Chrzest

Marcin Wrona to jeden z tych reżyserów, który odszedł zbyt szybko i dopiero zaczynał się rozkręcać jako filmowiec. Co pokazał skręcającemu w kierunku horroru „Demonowi”, który był ostatnim filmem. O nim już pisałem, więc zdecydowałem się sięgnąć po poprzednika, czyli „Chrzest” z 2010 roku.

Pozornie całość zaczyna się jak dramat, który skupia się na dwóch kumplach. Michał (Wojciech Zieliński) mieszka w Warszawie razem z żoną (Natalia Rybicka) oraz świeżo urodzonym dzieckiem. Prowadzi firmę produkującą szkło i szykuje się do chrztu niemowlaka. Wtedy go odwiedza dawny kolega Janek (Tomasz Schuchardt), który dopiero skończył służbę w wojsku. Pojawia się w domu Marcina, który chce by został ojcem chrzestnym jego dziecka. Ale im dalej w las, tym bardziej Janek zaczyna zauważać, że to spokojne i zamożne życie jest tylko fasadą. Bo nasz stabilny pan biznesmen – tak jak Janek – był powiązany z półświatkiem, jednak za zerwanie płaci poważną cenę. Ten tydzień zmieni życie obu mężczyzn.

I już od pierwszych scen widać, że „Chrzest” jest bardzo surowo wykonanym kinem. Od kręconych z ręki, niemal dokumentalnej formy wizualnej oraz stonowanej kolorystyce aż po masę scen nagle uciętych z masą wydarzeń poza kadrem. Jesteśmy rzuceni w całą opowieść razem z Jankiem i zaczynamy powoli odkrywać, jaką tajemnicę skrywa Marcin. A wszystko wokół chrzcin jest przygotowanym planem oraz w jakiej pułapce się znajduje mężczyzna. Do tego stopnia, że w zasadzie wydaje się być pozbawionym własnej woli, każdego dnia walcząc o przetrwanie. Sporo jest tutaj momentów ciszy i niedopowiedzeń, a także pozornie niepowiązanych ze sobą momentów: od nagłego ataku Marcina na grupę młodzików po wizytę u weterynarza.

Z drugiej strony pojawia się gangsterka w postaci „Grubego” (kradnący ekran Adam Woronowicz), który robi swoje gangsterskie rzeczy. Czyli prowadzi knajpę, chodzi elegancko ubrany i towarzyszy mu grupka młodocianych sługusów (Krzysztof Czeczot, Paweł Tomaszewski oraz – najmniej pasujący – Michał Koterski), a nawet zabija jednego z dłużników. Przemoc tu jest gwałtowna, nagła oraz bardzo brutalna. Za to sporym problemem (poza upchnięciem tej historii do półtorej godziny) jest sprowadzenie żony Michała do pozostającej w nieświadomości kobiety oraz obiektu pożądania. „Chrzest” jest zdecydowanie męskim kinem o przyjaźni, lojalności, która jest poddana najciężej próbie.

Co czyni film bardziej strawnym to elektryzujący duet Wojciech Zieliński/Tomasz Schuchardt. Ten pierwszy wydaje się bardzo spokojny, pogodzony ze swoim losem i zachowujący opanowanie. Jednak gdzieś podskórnie w spojrzeniu widać strach, niepewność. Z kolei ten drugi sprawia wrażenie dużo młodszego, niedojrzałego, który musi zdecydować między lojalnością wobec przyjaciela a lojalnością wobec gangu, do którego należał. O wiele bardziej emocjonalny i mniej panujący nad sobą, jednak z czasem podejmuje kolejne trudne decyzje.

Bez tej dwójki „Chrzest” byłby kolejnym, na siłę udziwnionym dramatem obyczajowo-gangsterskim, niepozbawionym symboliki. Początek mocno dezorientuje, jednak z czasem Wrona zaczyna kleić to wszystko, kończąc mocnym uderzeniem. Kawałek niezłego kina, ale najlepsze od reżysera miało dopiero nadejść.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Matka Królów

– Ciężkie miałaś życie.
– Inni mieli ciężej.

Aż nie chce się wierzyć, że w czasie karnawału Solidarności udało się zyskać zgodę na realizację tego filmu. Adaptacja wydanej podczas odwilży w 1957 roku powieści Kazimierza Brandysa to kameralna opowieść na tle ważnych wydarzeń historycznych. Czyli rodzinna saga, ale tym razem skupiona na krótszym czasie oraz mniejszej skali.

Tytułowa „Matka Królów” to nie jest Elżbieta Rakuszanka, żona króla Kazimierza Jagiellończyka, której czterech synów zostało królami Polski. Naprawdę na imię ma Łucja Król (Magda Teresa Wójcik) i kiedy ją poznajemy znajduje swojego męża pod kołami tramwaju. Co nie jest dobre, zważywszy że mężczyzna był żywicielem rodziny, zaś kobieta wychowuje jeszcze trzech synów, a czwarty jest w drodze. Bez męża nie jest łatwo żyć, a tym bardziej zajmować się rodziną. Choć pojawiają się różni przyjaciele jak rozwożący węgiel Cyga (Franciszek Pieczka), to jednak najistotniejszym jest nowy sąsiad, niejaki Wiktor Lewen (Zbigniew Zapasiewicz) – doktor prawa i działacz komunistyczny. On okaże się nie tylko wspierającym dla pani Król, ale także stanie się mentorem dla jej synów, co mocno naznaczy całą rodzinę po zakończeniu II wojny światowej.

