Chronologia wody

Są takie dzieła, które bardzo trudno opisać i łatwo otrzeć się o banał. Szczególnie dotykającej takiej delikatnej kwestii związanych z traumą (fizyczną, psychiczną), gdzie można wszystko emocjonalnie rozbroić. Niemniej jestem w stanie docenić ryzyko opowiadaniu w zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Takiego zadania podjęła się debiutująca reżyserka Kristen Stewart, przenosząc na ekran wspomnienia Lydii Yuknavitch.

Trudno mówić tu o fabule, bo wszystko opisuje życie Lydii – obiecującej pływaczki, która stała się pisarką oraz nauczycielką – od dzieciństwa aż do założenia rodziny oraz sukcesów literackich. Sama historia, choć ma prostą linię i chronologię (włącznie z podziałem na rozdziały), to jednak jest ona poplątana. Mamy zarówno pływanie w basenie, molestowanie seksualne przez ojca, nie reagującą na nic matkę oraz starszą siostrę, której udaje się uciec z tego piekła. A dalej nie jest wcale lepiej: uzależnienie od alkoholu i narkotyków, odkrywanie swojej seksualności, małżeństwo, narodziny dziecka (niestety, martwego) oraz droga ku autodestrukcji. A wszystko bardziej lub mniej spisywane, wyciągane z odmętów wspomnień.

Stewart jako reżyserka nie idzie na łatwiznę w opowiadaniu tej historii. Całość została nakręcona na 16 mm taśmie, wyglądając niczym nakręcone domową kamerą nagrania. To zdecydowanie immersyjne doświadczenie, próbujące pokazać mocno rozszarpany umysł. Gdzie przeszłość i teraźniejszość dzieją się symultanicznie, do tego stopnia, że nie byłem w stanie rozgryźć, co było prawdą, a co było tylko w jej wyobraźni. To wrażenie jeszcze bardziej potęgowała narracja z offu bohaterki, niejako „piszącej” swoje życie (wiele razy w tych momentach słychać dźwięk pisania ołówkiem na kartce. Gdzie pojedynczy dźwięk czy gest (choćby odrywanej koperty) powraca w najmniej spodziewanym momencie, tworząc nietypowy ciąg skojarzeń. No i jeszcze ta niemal wszechobecna woda – będąca zarówno siłą oczyszczającą, jak rozmywającą wspomnienia. Reżyserka bardzo mocno eksperymentuje z formą, co bardzo mocno szanuję, choć jest to wymagające oraz niełatwe doświadczenie dla widza. Ale ma tak być.

Co pozwoliło mi przebić się emocjonalnie w „Chronologię wody” to absolutnie rewelacyjna Imogen Poots w roli Lydii. Aktorka przechodzi przez emocjonalny rollercoaster: od bólu przez obojętność spowodowaną używkami aż po pasję tworzenia i wściekłość. Wszystko bez podlizywania się widowni, robienia z siebie ofiary, odkrywając najmroczniejsze otchłanie swojej duszy. Jej twarz po urodzeniu dziecka czy kiedy zaczyna rzucać bluzgami w swojego pierwszego męża czy scena u fotograf zapadają mocno w pamięć. Bez niej ten film by się posypał. Do tego drugi plan też tutaj błyszczy: świetna jest Thora Birch w roli starszej siostry, równie naznaczonej przez traumę, mocno zapada w pamięć Michael Epp jako ojciec (pokazywany głównie w zbliżeniach na twarz) czy Earl Cave w roli pierwszego męża, Phillipa. Jednak największą niespodzianką był James Belushi w roli pisarza Kena Keseya, który staje się mentorem dla Lydii i dostrzega jej potencjał jako pisarki. Choć pojawia się na chwilę, to kradnie ekran – choć w scenie, gdy mówi o 10 przykazaniach i jak by je zmienił. Bardzo elektryzująca postać, mimo krótkiego czasu ekranowego.

Czy „Chronologia wody” będzie jednorazowy strzałem Stewart jako reżyserki, czy będzie nowym rozdziałem w jej karierze – czas pokaże. Już tutaj widać jak odważnie i świadomie operuje filmową materią, nie idąc na łatwiznę w tworzeniu kolejnej, sztampowej biografii. Nawet jeśli ma nierówne tempo i dezorientuje, nie pozwala o sobie zapomnieć oraz rozmyć się w gronie innych dzieł.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ragtime

Ragtime to jeden z podgatunków muzyki jazzowej, grany głównie na jednym instrumencie klawiszowym (fortepian, pianino lub pianola), którego popularność eksplodowała pod koniec XIX wieku w Nowym Jorku oraz Nowym Orleanie. To także jest tytuł głośnej powieści E.L. Doctorowa z 1975 roku, którą w 1981 roku na dużym ekran przeniósł Milos Forman.

Akcja dzieje się na początku XX wieku przed wybuchem I wojny światowej i skupia się na dwóch wątkach. Pierwszy dotyczy czarnoskórego pianisty Coalhouse’a Walkera (Howard E. Rollins Jr.), który próbuje sobie radzić w życiu. Wszystko po części wynika z ucieczki jego ciężarnej dziewczyny, Sarah (Debbie Allen), decydującej zostawić dziecko w domostwie zamożnego przemysłowca (James Olson). Ale wszystko wydaje się iść ku dobremu. Drugi wątek dotyczy tancerki Evelyn Nesbit (Elizabeth McGovern), której ciało było (albo i nie) wykorzystane – jako modelka – do stworzenia rzeźby w Madison Square Garden przez architekta Stanforda White’a (Norman Mailer). Co można frustruje jej męża, Harry’ego Thawa (Robert Joy), żądającego pozbycia się statuy. Bez możliwości użycia prawnych działań, zabija mężczyznę.

Ale po drodze mamy jeszcze wiele innych pobocznych postaci: szwagra przedsiębiorcy (Brad Dourif) zakochanego w Evelyn, żydowski uliczny artysta (Mandy Patinkin) wyruszający z córką za lepszym życiem, rasistowski komendant straży pożarnej (Kenneth McMillan) czy będącym na dalszym planie postaci historycznych jak iluzjonista Harry Houdini czy starający się o urząd prezydenta Theodore Roosevelt. Takie mozaikowe kino było w takim czasie specjalnością Roberta Altmana, któremu zaproponowano reżyserię „Ragtime”, ale odmówił. Trudno odmówić ambicji w pokazaniu początków XX-wiecznej Ameryki – pełnej skandali, bigoterii, rasizmu i nietolerancji. Także początków współcześnie rozumianego terroryzmu, gdzie mamy strzelaniny, atak bombowy oraz potencjalne wysadzenie budynku.

I mam bardzo mieszane uczucia wobec tego filmu. Z jednej strony widać tu ogromną skalę, imponującą scenografię oraz kostiumy z epoki, a także sceny z masą statystów. I mimo ponad 40 lat wygląda to świetnie, aż chce się wejść do tego świata. Problemem dla mnie był dość powolny i chaotyczny początek, przez który nie do końca mogłem się przebić. I z tych dwóch opowieści to wątek Walkera zaczyna coraz bardziej dominować (co daje większego kopa emocjonalnego), zaś cała kwestia naszej dziewuchy-celebrytki w zasadzie znika w połowie i nie wraca. Co troszkę mi psuło równowagę, choć całość jest zagrana świetnie przez wszystkich. Nie byłem jednak w stanie całkowicie się zaangażować emocjonalnie, co wynika z pewnego chaosu narracyjnego i przeskoków z postaci na postać.

Choć doceniam ambicję oraz techniczną stronę, to „Ragtime” był dla mnie rozczarowaniem. Całość dziwnie się wlecze, nadmiar wątków dezorientuje i nie brakuje tu dłużyzn. Częściowo sytuację ratuje nabierający rozpędu wątek Coalhouse’a Walkera i świetne aktorstwo, co czyni film przyzwoitym kawałkiem kina. Bo nawet słabszy Forman nadal jest warty uwagi.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Rumble Fish

Kiedy jest się tak doświadczonym reżyserem jak Francis Ford Coppola, to wiele produkcji pozostaje zapomnianych i mocno w cieniu. W roku 1983 stworzył dwa filmy oparte na powieściach S.E. Hinton – „Wyrzutków” oraz „Rumble Fish”. Pierwszy zebrał bardziej pozytywne opinie i zarobił sporo kasy, drugi mocno wtopił, lecz stając się produkcją kultową. To tej drugiej się przyjrzymy.

Akcja dzieje się niby w czasie współczesnym (w czasie realizacji) w Oklahomie, ale postacie wyglądają jakby urwały się z „West Side Story”. Tylko nie śpiewają i nie tańczą, lecz bawią się w gangi. Takim gościem jest Rusty James (Matt Dillon) – chłopak w białym podkoszulku i bandanie, co szuka powodu do bójki oraz zadymy. Jego brat „Motor” (Mickey Rourke) jest otoczony legendą, choć opuścił miasto jakiś czas temu, zaś James traktuje go jako wzór do naśladowania. Poza tym Rusty ma paru kumpli, dziewczynę Patty (Diane Lane), z którą nie ma zbyt dobrych relacji oraz ojca-pijaka (Dennis Hopper). Ma dojść do konfrontacji między nim a liderem konkurencji, który ma chęć go zabić. I wtedy wraca jego brat z Kalifornii, bo budzi w Rustym J. nadzieję.

Ten film widziałem parę naście lat temu i – delikatnie mówiąc – nie zrobił na mnie zbyt wielkiego wrażenia. Coś mi tu nie do końca pasowało, wydawało się sztuczne, pretensjonalne, z niezbyt dobrymi dialogami. Pomyślałem, że po latach może coś się zmieniło. Od razu uprzedzę – nie specjalnie. Choć sama historia zagubionego młodzieniaszka z trudną przeszłością, uwielbieniem gangów oraz udawaniem twardziela wydaje się interesująca. Sporo jednak w jej pewnej epizodyczności i przeskoku od sceny do sceny, gdzie brakowało mi mocniejszego kośćca. Jasne, wspólne sceny braci oraz powolne odkrywanie pewnych tajemnic (porzucenie ich przez matkę, samotność) z KAPITALNIE użytym dźwiękiem do ilustracji zdarzeń przeszłości – zamiast umieszczenia retrospekcji – ma swoje momenty. Tak jak poznanie jeszcze bardziej zagubionego od swojego brata „Motora”, zmęczonego swoją legendą i sławą. Nie mniej nadal przeszkadzały mi dialogi, bo albo były zbyt deklaratywne i wiele rzeczy mówiły wprost (tutaj „błyszczy” na tym polu postać policjanta, który jest wrogo nastawiony do wracającego motocyklisty), albo próbowały być poetyckie, zaś brzmiały bardziej jak bełkot. Niby byłem z postaciami, a jednocześnie trzymałem się od nich z daleka. Także drugi plan nie jest zbyt mocno zarysowany.

Co jednak najbardziej wybija się w „Rumble Fish” to warstwa audio-wizualna. I nie chodzi tylko o czarno-białą kolorystykę (kolor mają tylko rybki oraz jedna scena w finale), ale też jak buduje ona atmosferę. Od dwóch time lapsów, kilku kadrów pokazujących chmury czy rzucane cienie. Coppola miesza estetykę kina noir, wrzuca do kadrów dym (bójka Rusty’ego z Biffem czy rewelacyjny moment, kiedy chłopak opuszcza swoje ciało i widzi, co dzieje się po jego śmierci), a także bawi się różnymi kątami. Jest też mocno perkusyjna oraz pozornie skoczna muzyka Stewarta Copelanda, która dziwnie pasuje do tego nastroju.

