John Huston – 5.08

hustonReżyser, scenarzysta, aktor, producent.

Urodził się 5 sierpnia 1906 roku w Nevadzie. Syn aktora Waltera Hustona oraz komentatorki sportowej Rhei Gore. Kiedy miał sześć lat, jego rodzice rozwiedli się, a sam John uczył się w szkołach z internatem. Jako dziecko chorował z powodu wielkiego serca oraz nerek. W wieku 15 lat rzucił szkołę i zaczął trenować boks. Oprócz boksu interesował się malarstwem, operą, literaturą angielską i francuską, baletem oraz jazdą konną. Zanim zaczął karierę filmowca, zaczął pisać. Najpierw była sztuka „Frankie i Johnny” (oparta na popularnej piosence), a potem publikował swoje opowiadania w Esquire, Theatre Arts oraz New York Times. Dzięki wpływom ojca trafił do branży filmowej, najpierw jako dialogista m.in. przy „Wyroku morza” (1931), „Zabójstwie przy Rue Morgue” (1932) czy „Law & Order” (1933).  Przy pierwszym filmie poznał reżysera Williama Wylera, który stał się jego mentorem i przyjacielem. W tym czasie Huston lubił sobie zabawić i wypić. Okres ten dla filmowca skończył się w momencie, gdy spowodował on wypadek samochodowy, w którym śmierć poniosła aktorka Tosca Roullien. Huston musiał opuścić Hollywood i przeniósł się do Londynu oraz Paryża.

Na szczęście po kilku latach John Huston wrócił do Ameryki i znów zaczął pracę już jako scenarzysta. Tworzył fabuły m.in. do filmów „Jezebel – dzieje grzesznicy” (1937), „Juarez” (1939), „Eksperyment doktora Ehricha” (1940) czy „Sierżant York” (1941). Dwa ostatnie skrypty przyniosły Hustonowi nominacje do Oscara oraz uznanie środowiska. W końcu zdecydował, że spróbuje swoich sił jako reżyser. Ale jego szefowie (wytwórnia Warner Bros.) postawili mu warunek: jego następny scenariusz musi być wielkim hitem. Na szczęście „High Sierra” w reżyserii Raoula Walsha spełniła ten warunek, a Huston zaczął karierę reżyserską. I już swoim debiutanckim „Sokołem maltańskim” zwrócił uwagę całego środowiska. Zdążył jeszcze nakręcić dwa filmy („Takie nasze życie” i „Przez Pacyfik”), kiedy w 1942 roku wstąpił do armii. Służył jako filmowiec, kręcąc filmy dokumentalne. Służbę zakończył w 1946 roku w randze majora.

Sam Huston był czterokrotnie żonaty, a z tych związków miał troje dzieci (adoptowanego syna Pablo, córkę Anjelikę – aktorkę oraz syna Tony’ego – obecnie adwokat). Zmarł 28 sierpnia 1987 roku w swoim domu w Middletown na rozedmę płuc.

Reżyser spośród nagród miał na swoim koncie 2 Oscary (i 11 nominacji), 3 Złote Globy (i 5 nominacji), nominację do BAFTY, Złotego Niedźwiedzia, Złotej Palmy, Złotej Maliny oraz Złotego Lwa za całokształt twórczości na MFF w Wenecji (do samej nagrody był nominowany 4 razy), a także Nagrodę Amerykańskiej Gildii Reżyserów za całokształt (do samej nagrody był nominowany 7 razy).

A oto ranking obejrzanych przeze mnie filmów Johna Hustona ułożone od najsłabszego do najlepszego. Zaczynamy.

Poza zestawieniem:
Casino Royale (1967)

Ta wariacja na temat przygód Jamesa Bonda (David Niven), który musi wrócić z emerytury do służby to jakaś totalna hybryda. Mieszanka absurdalnego humoru, seksualnych podtekstów, sensacji jest strasznie nierównym rollercoasterem, balansującym między błyskotliwością a żenadą. Niby poważne, a jednocześnie lekkie. Jednak scenariusz pisało ponad 10 osób, co musiało skończyć się chaosem i bałaganem. Filmu nie umieszczam w głównym rankingu, bo Huston był tylko jednym z pięciu reżyserów tego dziwadła – odpowiadał za sekwencje otwierające całość. Recenzja tutaj.

Miejsce 29. – Zbereźnik (1969) – 4/10

W założeniu to miała być łotrzykowsko-przygodowa komedia o drobnym złodziejaszku, który pragnie sławy. Sławy w swojej profesji, tylko że los ciągle z niego kpi. Humor oparty tutaj na slapsticku nie zawsze działa, fabuła jest przewidywalna i nieangażująca, zaś kilka scen rozebranych jest tu tylko po to, by przykuć uwagę oraz zrobić reklamę. Sytuację ratuje tylko grający główną rolę John Hurt, już tutaj pokazując swoje predyspozycje do zawodu. Recenzja tutaj.

Miejsce 28. – Barbarzyńca i gejsza (1958) – 5/10

Kto wpadł na tak niedorzeczny pomysł, żeby obsadzić Johna Wayne’a w roli pierwszego amerykańskiego konsula na japońskiej ziemi? Rozumiem, że chodziło o pewne przełamanie wizerunku, jednak efekt jest katastrofalny. Ale i sama historia pokazana z perspektywy przydzielonej politykowi gejszy wydaje się strasznie płytka oraz nieangażująca. Widać tutaj spięcia między reżyserem a wytwórnią (Huston chciał nawet wycofać swoje nazwisko z filmu, ale się nie udało), Wayne się dusi, zaś parę scen pokazujących obyczajowość Japończyków nie wystarczy. Podobnie jak scenografia oraz kostiumy. Recenzja tutaj.

Miejsce 27. – Przez Pacyfik (1942) – 5,5/10

Ten film chyba sam nie do końca wie, czym chce być. Punkt wyjścia jest obiecujący: kapitan Leland zostaje wydalony ze służby i trafia jako marynarz na statek. Tam pojawia się dość jowialny dr Lorenz oraz Albertę Marlow. A powoli zaczynamy odkrywać prawdziwy cel Lelanda, który jest szpiegiem. Sam film to dość dziwaczna hybryda, bo mamy kino szpiegowskie, romans pełen ciętych dialogów i klimat kina noir. Tylko, że te elementy nie spajają się ze sobą, zaś intryga nie wciąga, pozbawiona napięcia. Ale na szczęście jest niezawodny Humphrey Bogart oraz parę docinków między nim a Mary Astor, co czyni film strawnym. Recenzja tutaj.

Miejsce 26. – Człowiek Mackintosha (1973) – 6/10

Tutaj reżyser próbuje wejść w kino szpiegowskie zmieszane z kryminałem. Joseph Rearder zostaje zatrudniony przez szefa wywiadu brytyjskiego do kradzieży diamentów. Mimo sukcesu akcji, mężczyzna zostaje aresztowany, zaś w tym samym więzieniu przebywa oskarżony o szpiegostwo, a do gry włącza się syndykat zbrodni. Sama intryga jest dla mnie największym problemem: wiele rzeczy jest tłumaczone dialogi, bo inaczej można się w tym wszystkim pogubić. Nieczytelność intrygi drażni, ale nie brakuje mocnych scen jak ucieczka z więzienia, pościg samochodowy czy przewrotny finał. No i jeszcze Paul Newman, jak zawsze magnetyzujący, lecz film kradnie Dominique Sanda. Recenzja tutaj.

Miejsce 25. – Sędzia z Teksasu (1972) – 6/10

Bandyta Roy Bean po otarciu się o śmierć, decyduje się zostać sędzią w miasteczku. Debiutancki scenariusz Johna Miliusa zostaje nie do końca wykorzystany do końca. To chyba miał być taki westernowy odpowiednik „Lawrence’a z Arabii”, gdzie bohater (świetny Paul Newman) planuje stworzyć swoją wizję porządku i cywilizacji. Tylko, że to wszystko wydaje się miejscami mocno abstrakcyjne, wręcz groteskowe (scena, gdzie bohater z przyszłą żoną idą na piknik z… niedźwiedziem), pełne dziwacznego humoru. Dla mnie ta historia jest strasznie rozpasana, a finał wydaje się mętny. Niemniej jest w tym coś intrygującego. Recenzja tutaj.

Miejsce 24. – Biblia: Początek świata (1966) – 6/10

Hustona spojrzenie na pierwsze zdarzenia z Księgi Rodzaju. Wiec nie jest to adaptacje pełnego tekstu literackiego bestsellera wszech czasów. Muszę przyznać, że ten inscenizacyjny rozmach nadal tej epoki. Nie jestem w stanie uchwycić jak powstały takie sceny jak stworzenie świata czy potopu. To nadal wygląda świetnie, wrażenie robi muzyka Toshiro Mayzumiego oraz gwiazdorska obsada. Problem jednak w tym, że brakuje tutaj jakiegoś spoiwa, łączącego wszystkie wydarzenia i wątki. Recenzja tutaj.

Miejsce 23. – Nie do przebaczenia (1960) – 6/10

Film na ważny temat, który nie do końca zostaje wykorzystany. Bo mamy rodzinę na Dzikim Zachodzie, nawiedzaną przez tajemniczego nieznajomego. Seniorka rodu skrywa pewną poważną tajemnicę związaną przez córkę. Tutaj można było chwycić za kwestie rasizmu (dziewczyna okazuje się… Indianką), która doprowadza do zerwania więzi budowanych przez lata. Tylko, że ten temat jest ledwo liźnięty i potrafi zbyt lekko. A nawet Burt Lancaster i Audrey Hepburn nie są w stanie do końca wytrzeć tego wrażenia. Recenzja tutaj.

Miejsce 22. – – Takie nasze życie (1942) – 6,5/10

Film zrealizowany po debiucie, ale idący w inną stronę niż zwykle. Historia bardzo obyczajowa skupiona na dwóch siostrach oraz ich dylematach. Jedna jest bardzo rozpieszczoną, wręcz czerpiącą z życia garściami, druga wydaje się bardziej stąpająca po ziemi. Wszystko się zmienia, kiedy bardziej rozrywkowa siostra bierze za męża… narzeczonego swojej siostry. Zaskakująco kameralny i spokojny film, który jest dobrze zagrany. Ale problem w tym, że ta historia była niezbyt angażująca, może poza wątkiem związanego z wypadkiem. Czuć tutaj dylemat oraz ciężar. Recenzja tutaj.

Miejsce 21. – Szkarłatne godło odwagi (1951) – 6,5/10

Strasznie krótki dramat wojenny. Film opowiada o młodym chłopaku, który ucieka podczas pola bitwy. Zamiast scen batalistycznych jest tu kameralny konflikt, który jest nawet sensownie poprowadzony i wybrzmiewa. Czuć nastroje każdego z żołnierzy, a pytanie o granicę między odwagą a szaleństwem. Troszkę czuć dydaktyzm, brakuje jakiś znanych twarzy, co dodaje realizmu. Ale szkoda, że nie ocalały pełne materiały, bo brakuje jakiegoś większego rozmachu. Recenzja tutaj.

Miejsce 20. – List na Kreml (1970) – 7/10

To jeden z najbardziej gorzkich filmów w karierze reżysera. Grupa szpiegów CIA zostaje wysłana do Moskwy, by odzyskać list wysłany na Kreml. Sama intryga jest tutaj bardzo skomplikowana i wymaga skupienia, gdyż inaczej można się w tym pogubić. Samy morderstwa, próby uwodzenia, kradzież, szantaż oraz ciągła gra, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać. Gdzie prywatny interes jest ważniejszy niż dobro kraju. Recenzja tutaj.

Miejsce 19. – W zwierciadle złotego oka (1967) – 7/10

Zrobienie dobrego filmu według ambitnej literatury zawsze jest wyzwaniem. Nie inaczej jest z adaptacją powieści Carson McCullers, skupionej wokół kilku osób na terenie bazy wojskowej. major tłumiący swoje homoseksualne zapędy, jego żona zdradzająca go z przyjacielem, żona przyjaciela straciła dziecko. No i jeszcze szeregowy Williams, który lubi podglądać. Dużo jest niedopowiedzeń, atmosfera fatalistyczna, która musi skończyć się tragedią. Aktorstwo jest mocne, zdjęcia w złotym filtrze, tylko czasem trudniej wejść w głowę każdego z bohaterów. Recenzja tutaj.

Miejsce 18. – Mądrość krwi (1979) – 7/10

Film duchem przypominający kino niezależne. To opowieść o młodym człowieku (kompletnie zaskakujący Brad Dourif), który zostaje ulicznym kaznodzieją. Filmy dotykające kwestii wiary i religii są strasznie trudne, ale ta opowieść osadzona w realiach Południa (bieda, nędza, podniszczone budynki) działa i potrafi poruszyć. Retrospekcje mogą wywołać dezorientację, ale są istotne do zrozumienia naszego bohatera. Człowieka, który zwątpił i jest szczery w swoich przekonaniach, lecz na świecie wielu religijnych mówców jest. Recenzja tutaj.

Miejsce 17. – Afrykańska królowa (1982) – 7/10

Film uznawany za klasykę kina przygodowego. Tytułowa królowa to statek należący do marynarza Charliego Allnuta (nagrodzony Oscarem Humphrey Bogart). Właśnie nim płynie razem z mężczyzną siostra misjonarza, których placówka została zlikwidowana. Bardziej jest to zderzenie dwójki charakterów niż kino survivalowo-przygodowe, jednak chemia między Bogartem a Katherine Hepburn troszkę wynagradza pewną teatralność filmu. Recenzja tutaj.

Miejsce 16. – Annie (1982) – 7/10

Jedna z większych niespodzianek tego zestawienia, czyli musical z dziećmi w rolach głównych. Reżyser już nie młody, ale podołał zadaniu. Jest to opowieść o zaradnej dziewczynie z domu dziecka, która trafia do domu bogatego biznesmena. Może opowieść wydaje się troszkę naiwna, a choreografia scen tanecznych wydaje się prosta, ale w tej naiwności jest największa siła. Dzieci grają i śpiewają świetnie, piosenki zapadają w pamięć, zaś śpiewający Albert Finney to prawdziwa rzadkość. Recenzja tutaj.

Miejsce 15. – Lista Adriana Messengera (1963) – 7/10

Pisarz Adrian Messenger prosi o pomoc emerytowanego oficera wywiadu, by sprawdził kilka nazwisk. Następnie ginie. Cały film to klasyczny kryminał w duchu klasyków spod znaku Agathy Christie. Czyli elegancko poprowadzona intryga, osadzona w świecie brytyjskich wyższych sfer. Poza fabułą oraz charyzmatycznym George’m C. Scottem na czele, najbardziej zwraca uwagę charakteryzacja, czyniąca wielu aktorów nie do rozpoznania. Jedno z większych zaskoczeń. Recenzja tutaj.