Reżyser Janusz Zaorski na pierwszy rzut oka tworzy bardzo kameralną i skupioną na jednej rodzinie historię ludzi wrzucony w trybiki Wielkiej Historii, która wchodzi zawsze nieproszona i niepytana. Od końcówki XX-lecia międzywojennego przez okupację niemiecką aż po stalinowską odwilż – niby niewiele, ale i tak bardzo dużo. Co jest imponujące z dwóch powodów. Po pierwsze, narracja skupia się zarówno na rodzinie Królów (matka jest w centrum, ale jest też czas na poznanie synów), jak i odgrywającego kluczową rolę Lewena. Po drugie, udaje się tu uniknąć walenia ekspozycjami fabularnymi na przestrzeni lat. Tutaj wiele dowiadujemy się za pomocą scenografii, charakteryzacji oraz wychwytanych dialogach. Plus cytowane z offu pisane listy oraz spisywane na maszynie zeznania (nie powiem czyje i w jakiej sprawie), pozwalające zorientować się w jakim miejscu jesteśmy. A wierzcie mi, trzeba uważnie oglądać, by nie przegapić kilku wydarzeń jak aresztowanie Lewena, zmuszenie Łucji do pracy przez volksdeutscha (czyszczenie podłogi w opustoszałym domu), zabicie pijanego żołnierza czy zamach „Koguta”. I wierzcie, to dopiero początek kolejnych ciosów, jakie przyjdą na rodzinę Królów.

Ale Zaorski tutaj skupia się na jeszcze jednym aspekcie, czyli wpływie polityki oraz zagubieniu przedwojennych ludzi w powojennej rzeczywistości. Kraju komunistycznym, gdzie niby liczą się potrzeby najbiedniejszych, zaś zaufanie Partii i jej dobro było dobrem narodu. Tutaj zaczynają pojawiać się pęknięcia na tym idealnym obrazku: ciągłe poczucie paranoi i szukanie „wrogów ludu”, ateizacja społeczeństwa, unikanie ludzi z „podejrzaną” przeszłością oraz ich rodzin czy brak jakichkolwiek informacji o aresztowanych. Nie brakuje tu mocnych dialogów, świetnie zmontowanych przeplatanych materiałami archiwalnych oraz pięknych, czarno-białych zdjęć.

A wszystko jest też fantastycznie zagrany – najwięcej na swoich barkach dźwiga Magda Teresa Wójcik, która w zasadzie gra archetyp Matki Polki. Czyli kobiety w zasadzie niemal skupiającej się na wychowaniu swoich dzieci, dając więcej im niż sobie. Nie brzmi to zbyt ciekawie, jednak dzięki aktorce udaje się stworzyć bardzo wyrazistą kreację. Poza nią najbardziej wyrazisty jest niezawodny Zbigniew Zapasiewicz w roli Lewena, mocno idealistycznego komunisty, który – bez względu na okoliczności – wierzy w Partię oraz jej idee. Jednak im dalej w las, tym bardziej zaczynają pojawiać się wątpliwości, które są zaledwo zasygnalizowane. Ale jest też bardzo barwna galeria ról drugoplanowych: od mocnego Bogusława Lindy (mocno trzymający się ideom Klemens Król), świetnego Krzysztofa Zaleskiego (obrotny Roman Król) i zaskakującego Adama Ferencego (nie potrafiący się odnaleźć w nowej rzeczywistości Zenon Król, co lubi wypić) przez niezawodnego Franciszka Pieczki (Cyga), Henryka Bisty (towarzysz „Grzegorz”) oraz Jerzego Treli („Hiszpan”) po porażającą Joannę Szczepkowską (Marta, żona Klemensa – najmocniejszy przykład politycznego wyprania mózgu) oraz drobne role Jerzego Stuhra (ubek) i Tadeusza Huka (Renart).

Byłem pewny, że po tylu latach „Matka Królów” nie będzie w stanie złapać emocjonalnie. Bo już sporo powstało o mrocznym okresie początków PRL-u, niemniej Zaorski opowiada to z bardzo mocną ręką oraz bez żadnego słodzenia. Świetny kawałek historii, który nie pozwala wyjść z głowy.

8/10

Radosław Ostrowski

Struktura kryształu

Właśnie wczoraj ogłoszono, że przewodniczącym jury konkursu głównego najbliższego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni został Krzysztof Zanussi. Niespokrewniony z twórcą pralek reżyser może ostatnio nie jest w najlepszej formie (choć jego najświeższych tytułów nie sprawdzałem), nie powinno zniechęcać do sięgnięcia po starsze tytuły. Była już „Iluminacja”, „Spirala” i „Barwy ochronne”, więc pora sięgnąć po debiut z 1968.

Akcja „Struktury kryształu” toczy się gdzieś na Puławach, gdzie cywilizacja już wkroczyła, ale jeszcze nie całkowicie. Tutaj razem z żoną mieszka Jan (debiutant Jan Mysłowicz, a tak naprawdę rzeźbiarz Krystian Jarnuszkiewicz) – kiedyś obiecujący fizyk i naukowiec. Niejako wycofał się z kariery naukowej, jednak ma stację meteorologiczną. Z kolei jego partnerka Maria (Barbara Wrzesińska) jest nauczycielką w szkole. Pewnego zimowego dnia przyjeżdża do niego kolega ze szkoły, Marek (Andrzej Żarnecki), który właśnie wrócił ze stypendium naukowego w USA. Panowie wspólne spędzają czas między innymi na rozmowach, zaś Marek ma jeszcze swój cel tej wizyty.