Choć nie brakuje tu uzdolnionych oraz obiecujących aktorów na drugim planie – od Nicolasa Cage’a i Laurence’a Fishburne’a po zjawiskową Diane Lane i Chrisa Penna – to wszystko trzyma na swoich barkach Matt Dillon z Mickeyem Rourkiem. Pierwszy ma w sobie łatwo odpalającą agresję i udaje zagubienie byciem twardym oraz cool, drugi bardziej szepczący i spokojny, ale pod tym wszystkim kryje się pozbawiony złudzeń facet, mocno zdystansowany do swojego mitu. To on był dla mnie ciekawszym, bardziej pociągającym bohaterem.

No cóż, ten powrót po latach nie wyszedł mi za bardzo. „Rumble Fish” próbuje wejść w skórę młodych ludzi, którzy nie mają żadnych perspektyw i są zdani tylko na siebie. Tylko to wszystko jest bardziej skupione na stylu oraz formie, bo nie byłem w stanie wejść do tego świata. Czy ja za dużo już widziałem takich opowieści, czy może forma obrana przez Coppolę wydaje mi się sztuczna? Odpowiedzcie sobie sami.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Lot nad kukułczym gniazdem

Choć „Odlot” poniósł komercyjną porażkę nie zniechęciło to Milośa Formana do tworzenia filmów w USA. I tym razem zaskoczył wszystkich, choć ten film wydawał się być mu pisany. Oparty na powieści Kena Keseya „Lot nad kukułczym gniazdem” wydanej w 1962 roku okazał się ogromną niespodzianką, sporym kasowym hitem (przy budżecie niecałego 4,5 mln dolarów zarobił ponad 130 baniek) oraz artystycznym, zdobywając m. in. Wielką Piątkę przy Oscarach (najlepszy film, reżyseria, scenariusz oraz role pierwszoplanowe).

Dlaczego było to niejako przeznaczone dla czeskiego reżysera? Otóż prawa do książki wykupił aktor Kirk Douglas, a ten zaproponował pracę Czechowi po tym jak wyruszył w trasę po komunistycznej Europie Środkowej w 1969 roku. Problem w tym, że kopię książki przechwycili cenzorzy, a panowie stracili kontakt. Wszystko się zmieniło, kiedy twórca „Miłości blondynki” przybył do USA, zaś prawa do ekranizacji przejął syn Kirka, Michael Douglas. Po próbach szukania reżysera (przez pewien czas byli związani Richard Rush i Hal Ashby) skontaktowali się z Formanem, a ten po otrzymaniu kopii książki od razu się zgodził. A o czym jest sam film? Sama historia dzieje się w 1963 roku w szpitalu psychiatrycznym gdzieś w stanie Oregon. Tam trafia nowy pacjent, czyli Randall Patrick MacMurphy (Jack Nicholson). Przybywa z więzienia, gdzie został skazany za seks z nieletnią, a po drodze jeszcze pięciokrotnie zaatakował strażników. Ma zostać poddany obserwacji i sprawdzeniu czy nie symuluje. I niemal od razu trafia na kolizyjny kurs z prowadzącą oddział siostrą Ratched (Louise Fletcher), trzymającą wszystkich pod kontrolą.

Nie będzie raczej zaskoczeniem, że film Formana ma prostą opowieść i jest alegorią opisującą zderzenie systemowego porządku z chaosem oraz walczącym z jakąkolwiek formą kontroli wolnym duchem. Sama historia prowadzona jest w bezpośredni sposób, realizacyjnie przypominając niemal dokument. Ze stonowanymi kolorami, bardzo oszczędnie wykorzystywaną muzyką, sporą ilością zbliżeń na twarze, bez żadnych zabaw formalnych. Ale za to mamy galerię bardzo wyrazistych postaci (głównie pacjentów, którzy – w większości – są tu z własnej woli), mających swoje własne dziwactwa. Nieśmiały jąkała Billy, inteligent Harding, bardzo impulsywny Cheswick, lekko bucowaty Tabor, głuchoniemy wielkolud Wódz czy lekko dziecięcy Mancini – nawet jeśli nie są zbyt rozmowni, zapadają mocno w pamięć.

Pozornie nic się nie dzieje, jednak działania MacMurphy’ego wywołują ogromny ferment – od prób oglądania meczu baseballa przez ucieczkę i łowienie ryb przez gwałtowny atak Cheswicka z powodu kary ograniczenia papierosów aż po nocną imprezę z dwiema dziewczynami. Forman podkręca napięcie nawet w pozornie prostych scenach, gdzie siostra Ratched prowadzi rozmowy grupowe i więcej widzimy spojrzeń między nią a – pozornie spokojnym – MacMurphym. Wszystko w bardzo sterylnym pomieszczeniu, budującym poczucie izolacji. O wiele bardziej niż więzienie, bo tam przynajmniej wiesz ile trwa wyrok, a w szpitalu może to trwać w nieskończoność. Zaś próby łamania (limitowane ilości, fizyczne bicie, elektrowstrząsy czy lobotomia) potrafią być brutalne, wręcz barbarzyńskie. Ale czy da się złamać wolnego ducha? Zakończenie daje pewną nadzieję.

A całość jest rewelacyjnie zagrana. Jack Nicholson tworzy charyzmatyczną kreację bardzo wyluzowanego, cwanego i pewnego siebie MacMurphy’ego. Uważnie obserwuje, niemal od razu budzi sympatię swoim bezkompromisowym podejściem, siejąc chaos, ferment oraz pobudzając innych. Każde jego podejście czyni seans nieprzewidywalnym oraz pełnym energii. W kontrze do niego stoi równie wyrazista Louise Fletcher w roli siostry Ratched. Ona jest o wiele spokojniejsza, wręcz nienaturalnie pozbawiona emocji niczym robot. Jest w tym spokoju coś bardzo niepokojącego jak bardzo delikatnym głosem potrafi wszystkich postawić na baczność. Wspólne sceny tego duetu elektryzują aż do mocarnego finału. Za to drugi plan jest wręcz przebogaty – od debiutującego Brada Dourifa (bardzo nieśmiały oraz stłumiony Billy), przez potężnego Willa Sampsona (Wódz), chaotycznego Christophera Lloyda (Tabor), wyciszonego Danny’ego DeVito (Mancini) po kapitalnego Williama Redfielda (inteligent Harding).