Miejsce 14. – Doktor Freud (1962) – 7/10

Zygmunt Freud oraz jego odkrycia opowiedziane w dwugodzinną fabułę. Badania oraz jego teorie na temat snów, seksualności oraz funkcjonowanie podświadomości. Choć przy scenariuszu pracował sam Jean-Paul Sartre, jego udział był mocno ograniczony. Ale fajnym pomysłem było ubranie tej biografii w lekko kryminalnym stylu. Fantastycznie gra Montgomery Clift (po raz ostatni na ekranie), dla którego warto obejrzeć. Recenzja tutaj.


Miejsce 13. – Sokół maltański (1941) – 7/10

Debiut, który stworzył fundamenty kino noir. Cyniczny detektyw, femme fatale, miasto będące wielką dżunglą, gdzie rządzi prawo silnego. Tutaj liczy się spryt, podstęp oraz siła. Tutaj przewodnikiem będzie Sam Spade (ikoniczny Humphrey Bogart), który dostaje proste zlecenie. Ale jak się okazuje, sprawa ma swoje drugie dno. Bronią się świetne, soczyste dialogi oraz rola Bogarta. Recenzja tutaj.


Miejsce 12. – Pod wulkanem (1984) – 7/10

Kolejna gorzka historia, której bohaterem jest były (już) dyplomata – jedna z najlepszych ról Alberta Finneya. Ale Dzień Zmarłych będzie dla niego ostatnim tańcem z alkoholem. Osadzenie opowieści w Meksyku tworzy bardzo nietypowy klimat, coraz bardziej przesiąknięty fatalizmem. Nie ma tutaj mowy o szczęśliwym zakończeniu, a to uderzenie zostaje w pamięci na długo. W końcu jak mówi bohater: „Piekło to moje naturalne siedlisko”. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Key Largo (1948) – 7,5/10

Pewien mężczyzna przybywa do hotelu w Key Largo. Hotel niby jest zamknięty, ale w środku znajdują się faceci z bronią. W tym ukrywający się gangster. Jakby tego było mało, zbliża się huragan. Pozornie film wydaje się spektaklem bardziej nadającym się na deski teatru. Jednak Huston jest za sprytny i wie, jak wykorzystać filmowe środki do budowania napięcia (montaż, zbliżenia na twarze, dźwięk). Dialogi są soczyste, błyszczą Humphrey Bogart oraz Edward G. Robinson. Może troszkę finał psuje efekt, ale film potrafi trzymać za pysk. Recenzja tutaj.

 

Miejsce 10. – Honor Prizzich (1985) – 7,5/10

Gangster też człowiek i może się zakochać. Ale co zrobić, jeśli wybranka serca jest tej samej profesji? Tutaj mamy pozornie niedorzeczną komedię romantyczną w gangsterskich klimatach. Huston kompletnie kpi z gangsterskiego wizerunku znanego z „Ojca chrzestnego”, pokazując ludzi mafii jako chciwych oraz pazernych ludzi, dla których posłuszeństwo oraz stan własnej kabzy jest ważniejszy od czegokolwiek. A honor wydaje się kompletnym pustosłowiem, co może budzić przerażenie. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Człowiek, który chciał być królem (1975) – 7,5/10

Film, który Huston planował już od lat 50., ale trzeba było długo poczekać. Kolejna ballada o chciwości, gdzie mamy dwóch cwanych oficerów brytyjskiej armii. Obaj panowie (świetni Sean Connery i Michael Caine) wyruszają do Afganistanu, by podbić tamtejsze plemiona oraz przejąć władzę. Wrażenie robi scenografia, kostiumy oraz muzyka, a także odrobina humoru i brutalny finał. Czuć klimat przygody. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. –  Noc iguany (1964) – 7,5/10

Wielu filmowców mierzyło się z twórczością Tennesse’ego Williamsa, co w latach jego świetności było popularnym ruchem. Nie inaczej postąpił Huston z „Nocą iguany”, gdzie znów ludzie mierzą się ze swoimi demonami oraz lękami. Były pastor z załamaniem nerwowym (niesamowity Richard Burton) i hotelik w Meksyku z trzema kobietami. Fantastyczne aktorstwo, fantastyczne dialogi oraz pewna realizacja tworzą duszne, ale pociągające kino. Recenzja tutaj.


Miejsce 7. – Moby Dick (1956) – 8/10

To było wyzwanie: jak przenieść na ekran powieść Hermana Melville’a, zachowując jej klimat. W skrócie mamy tutaj walkę kapitana Ahaba z wielkim wielorybem, który go pozbawił nogi. Z jednej strony marynistyczne kino, pełne szczegółowo pokazanego życia na statku. Z drugiej mamy starcie między nawiedzonym, żądnym zemsty kapitanem (zaskakujący Gregory Peck, który daje z siebie wszystko) a symbolizującym bezwzględną, nieujarzmioną naturę wielorybem. Pociągające, skrywające wiele głębi kino. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Bóg jeden wie, panie Allison (1957) – 8/10

Kolejne kameralne kino, gdzie mamy tylko dwie postacie na wyspie podczas II wojny światowej. Jedyny ocalały żołnierz oraz zakonnica, którzy zaczynają powoli się poznawać coraz bliżej. Wszystko trzymane jest tutaj przez świetną reżyserię, fantastyczne dialogi oraz zderzenie dwóch światów, które mają więcej wspólnego niż na pierwszy rzut oka się może wydawać. Świetną robotę wykonuje Robert Mitchum oraz Deborah Kerr, a chemia między nimi jest coraz silniejsza. Recenzja tutaj.


Miejsce 5. – Ucieczka do zwycięstwa (1981) – 8/10

Do tego filmu mam WIELKI sentyment. Co może być lepszego niż połączenie dramatu wojennego z filmem sportowym? Cała fabuła skupia się na meczu piłkarskim między jeńcami wojennymi a niemieckimi żołnierzami. Przez większość czasu jest to niemal klasyczny film obozowy, ale tak naprawdę liczy się ostatnie pół godziny. Wtedy dzieje się mecz, który mimo lat, nadal wygląda świetnie. No i mamy mocnych zawodników: Stallone, Caine, von Sydow, Pele, Deyna, Moore. Podobno planowany jest remake, tylko po co? Recenzja tutaj.


Miejsce 4. – Zachłanne miasto (1972) – 8/10

Ten film ma w sobie więcej serca niż można się było spodziewać. Stary wyga, próbuje wrócić do boksowania i spotyka młodego adepta. Huston tutaj stawia na realizm oraz paradokumentalny styl, gdzie pokazuje miasteczko pozbawione perspektyw. Tutaj każda próba wyrwania się stąd kończy się porażką, zaś mieszkańcy ciągle łudzą się, że następnego dnia będzie lepiej. Że będzie inaczej. Że los się w końcu odmieni. Ale to staje się kolejną wymówką. Najbardziej cierpki film w dorobku Hustona. Recenzja tutaj.


Miejsce 3. – Asfaltowa dżungla (1950) – 8/10

Najlepszy noirowy film w dorobku Hustona. Pomysł jest prosty: opuszczający więzienie Doc ma plan na kolejny duży skok. Ale potrzebna jest odpowiednia ekipa oraz sponsor całej imprezy. Znowu film jest rewelacyjnie poprowadzony, z wnikliwym portretem półświatka. Ale czy plan się uda? Wiele jest tutaj elementów zmiennych, napięcie mocno trzyma za gardło, a zaskoczeń cały czas jest sporo. Jedynie zakończenie utrzymane w zgodzie z kodeksem Hayesa mi przeszkadzało, ale nie jest to poważna rysa. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. –  Skłóceni z życiem (1961) – 8,5/10

Młoda kobieta spotyka na drodze trzech facetów, którzy polują na dzikie konie. Kolejne spojrzenie Hustona na outsiderów z własnej woli. Niby są to kowboje, tylko że czasy dla kowbojów są zupełnie inne. Dawne czasy odeszły bezpowrotnie, zaś samo polowanie na zwierzęta odziera etos kowboja z romantyzmu. To psychologiczny dramat, gdzie dochodzi do zderzenia młodości i naiwności z dojrzałością oraz cynizmem. Bardzo poruszający z ostatnimi, kapitalnymi rolami Clarka Gable’a i Marilyn Monroe. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Skarb Sierra Madre (1948) – 8,5/10

Ponadczasowa ballada o chciwości, gdzie żądza pieniądza staje się ważniejsza niż przyjaźń, zaufanie i lojalność. Wyprawa trzech panów do meksykańskiej góry Sierra Madre po złoto stanie się dla nich wielką próbą ich charakterów. Huston kapitalnie buduje atmosferę niepokoju oraz coraz bardziej nasilającej się paranoi, a i realizacyjnie (poza muzyką) nie zestarzał się w ogóle. Przewrotny finał, fantastyczne dialogi, kapitalne aktorstwo (Bogart, Holt, Huston sr.) oraz naturalistycznie pokazane plenery. Recenzja tutaj.

 

Nieobejrzane:
Obcy (1949)
Moulin Rouge (1952)
Pobij diabła (1953)
Korzenie niebios (1958)
Spacer z miłością i śmiercią (1969)
Fobia (1980)
Zmarli (1987)

Już po samej filmografii widać, że Huston to filmowiec nie bojący się wyzwań. I nie chodzi tylko o różnorodność gatunkową, ale ma pewne wspólne elementy. W większości jego to adaptacje literackie, zaś bohaterowie to ludzie mierzący się ze swoimi demonami. Religia, przygoda, pożądanie, walka, tłumione lęki, rozczarowania. Tutaj nie ma wyzwania, którego Huston nie był się w stanie podjąć, nawet jeśli nie wszystko udało.

A jakie są wasze ulubione filmy Johna Hustona? Piszcie śmiało w komentarzach.

Radosław Ostrowski

Mgła

Antonio Bay – małe miasteczko nad morzem, które zaraz będzie obchodzić 100-lecie istnienia. I już w pierwszej godzinie rocznicy, nad miastem zaczyna pojawiać się mgła tak gęsta, że wręcz można zrobić z niej wiele ciast. I podczas jej obecności dzieją się coraz dziwaczniejsze rzeczy: telefony same dzwonią, włączają się alarmy w samochodach oraz telewizory, tak same z siebie. Oprócz tego kryje się za nią grupa ktosiów, którzy dawno opuścili ludzki żywot.

mgla_19802

Kolejny wygrzebany z mroków przeszłości film Johna Carpentera, który tym razem serwuje opowieść o duchach. Impulsem prowokującym całe wydarzenie jest wygrzebany ze ściany kościoła dziennik prowadzony przez proboszcza 100 lat temu, który pokazuje prawdę na temat powstania miasta. Bo jest to miejscowość zbudowania na krwi, chciwości oraz okrucieństwie mieszkańców, którzy wymordowali, a następnie okradli szukających schronienia trędowatych pod wodzą Blake’a. Jednak reżyser szuka swojego sposobu na strasznie i prowadzi narrację w dość nieoczywisty sposób. Dość szybko poznajemy genezę samej mgły, a sama historia toczy się wokół grupy osób, które niemal do końca nie spotykają się ze sobą. Mamy radiową prezenterkę, miejscowego księdza, autostopowiczkę, właściciela zaginionego okrętu oraz panią Williams – bardzo istotną personę w mieście.

mgla_19801

I te przeskoki między postaciami dają wiele świeżego do tego gatunku, chociaż sama historia potrafi intrygować. Klimat budowany głównie dzięki nocnym zdjęciom oraz bardzo pulsującej muzyce, jednak sam sposób straszenia dziś już nie robi tak silnego wrażenia (może z wyjątkiem finałowego oblężenia kościoła, gdzie jest bardzo przewrotne zakończenie). I nie chodzi o użycie jump-scare’ów, ale sposobu działania mgły (nawet rozwala generatory), potrafiącej się poruszyć niczym człowiek.

mgla_19803

Także aktorstwo jest tutaj strasznie nierówne, albo inaczej, nie wszyscy zostali w pełni wykorzystani. Największą robotę wykonuje tutaj Adrienne Barbeau (Stevie Wayne) oraz Hal Holbrook (opanowany ojciec Malone), który dość szybko odkrywa prawdę na temat założenia miasta. Prosto zarysowane postacie, zmuszone do działania pod wpływem okoliczności. Zdecydowanie zmarnowano Jamie Lee Curtis (Elizabeth), która w zasadzie nie ma tu zbyt wiele do roboty, podobnie jak Janet Leigh (pani Williams), którzy zwyczajnie się snują na ekranie.

„Mgła” ma dość prostą fabułę o duchach, ale ma dość obiecujący początek oraz ogromny potencjał na coś więcej. Dziś całkiem nieźle się sprawdza jako klasyczny w duchu film grozy z aurą tajemnicy, przenikającą przez cały seans, chociaż samo źródło strachu nie robi takiego wrażenia jak w dniu premiery.

6/10

Radosław Ostrowski

John Huston – wyzwanie

jonh-huston-poster-214x300Wydawałoby się, że z wyzwaniami od bloga Po napisach zrobię sobie przerwę. Że skupię się na filmach, serialach z Netflixa oraz ewentualnie posłucham kilka świetnie zapowiadających się albumów. Ale nazwisko reżysera zmieniło wszystko. Tym razem na celownik trafił John Huston – uważany za jednego z największych klasyków kina zza Wielkiej Wody. Samo nazwisko mówiło mi wiele, tak samo jak tytuły, o których każdy kinoman usłyszał. Nie powiem wam, ile razy widziałem „Ucieczkę do zwycięstwa”, ale za każdym razem oglądam z wypiekami na twarzy. Prekursor czarnego kryminału (debiutancki „Sokół maltański”), nie unikający zarówno filmów z dużym budżetem (na taki się zapowiada „Biblia” czy „Afrykańska królowa”), jak i bardziej kameralnymi produkcjami („Noc iguany”), mieszając gatunki niczym barman drinki: komedia, western, kryminał, sensacja, film wojenny, a nawet musical. Ostatni swój film nakręcił ciężko chorując (poruszał się na wózku i nie był w stanie samodzielnie oddychać dłużej niż 20 minut, przez co korzystał z butli tlenowej).

Poniżej znajduje się lista filmów reżysera, który zdobył m.in. 2 Oscary, trzy Złote Globy, Srebrnego Lwa w Wenecji. W ciągu ponad 45 lat kariery powstało 36 filmów. Spis robi piorunujące wrażenie i może wydawać się dość przerażający, ale nie przejmujcie się: czas jest do kolejnej rocznicy urodzin reżysera, czyli 5 sierpnia 2019. Życzcie mi powodzenia, bym podołał zadaniu, a na niektóre tytuły ostrze sobie ząbki.

The Dead – Zmarli (1987)
Prizzi’s Honor – Honor Prizzich (1985)
Under the Volcano – Pod wulkanem (1984)

Annie (1982)
Victory – Ucieczka do zwycięstwa (1981)
Phobia (1980)
The Man Who Would Be King – Człowiek, który chciał być królem (1975)
The MacKintosh Man – Człowiek MacKintosha (1973)
The Life and Times of Judge Roy Bean – Sędzia z Teksasu (1972)
Fat City – Zachłanne miasto (1972)
The Kremlin Letter – List na Kreml (1970)
A Walk with Love and Death – Spacer z miłością i śmiercią (1969) 
Sinful Davey – Zbereźnik (1969)
Reflections in a Golden Eye – W zwierciadle złotego oka (1967)
The Bible: In the Beginning… – Biblia (1966)
The Night of the Iguana – Noc iguany (1945)
The List of Adrian Messenger – Lista Adriana Messengera (1963)
Freud – Doktor Freud (1962)
The Misfits – Skłóceni z życiem (1961)
The Unforgiven – Nie do przebaczenia (1960)
The Roots of Heaven (1958)
The Barbarian and the Geisha – Barbarzyńca i gejsza (1958)
Heaven Knows, Mr. Allison – Bóg jeden wie, panie Allison (1957)
Moby Dick (1956)
Beat the Devil – Pobij diabła (1953)
Moulin Rouge (1952)
The African Queen – Afrykańska królowa (1951)
The Red Badge of Courage – Szkarłatne godło odwagi (1951)
The Asphalt Jungle – Asfaltowa dżungla (1950)
We Were Strangers – Obcy (1949)
Key Largo (1948)
The Treasure of the Sierra Madre – Skarb Sierra Madre (1948)
Across the Pacific – Przez Pacyfik (1942)
In This Our Life – Takie nasze życie (1942)
The Maltese Falcon – Sokół Maltański (1941)

Radosław Ostrowski

Mario Bava – 31.07

bava

Reżyser, scenarzysta, operator filmowy.

Urodził się 31 lipca 1914 roku w San Remo. Jego ojciec, Eugenio Bava, był rzeźbiarzem i jednym z pierwszych włoskich operatorów filmowych. Sam Mario początkowo chciał być malarzem, jednak nie był utrzymać się z tego i zdecydował się wejść do branży filmowej. Zaczynał jako asystent operatora, pomagał też ojcu przy tworzeniu efektów specjalnych w wytwórni filmowej założonej przez Benito Mussoliniego, the Istitute Luce. Jako samodzielny operator debiutował w 1939 roku, kręcąc dwa krótkie metraże Roberto Rosselliniego. Pracował później z takimi reżyserami jak Jacques Tourneur, Raoul Walsh czy Aldo Fabriziego.

W 1956 roku zadebiutował jako reżyser, chociaż okoliczności były nietypowe. Podczas realizacji filmu „Wampiry”, reżyser Riccardo Frieda popadł w konflikt z producentami i został zwolniony. Bava, odpowiedzialny za zdjęcia został wyznaczony do kontynuowania pracy już jako reżyser. Zdarzały się później sytuacje, że Włoch współreżyserował filmy innych (m.in. „Caltiki”, „Bitwa pod Maratonem”), chociaż jego nazwisko nie było wymieniane. Samodzielnie debiutował w 1960 roku horrorem „Maska szatana”. W dorobku reżyser lawirował między horrorami, będąc prekursorem nurtu giallo (krwawych kryminałów, niepozbawionych elementów gore), slashera, adaptację komiksu dla dorosłych czy SF. Mierzył się także z peplum (włoska odmiana widowisk historycznych w realiach starożytnych), westernem czy kinem akcji, jednak to produkcje grozy przyniosły mu największą rozpoznawalność. Pod koniec życia wycofał się z działalności filmowej, a przyczyną były problemy z dystrybucją swoich dzieł. Jednak na prośbę swojego syna, Lamberto Bavy nakręcił w 1977 roku dla włoskiej telewizji „Schock”.

Zmarł 27 kwietnia 1980 roku na zawał serca w wieku 65 lat.

A teraz to, na co tygryski czekają najbardziej – ranking filmów Bavy od kompletnych miernot po perełki kina. Tres, due, uno, zaczynamy!

Miejsce 24. – Dr Goldfoot i bombowe dziewczyny (1966) – 2/10

Do tej pory zastanawiam się, jakim cudem reżyser zrealizował to dziwadło. Film, chyba w założeniu parodia filmów szpiegowskich, z antagonistą przypominającym Fantomasa – nieuchwytny geniusz zbrodni, będący zawsze kilka kroków do przodu. Powstrzymać go próbuje niezdarny duet, pozbawiony jednak wdzięku inspektora Clouseau. Komedia głupawa, pełna slapstickowych, nudnych gagów, przerysowanego aktorstwa oraz tony absurdalnych sytuacji z lotem balonem do Nieba. Jedynie Vincent Price w roli tytułowej daje troszkę luzu, lecz to nie wystarczyło na cały film. Recenzja tutaj.

Miejsce 23. – Cudowna lampa Aladyna (1961) – 2,5/10

Kolejne, w założeniu kino baśniowe, ale znowu wyszły zgniłe jaja. Pozornie elementy są znajome: Aladyn, lampa z dżinem, zły wezyr, prawy książę oraz pewna ślicznotka w tle. Do tego jeszcze mamy pewną polityczną intrygę, jednak reżyser (tutaj poza Bavą, Henry Levin) kompletnie olewa zaangażowanie widza. Humor kompletnie nieśmieszny i prostacki, do tego bardzo ubogo wyglądające kostiumy ze scenografią, zaś efekty specjalne są mniej specjalne. O bardzo słabym aktorstwie nawet nie wspomnę (poza lekko zblazowanym Vittorio De Siką jako dżinem). Realizacyjna padaka. Recenzja tutaj.

Miejsce 22. – Wampiry (1956) – 3/10

Film, nazywany pierwszym horrorem, zmieszanym z kryminałem. Punktem wyjścia jest prywatne śledztwo paryskiego dziennikarza w sprawie tajemniczych morderstw kobiet. Ofiary, mimo braku obrażeń, są pozbawione krwi. Z jednej strony, czuć kilka ciekawych realizacyjnych tricków (transformacja fizyczna jednej z antagonistek), jednak czas był bardzo bezlitosny. Nie trzyma w napięciu, wyjaśnienie intrygi brzmi niedorzecznie, sama opowieść jest kliszowa do bólu, aktorstwo jest bardzo teatralne, zaś muzyka strasznie nachalna. Recenzja tutaj.

Miejsce 21. – Bitwa pod Maratonem (1959) – 4/10

Co prawda jako reżyser wymieniony jest Jacques Tourneur, to Bava uczestniczył w post-produkcji, przy realizacji scen trickowych. Typowe kino peplum, wykorzystujące bitwę pod Maratonem jako pretekst do opowieści polityczno-romantycznej z prawym bohaterem (olimpijczyk Filipiades) w roli głównej. Po drodze dostaniemy sporą ilość patosu, dość oszczędną scenografię i kostiumy, zaś sceny batalistyczne wyglądają troszkę teatralnie. Nie brakuje ładnych zdjęć oraz ładnych twarzy, jednak nawet to nie czyni z niego średniaka. Recenzja tutaj.

Miejsce 20. – Pięć lalek w blasku sierpniowego księżyca (1970) – 4/10

Tym razem Bava postanowił zrealizować własną wersję „Dziesięciu Murzynków” Agathy Christie. Jest piękna, odizolowana wyspa, gdzie przebywa grupa bogaczy, parę pięknych kobiet oraz… morderca. Wszystko kręci się wokół pewnej formuły, jaką chcą nabyć ludzie od pewnego profesora. Zaczyna się karuzela przemocy, bohaterowie nie do końca się zachowują racjonalnie (poza tym są bardzo antypatyczni). Sytuacji nie ratuje ani czarny humor, ani bardzo obiecujący początek czy kobiece wdzięki. Recenzja tutaj.

Miejsce 19. – Caltiki – nieśmiertelny potwór (1959) – 5/10

Tym razem reżyser (znowu kontynuując robotę Riccardo Fredy) postanowił się zmierzyć z monster movie. Wyprawa naukowa w Ameryce Południowej, próbuje ustalić przyczynę migracji Majów, ale wszystko komplikuje do zaginięcia kilku członków, ranienia jednego z nich oraz uchwycenia pewnej tajemniczej mazi. Oczywiście, wywołuje to komplikacje i śmierć. Nie brakuje tutaj kilku pomysłów (zapowiedź found footage), jednak dzisiaj nie wywołuje to przerażenia, z wyjątkiem wątku Maxa, skręcającego w stronę klasycznego horroru z obłąkanym człowiekiem. Całkiem sympatyczny średniak. Recenzja tutaj.

Miejsce 18. – Herkules we wnętrzu ziemi (1961) – 5/10

Przygodowe kino fantasy z potężnym Herkulesem w roli głównej. Tym razem nasz bohater wyrusza do Hadesu, by ocalić Dejamirę przed obłędem. Sama opowieść to klasyczna kino przygodowe, okraszone humorem, pewnymi zbędnymi wątkami pobocznymi (miłość Tezeusza do Persefony) i lekkim humorem, chociaż brakuje w tym napięcia. Jest parę pomysłowych pułapek (przepaść z „ognistą” wodą), ale niektóre sceny akcji wyglądają dziś śmiesznie. Ale za to mamy charyzmatycznego łotra w wykonaniu Christophera Lee, przez co seans nie jest do końca stracony. Recenzja tutaj.

Miejsce 17. – Ringo zwany Nebraska (1966) – 5,5/10

Klasyczny wręcz western, gdzie mamy przybysza znikąd (dobrze zbudowany Ken Clark), który pakuje się w lokalny konflikt. Po przeciwnych stronach barykady mamy farmera Hillmana z żoną oraz Raya Cartera. Sama intryga wydaje się prosta, ładnie prezentuje się muzyka oraz ciekawe plenery. Także sceny akcji (zdominowane przez bijatyki) dają troszkę frajdy, tak jak powolne odkrywanie tajemnicy dwóch przeciwników. Całkiem, całkiem ten western. Recenzja tutaj.

Miejsce 16. – Droga do Fortu Alamo (1966) – 5,5/10

Bandyta Bud Massany przypadkowo znajduje martwych żołnierzy z rozkazem odbioru pieniędzy. Razem z poznanymi wspólnikami, dokonuje napadu na bank w strojach wojskowych, ale dochodzi do zdrady. Massany w stroju żołnierza dołącza do konwoju zmierzającemu ku fortowi Alamo. Punkt wyjścia był bardzo obiecujący, gdzie mamy bohatera (znowu Ken Clark) w obcym otoczeniu, którym gardzi. Przemiana jest pokazana bardzo skrótowo, wiele postaci to chodzące stereotypy, a kilka pomysłów wydaje się kuriozalnych (łódki z dolarów). Jednak w czasach Leone nie robi to takiego wrażenia. Recenzja tutaj.

Miejsce 15. – Wenus z Ille (1979) – 6/10

Ostatnie dzieło, będące fragmentem włoskiego serialu „I giochi del diavolo”, zrealizowane wspólnie z synem Lamberto. Adaptacja opowiadania Prospera Merimee, skupiona jest wokół pewnej tajemniczej rzeźby Wenus. Bardziej twórcy skupiają się na budowaniu nastroju niż klasycznym straszeniu. Niestety, czuć tutaj telewizyjny rodowód, przez co całość nie trzyma za bardzo w napięciu. Dla mnie troszkę za szybko się kończy, choć ma kilka mocnych scen (finał). Recenzja tutaj.

Miejsce 14. – Ostrza zemsty (1966) – 6/10

Ubrany w konwencje kina peplum western. Ukrywająca się kobieta z dzieckiem, ścigający ją Hagen oraz tajemniczy przybysz, będący mistrzem noża. Sama akcja prezentuje się miejscami okazale, zagrane jest to naprawdę przyzwoicie, a klimat jest bardzo mroczny. Sytuację osłabiają sceny „familijne”, chociaż dodają głębi naszym bohaterom. Cierpi na tym jednak tempo, mimo pomysłowego filmowania. Solidnie wykonane kino zemsty. Recenzja tutaj.

Miejsce 13. – Krwawy obóz (1971) – 6,5/10

Pierwszy filmowy slasher, gdzie cała intryga toczy się wokół małej zatoczki. Dochodzi tu do kolejnych mordów, a zabójca pozostaje nieuchwytny. Początkowo trudno rozgryźć, kto jest głównym bohaterem, co może wiele osób wprawić w konsternację. Ale nie brakuje makabrycznych zbrodni, aury tajemnicy oraz odrobiny czarnego humoru, co może zrekompensować. A finał jest bardzo rozbrajający. Recenzja tutaj.

Miejsce 12. – Planeta wampirów (1965) – 6,5/10

Tutaj czuć zapowiedź pierwszego „Obcego”. Statek kosmiczny odbiera sygnał z planety Aura. Jednak po lądowaniu zaczyna dochodzi do dziwacznych sytuacji, a załoga próbuje się nawzajem pozabijać. Reżyser nie mając praktycznie nic, zrobił coś i strona wizualna jest wręcz niesamowita. Sam wygląd planety, scenografia statków (może kostiumy są lekko tandetne), jak i kolorystyka się broni. Intryga jest nieźle poprowadzona, nie brakuje zaskoczeń, jest lekki strach, ale też i parę drobnych głupotek, teatralne bijatyki oraz średnie aktorstwo. Niemniej to całkiem przyzwoity horror SF. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Najeźdźcy (1961) – 7/10

Kolejne kino przygodowe w realiach historycznych. Tym razem jest to opowieść o dwóch synach króla Wikingów, którzy zostają rozdzieleni podczas bitwy (jako dzieci). Po latach ich losy znowu się łączą, choć jeden z nich jest wychowywany przez królową Brytów. Może historia jest prosta, ale film wygląda przepięknie, sceny akcji potrafią zaimponować (przejście na mury za pomocą strzał czy walka o dowodzenie), czuć rozmach i jest bardzo dobrze zagrany. Może i troszkę zżyna z „Wikingów” Richarda Fleischera, ale to bardzo zgrabnie wyszło. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Topór na miodowy miesiąc (1971) – 7/10

Historia Johna Harringtona – szefa domu mody, gdzie modelki noszą stroje ślubne. Jest on także mordercą kobiet, który próbuje rozgryźć pewną tajemnicę z przeszłości. Dziwna wypadkowa Hitchcocka z czasów „Psychozy”, opowieści o duchach oraz wcześniejszych giallo od Bavy, jednak tutaj proporcje są odwrócone. Niby kryminał, ale wiemy kto zabija, niby thriller psychologiczny, lecz niepozbawiony przemocy oraz czarnego humoru. Sama intryga jest pewnie prowadzona, chociaż jest jedno ciało obce. Nie mniej wciąga, jest dobrze zagrane, a finał wywraca wszystko do góry nogami. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Diabolik (1968) – 7/10

Może i Deadpool obecnie kosi konkurencję w świecie komiksowych ekranizacji, ale już wcześniej były adaptacje dla dorosłych. „Diabolik” to pastisz kina akcji, gdzie nasz bohater jest błyskotliwym kryminalistą z gadżetami od Bonda oraz jaskinią podwędzoną Batmanowi. Kino zrobione z jajem, dystansem oraz lekko psychodelicznym klimatem lat 60. Czysta rozrywka, która nadal się broni kreatywnością, finezją, humorem oraz szaleństwem, jakiego u Bavy nie było ani przedtem, ani później. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – Schock (1977) – 7/10

Prawdopodobnie najbardziej surowy film w dorobku Bavy. Kobieta wraca do domu, w którym doszło do tragicznej śmierci. Reżyser miesza horror z thrillerem psychologicznym w stylu Romana Polańskiego. Niemal do samego końca nie wiemy, czy te dziwne zdarzenia dzieją się naprawdę, czy też są tylko wytworem obłąkanego umysłu, co potęguje mroczny klimat. Za to zakończenie potrafi mocno uderzyć obuchem. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Dom egzorcyzmów (1973) – 7/10

Amerykańska turystka zgubiła się we Włoszech. By się odnaleźć, trafia do dworku, gdzie znajduje się pewna starsza hrabina, dość ekscentryczny lokaj oraz młody syn. Zaś wszystko skrywa pewna mroczną tajemnicę. To niepokojący horror w gotyckim stylu, z niepokojącą tajemnicą. Po drodze są manekiny, postacie z przeszłości, oniryczną aurę oraz brawurowego Telly’ego Savallasa. No i parę klasycznych elementów gotyckich, w tym bardzo niesamowity finał. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Czarne święto (1963) – 7/10

Filmowa antologia opowieści grozy, gdzie czuć inspiracje dokonaniami klasyków. Najbliżej współczesności jest historia kobiety prześladowanej przez nieznanego rozmówcy telefonicznego. Dalej mamy gotycką opowieść z powrotem ojca oraz klątwą, a na finał pielęgniarkę opiekującą się pewną starszą panią. Bava ciągle się bawi gatunkami (podpuszczający finał), bogatą wizualnie z nasyconymi kolorami, a wszystko jest mocno wzięte w nawias. Do tego jeszcze perłą jest występ Borisa Karloffa. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Dziewczyna, która wiedziała za dużo (1963) – 7,5/10

Pierwszy film giallo, tylko że czarno-biały. Nora Davis przybywa do swojej ciotki we Włoszech, ale po przyjeździe dzieją się dziwne rzeczy. Najpierw umiera ciotka, potem wieczorem zostaje pobita i widzi morderstwo. Przynajmniej tak się jej wydaje. Bava ciągle trzyma w napięciu, mieszając kryminał, horror i romans, płynnie przewodząc w każdy z nich niczym cyrkowiec. Świetnie zrealizowana (kapitalne zdjęcia), z wyrazistym aktorstwem oraz bardzo dobrą intrygą. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Blood and Black Lace (1965) – 7,5/10

Kolejne giallo, które skrystalizowało ten gatunek. Miejscem akcji jest dom mody, prowadzony przez hrabinę oraz jej partnera. A wszystko zaczyna się od morderstwa jednej z modelek przez zamaskowanego sprawcę. Kto zabił? Bava rzuca kolejne tropy, a każdy z bohaterów próbuje na własną rękę wybadać sprawę, chociaż policja też prowadzi śledztwo. Pięknie wygląda, są piękne kobiety, a klimat czuć od pierwszej zbrodni. Tak się to robić powinno. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Operacja strach (1966) – 8/10

Początek XX wieku, gdzie do małego miasteczka przybywa lekarz. Ma on za zadanie wybadać śmierć jednej z mieszkanek. Gotycki horror, gdzie mamy zderzenie racjonalnych umysłów ze sprawami nadprzyrodzonymi. Klątwa, tragiczna śmierć, duchy oraz przesądy – pozornie nie wydaje się to dziś interesujące, ale Bava wyciska z tego wszystko. Jest świetny klimat (willa Grapsów, cmentarz, gospoda), niepokojąca muzyka, świetne aktorstwo oraz odrobinę surrealistycznych kadrów, jakich nie powstydziłby się David Lynch (pościg za nieznajomym w willi). Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Bicz i ciało (1963) – 8/10

Do rodzinnego zamku wraca marnotrawny syn Kurt, który porzucił swoją narzeczoną (obecnie wzięła ślub z jego bratem). Rodzina go nienawidzi, bo mężczyzna chce odzyskać swoje. Wieczorem zostaje zamordowany. Bava najlepiej czuje się w gotyckich opowieściach, a jednocześnie jest to mieszanka tajemnicy z horrorem oraz toksyczną miłością z perwersyjnym zabarwieniem. Napięcie (także erotyczne) jest coraz silniejsze, Christopher Lee magnetyzuje, film wygląda przepięknie, zaś finał nadal potrafi zaskoczyć. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Maska szatana (1960) – 8/10

Wydawałoby się, że takie horrory nie potrafią przerazić. Debiut (samodzielny) Bavy to historia dwóch naukowców, którzy – nieświadomie – budzą czarownicę, pragnącą zemsty. Co z tego, że film jest czarno-biały, skoro atmosferę – godną tych ekranizacji dzieł Poego od Cormana – można kroić nożem, jest kilka klimatycznych scen (początkowy proces czarownicy, otwarcie trumny), świetnie poprowadzona kamera, fantastyczne aktorstwo i jedynie muzyka zdradza wiek produkcji. Dla mnie perła w dorobku mistrza. Recenzja tutaj.

Nieobejrzane:
Esther and the King (1960; wersja włoska)
Roy Colt e Winchester Jack (1970)
Baron krwi (1972)
Quante volte… quella notte (1972)
Cani arrabiatti (1974)

Jakim reżyserem był Bava? Przede wszystkim skupionym na stronie plastycznej, co wynika z pasji malarskiej. Gdy wykorzystywał kolor, nasycał nim kadry oraz ożywając klimat gotyckich opowieści. Uważany – zasłużenie – za prekursora włoskiego kina grozy. Chociaż nie wszystkie filmy wytrzymały próbę czasu, filmowiec nadal potrafi zaintrygować, a jego wpływ jest obecny w takich tytułach jak „Obcy – ósmy pasażer Nostromo”, „Piątek trzynastego II” czy dziełach Dario Argento.

A jak wy oceniacie dorobek Mario Bavy? Oglądaliście jego filmy. Piszcie w komentarzach. Dziękuję blogowi Po napisach, za uczestnictwo w tym kompletnie nieznanym świecie.

Radosław Ostrowski

Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem

Kino kocha sport każdego rodzaju, nawet jeśli nie wydaje się zbyt emocjonujący na pierwszy rzut oka. Bo co może być interesującego w tenisie? Ale mimo pozornego braku atrakcyjności, pewien skandynawski reżyser, Janus Mraz postanowił zadać kłam tej teorii. Jest rok 1980, Wimbledon – jeden z najbardziej prestiżowych turniejów tenisowych. Piąty tytuł będzie próbował zdobyć niepokonany Bjorn Borg, a po drugiej stronie w finale walczy amerykański tenisista John McEnroe.

borg_mcenroe1

Inspiracja „Wyścigiem” Rona Howarda wydaje się bardzo silna, bo reżyser przygląda się tym dwóm osobowościom i charakterom. Borg – bardzo młody, utytułowany, na korcie sprawia wrażenie wręcz cyborga. McEnroe – o wiele młodszy, bardzo impulsywny, porywczy, wyzywający sędziów i publiczność. Starcie dżentelmena i chuligana? Poniekąd, lecz obaj panowie są bardzo ambitnymi zawodnikami, którzy na korcie dają z siebie wszystko i nie odpuszczają. Twórcom bardziej niż na rekonstrukcji samych pojedynków interesuje psychologiczny portret bohaterów, dodając wiele retrospekcji. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że twórcom (pewnie z powodu pochodzenia) bardziej interesuje Borg, będący w wieku dziecięcym wręcz lustrzanym odbiciem Amerykanina – impulsywnym chłopakiem, któremu zależy tylko na wygranej. Z kolei McEnroe nie do końca radzi sobie z agresją, co odbija się na jego grze. Każdy z tych bohaterów ma jednak osoby, będące wsparciem (Borg – żona i trener, McEnroe – ojciec), co dodaje im pewnych ludzkich cech, a łączy jeszcze jedno: silna presja tłumu.

borg_mcenroe2

Samo odtworzenie realiów przełomu lat 70. i 80. pokazano bardzo przekonująco: od stanowisk komentatorskich, przez wnętrza hoteli i mieszkań aż po stroje i fryzury z obowiązkowymi długimi włosami. Za to perłami są tu sceny pojedynków kortowych, gdzie swoje robi przede wszystkim szybki montaż oraz podnosząca adrenalinę muzyka. Każde uderzenie piłki, sapnięcie, zmęczenie ma swoją siłę, a połączona z przebitkami na tłum wygląda rewelacyjnie. W szczególności finałowe starcie, gdzie nie brakuje kadrów z góry, nadając starciu rozmachu godnego prawdziwych wojowników.

borg_mcenroe3

I do tego jest to cudownie zagrane. Wybija się Sverrir Gudnasson w roli Borga, który tylko pozornie sprawia wrażenie chłodnego, opanowanego zawodnika. Tak naprawdę jednak wyczuwa się pewne wypalenie, zmęczenie grą i tą otoczką (sponsorzy, treningi dla publiczności), odbijające się coraz bardziej na jego psychice. Zaskakuje za to Shia LaBeouf, będący przeciwieństwem Borga – impulsywnym, wrzeszczącym chłopcem, niepozbawionym talentu. A jego wyzwiska brzmią bardzo naturalnie. A drugi plan dominuje niezawodny Stellan Skarsgard (trener Lennart Bergelin), będący mentorem Borga, pomagający w przeniesieniu negatywnych emocji na grę.

„Borg/McEnroe” to europejskie spojrzenie na kino sportowe, próbujące przełamać klasyczny szablon tego gatunku. Skojarzenie z „Wyścigiem” Rona Howarda nasuwa się automatycznie i może film Metza nie dorównuje amerykańskiemu dziełu, niemniej potrafi zaangażować i ogląda się świetnie. Nawet jeśli komuś wydaje się, że tenis jest nudny, po tym filmie zmieni zdanie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Guy Ritchie – 10.09

Sherlock HolmesReżyser, scenarzysta i producent filmowy.

Urodzony 10 września 1968 roku w Hatfield, hrabstwo Hertfordshire. Był drugim synem Amber (z domu Parkinson) i kapitana Johna Viviana Ritchie – żołnierza Seaforth Highlanders. Jako 7-letni chłopiec zaczął trenować karate Shotokan w londyńskim Budokwai, gdzie wiele lat później zdobył czarny pas w judo. Mający dysleksję Guy w wieku 15 lat został wyrzucony ze szkoły koedukacyjnej Stanbridge Earls.

Początkowo Guy zaczynał prace jako reżyser reklamówek i teledysków, ale w 1995 roku zrealizował swój debiut – krótkometrażowy „The Hard Case”. Film obejrzała żona Stinga, Trudie Styler i postanowiła wyprodukować pełnometrażowy debiut. Od tej pory Ritchie stał się specjalistą w dziedzinie komedii gangsterskiej, mocno inspirując się Quentinem Tarantino. Jego filmy wyróżnia szybki montaż, ironiczny humor, krew i bluzgi, łamanie chronologii, obecność narratora (choć nie zawsze) oraz dynamiczna praca kamery.

Głośno o Ritchiem stało się także, gdy ożenił się z Madonną w 2000 roku. Wtedy też nastąpiło poważne załamanie się kariery reżysera. Osiem lat później doszło do rozwodu, a były pan Madonna od dwóch lat jest mężem modelki Jacqui Ansley, z którą ma troje dzieci.

Do tej pory Ritchie zdobył nominację do BAFTY i Saturna oraz wygrał Złotą Malinę (i miał nominację), zaś jego najbliższymi współpracownikami są (do tej pory): montażysta James Nesbitt, producenci Matthew Vaughn, Steve Clark-Hall i Joel Silver, dźwiękowiec Simon Hayes, kompozytorzy: John Murphy, Hans Zimmer i Daniel Pemberton, operatorzy: Tim Maurice-Jones, John Mathieson i Philippe Rousselot oraz aktorzy: Jason Statham, Vinnie Jones, Jason Flemyng, Jude Law i Mark Strong.

Nie się więc co ochrzaniać i pora przedstawić ranking filmografii Guya Ritchie. Trzy, dwa, jeden, zaczynamy!

Miejsce 11. – Rejs w nieznane (2002) – 2/10

Do tej pory wszyscy główkują dlaczego taki reżyser jak Guy Ritchie nakręcił taką kaszanę jak „Rejs w nieznane”. Być może wynikało to z dużego zaufania do swojej ówczesnej żony, Madonny, grająca tu główną rolę wyjątkowo zołzowatej pannicy, która zostaje zmuszona do pobytu na bezludnej wyspie w towarzystwie rybaka ze statku. Tu się kompletnie nic nie zgadza, od pozbawionej chemii obsady, braku poczucia humoru, nie wpadającej w ucho muzyki, przez seksistowskie żarty oraz kompletną zmianę tonu pod koniec, który jest tak kiczowaty, że można zacząć rzygać tęczą. Film doprowadził do załamania kariery reżysera i zakończył kooperację z producentem Matthew Vaughnem, co dla mnie jest poważną stratą. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Revolver (2005) – 6/10

W założeniu poważne i głębokie kino gangsterskie, a w rzeczywistości jest to przekombinowane, pełne bełkotu pomieszanie z poplątaniem. Wychodzący z więzienia Jack Green (niezły Jason Statham) planuje zemstę na szefie kasyna za swoja odsiadkę (świetny Ray Liotta) i opracował bardzo precyzyjny plan. Ritchie nadal trzyma się swojego stylu, mieszając do tego kotła filozofię, repetycje wielu scen, a nawet zabawę konwencją (skok i zabójstwo pokazane w formie… animacji), tylko ze… o co tutaj tak naprawdę chodziło. Scenariusz jest strasznie hermetyczny, reżyser nie pomaga rozgryźć wszystkiego, coraz bardziej mącąc i mieszając tropy. Bardzo wymagające i ciężkie kino.

Miejsce 9. – Aladyn (2019) – 7/10

Aktorska wersja kultowej animacji Disneya (nie pamiętam jej) o złodziejaszku, który zakochał się w księżniczce. Dżin, wezyr, latający dywan, lampa – wszystko tu jest, wygląda jak miejscami film z Bollywood (wejście Aladyna jako księcia Ali), zaś Will Smith jako Dżin bezczelnie kradnie każdą scenę. Problem w tym, że brakuje tego charakterystycznego stylu reżysera. Bawiłem się dobrze, ale czegoś tu brakuje. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – Sherlock Holmes: Gra cieni (2011) – 7/10

Drugie spotkanie z Holmesem i Watsonem, którzy tym razem tropią profesora Moriarty’ego (świetny Jared Harris) – zbrodniarza odpowiedzialnego m.in. za zamachy bombowe. Akcja pędzi na złamanie karku, w sprawę jest wplątania pewna Cyganka (Noomi Rapace), intryga się gmatwa, a nasi bohaterowie ruszają przez cała Europę, by znaleźć kolejne nitki. Całość napędza niezawodny duet Downey Jr./Law jako Holmes/Watson, dodając całości luzu, ironii i humoru. A zakończenie zapowiada ciąg dalszy. Może się go doczekamy?

Miejsce 7. – Rock’n’Rolla (2008) – 7/10

Powrót reżysera na stare śmieci, czyli do gangsterskiego półświatka. Wszystko się obraca tutaj wokół dwóch rzeczy: przynoszącego szczęście obrazu, będącego gwarantem interesu między Lennym Colem (znakomity Tom Wilkinson) a Yurim Omowiczem (niezawodny Karel Roden) oraz Dziką Bandą (trio One-Two, Mumbles i Przystojny Bob, czyli Gerald Butler, Idris Elba oraz Tom Hardy), szukających forsy na rozkręcenie swojego interesu. Intryga się gwatwa, każdy chce każdego wykiwać, a przewodnikiem po tym bajzlu jest prawa ręka Cole’a – Archie (fantastyczny Mark Strong). Świetnie zrealizowane (scena tańca miedzy One-Two a Stellą czy ucieczka przed niezniszczlnymi Ruskimi – perła), ze zgrabnie wykorzystaną muzyką i galerią barwnych postaci. Stary, dobry Guy powrócił. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Sherlock Holmes (2009) – 8/10

Było wiele wariacji i mutacji przygód gospodarza Baker Street 221B, ale Guy Ritchie zrobił to w konwencji kina przygodowego. Cała intryga skupia się na „zmartwychwstaniu” okultysty lorda Blackwooda (Mark Strong) skazanego i powieszonego. Holmes próbuje rozgryźć cała intrygę, zwłaszcza, że to Watson stwierdził zgon. Reżyser już na dzień dobry pokazuje naszego bohatera nie tylko jako sprawnego umysłowo, ale przede wszystkim fizycznie (zrealizowane w spowolnieniu bijatyki, gdzie nasz detektyw przedstawia jakie ruchy zrobi przeciwnik i on sam, by na sam koniec przyspieszyć). Intryga jest pogmatwana, humor i akcja idą ręka w rękę, a Robert Downey Jr. bardzo dobrze odnajduje się w tej szalonej konwencji.

Miejsce 5. – Kryptonim UNCLE (2015) – 8/10

Tym razem zabawa w retro kino szpiegowskie, zrobione ze smakiem i klasą. Bohaterami jest dwójka agentów wywiadu z przeciwnych mocarstw – Napoleon Solo (Henry „Superman” Cavill) z CIA oraz Ilja Kuriakin (Arnie Hammer), którzy zostają zmuszeni do wspólnego działania przez swoich szefów. Celem jest niedopuszczenie do III wojny światowej przez neonazistów. Znowu czuć tutaj rękę reżysera, czyli szybki montaż, pełna stylizacja na lata 60. (świetna scenografia i kostiumy, z kapitalną muzyką Daniela Pembertona), gdzie wszystko tutaj skleja się, pędząc na złamanie karku. Ścigamy się samochodami, motorówką, quadami, intryga zgrabnie przechodzi, a duet Cavill/Hammer, wspierany przez śliczną Alicię Vikander oraz nietypowo obsadzonego Hugh Granta. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Król Artur: Legenda miecza (2017) – 8,5/10

Tego się nie spodziewałem, bo Ritchie i król Artur wydawał się dziwacznym połączeniem, ale to mroczne kino fantasy ma prawdziwego kopa. Imponuje styl reżysera (dojrzewanie naszego bohatera jest pokazana za pomocą bardzo szybkiego montażu), a całość mimo pozornego chaous jest zrozumiała, spójna i bardzo sensowna. Realizacja jest znakomita (zdjęcia, montaż, muzyka), co widać chocby w kapitalnej scenie zasadzki i ucieczki, sporo humoru (kwestia Wikingów), skupienie na detalach. Może te mroczniejsze fragmenty, gdzie nasz bohater (kapitalny Charlie Hunnam) musi zmierzyć się z demonami oraz królem-tyranem (wielki Jude Law) wybijają z rytmu, ale to jest na szczęście jedyny poważny minus tego łotrzykowsko-przygodowego kina. Nie rozumiem tych negatywnych ocen. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Dżentelmeni (2019) – 8,5/10

Klasyczny Ritchie w gangsterskim klimacie. Właściciel dużego narkobiznesu chce się wycofać i sprzedać swoje imperium z dużym zyskiem. Tylko, że jedno z jego kryjówek zostaje zaatakowane, a oferowana cena gwałtownie spada. Kto mu bruździ? Historia niby prosta, ale ciągle się komplikuje, pojawiają się kolejni gracze, zaś każde wydarzenie jest istotne i ma poważne konsekwencje. Nie brakuje tu zarówno niepoprawnego politycznie humoru, barwnych postaci (dziennikarz-szantażysta Fletcher czy próbujący prostować młodzież Trener) oraz zabawy formą. Plus świetnie dobrani aktorzy z Matthew McConaugheyem, Hugh Grantem i Charliem Hunnamem na czele. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Porachunki (1998) – 9/10

Debiut, od którego zaczęło się wszystko. Czterech cwaniaczków: Eddie, Soap, Tom i Bacon postanawia zarobić szybkie pieniadze. Plan jest taki, że Eddy – mistrz karciany, chce ograć poważnego gangstera. Niestety, nic nie idzie zgodnie z planem i trzeba zebrać jeszcze pół miliona w ciągu tygodnia. Jest pewien plan. Ritchie barwnie portretuje półświatek, gdzie mamy nietypowych bohaterów jak trio plantatorów marihuany, egzekutora długów Wielkiego Chrisa (świetny Vinnie Jones), handlującego na ulicy Bacona (debiut Jasona Stathama), załatwiajacego różne rzeczy Nicka Greka, a wszystko obraca się się wokół pieniędzy i strzelb. Wszystko się gmatwa, by doprowadzić do przewrotnego i kapitalnego finału. Do tego bardzo świeże, nieograne twarze, bluzgi, kapitalna scena kradzieży i bezbłędny montaż. Bezczelny debiut.

Miejsce 1. – Przekręt (2000) – 9/10

Kto nie pamięta tego pokręconego filmu, gdzie wszystko układa się w kapitalną całość. Historia dotyczy wokół skradzionego diamentu, który chcą mieć wszyscy: od drobnych cwaniaków po grube ryby. Po drodze będą złodzieje przebrani za rabinów, zabijającego jednym ciosem Cygana, Borysa Brzytwę, amerykańskiego szefa, zajmującego się nielegalnymi walkami hodowcę świń Skałę, czarnoskórych złodziei. I jeszcze będzie jakiś pies. Wszystko się tu miesza w jedną, szaloną mozaikę o chciwości, wariactwie. Kapitalny montaż, świetna muzyka oraz rewelacyjni aktorzy: Brad Pitt, Jason Statham, Vinnie Jones, Dennis Farina, Benicio Del Toro, Stephen Graham i wielu wielu innych. Prawdziwa petarda i klasyka w swoim gatunku.

A jakie są wasze ulubione filmy Guya Ritchie? Czy nazywanie go brytyjskim Tarantino jest trafne? Piszcze śmiało w komentarzach.

Radosław Ostrowski

Samuel Fuller – 12.08

FullerReżyser, scenarzysta, producent, sporadycznie aktor.

Urodzony 12 sierpnia 1912 roku w Worchester, stan Massachusetts w rodzinie żydowskiej. Ojciec zmarł, gdy Sam miał 12 lat i rodzina musiała się przenieść do Nowego Jorku, gdzie zaczął prace w gazecie. Najpierw był chłopcem na posyłki i roznosił gazety, a cztery lata później był dziennikarzem kryminalnym w New York Evening Geaphic. Rzucił jednak pracę i po czasie włóczęgi po całym kraju w 1935 roku debiutuje jako pisarz pulpowym kryminałem „Burn Baby Burn„. Rok później zostaje ściągnięty do Hollywood, gdzie pisze scenariusze jako ghostwriter, co zapewniło mu stałe źródło utrzymania.

W trakcie II wojny światowej walczył jako piechur w 16. pułku 1. Dywizji Piechoty znanej jako Wielka Czerwona Jedynka. Wstąpił do niej w 1942 roku i przeszedł szlak bojowy od Włoch przez Francję do Czechosłowacji. Dwukrotnie ranny w walce, Fuller otrzymał Purpurowe Serce, Brązową Gwiazdę oraz Srebrną Gwiazdę za okazywaną odwagę. Po wojnie wrócił do Hollywood, gdzie nadal pisał scenariusze. Sfrustrowany odrzucaniem kolejnych tekstów, otrzymał propozycję od Lippert Productions do realizacji niskobudżetowego westernu. Oczywiście się zgodził.

Fuller znany stał jako twórca filmów gatunkowych z niezbyt imponującym budżetem, surową, mało efektowną stroną wizualną oraz sięganiem po niewygodne tematy: rasizm, hipokryzja, wykluczenie, nienawiść, chciwość, deheroizacja, niemoralność. Powodowało to, że rzadko odnosił sukces komercyjny, jego filmy spotykały się z niezrozumieniem i wreszcie zapomnieniem.

Reżyser zmarł 30 października 1997 roku w swoim domu w Kalifornii. Zostawił po sobie masę filmów (22 tytuły), a do inspiracji tym reżyserem przyznawali się tacy reżyserzy jak Jim Jarmusch, Martin Scorsese czy Quentin Tarantino. To chyba jest wystarczająca rekomendacja, by się zapoznać z tym reżyserem.

Oto ranking obejrzanych (niestety, nie wszystkich) filmów Samuela Fullera od najgorszego do najlepszego. To zaczynamy.

Miejsce 10. – Ludojad (1969) – 5/10

Caine jest drobnym cwaniakiem i przemytnikiem, który utknął w Afryce. By się wyrwać zgadza się na pracę dla pewnego profesora, prowadzącego badania oceanograficzne. Tak naprawdę celem jest dotarcie do skarbu pilnowanego przez rekiny. Ten film miał wyglądać zupełnie inaczej, ale podczas pracy zginął kaskader, co producenci postanowili wykorzystać do promocji. Zamiast sensacyjniaka o chciwości mamy nudny thriller z rekinami, ładnymi zdjęciami podwodnymi oraz Burtem Reynoldsem w roli głównej. Problem w tym, że jest to zupełnie pozbawione emocji i strasznie nudne. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Czterdzieści rewolwerów (1957) – 5/10

Niskobudżetowy western opowiadający o nieuniknionym starciu między szefową gangu rewolwerowców, Jessicą Drummond i szukającym świętego spokoju Cliffem Bommerem. Mieszanka westernu i melodramatu tutaj mocno gryzie się ze sobą. Postacie są ledwo zarysowane, historia jest przewidywalna. Brakuje jakiegoś silniej zarysowanego tła i wyrazistych bohaterów (Barbara Stanwyck daje rade jako Drummond) oraz ciekawszej intrygi. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – Piekielna misja (1954) – 6/10

Gdzieś na Arktyce znajduje się zakamuflowana baza wojskowa z bronią nuklearną. By zweryfikować te dane, tajna międzynarodowa organizacja organizuje ekspedycję. Na jej czele stoi profesor Gerard i zwerbowanego do zadania kapitana Jonesa. Fuller tym razem poszedł w stronę kina sensacyjno-szpiegowskiego, by ostatecznie stać się niezły filmem przygodowym z kilkoma scenami, pełnymi napięcia. Szkoda, bo był potencjał na więcej. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Zabiłem Jessego Jamesa (1949) – 6,5/10

Debiut reżysera i pierwszy western przez niego zrealizowany. Opowieść o Robercie Fordzie, który zabił legendarnego przestępcę, Jessego Jamesa. Fuller skupia się tutaj na skomplikowanej psychologii bohatera, który marzy o stabilizacji, spokojnym życiu, w czym ma pomóc amnestia i nagroda (oraz miłość do kobiety), ale to wszystko zaczyna działać na niego w sposób destrukcyjny, doprowadzając do tragicznego finału. Ogląda się to przyzwoicie, co jest zasługą solidnej reżyserii i niezłego aktorstwa. Na minus wątek melodramatyczny. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Bagnet na broń (1951) – 6,5/10

Wojenna historia z Korei. 48-osobowy oddział pod wodzą porucznika Gibbsa otrzymuje zadanie zatrzymania wojsk przeciwnika, by cała dywizja mogła wykonać odwrót. Całość skupia się na kapralu Demmo, który wskutek pewnych decyzji musi wziąć odpowiedzialność za pozostałych ludzi. Mimo dość skromnego budżetu, film robi dobre wrażenie, a scena przechodzenia przez pole minowe autentycznie trzyma w napięciu. Aktorstwo jest niezłe, historia jest spokojnie poprowadzona, a batalistyka jest tylko dodatkiem. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Run to the Arrow (1957) – 7/10

Western z Indianami na pierwszym planie. Bohaterem jest weteran wojny secesyjnej, który postanawia zostać czerwonoskórym. Mężczyzna wcześniej dezerteruje z wojska i nie godzi się z przegraną. W końcu musi dojść do konfrontacji między Indianami a wojskiem USA, planującym na ich terenie budowę obozu. Z jednej strony troszkę teatralność realizacji, połączona z mocnymi scenami suspensu jak tytułowy bieg strzały czy finałowa konfrontacja Indian z wojskiem. W tle rasizm, dążenie do siłowego rozwiązania, zamiast wspólnego działania. Plus przyzwoity Rod Steiger i zakończenie. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Wielka Czerwona Jedynka (1980) – 8/10

Najsłynniejsze i najdroższe dzieło opisujące szlak bojowy kompanii ze słynnej Wielkiej Czerownej Jedynki, kierowanej przez twardego oraz bezkompromisowego sierżanta Possuma (niezawodny Lee Marvin). Wojna totalna, pokazująca swoją bezwzględność, strach i absurd. Nie brakuje ostrej i miejscami pomysłowych akcji (atak na Niemców w… ośrodku dla obłąkanych czy poród w czołgu), a jednocześnie pokazuje jak bezwzględna, okrutna oraz szalona jest wojna. Absolutnie polecam wersję zrekonstruowaną z 2004 roku, gdzie jest kilka fantastycznych scen. Totalne kino wojenne, może troszkę komiksowe, ale niesamowicie przyjemne. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Verboten! (1959) – 8/10 

Dziwny melodramat dziejący się tuż po zakończeniu wojny z Niemcami. Amerykański sierżant i niemiecka kobieta, u której się ukrywa, ale take związki są zakazane. Bardzo gorzkie kino pokazujące początki budowy Niemiec oraz jeszcze niewykorzenioną nienawiść, będącą jeszcze dzięki ideologii Hitlera (Werewolf), a kulminacją jest scena, gdy Helga razem z bratem oglądają proces w Norymberdze. Świetny scenariusz, wyraziste oraz skomplikowane postacie, których relacje podlegają stałej dynamice, bardzo dobre aktorstwo. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Kradzież na South Street (1953) – 8/10

Noirowy kryminał, którego bohaterem jest drobny kieszonkowiec Skip. Przypadkiem w jego ręce trafia mikrofilm szpiegowski, który mieli przejąć komuniści. Materiał chcą przejść komuniści, rękoma kobiety oraz policja. Oszuści, cwaniaki, mordercy, gdzie każdy próbuje coś ugrać dla siebie, skorumpowane i zgniłe miasto, femme fatale, cyniczni informatorzy, balansujący na granicy prawa. Plus rewelacyjny Richard Widmark w roli głównej, sporo złośliwego humoru oraz kompletnie nieprzewidywalna całość. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – White Dog (1982) – 8/10

Najbardziej znienawidzony i niedoceniony przez widownię film. Prosty pomysł: młoda kobieta mieszkająca w Hollywood znajduje na drodze białego owczarka niemieckiego. Kobieta przygarnia go do domu i jak się potem okazuje była to dobra decyzja. Ale problem w tym, że jest to biały pies – zwierzę przeszkolone do gryzienia oraz zabijania czarnoskórych ludzi. Fuller pokazuje, że ciężko wykorzenić jest rasizm ze skóry, co pokazuje druga połowa filmu, gdzie zawodowy treser, próbuje złamać psa. Napięcie trzyma niczym w rasowym thrillerze, co pokazuje bardzo gorzki finał. Czy jest nadzieja na resocjalizację? Sami musicie odpowiedzieć, a film stawia trudne pytania. Plus świetna realizacja, niepokojący klimat budowany m.in. przez muzykę Ennio Morricone oraz fantastyczne aktorstwo ze wskazaniem na psa. Wielkie kino, nadal szarpiące. Recenzja tutaj.

Nieobejrzane:
The Baron of Arizona
The Steel Helmet
Park Row
House of Bamboo
China Gate
The Crimson Kimono
Amerykański świat podziemia
Maruderzy Merrilla
Shock Corridor
The Naked Kiss
Złodzieje nocą
Ulica bez powrotu

Jak widać, wyzwanie zostało zakończone, ale przygoda z Fullerem dla mnie dopiero się zaczyna. Mam nadzieję, że za rok będę mógł z pełną satysfakcją będę mógł powiedzieć, że jeszcze parę filmów tego filmowca mnie zaskoczy i zrobi jeszcze na mnie wielkie wrażenie. A jak wy widzicie filmografię Fullera? Zapraszam do dyskutowania i komentarzy oraz dziękuje blogowi Po napisach za to wyzwanie.

Radosław Ostrowski

M. Night Shyamalan – 6.08

shyamalanReżyser, scenarzysta, producent, sporadycznie aktor.

Urodzony 6 sierpnia 1970 roku w indyjskim Mahe jako Manoj Nelliyattu Shyamalan. Syn pochodzącego z Malezji kardiologa oraz tamilskiej położnej. Przez pierwsze sześć tygodni mieszkał w Puducherry, a następnie cała rodzina przeniosła się do USA, a dokładniej do Penn Valley, czyli przedmieść Filadelfii. Wychowany w wierze hinduistycznej, uczęszczał do prywatnej katolickiej szkoły: Waldron Mercy Academy, prowadzonej przez Siostry Miłosierdzia, następnie do Episcopal Academy (prywatne liceum należące do Kościoła) w Merion. W 1988 otrzymał stypendium Uniwersytetu Nowojorskiego, a samą uczelnię (dokładnie Tisch School of the Arts) ukończył w 1992 roku. To tam znajomi zaczęli nazywać go Night, które stało się jego drugim imieniem.

Filmem zaczął się interesować, gdy jako 8-letni chłopiec na urodziny dostał kamerę Super 8. Ojciec chciał, by Manoj kontynuował rodzinną tradycję i został lekarzem, ale matka wspierała pasję swojego dziecka. Już mając 17 lat, Shyamalan nakręcił 45 filmów swoją kamerą. By zrealizować swój profesjonalny debiut, autobiograficzny Praying with Anger  z 1992 roku, zapożyczył się u rodziny i przyjaciół. Film nie zrobił furory, ale dwa lata później wytwórnia Fox kupiła od niego scenariusz, który miał sam zrealizować, jednak przed podpisaniem kontraktu producenci zrezygnowali. Rozgłos przyniósł mu dopiero trzeci film, ale to wiedzą wszyscy.

W 1993 roku poślubił psycholożkę Bhavnę Vaswani, poznaną na studiach, z którą ma trzy córki. W 2000 r. Night założył wspólnie z Ashwainem Rajem firmę producencką Blinding Edge Pictures z siedzibą w Berwyn. Firma realizowała wszystkie filmy Hindusa od „Niezniszczalnego„.

Styl reżysera jest bardzo łatwy i przejrzysty: powolna, spokojna narracja, konsekwentnie budowane napięcie, statyczne kadry, idealnie budująca klimat muzyka oraz realistyczne pokazanie zjawisk nadprzyrodzonych. Sama historia to mieszanka alegorii, aury tajemnicy oraz horroru, stanowiąc nadbudowę do historii o wierze, walce z traumami i lękami, w centrum wydarzeń jest zawsze rodzina oraz/lub antagonista posiadający niezwykłe umiejętności. Do tego najczęściej miejscem akcji jest rodzinna Filadelfia i ZAWSZE musi pojawić się w finale twist, wywracający całą historię do góry nogami. Oraz sam reżyser pojawia się w drobnej roli (wyjątkiem była drugoplanowa postać pisarza z Kobiety w błękitnej wodzie wyróżniona Złotą Maliną)

Sam Night ma na swoim koncie dwie nominacje do Oscara, nominację do Złotego Globu, dwie nominacje do BAFTY, nominację do Saturna, Złotego Satelitę oraz 4 (!!!) Złote Maliny i 6 nominacji do tej nagrody. Do grona jego najbliższych współpracowników zalicza się: kompozytora Jamesa Newtona Howarda, operatora Taka Fujimoto, scenografów Larry’ego Fultona i Larry’ego Diaza, dźwiękowców Toda A. Maitlanda, Lee Dichtera, Michaela Semanicka i Chrisa Navarro oraz producentów: Sama Mercera, Franka Marshalla, Jose L. Rodrigueza, Johna Ruska, Ashwina Rajana, Kathleen Kennedy i Barry’ego Mendela.

I teraz najważniejsze: ranking filmów kontrowersyjnego reżysera od samego dna po największą chwałę. 3,2,1, odpalamy.

Miejsce 12. – Ostatni Władca Wiatru (2011) – 3/10

Film, będący kinową wersją animowanego serialu Nickelodeon. Bohaterem jest mały chłopiec Aang, będący wcieleniem Awatara – maga panującego nad wszystkimi żywiołami: powietrza, wody, ognia i ziemi. Polują na niego Władcy Ognia, marzący o podboju świata. Był potencjał na świetne kino przygodowe w świecie fantasy, ale nic nie zagrało. Scenariusz jest strasznie skrótowy i po łebkach, bohaterowie są nijacy oraz pozbawieni charakteru, efekty specjalne zaledwie niezłe, a akcja zbyt szybka. Aktorstwo praktycznie nie istnieje, a solidna strona audio-wizualna (muzyka jest rewelacyjna!!!) to troszkę za mało na udany film. Recenzja tutaj.

Miejsce 11. – Kobieta w błękitnej wodzie (2006) – 4/10

Filmowa baśń, która poraża naiwnością oraz dziwacznością swoich pomysłów. Bohaterem jest dozorca apartamentowca, który w basenie znajduję narfę – istotę nie z tego świata, mającą za zadanie nawiązać kontakt mającym zmienić świat i wrócić do domu. Przejścia pilnuje paskudne monstrum. Jest galeria ekscentrycznych postaci i masa tak absurdalnych pomysłów, że trudno zachować powagę (przepowiednia z kartonów po płatkach śniadaniowych to popis absurdu). Zrozumiałbym to, jeśli całość miała być żartem z bajek, ale jest to tak poważne, że aż śmieszne. Gdyby nie grający główne role Paul Giamatti (Heep) oraz Bryce Dallas Howard (Story) byłoby beznadziejnie. Recenzja tutaj.

Miejsce 10. – Zdarzenie (2008) – 5/10

Kolejny przykład ciekawego pomysłu i nieciekawej realizacji. Ludzie z niewiadomych przyczyn odbierają sobie życie – nie wiadomo dlaczego i kto za tym stoi. Sceny, w których ludzie oddają się zgonom trzymają w napięciu. Problem w tym, że mamy nieciekawych antagonistów, czyli uciekającą rodzinę: nauczyciela biologii (fatalny Mark Wahlberg i troszkę lepsza Zooey Deschanel), którzy po prostu odpychają od reszty. Jeśli dodamy do tego kiepskie dialogi doprowadzające do bólu głowy i czerstwy humor, to jest słabo.. Reżyseria nierówna, pomysł niezły, realizacja średnia. Recenzja tutaj.

Miejsce 9. – Glass (2018) – 5,5/10

Trzecia część komiksowego uniwersum reżysera, gdzie ma dojść do ostatecznej konfrontacji dobra (David Dunn z „Niezniczalnego”) ze złem (Kevin ze „Split”). Jednak obaj panowie trafiają do szpitala psychiatrycznego, gdzie przebywa od dawna Mr. Glass. Oczekiwania były wielkie, ale efekt rozczarował wszystkich. Brakowało w tym akcji, napięcia i zaskoczenia. Wszystko psuje wręcz idiotyczny finał oraz nudna gadanina. Sam McAvoy nie jest w stanie tego uratować, zaś Sarah Paulson jest zmarnowaną panią Ekspozycją. Recenzja tutaj.

Miejsce 8. – 1000 lat po Ziemi (2013) – 6/10

Nie zgadzam się z opiniami, że to jeden z najgorszych filmów Shyamalana. To skromne kino opowiadające o ojcu i synu (w tych rolach Will Smith i jego syn Jaden). Pierwszy to legendarny wojskowy, drugi ma ambicje być taki jak on, tylko zbyt wrażliwy jest. Podczas lotu na szkolenie ich statek rozbija się na nieprzyjaznej ludziom Ziemi. Ojciec ma złamaną nogę i jest uziemiony, a syn musi odnaleźć nadajnik, by wezwać pomoc. Mieszanka kina inicjacyjnego, SF, przygodowego, całkiem sprawnie zrealizowane sceny akcji (ucieczka przez gorylami czy walka w gnieździe orła) z niezłymi dialogami oraz solidnym aktorstwem Smithów 2-óch. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Znaki (2002) – 7/10

Thriller o pastorze (nietypowo obsadzony Mel Gibson), który odszedł od Boga i samotnie wychowuje dzieci. Jego spokojne życie zmienia się, gdy zaczynają pojawia się dziwne kręgi na polach. Czyżby mieli pojawić się na Ziemi obcy? Reżyser dotyka kwestii wiary oraz roli przypadku w naszym życiu, zaskakując dojrzałością oraz spójnym pokazaniem ciągu przyczynowo-skutkowego. Do tego mamy dobre aktorstwo (poza Gibsonem trzeba pochwalić Joaquina Phoenixa), świetne zdjęcia i budującą klimat muzykę. Ale ostatni kwadrans wszystko psuje. Mogło być świetnie, jest tylko dobrze. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Split (2016) – 7/10

Pomysł był prosty: trzy dziewczyny zostają porwane przez tajemniczego mężczyznę, Kevina. Na miejscu odkrywają, że porywacz jest schizofrenikiem z 23 osobowościami, m.in.: eleganckiej kobiety, sztywnego pedanta czy sepleniącego dziecka. Jedna z dziewczyn,wycofana Casey, by móc uciec próbuje nawiązać kontakt z bardziej przyjaznymi osobowościami Kevina. Powolny, klaustrofobiczny klimat niczym z „10 Cloverfield Lane” (troszkę psuty przez retrospekcje protagonistki) i nerwowe oczekiwanie na Kevina (rewelacyjny James McAvoy!!!), który zawłaszcza ekran. Może końcówka troszkę przypomina slashera, ale ostatnia scena i świetne aktorstwo dają wiele satysfakcji. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Wizyta (2014) – 7,5/10

Po okresie filmów dziadowskich i twórczym wypaleniu, nakręcona w tajemnicy i po partyzancku „Wizyta” okazała się ogromną niespodzianką. Zrealizowany w konwencji found footage horror opowiada o dwójce dzieciaków odwiedzających nigdy nie widzianych dziadków, próbujących odnowić kontakt z córką. Na miejscu zauważają, że starsi państwo nie do końca zachowują się normalnie. Reżyser wraca do najlepszych tricków: wolne tempo, konsekwentnie budowane napięcie (dziwaczne zachowania starszych państwa), gęstniejąca atmosfera oraz kompletnie wywracająca całość wolta. Plus kompletnie nieznani aktorzy oraz mądre przesłanie o wybaczeniu. Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Osada (2004) – 7,5/10

Film, którego promocja wpuszczała w maliny. Sprzedawany jako thriller/horror jest tak naprawdę stylowym, melodramatem z elementami grozy. Bohaterami tego dzieła jest niewidoma Ivy Walker (debiutująca Bryce Dallas Howard) oraz wycofany Lucius Hunt (Joaquin Phoenix). Oboje żyją w małej osadzie otoczonej lasem, pod koniec XIX wieku. Mieszkańcy zawiązali pakt z potworami mieszkającymi w lesie, lecz porozumienie zostaje zawieszone. Stylowy, pięknie sfotografowany film (Roger Deakins!!) z kapitalną, liryczną muzyką (zasłużona nominacja do Oscara dla Jamesa Newtona Howarda). Plus konsekwentnie budowane napięcie, finałowa wolta kompletnie rozsadzająca głowę (do dziś dzieląca widzów), świetne aktorstwo (poza w/w także Adrien Brody, William Hurt, Brendan Gleeson i Sigourney Weaver) oraz nieoczywisty klimat. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Dziadek i ja (1998) – 8/10

Kompletna niespodzianka, bo jest to bardzo ciepłe i poruszające kino familijne, dotykające tematu wiary. Bohaterem jest 9-letni Joseph, który po śmierci dziadka próbuje znaleźć Boga. Po co? By dowiedzieć się, co z dziadkiem. Brzmi to niezbyt ciekawie, ale Shyamalan jak ognia unika patosu, robienia laurki oraz kiczowatości. Do tego jest bardzo sporo humoru, dojrzałości, głębi oraz trafnych obserwacji. Chłopiec przeżywa też typowe problemu swojego wieku: przyjaźń, pierwsza miłość, tęsknota oraz poszukiwanie odpowiedzi. Świetnie poprowadzeni młodzi aktorzy, subtelna oraz wiarygodna psychologia postaci, a także spora dawka humoru. Takiego Shyamalana nie znał nikt. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Niezniszczalny (2000) – 8/10

Najmroczniejsze dzieło filmowca, będące bardziej realistycznym spojrzeniem na historie o superbohaterach. Takim herosem ma być David Dunn (wyciszony Bruce Willis) – ochroniarz na stadionie, przechodzący rodzinny kryzys. Impulsem dla niego jest wykolejenie pociągu, które nasz protagonista przeżył bez zadrapania. Wtedy zgłasza się do niego ekscentryczny właściciel galerii komiksów, Elijah Price (świetny Samuel L. Jackson). Wiarygodna psychologiczne droga do poznawania swojego ja (podnoszenie ciężarów w piwnicy), obowiązkowe starcie ze Złem (mistrzowska scena ratowania dzieci), powolne poznawanie tajemnicy wokół bohatera oraz spotkanie ze swoim nemezis. Shyamalan wyprzedza tutaj Nolana, Snydera oraz twórców „Kroniki”, ale podzielił los pionierów i popadł w zapomnienie, by zostać docenionym po latach. Recenzja tutaj.

Miejsce 1. – Szósty zmysł (1999) – 8,5/10

Kto nie pamięta tego zdania: I see dead people. Opowieść o chłopcu, który widzi duchy zmarłych oraz psychiatry próbującego mu pomóc. Horror, który nie jest oczywistym straszakiem, atakującym jumpscare’ami i próbującymi wywołać nasze lęki w sposób mechaniczny. Ma siłę pełnokrwistego dramatu o chłopcu z darem, który czyni z go outsidera oraz obiekt ataków kolegów (fenomenalny Haley Joel Osment). Nie wie, czego od niego chcą ci niepogodzeni z losem. Nawet lekarz (znakomity Bruce Willis w nowym emploi) ma wątpliwości, jak rozwiązać ten problem. Wszyscy też pamiętamy finałową woltę, ale Shyamalan precyzyjnie przedstawia całą opowieść. Buduje poczucie niepokoju (obecność duchów czy otwierająca całość… zapalająca się żarówka), chwyta za serce jak podczas genialnej sceny rozmowy dziecka z matką w samochodzie (łzy gwarantowane, sami zobaczcie), konsekwentnie budując napięcie jak w scenie przyjęcia, gdzie zostaje włączona pewna kaseta. Seans na jeden raz? Absolutnie nie, bo będziecie się zastanawiać, jak nie wpadliście na to.

Nieobejrzane:

Praying with Anger (1992) – debiut opowiadający o Amerykaninie (w tej roli sam reżyser) szukającego swoich indyjskich korzeni

Jakim reżyserem jest Shyamalan? Chcącym ciągle zaskakiwać, aspirującym do bycia drugim Alfredem Hitchcockiem. Celem jest opowiadać poruszające, trzymające w napięciu historie. Jak widać nie jest to filmowiec tylko jednego udanego tytułu, co sugerują różne fora internetowe. Jedynie 2-3 filmy to kompletnie badziewia, na które szkoda czasu, co jest statystycznie świetnym wynikiem. Ostatnie lata pokazują, że Shyamalan odzyskuje formę i będzie walczył o naprawę swojej reputacji. I zaczynam znowu czekać na jego nowe filmy z nadzieją, a nie obawami. To o czymś świadczy.

A jak wy oceniacie dorobek M. Nighta Shyamalana? Piszcie śmiało w komentarzach, dzieląc się swoimi wrażeniami.

Radosław Ostrowski

Sam Mendes – 1.08

mendesReżyser filmowy i teatralny.

Urodzony 1 sierpnia 1965 roku w Reading. Syn Valerie Helene, autorki książek dla dzieci oraz Jamesona Petera Mendesa, profesora akademickiego. Gdy był dzieckiem, rodzice się rozwiedli. Wychowywał się w Oxfordshire, uczęszczał do Magdalene Collage School oraz Peterhause (licea w Oxfordzie). Studiował na Camridge, gdzie zawodowo grał w krykieta oraz był członkiem Marlowe Society oraz reżyserował kilka sztuk teatralnych, w tym „Cyrano de Bergeraca” z Tomem Hollanderem. Studia ukończył w 1987 roku.

W wieku 24 lat debiutuje jako reżyser na West Endzie „Wiśniowym sadem” z Judi Dench. Wkrótce dołącza do Royal Shakespeare Company, gdzie wystawiał wiele głośnych przedstawień w ciągu niemal całej dekady (m.in. „Kabaret”, „Olivier!”, „Zabójcy”), stając się intrygującą postacią brytyjskiej sceny. Do tej pory wystawia sztuki (w 2014 wystawił „Charliego i fabrykę czekolady”). Doszedł jednak do wniosku, że teatr to za mało i postanowił podbić kino. Debiut z 1999 roku skupił uwagę wszystkich: krytyków, publiczności oraz różne gremia przyznające nagrody.

W 2003 roku Mendes zakłada (wspólnie z Pippą Harris i Caro Newling) Neal Street Productions – firmę producencką, realizująca spektakle teatralne, filmy i produkcje telewizyjne. To ona odpowiada m.in. za seriale „Z pamiętnika położnej” i „Dom grozy”, filmy „Miłosna układanka” oraz „Chłopiec z latawcem” czy teatralne adaptacje „Psa Baskerville’ów” i „Shreka”. W tym samym roku Anglik wziął za żonę aktorkę Kate Winslet, z którą ma syna Joe Alfieego. Małżeństwo przetrwało 8 lat, zakończyło się rozwodem. Od stycznia tego roku Mendes jest mężem trębaczki Alison Balsom.

Mendes do tej pory zdobył Oscara, Złoty Glob (i nominację), nagrodę BAFTA (i nominację), nominację do Złotego Lwa, Złotego Satelity oraz nagrodę Amerykańskiej Gildii Reżyserów Filmowych. Do grona jego najczęstszych współpracowników zaliczają się: kompozytor Thomas Newman, dźwiękowiec Scott Millan, scenograf Dennis Gassner, autorzy zdjęć Conrad L. Hall i Roger Deakins, kostiumolog Albert Wolsky oraz aktor Daniel Craig.

Pora sprawdzić formę brytyjskiego reżysera, więc pora na ranking dokonań.

Miejsce 8. – Droga do szczęścia (2008) – 4/10

Strasznie mnie rozczarował ten film. Melodramat o związku pragnącym zmiany, lecz nie potrafiącym ich dokonać, a wszystko osadzone w realiach lat 50. Czyli takie „American Beauty” tylko bardziej na poważnie, miejscami aż łopatologicznie (upośledzony umysłowo syn sąsiadów John, tłumaczący widzom stan emocjonalny naszych bohaterów) i po prostu nudno. Nawet grający główne role Leonardo DiCaprio i Kate Winslet zwyczajnie się męczą. W pamięci zostaje jedynie Michael Shannon, ale to za mało.

Miejsce 7. – Para na życie (2009) – 7/10

Słodko-gorzka komedia (reklamowana w Polsce jako komedia romantyczna) opowiadająca o parze młodych ludzi (Maya Rudolph i John Krasinski), z perspektywą życia w trójkę, czyli on, ona i dziecko. Kino drogi w duchu Sundance, z wyrazistym drugim planem (błyszczy nadopiekuńcza Maggie Gyllenhaal oraz wycofany Jeff Daniels), gdzie twórcy obnażają wszelkie konwenanse, instytucje, jednocześnie kibicując w ten wędrówce. Bezpretensjonalne, ale ciepłe kino. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Jarhead (2005) – 7/10

Młodszy brat „Paragrafu 22”, czyli idziemy na wojnę – wojnę, gdzie nic się nie dzieje, dookoła jest pustynia, a wróg jest gdzieś tam daleko. Gorzkie kino, pokazujące absurdalność wojny oraz zagubienie ludzi, którzy na zawsze będą czuli się wojakami, a myślami będą tylko na tej pustyni. Mocne role Jake’a Gyllenhaala i Petera Sarsgaarda, niezapomniana scena płonącej ropy i surrealistycznego koszmaru Swoffa oraz sporo czarnego humoru. Recenzja tutaj.

Miejsce 5. – Spectre (2015) – 7/10

Drugie spotkanie z Bondem od Mendesa i tym razem jest w duchu klasycznych filmów, co dla wielu może być wadą. Jest mniej poważnie, choć gra toczy się o dużą stawkę, nie brakuje dynamicznych, widowiskowych scen akcji (Święto Zmarłych w Meksyku, pościg samochodowy we Włoszech), wyrazistego czarnego charakteru (Christoph Waltz daję radę i nie jest beznadziejny), a Craig ze swoją surowością pasuje idealnie. Na minus zbyt długie tempo oraz brak chemii między Bondem, a jego dziewczyną (Lea Seydoux). Recenzja tutaj.

Miejsce 4. – Droga do Zatracenia (2002) – 7,5/10

Nietypowy dramat gangsterski, skupiony na relacjach ojciec-syn. Michael Sullivan (zaskakujący Tom Hanks) jest mafijnym cynglem pracującym dla Johna Rooneya (ostatnia wielka rola Paula Newmana). Na nieszczęście dla Michaela, jego syn był świadkiem egzekucji, a to oznacza, ze cała rodzina musi zginąć. Sullivan z najmłodszym (Tyler Hoechlin) uciekają do miasta Zatracenie. Mocny dramat, zrobiony stylowo ze wspaniałą muzyką, genialną strzelaniną w deszczu oraz kradnącym film Judem Law jako mordercy z pasją fotograficzną.

Miejsce 3. – Skyfall (2012) – 8,5/10

Gdy Mendes został wybrany na reżysera filmu o agencie 007, wielu miało wątpliwości, ale podołał. Bond zmartwychwstaje (dosłownie) i musi powstrzymać Silvę, który chce zabić M i zniszczyć brytyjski wywiad, gdzie pracował wcześniej. Tutaj pasuje wszystko: i akcja, psychologia Bonda, który ostatecznie staje się tym, kogo znamy z dawniejszych dzieł. Realizacyjnie wygląda to jak film Christophera Nolana (ci, co uważają, że twórca „Mrocznego Rycerza” powinien nakręcić kolejną odsłonę 007 powinni obejrzeć „Skyfall” i się zastanowić) z genialnymi wizualnie zdjęciami, złośliwym humorem, widowiskową rozpierduchą (ucieczka Silvy i finał w szkockich górach). Plus mocne role Judi Dunch oraz Javiera Bardena plus pojawienie się Q (Ben Whishaw jest cudowny w tej roli). Recenzja tutaj.

Miejsce 2. –  American Beauty (1998) – 8,5/10

Debiut nagrodzony Oscarami za najlepszy film, reżyserię, scenariusz oraz główną rolę męską. Jak najbardziej zasłużenie. Historia Lestera Burnhama (wielki Kevin Spacey), który ze sfrustrowanego uczestnika wyścigu szczurów z przedmieścia, zaczyna się buntować i iść własną ścieżką, potrafi szarpnąć złośliwym humorem oraz brutalną wiwisekcją konsumpcjonizmu, przywiązania do stanu posiadania, tłumieniu swoich pragnień. Choć wszyscy pamiętamy scenę, gdy naga Mena Suvari śni się naszemu bohaterowi z opadającymi płatkami róż, nie jest to jedyna pamiętna scena. Sfilmowana latająca torba foliowa czy finałowy monolog Lestera zostają po seansie na długo.

Miejsce 1. – 1917 (2019) – 9/10

Prosta historia wojenna, jakich było wiele. Dwóch żołnierzy podczas I wojny światowej ma przedrzeć się za linię wroga, by przekazać rozkaz o odwołaniu ataku na linie wroga. Inaczej skończy się to krwawą rzezią. Siłą reżysera jest techniczna maestria, która wywołuje efekt immersji, niemal obcowania z bohaterami. Poczucie zagrożenia jest wręcz namacalne, w czym pomagają świetne zdjęcia Deakinsa oraz pozbawiony widocznych cięć montaż. Nieprawdopodobne doświadczenie, jakie przeżyłem w kinie w tym roku. Recenzja tutaj.

Jakim reżyserem jest Mendes? Ciągle szukającym wyzwań i nie bojącym się mierzyć z kinem gatunkowym. Lubi długie ujęcia, świetnie dobiera oraz prowadzi aktorów. Cokolwiek ten Anglik zamierza będę czekał, bo warto.

A jakie są wasze ulubione filmy Sama Mendesa? Piszcie w komentarzach swoje opinie.


Radosław Ostrowski

Tadeusz Chmielewski – 7.06

chmielewskiReżyser, scenarzysta i producent filmowy.

Urodzony 7 czerwca 1927 roku w Tomaszowie Mazowieckim jako syn Olgi i Adama Chmielewskich. Matka pracowała jako tkaczka, potem wykańczarka w fabryce dywanów. Ojciec był policjantem i słynnym sportowcem (skakał wzwyż), a w czasie wojny dowodził oddziałem partyzanckim. Tuż po wojnie schwytany przez władze komunistyczne i zamordowany. W czasie wojny pracował jako ślusarz u Zimmermannów, jednocześnie działając w Armii Krajowej. Po wojnie Tadeusz przeniósł się do Szczecin. W 1949 roku zdał maturę w Świnoujściu, gdzie zdał maturę. Następnie zapisał się do Ligi Morskiej, przeszedł kurs szybowcowy, krótko uczył się w Politechnice Szczecińskiej. W końcu (po wielu perturbacjach) trafia do łódzkiej Szkoły Filmowej, gdzie trafia pod skrzydła Antoniego Bohdziewicza. I to tam poznaje swoją przyszłą żonę Halinę Wirską (także asystentkę reżysera) oraz najbliższego współpracownika – autora zdjęć, Jerzego Stawickiego. Szkołę ukończył w 1954 roku i swoją karierę zaczął jako asystent, wreszcie w 1957 roku zrealizował entuzjastycznie odebraną komedię „Ewa chce spać”. Od tej pory przykuwa uwagę widowni, specjalizując się w tym trudnym gatunku.

Chmielewski udzielał się też w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich, a w latach 1983-87 był wiceprezesem. Jednocześnie od 1984 kierował Zespołem Filmowym „Oko”, w którym swoje filmy realizowali tacy reżyserzy jak Andrzej Barański, Dorota Kędzierzawska, Roman Załuski, Marek Piestrak, Janusz Kijowski czy Ryszard Ber. Od tej pory Chmielewski ogranicza swoją działalność filmową do roli producenta, współfinansując takie filmy jak „U Pana Boga za piecem” i „To ja, złodziej” Jacka Bromskiego, „Galerianki” Katarzyny Rosłaniec, „Piąta pora roku” Jerzego Domaradzkiego czy „Róży” Wojciecha Smarzowskiego.

Zmarł 4 grudnia 2016 roku w Warszawie, pochowany na Powązkach. Zostawił żonę oraz córkę Agatę (grafik i rysownik).

W swoim dorobku ma głównie komedie, które do dzisiaj mają status produkcji kultowych. Z ważniejszych nagród warto wspomnieć o dwóch Złotych Lwach z FPFF w Gdyni (i Platynowych Lwach za całokształt), dwóch nominacji do Orła (i nagrodę za osiągnięcie życia). Do grona najbliższych współpracowników (poza w/w Haliną Chmielewską i Jerzym Stawickim) należeli: scenograf  i kostiumolog Bolesław Kamykowski, kompozytor Jerzy Matuszkiewicz, montażystka Janina Niedźwiecka oraz charakterystyczni aktorzy: Wacław Kowalski, Stanisław Milski, Ludwik Kasendra, Zygmunt Zintel, Adam Mularczyk, Henryk Modrzewski, Leonard Andrzejewski, Józef Łodyński, Zbigniew Koczanowicz, Adam Wichura i Ludwik Benoit.

A teraz pora na ranking wszystkich obejrzanych przeze mnie filmów Tadeusza Chmielewskiego. Zaczynamy.

Miejsce 9. – Dwaj panowie N (1961) – 5/10

Jeden z pierwszych polskich kryminałów, który ma bardzo ciekawy koncept, jednak nie wytrzymał próby czasu. Historia skupia się na dwóch panach Nowakach, którzy mają te same dane personalne, ale różne profesje. Na trop wpada urzędnik hipoteki, Kazimierz Dziewanowicz, jednak zostaje zamordowany. Syn zamordowanego, próbuje na własną rękę wyjaśnić sprawę. Dziś film jest mocno archaicznym kinem, które bardziej śmieszy niż trzyma w napięciu. Dotyczy to głównie wszechwiedzącego kapitana Oleckiego (Bohdan Ejsmont), który szybko składa całość do kupy. Na plus muzyka, solidne role Stanisława Mikulskiego i Joanny Jędryki (oboje ładnie wyglądają) i niezłe dialogi. Recenzja tutaj.

Miejsce 8.- Pieczone gołąbki (1966) – 6/10

Delikatna próba obśmiana konwencji produkcyjniaka w krzywym zwierciadle. Bohaterem jest poeta na etacie, Leopold Górski, pracujący w warszawskiej stacji pomp. Dostaje zadanie trafić do najgorszej brygady dowodzonej przez Wierzchowskiego, by zrobić z nich uczciwych oraz porządnych pracowników. Lekkie i miejscami ciepłe kino, mówiące o potrzebie zwykłej życzliwości. Ale po pierwsze jest przewidywalna, po drugie tak przesiąknięta socjalistyczną nowomową, że sprawia ból. Broni się ciągle muzyka, a dokładniej piosenki duetu Młynarski/Matuszkiewicz oraz rozbrajający Krzysztof Litwin w roli głównej. Recenzja tutaj.

Miejsce 7. – Walet pikowy (1960) – 6,5/10

Dziwaczny miks komedii, kryminału i melodramatu w stylu retro. Bohaterem jest latarnik Kawanias, który dla pasji czyta książki poświęcone kryminalistyce. Prosi go o pomoc inspektor policji, bezskutecznie tropiący nieuchwytnego Testona. Problemem dla mnie jest tutaj niezdecydowanie, czym film chce być. Widać tutaj przepych pomysłów (świetne retrospekcje ze scenografią żywcem wziętą z kina przedwojennego), intryga jest dość zgrabna, ale mocno poplątana i tempo miejscami mocno siada. Za dużo grzybów w tym barszczu. Recenzja tutaj.

Miejsce 6. – Wiosna panie sierżancie (1974) – 7/10

Lubię ten film, choć realizacja tego pomysłu zajęła Chmielewskiemu prawie 20 lat. Bohaterem jest sierżant MO, Władysław Lichiniak mieszkający w małym miasteczku Trzebiatowo. Cała intryga skupia się na przygotowaniach milicjanta do matury, a mieszkańcy na własną rękę próbują pilnować porządku. Po drodze jest i miłość, walka ze stonką i bimbrem (w końcu to lata 50.), a nawet przez pomyłkę egzaminatorzy zostają ukarani. Klasyczna komedia pomyłek z kilkoma perełkami („samokrytyka” Wyderki, która jest jednocześnie przepisem na produkcję bimbru czy próba uporządkowania pojazdów) oraz wyrazistym drugim planem z Tadeuszem Fijewskim i Janem Himilsbachem na czele. Plus ujmujący Józef Nowak w roli tytułowej.

Miejsce 5. – Gdzie jest generał… (1964) – 8/10

Szeregowy Orzeszko jest prawdziwym pechowcem oraz czarną owcą w oddziale sierżanta Panasiuka, dezerteruje i zapuszcza się do pobliskiego zamku z winami. Niestety, miejsca pilnuje zdyscyplinowana i twarda wartowniczka z bratniej sowieckiej armii. Oboje przypadkowo znajdują ukrywającego się niemieckiego generała von Falkenberga, a w zamku jeszcze ukrywa się jego oddział. Siła filmu jest iskrząca interakcja między przedstawicielami sojuszniczych wojsk, która musi się skończyć miłością. Chmielewski rozbraja kolejnymi zapętleniami (zamek ma wiele ukrytych przejść),a finał to jedna strzelanina zakończona w dość nieoczywisty sposób. Masa żartów broniących się do dziś (nawet jeśli to humor koszarowy) plus cudnie wyglądający duet Elżbieta Czyżewska (jako Marusia jest po prostu urocza)/Jerzy Turek, a na drugim planie wybija się Bolesław Płotnicki (sierżant Kaziuk), Stanisław Milski (generał) i Wacław Kowalski (kapral Kaziuk).

Miejsce 4. – Wśród nocnej ciszy (1978) – 8/10

Szok i niedowierzanie, bo tym razem jest to bardzo mroczny kryminał z silnie naznaczonym wątkiem psychologicznym. Wszystko skupia się na seryjnym mordercy dzieci, zostawiając przy ciałach małe zabawki. Śledztwo prowadzi komisarz Teofil Herman, który jest mocno skłócony ze swoim synem, Wiktorem. Reżyser ciągle balansuje między psychologicznym napięciem między ojcem i synem, a mrocznym kryminałem z miejscami przerażającym klimatem (wizyta u preparatora zwłok wywołuje ciarki), wiarygodnie pokazywanymi technikami kryminalistycznymi oraz fantastyczną scenografią. Do tego kapitalna rola Tomasza Zaliwskiego jako komisarza policji. Mocne kino z przewrotnym zakończeniem i fatalistyczną aurą. Recenzja tutaj.

Miejsce 3. – Ewa chce spać (1957) – 8,5/10

Pierwsza prawdziwie polska powojenna komedia, nie przemycająca socrealistycznych ideologii. Pomysł jest prosty: Ewa jest młodą dziewczyną, która ma rozpocząć naukę w technikum w dużym mieście. Problem w tym, że przyjechała za wcześnie i nie ma gdzie przenocować. I zaczyna się całonocna tułaczka. Wszystko to w oparach absurdu, gdzie stać może się wszystko – policjanci na czas kontroli „wypożyczają” przestępcę z komisariatu, prowadzona jest szkoła dla przestępców, a w akademiku ukrywają się panowie spędzający noce z kobietami. Całość okraszona jest fantastycznymi dialogami, ostrą serią gagów oraz wdzięcznym aktorstwem z Barbarą Kwiatkowską i Stanisławem Mikulskim na czele. Recenzja tutaj.

Miejsce 2. – Nie lubię poniedziałku (1971) – 9/10

Wywrotowa komedia, w której bohaterem jest Warszawa. Film, który spopularyzował niechęć do poniedziałku jako dnia pechowego, w którym nikomu nic się nie udaje. I w zasadzie trudno wyróżnić jakikolwiek wątek czy postać, bo jest tego masa: włoski przemysłowiec mający podpisać ważną umowę, zaopatrzeniowiec szukający części do kombajnu, taksówkarz wściekły i oszukany przez klienta, milicjant zmuszony do opieki nad dzieckiem w pracy czy właścicielka sklepu, szukająca miłości. Samą konstrukcją „Poniedziałek” przypomina późne filmy Stanisława Barei, ale pozbawione szyderstwa i drwiny z całego systemu. Wszystko to wygląda jak obserwowanie zderzających się piłeczek podczas gry we flippera. Aktorstwo jest przednie, zestaw gagów coraz bardziej się nakręca (włącznie z użyciem Dziennika TV), a na finał dostajemy recytowany przez Andrzeja Nardelli wiersza Antoniego Słonimskiego. Takiego listu miłosnego Warszawa nie miała nigdy potem.

Miejsce 1. – Jak rozpętałem drugą wojnę światową (1970) – 10/10

Tu nie ma niespodzianki. Nie pamiętam ile razy widziałem tą trylogię (początkowo miały być tylko dwie części, ale reżyser się zagalopował), ale jeszcze wtedy była czarno-biała. Koloryzacja nie zaszkodziła temu filmowi, który jest najsłynniejszym spojrzeniem na wojnę w nie do końca poważny sposób. Razem z Frankiem Dolasem (rewelacyjny Marian Kociniak), który czuje się winny rozpoczęcia wybuchu II wojny światowej, przenosimy się w różne rejony konfliktu: od Niemiec i Austrii przez Jugosławię i północną Afrykę aż z powrotem do Polski. Mimo lat powala inscenizacyjny rozmach, świetna scenografia oraz pamiętna muzyka Jerzego Matuszkiewicza. Może i jest to stereotypowe przedstawienie poszczególnych nacji (Niemcy sztywni służbiści, Włosi bardziej dbają o okoliczny burdel niż o swoje morale czy Anglicy pijący o piątej herbatę), jednak nadal siła humoru oraz dystans wobec martyrologiczno-patetycznego spojrzenia na wojnę plus perfekcja realizacji dodają mocy. I wierzę, że kolejne pokolenia nadal będą się świetnie bawić przy tym dziele.

Nieobejrzane:
Wierna rzeka (1983)

Jak widać Chmielewski był twórcą robiącym kino bardzo życzliwe, serdeczne i ciepłe, na co wpływ miały zarówno jego charakter, jak i obejrzane na studiach komedie francuskie. O swoim miejscu w polskiej kinematografii reżyser odpowiedział tak (cytat pochodzi z wywiadu-rzeki: „Tadeusz Chmielewski. Jak rozpętałem polską komedię filmową” autorstwa Piotra Śmiałowskiego):
Każdy z nas w Polsce ciężko wykuwał swoją pozycję zmagając się z chałupniczymi warunkami produkcji, wszechobecną kontrolą polityczną i rzeszą wiernych recenzentów i ciał kolaudacyjnych. Wybrałem komedię, bo już w szkole filmowej oczarował mnie świat Rene Claira, w którym widziałem swoją przyszłość. Udało się, choć nie przyszło to łatwo. „Ewa chce spać”, „Gdzie jest generał…”, „Nie lubię poniedziałku” utwierdziły mnie w przekonaniu, że w szeregu polskich reżyserów jest i moje miejsce. Komedii i jej twórców w Polsce nie lubiano ani nie uważano za godnych uwagi. Myśleli tak nie tylko decydenci filmowi, ale całe środowisko filmowe (…) Ale to komedię uważam za swoje mocne miejsce w polskim kinie. Poważnie traktuję swoich widzów, z satysfakcją obserwuje ich reakcję w sali kinowej. W 2009 roku przed uroczystymi obchodami wybuchu drugiej wojny portal Onet.pl rozpisał ankietę na najlepszy polski film wojenny. Zwyciężyło „Jak rozpętałem drugą wojnę światową” – przed „Zakazanymi piosenkami” i „Kanałem”. Proszę mi wierzyć, nie uderzyło mi to do głowy, „znam proporcją, mocium panie”… Ale widzę w tym swoje zwycięstwo: widzowie kochają moje komedie.

A jakie są wasze ulubione filmy Chmielewskiego? Piszcie w komentarzach i do następnego zestawienia. 3majcie się cieplutko.

Radosław Ostrowski