W zasadzie sam film to zderzenie dwóch życiowych postaw, które poznajemy głównie przez rozmowy, rozmowy i jeszcze więcej rozmów. Czasem jeszcze poprzez interakcje Marka z Marią, z których można wiele wyłuskać. Z jednej strony kariera naukowa, ciągły ruch, rywalizacja w środowisku, a z drugiej rzucenie tego wszystkiego oraz wyjazd w Bieszczady. Nie dosłownie, ale życie bardziej wyciszone, stabilne, może dla wielu nudne. Zanussi konfrontuje te dwa podejścia, lecz nie pozwala sobie na wskazanie zwycięzcy. Dysputy stricte naukowe mieszają się z filozofią, dialogi brzmią zaskakująco naturalnie, bez napuszenia i dydaktyki.

Co najbardziej wyróżnia debiut Zanussiego to formalna zabawa, którą niemal do perfekcji opanuje w „Iluminacji”. Wiele rozmów nagle jest zagłuszanych przez muzykę albo urywanych cięciem montażowym. Dużo jest tutaj zwykłej obserwacji dnia codziennego, szybkich zbitek na jakieś rysunki czy strony z książek, a także pokazywanych na kilka sekund zdjęć. A wszystko jeszcze spowite śniegiem na czarno-białych kadrach, wyglądających niczym zdjęcia. Obaj panowie próbują zrozumieć swoje decyzje i postawy, jednak obydwaj pozostają na swoim. I choć pozornie nic się nie dzieje (niczym u Czechowa), to dzieje się tu więcej niż się można spodziewać – od sprawdzania powstającej stacji meteorologicznej przez jazdę samochodem aż po zimowe zawody.

Choć z wcześniejszego okresu Zanussiego bardziej mi się podoba „Iluminacja”, to już w debiucie widać pewne znajome tematy. Ku mojemu zaskoczeniu to kawałek dobrego kina obyczajowo-poetyckiego, stawiającego aktualne pytania i nie daje żadnych odpowiedzi. Udany pełnometrażowy debiut reżysera zanim zaczął na siłę moralizować.

7/10

Radosław Ostrowski

Historie równoległe

Krzysztof Kieślowski – chyba żaden inny polski reżyser nie miał aż tak dużego wpływu na kino artystyczne początku XXI wieku. Widać to było zarówno w filmach Toma Tykwera, Michała Rosy czy choćby Jana Matuszyńskiego (pamiętacie „Minghun”?). Teraz do grona czerpiących z twórcy „Dekalogu” dołączył irański reżyser Ashgar Fahradi, którego najnowszy film jest inspirowany… „Krótkim filmem o miłości”. Co jest podane już w czołówce, więc nie jest to zaskoczenie.

Sama historia skupia się na Sylvie (Isabelle Huppert) – mieszkającej w dość zaniedbanym mieszkaniu pisarce, która próbuje stworzyć coś nowego. Inspiracją dla niej staje się podglądana sąsiadka z bloku obok – w mieszkaniu, które należało do matki pisarki – nazywając ją Anną (Virginie Efira). Obserwując jej chatę, autorka zauważa, że a) kobieta pracuje jako dźwiękowiec b) współpracuje razem z dwoma facetami: młodszym „Christopherem” (Pierre Nimey) oraz starszym „Pierre’m” (Vincent Cassel). W swojej wyobraźni tworzy historię miłosnego trójkąta, który może skończyć się tragedią. Jednak przygotowany tekst nie spotyka się ze zbyt dobrym odbiorem od wydawczyni (niezły epizod Catherine Denevue), zarzucając jej przestarzałość, a rękopis zostaje wyrzucony. Manuskrypt wpada w ręce Adama (Adam Bessa) – drobnego złodziejaszka, pracującego u Sylvie jako pomoc domowa. Chłopak nie tylko czyta tekst, ale poznaje też dziewczynę (a imię jej Nita), co uruchamia łańcuch wydarzeń.

Fahradi robi tym filmem kompilację dzieł Kieślowskiego (nie tylko „Krótkiego filmu o miłości” z wątkiem podglądactwa), ze szczególnym wskazaniem na „Krótki film o zabijaniu” (scena morderstwa w aucie) i „Przypadek”. Historia rozbija się na parę segmentów, które początkowo wydają się dezorientujące i chaotyczne. Z jednej jest pisarka Sylvie oraz tworzonej przez nią powieści, która materializuje się przed naszymi oczami. Ta ma być mieszanką dramatu obyczajowego z wplecionym romansem, próbując budować napięcie oraz kończyć dość brutalnym finałem. Z drugiej mamy „prawdziwą” relację trójki postaci, która absolutnie nie ma nic wspólnego z wyobraźnią autorki. A łącznikiem między tymi mostami jest Adam, który zaczyna wykorzystywać manuskrypt do… właśnie.

Reżyser miesza te wszystkie opowieści, próbując pokazać gdzie jest granica między fikcją a rzeczywistością oraz jak jedno może wpłynąć na długie. Do tego jest pewna niezdrowa ciekawość wywołana przez podglądactwo, sile wyobraźni czy tworzeniu nowej tożsamości. Problem w tym, że cała ta układanka jest zwyczajnie nieciekawa, niezbyt angażująca i zaczyna tracić impet. Segmenty z postacią graną przez Huppert z czasem zaczynają nużyć, spychając postać na dalszy plan. Z kolei enigmatyczny Adam był dla mnie zbyt tajemniczy i śliski, bym chciał się nim interesować. Dla mnie najmocniejszym punktem jest trio Efira-Nimey-Cassel, która zaciekawia w obydwu wersjach – tej „literackiej”, jak i bardziej przyziemnej. Ale najgorsze jest to, że wszystkie te wątki nagle się urywają, nie dając satysfakcjonującej konkluzji.

Jakoś nigdy nie byłem fanem kina Fahradiego (choć pewnie wynikało z nieznajomości kultury oraz mentalności Irańczyków), ale „Historie równoległe” były dla mnie sporym zawodem. I tu nawet nie chodzi o inspirowanie się kinem Kieślowskiego, ale o odczucie oglądania wyrachowanej imitacji bez serca oraz ducha. Zbyt banalna, zbyt archaiczna i zwyczajnie nijaka.

5/10

Radosław Ostrowski

Przekleństwa niewinności

Rok 1999 dla kina był bardzo obfity. Zarówno pod względem popkulturowych fenomenów jak „Matrix” czy „Szósty zmysł”, ale także imponujących oraz oryginalnych dzieł pokroju „Magnolii”, „Informatora” czy „Być jak John Malkovich”. Ale także było parę tytułów, które osiągnęły status kultowych. Taki jest przypadek reżyserskiego debiutu Sofii Coppoli, czyli „Przekleństw niewinności”.

Akcja dzieje się gdzieś na przedmieściach Michigan połowy lat 70. i poznajemy poprzez offową narrację jednego z chłopaków po 25 latach. Mężczyzna należał do paczki, która była kompletnie zauroczona i zafascynowana pięciorgiem sióstr Lisbon lat 13-17. Ich rodzice: ojciec – nauczyciel matematyki (James Woods) i matka (Kathleen Turner) – głęboko religijna pani domu, wychowująca w surowy sposób. Jednak ich spokojne życie zaczyna się rozpadać, kiedy najmłodsza z córek, 13-letnia Cecilia (Hanna R. Hall) próbowała popełnić samobójstwo. Na szczęście udaje się ją uratować, zaś leczący ją lekarz psychiatra (Danny DeVito) zaleca większy kontakt z rówieśnikami poza szkołą. Jednak na przestrzeni jednego roku wszystkie siostry odbiorą sobie życie (nie, to nie spojler – oryginalny tytuł filmu „The Virgin Suicides” już zdradza finał).

Sam film to bardzo specyficzny dramat psychologiczny, który bardziej stawia na atmosferę i nastrój. Czuć to już od pierwszych ujęć, pokazujących przedmieścia w mocnych, jasnych kolorach oraz delikatną muzyką w tle skontrastowane z chłodną łazienką, gdzie znaleziona zostaje Cecilia. Dodana narracja z offu w wykonaniu Giovanniego Ribisi jeszcze bardziej potęguje pewien nie tyle nostalgiczny, co nawiedzającego snu. Coppola buduje tutaj aurę tajemnicy, której wyjaśnienie wydaje się ciągle wymykać i nawet po 25 latach nie daje spokoju. Ponieważ nie przyglądamy się samej rodzinie, tylko niejako widzimy ją oczami innych (sąsiadów, czwórce nastoletnich chłopaków, dziennikarce) i rzadko wchodzimy do ich domu. To jest jednocześnie siła i słabość, bo z jednej buduje klimat oraz atmosferę, ale z drugiej same siostry – poza bardziej zbuntowaną, świadomą swojej seksualności Lux – wydają się bardziej zjawami czy widmami niż postaciami z krwi i kości. Dla mnie to podejście ma sens, gdyż cała opowieść przedstawiona jest w formie wspomnień po wielu latach, a te z czasem ulegają zniekształceniu, stając się fantazją i mitem.

A całość jest świetnie zagrana. Nawet pojawiający się w drobnych epizodach tacy giganci jak Danny DeVito (dr Horniker), Scott Glenn (ksiądz Moody) czy Michael Pare (dorosły Trip), zapadają bardzo mocno w pamięć. Wiele scen kradnie rodzicielski duet James Woods/Kathleen Turner. On bardzo cichy, całkowicie zdominowany przez silnie wierzącą żonę. To ona niejako trzyma spodnie w związku, trzymając wszystkich na twardej smyczy. Jednak w centrum tego wszystko jest rozsadzająca ekran Kirsten Dunst. Jej Lux sprawia wrażenie bardzo pociągającej i seksownej, ale jest w niej też pewna delikatność, która może wydawać się niewidoczna. I jeszcze jest tu Josh Hartnett w roli pociągającego, pełnego uroku Tripa.

