Figurant

Kolejny odcinek polskiego kina historycznego, skupionego wokół religii. Czyli znowu mamy prosty podział na „dobry” Kościół i „zły” system, próbujący ich złamać? A jeśli dodamy do tego równania nazwisko Roberta Glińskiego, należy spodziewać się sporego rozczarowania. Po biograficznym „Ziei” teraz przyszedł czas na bardziej fikcyjnego „Figurant”.

Samo słowo figurant oznacza osobę rozpracowywaną przez służby specjalne, w tym przypadku Służbę Bezpieczeństwa. Wziętym pod obserwację jest młody krakowski biskup Karol Wojtyła. Jednak nie on jest głównym bohaterem filmu, tylko Bronisław Budny (Mateusz Więcławek) – młody chłopak, który wstępuje do SB. Zdolny, inteligentny, a także utalentowany fotograf. Do inwigilacji nowego duchownego przydziela go pułkownik Wojnar (Zbigniew Stryj). W trakcie pracy mężczyzna poznaje Martę (Marianna Zydek) – studentkę ASP, do której zaczyna czuć coś więcej. Do tego stopnia, że zawierają małżeństwo.

Gliński zaczyna intrygująco za pomocą pięknych czarno-białych zdjęć Adama Bajerskiego (kto widział „Pana T.”, wie czego się spodziewać) sklejając je z archiwalnymi materiałami. Dzięki temu zabiegowi „Figurant” sprawia wrażenie niemal dokumentu. W tle gra bardzo elegancka muzyka, a reżyser sprawnie oddaje realia czasów Gomułki. Pod tym względem najbardziej zapadają w pamięć sceny z występów Piwnicy pod Baranami czy krwawa pacyfikacja protestu pod krzyżem w Nowej Hucie. W przypadku Wojtyły widzimy go albo przez obiektyw aparatu fotograficznego, kamery filmowej czy gdzieś daleko w tle. A jednak jego wpływ na innych jest namacalny i odczuwalny, co prowadzi do – niestety, przewidywalnego – przebiegu wypadków. A reżyser próbuje dodać pewnej odrobiny szarzyzny. Czy to pokazując destrukcyjną siłę obsesji i oddaniu swojej pracy (to jednak ostatecznie sprowadza do przewidywalnego finału), czy księży-informatorów, przekazujących meldunki bezpiece. Najmocniej jednak wypada tu kwestia werbunku księdza Macieja (świetny Adrian Brząkała) za pomocą szantażu oraz podszywania się pod przyjaciela. Tutaj pojawiają się bardziej „ludzkie” odruchy naszego ubeka. Problem w tym, że to wszystko tylko okruchy, dające potencjał na coś o wiele głębszego, mocniejszego, bardziej złożonego. Przez to dzieło Glińskiego nie angażuje.

Sytuację ratuje dobra obsada, ze szczególnym wskazaniem na Mateusza Więcławka. Dzięki niemu Bronek, choć niezbyt rozbudowany scenariuszowo, staje się bardziej ludzki. To nie tępy, brutalny osiłek, ale zdeterminowany, pełen sprytu człowiek, używający inteligencji, podstępu i nawet szantażu. Ale to w momentach rozmów z księdzem Maciejem zaczynamy zauważać jego zagubienie, bezsilność i może nawet coś więcej. Brząkała w roli (nieświadomego) informatora wypada równie przekonująco, próbując dostrzec bardziej ludzką twarz systemu totalitarnego. Reszta wypada solidnie (od budzącego respekt Zbigniewa Stryja przez solidną Mariannę Zydek aż po drobne epizody Juliusza Chrząstowskiego i Andrzeja Mastalerza).

W porównaniu do ostatnich filmów Glińskiego (średnich „Kamieni na szaniec”, fatalnego „Czuwaj” i rozczarowującego „Ziei”) „Figurant” prezentuje się o wiele lepiej, ale to nadal wyższe rejony stanu średniego. Zbyt czarno-biały w portrecie rzeczywistości, która miała w sobie o wiele więcej odcieni szarości, będące zaledwie liźnięte. A była szansa na o wiele mocniejsze i odważniejsze kino.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Wartość sentymentalna

Raczej nie jest ogromnym zaskoczeniem, że kino skandynawskie znowu jest dostrzegana i doceniane w różnych częściach świata. Od duńskiego wariata Andersa Thomasa Jensena i nieobliczalnego Thomasa Vinterberga przez Szwedów pokroju Johana Rencka czy Rubena Ostlunda aż po Norwegów w rodzaju Mortena Tylduma, Hansa Pettera Molanda oraz Joachima Triera. Część z nich pracowała przy produkcjach anglojęzycznych (z różnych skutkiem), a część została w kraju. Teraz ze swoim nowym dziełem pojawił się Trier (nie mylić z Larsem von Trierem), który znowu wywołał spory ferment oraz ma szansę na zdobycie kilku uznanych przez środowisko nagród. Ale czy szum wokół „Wartości sentymentalnej” jest tego wart?

Historia skupia się na rodzinie artystycznej, naznaczonej przez pokoleniową traumę. Jednak najważniejsza jest tutaj Nora (Renate Reinsve) – aktorka, głównie występująca w teatrze, samotniczka. Jej siostra Agnes (Inga Ibsdotter Lilleas) nie poszła w jej ślady, ukończyła historię, ma męża oraz 8-letniego syna, Eryka. Wydaje się być bardziej spełniona, ale może to tylko pozory. Jest jeszcze ich ojciec, Gustav (Stellan Skarsgard) – kiedyś znany i ceniony reżyser filmowy, ale w rodzinnym domu nieobecny po rozwodzie z żoną. A teraz po ponad 20 latach pojawia się na stypie po śmierci kobiety, co mocno zaskakuje siostry. Szczególnie Norę, zwłaszcza iż następnego dnia proponuje jej główną rolę w swoim nowym filmie. Ale ona nie jest tym zainteresowana. Sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje, kiedy reżyser poznaje podczas retrospekcji swoich dzieł aktorkę Racehl Kemp (Elle Fanning) i to ją postanawia zatrudnić do nowej produkcji.

