Predator: Strefa zagrożenia

Dan Trachtenberg stał się zbawcą serii „Predator”, choć jego filmy powstały od razu na platformę streamingową. „Strefa zagrożenia” to pierwsza od czasów „The Predatora” część serii, która trafiła na ekrany kin i – co wielu wkurzyło – posiadał kategorię wiekową PG-13. Czyżby Disney chciał wykastrować największego myśliwego w galaktyce?

„Strefa zagrożenia” zaczyna się na planecie Yautia Prime, skąd na swoje safari wyruszają Predatory. Jednym z nich jest Dek (Dimitrius Schuster-Koloamantangi), który ma udowodnić swoją wartość jako wojownik. Wspierany przez brata i znienawidzony przez ojca wyrusza zdobyć swoje pierwsze trofeum. I decyduje się wyruszyć na Gennę, nazywaną planetą śmierci (żaden Predator nigdy stamtąd nie wrócił) oraz upolować Kaliska – groźną bestię, rzekomo nie do zabicia. Lądowanie na planecie jest twarde i nieprzyjemne, a wszystko i wszyscy chcą Deka zabić. Wtedy na drodze trafia na Thię (Elle Fanning) – pozbawioną nóg androidkę działu broni biologicznej korporacji Weyland-Yutani. Jej ekipa wpadła na Kaliska, co skończyło się niezbyt przyjaźnie.

Już tutaj czuć pewną zmianę tonalną, która mocno podzieli widownię. Reżyser zamiast krwawego i brutalnego horroru poszedł w kino przygodowe, gdzie to nasz Dek jest zwierzyną. Nie ma tu krwi, bo zamiast ludzi oraz polowania na Ziemi, by znowu dostać wpierdol od Wikingów, samurajów czy innego Schwarzeneggera, mierzy się z fauną i florą Genny. Sama planeta potrafi być jednocześnie różnorodna, zjawiskowo wyglądająca oraz bardzo niebezpieczna. Od momentu pojawia się Thii, „Strefa zagrożenia” wchodzi w znajomy ton buddy movie, choć nasza towarzyszka początkowo irytuje swoją gadaniną i humor wydaje się wymuszony. Nawet pojawia się pewien uroczy stworek, stający się towarzyszem. Zaraz, to tego Predatora robił Pixar czy inny Disney?

Choć nie mamy tutaj ludzkiej krwi ani przekleństw na ekranie, to jednak akcja jest brutalna, makabryczna oraz obrzydliwa. I reżyser świetnie filmuje akcję (próba zabicia bizona chodzącego po szklanej trawie) oraz buduje napięcie. Oraz poszerza świat samego wojownika Yautia, dając mu mowę, zupełnie inne zabawki (łuk i miecz). A jednocześnie sam Dek świetnie grany przez Schustera-Koloamantangiego oraz efekty komputerowe przechodzi ważną ewolucję. Od mrukliwego, szorstkiego wojownika napędzanego przez dumę, ambicję oraz toksyczną męskość po bardziej empatycznego, dbającego o „swoje stado” lidera. Świetnie uzupełnia go Elle Fanning w podwójnej roli: sympatycznej Thai oraz bardziej chłodną, skupioną na zadaniu Tessę (także androida, a rozpoznać je można po… brwiach).

Ze wszystkich trzech filmów z serii „Predator” od Dana Trachtenberga, to „Strefa zagrożenia” jest najsłabsza. Nie mam problemów ze zmianą tonu i konwencji, zaś uczynienie wojownika rasy Yautia protagonistą wnosi sporo świeżości. Zgrzytały we mnie nie do końca pasujące akcenty humorystyczne oraz krótkie momenty przestoju, niemniej to cholernie dobry kawał kina. Nie wiem, czy następną częścią będzie konfrontacja Predatora z Xenomorphem, jednak nadal jestem zaciekawiony dalszym ciągiem.

7/10

Radosław Ostrowski

Teściowie 3

Chyba nawet sam dramaturg Marek Modzelewski nie spodziewał się, że jego teatralny „Wstyd” i jego kinowa adaptacja w postaci „Teściów” wywoła taki ferment. Lekko satyryczne zderzenia mentalności „Warszawki” z Podlasiem na ślubie ich dzieci potrafi rozbawić, ale też ostro potraktować hipokryzję i puste przywiązanie do tradycji. Sukces był tak duży, że powstała kontynuacja, jednak zmiana reżysera mocno odbiła się na jakości. Jednak przy części trzeciej wraca reżyser Jakub Michalczuk i forma też jakby jest lepsza.

W „trójce” już tym razem ślubu nie będzie, bo już był. Do tego jeszcze panna młoda już zaciążyła i razem z mężem mieszkają w Niemczech. Ale teraz wracają młodzi, rodzice panny młodej – Wanda z Tadeuszem (Iza Kuna i Adam Woronowicz) oraz matka pana młodego, Małgorzata (Maja Ostaszewska). Już z mężem nie są razem, więc kobieta przyszła razem z przyjaciółką, Grażynka (Magdalena Popławska). Ku jej zaskoczeniu pojawia się także jej dawny partner, Andrzej (Marcin Dorociński) z Australii. Razem z… synem. Po co spotyka się cała rodzinka? Na urodzinach najmłodszego członka rodziny oraz… jego chrzcinach. A to staje się dla Małgorzaty prawdziwą iskrą w prochu.

Reżyser wraca do zderzenia dwóch przeciwstawnych światów, gdzie baty są serwowane obydwu stronom. I już od samego początku, gdzie mamy podobne długie ujęcie prowadzące na naszych gospodarzy przez kuchnię, czuć pewną świeżość. Znowu wracamy do tradycji i skrytych pozorów skonfrontowanych z tak szerokim otwarciem się na świat (wiedza o chorobach psychicznych oraz przyczynach, wiara w różne talizmany), że doprowadza to do totalnych idiotyzmów. Te spięcia (zwłaszcza wobec pań) mają w sobie tą znaną ostrość poprzedników. Ale jest w tym wszystkim zaskakująco sporo bardziej refleksyjnej nuty. Szczególnie widać to w wątku Andrzeja, który zaczyna (przynajmniej takie sprawia wrażenie) dojrzewać do ogarnięcia się. Jeszcze jest tu zamknięty w sobie Tadeusz, odkrywający paskudną tajemnicę Wandy, z którą będzie musiał się zmierzyć. W ogóle ostatnie 30 minut to najintensywniejsza farsa, jaką widziałem od dawien dawna, z masą przewrotek i zakrętów oraz bardzo satysfakcjonującego zakończenia.

A wszystko jest absolutnie rewelacyjnie zagrane. Ostaszewską z Kuną drą łacha tak mocno, że się już bardziej nie da, wycofany Woronowicz nadal budzi mnóstwo sympatii, zaś wracający Dorociński ma w sobie masę uroku. Wspólne sceny obu panów wywołują wiele śmiechu, także doprowadzając do najbardziej widowiskowej sceny filmu. Do tego miksu jeszcze wrzuceni zostają bardzo energiczny Wojciech Mecwaldowski (właściciel knajpy Marek Vajs) oraz niezawodna Magdalena Popławska (neurotyczna Grażyna), dodający sporo świeżej energii.

Trzecie spotkanie z „Teściami” jest powrotem do dobrej dyspozycji, choć muszę przyznać, że jest bardziej refleksyjna i skupiona na postaciach niż humorze. Nadal jest to inteligentna rozrywka, zrobiona z dużym wyczuciem, masą energii oraz cudownym aktorstwem. W zasadzie domyka całą serię, aczkolwiek nie miałbym nic przeciw kolejnej części.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nikt 2

Sequele to twardy orzech do zgryzienia. Jak dać jednocześnie coś znajomego, ale innego? Nie ma jednej konkretnej odpowiedzi, jednak najczęściej spotykany wariant to: podbić bardziej stawkę, zwiększyć skalę i zachować podobną intrygę. Tak postanowiono zrobić z przygodami pana Nikogo w „Nobody 2”.

Tym razem Hutch Mansell (Bob Odenkirk) wrócił do profesji, co polega na zabijaniu innych dla niejakiego Fryzjera (Colin Salmon). Powód? Bo jest w tym strasznie dobry i – wskutek działań z pierwszej części – ma ogromny dług do spłaty. Ale przez swoją profesję zaniedbuje swoją rodzinę, co budzi straszną frustrację. By ją przełamać decyduje się zrobić przerwę i wyruszyć na wakacje do Plummersville, gdzie znajduje się… wesołe miasteczko. Miejsce, które odwiedził jako dzieciak i nadal budzi w nim pozytywne wspomnienia. Ale na miejscu zostaje zderzony z rzeczywistością. Bo miejsce okazuje się szlakiem przemytniczym dla szefowej mafii (Sharon Stone), skorumpowanego szeryfa (Colin Hanks) i właściciela parku (John Ortiz).

Tym razem za kamerą stanął Timo Tjahjanto, czyli indonezyjski reżyser kina akcji znany najbardziej z „Przychodzi po nas noc”. I każdy kto widział przynajmniej jeden film akcji z Indonezji wie, że akcja jest u nich bardzo brutalna, intensywna oraz krwista do tego stopnia, iż może wywołać dyskomfort. Tutaj jednak sceny akcji są jednocześnie ostre, jednocześnie są kreatywne oraz… zabawne (bójka na statku, pierwsza konfrontacja Hutcha z lokalsami). Czuć tutaj rękę producentów „Johna Wicka” w choreografii i kaskaderce, zaś sama akcja jest płynnie sfotografowana oraz zmontowana. Zaś sam finał (niemal westernowy w duchu) jest bardzo efekciarski, z ogromną skalą, dając absolutną masę frajdy. Przy okazji twórcy próbując eksplorować temat trudnych relacji ojca i syna, gdzie ten pierwszy nie chce, by ten drugi poszedł jego ślady. Jakby przy okazji film pokazuje jakie reperkusje może dać przyniesienie „pracy” do domu i wpływ przemocy na najbliższy.

Jednak „Nobody 2” to nie dramat psychologiczny, tylko letni akcyjniak i jako taki naprawdę dowozi. Sam Odenkirk nadal dobrze prezentuje się jako niepozorny mistrz zabijania. Widać, że próbuje się powstrzymać, ale ciągle coś mu w tym przeszkadza. Równie świetna jest Connie Nielsen w roli żony, czy wracający na drugim planie Christopher Lloyd (ojciec Hutcha) oraz raper RZA (brat). Z kolei antagoniści może nie są aż tak wyraziści jak Julian z pierwszej części, ale też dodają sporo ognia i jest aż troje. Ortiz ma najwięcej głębi w roli właściciela parku, którego z Hutchem ma podobną przeszłość oraz obawę o swojego syna, Hanks jest śliski oraz przekonany o swojej sile, zaś Stone jako szefowa mafii jest totalnie przerysowana (dla mnie za bardzo) i ma masę frajdy z grania.

Drugie spotkanie z „Nikim” nie jest może aż tak zaskakujący jak pierwsza część, lecz pozostaje niezobowiązującym kinem rozrywkowym. Zgrabnie balansuje między krwawą jatką a humorem, całość jest pewnie wyreżyserowana, a Bob Odenkirk absolutnie błyszczy w roli niepozornego, aczkolwiek bardzo efektywnego i bezwzględnego zabijaki.

7,5/10

Radosław Ostrowski

John Rambo

Nikt chyba nie spodziewał się, że jedna z ikonicznych postaci w karierze Sylvestra Stallone’a powróci. Ale jak w 2006 roku odniósł sukces „Rocky Balboa”, czwarta część opowieści o weteranie z Wietnamie o imieniu John i nazwisku Rambo była nieunikniona. Po 20 latach za kamerą staje sam Stallone, który jest także współscenarzystą.

W zasadzie fabuła jest w pewnym sensie remakiem „dwójki”. Rambo (Stallone) nadal mieszka w Tajlandii, tym razem jednak nie pomaga mnichom i nie walczy na kije. Zamiast tego zbiera węże oraz robi za przewodnika łodzią. Jest o wiele bardziej cyniczny oraz zgorzkniały. Teraz go proszą o pomoc misjonarze, aby wysłał ich do ogarniętej wojną domową Birmą. Niechętnie i nie bez wahania, ale zgadza się na tą wyprawę. Ale ku niczyjemu zaskoczeniu, grupa zostaje schwytana. Tym razem nasz heros wyrusza razem z grupą najemników pod wodzą Brytyjczyka Lewisa (Graham McTavish). Ci są strasznie asekuranccy i jeśli wyczują zbyt mocne zagrożenie, chcą się wycofać. Jednak nie mieli przy sobie Rambo, co zmienia wszystko.

Stallone jako reżyser zaczyna całość od materiałów poświęconych okrucieństwu na Birmie, niby sugerując bardziej poważny ton. Sama historia nadal jest bardzo prościutka, wręcz pretekstowo-komiksowa, z bardzo oszczędnymi dialogami. Dużo jest tu uproszczeń, ale nie oglądamy takich filmów dla głębokich portretów psychologicznych czy rozważań na temat kondycji człowieka we współczesnym świecie. Tutaj liczy się akcja oraz bardzo obrazowa przemoc, a tej jest tu w nadmiarze. Co jest sporą zasługą birmańskiej armii sadystów, lubiącej zmuszać ludzi do chodzenia przez pole minowe (bo jak nie, to będzie rozstrzelanie), zmuszając dzieci do służby wojskowej albo atakując wioski z moździerza. Standardowe zagrywki sadystycznych wojskowych.

Ale już w drugiej połowie wszystko zaczyna krystalizować, zaś Rambo przejmuje dowodzenie. Stallone rzadko mówi, za to bardzo mocno używa łuku, noża oraz innych narzędzi zagłady. Szczególne w finale, gdzie super-żołnierz dokonuje jednej wielkiej rzeźni za pomocą ciężkiego karabinu maszynowego. Krew leje się wiadrami, ciała niemal są rozrywane na strzępy (studenci medycyny w tym momencie robią notatki na zajęcia z anatomii człowieka), nie brakuje eksplozji, zaś cała scena jest dziwacznie oczyszczająca. Tak samo satysfakcjonujące jest zakończenie, sugerujące odnalezienie spokoju udręczonej duszy wojownika.

Aktorsko jest przyzwoicie jak na tego typu kino. Stallone jest małomównym człowiekiem czynów, pozornie sprawiającym wrażenie obojętnego cynika. Reszta wypada solidnie, choć najbardziej z grona wybija się Graham McTavish jako najbardziej wyszczekany, chamski i klnący jak szewc Lewis oraz Matthew Marsden jako snajper School Boy. Ku mojemu zdumieniu powiem, że „John Rambo” to najlepszy sequel z serii. Najbardziej bezkompromisowy, wręcz ocierający się o kino eksploatacji, pełen pazurów, kłów i szponów, co wbijają się bardzo głęboko w skórę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Vinci 2

Juliusz Machulski to jeden z tych reżyserów, którzy towarzyszyli mi od bardzo dawna. Może nie od małego, lecz odkąd zacząłem świadomie oglądać kino. I przez bardzo długie lata był jednym z najlepszych twórców komedii. Od retro kryminału „Vabank” przez futurystyczną „Seksmisję” i „Kingsajz” aż po „Kilera” i „Vinci”. Jednak od kilkunastu lat ten twórca stracił to „coś”, co sprawiało, że jego filmu oglądało się z niezwykłą przyjemnością. Teraz jednak wraca do Krakowa w drugiej części „Vinci”, licząc na odzyskanie dawnej energii. Czy to mu się udało?

Minęło 20 lat od czasu legendarnej kradzieży „Damy z łasiczką” Leonardo da Vinci. Jeden z uczestników, Robert „Cuma” Cumiński (Robert Więckiewicz), obecnie spędza spokojny żywot emeryta w Hiszpanii. Żyje mu się dobrze i wygodnie z żoną. Zupełnie niczym bohater „Sexy Beast”, grany przez Raya Winstone’a, lecz spokój nie może trwać zbyt długo. Wtedy pojawia się niejaki Chudy (Mirosław Haniszewski), który proponuje mu robotę. Ma pomóc dwójce młodych w skoku, by wszystko poszło tip-top, jednak Cuma odmawia, ale Chudy zostawia mu dane. Tak na wypadek, gdyby jednak zmienił zdanie. Co oczywiście następuje, jednak na miejscu Chudy spławia Cumę informując, że propozycja roboty jest nieaktualna. Nasz bohater początkowo planuje wrócić do siebie, jednak urażona duma mu nie pozwala. Postanawia zostać, odkryć co ma zostać ukradzione oraz… powstrzymać kradzież.

Reżyser wraca do znajomej konwencji komedii kryminalnej, w której odnajdował się jak najlepiej oraz do Krakowa. Jednak co mnie najbardziej zaskoczyło to o wiele wolniejsze tempo i bardziej rozwleczoną historię. Bo niemal do samego końca nie wiemy, jaki jest cel oraz plan. Do tego mamy zadziwiająco sporo pobocznych wątków oraz powrotu paru starych znajomych. A zmieniło się tu wiele. Julian ksywa Szerszeń (Borys Szyc) został zwolniony z policji i pracuje jako ochroniarz w muzeum, zaś jego związek z Magdą (Kamilla Baar) rozpadł się przez picie. Werbus (Jacek Król) prowadzi firmę produkującą fajerwerki i dobiega 50-tki, zaś komisarz Wilk (Marcin Dorociński) teraz jest agentem FBI, jego miejsce w grupie ds. kradzieży przejął Kudła (Łukasz Simlat).

Odwołań i odniesień do poprzednika nie brakuje (oraz innych filmów Machulskiego), co samo w sobie nie jest niczym złym. Nie mogłem jednak pozbyć się wrażenia, że jest tu za dużo zbiegów okoliczności oraz brakowało mi mocniejszego uderzenia. Także humor nie wywoływał jakiś gwałtownych ataków. Jednak w drugiej godzinie nagle coś zaczyna powoli się zmieniać. Żarty stają się trochę lepsze, intryga zaczyna się krystalizować, zaś rozwiązanie (finałowy skok) oraz zakończenie dają pewną satysfakcję. Można nawet rzec, że jest efekciarskie. Aktorzy wypadają solidnie (najlepiej błyszczy pojawiający się w roli większego cameo Marcin Dorociński), ale brakuje tu jakiegoś mocniejszego uderzenia i błysku.

Drugie „Vinci” jest filmem, który zostawił mnie z mieszanymi odczuciami. Technicznie jest solidny, wygląda nie najgorzej, jednak dość ospałe tempo oraz chaotyczny początek ciągną całość w dół. To nie jest najgorszy film w dorobku Machulskiego („AmbaSSada” jest niepokonana), ale do najlepszych wiele brakuje i pewnie lepiej by się sprawdził na streamingu.

6/10

Radosław Ostrowski

Pan Wilk i spółka 2

Zazwyczaj sequele są traktowane jako łatwy, prosty i nawet bezczelny skok na kasę. Bardzo rzadko udaje się kontynuacja na poziomie poprzednika. Taki jest właśnie przypadek „Pana Wilka i spółki 2” – jednego z najlepszych heist movies ostatnich lat oraz najlepszej odsłony „Szybkich i wściekłych”.

Nasza szalona paczka bandziorów próbują przejść na dobrą stronę prawa. Jednak łatwo nie jest – o pracę jest bardzo ciężko, rachunki i czynsz stale rosną, co wywołuje silną frustrację. Jedynie Wąż sprawia wrażenie dziwnie zadowolonego: chodzi na jogę, trenuje i nie przejmuje się niczym. Co budzi pewne podejrzenia u pana Wilka. Ten zaczyna dostrzegać szansę na powrót. W okolicy szaleje złodziej zwany Widmowym Bandytą, który nie zostawia po sobie żadnego śladu. Schwytanie tego złodzieja wydawałoby się idealną szansą na rozpoczęcie nowego życia dla pana Wilka i spółki, więc planuje zasadzkę na ostatni cel – pas mistrza wrestlingu. Podejrzanym jest Wąż, ale na miejscu prawda okazuje się bardziej skomplikowana. Do tego ekipa Wilka zostaje wrobiona w kradzież, za którą stoi inny gang i zmusza grupkę do wspólnej akcji.

Reżyser Pierre Perifel wraca na stołek twórcy i od samego początku wskakujemy na szalone tory. Mamy fantastycznie zrobiony pierwszy skok z udziałem Włóczki (tarantula-hakerka) w Egipcie. Akcja jest bardzo intensywna, szalona, ze sporą ilością gwałtownych zbliżeń, masy kurzu i dymu (te efekty wyglądają niesamowicie) oraz slow-motion. Ekscytująca scena, która przeskakuje do – o wiele bardziej szarej – rzeczywistości. I film pokazuje jak bardzo niełatwo jest wyjść na prostą, zwłaszcza mając tak „sławną” przeszłość.

Sama intryga oraz główny plan jest poprowadzony w bardzo pomysłowy sposób. Nie tylko skala oraz stawka jest dużo większa, z kolei główna antagonistka (Kitty Kat) jest bardzo wyrazista, zadziorna oraz balansuje między sympatią a groźbą. Nadal siłą filmu pozostaje silna chemia między naszą paczką (anty)bohaterów, wizualne gagi oraz szalonymi twistami. Od próby zdobycia cennego zegarka po (dosłowny) lot w kosmos, gdzie Wilk ze spółką musi powstrzymać Kitty z kumpelami. Animacja wygląda bardzo imponująco, nawet jeśli nie jest to poziom przepięknego „Dzikiego robota”. Imponuje ilość detali (zwłaszcza w scenach kosmicznych), zmiany stylistyczne (krótkie przejście na ręcznie rysowaną kreskę) oraz zabawa chronologią czy szybkie cięcia montażowe. Trudno oderwać wzrok, zaś w tle gra jazzowo-elektroniczna muzyka Daniela Pembertona. W zasadzie trudno mi się tu w warstwie technicznej czy fabularnej przyczepić.

„Pan Wilk i spółka 2” jest pokazywany tylko z polskim dubbingiem, ale tutaj nie czuć dużego spadku jakości. Nadal za tłumaczenie odpowiada Bartosz Wierzbięta, zaś reżyserią zajęła się weteranka Joanna Węgrzynowska. Wraca obsada głosowa z poprzedniej części ze świetnym Szymonem Roszakiem na czele i nikt tutaj nie zawodzi. Nowością jest tu trio złodziejek, grane przez cholernie dobrą Annę Szymańczyk (Kitty Kat), zadziwiająco uroczą Olgę Szomańską (ptak Doom/Suzan) oraz Emilię Komornicką (hakerka Pigtail mówiąca z „rosyjskim” akcentem). Też czuć tutaj zgranie nowej ekipy, dodając troszkę więcej napięcia.

Chyba w ostatnich latach nie ma tak równego studia specjalizującego się w animacji jak DreamWorks, walące niemal hit za hitem („Pan Wilk i spółka”, „Kot w butach: Ostatnie życzenie”, „Dziki robot”, „Dog Man”). Nie inaczej jest z nową częścią przygód pana Wilka, dorównującej i nawet wręcz przebijającej pierwszą część, a zakończenie zostawia furtkę na ciąg dalszy. Nie wiem jak wy, ale na kolejną eskapadę eks-złodziei chętnie się wybiorę.

8/10

Radosław Ostrowski

28 lat później

Niebo gwiaździste nade mną, a zombie we mnie
Człowiek człowiekowi zombie

Wydawałoby się, że przez serię „Walking Dead” rynek produkcji z zombie jest przesycony. Niemniej żywe trupy nie chcą umrzeć, co pokazały choćby takie filmy jak „World War Z” czy „Apokawixa”. Teraz jednak wracamy do świata zombie szybkich oraz wściekłych, które stworzył reżyser Danny Boyle i scenarzysta Alex Garland w 2002 roku dzięki „28 dni później” (o nich kiedyś opowiem).

Jak sam tytuł mówi, minęło 28 lat odkąd wirus agresji zamienił ludzi w „zarażonych” – wściekłe bestie, pozbawione człowieczeństwa. Cała Wielka Brytania została oddzielona od świata kwarantanną, otoczona wojskiem i w zasadzie cofająca się w rozwoju. Nie ma Internetu, telefonów komórkowych, telewizji, nawet broni palnej. Z takiego miejsca nawet Snake Plissken nie dałby rady uciec. Znajdujemy się w małym miasteczku, znajdującym się na wyspie, gdzie droga jest dostępna tylko podczas przypływu. Tutaj mieszka Spike (debiutujący Alfie Williams) – 12-letni chłopak, wychowywany przez bardzo surowego ojca Jamiego (Aaron Taylor-Johnson) i chorującą matką Islą (Jodie Comer). Spike razem z ojcem wyruszają na ląd, by przejść etap inicjacji, czyli zabić zarażonego. Przy okazji dociera do niego informacja, że gdzieś tam znajduje się pewien lekarz, dr Kelson (Ralph Fiennes), choć podobno jest szalony. Niemniej dzieciak decyduje się zabrać do niego matkę, wymykając się z miasteczka.

Boyle z Garlandem kreują świat opustoszały i wyglądający niczym po apokalipsie. Ogromne przestrzenie przyrody z niemal opustoszałymi pozostałościami po ludzkiej cywilizacji: wyniszczone domy, stacja benzynowa, wykolejony pociąg. A wszędzie tylko zwierzęta oraz zarażeni zombie: od bardzo grubych oraz powolnych niczym żółw aż po alfy. Te ostatnie są silniejsze, większe i… inteligentne? Skąd to się wzięło? Do tego chodzą kompletnie bez niczego (sama skóra, kości oraz organy rozrodcze), a nawet mogą się… zapładniać? Skąd to się wzięło i jak? Po drodze jeszcze nawiną się żołnierze z rozbitego statku, wściekła alfa zwana Salomonem oraz cały na brązowo Kelson. Niby tempo jest powolne, jednak całość jest bardzo intensywna, z nerwowymi ruchami kamery, wręcz bardzo dzikim montażem (zabijanie zombie, gdzie w chwili trafienia mamy krótką stopklatkę i zmiana perspektywy). Najbardziej kreatywnie zmontowaną sceną jest moment opuszczenia wyspy przez Spike’a i Jamiego, gdzie mamy recytowany w tle wiersz Rudyarda Kiplinga „Buty” przeplatane z archiwaliami i fragmentem filmu ze strzelającymi łucznikami. Aczkolwiek muszę przyznać, że wybijały mnie z filmu sceny nakręcone na czerwonym filtrze.

A to wszystko jest fantastycznie zagrane. Imponujące wrażenie robi debiutujący Alfie Williams w roli Spike’a. Chłopak budzi sympatię od samego początku, przechodząc inicjację i zderzając się z nieznanym, obcym światem. A to, co zobaczy zrobi na nim potężne wrażenie. Wszystkie bardziej emocjonalne momenty wygrywa bezbłędnie, szczególnie razem z Jodie Comer (Isla), stanowiące serce tego filmu. Równie świetny jest Taylor-Johnson, czyli szorstki ojciec, próbujący przygotować syna na nieznane. Tym wielka szkoda, że ta postać pojawia się w zasadzie w pierwszym akcie, po czym znika. Wtedy jednak pojawia się (na krótko) Ralph Fiennes, wyglądający niczym Marlon Brando w „Czasie Apokalipsy”. Jego postać najbardziej fascynuje i stanowi sporą tajemnicę, w końcu to lekarz przebywający na odludziu, który jakimś cudem przetrwał epidemię. Staje się on kolejną ważną postacią dla Spike’a, ucząc go o śmierci.

Sam film jest początkiem nowej trylogii osadzonej w świecie „28 dni”, co tłumaczy pewne niewyjaśnione tajemnice. Boyle z Garlandem są szaleni i mają jaja, choć nie wszystkim to podejdzie. Tak samo jak zakończenie, które wywołało we mnie konsternację. Niemniej ta szalona zabawa formą czyni „28 lat później” jednym z intensywniejszych horrorów ostatnich lat. Wyczekuję ciągu dalszego, który ma nastąpić na początku przyszłego roku.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Rambo III

Trzecia część przygód niejakiego Johna Rambo powstała, bo poprzednia część zarobiła strasznie dużo kasy. Zauważono potencjał na franczyzę i kontynuowano drogę naszego herosa od złamanego przez PTSD żołnierza po jednoosobową maszynę do zabijania. Tylko wojna w Wietnamie się skończyła dawno, więc gdzie tym razem ruszyć? Odpowiedź jest zadziwiająco prosta.

Nasz Rambo (Sylvester Stallone w fizycznej formie godnej olimpijczyka) przebywa gdzieś w Tajlandii. Pomaga buddyjskim mnichom w ich klasztorze, naprawiając różne rzeczy. Żeby jeszcze mieć pieniądze oraz rozładować siedzącą w nim przemoc, bierze udział w walkach na kije za pieniądze. To właśnie po takiej walce odnajduje go stary znajomy, pułkownik Trautman (Richard Crenna). Wyrusza do Afganistanu, gdzie od wielu lat tamtejsi partyzanci walczą z wojskami radzieckimi i chce wziąć Rambo ze sobą. Ten jednak odmawia, więc oficer wyrusza sam dostarczyć broń. Niestety, od razu po przekroczeniu granicy wpadają w zasadzkę przygotowaną przez Sowietów. Na wieść o tym, nasz wojak-pacyfista wyrusza do Afganistanu w towarzystwie Mousa Gannina (Sasson Gabai). Cel: odbić Trautmana z fortecy, gdzie stacjonuje oddział Sowietów pod wodzą pułkownika Zaysena (Marc de Jonge).

Tym razem za kamerą stanął Peter MacDonald – bardzo doświadczony operator oraz drugi reżyser, czyli facet odpowiedzialny za kręcenie sekwencji akcji. Tą ostatnią funkcję pełnił m.in. przy „Imperium kontratakuje”, „Batmanie”, „Tango i Cash”, a nawet pierwszych „Strażnikach Galaktyki”. A także przy „Rambo II”, gdzie odpowiadał za sekwencje lotnicze. I już od pierwszych scen widać, że ta część wygląda lepiej wizualnie. Historia jest nadal prosta jak konstrukcja cepa, gdzie Rambo staje się zbawcą świata. To jest wręcz komiks – Ruscy są źli, dowódca jest przerysowany, zaś żołdacy to idioci (widziałem organizmy jednokomórkowe, które były mądrzejsze), a Afgańczycy są albo ofiarami ataków, albo heroicznymi wojownikami. I w środku tego kotła jest małomówny człowiek czynu Rambo.

Sama akcja jest przewidywalna i bardzo efekciarska, ale ma o większą skalę oraz jest lepiej wykonana. I nie chodzi tylko o ilość eksplozji, ale o samą skalę. Mamy helikoptery, czołgi, mudżahedinów na koniach z karabinami (w sensie mudżahedini mają karabiny, nie konie), forteca niczym ze średniowiecza. Wydaje się to bardziej dopieszczone, o wiele płynniej zmontowane oraz z epicką muzyką Jerry’ego Goldsmitha. Nadal pojawiają się pewne głupoty (gra w cykora między czołgiem a helikopterem zakończona czołówką czy atakujący znikąd Rambo z „szóstym zmysłem”), wjeżdża miejscami patos, a niektóre teksty i żarty są strasznie suche.

W dużym skrócie jest to lepiej wykonana „dwójka”, która dostarczy więcej frajdy fanom rozrywkowego kina akcji. Bo umówmy się, takich produkcji nie ogląda się dla fabuły, głębokich portretów psychologicznych czy złożonego pokazania rzeczywistości. Dzieło MacDonalda to destylat kina akcji lat 80. w stanie czystszym niż jakikolwiek spirytus. I tak samo mocny.

7/10

Radosław Ostrowski

Superman: Powrót

Do zobaczenia za 20 lat – tymi słowami zwrócił się Superman do Lexa Luthora w czwartej części przygód Człowieka ze Stali. Nikt jednak nie spodziewał się, że niemal te słowa okażą się prorocze. Bo niecałe 20 lat od katastrofalnego „Superman IV” największy harcerzyk kina superbohaterskiego wrócił. Po dwóch nieudanych próbach kontynuacji, z błogosławieństwem samego Richarda Donnera oraz znanym z serii „X-Men” reżyserem Bryanem Singerem na pokładzie. Mimo sporego budżetu i całkiem niezłych wyników box office, film wydaje się zapomniany wśród fanów kina superbohaterskiego.

Akcja „Superman: Powrót” zaczyna się pięć lat po wydarzeniach z drugiej części, kompletnie ignorując pozostałe. Superman (debiutujący Brandon Routh) zniknął z Ziemi. Przyczyną były informacje od astronomów o odnalezieniu resztek planety Krypton. Ale naszemu herosowi nie udaje się znaleźć nikogo żywego z jego pobratymców. Teraz wraca na Ziemię, gdzie świat bardzo mocno się posunął do przodu. Lois Lane (Kate Bosworth) zdobyła nagrodę Pulitzera, ożeniła się z siostrzeńcem naczelnego Daily Planet, Richardem Whitem (James Marsden) i ma pięcioletniego syna. Z kolei Lex Luthor (Kevin Spacey) wymknął się sprawiedliwości, a teraz zaczyna znowu knuć. Zgadnijcie kto go może powstrzymać?

Film Singera to dość dziwna bestia. Z jednej strony jest to sequel, w zasadzie można nazwać go „Superman V”, lecz z drugiej jest w pewnym sensie… remakiem klasyka Donnera. Reżyser mocno odnosi się do filmu z 1978 roku, zarówno w kwestii dialogów, inspirowanych scen, jak i głównego planu Luthora (lekko zmodyfikowany, ale ogólny szkielet jest identyczny). Niby próbuje dorzucić coś od siebie, ale w zasadzie jedynym elementem był… syn Supermana, o którego istnieniu przypadkowo odkrywa łysy geniusz zbrodni. Akcji jest zaskakująco niewiele (najbardziej zapada w pamięć ratowanie samolotu pasażerskiego czy ułożenie spadającej kopuły Daily Planet na ziemię), wszystko w szaro-burych, niemal wypranych kolorach (próbuje być na siłę realistyczny wizualnie) i bardzo się wlecze. Nawet scenografia (poza siedzibą Daily Planet i Smallville) nie rzuca się za mocno w oczy. Brakuje tutaj jakiegoś ognia, emocji i zaangażowania. Sytuację częściowo ratuje fantastyczna muzyka Johna Ottmana, wykorzystująca ikoniczny motyw Johna Williamsa oraz niezły montaż.

Sama obsada jest dość nierówna mieszanka. Brandon Routh jako Superman/Kent przypomina fizycznie Christophera Reeve’a, ale scenariusz oraz dialogi ciągną go mocno w dół. Do tego w scenach latania nasz Supek jest zrobiony w CGI i wygląda niczym figura woskowa (szkoda, bo reszta efektów specjalnych jest cholernie dobra). Za to ogromnym rozczarowaniem jest Kate Bosworth w roli Lois Lane – absolutnie sztuczna, egoistyczna, znowu wciśnięta do roli damy w opałach. Co gorsza, między nią a Routhem chemia postanowiła zrobić sobie wolne, przez co kompletnie się nie wierzy w ten związek. Za to absolutnie świetny jest Kevin Spacey w roli Luthora – odpowiednio teatralny, opanowany i jednocześnie ma najwięcej frajdy z grania. Reszta aktorów (Frank Langella, Parker Posey, James Marsden) wypada przyzwoicie, ale nic ponadto.

To nie jest taki powrót na jaki fani Supermana czekali. Singer nie może się zdecydować czy robi kontynuację, czy remake, przez co film stoi w dużym rozkroku. Historia nie powala, dialogi są najwyżej średnie, warstwa wizualna lekko szara, a aktorstwo jest tylko troszkę powyżej średniej. Był rozważany plan kontynuacji, lecz dostaliśmy w zamian reboot od Zacka Snydera. I wiemy jak to się skończyło.

6/10

Radosław Ostrowski

Superman III

Trzeci film o Supermanie był w planach po sukcesie poprzedników, jednak na kontynuację trzeba było czekać trzy lata. Salkindowie mieli różne pomysły, w tym udział wrogów z kosmosu, ale więcej do powiedzenia miało Warner Bros. Wrócił za kamerę Richard Lester oraz poprzedni scenarzyści (David i Leslie Newman), a także Christopher Reeve w roli Człowieka ze Stali. Jednak tutaj ewidentnie coś się tu wykoleiło.

„Trójka” w zasadzie jest osobną opowieścią, nie powiązaną z poprzednimi częściami. Tutaj Clark Kent (Christopher Reeve) wraca do Smallville na zjazd absolwentów, więc spędza o wiele mniej czasu w Metropolis. Wydaje się to całkiem fajnym powrotem na stare śmieci oraz pierwszej miłości, Lany Lang (Annette O’Toole). I ku ich zdumieniu nadal coś między nimi iskrzy. Jednak pojawia się pewien nowy wróg, czyli chciwy biznesmen, Ross Webster (Robert Vaughn). Jak na potentata chce mieć monopol na wszystko: od kawy po ropę naftową. Do tego zmusza szantażem jednego ze swoich pracowników, Gusa Gormana (Richard Pryor), który także zarąbał troszkę kasy z firmy dla siebie.

Lester był bardzo znany ze slapsticku i ten humor uderza niemal od samego początku, gdzie poważne sytuacje (napad na bank) przeplata się z masą pomyłek: wyrwanie się psa-przewodnika niewidomemu, poślizgnięcia, spadająca na głowę farba, zapchany wodą samochód itp. I to wydaje się jakieś takie wybijające, jakby kompletnie przyklejone na siłę. Jak choćby, gdy Gorman próbuje włamuje się do satelity (lekko podchmielony) przy okazji doprowadzając do m. in. zepsucia sygnalizacji świetlnej (symbole ludków zaczynają się bić) czy awarii światła. Co gorsza nawet poważne czy pełne uroku momenty są przez tani żart torpedowane jak choćby piknik Clarka z Laną.

Sama intryga jest dość prosta, jednak Superman w zasadzie jest tu tłem. Twórcy więcej czasu spędzają na postaci granej przez Richarda Pryora i jest to dziwny taniec, w którym motywacja i portret psychologiczny jest co najmniej niespójny. Z jednej strony pozbawiony pracy, nagle okazuje się utalentowanym specem od komputerów, co chce dużo zarobić, jednocześnie jest łatwo podatny na manipulację i szantaż, by w finale pokazać się z dobrej strony. Próbuje się tez z niego robić trochę błazna, lecz to zwyczajnie nie działa. Nawet jak pojawiają się potencjalnie ciekawe pomysły (zbyt duża ufność w komputery oraz coś na kształt AI czy „zły” Superman), zostają one ledwo liźnięte i niewykorzystane. Szczególnie kwestia naszego herosa, przechodzącego na ciemną stronę, dawała duże pole manewru. Ale ponieważ film ma kategorię PG, ta postać nie wywołuje takiego zamieszania oraz chaosu, jaki mógłby zrobić (zamiast przestawić krzywą wierzę w Pizie na prostą czy zdmuchując znicz olimpijski). Muszę jednak przyznać, że walka Kenta ze swoją ciemną stroną na złomowisku jest jednym z nielicznych momentów angażujących emocjonalnie. Tak samo jak finałowa konfrontacja z superkomputerem, gdzie jedna z postaci staje się… cyborgiem (przerażający moment). Jednak poza tym, całość to ogromny krok w tył, jeśli chodzi o historię czy ton.

Aktorsko nadal jest całkiem dobrze. Reeve chyba tutaj wygląda najlepiej fizycznie, zaś granie Człowieka ze Stali weszło mu w krew. I potrafi zaskoczyć, pokazując bardzo przekonująco „złą” inkarnację. Ale prawdziwym odkryciem była dla mnie Annette O’Toole oraz jej bardzo silna chemia z Reevem. Jej Lana ma w sobie zarówno masę uroku (wnosząc troszkę świeżości), ale też odrobina zwyczajności. Uwielbiam zarówno scenę pikniku, jak i nakręcony w jednym ujęciu moment wspólnego sprzątania po zjeździe, gdzie kobieta zaczyna mówić o poczuciu niespełnienia. Chciałbym więcej takich momentów, bo dodają one większego ciężaru oraz zaangażowania. Z kolei Pryor robi, co może, by ożywić swoją postać, lecz scenariusz podcina mu skrzydła. Przyzwoicie wypada Robert Vaughn, ale dla niego granie opanowanych antagonistów to łatwizna.

Trzeci „Superman” jest sporym krokiem wstecz. Nadal jest parę dobrze zrobionych scen akcji (pożar fabryki chemikaliów czy finałowe starcie), sceny latania są solidne, a aktorzy starają się wyciągnąć maksimum z materiału. Jednak Lester na siłę pcha całość w stronę (niezbyt zabawnej) komedii, zaburzając ton i niemal rozsadzając warstwę emocjonalną. Spory zawód, choć najgorsze dopiero przede mną.

5,5/10

Radosław Ostrowski