O tym też opowiadają „Przekleństwa niewinności” – o sile mitów, nastoletnim niepokoju i powolnej tragedii, która wisi w powietrzu, uderzając w najmniej spodziewanym momencie. Świetnie zagrane, pełne bardzo nieuchwytnej, nieopisywanej atmosfery. A po seansie wiele ujęć zostaje bardzo głęboko w głowie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Robin Hood: Koniec legendy

Znamy wiele opowieści o Robin Hoodzie – wyjętym spod prawa, co okradał bogatych, rozdawał biedocie oraz mieszkał w lesie Sherwood. Filmowych inkarnacji też było: od Douglasa Fairbanksa przez animowanego lisa od Disneya i Kevina Costnera aż po Tarona Egertona sprzed kilku lat. Ale teraz reżyser Michael Sarnoski postanowił zrobić swoją wersję, bardziej opierając się na dawnych tekstach i bardziej trzymająca się ziemi.

Tutaj nasz Robin ma twarz Hugh Jackmana z dłuższymi, siwymi włosami (niczym wiedźmin), bardzo zmęczonym spojrzeniem oraz drogą naznaczoną krwią i masą trupów. Ścigany przez przeszłość oraz krewnych ludzi, których wymordował trafia na Małego Johna (Bill Skarsgard). Ten zmienił tożsamość (podszywając się pod nieboszczyka), poznał kobietę i ustatkował się, ale krewni kobiety go rozpoznali. Prosi Robina o pomoc w walce, ale wskutek jatki żona Johna zostaje zabita, a sam banita zostaje ciężko ranny. Mężczyzna trafia do znajdującego się na wyspie klasztoru znanym z cudownych uzdrowień, prowadzony przez matkę przeoryszę (Jodie Comer).

Jeśli spodziewacie się napędzonego akcją „Logana” w wersji średniowiecznej, to nie jest dobry adres. Sarnoski inspiruje się tutaj mocno „Wikingiem” Roberta Eggersa w przedstawieniu brutalnego, krwawego i bezwzględnego świata. I już pierwsze pół godziny są właśnie takie: szorstkie, wręcz naturalistycznie pokazującą przemoc, która sięga wszystkiego. Włącznie z dziećmi. Ale w momencie trafienia do klasztoru film zmienia całkowicie ton. Czas płynie o wiele wolniej, Sarnoski skupia się na rozmowach i drobnych rzeczach jak polowanie czy opieka nad dziećmi. Szczególnie nad małą Margaret, córką Małego Johna, która trafia na wyspę. A w tle mamy pewne rozważania zarówno wobec siły mitów i legend, które ukrywają o wiele brutalniejszą, niewygodną prawdę, czy da się wyrwać ze spirali przemocy, ale także na temat pokuty oraz odkupienia. Wiem, że dla wielu to wolne tempo może zmęczyć i wystawić wielu na cierpliwość, jednak mnie ta atmosfera złapała.

Jest tutaj parę onirycznych oraz tajemniczych momentów pod koniec, które są dla mnie niejasne (jaskinia, gdzie przeorysza odprawia jakiś rytuał). Ale nawet tam pojawia się kilka niezapomnianych momentów jak ostatnia rozmowa Robina z trędowatym czy przeplatające się sceny dwóch pogrzebów i modlitw. Wszystko to spina się w zadziwiająco delikatnym zakończeniu.

A wszystko niesie fenomenalna obsada. Choć Hugh Jackman w roli Robina może na pierwszy rzut oka wydawać się klonem Wolverine’a (naznaczony krwawą przeszłością samotnik), ale bliżej mu tutaj do Williama Mummy’ego z „Bez przebaczenia”. To brutalny, wręcz psychopatyczny zabijaka, pozbawiony domu i celu w życiu, ale jest to bardzo wyciszona kreacja w dorobku Australijczyka. Przekonujący zarówno na początku podczas scen akcji, jak i w chwilach wyciszenia, gdzie wiele pokazuje samym spojrzeniem. Równie elektryzująca jest Jodie Comer jako siostra Bridget, przeorysza klasztoru, choć pozornie może wydawać się zbyt jednowymiarowa. Czyli pełna empatii i życzliwości, wykształcona, ale też znająca tą ciemną stronę życia. Za to kompletnie zaskakujący oraz wręcz nie do poznania byli zarówno Bill Skarsgard – długa broda oraz zupełnie inny głos robią swoje – oraz Murray Bartlett w roli tajemniczego trędowatego.

Czy w dzisiejszych czasach potrzebowaliśmy zdekonstruowanego Robin Hooda i odartego ze swojej otoczki? Pewnie nie, ale film Sarnoskiego okazał się jedną z niespodzianek w początku rozczarowującego sezonu letniego. O wiele mroczniejszy, bardziej medytacyjny film, ciągle grający z oczekiwaniami widowni.

7/10

Radosław Ostrowski

Tuż po weselu

Co mają takiego filmowcy skandynawscy, że ich kino potrafi tak emocjonalnie dać z liścia? Nie potrafię tego określić, ale w większości przypadków widać jak bardzo to działa. Szczególnie, jeśli główną rolę gra absolutnie fantastyczny Mads Mikkelsen. Nie inaczej jest w przypadku pochodzącego z 2006 roku duńskiego „Tuż po weselu”.

Głównym bohaterem jest grany przez Mikkelsena Jacob Petersen. Mężczyzna mieszka w Indiach, gdzie prowadzi sierociniec dla dzieci i nie jest zbyt łatwo. Ale pojawia się szansa na zdobycie funduszy od bardzo dzianego biznesmena, niejakiego Jorgena Hanssona (Rolf Lassgard). Jest tylko jeden problem: Jacob musiałby przyjechać do Danii, gdzie nie był od bardzo dawna. Na miejscu okazuje się, że zwykły ucisk ręki to za mało. Biznesmen zaprasza mężczyznę na ślub swojej córki i po nim doprowadzi sprawę do końca. Podczas uroczystości Jacob odkrywa dwie rzeczy. Po pierwsza, żona Hanssona (Sidse Babett Knudsen) to była dziewczyna Jacoba, z którym była dawniej związana. Ale jeszcze mocniejszy strzał jest taki, że córka Anna (Stine Fischer Christensen) jest prawdopodobnie biologiczną córką Jacoba. A to uruchamia prawdziwą spiralę wydarzeń.

Reżyserka Susanne Bier do spółki ze scenarzystą Andersem Thomasem Jensenem tworzą kolejny dramat, który powoli i z żelazną konsekwencją prowadzi bohaterów przez bardzo wyboistą drogę. Jedno zdarzenie niczym kamień rzucony w wodę faluje, a z tych fal zaczynają wyławiać kolejne tajemnice oraz dawno pochowane demony. Brzmi jak typowy dramat psychologiczny, prawda? Bier jednak nie bawi się w osądzanie czy umoralnianie, tutaj każdy jest w mniejszych lub większych odcieniach szarości. Reżyserka zderza biedotę Hindusów z bogactwem Duńczyków, ale też niejako padają pytania o siłę więzów krwi i czym jest rodzina. Wszystko toczące się w bardzo powolnym tempie, gdzie niby nic się nie dzieje, ale spojrzenie potrafi czasem wyrazić więcej niż jakiekolwiek słowo. A same dialogi brzmią prosto oraz naturalnie.

Bardzo nietypowa jest realizacja. Całość kręcona na taśmie 35 mm wygląda bardzo surowo, wręcz reportersko. Naturalne oświetlenie i kolory, bez żadnych filtrów, jakby użyto kamery cyfrowej. A jeszcze bardziej mnie zaskoczyło jak dużo jest tutaj zbliżeń na twarze, z dziwacznym fetyszem na punkcie oczu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem kamerę aż tak blisko twarzy. Jedyną rzeczą, która mnie wybijała były przebitki na Indie, okraszone orientalną muzyką oraz jeden poboczny wątek, który w zasadzie wydawał mi się zbędny.

Wszystko za to rekompensuje świetna obsada. Jak zwykle nie zawodzi Mikkelsen w roli oddanego swojemu powołaniu Jacobowi, choć daleko mu do ideału. I to nawet nie chodzi o palenie papierosów, lecz dość burzliwą przeszłość oraz dystans od świata. Powoli jednak (wskutek okoliczności) zaczyna się otwierać, co wywołuje niespodziewane rezultaty. Ale całość kradnie mocarny Rolf Lassgard w roli Jorgena. Początkowo może sprawiać wrażenie kapryśnego bogacza oraz człowieka próbującego mieć wszystko pod kontrolą. Potrafi być zadziwiająco czuły (szczególnie wobec dzieci), jednak i on ma pewien ciężki sekret. Bardzo wyrazista kreacja, a już w ostatnich scenach wręcz miażdży. Ten kwartet jeszcze uzupełniają powściągliwa Knudsen, czyli próbująca trzymać wszystko w ryzach Helena oraz cudowna Christensen jako wkraczająca w dorosłość Anna.

„Tuż po weselu” to kolejny dowód jak kino skandynawskie, które wydaje się wyciszone i spokojne potrafi uderzyć takim ładunkiem emocjonalnym, nie dając wymazać go z pamięci. Sporadycznie gubi rytm, ale nic nie traci ze swojego ciężaru.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ojczyzna

Każdy z nas ma przynajmniej jednego reżysera, którego produkcje zbierają pochwały czy wręcz spotykają się z ogromnym entuzjazmem, ale do was kompletnie nie przemawia. Taka jest mora relacja z Pawłem Pawlikowskim – uznanym za granicą polskim reżyserem, którego filmy wyglądają pięknie, mają dobrych aktorów i są sprytnie napisane. Jednak na poziomie emocjonalnym nigdy do mnie nie trafiały. Dlatego do jego najnowszego, nagrodzonego na niedawnym festiwalu w Cannes filmu „Ojczyzna” podchodziłem z ostrożnością.

Tym razem jesteśmy w Niemczech roku 1949 – kraju podzielonym na dwie strefy wpływów: amerykańską i radziecką. Kraju powoli odbudowującym się, pełnym gruzów i próbującym się na nowo odnaleźć. Do właśnie tutaj przybywa od lat mieszkający w USA pisarz Thomas Mann (Hanns Zischler) razem ze swoją córką, Eriką (Sandra Huller). Kobieta jest także jego sekretarką oraz tłumaczką. Oboje wyruszają w podróż po Niemczech, a pretekstem jest przyznanie pisarzowi Nagrody Goethego we Frankfurcie nad Menem oraz – znajdującym się w sowieckiej strefie – Weimarze. Miał z nim towarzyszyć także Klaus (August Diehl), który przebywa w Cannes, lecz się nie pojawia.

