Spider-Man: Całkiem nowy dzień

Nie będzie chyba przesadą, jeśli nazwę Spider-Mana jedną z najpopularniejszych postaci w całym dorobku Marvela. Być może wynika to z młodego wieku bohatera, który dopiero mierzy się z dorosłością i próbującego zbalansować swoje życie prywatne z ratowaniem świata w mikro skali. A w ostatnich czasach Pajączek pojawił się mocno: od trylogii Jona Wattsa dla MCU przez animowane „Spider-Verse” aż po tegoroczny serial „Spider-Noir”. Ale czy od tego przybytku jest miejsce na kolejne przygody Petera Parkera w Kinowym Uniwersum Marvela?

„Spider-Man: Całkiem nowy dzień” dzieje się po chaotycznym zamieszaniu w „Bez drogi do domu”, gdzie mieliśmy różne wersje Pajączka i ich wrogów, a także dochodzi do wymazania Parkera (Tom Holland) z pamięci wszystkich mieszkańców Nowego Jorku. Wliczając w to jego przyjaciół: MJ (Zendaya) i Neda (Jacob Balaton). Teraz chłopak mieszkanie gdzieś w Queens, korzystając ze wsparcia AI zwanego E.V. (Naomi Watts) i usprawniając swój kostium. Spokój jednak jest ostatnią rzeczą, na jaką może on liczyć, ciągle trzymając ludzi na dystans. Nawet pomagającej detektyw DeWolff (Lisa Colon-Zayas) czy samotnego wilka Franka Castle’a (Jon Bernthal). Ale pojawia się kolejne zagrożenie: ktoś desperacko próbuje wejść do Departamentu Kontroli Zniszczeń kierowanego przez Williama Metzgera (Tramell Tillman). Instytucja zajmuje się tworzeniem nowych technologii i narzędzi broni, wykorzystując także dawnych przeciwników jak Ręka. Co dziwniejsze wróg „opętuje” przypadkowych ludzi do osiągnięcia swojego celu, mocno utrudniając dopadnięcie go. Jakby tego było mało, coraz mocniej u Parkera odzywają się „pajęcze” geny, ograniczając jego kompatybilność z gadżetami.

Tym razem za kamerą stanął Destin Daniel Cretton, który już pracował z Marvelem przy „Shang-Chi” i serialowym „Wonder Man”, co dawało pewną nadzieję na odrobinę świeżej krwi. Głównie w kwestii scen akcji oraz choreografii walk, ale nie tylko. I ku mojemu zaskoczeniu historia ewolucji naszego sympatycznego chłopaka z sąsiedztwa bardzo sprytnie balansuje między powagą a humorem. Akcja (zwłaszcza bujanie się po mieście) wygląda bardzo przyjemnie i bardzo dynamicznie – przynajmniej od czasu trylogii Ramiego, gdzie nie brakuje zarówno długich ujęć (kompilacja akcji Spidera z bandziorami wszelkiej maści: od drobnych zbirów po Skorpiona i Tombstone’a), zabaw kamerą i perspektywą aż po dobrze wykorzystane slow-motion (starcie z wojownikami Ręki). Ale najbardziej imponuje tutaj gonitwa za „opętanym”, przeskakującym z ciała do ciała jak jakiś demon, przy okazji pozbawiając ich pamięci po zmianie gospodarza. Proste, ale kreatywne rozwiązanie, dodatkowo podbijające napięcie.

Intryga odkrywana jest bardzo powoli, choć nadal w centrum znajduje się Spider-Man. Tym razem próbujący samotnie walczyć ze złem oraz „mutacją” swoich genów. Częściowo jest to wygrywane w komediowy sposób jak pierwsze testy inhibitora, jednak potrafi też nagle uderzyć bardziej dramatycznymi chwilami jak retrospekcja z ciocią May czy spotkaniem na parapetówce u dawnych przyjaciół. Jednak najsilniejsze momenty dotyczą postaci granej przez Sadie Sink (ukrywano tożsamość przed premierą i dopiero pod koniec się wydało, ale ja nie zamierzam psuć niespodzianki) oraz finałowej konfrontacji, która mocno mi przypominała „Thunderbolts”. A wszystko zostaje spięte w bardzo satysfakcjonującym zakończeniu. Aczkolwiek niektóre efekty specjalne są troszkę niespecjalne i wyglądają szaro-buro.

Za to aktorsko jest tu naprawdę więcej niż dobrze. Tom Holland tutaj wypada najlepiej w roli Parkera/Pajączka, prezentując bardziej poważniejszego, przyziemnego bohatera. Nawet w najbardziej odjechanych momentach aktor gra bardzo przekonująco, nie rezygnując z odrobiny humoru. Strasznie podoba mi się ewolucja tej postaci. Wracają też starzy znajomy jak Zendaya i Balaton, ale także – ku zaskoczeniu wielu – Mark Ruffalo (Hulk), Florence Pugh (Jelena/Czarna Wdowa) oraz Jon Bernthal (Frank „Punisher” Castle), którzy tworzy całkiem niezły duet ze Spiderem. Jednak oni pojawiają się w zasadzie na chwilkę, na szczęście nie są rozpraszaczami i wrzuceni na siłę. Ale najważniejsza jest tutaj Sadie Sink, choć pojawia się fizycznie dość późno. Początkowo jest tajemnicza i enigmatyczna, ale powoli poznajemy jej motywacje, co pokazuje zupełnie inne oblicze. I mam nadzieję, że jeszcze ona wróci w tym uniwersum.

Czy „Całkiem nowy dzień” jest nowym początkiem dla Spider-Mana? Zdecydowanie tak i jest najlepszym filmem o Pajączku w MCU. Cretton nie tylko wnosi wiele barw do tego świata, ale też bardziej angażującą opowieść o kolejnym etapie dojrzewania oraz powolnym otwieraniu się na innych ludzi. Nie będzie przesadą, jeśli nazwę ten film najlepszą produkcją MCU od wielu lat i czekam na kolejne spotkanie z Peterem.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Minionki i straszydła

Wiele osób już mogło poczuć zmęczenie żółtymi Tic-Tacami zwanych Minionkami – maskotek studia Illumination. Swoje jeszcze dorzucił polski dystrybutor, który tak zmieniał i namieszał w polskich tytułach, że nie wiadomo czy to część serii „Despicable Me”, czy to poboczny spin-off. Więc nie miałem specjalnie dużych oczekiwań wobec trzeciego spin-offu, czyli „Minionków i straszydeł”, które pojawiły się w kinach na początku lipca. I ku mojemu zaskoczeniu to jedna z najlepszych odsłon serii.

I znowu Minionki zanim poznały Gru szukały swojego złola, któremu mogliby wiernie służyć. Chociaż jeden z nich wyróżnia się z tłumu, niejaki James, co ma dość bogatą wyobraźnię oraz pobudzoną kreatywność. Ale przez jego działania reszta ferajny nie jest w stanie utrzymać się u jednego mistrza. Jednak dzięki zbiegowi okoliczności trafiają do Hollywood końca lat 20., przy okazji niszcząc film aspirującego reżysera Maxa. Paradoksalnie jednak wystrzeliwuje ich karierę jako gwiazdy kina. Wszystko zmienia się jednak z erą dźwiękową kina – głosy postaci oraz ich problem z wypowiadaniem dialogów doprowadza do upadku. Niemniej James razem z przyjacielem Henrym oraz niemową Edem oddziela się od grupy i postanawia zrealizować własny film z potworami. Tylko skąd takie monstrum znaleźć?

Za kamerą powrócił Pierre Coffin, który odpowiadał za cztery pierwsze filmy o Minionkach jako reżyser i odpowiadał za głosy tych postaci. Można było się spodziewać kolejnej komedii naszpikowanej slapstickowym humorem, gdzie nasi żółci towarzysze będą siali chaos i zniszczenie. Po części tak jest (początek u cyklopa oraz czarodzieja z Rosji), ale twórcy mają więcej do dyspozycji. Chaos i destrukcja jest spora, jednak jest tu sporo rozbrajających gagów jak śmierci kolejnych przyszłych złoli czy cytowania klasyki kina. I to już od czołówki, gdzie mamy pierwsze krótkie filmy („Robotnicy opuszczający fabrykę Lumiera”, „Wyprawa na Księżyc”) przez mistrzów pokroju Charliego Chaplina i Bustera Keatona aż po „Sokoła maltańskiego” czy „Obywatela Kane’a”. W tych odniesieniach humor Minionków jest najlepszy, lecz także nie brakuje odwołań do horrorów spod znaku H.P. Lovecrafta oraz filmów SF z lat 50. A z pojawieniem się jednego cwanego stworka w postaci kurduplowatego Goomiego, sprawy zaczynają robi się mroczniejsze. Aczkolwiek jest to ogrywane w komediowy sposób. A sama historia staje się troszkę przewidywalna, choć pojawia się parę niespodzianek.

Co mnie najbardziej zaskoczyło, to sama animacja oraz strona techniczna. Jest o wiele ładniejsza niż inny tegoroczny film Illumination, czyli „Super Mario Galaxy”. Tak, powiedziałem to. Jest to naprawdę ładna i płynna robota komputerowa z przestylizowanymi sylwetkami ludzi: od niskiego reżysera Maxa przez dwóch mocno opasłych producentów (bracia Bright) aż po sympatyczną Debbie oraz dziwacznego Dorta, który jest robotem. A może i nie. A także jest parę technicznych niespodzianek. Od świetnego wejścia na plan filmowy pokazany w jednym ujęciu (jednocześnie pokazując różne plany oraz techniczne aspekty), budowanie planu filmowego w formie time lapsu (kapitalna scenka) czy – co mnie najbardziej zaskoczyło – zrobiona w czerni i bieli gonitwa w stylu starych kreskówek. Problem w tym, że w drugiej połowie tego sprytu oraz odrobiny inteligencji zaczyna brakować, a dominuje typowy humor minionkowy.

W naszym kraju ten film pokazany jest z dubbingiem (jak 99% animacji), a za ten odpowiada reżyserka Elżbieta Kopocińska (odpowiedzialna m. in. za poprzednie części serii) oraz tłumacz Bartosz Wierzbięta. I to jest wykonane bardzo solidnie – włącznie z kreatywnymi przekładami tytułów filmów – oraz bez wywoływania ciężkich zgrzytów. Co mnie zaskoczyło to fakt, że w scenach tworzenia filmów dźwiękowych teksty do powiedzenia napisane na planszach były… po polsku. A nie jest to zbyt częste w przypadku przekładów i jest fajnym szczególikiem. Głosy Minionków pozostawiono w oryginale, ale pozostałe głosy są co najmniej bardzo dobre. Od mocno zmodyfikowanego Tomasza Bednarka (Goomi, czyli mały Cthullu pełen uroku i cwaniactwa) i mówiącego z germańskim akcentem Przemysława Bluszcza (reżyser Max, będący mentorem oraz wsparciem dla Minionków) po mechanicznego Przemysława Wyszyńskiego (tajemniczy Dort) aż po podwójną kreację Piotra Bąka (bracia Bright).

Powiem szczerze, że czułem pewne zmęczenie Minionkami i nie byłem entuzjastycznie nastawiony na „Minionki i straszydła”. Ale całość okazała się zarówno sprytnym hołdem dla starego Hollywood, jak też zadziwiającą opowieścią o przyjaźni i podążaniu za własnymi marzeniami. Zaskakująco urocza, pełna lekkości oraz kilku ciepłych momentów, których po tej serii się kompletnie nie spodziewałem. Zdecydowanie jeden z najlepszych filmów serii.