„Lot nad kukułczym gniazdem” nie bez przyczyny jest uważany za jeden z najlepszych filmów lat 70. oraz jeden z największych triumfów Formana. Precyzyjnie napisany, fenomenalnie zagrany oraz zadziwiająco realistyczny w pokazywaniu szpitali psychiatrycznych jako bezwzględnych klatek, z których można nigdy nie wyjść. Prowokujące do myślenia, zaskakująco aktualne i emocjonalnie angażujące do ostatniej sceny.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej

Tytuł ma w sobie tak silną moc, że nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Potrafi zachęcić, zniechęcić, wystraszyć, zaintrygować albo naprowadzać na pewne tropy. Kiedy powiedziałem siostrze, że idę na film „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej” zapytała mnie: „Czy to horror?”. I trudno się dziwić, skoro mamy duchy nasuwa się pewne oczywiste skojarzenia. Jednak debiut Emi Buchwald jest czymś zupełnie innym.

Historia toczy się w mieście leżącym gdzieś między Pruszkowem a Wołominem i skupia się wokół czwórki rodzeństwa. Jana (Karolina Rzepa) jest najstarsza i próbuje swoich sił jako artystka. Właśnie dostała szansę na stworzenie swojej wystawy. Młodsza siostra Nastka (Izabella Dudziak) oraz brat bliźniak Franek (Tymoteusz Rożynek znany bardziej jako raper Szczyl) są kompletnie różni. Ona studiuje psychologię i spotyka się z niejakim Stachem (Piotr Napierała), zaś on bawi się w muzykę, poznaje dziewczynę oraz… zaczyna dilować. Po drodze jeszcze wyrzucił z domu najmłodszego brata, znerwicowanego Benka (Bartłomiej Deklawa), z którym kiedyś był mocno zżyty.

Reżyserka tworzy bardzo specyficzny film, który jest bardzo kameralny i wyciszony, a konstrukcją przypomina zbiór luźno powiązanych ze sobą opowiadań. Pojawiają się śródtytuły, niejako zapowiadające co się wydarzy. Ale jeśli ktoś spodziewa się pełnego ekspresji czy mocnych scen, granych na wysokim C (z krzykami, retrospekcjami oraz ekspozycją), nie znajdziecie tu zbyt wiele. Fabuła jest skromna i szczątkowa, gdzie wiele rzeczy pozostaje niewytłumaczonych – jak choćby jakie traumy ich naznaczyły – co może dla wielu być frustrujące. Zamiast tego przyglądamy się naszej czwórce młodych dorosłych, próbujących sobie poradzić i odnaleźć w rzeczywistości. Próbując jednocześnie zachować rodzinne więzi i żyć samodzielnie, co próbuje robić Franek („przestać myśleć o sobie w liczbie mnogiej”), jednak reszta przez to cierpi.

Choć ta migawkowo-epizodyczna struktura może wielu odrzucić nadmiarem niejasności, to jednak mnie złapało. Naturalnie napisane i oszczędne dialogi pozwoliły mnie wejść w ten bardzo intymny portret. Niektórzy złośliwcy powiedzieliby, że to portret hipsterskiej „warszawki” albo „cierpienia młodego Warszawiaka”. Ludzi, których – jakimś cudem – stać na duże mieszkanie na Dobrej (czyli na Powiślu), choć raczej nie z wykonywanej pracy. Niemniej jest w „Duchach” coś tak poruszającego, że pozwala zanurzyć się w powolnej atmosferze. Włącznie z bardzo satysfakcjonującym zakończeniem, wręcz ostatnim kadrem.

Buchwald bardzo dobrze sobie radzi w warstwie technicznej. Nawet jeśli stylistycznie bliżej jest filmowi dokumentalnemu (choć nie ma tu ujęć z ręki), to jednak jest tu parę zapadających w pamięć obrazów. Świetny początek w jednym ujęciu, gdzie krążymy po pustym domostwie, ale słyszymy dźwięki opisujące dawne wydarzenia (szepty, bieganina, otwierane drzwi czy przygotowanie posiłku w kuchni), sensacyjny pościg samochodowo-pieszy trójki rodzeństwa za bratem-dilerem z dramatycznym finałem czy Benek szepczący podczas urodzin do „Serca” Syberii TDW. Takich momentów jest więcej, ale te wyżej wspomniane zapadły mi mocno w pamięć. Co też jest zasługa fantastycznego kwartetu pierwszoplanowego, składająca się z mało rozpoznawalnych aktorów: Rzepa (silna i niejako „matkująca” Jana), Dudziak (neurotyczna Nastka), Rożynek (najbardziej pogubiony Franek) oraz – najbardziej angażujący mnie – Deklawa (wycofany, niemal apatyczny Benek). Chemia między nimi jest naturalna, bardzo oszczędne aktorstwo nie wywołuje sztuczności, a każde z nich tworzy bardzo wyraziste postacie.

Nie widziałem tak szczerego portretu młodych ludzi od czasu „Chleba i soli” Damiana Kocura i „Ostatniego komersu” Davida Nickela, ale Emi Buchwald tutaj lawiruje między realizmem a oniryzmem. Wiele osób odrzuci ta epizodyczna narracja, ale jest w tym filmie coś tak nawiedzonego, że nie pozwoli zapomnieć o sobie na długi czas. Aż boję się myśleć, jakie będą kolejne filmy tej obiecującej, młodej reżyserki.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pojedynek

Kolejna polska produkcja w realiach II wojny światowej? – takie pytanie zakłębiło się w mojej głowie i pewnie nie tylko. Bo to tło historyczne było wałkowane i przedstawiane w setkach, jeśli nie tysiącach produkcji. A teraz mamy kolejną opowieść, ale tym razem dotyczącej tych, co trafili w ręce Sowietów na początku 1939 roku (niczym w „Katyniu”). Jak sobie z tym radzi „Pojedynek”?