Sama opowieść toczy się niejako dwutorowo (albo i nawet trój-). Cały czas przebijają się retrospekcje dotyczące rodziny Borgów od pradziadka aż do dorastających sióstr, którym towarzyszy narracja z offu. Z drugiej mamy Norę, ale jej pierwsze pojawienie się (podczas spektaklu dostaje tremy i wchodzi po kilku minutach opóźnienia – z każdą sekundą zmienia się w coraz większy kłębek nerwów) przykuwa uwagę. Widzimy jej samotność, stany depresyjne oraz emocjonalne wycofanie. Z trzeciej strony jest Gustav, próbujący a) naprawić swoje relacje z córkami, b) stworzyć pierwszy od kilkunastu lat film. I te trzy wątki przeplatają się ze sobą, tworząc bardzo skomplikowaną mozaikę rodzinną. Dla wielu może działać to dezorientująco, bo do niektórych rzeczy wraca się po dłuższym czasie, jednak niespieszne tempo pomaga wejść w ten film.

Trier tworzy ten złożony portret z zadziwiająco dużą dawką subtelności, gdzie wiele jest tu ukryte między słowami, schowane w twarzach oraz gestach. Dla wiele będzie „Wartość sentymentalną” budzić skojarzenia z dramatami psychologicznymi Bergmana (ja nie widziałem żadnego z jego filmów, więc się nie odniosę do tego), jednak tutaj także unosi się duch… Woody’ego Allena. Neorotyczny główny bohater, środowisko artystyczne oraz siła sztuki filmowej, która potrafi jednocześnie być siłą oczyszczającą i destrukcyjną – to są wspólne elementy. Jeszcze mamy proces tworzenia filmu we współpracy z Netflixem, gdzie dochodzi do mniej chcianych kompromisów (dystrybucja, kwestia języka), rodzinne traumy i tajemnice, piętnujące kolejnych członków rodziny. Wszystko ze świetnymi dialogami, okraszonymi odrobiną humoru (prezent jaki Gustav daje 10-letniemu wnukowi na urodziny – perełka!!!), ale też porusza w sposób najmniej oczywisty sposób, bez stosowania emocjonalnego szantażu. Wizualnie wygląda bardzo naturalnie, z zaskakująco sporymi zbliżeniami na twarze, ale też kapitalnie zmontowany (prolog, pokazujący historię domu oraz wszystkie retrospekcje). Jedynie te przejścia z nagłym pojawieniem się czarnego ekranu mnie wybijały, ale to jedyna poważna skaza.

A wszystko fantastyczne zagrane przez aktorski kwartet. Kolejny raz elektryzuje Renate Reinsve w roli mocno zagubionej Nory, dla której granie i występowanie na scenie jest w zasadzie formą ucieczki od siebie samej. Bardzo samotnej, unikającej głębszej więzi, w zasadzie bardzo zdystansowana. Nawet jak jest wśród innych, sprawia wrażenie nieobecnej, mocno naznaczonej trudnymi relacjami z ojcem. A skoro przy nim jesteśmy, nie mogę nachwalić się Stellana Skarsgarda. Nie wiem jak on to robi, ale nawet nic nie mówiąc samą twarzą wyraża masę emocji. Jego Gustav to człowiek porozumiewający się językiem kina, co jest jedną z przyczyń takich relacji z córkami (jest jeszcze picie alkoholu). Jest cholernie inteligentnym scenarzystą, a także jako reżyser jest bardzo cierpliwy, nie nakręcany przez ego. Nie jest świętym, ale budzi sympatię. Troszkę w cieniu znajduje się Inga Ibsdotter Lilleas, która wydaje się być najbardziej poukładana, ustabilizowana i wyszła bez blizn. Najbardziej błyszczy ona we wspólnych scenach z Reinsve, gdzie ona robi za starszą siostrę (szczególnie pod koniec, który mnie poruszył). A do tego skandynawskiego miksu zostaje wrzucona Elle Fanning w roli amerykańskiej aktorki Rachel, która jest fanką kina Borga i zostaje obsadzona w głównej roli. Może wydawać się „obcym” elementem, jednak nie odstępuje od innych na krok.

Będę musiał się wgłębić w norweską kinematografię, bo jest coraz ciekawsza niż się mogłem spodziewać. „Wartość sentymentalna” jest bardzo subtelna w formie opowieści, ma bardzo melancholijny i słodko-gorzki klimat, a także świetnie napisany przez duet Joachim Trier/Eskil Vogt. Nie ma tu zbędnych scen, wymaga cierpliwości i uwagi. Choć początkowo może wydawać się jak kolejny dramat rodzinny, to po seansie zaczyna coraz bardziej rosnąć i rosnąć. Niepozorne, ale bardzo poruszające dzieło.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Głos Hind Rajab

Pojawiają się co jakiś czas filmy, które nazwałbym interwencyjnymi, niejako dotyczące bardzo świeżego, palącego tematu. Zazwyczaj są to filmy dokumentalne jak „20 dni w Mariupolu”, ale są też fabularne dzieła jak „Chciwość” (początki kryzysu ekonomicznego z 2008 roku). Teraz do tego grona trafia francusko-tunezyjski „Głos Hind Rajab”, dotyczący bezustannej wojny między zbrodniczym państwem Izrael a Palestyną. I opartej na faktach.

Jednak nie zobaczymy wojny, będąc na polu bitwy czy oblężonym mieście. Tak naprawdę będziemy w siedzibie Czerwonego Półksiężyca na Zachodnim Brzegu, przyglądając się dyspozytorom-wolontariuszom. Jest 29 stycznia 2024 roku i w sumie dzień jak co dzień. Telefon goni telefon, pracownicy odbierają telefony i próbują jakoś pomóc. Właśnie wtedy pojawia się kolejne połączenie – tym razem dzwoni niejaka Hind Rajab. Dziewczynka, jadąca samochodem z wujostwem, lecz pojazd został ostrzelany przez wojsko w okupowanej Gazie. Przeżyła tylko ona, ma 6 lat i reszta rodziny nie żyje.