7/10

Radosław Ostrowski

Toy Story 5

Kiedy kilka lat temu ogłoszono, że powstaje piąta część „Toy Story” nie miałem zbyt wielkiego entuzjazmu. I nawet nie chodziło o jakość poprzedniej części (dla mnie zaskakująco udanej), ale czuć było ze strony Disneya pazerność oraz zarabianie na nostalgii. Nie uspokoił też fakt, że tą część serii wyreżyserował Andrew Stanton – związany z cyklem jako scenarzysta od samego początku. Bo też ostatnie dokonania jako reżysera (w szczególności „W okamgnieniu”) nie były zbyt ciepło odebrane. I jak w ostateczności wyszło?

Wracamy do zabawek tym razem pod wodzą kowbojki Jessie, z którymi nadal bawi się Bonnie. Poprzedni lider, czyli szeryf Chudy stał się „dziką” zabawką, prowadzącą własne życie. Jednak spokój w relacji zabawki-Bonnie zostaje zaburzony. I to nie dlatego, że dziewczynka jest starsza od ostatniej wizyty, ale z powodu nowego cacka. Mianowicie… tableta w kształcie żabki zwana Lillypad, która ma rzekomo pomóc w budowaniu relacji z rówieśniczkami. Efekt jednak jest łatwy do przewidzenia: dziewczynka spędza przy ekranie więcej czasu, doprowadzając do odstawienia zabawek do garażu. Jessie idzie na konfrontację z komputerkiem i ściąga do pomocy Chudego.

Reżyser do spółki z wspierająca go McKenną Harris wydaje się iść w pozornie oczywistym kierunku. Czyli konfrontacji tradycyjnych zabawek ze współczesną technologią, którą bardzo łatwo uczynić antagonistą oraz wskazać jako główną przyczynę nieszczęść. Początkowo wydaje się to zmierzać w tym kierunku, ale twórcy są o wiele mądrzejsi i sprytniejsi. Tu nie ma łatwego demonizowania technologii, a sama Lily chce tego samego, co zabawki – dać swojej właścicielce szczęście. Tylko czym to szczęście jest? Stanton nie boi się pokazać społecznego wykluczenia z powodu niedopasowania oraz innych zainteresowań, ale też pokazuje inne zabawki „technologiczne” jak cyfrowy aparat czy pomagająca w załatwianiu się Pierre Papier. Czyli w zasadzie znowu wracamy do kwestii przemijania oraz potencjalnego bycia opuszczonym.

A propos, pamiętacie jak Jessie została porzucona przez swoją pierwszą właścicielkę Emily? Ten wątek powraca ze zwielokrotnioną siłą, wskutek trafienia kowbojki na dawne miejsce. A przeniesienie ciężaru właśnie na nią działa bardzo odświeżająco. Sam Chudy i Buzz zostają zepchnięci na dalszy plan (pierwszy z brzuszkiem oraz łysinką, która – jak głowa jest pod słońcem – odbija się mocno; drugi robi tutaj bardziej za comic reliefa, niepotrafiącego wyznać miłości Jessie), zaś reszta ferajny tak naprawdę robi tutaj tylko za tło. I jeszcze zostaje wrzucony wątek armii Buzzów – ale takich bardziej podrasowanych – zmierzających do… no właśnie, czego? Te przebitki początkowo wydają się przerywnikiem dającym odrobinę oddechu, ale potem się wszystko łączy.

Za to muszę pochwalić fantastycznie pokazane segmenty zabawy pokazaną w formie pastelowych rysunków. Sama animacja wygląda pięknie – w końcu to Pixar – z kolei finałowy pościg jest bardzo dynamiczny, a zakończenie jest bardzo, bardzo satysfakcjonujące. I nie mówię tego jako stary pierdziel, który widział poprzednie części, ale czuć tu zaangażowanie oraz pasję twórców. Swoje także robi polski dubbing, za który tym razem odpowiada reżyser Grzegorz Pawlak (wcześniej pracował przy części trzeciej) i dialogista Kuba Wecsile. A także role głosowe wypadają świetnie. Wracają starzy znajomi w głównych rolach, czyli Izabella Bukowska (Jessie), Łukasz Nowicki (Buzz) i Robert Czebotar (Chudy), którzy nie zawodzą, wchodząc w skóry postaci z taką łatwością jakby między tymi częściami była bardzo krótka przerwa. Z nowych postaci wybijają się wspomniane Lillypad z pozornie ciepłym głosem Anny Cieślak i lekko neurotyczny Pierre Papier w cudownym wykonaniu Piotra Polaka.

Nie będzie zaskoczeniem, że „Toy Story 5” jest lepszy filmem od poprzedniej części i zdecydowanie odstaje od oryginalnej trylogii. Nadal to jednak jest fantastyczne kino nie tylko dla całej rodziny, po którego seansie można będzie porozmawiać. Co dla mnie jest jedną z największych wartości.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mortal Kombat II

Mortal Kombat – te dwa słowa bardzo mocno wryły się w mojej świadomości oraz pamięci kiedy byłem dużo młodszy. Jeszcze grając na Amidze (głównie w część drugą) byłem oszołomiony lejącą się posoką, mrocznymi lokacjami, odrobinką czarnego humoru („Toasty”). A jednocześnie frustrowało żonglowanie dyskietkami (aż czterema!!!) po wyborze zawodników. A kiedy jeszcze obejrzałem kinową adaptację z 1995 roku na pirackim VHS, to już w ogóle był odlot. W roku 2021 powstał reboot serii oraz próba zbudowania nowej filmowej franczyzy dzięki renesansowi growej serii. Efekt końcowy był, cóż, delikatnie rozczarowujący, choć zarobił na siebie. Ale teraz pojawia się kontynuacja, jednak czy tym razem wyszło lepiej?