Bohaterem nowego filmu Łukasza Palkowskiego jest Karol Grabowski (Jakub Gierszał) – młody porucznik, schwytany przez Sowietów. Razem z innymi oficerami trafia do dawnego klasztoru, pełniącego rolę obozu jenieckiego. Tam przykuwa uwagę pełniącego rolę komendanta, majora NKWD Wasilija Zarubina (Aiden Gillen). Jego zadaniem jest indoktrynacja oraz przekonanie oficerów do przejścia na swoją stronę. Tym bardziej, że większość z nich to inteligencja, zaś Grabowski jest cenionym i znanym pianistą.

Palkowski zaczyna mocnym uderzeniem, czyli ucieczką Grabowskiego przed atakiem lotniczym (w sporej części nakręcona na jednym ujęciu) i to mnie złapało. Ale esencją tutaj jest pobyt w obozie jenieckim, gdzie pozornie niewiele się dzieje, a całość oparta jest głównie na dialogach. Wszystko w celu przekabacenia Polaków, by stali się obywatelami nowego porządku. Co miałoby ogromny wydźwięk propagandowy i obie strony wydają się być tego świadome. Stąd mamy próby manipulacji (groźby śmierci wobec rodziny, przechwytywanie korespondencji) i przemoc, co przez większość czasu działa. Jest też nawet odrobina akcji w postaci próby ucieczki, ale w większości to znajoma opowieść obozowa. Prowadzona bardzo powoli, w szaro-burych kolorach, niepozbawiona odrobiny humoru (ironizujący Sztein w wykonaniu Wojciecha Mecwaldowskiego kradnie ekran), jednak angażująca i z poczuciem nieubłagalnie uciekającego czasu.

To, co jest najmocniejsze jest opisane w słownej grze między Grabowskim a Zarubinem i jest to zasługa świetnie zagranych ról. Jakub Gierszał oraz Aiden Gillan tworzą bardzo mocne postacie. Pierwszy od początku działa jako pełen sprytu (przed schwytaniem niszczy swoją książeczkę wojskową), skupiony na ucieczce i trzymający dystans wokół „swoich”, bardzo podejrzliwy, mocno trzymając swoje myśli. Z kolei Gillan operujący angielskim, rosyjskim i francuskim językiem (a także polskim „Na zdrowie”) bardzo płynnie, zachowując opanowanie oraz spokój, mówiąc bardzo delikatnym głosem jest równie wyrazisty. Reszta obsady też wypada solidnie: poza w/w wspomnianym Mecwaldowskim nie zawodzi porządny Antoni Pawlicki (Antoni Tucholski), niezły Mateusz Kościukiewicz (narwany Artymowski), świetny Grisza Gorobuczuk (syn Zarubina) oraz mocny epizod Tomasza Kota (Ławrentij Beria).

Czy są tutaj wady? W zasadzie dla mnie trzy, które wywołują pewne niejasności. Po pierwsze, jakim cudem w obozie jenieckim trafia kobieta (przykuwająca uwagę Julia Pietrucha), wokół samych mężczyzn? Drugi dotyczy ucieczki Grabowskiego, który – kompletnie nagi – jest przemycony w beczce pełnej łajna. A w następnym ujęciu po wyjściu z niej jest kompletnie ubrany. Tylko skąd pojawiły się te ciuchy? Coś tu zostało wycięte przy montażu albo zapomniano nakręcić. Po trzecie, jakim cudem nikt z jeńców nie rozpoznaje Grabowskiego do momentu, kiedy nie zostaje zmuszony do publicznego zagrania na fortepianie? Mógłbym to wyjaśnić ignorancją oraz skupieniem się na sobie, ale to nie do końca jest dla mnie jasne.

„Pojedynek” to jeden z lepszych dramatów wojennych w ostatnich latach oraz powrót Palkowskiego do kina po latach tworzenia seriali na podstawie powieści Remigiusza Mroza. Zgrabnie nakręcony i napisany, z mocnym zakończeniem wywołującym ciszę, która zostaje bardzo długo. W czasach, kiedy Rosja znowu zaczyna szaleć i siać dezinformację, takie ostrzeżenie pozostaje aktualne oraz warte przypomnienia.

7/10

Radosław Ostrowski

Figurant

Kolejny odcinek polskiego kina historycznego, skupionego wokół religii. Czyli znowu mamy prosty podział na „dobry” Kościół i „zły” system, próbujący ich złamać? A jeśli dodamy do tego równania nazwisko Roberta Glińskiego, należy spodziewać się sporego rozczarowania. Po biograficznym „Ziei” teraz przyszedł czas na bardziej fikcyjnego „Figurant”.

Samo słowo figurant oznacza osobę rozpracowywaną przez służby specjalne, w tym przypadku Służbę Bezpieczeństwa. Wziętym pod obserwację jest młody krakowski biskup Karol Wojtyła. Jednak nie on jest głównym bohaterem filmu, tylko Bronisław Budny (Mateusz Więcławek) – młody chłopak, który wstępuje do SB. Zdolny, inteligentny, a także utalentowany fotograf. Do inwigilacji nowego duchownego przydziela go pułkownik Wojnar (Zbigniew Stryj). W trakcie pracy mężczyzna poznaje Martę (Marianna Zydek) – studentkę ASP, do której zaczyna czuć coś więcej. Do tego stopnia, że zawierają małżeństwo.

Gliński zaczyna intrygująco za pomocą pięknych czarno-białych zdjęć Adama Bajerskiego (kto widział „Pana T.”, wie czego się spodziewać) sklejając je z archiwalnymi materiałami. Dzięki temu zabiegowi „Figurant” sprawia wrażenie niemal dokumentu. W tle gra bardzo elegancka muzyka, a reżyser sprawnie oddaje realia czasów Gomułki. Pod tym względem najbardziej zapadają w pamięć sceny z występów Piwnicy pod Baranami czy krwawa pacyfikacja protestu pod krzyżem w Nowej Hucie. W przypadku Wojtyły widzimy go albo przez obiektyw aparatu fotograficznego, kamery filmowej czy gdzieś daleko w tle. A jednak jego wpływ na innych jest namacalny i odczuwalny, co prowadzi do – niestety, przewidywalnego – przebiegu wypadków. A reżyser próbuje dodać pewnej odrobiny szarzyzny. Czy to pokazując destrukcyjną siłę obsesji i oddaniu swojej pracy (to jednak ostatecznie sprowadza do przewidywalnego finału), czy księży-informatorów, przekazujących meldunki bezpiece. Najmocniej jednak wypada tu kwestia werbunku księdza Macieja (świetny Adrian Brząkała) za pomocą szantażu oraz podszywania się pod przyjaciela. Tutaj pojawiają się bardziej „ludzkie” odruchy naszego ubeka. Problem w tym, że to wszystko tylko okruchy, dające potencjał na coś o wiele głębszego, mocniejszego, bardziej złożonego. Przez to dzieło Glińskiego nie angażuje.

Sytuację ratuje dobra obsada, ze szczególnym wskazaniem na Mateusza Więcławka. Dzięki niemu Bronek, choć niezbyt rozbudowany scenariuszowo, staje się bardziej ludzki. To nie tępy, brutalny osiłek, ale zdeterminowany, pełen sprytu człowiek, używający inteligencji, podstępu i nawet szantażu. Ale to w momentach rozmów z księdzem Maciejem zaczynamy zauważać jego zagubienie, bezsilność i może nawet coś więcej. Brząkała w roli (nieświadomego) informatora wypada równie przekonująco, próbując dostrzec bardziej ludzką twarz systemu totalitarnego. Reszta wypada solidnie (od budzącego respekt Zbigniewa Stryja przez solidną Mariannę Zydek aż po drobne epizody Juliusza Chrząstowskiego i Andrzeja Mastalerza).

W porównaniu do ostatnich filmów Glińskiego (średnich „Kamieni na szaniec”, fatalnego „Czuwaj” i rozczarowującego „Ziei”) „Figurant” prezentuje się o wiele lepiej, ale to nadal wyższe rejony stanu średniego. Zbyt czarno-biały w portrecie rzeczywistości, która miała w sobie o wiele więcej odcieni szarości, będące zaledwie liźnięte. A była szansa na o wiele mocniejsze i odważniejsze kino.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Wartość sentymentalna

Raczej nie jest ogromnym zaskoczeniem, że kino skandynawskie znowu jest dostrzegana i doceniane w różnych częściach świata. Od duńskiego wariata Andersa Thomasa Jensena i nieobliczalnego Thomasa Vinterberga przez Szwedów pokroju Johana Rencka czy Rubena Ostlunda aż po Norwegów w rodzaju Mortena Tylduma, Hansa Pettera Molanda oraz Joachima Triera. Część z nich pracowała przy produkcjach anglojęzycznych (z różnych skutkiem), a część została w kraju. Teraz ze swoim nowym dziełem pojawił się Trier (nie mylić z Larsem von Trierem), który znowu wywołał spory ferment oraz ma szansę na zdobycie kilku uznanych przez środowisko nagród. Ale czy szum wokół „Wartości sentymentalnej” jest tego wart?

Historia skupia się na rodzinie artystycznej, naznaczonej przez pokoleniową traumę. Jednak najważniejsza jest tutaj Nora (Renate Reinsve) – aktorka, głównie występująca w teatrze, samotniczka. Jej siostra Agnes (Inga Ibsdotter Lilleas) nie poszła w jej ślady, ukończyła historię, ma męża oraz 8-letniego syna, Eryka. Wydaje się być bardziej spełniona, ale może to tylko pozory. Jest jeszcze ich ojciec, Gustav (Stellan Skarsgard) – kiedyś znany i ceniony reżyser filmowy, ale w rodzinnym domu nieobecny po rozwodzie z żoną. A teraz po ponad 20 latach pojawia się na stypie po śmierci kobiety, co mocno zaskakuje siostry. Szczególnie Norę, zwłaszcza iż następnego dnia proponuje jej główną rolę w swoim nowym filmie. Ale ona nie jest tym zainteresowana. Sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje, kiedy reżyser poznaje podczas retrospekcji swoich dzieł aktorkę Racehl Kemp (Elle Fanning) i to ją postanawia zatrudnić do nowej produkcji.

Sama opowieść toczy się niejako dwutorowo (albo i nawet trój-). Cały czas przebijają się retrospekcje dotyczące rodziny Borgów od pradziadka aż do dorastających sióstr, którym towarzyszy narracja z offu. Z drugiej mamy Norę, ale jej pierwsze pojawienie się (podczas spektaklu dostaje tremy i wchodzi po kilku minutach opóźnienia – z każdą sekundą zmienia się w coraz większy kłębek nerwów) przykuwa uwagę. Widzimy jej samotność, stany depresyjne oraz emocjonalne wycofanie. Z trzeciej strony jest Gustav, próbujący a) naprawić swoje relacje z córkami, b) stworzyć pierwszy od kilkunastu lat film. I te trzy wątki przeplatają się ze sobą, tworząc bardzo skomplikowaną mozaikę rodzinną. Dla wielu może działać to dezorientująco, bo do niektórych rzeczy wraca się po dłuższym czasie, jednak niespieszne tempo pomaga wejść w ten film.

Trier tworzy ten złożony portret z zadziwiająco dużą dawką subtelności, gdzie wiele jest tu ukryte między słowami, schowane w twarzach oraz gestach. Dla wiele będzie „Wartość sentymentalną” budzić skojarzenia z dramatami psychologicznymi Bergmana (ja nie widziałem żadnego z jego filmów, więc się nie odniosę do tego), jednak tutaj także unosi się duch… Woody’ego Allena. Neorotyczny główny bohater, środowisko artystyczne oraz siła sztuki filmowej, która potrafi jednocześnie być siłą oczyszczającą i destrukcyjną – to są wspólne elementy. Jeszcze mamy proces tworzenia filmu we współpracy z Netflixem, gdzie dochodzi do mniej chcianych kompromisów (dystrybucja, kwestia języka), rodzinne traumy i tajemnice, piętnujące kolejnych członków rodziny. Wszystko ze świetnymi dialogami, okraszonymi odrobiną humoru (prezent jaki Gustav daje 10-letniemu wnukowi na urodziny – perełka!!!), ale też porusza w sposób najmniej oczywisty sposób, bez stosowania emocjonalnego szantażu. Wizualnie wygląda bardzo naturalnie, z zaskakująco sporymi zbliżeniami na twarze, ale też kapitalnie zmontowany (prolog, pokazujący historię domu oraz wszystkie retrospekcje). Jedynie te przejścia z nagłym pojawieniem się czarnego ekranu mnie wybijały, ale to jedyna poważna skaza.

A wszystko fantastyczne zagrane przez aktorski kwartet. Kolejny raz elektryzuje Renate Reinsve w roli mocno zagubionej Nory, dla której granie i występowanie na scenie jest w zasadzie formą ucieczki od siebie samej. Bardzo samotnej, unikającej głębszej więzi, w zasadzie bardzo zdystansowana. Nawet jak jest wśród innych, sprawia wrażenie nieobecnej, mocno naznaczonej trudnymi relacjami z ojcem. A skoro przy nim jesteśmy, nie mogę nachwalić się Stellana Skarsgarda. Nie wiem jak on to robi, ale nawet nic nie mówiąc samą twarzą wyraża masę emocji. Jego Gustav to człowiek porozumiewający się językiem kina, co jest jedną z przyczyń takich relacji z córkami (jest jeszcze picie alkoholu). Jest cholernie inteligentnym scenarzystą, a także jako reżyser jest bardzo cierpliwy, nie nakręcany przez ego. Nie jest świętym, ale budzi sympatię. Troszkę w cieniu znajduje się Inga Ibsdotter Lilleas, która wydaje się być najbardziej poukładana, ustabilizowana i wyszła bez blizn. Najbardziej błyszczy ona we wspólnych scenach z Reinsve, gdzie ona robi za starszą siostrę (szczególnie pod koniec, który mnie poruszył). A do tego skandynawskiego miksu zostaje wrzucona Elle Fanning w roli amerykańskiej aktorki Rachel, która jest fanką kina Borga i zostaje obsadzona w głównej roli. Może wydawać się „obcym” elementem, jednak nie odstępuje od innych na krok.

Będę musiał się wgłębić w norweską kinematografię, bo jest coraz ciekawsza niż się mogłem spodziewać. „Wartość sentymentalna” jest bardzo subtelna w formie opowieści, ma bardzo melancholijny i słodko-gorzki klimat, a także świetnie napisany przez duet Joachim Trier/Eskil Vogt. Nie ma tu zbędnych scen, wymaga cierpliwości i uwagi. Choć początkowo może wydawać się jak kolejny dramat rodzinny, to po seansie zaczyna coraz bardziej rosnąć i rosnąć. Niepozorne, ale bardzo poruszające dzieło.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Głos Hind Rajab

Pojawiają się co jakiś czas filmy, które nazwałbym interwencyjnymi, niejako dotyczące bardzo świeżego, palącego tematu. Zazwyczaj są to filmy dokumentalne jak „20 dni w Mariupolu”, ale są też fabularne dzieła jak „Chciwość” (początki kryzysu ekonomicznego z 2008 roku). Teraz do tego grona trafia francusko-tunezyjski „Głos Hind Rajab”, dotyczący bezustannej wojny między zbrodniczym państwem Izrael a Palestyną. I opartej na faktach.

Jednak nie zobaczymy wojny, będąc na polu bitwy czy oblężonym mieście. Tak naprawdę będziemy w siedzibie Czerwonego Półksiężyca na Zachodnim Brzegu, przyglądając się dyspozytorom-wolontariuszom. Jest 29 stycznia 2024 roku i w sumie dzień jak co dzień. Telefon goni telefon, pracownicy odbierają telefony i próbują jakoś pomóc. Właśnie wtedy pojawia się kolejne połączenie – tym razem dzwoni niejaka Hind Rajab. Dziewczynka, jadąca samochodem z wujostwem, lecz pojazd został ostrzelany przez wojsko w okupowanej Gazie. Przeżyła tylko ona, ma 6 lat i reszta rodziny nie żyje.

Tunezyjska reżyserka Kaouther Ben Hania opowiada historię niby o wojnie, jednak sama wojna jest gdzieś w tle. Jedynie słyszalna podczas rozmowy telefonicznej (użyte zostały prawdziwe nagrania, co zostaje podane na samym początku filmu i – także podczas seansu – widzimy w prawym, górnym rogu nazwę pliku) oraz pewne archiwalia na samym końcu. Ale do tego jeszcze dojdę. Cały czas jesteśmy w siedzibie organizacji, próbując ratować życie innym. Problem w tym, że wiele zależy nie tylko od nich. Sama skomplikowana procedura, w której wiele zależy od okupującego wojska i Czerwonego Krzyża z jednej strony ma sens w tej rzeczywistości, ale z drugiej wywołują frustrację, bezsilność oraz wściekłość.

Momenty rozmowy z coraz bardziej przerażoną Hinb od razu skojarzyły mi się z „Winnymi”. Kamera jest bardzo blisko zarówno dyspozytorów: Omara i Rany. Poza tą dwójką jest jeszcze ich szef Mahdi oraz psycholożka Nisreen. Coraz silniej czuć tą nerwową atmosferę, a także jak bardzo ta bezsilność, wręcz wściekłość wobec tej chorej, niedorzecznej sytuacji. Bezkarności wojska, które zabija wszystkich jak leci (ktoś pamięta, jak rozwalili konwój Polskiego Czerwonego Krzyża?) i dającego zielone światło wobec karetek oraz bezpiecznej drogi. Wszystko to się gotuje w bardzo brutalnym, mocnym zakończeniu. Tutaj reżyserka pokazuje bliżej rodzinę dziewczynki oraz odrobinę prywatnych materiałów, a także finał tej całej sytuacji.

Ciężko jest przejść obojętnie wobec całej tej sytuacji, mimo że jest prezentowana tylko za pomocą dźwięków. „Głos Hind Rajab” jest zdecydowanie filmem ważnym, powstałym pod wpływem gniewu i sprzeciwu wobec niesprawiedliwości, bezradności oraz zbrodni. Zostaje w głowie na bardzo długo.

8/10

Radosław Ostrowski

Hamnet

UWAGA!
Recenzja zawiera spojlery. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Są takie filmy, które odbierają widzowi mowę, bo słowa wydają się być takie pozbawione ciężaru i mocy. Jak wiadomo obraz (kadr) wyraża więcej niż tysiąc słów, jednak postaram się podjąć tego wyzwania. A wszystko dotyczy nowego dzieła Chloe Zhao, czyli adaptacji powieści Maggie O’Connell „Hamnet”. Jeśli wam ten tytuł podobnie jak jedno z największych dzieł niejakiego Williama Szekspira, to nie jesteście osamotnieni.

Bo historia skupia się wokół młodej, dość specyficznej pary z drugiej połowy XVI wieku. Agnes (Jessie Buckley) często spędza czas w lesie, posiada sporą wiedzę zielarską, ale miejscowi traktują ją jako „wiedźmę”. Dziś byśmy powiedzieli, że to outsiderka. Lecz to właśnie ona wpada w oko młodemu facetowi, niejakiemu Szekspirowi (Paul Mescal). Syn szewca z aspiracjami literackimi oraz pustymi kieszeniami, próbuje spłacić dług ojca jako nauczyciel łaciny. Jednak coś zaczyna iskrzyć między nimi i wbrew woli rodziców (obojga) biorą ślub. W końcu udaje mu się znaleźć pracę w Londynie, ale kobieta zostaje w Strafford razem z trójką dzieci. Kiedy William pracuje w teatrze londyńskim, wybucha epidemia, doprowadzając do choroby oraz śmierci jedynego syna.

Reżyserka Chloe Zhao prowadzi swoją narrację powoli, bo i czasy były wtedy dużo wolniejsze. Na pierwszy rzut oka wydaje się nic nie dziać, sporo jest długich oraz statycznych ujęć. A także bardzo wielu momentów ciszy i skupienia. W sumie Zhao przygląda się młodym ludziom oraz prowadzonemu przez nich spokojnemu życiu. Do czasu, bo musi stać się nieuniknione. I to powolne tempo potrafi dać się we znaki, tak jak bardzo delikatna reżyseria. Zdarzają się jednak momenty bardzo intensywne jak dwa porody Agnes (jeden w lesie, drugi w domu z powodu powodzi), próba teatralna, gdzie Szekspir nasłuchuje aktora i kamera niemal pokazuje twarz autora czy wręcz desperacka walka o życie dziecka. Te chwile trzymały mnie najmocniej, bardzo angażując. Ale „Hamnet” pokazuje, że żałoba oraz cierpienie niekoniecznie musi być głośna, pełna ekspresji, wielkich słów. I jak każdy przeżywa ją inaczej, także na swój sposób sobie z nią radząc.

Technicznie ten kameralny film prezentuje się bardzo dobrze. W szczególności przepiękne oraz przemyślane zdjęcia Łukasza Żala w połączeniu ze scenografią oraz kostiumami tworzą ucztę dla oka. Nawet jeśli praca kamery jest powolna czy statyczna, oszałamia. W tle jeszcze gra delikatna muzyka Maxa Richtera. I to uczyniłoby w zasadzie dobry film. Ale dopiero trzeci akt oraz finał z wystawieniem „Hamleta” daje emocjonalną bombę. Ona sprawiła, że film Zhao zyskał więcej w moich oczach.

A to wszystko jeszcze bardziej trzymała na swoich plecach rewelacyjna Jessie Buckley. Będąca w silnym związku z naturą, początkowo jest pełna życia, energii oraz pasji. Jednak tragedia zmienia ją w bardzo wyciszoną, zjadaną przez ból kobietę, nie potrafiącą się pogodzić z najgorszym. Wręcz przypomina żywego trupa. Ta rola jest prawdziwym sercem tego filmu, bez której nawet w tych spokojniejszych momentach by nie działała. Zaś w ostatnim akcie wypada kapitalnie i jest to kreacja godna wszystkich nagród. Towarzyszący jej Paul Mescal w roli Szekspira prezentuje się więcej niż dobrze. Wydaje się bardziej zagubiony, pełen marzeń, a jednocześnie bardzo wycofany, niezbyt towarzyski i mało komunikatywny. Jednak czuć silną chemię między nim a Buckley: od opowiedzenia w lesie historii Orfeusza przez krótkie chwile między podróżami do miast aż po ostatnią scenę pełną samych spojrzeń. Świetnie się oboje wygląda. Na drugim planie całość kradnie niezawodna Emily Watson (matka Williama, zmieniająca swoje nastawienie wobec synowej – jej monolog o tym, że niczego nie można brać za pewnik – kapitalny), świetny Joe Alwyn (brat Agnes) oraz aktorzy dziecięcy: Olivia Lynes (Judith) i Damien Jupe (Hamnet).

Po flircie z blockbusterowym kinem w postaci „Eternals”, Chloe Zhao ze swoim „Hamnetem” wraca do bardziej kameralnego, intymnego kina. Dla wielu ta delikatność i spokój może wywołać znużenie przez dwie trzecie filmu, wszystko jednak spina się w samym zakończeniu. Bardzo satysfakcjonującym, poruszającym i pokazującym oczyszczającą siłę sztuki. Zdecydowanie warto zabrać ze sobą chusteczki.

8/10

Radosław Ostrowski