Tunezyjska reżyserka Kaouther Ben Hania opowiada historię niby o wojnie, jednak sama wojna jest gdzieś w tle. Jedynie słyszalna podczas rozmowy telefonicznej (użyte zostały prawdziwe nagrania, co zostaje podane na samym początku filmu i – także podczas seansu – widzimy w prawym, górnym rogu nazwę pliku) oraz pewne archiwalia na samym końcu. Ale do tego jeszcze dojdę. Cały czas jesteśmy w siedzibie organizacji, próbując ratować życie innym. Problem w tym, że wiele zależy nie tylko od nich. Sama skomplikowana procedura, w której wiele zależy od okupującego wojska i Czerwonego Krzyża z jednej strony ma sens w tej rzeczywistości, ale z drugiej wywołują frustrację, bezsilność oraz wściekłość.

Momenty rozmowy z coraz bardziej przerażoną Hinb od razu skojarzyły mi się z „Winnymi”. Kamera jest bardzo blisko zarówno dyspozytorów: Omara i Rany. Poza tą dwójką jest jeszcze ich szef Mahdi oraz psycholożka Nisreen. Coraz silniej czuć tą nerwową atmosferę, a także jak bardzo ta bezsilność, wręcz wściekłość wobec tej chorej, niedorzecznej sytuacji. Bezkarności wojska, które zabija wszystkich jak leci (ktoś pamięta, jak rozwalili konwój Polskiego Czerwonego Krzyża?) i dającego zielone światło wobec karetek oraz bezpiecznej drogi. Wszystko to się gotuje w bardzo brutalnym, mocnym zakończeniu. Tutaj reżyserka pokazuje bliżej rodzinę dziewczynki oraz odrobinę prywatnych materiałów, a także finał tej całej sytuacji.

Ciężko jest przejść obojętnie wobec całej tej sytuacji, mimo że jest prezentowana tylko za pomocą dźwięków. „Głos Hind Rajab” jest zdecydowanie filmem ważnym, powstałym pod wpływem gniewu i sprzeciwu wobec niesprawiedliwości, bezradności oraz zbrodni. Zostaje w głowie na bardzo długo.

8/10

Radosław Ostrowski

Hamnet

UWAGA!
Recenzja zawiera spojlery. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Są takie filmy, które odbierają widzowi mowę, bo słowa wydają się być takie pozbawione ciężaru i mocy. Jak wiadomo obraz (kadr) wyraża więcej niż tysiąc słów, jednak postaram się podjąć tego wyzwania. A wszystko dotyczy nowego dzieła Chloe Zhao, czyli adaptacji powieści Maggie O’Connell „Hamnet”. Jeśli wam ten tytuł podobnie jak jedno z największych dzieł niejakiego Williama Szekspira, to nie jesteście osamotnieni.

Bo historia skupia się wokół młodej, dość specyficznej pary z drugiej połowy XVI wieku. Agnes (Jessie Buckley) często spędza czas w lesie, posiada sporą wiedzę zielarską, ale miejscowi traktują ją jako „wiedźmę”. Dziś byśmy powiedzieli, że to outsiderka. Lecz to właśnie ona wpada w oko młodemu facetowi, niejakiemu Szekspirowi (Paul Mescal). Syn szewca z aspiracjami literackimi oraz pustymi kieszeniami, próbuje spłacić dług ojca jako nauczyciel łaciny. Jednak coś zaczyna iskrzyć między nimi i wbrew woli rodziców (obojga) biorą ślub. W końcu udaje mu się znaleźć pracę w Londynie, ale kobieta zostaje w Strafford razem z trójką dzieci. Kiedy William pracuje w teatrze londyńskim, wybucha epidemia, doprowadzając do choroby oraz śmierci jedynego syna.

Reżyserka Chloe Zhao prowadzi swoją narrację powoli, bo i czasy były wtedy dużo wolniejsze. Na pierwszy rzut oka wydaje się nic nie dziać, sporo jest długich oraz statycznych ujęć. A także bardzo wielu momentów ciszy i skupienia. W sumie Zhao przygląda się młodym ludziom oraz prowadzonemu przez nich spokojnemu życiu. Do czasu, bo musi stać się nieuniknione. I to powolne tempo potrafi dać się we znaki, tak jak bardzo delikatna reżyseria. Zdarzają się jednak momenty bardzo intensywne jak dwa porody Agnes (jeden w lesie, drugi w domu z powodu powodzi), próba teatralna, gdzie Szekspir nasłuchuje aktora i kamera niemal pokazuje twarz autora czy wręcz desperacka walka o życie dziecka. Te chwile trzymały mnie najmocniej, bardzo angażując. Ale „Hamnet” pokazuje, że żałoba oraz cierpienie niekoniecznie musi być głośna, pełna ekspresji, wielkich słów. I jak każdy przeżywa ją inaczej, także na swój sposób sobie z nią radząc.

Technicznie ten kameralny film prezentuje się bardzo dobrze. W szczególności przepiękne oraz przemyślane zdjęcia Łukasza Żala w połączeniu ze scenografią oraz kostiumami tworzą ucztę dla oka. Nawet jeśli praca kamery jest powolna czy statyczna, oszałamia. W tle jeszcze gra delikatna muzyka Maxa Richtera. I to uczyniłoby w zasadzie dobry film. Ale dopiero trzeci akt oraz finał z wystawieniem „Hamleta” daje emocjonalną bombę. Ona sprawiła, że film Zhao zyskał więcej w moich oczach.