Teraz jednak mamy już do czynienia z turniejem, gdzie toczą się losy Ziemi, na którą rękę chce położyć imperator Shao Khan (Martyn Ford). A do naszej ekipy wojowników: Cole’a (Lewis Tan), Sonyi Blade (Jessica McNamee), Jaxa (Mehcad Brooks) oraz Liu Kanga (Ludi Lin) zostaje zwerbowany niejaki Johnny Cage (Karl Urban) – podstarzały gwiazdor kina akcji lat 90., który czasy świetności ma za sobą. I jest tego absolutnie świadomy, dlatego chce się wypisać z tego zadania, ale bogowie (oraz scenarzysta) mają zupełnie inne plany. Jest jeszcze przybrana córka imperatora, księżniczka Kitana (Adeline Rudolph), która w tajemnicy współpracuje z Raidenem (Tadanobu Asano).

Wracający na stołek reżyserski Simon McQuaid wsłuchał się w krytykę poprzedniej części. Sam początek (tak jak w przypadku filmu z 2021) zaczyna się mocnym uderzeniem. Ale tym razem to Shao Khan, czyli wielkolud z równie sporym młotem konfrontuje się z ojcem Kitany. Już tutaj widać spory progres na poziomie wizualnym: od scenografii po o wiele płynniej zmontowane pojedynki. Wszystko to wydaje się bardziej namacalne, barwne oraz dynamiczniejsze. Dialogi w zasadzie pełnią rolę przerywników między kolejnymi scenami walk, więc nie są one zbyt wyrafinowane. Same walki są o wiele lepiej zrobione i przypominające areny z gier jak kanały otoczone żrącym kwasem, klatkę z kolcami czy opuszczone miasto. Zaś same potyczki oraz choreografia (ze sporą ilością szerokich ujęć) robią o wiele lepsze wrażenie od poprzednika. Nadal są one krwawe i bardzo brutalne, zaś efekty komputerowe nie rzucają się tak mocno w oczy (poza scenami w Czeluści – takim odpowiedniku piekła). Ale też są strasznie satysfakcjonujące oraz angażujące jak walka Liu Kanga ze wskrzeszonym Kung Lao czy starcie w Czeluści między Scorpionem a ożywionym Bi-Hanem i… jego cieniem, Noob Saibotem.

Pewnym problemem może być fakt, że postacie nie są zbyt głęboko zarysowane i poza scenami akcji nie mają zbyt wiele do roboty. Bo nie mają i to troszkę przeszkadza. Jeszcze mamy poboczny wątek poszukiwania przez ludzi Shao Khana amuletu, dzięki któremu zmieniłby się w Deadpoola (w sensie byłby nieśmiertelny). W zasadzie ten wątek niby rozszerza ten świat, skręcając w kierunku fantasy, ale z drugiej pojawia się wiele postaci w zasadzie zbędnych i nie mających wpływu na fabułę jak Shang Tzung czy Quan Chi. Za to o wiele więcej jest tu humoru, luzu oraz kampu, choć można byłoby to jeszcze bardziej podkręcić.

Aktorsko nie ma tu zbyt wiele do wykazania się, niemniej mi to tu nie przeszkadzało. Za to film kradnie niezawodny Josh Lawson w roli pyskatego i wyszczekanego Kano (oczywiście, że zostaje wskrzeszony), serwujący jedne z najzabawniejszych tekstów. A na pierwszy plan zostaje wysunięty Karl Urban i muszę przyznać, że wyszedł o wiele lepiej niż się spodziewano. Ale jego Johnny Cage to nie jest pewny siebie twardziel z ego większym niż swoje umiejętności. On jest niejako awatarem widza, takim normalnym gościem bez supermocy otoczony przez bogów, herosów, gości z mechanicznymi łapami czy laserowymi oczami. Więcej w nim pokory oraz zagubienia, a jego ewolucja daje masę radochy. To zdecydowanie najjaśniejszy punkt obsady.

Choć jest pozostawiona furtka na ciąg dalszy, to nie czuję potrzeby sequela. Dwójka jest tym, czym powinna być część pierwsza rebootu – bardziej szalona, bardziej podobna do gry oraz mniej poważna i nadęta. McQuaid odrobił pracę domową,

7/10

Radosław Ostrowski

Powrót do przyszłości II

Pierwsza część „Powrotu do przyszłości” była wielkim hitem oraz przełomem w karierze Roberta Zemeckisa. Choć była pozostawiona furtka na kontynuację, nie było planów na sequela. Ale cztery lata później powstała kontynuacja kręcona równolegle z częścią trzecią, więc Zemeckis ze scenarzystą Bobem Galem mieli na to pomysł.

Kontynuacja zaczyna się dokładnie tam, gdzie ostatnio skończyliśmy. W 1985 roku już po „odkręceniu” wydarzeń z 1955 roku pod dom Marty’ego McFly (Michael J. Fox) przyjeżdża doktor Brown (Christopher Lloyd) z lekko zmodyfikowanym wehikułem czasu. Zabiera chłopaka razem ze swoją dziewczyną Jennifer (Elisabeth Shue)… w przyszłość. A dokładniej do roku 2015, gdzie dzieci ich obojga wpakują się w poważne kłopoty. Jednak nie to okazuje się największym wyzwaniem, lecz próba kupienia książkowego almanachu sportowego z wynikami obejmującymi drugą połowę XX wieku. Ta wpada w rękę starego Biffa (Thomas F. Wilson), który podsłuchując rozmowę kradnie wehikuł (korzystając z nieuwagi) i wręcza książkę młodszemu siebie. Dlatego kiedy Marty z doktorem wracają do roku 1985, rzeczywistość wygląda… dziwnie.

Druga część – niczym w tradycji sequeli jak „Imperium kontratakuje” – robi się miejscami o wiele mroczniejsza i poważniejsza. Ale tak się kończy zaburzenie kontinuum czasoprzestrzennego, gdzie jedno małe zdarzenie potrafi uruchomić nieprzewidywalną spiralę wydarzeń. Niemal każdy akt toczy się w innym czasie, co wyróżnia go mocno od poprzednika. Najpierw jesteśmy w futurystycznym roku 2015 z paroma fajnymi bajerami (deskolotka, latające samochody, samozawiązujące się buty czy dopasowujące się ubrania). I mimo lat nadal ten wątek trzyma się mocno. Za to drugi akt pokazujący alternatywny rok 1985 to czyste wariactwo. Mroczne miejsce, pełne chaosu i całkowitej anarchii, zaś w centrum znajduje się hotel i kasyno najbogatszego w mieście Biffa, który tutaj wygląda niczym wyraźna parodia Donalda Trumpa. Tutaj pokazano jakie konsekwencje może doprowadzić majstrowanie w czasie oraz kiedy wehikuł wpadnie w niepowołane ręce. Aż chciałoby się spędzić więcej czasu w tej linii czasowej. Za to trzeci akt to powrót do 1955 roku oraz próba przechwycenia książki. I tu jest to broń obosieczna, bo z jednej strony wracam do znanych wydarzeń, co może wydawać się drogą na łatwiznę. Ale z drugiej widzimy to z innej perspektywy, przez co nie mamy do czynienia z bezczelną kalką.

Zemeckis płynnie balansuje między humorem a mrokiem, dając większy ciężar emocjonalny. Może dlatego nie wywoływał we mnie aż takich spazmów śmiechu. Co nie jest aż tak dużym problemem, bo reżyser bardzo pewnie prowadzi przez wydarzenia. Nie ma tu miejsca na nudę, a powracające gagi (gnojówka) ciągle bawią. Równie imponujące są efekty specjalne (choć już pod koniec widać, że w paru ujęciach są wyprane kolory), zaskakująco dobrze trzyma się charakteryzacja (członkowie rodziny McFly w 2015, wygląd starego Biffa czy Billa z alternatywnego 1985), zaś finałowy pościg w tunelu trzyma w napięciu. I jeszcze mamy to zakończenie, które najpierw wali ciosem w brzuch, ale potem jest to rozładowane sugestią kolejnej części (zwiastun w finale).

Aktorsko nadal wszyscy błyszczą i są kapitalni. Duet Fox/Lloyd ciągle mają świetną chemię, wpadając bardzo naturalnie w swoich rolach. Jednak całość kradnie rewelacyjny Thomas F. Wilson, który gra aż trzy postacie: Biffa, starego Biffa i jego syna Griffa. Każda z tych inkarnacji różni się manieryzmami, głosem, mową ciała, a jednocześnie widać pewne cechy wspólne. To najjaśniejszy punkt filmu oraz prawdopodobnie najlepsze role w całej trylogii. Jedyną wymuszoną zmianą jest pojawienie się Elisabeth Shue w zastępstwie za Claudię Wells jako dziewczyny Marty’ego, lecz aktorka wypada cholernie dobrze (z wyjątkiem fryzury).

Choć drugi „Powrót do przyszłości” nie jest aż tak udany jak oryginał, jednak pozostaje zadziwiająco świeży, kreatywny oraz angażujący. Świetnie wygląda, dialogi brzmią naturalnie, z kapitalnym aktorstwem oraz fantastyczną muzyką Alana Silvestri. Nawet drobne problemy nie są w stanie całkowicie zepsuć przyjemności z seansu.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Super Mario Galaxy Film

Najsłynniejszy wąsaty hydraulik w historii gier, czyli Mario powraca. Ale nie w kolejnej grze, lecz filmie, co nie powinno dziwić. W końcu pierwszy animowany „Super Mario Bros.” zarobił prawie półtora miliarda dolarów. A jak sobie z ciągiem dalszym poradził sobie francuski oddział studia Illumination we współpracy z Nintendo?

Wracają bracia Mario i Luigi, który wykonują profesję naprawiaczy rur po całym Grzybowym Królestwie pod wodzą księżniczki Peach. Bowser nadal jest niegroźnym kurduplem z obsesją na punkcie zdobycia serca władczyni, a wszystko wydaje się toczyć spokojnym rytmem. Ale wszystko zmienia… syn Bowsera, który porywa władczynie gwiazd, niejaką Rosalinę. Choć ta nie poddała się bez walki. Ale Peach postanawia sama odbić władczynię, bo jest taka zajebista, silna i zaradna. Do tego jeszcze młody żółwik chce znaleźć tatusia, co doprowadza do wymuszonej kolaboracji między Mario, Luigi a Bowserem seniorem.

Czyli na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się na miejscu, tylko skala większa, gdyż wyruszamy w kosmos. Nie brakuje tu wręcz olśniewających wizualnie miejsc (kasyno należące do Ropucha, gdzie wszystko może być podłogą, siedziba księżniczki Rosaliny czy kosmiczna planeta Bowsera), akcja jest efekciarska, okraszona momentami slow-motion oraz tak wali kolorami, że może to doprowadzić do oczopląsu. Niemniej jest tu jednak jeden ogromny problem, a nawet więcej. Po pierwsze, fabuła niby jest, ale sprawia wrażenie pretekstowej sklejki, gdzie rzeczy mają się dziać. Po drugie, wszystkie, ale to WSZYSTKIE konflikty rozwiązuje się za pomocą argumentów siłowych oraz ciągłego napierdalania wszystkim we wszystko. Czemu nagle trafiliśmy do jakiegoś Mortal Kombat czy innej ekranowej bijatyki? To NIE TA GRA. Po trzecie, sam Marian i jego brachol są tak naprawdę postaciami drugoplanowymi w filmie o nich samych. Bo całość dominuje Peach, do której posiadacz najsłynniejszych wąsów robotnika od czasów Lecha Wałęsy wzdycha i – dość nieudolnie – chciałby zrobić coś więcej. A tak ciągle walczy, ryzykuje, niejako nie dając sobie pomóc, będąc niejako w zasadzie postacią pierwszoplanową.

Jakby tego wszystkiego było mało, żadna (no, prawie) nie wydaje się być zbyt pogłębiona, nie przechodzi żadnej drogi ani przemiany. Brakuje tu jakiego emocjonalnego ładunku, a w zamian dostajemy growy fan service (dinozaur Yoshi, co jest uroczy i lubi wszystko połykać, by wypluć jako jajko, pilot Fox McCloud), niemal bezczelną zżynkę gagu ze… „Zwierzogrodu” (Flash), ładnie wplecione kompozycje z gry czy dźwięki, a nawet scenkę przełamywania zabezpieczeń i pułapek pokazaną… jako plansza z gry (ok, to jest nawet kreatywne). Jedynym mocnym plusem jest postać Bowsera i jego syna – ta dynamika, gdzie z jednej strony tatuś chce odnowić więź ze swoją latoroślą, z drugiej próbuje pokazać się swoim dawnym wrogom z tej lepszej strony. I tutaj czuć pewien pomysł na te postacie, a głosy Jacka Blacka oraz Benny’ego Safdie wypadają najlepiej z całej obsady.

Nie spodziewałem, że „Super Marian z Galaktyki” będzie aż tak ogromnym rozczarowaniem oraz regresem w stosunku do poprzednika. Studio Illumination świetnie wywiązało się w kwestii jakości animacji i strony technicznej, jednak scenariusz oraz reżyseria wszystko torpedują. Miałkie, płytkie, efekciarskie oraz pozbawione sensu – filmowy odpowiednik brainrota. Może i jest to film dla młodszego widza, ale nie może to być usprawiedliwieniem czy wymówką dla serwowania bylejakiej produkcji, bo dzieciom się spodoba i tak. Najgorsza forma cynicznej kalkulacji jakiej nie widziałem od dawna.

4/10

Radosław Ostrowski

Za duży na bajki 3

Ile to już lat minęło, kiedy widzieliśmy Waldka znanego jako Waldi Pierwszy Mocarny? Nie spodziewałem się, że dostaniemy aż trzy części. A wszystko zaczęło się od powieści Agnieszki Dąbrowskiej, która została zaadaptowana przez Kristoffera Rusa w 2019 roku. A jak teraz radzi sobie (nie do końca) Mocarny Waldek?

No niezbyt dobrze. Pojawiła się młodsza siostra, co czyni dom niemal otchłanią z piekła dla niego, jego mamy oraz obecnego partnera Piotra, zaś tworzona przez niego drużyna (współtworzona przez Staszka i Delfinę) zaczyna się rozpadać. Zważywszy na to, że ostatnio trio nie jest w najwyższej formie e-sportowej, zaś Staszek więcej czasu spędza z grupą taneczną, a Delfina po porażce postanawia odejść. Pada o jedno słowo za dużo, a wtedy Waldek ze złości pisze hejterski komentarz w Internecie. A to uruchamia całą spiralę, którą ciężko będzie zatrzymać.

Połączenie kina familijnego z poważną kwestią hejtu brzmi jak karkołomny miks. Niczym jazda jedną nogą na deskorolce, a drugą na rowerze. Brzmi niedorzecznie? I niestety, ten film taki właśnie jest. Próbuje jednocześnie bardzo poważnie podejść do kwestii hejterstwa – jak potrafi namącić w głowie, jeśli nie ma się wsparcia nikogo bliskiego (świetna scena, kiedy dziewczyna w kapturze przechodzi przez rynek i „słyszy” szydercze śmiechy, które się nie wydarzają) oraz jak bardzo pełni kompleksów są autorzy tych komentarzy. Innymi słowy, mocno są tylko w gębie. Ale z drugiej całość jeszcze bardziej próbuje uczyć (co w sobie nie jest niczym złym) i robi to w dość nachalny sposób. Młodszemu widzowi może się to spodobać, ale dla mnie to aż za bardzo było wprost. Plus jeszcze kilka pobocznych wątków, które nie do końca są rozwinięte: domowe życie Delfiny, Piotr wracający na studia oraz prywatne śledztwo w celu namierzenia hejtera.

Z drugiej strony nie brakuje tu obecnego od początku humoru (każde wejście ciotki Marioli, która prowadzi auto niczym doświadczony kaskader lub członek „Szybkich i wściekłych”, drobny epizodzik Borysa Szyca czy przerażająco-groteskowej Doroty Pomykały), całkiem nieźle balansującego ton. Plus jak zawsze niezawodna obsada, z której najbardziej wybija się Amelia Fijałkowska (Delfina). Ale między naszą trójką (poza wspomnianą dziewczyną jeszcze jest Maciej Karaś i Patryk Siemek) nie ma aż tak mocnej chemii, co może wynikać ze zbyt małego czasu ekranowego razem.

Nie będę ukrywał, że trzecia część „Za dużego na bajki” wypada najsłabiej z całej serii. Gdzieś brakuje tego balansu między lekkością a mądrością, całość jest zbyt dydaktyczna oraz miejscami dialogi nie brzmią za dobrze. Porządnie wykonana, ale pozbawiona pewnego błysku część z finałem, który dla mnie dobrze zamyka tą historię. Kolejnego sequela raczej się nie spodziewam.

6/10 (ale takie na szynach)

Radosław Ostrowski

28 lat później – część II: Świątynia kości

UWAGA!
Tekst zawiera spojlery dotyczące fabuły „28 lat później”.

Chyba nikt tak szybko nie spodziewał się kontynuacji do „28 lat później”, czyli historii o tym, że człowiek człowiekowi zombie. Wynika to z prostego faktu: obydwa filmy były kręcone równocześnie. Jest to o tyle imponujące, że „Świątynię kości” nakręciła Nia DeCosta, a nie Danny Boyle. Czy to się jakoś odbiło mocno na jakości?

Akcja dzieje się troszkę po wydarzeniach z poprzedniej części. Nasz nastoletni Spike (Alfie Williams) trafił do grupy złośliwie po seansie nazywano Power Rangers pod wodzą Jimmy’ego (Jack O’Connell). Ale tak naprawdę Palce są brutalnym gangiem i jego lider to nawiedzony satanista, wymagający bezwzględnego posłuszeństwa. Chłopak nie bardzo radzi sobie z zaadaptowaniem się do nowego otoczenia, ale szansa ucieczki w zasadzie nie istnieje. W tym samym czasie doktor Kelson (Ralph Fiennes) ciągle siedzi w swojej samotni z czaszek, budując dziwną więź z niejakim Samsonem – Alfą z długimi włosami oraz ogromną posturą. Więź to może za dużo, bo lekarz wali w niego strzałkami z morfiną. Zaczyna jednak zauważać pewne zmiany w zarażonym, co może doprowadzić do zwalczenia wirusa.

Już od pierwszy scen widać poważną zmianę w stylu oraz reżyserii. DaCosta nie bawi się w szalony montaż Boyle’a, jednak pozostaje bardzo intensywnym kinem. W zasadzie mamy dwie historie, które przez większość czasu dzieją się obok siebie. W końcu jednak musi dojść do zderzenia brutalnej siły fanatyzmu i religijnej manipulacji z racjonalizmem. Nasz Spike zostaje zepchnięty na dalszy plan, próbując znaleźć swój wzorzec i kogoś dającego bezpieczeństwo w tym „dzikim” świecie. Kogo wybierze? Odpowiedź raczej nie zaskoczy, o ile jakiś wybór będzie.

Nie oznacza to jednak, że „Świątynia kości” nie jest horrorem. Każde pojawienie się zarażonego wywołuje niepokój, choć dość szybko są eliminowani. Jednak największa groza pojawia się podczas sceny w domku na wsi, gdzie gang wpada do środka i… udziela „łaski” jego mieszkańcom. Wtedy jest krwawo (w opór i bez znieczulenia), wręcz makabrycznie, co prowadzi do oczywistej konfrontacji. Nieoczywiste jest tu rozwiązanie z niemal tanecznym popisem lekarza do rytmu Iron Maiden (kapitalnie zmontowana i nakręcona z furią) oraz zaskakującym cameo. Nic więcej nie zdradzę, bo jest tu parę niespodzianek. Jeszcze bardziej jest tu podbite skojarzenie między światem po wirusie do pandemii i Brexitu, z grupką zagubionych dzieciaków, pozbawionych jakiejkolwiek nadziei oraz ludzi próbujących przetrwać. Wydaje się, że powrotu do przeszłości nie będzie.

Technicznie jest inaczej niż w pierwszej części, ale to stonowanie naprawdę działa. Jest tu parę time lapse’ów (przyspieszenia czasu), kamery „przyklejonej” do sylwetki, świetnej muzyki z lat 80. oraz zadziwiająco sporo humoru. Wygląda to wizualnie bardzo dobrze, z pięknymi zdjęciami i momentami wyciszenia. A wszystko na barkach trzyma Ralph Fiennes oraz Jack O’Connell. Pierwszy to lekarz żyjący przeszłością, wyznający zasadę memento mori i pełen pokory. Ten drugi, przypominający z wyglądu Jimmy’ego Savile’a (brytyjskiego dziennikarza, DJ-a oraz – jak się okazało po śmierci – seryjnym pedofilem), z dużym krzyżem na piersiach jest nieobliczalny, szalony i bardzo sprytny. W każdej chwili może zaatakować, bez mrugnięcia okiem, modląc się do ojca (Starego Nicka).

„28 lat później: Świątynia kości” może nie rozwija świata przedstawionego, ale DaCosta jest o wiele bardziej skupiona formalnie i tematycznie. Z bardzo satysfakcjonującym finałem, wyrazistymi postaciami oraz konfrontacją światopoglądową, które prowokuje do myślenia. Wielu mówi, że to najlepsza część serii – sam nie widziałem poprzednich części, by rzucić taką tezę – lecz na pewno świetnie uzupełnia się z poprzednikiem.

8/10

Radosław Ostrowski

Sisu: Droga do zemsty

Trzy lata temu poznaliśmy niejakiego Attamiego Korpi – fińskiego poszukiwacza złota, który okazał się złodupnym komandosem. Przekonała się o tym grupa nazistów, co chciała ukraść mu kruszec. Teraz nasz heros musi wrócić, choć już wojna się skończyła. Ale czy ona tak naprawdę się kończy? Dobra, bo zaraz zrobi się zbyt poważnie.

„Sisu: Droga do zemsty” dzieje się w roku 1946, kiedy to rozpętał się pokój. Wskutek niego Finlandia oddała część ziemi Związkowi Radzieckiemu. To właśnie tam wyrusza Korpi (Jorma Tormilla) ze swoim wiernym pieskiem, by rozebrać swój rodzinny dom i zbudować go po fińskiej stronie granicy. Żona i dzieci nie żyją, co jest zasługą Ruskich, a to obudziło w naszym herosie maszynę do zabijania. I dlatego Armia Czerwona nie chce Korpiego tak łatwo puścić, zaś schwytania/zabicia podejmuje się kat jego rodziny, Jegor Dragunow (Stephen Lang).

Reżyser Jalmari Helander nadal robi mieszankę spaghetti westernu z bardzo krwawym kinem eksploatacji lat 70. Dialogi w zasadzie są ograniczone do minimum, za to dostajemy imponującą przestrzeń i piękne krajobrazy. A także (znowu) brutalną grę w kotka i myszkę, gdzie Korpi będzie próbował uciec z łap Ruskich. A ci rzucą na jego stronę wiele: od prostych piechurów przez motocyklistów w metalowych zbrojach (nie, nie byłem pijany na sali) po samoloty. Jednak pokonanie niemal nieśmiertelnego herosa będzie zadaniem karkołomnym. O ile pierwsza część relatywnie trzymała się ziemi (poza finałowym odlotem – dosłownie i w przenośni), tutaj hamulce zostają puszczone już w pierwszej potyczce. I przekraczana jest granica między „to było cool” a „co tu się odjaniepawla?”. A w ruch idą wszystkie możliwe narzędzia: ciężarówka, granat wbity między szprychy motocyklu, kilof, dwie (!!!) pepesze i… rakieta. O akcji z czołgiem nie wspomnę.

Jednocześnie czuć tutaj inne inspiracje jak „Mad Mad: Na drodze gniewu” czy Indiana Jones, a jak się odnajdziemy w tej groteskowo-absurdalnej konwencji, zabawa potrafi być przednia. Nasz protagonista nadal jest milczący, bo wszystko wyraża swoją mimiką oraz posturą. Tormilla kolejny raz sprawdza się w roli zdeterminowanego i wściekłego, ale też zmęczonego gościa, który znowu musi walczyć oraz obudzić w sobie bestię. Jedynie w dwóch scenach pozwala sobie na bardziej emocjonalną reakcję: na początku (wchodząc do swojego domu) oraz w finale, którego NIE zdradzę. Obydwa momenty uderzają ze sporą siłą. Nie zawodzi także Stephen Lang z fałszywym akcentem jako twardy, bezwzględny Dragunow. Dwie brutalne, wręcz zwierzęce bestie w nieprawdopodobnym finale.

Choć druga część „Sisu” nie ustępuje w kreatywności oraz jeszcze bardziej podkręca absurdalność całej sytuacji, jest tylko troszkę słabsza. Jak się świetnie bawiliście przy poprzedniku, widok masakrowanych Ruskich powinien być równie satysfakcjonujący. Fiński dziadek Johna Wicka jest w formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zwierzogród 2

Chyba na żadną kontynuację w tym roku nie czekałem tak bardzo jak na drugą część „Zwierzogrodu”. Bardzo szeroka metropolia mieszająca wszystkie rasy antropomorficznych zwierząt dawała sporą przestrzeń do eksploracji. Plus nasz cudowny niedopasowany duet lis Nick Bajer/królik Judy Hops, którzy działają jako stróże prawa. Jak sobie poradzi nasz duet, którego zaczyna coś zgrzytać?

Bo Bajer to wygadany cwaniaczek, zaś Hops jest aż nadgorliwa w prowadzeniu spraw, nie potrafiąc odpuścić. Tym razem pakują się w o wiele poważniejszą intrygę niż poprzednio. Tym razem wszystko krąży wokół kodeksu Rysiowieckich – rodu założycielskiego miasta, które działa już od 100 lat. Z jakiegoś powodu rękę – nie dosłownie, lecz w przenośni – chce położyć pewien… wąż. Co jest dość niezwykłe, albowiem gady w mieście nie są zbyt powszechnym widokiem. Szczególnie te śliskie, co wiąże się z tajemniczą zbrodnią czasów założenia miasta. Więc nasza para (wbrew przełożonemu, kolegom i częściowo sobie) decyduje się rozwikłać zagadkę.

Wraca duet twórców Byron Howard/Jared Bush i wydawałoby się, że po tylu latach twórcy nie będą mieli zbyt wiele pomysłów na sequel. Bo znowu będziemy mieli komedię opartą na zderzeniu charakterów i kontrastach, przy użyciu stereotypów antropomorficznych zwierzątek? Pomyślcie jeszcze raz. Dość szybko wskakujemy do historii (po krótkim przypomnieniu zakończenia oryginału), gdzie w centrum znajduje się nasz duet. Między nimi nadal jest chemia, ale też są tarcia, które wystawią ich „współpracę” na wysoką próbę. Sama intryga pozwala odkryć inne lokacje jak rodzinna siedziba Rysiowieckich (rysie), górskie krajobrazy, mocno inspirowane Luizjaną dzielnica wodna czy pustynię. Miejscówki są zróżnicowane i pięknie wyglądające – szczególnie finał w opustoszałej dzielnicy gadów. Jednocześnie nie brakuje tu przykład jak bardzo łatwo można zmanipulować społecznością, by wywołać strach, wrogość i uprzedzenia. Szczególnie wobec jednostek wpływowych i przy władzy. Może historia bywa przewidywalna, jednak angażuje swoim tempem, bardzo kreatywnymi pościgami oraz satysfakcjonującym zakończeniem. Nie brakuje powrotu starych znajomych (pan Be, czyli kreci ojciec chrzestny; sprzedający lipne filmy Łasica; leniwiec Flash), lecz nie ma tu żerowania na nostalgii oraz parę zaskakujących odniesień (nie spodziewałem się w animacji Disneya… „Lśnienia” Kubricka). Z kolei nowi bohaterowie (podcasterka Gryzelda Klonowska, nie pasujący do rodziny Ryszard czy podejrzany wąż – Grześ Żmijewski) pięknie uzupełniają się i wnoszą sporo świeżości.

No i nie można nie wspomnieć o polskim dubbingu. Nieżyjącego już Wojciecha Paszkowskiego na stołku reżysera zastąpił Grzegorz Pawlak (głos Flasha), zaś dialogi tłumaczył Jakub Wecsile. Zachowano przekład nazwisk postaci i nazw własnych, które są dość kreatywne. Stare głosy wracają, w tym rewelacyjny duet Julia Kamińska/Paweł Domagała, których ciągle słucha się z przyjemnością. Z nowych głosów najlepiej wypadł zaskakujący Maciej Stuhr (Grześ Żmijewski), trzymający klasę Andrzej Grabowski (Krzesimir Rysiowiecki) oraz żywiołowa stand-uperka Wiolka Walaszczyk (Gryzelda Klonowska). Jest tutaj jeszcze parę zaskakujących epizodów, o których nie chcę mówić, ale odkrywanie ich jest dodatkową frajdą i wielokrotnie łapałem się na tym, że znam ten głos.

Czy warto było czekać na kontynuację „Zwierzogrodu”? Jak najbardziej tak. Twórcy tutaj czerpią w pełni z konwencji buddy movie, mają świetnie napisane postaci, sama animacja jest pełna uroku oraz szczegółów, zaś intryga angażuje. Film daje sporo frajdy najmłodszym oraz tym troszkę starszym, dorównując i nawet przebijając poprzednikowi. A to nie jest łatwa sztuka.

8/10

Radosław Ostrowski