Michael Kamen – Dead Zone

dead_zone

Młody nauczyciel Johnny Smith (kapitalny Christopher Walken) na skutek wypadku samochodowego zapada w śpiączkę. Budzi się po 5 latach, nie mając ani pracy ani dziewczyny (która teraz jest mężatką), jednak odkrywa on w sobie dar jasnowidzenia, co zmieni jego życie. Tak w skrócie przedstawia się fabuła „Martwej strefy” Davida Croneberga na podstawie powieści Stephena Kinga. Adaptacja naprawdę udana i do dziś zbierająca dobre noty.

Jednak dzisiaj nie będzie o filmie, tylko o muzyce. Przy nazwisku Cronenberg powinno pojawić się drugie – Howarda Shore’a. Jednak ten kompozytor tworzył wówczas mocno eksperymentalne, elektroniczne prace, które zbierały dość średnie recenzje w tak samo sprawdzały się w filmach, dlatego reżyser postawił na znanego, ale jeszcze nie popularnego Michaela Kamena, dla którego miał być to punkt zwrotny w jego karierze. I w porównaniu do ówczesnych prac Shore’a nie tylko sprawdza się w filmie, ale też daje się tego słuchać poza nim. Album zaś został wydany przez Milan w 1983 roku i zawiera 40 minut muzyki.

kamenMuzykę tą można podzielić jakby na dwie części: tematy i ich wariacje, a druga to action- i underscore, który w filmie się sprawdza, ale poza nim bywa naprawdę trudny w odsłuchu.  A płyta zaczyna się od dość mocnego „Opening Titles”, gdzie na początku słyszymy różne krzyki, wycia i elektroniczne eksperymenty, do którego potem dołączają flet, fortepian, klarnet i podnoszące napięcie smyczki oraz mandolina – temat ten buduje ponury klimat. Potem pojawia się „Coma”, w którym pojawia się po raz pierwszy temat Jonny’ego – bardzo spokojna, wręcz romantyczna kompozycja rozpisana na dęciaki i smyczki (pojawi się też m.in w „Hospital Visit” i „School Days”), którego dość często będziemy słyszeć oraz underscore – nerwowe bębny, ciągnące się dęciaki i smyczki, które potem przyśpieszają. Nerwowo zaczyna się dziać w „First Vision – Second Sight”, gdzie dęciaki i flety grają pędząc na złamanie karku, towarzyszą im dęciaki, typowe opadające i szybko podnoszące smyczki oraz walące bębny.

Choć muzyka tła i akcji brzmi naprawdę w porządku, to jednak nie brakuje tu charakterystycznych zagrywek dla horroru – przeciągania dźwięków, nerwowych smyczków (czasem trzasków), nieprzyjemnych dęciaków oraz walenie bębnami. I to wypełnia drugą część płyty (taką linią przełomu jest „School Days”), jak w „In the Snow – Hope” (gdzie w połowie smyczki opadają i wznoszą się w równym tempie) czy „Political Death” ze smyczkami oraz pędzącymi fletami i klarnetami. Ta część płyty jest trudniejsza w odsłuchu (w ogóle action- i underscore u Kamena działa perfekcyjnie na ekranie), ale o dziwo jest to zjadliwe i nie drażni uszu.

Słuchanie „Dead Zone” może być dla wielu trudnym wyzwaniem, które wymaga cierpliwości (zwłaszcza w połowie), a bez znajomości filmu można się tu naprawdę pogubić (choć muzyka jest wydana w kolejności chronologicznej). Niemniej jest w tej muzyce tajemnica, liryka, a mimo mrocznej muzyki tła da się tego słuchać. Jeśli nie macie co robić z 40 minutami swojego życia, to możecie zaryzykować, a przedtem zobaczcie film.

7/10

Radosław Ostrowski


Dodaj komentarz