A to wszystko jeszcze bardziej trzymała na swoich plecach rewelacyjna Jessie Buckley. Będąca w silnym związku z naturą, początkowo jest pełna życia, energii oraz pasji. Jednak tragedia zmienia ją w bardzo wyciszoną, zjadaną przez ból kobietę, nie potrafiącą się pogodzić z najgorszym. Wręcz przypomina żywego trupa. Ta rola jest prawdziwym sercem tego filmu, bez której nawet w tych spokojniejszych momentach by nie działała. Zaś w ostatnim akcie wypada kapitalnie i jest to kreacja godna wszystkich nagród. Towarzyszący jej Paul Mescal w roli Szekspira prezentuje się więcej niż dobrze. Wydaje się bardziej zagubiony, pełen marzeń, a jednocześnie bardzo wycofany, niezbyt towarzyski i mało komunikatywny. Jednak czuć silną chemię między nim a Buckley: od opowiedzenia w lesie historii Orfeusza przez krótkie chwile między podróżami do miast aż po ostatnią scenę pełną samych spojrzeń. Świetnie się oboje wygląda. Na drugim planie całość kradnie niezawodna Emily Watson (matka Williama, zmieniająca swoje nastawienie wobec synowej – jej monolog o tym, że niczego nie można brać za pewnik – kapitalny), świetny Joe Alwyn (brat Agnes) oraz aktorzy dziecięcy: Olivia Lynes (Judith) i Damien Jupe (Hamnet).

Po flircie z blockbusterowym kinem w postaci „Eternals”, Chloe Zhao ze swoim „Hamnetem” wraca do bardziej kameralnego, intymnego kina. Dla wielu ta delikatność i spokój może wywołać znużenie przez dwie trzecie filmu, wszystko jednak spina się w samym zakończeniu. Bardzo satysfakcjonującym, poruszającym i pokazującym oczyszczającą siłę sztuki. Zdecydowanie warto zabrać ze sobą chusteczki.

8/10

Radosław Ostrowski

 

 

Sny o pociągach

Aż dziwne, że w tak rozpędzonych, pełnych bodźców oraz szybkich cięć montażowych powstał dla platform streamingowych taki film jak „Sny o pociągach”. Dzieło jakby nakręcone w latach 60. czy 70., które dopiero teraz zostało wygrzebane z czyjegoś strychu. Może wynika to z faktu, że jest to historia osadzona w pierwszej połowie XX wieku. Czyli czasach o wiele wolniejszych niż dzisiaj.

A bohaterem jest Robert Grainer (Joel Edgerton) – facet w zasadzie pozbawiony przeszłości (rodzice nie żyją, dlaczego? – nie wiadomo), idący przed siebie nie mając żadnego celu, planów i przyszłości. Pracuje jako drwal podczas wyrębu lasu, więc jest w stanie się utrzymać. Ale jego życie zmienia się w momencie, kiedy poznaje Gladys (Felicity Jones). Bierze z nią ślub, stawia dom, oboje mają córkę i jak zawsze wyrusza do pracy. Strasznie daleko od domu, więc nie zawsze ma czas być z rodziną. Zwłaszcza kiedy trwa I wojna światowa i zapotrzebowanie na drewno jest spore.

Dla reżysera Clinta Bentleya adaptacja powieści Denisa Johnsona to opowieść jednocześnie kameralna i monumentalna. Kameralna, bo skupia się na losach jednego człowieka. Monumentalna, bo rozgrywa się na przestrzeni 60 lat. Głównie w lasach, z ogromnymi drzewami starszymi niż ktokolwiek z żyjących ludzi. Nie brzmi jak coś ekscytującego, ale to tylko pozory. W tych chwilach wyciszenia reżyser skupia się na człowieku w otoczeniu wielkiej i silnej przyrody, która potrafi być bezwzględna. Zwłaszcza mieszkając blisko niej, ale w pewnym momencie film zaczyna budzić skojarzenia z… „Manchester by the Sea” Kennetha Lonergana. Skąd to skojarzenie? Z powodu udręki, jaka spotyka naszego bohatera po poważnej tragedii i poczucia bycia ukaranym przez los. Wszystkiemu towarzyszy narracja z offu w wykonaniu Willa Pattona, gdyż nasz bohater nie należy do zbyt rozmownych osobników, przez co ciężko wejść do jego głowy. Zazwyczaj coś takiego wydaje się drogą na łatwiznę, jednak tutaj się tu uzupełnia.

Całość okraszona jest wręcz pięknymi zdjęciami oraz delikatną muzyką, która pomaga w budowaniu bardzo melancholijnej atmosfery. Takie kontemplacyjne wręcz spojrzenie na ludzkie życie, gdzie drobiazgi zaczynają nabierać większego ciężaru. Szczególnie widać to w sennych montażach. Swoje dopełnia też oszczędna scenografia i kostiumy, świetne dialogi oraz galeria postaci drugoplanowych: od cytującego Biblię Apostoła Franka (Paul Schneider) przez doświadczonego Arna (kradnący ekran William H. Macy) i sklepikarza Ignatiusa Jacka (dobry Nathaniel Arcand) aż po strażniczkę lasu Claire (urocza Kerry Condon). Ale tak naprawdę liczy się tu bardzo wycofany i skupiony Joel Edgerton, będący mieszanką opanowania, niepewności oraz lęku. Im dalej podążamy za nim, tym bardziej widać jego zagubienie, smutek i ból, tłumiony, duszony, w kontrze do cudownej i czarującej Felicity Jones, będącej tą ciepłą przystanią, do której chce się wracać.

Chyba nikt się nie spodziewał takiej drobnej perełki od Netflixa. Piękny, bardzo wyciszony i jednocześnie bardzo uderzający emocjonalnie dramat o człowieku zderzonym ze światem. Niby to nic niezwykłego, ale jak już się wejdzie do tego świata, zostanie po seansie dłużej niż się wydaje.

8/10

Radosław Ostrowski

Ścieżki życia

Kino drogi ma coś takiego w sobie, że jest pociągające. Pozwala oczarować swoim krajobrazem, ale poza kontemplacją widoków daje szansę wejść w siebie. Taki też jest przypadek brytyjskiego filmu „Ścieżki życia” – inspirowana prawdziwą historią wędrówka dwojga niemłodych ludzi. Dlaczego postanowili wyruszyć wzdłuż wybrzeża Salt Path?

Sama historia skupia się wokół małżeństwa Wynn. Raynor i Moth (Gillian Anderson i Jason Isaacs) żyją ze sobą na tyle długo, by doczekać się dwójki prawie dorosłych dzieci. Wszystko się jednak zmienia, gdy decyzją sądu zostają pozbawieni domu. Do tego mężczyźnie pogarsza się zdrowie z powodu nie artretyzmu jak podejrzewano, lecz CBD (zwyrodnienie korowo-podstawne) przypominającą Parkinsona. Więc nie jest zbyt dobrze, ale para postanawia wyruszyć podczas wakacji wyruszyć szlakiem South West Coast Path. Mając namiot, ograniczony prowiant i pieniądz, mają do pokonania ponad tysiąc kilometrów.

Za kamera stanęła Marianne Elliott, która zrobiła wcześniej telewizyjne „Gadające głowy” – zbiór monologów Alana Bennetta. I na pierwszy rzut oka jest to historia mniej więcej znajoma. Oboje wyruszają nie tylko szukając celu, ale też znaleźć odpowiedź na pytanie: co dalej? Po drodze mamy drobne przebitki z przeszłości, nakreślające ich sytuację oraz obecną sytuację. Skojarzenia z „Nomadland” nasuwają się same, miejscami całość idzie w stronę surwiwalu (w mikroskali), kiedy mamy zderzenia z siłami natury w postaci deszczu, silnego wiatru oraz… przypływu. Choć jest bardzo poważnie, nie brakuje tutaj drobnych akcentów humorystycznych (niepozbawione ironii wypowiedzi Motha czy pomylenie mężczyzny ze znanym poetą).

I muszę przyznać, że złapała mnie ta historia. Bo tak naprawdę jest to historia o… miłości. Byciu ze sobą bez względu na okoliczności, w zdrowiu i chorobie, szczęściu i biedzie. Kiedy cała ta podróż pozwala wzmocnić tą więź, gdzie oboje niejako odkrywają się na nowo. Nawet jeśli mamy znajome schematy w postaci interakcji z lokalsami (od zirytowanego spacerowicza aż po pracownicę sklepu, przez pewien czas towarzysząca bohaterom po komunę hipisów), to nie ma tutaj emocjonalnego szantażu czy drogi na łatwiznę. Dużo jest tu momentów wyciszenia oraz kontemplacji w towarzystwie pięknych krajobrazów Kornwalii.

A wszystko na barkach trzyma świetnie dopasowany duet pierwszoplanowy. Gillian Anderson oraz Jason Isaacs są bardzo przekonujący, zaś chemia między nimi namacalna. Bez nich ten film by nie zadziałał, bo wszystkie emocje (od determinacji, chodzenia mimo bólu i desperacji po zmęczenie, drobne radości) pokazane są bez fałszywej nuty oraz bez żadnego upiększenia. Choćby dla tego duetu oraz pięknych krajobrazów warto obejrzeć ten bardzo kontemplujący dramat obyczajowy.

7/10

Radosław Ostrowski

Wielki Marty

Bracia Safdie byli jednym z najciekawszych rodzeństw wśród reżyserów od czasu braci Coen i nie ma w tym cienia przesady. Ale parę lat temu panowie się rozeszli, chyba wiem dlaczego. Każdy z nich chciał zrobić film sportowy, ale każdy chciał inny. Benny wyruszył po MMA w „The Smashing Machine”, a teraz Josh wyruszył w świat ping-ponga. Tylko, że nie do końca.

Bohaterem „Wielkiego Marty’ego” jest Marty Mauser (Timothee Chalamet) – młody, uzdolniony gracz tenisa stołowego z Nowego Jorku początku lat 50. Pracuje w sklepie obuwniczym, ale nie wywołuje to w nim żadnego entuzjazmu. Wręcz szuka każdej chwili, by się od niej wymigać. Najchętniej bzykając się w magazynie z Rachel (Odessa D’Azion) – co z tego, że ma męża? Nigdy mu to nie przeszkadzało, jednak pasja oraz ambicja bycia najlepszym ping-pongistą na świecie. Bierze udział w turnieju ping-ponga w Londynie, nawet dociera do finału, ale przegrywa z rewelacją tej imprezy – Japończykiem Koto Endo (Koto Kawaguchi). Po drodze jeszcze uwodzi podstarzała aktorkę Kay Stone (Gwyneth Paltrow), żonę biznesmena Miltona Rockwella (Kevin O’Leary), kradnie pieniądze szefowi na bilet i obraża jednego z sędziów imprezy. A kiedy wraca do domu, sprawy się komplikują: Rachel jest w ósmym miesiącu ciąży, szef oskarża go o kradzież i chce go zmusić do powrotu do pracy, a jeszcze otrzymał 1500 dolarów grzywny.

Sam początek mocno mnie zaskoczył, bo „Wielki Marty” sprawia wrażenie filmu biograficznego. Same zawody ping-ponga są pokazywane bez żadnego markowania czy użycia dublerów (głównie w jednym ujęciu), ale jest ich zaskakująco niewiele. Bo większość czasu „Wielki Marty” bliżej do poprzednich filmów braci Safdie, czyli „Good Time” i „Nieoszlifowanych diamentów”. Czyli historii drobnych cwaniaczków, którzy próbują wyplątać się z tarapatów, a pakują się w jeszcze większe. I kiedy wydaje się, że wszystko się uda oraz zmierza w dobrą stronę, to… jeszcze większy chaos się uruchamia. Ocierając się wręcz o mocno absurdalne sytuacje, potrafiące otrzeć się o czarną komedię. Przekręt wokół psa pewnego starszego pana (który okazuje się o wiele groźniejszy niż się wydaje), szybka hustlerka z ping-pogiem oraz grupką amatorów tego sportu czy romans z Kay. To wszystko wydaje się tak chaotyczne, szalone i pokręcone, że aż nie chce się w to wierzyć.

