Mortal Kombat II

Mortal Kombat – te dwa słowa bardzo mocno wryły się w mojej świadomości oraz pamięci kiedy byłem dużo młodszy. Jeszcze grając na Amidze (głównie w część drugą) byłem oszołomiony lejącą się posoką, mrocznymi lokacjami, odrobinką czarnego humoru („Toasty”). A jednocześnie frustrowało żonglowanie dyskietkami (aż czterema!!!) po wyborze zawodników. A kiedy jeszcze obejrzałem kinową adaptację z 1995 roku na pirackim VHS, to już w ogóle był odlot. W roku 2021 powstał reboot serii oraz próba zbudowania nowej filmowej franczyzy dzięki renesansowi growej serii. Efekt końcowy był, cóż, delikatnie rozczarowujący, choć zarobił na siebie. Ale teraz pojawia się kontynuacja, jednak czy tym razem wyszło lepiej?

Teraz jednak mamy już do czynienia z turniejem, gdzie toczą się losy Ziemi, na którą rękę chce położyć imperator Shao Khan (Martyn Ford). A do naszej ekipy wojowników: Cole’a (Lewis Tan), Sonyi Blade (Jessica McNamee), Jaxa (Mehcad Brooks) oraz Liu Kanga (Ludi Lin) zostaje zwerbowany niejaki Johnny Cage (Karl Urban) – podstarzały gwiazdor kina akcji lat 90., który czasy świetności ma za sobą. I jest tego absolutnie świadomy, dlatego chce się wypisać z tego zadania, ale bogowie (oraz scenarzysta) mają zupełnie inne plany. Jest jeszcze przybrana córka imperatora, księżniczka Kitana (Adeline Rudolph), która w tajemnicy współpracuje z Raidenem (Tadanobu Asano).

Wracający na stołek reżyserski Simon McQuaid wsłuchał się w krytykę poprzedniej części. Sam początek (tak jak w przypadku filmu z 2021) zaczyna się mocnym uderzeniem. Ale tym razem to Shao Khan, czyli wielkolud z równie sporym młotem konfrontuje się z ojcem Kitany. Już tutaj widać spory progres na poziomie wizualnym: od scenografii po o wiele płynniej zmontowane pojedynki. Wszystko to wydaje się bardziej namacalne, barwne oraz dynamiczniejsze. Dialogi w zasadzie pełnią rolę przerywników między kolejnymi scenami walk, więc nie są one zbyt wyrafinowane. Same walki są o wiele lepiej zrobione i przypominające areny z gier jak kanały otoczone żrącym kwasem, klatkę z kolcami czy opuszczone miasto. Zaś same potyczki oraz choreografia (ze sporą ilością szerokich ujęć) robią o wiele lepsze wrażenie od poprzednika. Nadal są one krwawe i bardzo brutalne, zaś efekty komputerowe nie rzucają się tak mocno w oczy (poza scenami w Czeluści – takim odpowiedniku piekła). Ale też są strasznie satysfakcjonujące oraz angażujące jak walka Liu Kanga ze wskrzeszonym Kung Lao czy starcie w Czeluści między Scorpionem a ożywionym Bi-Hanem i… jego cieniem, Noob Saibotem.

Pewnym problemem może być fakt, że postacie nie są zbyt głęboko zarysowane i poza scenami akcji nie mają zbyt wiele do roboty. Bo nie mają i to troszkę przeszkadza. Jeszcze mamy poboczny wątek poszukiwania przez ludzi Shao Khana amuletu, dzięki któremu zmieniłby się w Deadpoola (w sensie byłby nieśmiertelny). W zasadzie ten wątek niby rozszerza ten świat, skręcając w kierunku fantasy, ale z drugiej pojawia się wiele postaci w zasadzie zbędnych i nie mających wpływu na fabułę jak Shang Tzung czy Quan Chi. Za to o wiele więcej jest tu humoru, luzu oraz kampu, choć można byłoby to jeszcze bardziej podkręcić.

Aktorsko nie ma tu zbyt wiele do wykazania się, niemniej mi to tu nie przeszkadzało. Za to film kradnie niezawodny Josh Lawson w roli pyskatego i wyszczekanego Kano (oczywiście, że zostaje wskrzeszony), serwujący jedne z najzabawniejszych tekstów. A na pierwszy plan zostaje wysunięty Karl Urban i muszę przyznać, że wyszedł o wiele lepiej niż się spodziewano. Ale jego Johnny Cage to nie jest pewny siebie twardziel z ego większym niż swoje umiejętności. On jest niejako awatarem widza, takim normalnym gościem bez supermocy otoczony przez bogów, herosów, gości z mechanicznymi łapami czy laserowymi oczami. Więcej w nim pokory oraz zagubienia, a jego ewolucja daje masę radochy. To zdecydowanie najjaśniejszy punkt obsady.

Choć jest pozostawiona furtka na ciąg dalszy, to nie czuję potrzeby sequela. Dwójka jest tym, czym powinna być część pierwsza rebootu – bardziej szalona, bardziej podobna do gry oraz mniej poważna i nadęta. McQuaid odrobił pracę domową,

7/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz