Lot nad kukułczym gniazdem

Choć „Odlot” poniósł komercyjną porażkę nie zniechęciło to Milośa Formana do tworzenia filmów w USA. I tym razem zaskoczył wszystkich, choć ten film wydawał się być mu pisany. Oparty na powieści Kena Keseya „Lot nad kukułczym gniazdem” wydanej w 1962 roku okazał się ogromną niespodzianką, sporym kasowym hitem (przy budżecie niecałego 4,5 mln dolarów zarobił ponad 130 baniek) oraz artystycznym, zdobywając m. in. Wielką Piątkę przy Oscarach (najlepszy film, reżyseria, scenariusz oraz role pierwszoplanowe).

Dlaczego było to niejako przeznaczone dla czeskiego reżysera? Otóż prawa do książki wykupił aktor Kirk Douglas, a ten zaproponował pracę Czechowi po tym jak wyruszył w trasę po komunistycznej Europie Środkowej w 1969 roku. Problem w tym, że kopię książki przechwycili cenzorzy, a panowie stracili kontakt. Wszystko się zmieniło, kiedy twórca „Miłości blondynki” przybył do USA, zaś prawa do ekranizacji przejął syn Kirka, Michael Douglas. Po próbach szukania reżysera (przez pewien czas byli związani Richard Rush i Hal Ashby) skontaktowali się z Formanem, a ten po otrzymaniu kopii książki od razu się zgodził. A o czym jest sam film? Sama historia dzieje się w 1963 roku w szpitalu psychiatrycznym gdzieś w stanie Oregon. Tam trafia nowy pacjent, czyli Randall Patrick MacMurphy (Jack Nicholson). Przybywa z więzienia, gdzie został skazany za seks z nieletnią, a po drodze jeszcze pięciokrotnie zaatakował strażników. Ma zostać poddany obserwacji i sprawdzeniu czy nie symuluje. I niemal od razu trafia na kolizyjny kurs z prowadzącą oddział siostrą Ratched (Louise Fletcher), trzymającą wszystkich pod kontrolą.

Nie będzie raczej zaskoczeniem, że film Formana ma prostą opowieść i jest alegorią opisującą zderzenie systemowego porządku z chaosem oraz walczącym z jakąkolwiek formą kontroli wolnym duchem. Sama historia prowadzona jest w bezpośredni sposób, realizacyjnie przypominając niemal dokument. Ze stonowanymi kolorami, bardzo oszczędnie wykorzystywaną muzyką, sporą ilością zbliżeń na twarze, bez żadnych zabaw formalnych. Ale za to mamy galerię bardzo wyrazistych postaci (głównie pacjentów, którzy – w większości – są tu z własnej woli), mających swoje własne dziwactwa. Nieśmiały jąkała Billy, inteligent Harding, bardzo impulsywny Cheswick, lekko bucowaty Tabor, głuchoniemy wielkolud Wódz czy lekko dziecięcy Mancini – nawet jeśli nie są zbyt rozmowni, zapadają mocno w pamięć.

Pozornie nic się nie dzieje, jednak działania MacMurphy’ego wywołują ogromny ferment – od prób oglądania meczu baseballa przez ucieczkę i łowienie ryb przez gwałtowny atak Cheswicka z powodu kary ograniczenia papierosów aż po nocną imprezę z dwiema dziewczynami. Forman podkręca napięcie nawet w pozornie prostych scenach, gdzie siostra Ratched prowadzi rozmowy grupowe i więcej widzimy spojrzeń między nią a – pozornie spokojnym – MacMurphym. Wszystko w bardzo sterylnym pomieszczeniu, budującym poczucie izolacji. O wiele bardziej niż więzienie, bo tam przynajmniej wiesz ile trwa wyrok, a w szpitalu może to trwać w nieskończoność. Zaś próby łamania (limitowane ilości, fizyczne bicie, elektrowstrząsy czy lobotomia) potrafią być brutalne, wręcz barbarzyńskie. Ale czy da się złamać wolnego ducha? Zakończenie daje pewną nadzieję.

A całość jest rewelacyjnie zagrana. Jack Nicholson tworzy charyzmatyczną kreację bardzo wyluzowanego, cwanego i pewnego siebie MacMurphy’ego. Uważnie obserwuje, niemal od razu budzi sympatię swoim bezkompromisowym podejściem, siejąc chaos, ferment oraz pobudzając innych. Każde jego podejście czyni seans nieprzewidywalnym oraz pełnym energii. W kontrze do niego stoi równie wyrazista Louise Fletcher w roli siostry Ratched. Ona jest o wiele spokojniejsza, wręcz nienaturalnie pozbawiona emocji niczym robot. Jest w tym spokoju coś bardzo niepokojącego jak bardzo delikatnym głosem potrafi wszystkich postawić na baczność. Wspólne sceny tego duetu elektryzują aż do mocarnego finału. Za to drugi plan jest wręcz przebogaty – od debiutującego Brada Dourifa (bardzo nieśmiały oraz stłumiony Billy), przez potężnego Willa Sampsona (Wódz), chaotycznego Christophera Lloyda (Tabor), wyciszonego Danny’ego DeVito (Mancini) po kapitalnego Williama Redfielda (inteligent Harding).

„Lot nad kukułczym gniazdem” nie bez przyczyny jest uważany za jeden z najlepszych filmów lat 70. oraz jeden z największych triumfów Formana. Precyzyjnie napisany, fenomenalnie zagrany oraz zadziwiająco realistyczny w pokazywaniu szpitali psychiatrycznych jako bezwzględnych klatek, z których można nigdy nie wyjść. Prowokujące do myślenia, zaskakująco aktualne i emocjonalnie angażujące do ostatniej sceny.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Prognoza pogody

Jeden film mocno potrafi zaważyć na karierze swojego twórcy. Na dobre i na złe. W przypadku zmarłego w 2018 roku Antoniego Krauzego był to jego ostatni tytuł, czyli niesławny „Smoleńsk”. Produkcja tak zjechana oraz zniszczona przez krytykę, że niejako naznaczyła całą jego filmografię. I szkoda, bo jest tam o wiele lepszych, ciekawszych tytułów jak – uznawany za najlepszy w dorobku twórcy „Palca Bożego” – film „Prognoza pogody”.

Akcja osadzona jest jesienią 1981 roku w domu rencisty gdzieś na Lubelszczyźnie (przynajmniej tak wywnioskowałem po rejestracji jednego z aut). To inne określenie na dom spokojnej starości, gdzie przebywają już niemłodzi ludzie, z różnych środowisk. Jednak wszyscy są samotni, zmęczeni i nie mają już na co czekać. Zaś oglądana prognoza pogody w telewizji nie daje pola na optymizm. Jeszcze większe przerażenie czują, gdy widzą przywożone do domu… trumny. Obawiając się, że mają zostać zlikwidowani, staruszkowie decydują się na ucieczkę. Następnego dnia kierownik ośrodka (Witold Pyrkosz) wyrusza na poszukiwania, w których towarzyszy mu najpierw szef firmy pogrzebowej, a następnie milicja.

„Prognoza pogody” była kręcona od jesieni 1981 do marca 1982 roku (z przerwą spowodowaną stanem wojennym 13 grudnia), a materiałem źródłowym było opowiadanie Marka Nowakowskiego. Sam film przypomina dokument, gdzie jest sporo skupienia na detalach, twarzach oraz nakładających się na siebie rozmów. Początek w domu rencisty (nakręcony w czerni i bieli) miejscami wręcz ociera się o horror, budując paranoję oraz poczucie niepokoju, co pokazuje scena wywoływania medium oraz odkrycie trumien na poddaszu. Ale od momenty ucieczki całość nabiera barw (dosłownie), pokazując możliwie ostatnią chwilę wolności. Dochodzi do tarć, a także dość zadziwiających interakcji: ucieczki przed myśliwymi, ukrywaniu się w niedokończonej budowie, w motelu, gdzie są ignorowani przez pracowników czy – najbardziej pokręcone – spotkanie z grupą młodych hipisów/ćpunów. To ostatnie wygląda dość absurdalnie, jednak cały czas angażuje.

Problem z tym filmem – jak wiele w przypadków opowieści o bohaterze zbiorowym – jest fakt, że te postacie nie są zbyt głęboko zarysowane. Wybija się kilka z nich jak przedwojenny właściciel ziemski (Włodzimierz Kwaskowski), polityczny idealista (Mieczysław Łoza), wyrzucona z teatru aktorka Pelagia (Lena Wilczyńska), jednak reszta zlewa się w mało wyrazistą masę, która ma czasem jedną scenę dla siebie. Jest jeszcze pojawiający się na drugim planie Witold Pyrkosz w roli kierownika domu starców, którego oszczędność skrywa coś więcej, co eksploduje w finale. Mocno symbolicznym, dającym wiele do myślenia.

Zadziwiające jest, że „Prognoza pogody” czaruje swoim melancholijnym klimatem. Dobrze wyglądającym, z bardzo naturalnie brzmiącymi dialogami oraz świetnym aktorstwem. Jakby czuć tu zbliżający się stan wojenny, niejako podpatrując ostatnie chwile wolności. Bardzo poruszające doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Z zaciśniętymi zębami

W latach 70. westerny już nie były tak popularne jak w latach 50. czy 60., ale nie oznaczało to całkowitego zniknięcia tego gatunku. Powstawały rewizjonistyczne spojrzenia w rodzaju „Małego Wielkiego Człowieka” Arthura Penna czy „McCabe i pani Miller” Roberta Altmana albo surrealistyczne skręty jak „Mściciel” Clinta Eastwooda. Próbowano też pójść w bardziej klasyczne, staroświeckie spojrzenie na najbardziej amerykański gatunek, lecz wiele z nich zostało zapomniane. Takim przypadkiem jest „Z zaciśniętymi zębami” z 1975 roku.

Akcja dzieła weterana Richarda Brooksa rozgrywa się w roku 1906, czyli dość późno jak na ten gatunek i skupia się wokół… wyścigu konnego. Ma on trwać 9 dni, zaś trasa wynosi tysiąc kilometrów z 2 tysiącami dolarów do wygrania. Jak na tamte czasy to ogromny majątek, więc śmiałków nie brakuje. Chętni po wygraną to: dwaj weterani wojenni – opanowany Sam Clayton (Gene Hackman) i hazardzista Luke Matthews (James Coburn), panna Jones (Candice Bergen), narwany Carbo (Jan-Michael Vincent), stary kowboj ze słabym zdrowiem (Ben Johnson), brytyjski dżentelmen sir Norfolk (Ian Bannen), Meksykanin z bólem zęba (Mario Arteaga) oraz bardzo dziany Jack Parker (Dabney Coleman).

Nie można nazwać tego filmu klasycznym westernem, ale bardziej kinem przygodowo-sportowym. Przez większość czasu podążamy za kowbojami (i kowbojką) w zróżnicowanych krajobrazach: od lasów przez góry aż po pustynię. Do tego przy punktach kontrolnych – tak, brzmi to jak z jakieś gry komputerowej – gdzie można dać pić sobie oraz koniowi albo skorzystać z kąpieli, panienek, alkoholu. A także przyjmowane są zakłady – z całego kraju. Także sam wyścig będzie testem charakterów, pokaże prawdziwe oblicza oraz motywacje wielu z uczestników, a także będzie dla wielu lekcją. Pokory, szacunku do zwierząt (tu jest jedna bardzo mocna scena śmierci konia z wyczerpania – w slow-motion) oraz pewnego pogodzenia się ze starym porządkiem.

Jeśli ktoś spodziewałby się tu sporo akcji czy strzelanin, jest tego jak na lekarstwo. Brooks bardziej skupia się na bohaterach oraz pokazywaniu jazdy konnej z daleka. Z pięknymi i surowymi krajobrazami przyrody, które zapierają dech nawet dziś. Problem w tym, że tempo jest dość powolne – wiem, że czasy były inne – i nie czuć zbyt mocno stawki. Do tego montaż scen zawodów bywa dość chaotyczny, bo ciężko się zorientować kto za kim jedzie oraz na jakiej pozycji w zawodach się znajduje. Brakuje większej energii oraz wigoru, parę drobnych scen można spokojnie wyciąć.

Jedynie finał daje pewną nutkę satysfakcji, a także napędzający całość duet Gene Hackman/James Coburn. Ale to za mało, by uznać „Z zaciśniętymi zębami” za udany film. Choć zagrany solidnie, pięknie wygląda oraz brzmi, jednak baaaaaaaaaaardzo wolne tempo oraz zbyt dużo pobocznych wątków ciągnie całość w dół.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Odlot

Po nakręceniu „Pali się, moja panno” film Milośa Formana nie trafił do kinowej dystrybucji w Czechosłowacji i kariera tego twórcy wydawała się chylić ku końcowi. Jednak reżyser otrzymał propozycję nakręcenia filmu w Stanach Zjednoczonych, gdzie poprzednie jego filmy (szczególnie „Miłość blondynki”) dały pewną rozpoznawalność. W czasie prac doszło do „praskiej wiosny”, co zmusiło Formana do pozostania w Ameryce. A jaka była jego pierwsza produkcja amerykańska?

„Odlot” ma w sobie tego ducha znanego z „czeskiego okresu”, czyli utrzymaną w dokumentalnym stylu komedią o… różnicach pokoleniowych, gdzie jedni nie są w stanie zrozumieć drugich. Punktem wyjścia jest zniknięcie nastoletniej Jeannie Tyne (Linnea Heacock), co wyszła z domu i tyle ją widziano. Jej rodzice, Larry (Buck Henry) i Lynn (Lynn Carlin) próbują ją znaleźć – ona zostaje pod telefonem, on wyrusza na miasta. Kończy się to popijawą w barze, a dziewczyna wraca. Jednak po podejrzeniach o zażycie narkotyków… znowu znika. I zaczynają się poszukiwania.

Forman kontynuuje eksperymenty ze swoich poprzednich dzieł z dość pozornie niepowiązaną fabułą. Cały czas przeplatana są tu piosenki z castingu do… no właśnie, nie wiadomo czego. Z ciągle śpiewającymi dziewczynami (wśród nich m. in. bardzo młoda Kathy Bates czy Carly Simon) – czy to z własnymi utworami, czy z coverami. Wszystko mocno okraszone bardzo absurdalnym humorem, który ciągle łapie z zaskoczenia. Wizyta u terapeuty, który za pomocą hipnozy leczy z palenia papierosów; popijawa w knajpie panów z rozmowami pań o… seksie (choć nie wprost); znalezienie innej zaginionej nastolatki. Ale kompletnie nie byłem gotowy na spotkanie Stowarzyszenia Rodziców Zaginionych Dzieci (tak, pojawia się tu coś takiego), gdzie – by zrozumieć dlaczego biorą narkotyki – wszyscy… palą jointy oraz rozbieranego pokera. Całość jest absolutnie nieobliczalna, szalona i anarchistyczna, pełna cholernie dobrych dialogów i genialnie zmontowana.

Znowu mamy mało znane twarze w obsadzie (poza scenarzystą Buckiem Henrym w roli „rozsądnego” ojca oraz charakterystyczną twarzą Vincenta Schiavelliego), które dodają autentyzmu do całości. Dzięki temu „Odlot” pozostaje najbardziej czeskim filmem na amerykańskiej ziemi i ostatnim szaleństwem Formana w kierunku absurdu. Najbardziej zapomniany oraz niedoceniony film w dorobku Czecha.

8/10

Radosław Ostrowski

W mroku nocy

Lata 70. stanowiły renesans czarnego kryminału i kina noir. Zarówno tego osadzonego w złotym okresie gatunku („Chinatown” Polańskiego), jak i bliżej współczesności („Długie pożegnanie” Altmana). Do tej drugiej grupy wpisuje się jeden z napomnianych tytułów nurtu neo-noir, czyli pochodzący z 1975 roku „W mroku nocy” w reżyserii Arthura Penna.

Głównym bohaterem jest Harry Moseby (Gene Hackman) – prywatny detektyw z Miasta Aniołów, gdzie tych kompletnie nie widać. Proste zlecenia polegające na rozwodach dają pewną satysfakcję, jednak cierpi na tym jego małżeństwo. I teraz dostaje kolejne zlecenie, które nie wydaje się skomplikowana: otóż podstarzała gwiazda kina Arlene Iverson (Janet Ward) prosi o pomoc. Chodzi o znalezienie córki, która uciekła z domu. Nie robi tego jednak bezinteresownie, bo po śmierci męża kobieta została wydziedziczona i cały majątek dał na fundusz powierniczy córki, Delly (debiut Melanie Griffith).

Penn niby bawi się w kryminał, ale tak naprawdę klei tu dwa gatunki w jednym: noirową opowieść detektywistyczną i dramat psychologiczny w jednym. Sama intryga w zasadzie płynie gdzieś w tle (co mi skojarzyło się z „Rozmową” Coppoli), jednak w samym centrum znajduje się nasz detektyw. Facet sprawia wrażenie inteligentnego, niepozbawionego ciętych ripost (jak choćby podsumowanie kina Erica Rohmera) i potrafiącego dość szybko łączyć kropki. Tempo jest bardzo powolne, pozwalając bardziej skupić się na atmosferze. Bardzo nerwowej, zdominowanej przez ciągły mrok nocy, za którą coś może się ukrywać.

Po drodze trafiamy do świata kaskaderów, szołbiznesu i aż do Florydy. Jest tu sporo świetnych dialogów, rzadko pojawiająca się elegancka muzyka jazzowa buduje klimat, a także bardzo charyzmatyczny Hackman w roli zdeterminowanego śledczego. Facet za wszelką cenę chce dotrzeć do prawdy i – jak wielu przed nim i po nim – może za tą cenę zapłacić. Szczególnie, gdy – tak jak Philipowi Marlowe w „Długich pożegnaniach” – wszyscy go okłamują i nawet ja nie wiedziałem, kto mówi prawdę. Oraz jakie są za tym wszystkim ukryte motywy. Drugi plan nie rozczarowuje: od debiutującej, lekko wyzwolonej Melanie Griffth przez bardzo enigmatyczną Jennifer Warren (Paula) i wyrazistą Janet Ward po mocnego Jamesa Woodsa (mechanik Quentin) oraz Susan Clark (żona Moseby’ego). Każdy zapada mocno w pamięć, a i tak nie wspomniałem wszystkich.

Pozornie noirowy kryminał, który idzie w zupełnie innym kierunku niż się można było spodziewać, lecz dzieło Penna oddaje ducha epoki (lata 70. już po aferze Watergate). Gdzie każdy oszukuje i kręci, a dojście do prawdy nie daje satysfakcji. Sam detektyw wydaje się być jeszcze bardziej nieporadny i zagubiony niż przedtem, co dobitnie pokazuje ostatnia scena. Pozornie nudne, lecz gęste kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Bracie, gdzie jesteś?

Już w te wakacje pojawi się w kinach „Odyseja” w reżyserii Christophera Nolana. Ale wielkie dzieło Homera było już przenoszone na ekran wielokrotnie. Żadna adaptacja jednak nie była tak nietypowa jak pochodzący z 2000 roku „Bracie, gdzie jesteś?” braci Coen. Jak sami twórcy przyznali, nigdy nie czyli utworu o Odyseuszu, bardziej inspirując się innymi ekranizacjami. Co brzmi jak czyste szaleństwo.

Akcja filmu dzieje się w USA lat 30., parę lat po Wielkim Kryzysie i skupia się wokół trzech zbiegów. Ulysses Everett McGill (George Clooney) jest najbardziej wygadanym z trójki, z twarzy podobny do Clarka Gable’a, strasznie dba o swoje włosy. Pozostali jego wspólnicy są mniej lotni, a nawet dość prości: wierzący w różne dziwności Delmar (Tim Blake Nelson) oraz lekko nerwowy Pete (John Turturro). Cała trójka jest skuta łańcuchem i razem ucieka. Po co? By znaleźć zakopany łup z napadu na ciężarówkę, jakiego dokonał Ulysses. Tylko droga do niego nie będzie wcale łatwa.

Reżyserski duet wrzuca od razu w klimat Południa przy scenie śpiewania więźniów podczas pracy na torach. Skoro jesteśmy na Południu, gdzieś w okolicach Luizjany, Nowego Orleanu czy innego Mississippi, to w tle gra blues, bluegrass oraz szeroko rozumiane country. Jednak sama historia pozornie idzie w znajomym kierunku wobec „Odysei”: jest Odyseusz (Ulisses), jest ślepy prorok (nie jedyny niewidomy), jednooki olbrzym (tutaj sprzedaje Biblię), nawet są śpiewające syreny (a tak naprawdę to praczki) oraz Penelopa (ona jednak ma pewien problem z wiernością). Jednak szczegóły to Coenowie pełną gębą – mieszanka inteligentne dialogi z odrobiną slapsticku, zmieszane z galerią barwnych i ekscentrycznych postaci: niewidomego prowadzącego radio (Stephen Root), tropiącego zbiegów gliniarza w ciemnych okularach z czarnym psem; George „Buźka” Nelson – legendarny gangster, napadający na banki i zdrowo porąbany czy czarnoskóry gitarzysta, co sprzedał duszę diabłu za grę na gitarze. A potem jeszcze mamy „Chłopaków z Mokradeł” czy Ku Klux Klan (ich zebranie oraz próba egzekucji to najjaśniejszy punkt filmu), wywołujące jeszcze większe zamieszanie.

Całość wygląda bardzo pięknie, co jest zasługą niezawodnego Rogera Deakinsa, z mocnym nasyceniem żółci i zieleni. Od mokradeł, lasów po miasteczko i bank – czuć realia lat 30.: od rekwizytów (pomadka) aż po stroje i scenografię. Gdzieś tu czuć troszkę klimat „Bonnie i Clyde”, nawet jeśli skręcamy w sceny kompletnie absurdalne. Coenowie świetnie odnajdują się w tej pokręconej historii o miłości i przyjaźni.

Wszystko na swoich barkach dźwiga fantastyczny George Clooney. Jego Ulysses to złotousty cwaniaczek, z aparycją przystojniaka, próbujący lawirować między różnymi przeciwnościami. Potrafi być zarówno poruszający (modlitwa przed planowaną egzekucją), jak i rozbawić (występ jako lider „Chłopaków z Mokradeł” w przebraniu). Także partnerujący mu Turturro oraz Nelson świetnie się uzupełniają, ze swoimi prostolinijnymi temperamentami. Jednak to wszystko jest ubarwione przez masę drugoplanowych postaci: od niezawodnego Johna Goodmana (Wielki Dan Teague) przez cudownego Michaela Badalucco (gangster George „Buźka” Nelson) i bardzo solidnego Chrisa Thomasa Kinga (Tommy Johnson) aż po Holly Hunter (Penny McGill, żona Ulyssesa) oraz Charlesa Durninga (burmistrz O’Daniel).

Pierwsze dzieło braci Coen stworzone na progu tysiąclecia jest bardzo udaną komedią, okraszoną silną nutą nostalgii. Jeden z najpiękniejszych wizualnie filmów w dorobku rodzeństwa, luźno czerpiące z wielkiego eposu Homera, fantastyczną muzyką i aktorstwem. Może przesłanie o tym, że nie zawsze skarbem jest to, co materialne nie jest czymś zaskakującym, czyni ono całość bardzo satysfakcjonującą.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

 

Pali się, moja panno

„Pali się, moja panno” – ten tytuł kojarzył mi się z piosenką zespołu Buldog. Ale tak też został nazwany ostatni film Milośa Formana nakręcony w Czechosłowacji. Produkcja została zablokowana w kraju, a kiedy zbliżały się wojska Układu Warszawskiego rok później podczas praskiej wiosny, reżyser uciekł do Stanów Zjednoczonych. Poprosił o azyl i tam zaczął tworzyć kolejne filmy. Zanim jednak dojdziemy do tego, skupmy się na ostatnim czeskim dziele.

Akcja dzieje się w małym miasteczku w trakcie balu z okazji Dnia Strażaka. Podczas imprezy ma się odbyć także: konkurs piękności, loteria z fantami do wygrania oraz wręczenie najbardziej zasłużonemu strażakowi prezentu. Komitet organizacyjny jest przygotowany, zwarty i gotowy. Fanty na miejscu i sprawa wydaje się być zaplanowana do najmniejszego szczegółu. Tylko, że… nie. Sprawy dość szybko zaczynają się komplikować, doprowadzając do nieoczekiwanych sytuacji.

Tym razem Forman zrealizował ten film w kolorze, do tego niemal w całości osadzając w jednym miejscu oraz tworząc bardziej zwartą opowieść. Już od samego początku widać, że będzie to bardziej satyryczne spojrzenie na rzeczywistość. Porządek jest pozorny, zaś każda próba utrzymania go się kończy kompletnym chaosem: fanty zostają skradzione, panie nie są zbyt chętnie wziąć udział w konkursie (niektórzy nawet serwują drinki dla komitetu), a komitet próbuje robić dobrą minę do złej gry. Z każdą minutą sytuacja robi się absurdalna, panowie kierujący – dużo starsi i mniej ruchliwi – okazują się bardziej nieporadni, safandułowani. Atmosferę potęguje marszowa muzyka w tle czy niektóre mocne dialogi. Wszystko zostaje spięte bardzo gorzkim finałem, kiedy dochodzi do pożaru w okolicy.

Ze wszystkich „czeskich” filmów w dorobku Formana „Pali się, moja panno” jest najbardziej zwarty i spójny w swojej formie. Świetnie zagrany, mocniej ocierający się w absurd i ostrzej w niedorzeczny, niewydolny system. Jeśli kojarzy wam się z „Rejsem” Marka Piwowskiego, to jest to właściwy adres.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Miłość blondynki

Kolejne spojrzenie Milośa Formana na życie młodych w komunistycznej Czechosłowacji. Po „Czarnym Piotrusiu” tym razem przyszła kolej na „Miłość blondynki”. Czyli kolejne zderzenie młodej naiwności z rzeczywistością, która nie ma wspólnego z niczym, czego się można było spodziewać.

Akcja dzieje się w małym miasteczku, gdzie znajduje się fabryka butów. Tam pracuje masa młodych dziewczyn, mieszkających gównie w hotelu robotniczym. Jedną z nich jest blondwłosa Andula (Hana Brejchova) – dziewucha jakich wiele. Niby ma chłopaka, ale ten pojawia się rzadko i nie wydaje się traktować wszystkiego poważnie. A fakt, że dziewczyn i kobiet jest więcej niż chłopców (na jednego mężczyznę przypada 16 kobiet), więc dyrektor fabryka wpada na dość nietypowy pomysł rozwiązania tej sytuacji. Mianowicie zostaje ściągnięte wojsko, bo młodzi oraz piękni chłopcy przyciągną młode dziewczyny. I będzie bardzo fajnie. Jednak uwagę Anduli zwraca młody pianista Mila (Vladimir Pucholt). Chłopak z dużego miasta, czarujący i obyty. Nic dziwnego, że dziewczyna chce się z nim związać.

Reżyser nadal kontynuuje swój dokumentalny styl z „Czarnego Piotrusia”, gdzie mamy sporo obserwacji i ujęć początkowo nie chcących się kleić w jakąkolwiek fabułę. Zaczynamy od dziewczyny z gitarą o kruczoczarnych włosach, a po drodze przeskakujemy po różnych miejscach: od fabryki po hotel robotniczy, a nawet zebranie egzekutywy. Wszystko na czarno-białej taśmie, pokazując szarzyznę dnia codziennego oraz panującą nudę. Nawet pojawiający się żołnierze mocno odbiegają od propagandowych obrazków: panowie w średnim wieku, żonaci, a nawet noszący okulary. Kiedy próbują poderwać robią to dość nieudolnie. Więc raczej nie jest dziwne, że dziewczyna jest tak zauroczona miejskim chłopcem.

Forman pokazuje to zauroczenie bez cynizmu czy złośliwości, ale z zaskakującą czułością. Jest tu sporo liryzmu, elegancko przedstawiona nagość oraz zadziwiająco sporo humoru. Wszystko jednak nabiera mocniejszego uderzenia w gorzkim finale, gdy Andula przyjeżdża do domu rodziców chłopaka. Z walizką. Więcej wam nie zdradzę, bo warto się z całością zmierzyć. Pełna naturalnego aktorstwa, z uchem do dialogów oraz zmysłem obserwacji, pozbawionym szyderstwa oraz złośliwości. „Miłość blondynki” może wydawać się naiwną pogonią za złudzeniami, jednak jest w tym portrecie bardzo szczera, pozbawiona dydaktyzmu i moralizatorstwa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czarny Piotruś

Każdy reżyser od czegoś zaczynał i rzadko się zdarza, żeby pierwszy film rzucił na kolana. Ale takim filmem zdecydowanie NIE BYŁ (przynajmniej dla mnie) pełnometrażowy debiut Milośa Formana. I nie chodzi o to, że film powstał w Czechosłowacji czy jest czarno-biały, albo w niczym nie przypomina jego późniejszych filmów.

„Czarny Piotruś” w zasadzie jest takim wycinkiem z kilku dni nastoletniego Piotra (Ladislav Jakim), który jakoś próbuje się odnaleźć w przyszłym życiu dorosłym. Pracuje w sklepie samoobsługowym jako tak jakby ochroniarz, mieszka nadal z rodzicami, umawia się z dziewczyną. Problem w tym, że chłopak nie odnajduje się w niczym i wszystko idzie mu mocno pod górkę. Nawet zagadanie, umówienie się na randkę jest dla niego wyzwaniem, tak jak tańczenie na imprezie.

Wszystko jest zrobione w niemal dokumentalnym stylu, w zasadzie pozbawionym ilustracji muzycznej, do tego bez udziału zawodowych aktorów. Forman niejako przygląda się młodym ludziom, nie potrafiącym odnaleźć się w rzeczywistości. Brakuje im sił do wyrwania się z marazmu, miotają się i nie pasują do komunistycznej normy. Absurdalne sceny w sklepie, gdzie kierownik instruuje młodzieńca jak ma nie rzucać się w oczy; dziwaczny duet podrywaczy, co pracują na budowie i tylko udają pewnych siebie; próbujący go naprowadzić ojciec (fantastyczny Jan Vostrcil). Jest jeszcze przyjaciel, co śpiewa na gitarze i grają go w radiu. Jako jedyny wydaje się ogarniać ten świat.

Ale choć całość trwała nieco ponad półtorej godziny, to „Czarny Piotruś” mi się strasznie dłużył, co mnie zdziwiło. Szczególnie scena w potańcówce wydała mi się rozciągnięta oraz tracącą energię po kilku minutach. Zagrane jest to nieźle przez nieznane twarze, sporo jest momentów ciszy oraz dziwna atmosfera. Mi brakowało jednak tutaj jakiegoś kleju, który by to wszystko połączył ze sobą. Mocniejszego uderzenia emocjonalnego, które by mnie złapało bardziej za serducho. Ostatecznie wychodzi z tego tylko niezły film, który był dopiero rozgrzewką przed kolejnymi dziełami Formana.

6/10

Radosław Ostrowski

Doberman

Francuskie kino sensacyjne potrafiło mocno uderzyć, ale nawet ja nie byłem gotowy na „Dobermana”. Adaptacja serii komiksów Joela Houssina to kino efekciarskie, mocno próbujące wszczepić amerykańską estetykę na bardziej europejski grunt. Taka jest też ta produkcja z 1997, mocno komiksowo-teledyskowa w stylu samego Quentina Tarantino.

Tytułowy Doberman (Vincent Cassel) to szef grupy porąbanych gangsterów, którzy zajmują się napadami na bank. Poza nim grupę tworzą głuchoniema Cyganka Nathalie (Monica Bellucci), narwany Moskit (Antoine Basler), naćpany Pitbull (Chick Ortega) oraz bardzo ekscentryczny Ksiądz (Dominique Bettenfeld). Są bezwzględni, brutalni i grają ostro. Policja próbuje ich wytropić, ale za każdym razem wymykają. Po ostatnim napadzie, w którym zostało postrzelonych kilku policjantów, sprawy się komplikują. Bo do akcji wkracza inspektor Cristini (Tcheky Karyo), stawiający sobie za punkt honoru schwytanie Dobermana.

Już od samego początku mamy do czynienia z absolutnie pokręconym filmem. Już podczas sceny chrztu Dobermana, gdzie mamy wielkiego psa przed kościołem czy noworodka, któremu do kołyski wpada… pistolet typu Magnum. Reżyser Jan Kounen kompletnie bawi się formą: od szybkich cięć montażowych i dynamicznych ruchów kamery poprzez łamanie kadrów (scena napadu na bank) po ujęcia z ręki. Trudno nie odmówić intensywności, efekciarstwa oraz bardzo ekscentrycznej galerii postaci. Wszystko jest tu przerysowane i przejaskrawione: od samego gangu i wspierających ich Cyganów przez pomagającego im transwestytę aż po grupę policjantów. Ale wśród jest inspektor Cristini – facet tak odpychający, brutalny i bezwzględny, że nawet swoi nim gardzą, porównując go do gestapowca.

Sam film jest pełen szaleństwa oraz przesady: od napadu na ciężarówkę konwojentów przez wybuchowy (dosłownie) napad na bank aż po intensywny nalot policji na nocny klub. Jedyne, co mocno zdradza wiek filmu to komputerowe efekty specjalne: od przypominającą jakąś grę czołówkę oraz wszelkie eksplozje, które kłują oczy. W rzadkich momentach montaż bywa dość chaotyczny, niezbyt pomagając w śledzeniu akcji. Ale wszystko rekompensuje finałowa konfrontacja z policją oraz otwarte zakończenie.

Wszystko jeszcze podkręca świetna obsada. Vincent Cassel w roli Dobermana jest niemal idealnym bandziorem, który zachowuje opanowanie i spokój nawet w intensywnych momentach. Jednak to drugoplanowe postacie kradły ekran. Tutaj dla mnie całość kradł Dominique Bettenfeld ze swoimi tekstami, brzmiącymi niczym nawiedzone modlitwy oraz duet Basler/Ortega, niemal non stop w stanie nerwowości. No i jest jeszcze Monica Bellucci, która nawet nic nie mówiąc, jest bardzo pociągająca i magnetyzująca.

Ale jest jeszcze niesamowity Tcheky Karyo w roli inspektora Cristini, który wrył się najmocniej w pamięci. Jest równie przerysowany niczym Stanfield z „Leona zawodowca”, bardzo niebezpieczny niczym „Zły porucznik” z filmu Ferrary, do tego lubiący rzucać angielskimi słówkami. Grając z bardzo dziwnym spokojem czyni go wręcz tykającą bombą, która w każdej chwili może eksplodować agresją i przemocą. Choćby scena „przesłuchania” w domu jednego ze wspólników Dobermana, gdzie m. in. podchodzi do niemowlaka z granatem, rzuca wyzwiskami i terroryzuje całą rodzinę. Absolutnie rewelacyjna kreacja i jeden z najbardziej niezapomnianych bandziorów z odznaką.

„Doberman” jest destylatem kina lat 90., które mocno czerpie z komiksowej pulpy, pełnej wyrazistych indywidualności oraz pulsującej techno muzyki w tle. Niby tylko kolejna opowieść o policjantach i złodziejach, ale w drugiej połowie nabiera takiego tempa oraz energii, która nie pozwala wymazać go sobie z głowy. Szalone, efekciarskie, bardzo tarantinowskie w duchu.

7,5/10

Radosław Ostrowski