Safdie coraz intensywniej podkręca stawkę dzięki szybkim dialogów, jak zawsze dynamicznemu montażowi oraz bardzo nietypowej ścieżce dźwiękowej. Choć akcja dzieje się w latach 50., muzyka jest wzięta z lat 80. – od wykorzystanych piosenek (Tears for Fears, Peter Gabriel) aż po syntezatorową ilustrację Daniela Lopatina. Potrafi oczarować w chwilach spokoju czy zawodów, bardzo przypominając Tangerine Dream czy Vangelisa. Nie można też odmówić uroku zdjęciom Dariusa Khondjiego – technicznie trudno się do czegokolwiek przyczepić. I jeszcze mamy to otwarte zakończenie, które każdy musi sam zinterpretować. Co zrobi nasz Marty? Mam pewne podejrzenie, ale nie zamierzam go zdradzić.

A wszystko jest absolutnie rewelacyjnie zagrane. Wszystko na barkach trzyma fenomenalny Timothee Chalamet w roli „wielkiego” Marty’ego Mausera i jest to najbardziej antypatyczna postać jaką zagrał ten aktor. Z jednej strony jest cholernie uzdolnionym sportowcem, pełnym talentu, ale z drugiej jest bardzo narcystycznym, skupionym na swoim celu cwaniaczku. Jego działania przypominają tornado, siejące spustoszenie dookoła wszystkich. Wyszczekany i wygadany (Amerykanie takich ludzi nazywają „bullshit artist”), bardzo pewny siebie, niemal dążący po trupach (nie dosłownie) jakby wzięty z zupełnie innej epoki. Ale to w chwilach rozedrgania, gdzie musi szybko działać oraz podczas scen gry przy stole błyszczy najmocniej. Jednak reszta obsady (mieszanki zawodowców i naturszczyków) działa piorunująco: od bardzo wyszczekanej Odessy A’Zion w roli Rachel (scena w domu przyjaciela, kiedy dochodzi do ostrej awantury – perełka) i eleganckiej Gwyneth Paltrow (Kay Stone) przez świetnego Gezę Rohniga (zawodnik Bela Kletzki) aż po nieoczywistych debiutantów jak znakomity Kevin O’Leary (biznesmen Milton Rockwell, mąż Stone – równie pełny władzy i sprytu), raper Tyler The Creator (taksówkarz Wally) aż po internetowego celebrytę Luke’a Manleya (mocno przy kości Dion – kumpel Marty’ego) oraz reżysera Abla Ferrarę (niepozorny właściciel psa, Ezra Mishkin). Plus jest tu kilka drobnych epizodów znanych osobistości, które – jak rozpoznacie – może parę razy zaskoczyć.

„Wielki Marty” to zaiste wielki film, choć mocno przypominający wspólne dokonania braci Safdie. Josh zachowuje swój chaotyczno-energiczny styl, pokazując kolejnego bohatera napędzanego przez swoje obsesje i szaleństwa. Że jest to o wiele ciekawsza oraz bardziej angażująca historia niż „The Smashing Machine”, nawet nie muszę mówić. Mocny strzał na koniec roku 2025 i wierzcie mi, warto się będzie wybrać do kina.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zgiń kochanie

Choć szkocka reżyserka Lynne Ramsay kręci filmy rzadko, to nie pozwalają sobie łatwo wyjść z głowy. Tak było z głośnym „Musimy porozmawiać o Kevinie” czy niby sensacyjnym „Nigdy Cię tu nie było”. Teraz Ramsay wraca z adaptacją powieści argentyńskiej pisarki Ariany Harowicz, której blisko jest do w/w „Kevina”, ale jednocześnie to zupełnie inna bestia.

„Zgiń kochanie” opowiada historię dwójki młodych ludzi, którzy wprowadzają się do domu gdzieś na prowincji Montany. Grace (Jennifer Lawrence) planuje napić powieść, Jackson (Robert Pattinson) zaczyna pracować i próbuje jakoś utrzymać się. Wszystko się jednak zmienia, gdy przychodzi na świat ich dziecko. Początkowo wydaje się wszystko iść w dobrym kierunku. Ale im dalej w las (nie tylko ten znajdujący się wokół domostwa), tym coraz bardziej Grace zaczyna zachowywać się dziwnie. Znudzenie, samotność, izolacja oraz nieobecność męża w domu zaczynają naznaczać się w psychice młodej dziewczyny.

Ramsey z jednej strony niczym w „Kevinie” pokazuje tą mniej przyjemną twarz macierzyństwa, pozbawioną radości i euforii. Ale z drugiej reżyserka o wiele mocniej skupia się na stanie psychicznym młodej matki, która zaczyna się rozsypywać na tysiące kawałków. Nie ma tu jako takiej narracji, gdzie wskakujemy od jednego epizodu do drugiego: coraz agresywniejszego oraz szokującego (kompletne zdemolowanie łazienki, wyskoczenie przez szybę) z chwilami onirycznymi jak pojawianie się tajemniczego motocyklisty, który przejeżdża koło domu. Zupełnie jakby z kobiety zaczyna budzić się coś bardziej zwierzęcego, wręcz pierwotnego, nie dającego się opisać czy zaszufladkować. Czy to, co widzimy dzieje się naprawdę, a może to wytwór jej pokiereszowanego umysłu? Jeśli liczycie na odpowiedź, nie dostaniecie jej. Przynajmniej nie wprost, dodając pewne drobne poszlaki. O ile będziecie chcieli je wypatrzyć.

Całość jest bardzo ciężkim doświadczeniem, co wynika z samej tematyki i – co muszę z bólem przyznać – męczący. A nie było to zbyt przyjemne zmęczenie. Gwałtowne ataki muzyki (punkowy początek wywołał we mnie silny ból głowy), szczególnie intensywny montaż pod koniec, wreszcie bardzo wolne, ospałe tempo. Jednak jak zaczynają dziać się rzeczy, zaś ataki stają się coraz ostrzejsze i mocniejsze, ciężko jest oderwać wzrok. Wszystko jest bardzo pięknie sfotografowane (nawet nocne zdjęcia na lekko niebieskim filtrze są bardzo wyraźne), dialogi mają przebłyski, jednocześnie potrafi zaskoczyć w paru kierunkach. Jednak cały czas miałem jeden poważny problem: cały czas czułem, że nie jestem w głowie bohaterki, tylko przyglądam się jej z boku. Po części przez to nie byłem w stanie zaangażować się emocjonalnie w tym całym rollercoasterze.

Aktorsko jest tu bardzo solidnie, ale wszystko na barkach trzyma rewelacyjna Jennifer Lawrence. W żadnej innej roli aktorka nie grała aż tak ryzykownie, oscylując na granicy przerysowania i szarży, jednak cały czas nie można od niej oderwać. A także nie byłem w stanie przewidzieć, co zrobi dalej: od skradania się na łące niczym kot… z nożem w ręku przez gwałtowne wybuchy emocjonalne aż po niezrozumiałą dla nas frustrację. Poczucie osamotnienia, przygnębienia oraz braku wsparcia doprowadzają do eskalacji oraz bardzo mocnego zakończenia. Nawet jeśli budziło we mnie skojarzenia z „Mother” Darrena Aronofsky’ego, to jednak Ramsey więcej wyciąga z aktorki. W kontrze stoi do niej Robert Pattinson, którego bohater coraz bardziej staje się przytłoczony i nie radzący się z dorosłym życiem. Jest o wiele bardziej w cieniu Lawrence, jednak między nimi jest dość mocna chemia. Drugi plan dominuje dawno nie widziana – przynajmniej przeze mnie – Sissy Spacek jako teściowa Pam i jest świetna.

Jak zwykle w przypadku Ramsey „Zgiń kochanie” mocno spolaryzuje widownię, jak to miało miejsce podczas festiwalu w Cannes. Jest to zdecydowanie nieprzyjemny, trudny, bardzo szorstki dramat psychologiczny, miejscami ocierający o horror kobiety na skraju załamania nerwowego. Ma dość powolne tempo, oniryczny klimat i bardzo testuje cierpliwość, wywołując także dyskomfort. Niemniej jest on jak zadra, której nie da się tak łatwo pozbyć i zostaje na długo, a to bardzo duże osiągnięcie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dom dobry

Wojciech Smarzowski jak żaden inny reżyser nie wsadza kina w mrowisko, pokazując rzeczy dla nas niewygodne oraz nieprzyjemne. Od zakrapianego alkoholem „Wesela” przez zimowy „Dom zły” i mazurską „Różę” po bezwzględny „Wołyń” oraz pokazujący Kościół „Kler”. Jednak swoimi ostatnimi filmami reżyser mniej lub bardziej mnie rozczarowywał. I kiedy już rok temu pojawiły się pierwsze zapowiedzi „Domu dobrego” nie byłem specjalnie zainteresowany. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że Smarzowski w tej formule zwyczajnie się wyczerpał, skupiając się niemal na szokowaniu. Jednak ciekawość oraz zadziwiająco wysoka frekwencja sprawiała, iż wybrałem się na seans.

Cała historia skupia się na Gośce (Agata Turkot) – młodej dziewczynie, która jest po przejściach. Mieszkała w Anglii, jej chłopak zginął w wypadku, choć wcześniej do świętych nie należał. Dorabia jako nauczycielka angielskiego i mieszka z matką-alkoholiczką (Agata Kulesza). Ta ją poniża i wyzywa od najgorszych, więc łatwo nie jest. Ale poznaje pewnego faceta przez Internet. Zwie się Grzesiek (Tomasz Schuchardt) i jest troszkę starszy, troszkę grubszy, ale inteligentny, uroczy oraz poważny. Nic dziwnego, że dziewczyna wprowadza się do niego po kolejnych wyzwiskach matki. Wszystko wydaje się sielankowe: wyjazd za granicę (Grecja, Hiszpania), oświadczyny w Wenecji, wreszcie ślub oraz narodziny córki. Ale zaczynają się dziać dziwne, wręcz niepokojące rzeczy.

Na pierwszy rzut oka „Dom dobry” wydaje się typowym filmem Smarzowskiego. Czyli filmem z popijaniem alkoholu, krwawą przemocą oraz najgorszymi instynktami człowieczeństwa z chętnie wykorzystywanym rwanym montażem. Tylko, że reżyser opowiadając o przemocy domowej nie skupia się na pokazywaniu ludzi z patologii czy nizin społecznych. To zwykli, przeciętni ludzie, z którymi łatwo można się identyfikować. Pierwsze 20-30 minut jest w miarę spokojne, pokazując zakochanie i rodzące się uczucie. Jednak z czasem zaczynają pojawiać się rysy w tym obrazku: była żona Grzegorza, z którą ma dziecko oraz alimenty do spłacenia; zamykanie drzwi i brak klucza, późne powroty do domu oraz oskarżenia. Nagle pewne wydarzenia (nagrane wcześniej na telefonie) widzimy jakby z innej perspektywy, gdzie pojawia się nagle rzucone zdanie, mamy podtopienie podczas pływania. Razem z Gośką zacząłem się gubić oraz dezorientować, szczególnie w scenie, kiedy kobieta wstaje z łóżka, jednocześnie cały czas leżąc. Zupełnie jakby opuściła swoje ciało, zaczynając obserwować cała sytuację z boku.

W tej chwili Smarzowski wchodzi w stan umysłu ofiary. Zaś sama przemoc ma tutaj różne oblicza: od fizycznego bicia i gwałtu przez wyzwiska, upokarzanie, nagrywania w tajemnicy (oraz pokazywania filmów podczas obiadu) aż po izolację od otoczenia. Ta struktura przypominająca obserwowanie alternatywnych scenariuszy (co by było, gdybym uciekła/została?) jest bardzo efektywna, choć bliżej końca wywołuje ogromną dezorientację. Ale także widzimy jak trudna jest tak droga opuszczenia przemocowego partnera/partnerki, o czym opowiadają członkowie grupy wsparcia (mocne opowieści) – od pomocy społecznej przez policję aż po sąd. To kolejne szarpiące za nerwy momenty, które mogą wywołać wstrząs, lecz Smarzowski w żadnym wypadku nie bawi się w pornografię przemocy czy inną eksploatację okrucieństwa. W czym także pomaga rewelacyjny montaż, choć bliżej finału ta dezorientacja idzie za daleko.

Nie mogę też nie wspomnieć o fenomenalnej obsadzie, gdzie nawet drobne epizody zapadają w pamięć. W centrum jest zjawiskowa Agata Turkot, której Gośka budzi sympatię od początku aż do samego końca. Pełna radości, ciepła oraz energii kobieta z czasem zaczyna zmieniać się w zagubioną, przerażoną i bezsilną osobę. Te chwile przeskakiwania w te skrajne emocje są pokazane bezbłędnie oraz bardzo drobnymi spojrzeniami. Ale najbardziej piorunujące wrażenie robi Tomasz Schuchardt w roli Grzegorza. Facet pozornie sprawia wrażenie bardzo sympatycznego, pełnego uroku misia. Jednak, gdy jest sam na sam zmienia się w bestię. Bez żadnego szarżowania, teatralności oraz fałszu. Ataki przemocy są nagłe i niespodziewane, przez co są jeszcze bardziej brutalne. Drugi plan jest wręcz przebogaty, choć tutaj najbardziej wyróżnia się niezawodna Agata Kulesza w roli matki-alkoholiczki.

Dla mnie „Dom dobry” to wściekły powrót Smarzowskiego do formy i prawdopodobnie najbardziej przemyślany pod względem konstrukcyjnym film. Genialnie zagrany, napisany oraz zrealizowany, znowu pokazując rzeczywistość bez znieczulenia, ale jest też zadziwiająco świeższy w formule. Czy to będzie początek nowego rozdziału w dorobku tego twórcy?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ministranci

Jaki ministrant jest, każdy widzi. Najczęściej to młodzi chłopcy w wieku nastoletnim, pomagający księdzu podczas mszy. Czasem tą funkcję pełni kościelny albo wikary, ale to nie jest powszechna praktyka. O takiej grupce 4 chłopaków opowiada najnowszy film Piotra Domalewskiego. Czyi tegoroczny zwycięzca Gdyni, więc oczekiwania były spore.

Ministrantami są tutaj chłopacy w wieku późnopodstawówkowym (7-8 klasa) na Kielecczyźnie. Filip (Tobiasz Wajda), „Gucci” (Bruno-Błach Baar), „Kurczak” (Mikołaj Juszczyk) oraz jego brat „Mały Kurczak” (Filip Juszczyk) tworzą zgraną paczkę, choć pochodzą z różnych środowisk: pierwszy wychowywany jest przez samotną matkę (Kamila Urzędowska) z depresją w głowie i skłonnością do picia; drugi ma bardziej dzianych rodziców planujących osiedlić się poza krajem; z kolei bracia Kurczaki próbują sił w rapowaniu. Chłopaki ostatnio zaczynają dostrzegać pewne niesprawiedliwości tego świata: od przegranej (ustawionej) w zawodach ministrantów aż po zabranie pieniędzy ze zbiórki dla najuboższych na opłacenie rekolekcjonisty (Tomasz Schuchardt). To ostatnie wywołuje w nich wściekłość i decydują się wykraść pieniądze z tacy, by dać ją najuboższym. Ale komu konkretnie? By to ustalić montują… kamerę w konfesjonale.

Punkt wyjścia wydaje się prosty, a historia dzieje się w bardzo znajomych realiach. Choć punkt wyjścia może wydawać się skręcać ku komedii i ma zabawnych momentów (rapowe „klipy”, wręczanie pieniędzy poszkodowanym czy otwierający film… zawody ministrantów), to „Ministranci” są o wiele poważniejsi niż się wydaje. Alkoholizm, przemoc domowa, bieda skontrastowana z naszą grupką Avengersów w komżach, próbujących jakoś zmienić tą rzeczywistość. Nawet jeśli nie wszyscy będą chcieli z niej skorzystać, a otrzymane pieniądze będą chcieli wydać na gorzałę niż jedzenie. Ale w tym wszystkim gdzieś z tyłu głowy pada pytanie, czy nasi ministranci nie idą za daleko? Czy nie stają się zbyt radykalni? Najbardziej widać to w postawie Filipa, który nie potrafi odpuścić i jest w stanie wiele poświęcić. Włącznie ze swoim życiem i to jest jedna z mocniejszych scen filmu. Więcej jest takich momentów zarówno poważnych, jak i bardziej refleksyjnych, zaś Domalewski przygląda się całej sytuacji.

A działa to wszystko dzięki czwórce kapitalnych młodych aktorów w głównych rolach. Ale najważniejszy jest tutaj Tobiasz Wajda w roli Filipa, którego działania stają się coraz bardziej radykalne. Mieszanka wrażliwości, zaradności, sprytu oraz gniewu, zagrana bez cienia fałszu i sztuczności, o co w przypadku dziecięcych aktorów jest bardzo łatwo. Młodzian dźwiga to dzieło do spółki z Błach-Baarem, będącego zarówno silnym wsparciem oraz kumplem, ale też pewnego rodzaju moralnym kręgosłupem. Z dorosłych aktorów najmocniejsze wrażenie robi zadziwiająco wyciszona Kamila Urzędowska (matka Filipa), wyrazisty Sławomir Orzechowski (proboszcz), pojawiający się ostatnio wszędzie Tomasz Schuchardt (ksiądz rekolekcjonista) oraz nastoletnia Daria Kalinchuk (Dominika).

Zadziwiająco refleksyjno-humorystyczni „Ministranci” są jedną z cichych niespodzianek polskiego kina. Niby wygląda i dotyka bardzo znajomych rewirów, jednak Domalewski podchodzi do tych kwestii w bardziej świeży sposób, bez popadania w patologię. Blisko tu do „Bożego Ciała” niż „Kleru”, co chyba może być pewną rekomendacją.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski