbowały być poetyckie, zaś brzmiały bardziej jak bełkot. Niby byłem z postaciami, a jednocześnie trzymałem się od nich z daleka. Także drugi plan nie jest zbyt mocno zarysowany.

Co jednak najbardziej wybija się w „Rumble Fish” to warstwa audio-wizualna. I nie chodzi tylko o czarno-białą kolorystykę (kolor mają tylko rybki oraz jedna scena w finale), ale też jak buduje ona atmosferę. Od dwóch time lapsów, kilku kadrów pokazujących chmury czy rzucane cienie. Coppola miesza estetykę kina noir, wrzuca do kadrów dym (bójka Rusty’ego z Biffem czy rewelacyjny moment, kiedy chłopak opuszcza swoje ciało i widzi, co dzieje się po jego śmierci), a także bawi się różnymi kątami. Jest też mocno perkusyjna oraz pozornie skoczna muzyka Stewarta Copelanda, która dziwnie pasuje do tego nastroju.

Choć nie brakuje tu uzdolnionych oraz obiecujących aktorów na drugim planie – od Nicolasa Cage’a i Laurence’a Fishburne’a po zjawiskową Diane Lane i Chrisa Penna – to wszystko trzyma na swoich barkach Matt Dillon z Mickeyem Rourkiem. Pierwszy ma w sobie łatwo odpalającą agresję i udaje zagubienie byciem twardym oraz cool, drugi bardziej szepczący i spokojny, ale pod tym wszystkim kryje się pozbawiony złudzeń facet, mocno zdystansowany do swojego mitu. To on był dla mnie ciekawszym, bardziej pociągającym bohaterem.

No cóż, ten powrót po latach nie wyszedł mi za bardzo. „Rumble Fish” próbuje wejść w skórę młodych ludzi, którzy nie mają żadnych perspektyw i są zdani tylko na siebie. Tylko to wszystko jest bardziej skupione na stylu oraz formie, bo nie byłem w stanie wejść do tego świata. Czy ja za dużo już widziałem takich opowieści, czy może forma obrana przez Coppolę wydaje mi się sztuczna? Odpowiedzcie sobie sami.

5,5/10

Radosław Ostrowski