„Ojczyzna” na pierwszy rzut oka wydaje się obracać wokół tematów obecnych w „Idzie” oraz „Zimnej wojnie”: kwestie tożsamości, odnalezienia się w nowym świecie po wojnie czy wykorzystywanie sztuki jako narzędzia propagandy. Ale do tego mamy jeszcze też kwestię żałoby (pojawiający się na początku film Klaus przedawkowuje leki i umiera), która może budzić skojarzenia z niedawnym „Hamnetem” Chloe Zhao. Wszystko to pokazane w bardzo drobnych scenkach i interakcjach jak rozmowa pisarza z wnukami Wagnera w sprawie przywrócenia festiwalu na cześć artysty, będącego ulubionym artystą nazistowskiego dyktatora; spotkanie Eriki z byłym mężem, będącym inspiracją dla postaci z powieści Klausa Manna „Mefisto” czy przywitanie w Weimarze z udziałem chóru dziecięcego. Całość wygląda nadal pięknie (jak zawsze niezawodny Łukasz Żal jako autor zdjęć), w tle słyszymy eklektyczną mieszankę muzyczną (od jazzu po klasykę pokroju Bacha czy Wagnera), zaś oszczędne dialogi mają chwilę błyskotliwości.

Jednak mam ciągle jeden i ten sam problem, co z poprzednimi filmami Pawlikowskiego: emocjonalny chłód oraz obojętność. Bardzo wiele trzeba doszperać i wyciągać z tego, co niewypowiedziane, tłumione i ukryte. Reżyser z jednej strony jest bardzo skupiony na wizualnej estetyce, co bardzo porywa i jest w stanie oczarować, ale z drugiej wszystko to działa tylko na poziomie intelektualnym. A choć całość jest bardzo krótka (zaledwie 80 minut) oraz zwarta, sprawia wrażenie nagle urwanej.

Jeśli komuś podobały się „Ida” oraz „Zimna wojna”, to zdecydowanie w „Ojczyźnie” znajdzie sporo dobra. Ale dla mnie Pawlikowski nie potrafi przełamać emocjonalnego chłodu i bardziej mnie zaangażować, na co po cichu liczyłem. Może z następnym filmem będzie inaczej.

6/10

Radosław Ostrowski

Zawieście czerwone latarnie

Moja znajomość kina azjatyckiego jest równie ogromna i szeroka niczym przeciętnego Polaka o balecie mongolskim. A w szczególności kina chińskiego, z pojedynczymi wyjątkami w postaci „Spragnionych miłości” Wong Kar-Wai czy „Ostrożnie, pożądanie” Anga Lee. Ale od czego są wznowienia kinowej klasyki (lub pokazywanie ich pierwszy raz) na kinowy ekran dzięki takim dystrybutorom jak Past Perfect czy Gravity Films. I to dzięki temu ostatniemu do polskich trafia – premierowo i zrekonstruowany w 4K – film „Zawieście czerwone latarnie” z 1991 roku.

Film Zhanga Yimao oparty na powieści Su Tonga dzieje się na początku lat 20. XX wieku i skupia się na młodej dziewczynie Songlian (Gong Li). Po śmierci ojca kobieta porzuca studia, by zadbać o swoją rodzinę i decyduje się zostać konkubiną bogacza. Trafia do jego ogromnej rezydencji, gdzie przebywają jego trzy partnerki: matrona Yuru (Jin Shuryan), masażystka Zhouyun (Cao Cuifen) oraz śpiewaczka operowa Meishan (He Caifei). Każda z nich ma swój pokój, swoją służbę, a jeśli ma spędzić z którąś noc, to na dziedzińcu przed jej pokojem zostają zapalone czerwone lampiony.

Reżyser, choć obecnie jest bardziej kojarzony z powstałych na początku XXI wieku blockbusterów pokroju „Hero” i „Dom latających sztyletów”, na początku swojej kariery robił kompletnie inne produkcje. „Zawieście…” to zdecydowanie bardziej kameralny dramat psychologiczny, niemal w całości (poza pierwszymi scenami) dziejący się w ogromnej rezydencji – wręcz pałacu – pana domu. Kamera nigdy nie opuszcza tego miejsca, nawet jeśli filmuje ona dachy, co powoli buduje poczucie alienacji oraz klaustrofobii. Właściwie to jest przebywanie w złotej klatce, która daje pewną stabilność i przywileje, w zamian ograniczając wolność do zajmowania się domem oraz rodzeniem dzieci. A to z kolei wywołuje wśród pań walkę pełną zazdrości, zawiści i intryg. A ja razem z nową żoną (nazywaną przez wszystkich Czwartą Siostrą) próbuję się w tym wszystkim odnaleźć. A jeśli wrzucimy do tego wszystkiego jeszcze służkę Yan’er (świetna Lin Kong), która również chciałaby zostać konkubiną, to znajdujemy się w prawdziwym kłębowisku żmij.

Yimou bardzo powoli odkrywa kolejne stopnie tej skomplikowanej relacji, gdzie każda kobieta jest tutaj w stanie wbić nóż w plecy. Tutaj nawet dialogi są zarówno poetyckie, jak też pełne subtelności oraz drugiego dna. Ale też całość nadal wygląda przepięknie i jest wręcz czarująco. Od silnie wykorzystanych kolorów (czerwień lampionów w świetle zimnoniebieskiej nocy) przez szczegółową scenografię – tu szczególnie pokój Meishan się wyróżnia – aż po barwne kostiumy. A rekonstrukcja cyfrowa sprawia, że obraz jest jeszcze bardziej imponujący. Tym bardziej uderzają momenty pęknięć w tym ładnym obrazku, zwłaszcza w potężnym emocjonalnie finale.

A jednocześnie wszystko jest świetnie zagrane. Absolutnie zjawiskowa jest Gong Li, która już pracowała przy poprzednich filmach Yimou i ta kolaboracja procentuje. Songlian ma w sobie zarówno prostolinijny urok – przynajmniej na początku – ale im dalej w las, tym bardziej zaczyna być napędzana przez zazdrość i więcej w niej smutku oraz cynizmu. Od drobnych złośliwości aż po czyste okrucieństwo (odkrycie tajemnicy służki i ujawnienie jej publicznie), za które płacą cenę inni. A jej ostatnie ujęcie jest wręcz szarpiące. Równie niesamowite są zarówno Cuifen oraz Caifei – pierwsza wydaje się życzliwa, wręcz bardzo serdeczna wobec nowej żony/siostry, zaś druga sprawia wrażenie bardzo wywyższającej się diwy. To wszystko jednak tylko fasada, skrywająca o wiele bardziej złożone bohaterki niż się wydaje, mające swoje tajemnice oraz motywy.

Po 35 latach od premiery „Zawieście czerwone latarnie” pozostaje nie tylko jednym z najpiękniejszych filmów lat 90., ale także jednym z bardziej poruszających dramatów. Pod tym pięknem skrywa się opowieść o zarówno zniewoleniu kobiet, jak też metafora życia w państwie totalitarnym, gdzie życie jest z góry zaplanowane i kontrolowane. A to może doprowadzić albo do uległości, albo szaleństwa, co dobitnie pokazuje bardzo mocne zakończenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Krótki film o zabijaniu

14 maja zmarł Krzysztof Piesiewicz – prawnik, senator i przede wszystkim scenarzysta filmowy, znany jako współautor fabuł dzieł Krzysztofa Kieślowskiego. Czy może być lepszy powód, by sobie przypomnieć jedno z dzieł mistrza, którego nie widziałem od bardzo dawna. „Krótki film o zabijaniu” był piątą częścią serialowego „Dekalogu”, który został rozszerzony do pełnometrażowej produkcji przeznaczoną do kinowego ekranu.

Tytuł mówi wszystko – film jest krótki (niecałe 85 minut) i jest o zabijaniu, ale to nie jest krwawa jatka. Wszystko dzieje się w słynnym mieście leżącym między Pruszkowem a Wołominem, skupiając się na trzech postaciach: antypatycznym taksówkarzu (Jan Tesarz), zagubionym młodzieńcu (Mirosław Baka) oraz świeżo upieczonym adwokacie (Krzysztof Globisz). Nikt nie spodziewał się, że ich losy przetną się niczym nóż chleb.

Kieślowski nigdy wcześniej ani później nie zrobił filmu tak wyrazistego i mrocznego wizualnie jak „Krótki film o zabijaniu”. Pierwsza połowa niejako przeskakuje z postaci na postać, co może wywoływać na początku sporą konsternację. Bo widzimy proste scenki, zrobione w niemal dokumentalnym stylu, gdzie w zasadzie nie byłem w stanie zgadnąć, dokąd to wszystko zmierza. A jeszcze mamy do tego mocno zielonkawo-żółty filtr ze sporą dawką czerni, co potęguje niepokojący klimat. Już pierwsze ujęcia pokazują z martwymi zwierzętami (robaki, martwy szczur i powieszony kot) pokazują zgniły, wręcz zdegenerowany świat. Warszawa jest tu odpychająca, nawet w takich miejscach jak plac Zamkowy. To jest kino wręcz turpistyczne, odrażające i brudne, wręcz skręcające ku horrorowi (w czym pomaga choćby intensywna muzyka Zbigniewa Preisnera).

A potem w połowie staje się to, co wywołuje szok nawet teraz. Morderstwo taksówkarza dzieje się nagle, choć wisiało ono w powietrzu. Nie jest ono krwawe, pełne flaków, ale pokazane jest w bardzo surowy, pozbawiony znieczulenia sposób, wręcz aptekarski. Równie niepokojące jest w tej zbrodni to, że wydaje się ona… przypadkowa, pozbawiona sensu. Fakt, że w scenariuszu nie ma żadnych ekspozycji w dialogach, jeszcze bardziej prowokuje do zadania pytań. A potem mamy szybkie cięcie oraz koniec procesu i wykonanie wyroku śmierci. Równie szokujące, osadzone w klaustrofobicznej przestrzeni, z której chce się uciec. To morderstwo – bo jak inaczej można nazwać wykonanie kary śmierci – ma inny ciężar, poczucie nieuniknionego i dzieje się o wiele szybciej. W zachowaniu strażników czy kata jest coś zwierzęcego, dzikiego, niemal dusznego.

Nawet drobne akcenty humorystyczne nie są w stanie zmyć tej grozy, jaką pokazuje „Krótki film o zabijaniu”. To najmroczniejszy (dosłownie i w przenośni) film w dorobku Kieślowskiego, pokazujący świat pełen znieczulicy, obojętności oraz nienawiści.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski