Sirat

Co w ogóle można powiedzieć o ostatnim filmie francuskiego reżysera Olivera Laxe? Bo ta francusko-hiszpańska produkcja jest… dziwna. Nie dlatego, że w trakcie pojawiają się elementy nadnaturalne czy kompletnie z czapy, wywracając konwencję do góry nogami. Bo w zasadzie jest to audio-wizualny kolaż, gdzie fabuła istnieje. Gdzieś tam, niczym prawda w „Z archiwum X”.

Akcja toczy się gdzieś na pustyni w Maroku, gdzie odbywa się rave. Bit wbija na pełnej, ludzie dziwnie tańczą, płynąc z muzą. Tylko co tu robi pewien siwy pan z młodym chłopakiem oraz psem? Bo oni wydają się nie pasować za bardzo do reszty – i nie bez powodu. Luis (Sergio Lopez) szuka swojej córki, która odeszła od rodziny pięć miesięcy temu. Podobno miała się zjawić na tej imprezie, ale nikt nic nie wie, nikt nie widział. Słabo. Ale niedługo ma się odbyć kolejny rave przy granicy z Mauretanią. Luis z synem decydują się dołączyć do grupy rave’owców, którzy też mają uczestniczyć na imprezę.

Laxe zaczyna – dosłownie i w przenośni – mocnym uderzeniem, gdzie najpierw widzimy układanie głośniki gdzieś na pustyni. A potem wbija mocna muza Kangdinga Raya, która oscyluje między agresywną elektroniką a tanecznym ambientem. I to w połączeniu z pustynnym krajobrazem tworzy niemal elektryzująco-kontemplacyjną mieszankę wybuchową, która pozostaje z nami aż do samego końca. Fabuła niby jest, ale im dalej w las, coraz bardziej znika w tle. Ważniejszy jest tutaj klimat, coraz bardziej pustynny krajobraz oraz silniej odczuwalna pustka. W tle słyszymy komunikaty o wybuchu jakieś wojny, która zaczyna się nasilać, próbuje gdzieś działać wojsko. Jednak reżyser zaczyna coraz mocniej podkręcać napięcie, poczucie samotności i odizolowania się nasila – od jazdy przełęczą górską aż po finał na pustyni otoczonej minami. Po jednej szokującej scenie, której nie zamierzam zdradzić, robi się bardziej nerwowo, by niemal rozerwać na strzępy.

Jedynie, co mnie wkurzyło to zakończenie, które sprawia wrażenie urwanego. Jakby historia dopiero miała się rozwinąć do kolejnego etapu. Pozostawia masę pytań za sobą, a odpowiedzi gdzieś są. A może tylko mi się tak wydaje. Bo co tu się tak naprawdę wydarzyło? Czy weszliśmy do piekła, kolejnego kręgu jądra ciemności? A może udało się tutaj osiągnąć oczyszczenie?

Gdzie obsesja staje się szaleństwem i jak wiele może pochłonąć po drodze? – to pytanie najbardziej wybrzmiewa podczas seansu „Sirat”. Ale to może tylko moje spojrzenie, które nie wyczerpuje w pełni wszystkich interpretacji filmu Laxe’a. Dajcie się porwać tej dziwaczej podróży, która może zaprowadzić w nieoczywiste rejony.

7/10

Radosław Ostrowski