Jeff Goldblum & The Mildred Snitzer Orchestra – The Capitol Studio Session

the-capitol-studios-sessions-b-iext53596124

Być może to wielu wkurza fakt, że osoby ze świata aktorskiego zaczynają flirtować z muzyką. Przykłady Hugh Lauriego czy Setha MacFarlaine’a pokazują, że nie wywołuje to poczucia przerażenia. Teraz do tego gronia postanowił dołączyć fantastyczny Jeff Goldblum. Aktor znany z takich filmów jak “Mucha”, “Park Jurajski”, “Dzień Niepodległości” czy “Thor: Ragnarok” potrafi także grać na fortepianie (uczył się odkąd skończył 15 lat), działając już w latach 90. jako frontman założonego razem z Johnem Maestro The Mildred Snitzer Orchestra, gdzie grali po klubach jazzowe standardy. Ale dopiero w 2018 roku postanowił razem z grupą wydać album – i to koncertowy, będącym zapisem popisów w Capitol Records.

I muszę przyznać, że efekt jest więcej niż przyzwoity. O dziwo, nie zabrakło też instrumentalnych kompozycji jak otwierający całość “Cantaloupe Island” z cudownie szalejącym saksofonem, by w połowie się uspokoić oraz dać pole innym (klawisze, gitara elektryczna, perkusja). Popisem umiejętności trębacza Tilla Bronnera jest pozornie spokojny “Don’t Mess with Mister T”, a także nieśmiertelny “Caravan” oraz nostalgiczny “It Never Entered My Mind”. Pojawiają się także popisy innych instrumentów jak choćby klawisze (“Nostalgia in Times Square”).

Nie oznacza to jednak, że nie pojawiają się osoby śpiewające. Tutaj są aż trzy, same panie, zaś każda z nich zaskakuje. Na pierwszy ogień idzie Haley Reinhart, zaczynająca od uwodzącego “My Baby Just Cares for Me” zakończonego uroczym droczeniem się wokalistki z Goldblumem, by wskoczyć na spokojne tory w “Gee Baby”, gdzie udziela się saksofon bardziej zadziorny niż zwykle. Druga w kolejce jest Imelda May, którą bardziej znam z bluesowego grania. Ale i w jazzie jej głos sprawdza się naprawdę dobrze – zarówno w zwiewnym, eleganckim “Straighten Up and Fly Right”, dosłownie bawiąc się ozdobnikami,  by przejść do wyciszonego “Bitter Earth” oraz wręcz uwodzącego “Come On-A-My House”. No i trzecia panna to Sarah Silverman, gdzie pojawia się najpierw w dość długiej zapowiedzi (szkoda, że nie ma wersji DVD z zapisem video tego koncertu), by wskoczyć w jeden numer: “Me and My Shadow”, gdzie Jeff także śpiewa, tworząc dowcipny kawałek.

Bardzo sceptycznie byłem przekonany do płyty Goldbluma, ale jako muzyk sprawdza się solidnie, choć pozostaje troszkę w cieniu swoich kolegów. Nie mniej udało się grupie stworzyć bardzo intrygujące, energetyczne oraz piekielnie dobry materiał, choć reakcje publiczności nie są zbyt częste. Czy to będzie nowy etap w karierze aktora? Czas pokaże, ale jestem strasznie ciekawy.

8/10

Radosław Ostrowski

Life

Gdzieś w kosmosie znajduje się stacja kosmiczna, mająca za zadanie badać próbki z Marsa. A jedna z próbek zawiera tajemniczego przybysza z planeta, którym zaczynają się interesować naukowcy. Badać go, sprawdzić i w końcu ożywić. To ostatnie będzie dla wszystkich błędem, gdyż Calvin (jak zostaje nazwana istota) zaczyna działać oraz bawić się w mordercę. Załoga kombinuje, żeby nie dopuścić stwora na Ziemię.

life1

Brzmi jak „Obcy”? Nowy film szwedzkiego reżysera Daniela Espinosy zrobiony na amerykańskiej ziemi to sklejka klasyka Ridleya Scotta z „Coś” Johna Carpentera, polane lekkim sosem „Grawitacji”. Początek obiecuje takie klasyczne SF, gdzie mamy element zabawy w Pana Boga, istotę nie z tego świata, mordującą wszystkich dookoła, jednocześnie stając się coraz bardziej inteligentną i próbującą złamać szyki naszym bohaterom. Problem w tym, że te postacie nie są zbyt mocno wyraziste oraz ciekawe, by ich los mógłby mnie całkowicie poruszyć. Jeden jest biologiem, drugi to spec od komputerów, trzeci lekarz, czwarty hydraulik itp. Nie znamy ich charakterów – poza lekarzem, który ma traumę spowodowaną wydarzeniami z wojny. Scenografia wygląda dość sterylnie, co ma budować realizmu tej opowieści, by po 30 minutach mocno skręcić w krwawy horror SF. Muzyka buduje napięcie, a zamknięta przestrzeń nawet sprawdza się w budowaniu klaustrofobicznego klimatu. Tylko jak bać się takiego monstrum jak Calvin, który wygląda jak… cyfrowo zrobiona macka ośmiornicy, z czasem nabierającego coraz większych gabarytów, lecz był mi kompletnie obojętny. Jedynie zakończenie mocno wywróciło wszystko do góry nogami, budząc autentyczne przerażenie.

life2

Parę razy udaje się zbudować napięcie oraz podkręcić adrenalinę, ale sceny między jednym a drugim trupem, gdzie mamy okazję poznać bliżej naszych astronautów, wywoływały we mnie znużenie. Wrażenie na mnie zrobiła za to praca kamery i to już na samym początku, gdzie płynnie przechodzimy z miejsca na miejsce w jednym ujęciu (scena przechwycenia sondy).

Mamy też całkiem nieźle grających aktorów, z których najbardziej wybija się Jake Gyllenhaal jako bardzo wycofany medyk z traumą w tle. Troszkę humoru dodaje Ryan Reynolds, ale szkoda, że pojawia się tak krótko (aktor w tym czasie pracował nad „Bodyguardem Zawodowcem”), a najwięcej sympatii wzbudził grający Sho Hiroyuki Sanada.

life3

„Life” miało być w założeniu nowym klonem legendarnego „Obcego”, tylko że oryginał Scotta jest nie do przeskoczenia. Niezłe, rozluźniające kino rozrywkowe, gdzie pojawiają się pewne bzdury oraz suspens, mimo schematyczności oraz sporej ilości klisz. Paradoksalne połączenie.

6/10

Radosław Ostrowski

Kult – Wstyd

wstyd-b-iext45460136

Nie ma w Polsce drugiego takiego zespołu jak Kult – grupy mieszającej rocka, punka, jazz z publicystycznym, krytycznym spojrzeniem na świat. Potwierdzili to dwa lata temu pełnym wściekłości albumem „Prosto”. Jednak w porównaniu z nim, „Wstyd” wydaje się bardziej stonowany. Czyżby Kazik Staszewski złagodniał i się uspokoił?

I tak, i nie. Nadal słychać, że jest to Kult – sekcja dęta i rytmiczna (ten metaliczny bas!) jest zbyt charakterystyczna, nie do podrobienia. Ogień daje tez brudna, chropowata gitara jak w otwierającym całość „Jeśli będziesz tam” czy utworze tytułowym (pomruki, przestery, nieczystość). Spokój (pod względem muzycznym) było czuć w singlowym „Madrycie”, gdzie przewija się w tle fortepian z fletem. Pozornie delikatnie jest w „To nie jest kraj dla starych ludzi”, gdzie bardzo sceptycznie odnosi się do Ameryki, a średnie tempo (zwrotki) kontrastuje z atakującymi dęciakami i gitarami (refren). Ale konsternacje wywołała we mnie akustyczna „Cisza nocna” z delikatną gitarą oraz fletami niemal wziętymi od KSU. I od fletów zaczyna się też niepokojąca „Dwururka” ze świetnym solo trąbki oraz surową elektroniką. Na szczęście, nie zostaje zapomniana melodyka jak w szybkich „Bezbronnych w furii” czy mrocznym „Odejdę” (nawet krzyczą jak w „Serious Samie”).

Na sam koniec dostajemy mocny, dwuczęściowy „Pęknięty dom”, opisujący podział naszego kraju, gdzie czuć tutaj echa „Prosto”, tylko szybkie i przebojowe oraz podniosła „Apokalipsa” (te organy i perkusja – świetne).

Chociaż Kult jest znacznie bardziej przebojowy, to nie ucieka od obserwacji obyczajowo-politycznych. Niby o tym opowiadał od zawsze, ale nadal nie stracił pazura. Nie boi się piętnować korupcji, zepsucia, znieczulicy i podziałów. Charakterystyczny głos Kazika dopełnia całości tego lekkiego wydawnictwa. Bardziej mi się podobało „Prosto”, ale nomen omen wstydu nie ma.

7/10

Radosław Ostrowski

Andrea Bocelli – Cinema

Cinema_%28Andrea_Bocelli_album%29

Moja miłość do muzyki filmowej jest tak silna, że zacząłem współpracę z portalem MuzykaFilmowa.pl, gdzie opisuje swoje wrażenia po przesłuchanych albumach pisanych przez różnych kompozytorów. Ale pojawiają się takie składanki, które wykorzystują poszczególne tematy lub piosenki napisane specjalnie do filmów. Tak jest właśnie z najnowszym dziełem popularnego śpiewaka operowego, Andrei Bocelliego.

Za „Cinema” odpowiadają sprawni producenci – David Foster, Humberto Gatica (prawa ręka Fostera) i włoski weteran muzyki Tony Renis. Wybór jest z jednej strony oczywisty, pełen klasyki w swoim gatunku, ale też idąc ku bardziej współczesnym dziełom. Nie brakuje tu pieśni z „West Side Story”, „Doktora Żywago” czy nieśmiertelnego „Śniadania u Tiffany’ego”, ale jest też „Gladiator”, „Evita” czy „Życie jest piękne”. Jest to pełnoorkiestrowe granie, gdzie dominują oczywiście smyczki, ale nie są jedynym instrumentem. Pojawia się czasem delikatny fortepian („Le chanson de Lara” czy „E piu ti penso” z „Dawno temu w Ameryce”), łagodne flety („Moon River”), gitara akustyczna („Brucia la terra” – „Ojciec chrzestny”), akordeon (znane m.in. z „Zapachu kobiety” tango „Por Una Cabeza”) czy dęciaki (zwiewne „Be My Love”). Nastrój jest w dużej mierze bardzo romantyczny, wręcz liryczny, a wybrane utwory to w sporej części „bezpieczne”, sprawdzone numery, których nie da się schrzanić.

Widać i słychać, ze „Cinema” zrobili fachowcy znający się na swoim rzemiośle. Zaskoczeniami są tutaj aż trzy duety: pierwszy z Adrianą Grange („E piu ti penso”), drugi z Nicole Scherzinger („No llores por mi Argentina”), a trzeci z Veronicą Berti (swingujące „Cheek To Cheek”). I każdy z nich brzmi dobrze, chociaż w przypadku obydwu pierwszych wymienionych pań, nie było to sprawą oczywistą. Sam Bocelli radzi sobie dobrze, jednak nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to zasługa aranżacji, a nie tylko jego głosu.

„Cinema” jest solidnym rzemiosłem, a zaletą jest wybór kilku nie oczywistości („Ol’ Man River” z filmu „Showboat” czy „L’amore e una cosa meravigliosa”), które ubarwiają całość. Dla fanów jest też wersja deluxe z trzema dodatkowymi utworami, które są porządne i tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

Amy Lee & Dave Eggar – Aftermath

Aftermath

Wokalistka grupy Evanascence to jeden z bardziej wyrazistych rockowych głosów ostatniej dekady. Jednak tym razem wzięła udział w dość nietypowym przedsięwzięciu. Została poproszona o napisanie muzyki do filmu „War Story”. Film to historia wojennego fotoreportera, który wraca do domu po wydarzeniach z Libii. Lee wsparł kompozytor Dave Eggar.

Początek jest dość pulsujący i rytmiczny „Push the Button” oparty na mocnej elektronice oraz wokalowi Lee. Dalej mamy bardziej konwencjonalne dźwięki, skręcające w Orient wiolonczelę (elegijny „While Out” oraz refleksyjny „Remember to Breathe”), cymbały („Dark Water” z tajemniczą wokalizą Maliki Zarra). Czasami dochodzi do mieszania egzotyki z elektronika jak w „Dark Water”, gdzie jeszcze swoje robi gitara elektryczna. Jednak emocjonalność i intensywność smyczków jest naprawdę silna („Between Worlds”), czasem zagra delikatnie fortepian („Drifter” oraz skręcający w stronę dynamiki „Can’t Stop What’s Coming” z wokalizami Amy). Elektronika chyba ma podkreślać wojenne koszmary (filmu niestety nie widziałem) bohatera, a piosenki śpiewane przez Lee brzmią bardzo interesująco (najlepsza zdecydowanie „Lockdown”), a wyciszający finał („After” z odgłosami jadących samochodów) działa porażająco.

Nie wiem jak działa poza ekranem, ale „Aftermath” sprawia wrażenie solidnego dzieła pełnego bardzo ponurego klimatu. Jeśli nie boicie się mieszanki elektroniki z wiolonczelą i odrobiną rocka, nie powinniście czuć się rozczarowani. A pół godziny to czas optymalny.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jerry Goldsmith – Capricorn One

Capricorn_One

Kino i teorie spiskowe – materiał o tyle wybuchowy, o ile dość często przewidywalny i mało zaskakujący z dzisiejszej perspektywy. Jednak w latach 70. była to woda na młyn dla filmowców, którzy, jak reszta społeczeństwa, pozostali nieufni wobec władzy, co mocno pokazała afera Watergate. Wtedy tez powstała trylogia paranoiczna Alana Pakuli, ale jednym z najciekawszych filmów z gatunku political thriller jest nakręcony w 1979 roku „Koziorożec 1” Petera Hyamsa. Jest to historia załogowej misji kosmicznej na Marsa, która… zostaje zrobiona w studiu na Ziemi. Jednak niedoszli astronauci wkrótce buntują się i uciekają… Mimo upływu lat, film trzyma w napięciu i jest świetnie zrobionym kinem z bardzo dobrą warstwą muzyczną.

Jej autorem jest, już wtedy będący legendą, Jerry Goldsmith – dla fanów muzyki filmowej postać wręcz ikoniczna, która także nie bała się eksperymentować. W samym filmie muzyka prezentuje się naprawdę bardzo dobrze, a płytowo była wielokrotnie wydawana – początkowo na winylach, przy okazji premiery, potem w 1993 r., w duecie z muzyką z „Outland”, a następnie w 2009 i 2012 r., jako re-recording. Tą listę wieńczy limitowany, rozszerzony album Intrady z roku 2005 (dziś już wyprzedany), potwierdzający tezę, że więcej niekoniecznie oznacza lepiej.

goldsmithSiłą napędową partytury jest temat przewodni, który pojawia się w – a jakże! – „Main Title”. Jest on z jednej strony podniosły, lecz jednocześnie (dzięki dęciakom) budzi niepokój. Problem w tym, że temat ten zbyt często pojawia się na samym początku, choć częściowo przed monotonią ratuje słuchacza zmienna aranżacja, jak w „Abort 1”  (nerwowe smyczki, różne tempo i elektroniczny początek, ‘strzelające’ dęciaki), „Mars” (piękne elektroniczne tło pod koniec) czy bardziej dynamiczne „Docking”. Często jednak kompozycje są tak krótkie, że nie zwracają na siebie uwagi („Capricorn Control” czy smętne „Working Overtime” na fortepian).

Napięcie udanie podkręca kilka dłuższych utworów, bazujących oczywiście na motywie wiodącym. Tutaj w zasadzie wyróżniają się dwie potężne kompozycje – „The Message” i „Break Out”. W obydwu przypadkach temat został tu mocno spowolniony, a dęciaki wespół ze smyczkami nadają mu suspensu. Dopiero w drugim utworze ulega on wyraźnej intensyfikacji oraz bardziej szalonej (pod koniec) gry instrumentów.

Drugi kluczowy fragment pojawia się podczas ucieczki astronautów na przez pustynię, symbolizowaną przez nieprzyjemne syntezatory. Dramatyczna muzyka akcji jest jednak także obecna w „The Desert” z wolno grającymi smyczkami oraz etniczną perkusją, a także w „The Helicopters”, które ilustruje pojawienie się latających maszyn (nerwowa gra dętych – pojawia się on jeszcze m.in. w „Hide and Seek” oraz świetnym „The Station”). Popisem rzemiosła Goldsmitha jest jednak „The Snake” ilustrujący walkę z wężem (fantastycznie grające smyczki i trąbki, w tle przewija się nawet podniosła trąbka).

Szczęśliwie nie brakuje odskoczni od underscore’owego brzmienia. Czymś takim na pewno jest temat Kay – żony dowódcy misji. Elegancki smooth jazz z delikatną perkusją oraz ładnie grającym fortepianem. Podobną rolę pełni wielce liryczne „Bedtime Story” oraz podniosłe „The Celebration” z obowiązkowo patetycznym finałem.

Głównym problemem tego wydania jest niestety przesyt. Nadmiar krótkich kompozycji mocno psuje frajdę z odsłuchu, mimo dobrej jakości dźwięku oraz niezłych aranżacji. Intrada po prostu przedawkowała tą muzykę, która mimo iż tak fantastycznie sprawdza się na ekranie, to poza nim już nie do końca. Jeśli więc chcecie mieć „Koziorożca 1” w swojej płytowej kolekcji, radzę sięgnąć po inne, krótsze wydania tej ilustracji. Zapewniam, że to nie jest żaden spisek z mojej strony. I wszystko na ten temat.

7/10

Radosław Ostrowski

PS. Recenzja ta wcześniej się znalazła w portalu MuzykaFilmowa.pl.

David Shire – The Taking of Pelham One Two Three

The_Taking_of_Pelham_One_Two_Three

Lata 70. są uznawane za złoty okres w historii kina. Wtedy objawiły się talenty Francisa Forda Coppoli, Williama Friedkina, Petera Bogdanovicha czy Stevena Spielberga. Także wśród kompozytorów muzyki filmowej obrodziło. Drugą młodość przeżywał Jerry Goldsmith, popularność zyskali John Williams i Lalo Schifrin. To także okres świetności Davida Shire’a, o którym pamiętają już tylko zapaleni pasjonaci kina. Właśnie wtedy napisał partytury m.in. do takich filmów jak „Rozmowa” Coppoli, „Hindenburg” Roberta Wise’a, „Wszyscy ludzie prezydenta” Alana Pakuli czy „Gorączka sobotniej nocy” Johna Badhama. Ale ja chcę opowiedzieć o soundtracku do mniej znanego (co nie znaczy, że gorszego) filmu.

W 1974 roku Joseph Sargent przeniósł na ekran powieść Johna Godeya „The Taking of Pelham One Two Three” (po polsku „Długi postój na Park Avenue” – naprawdę genialne ;)). Była to historia czterech bandytów pod wodzą Mr. Blue (fantastyczny Robert Shaw), którzy porywają pociąg metra i biorą pasażerów jako zakładników, żądając w zamian milion dolarów okupu. Jedynym próbującym powstrzymać złodziei jest doświadczony policjant metra w wykonaniu bezbłędnego Waltera Matthau. W tamtej epoce, w gatunku kryminału i kina sensacyjnego dominowała muzyka jazzowa, rockowa lub funk. Tutaj Shire, poza chwytliwą muzyką, musiał jeszcze zbudować suspens. Jak to zrobił?

shireKompozytor wpadł na pomysł wprowadzenia kontrolowanego chaosu w utworach, co fachowcy nazywają dodekafonią oraz jej pochodną – serwilizmem. Słychać to już w fenomenalnym temacie przewodnim, który będzie bardziej lub mniej przewijał się przez cały (dość krótki) album. Jazz-funkowa gra dęciaków, które raz wybrzmiewają bardzo powoli, a raz strzelają jak pociski z automatu, a perkusja gra jakby inaczej od reszty, narzucając tempo i będąc niejako adrenaliną całości. Motyw ten jest siła napędową, która czyni materiał bardzo przebojowym i chwytliwym poza ekranem.

Jednocześnie pozwala to zbudować kilka kompozycji tła, które, o dziwo, brzmi naprawdę przystępnie. Już „The Taking”, bazujące na repetującym uderzeniu dęciaków i werbli, pokazuje nerw za pomocą wchodzących solówek trąbek. Lekkość jest za to odczuwalna w „Dolowitz Takes a Look”, która brzmi jak jazzowa improwizacja. Swingująca perkusja z basem, fortepian i trąbka, które krążą swoimi ścieżkami. I już następny utwór to kompletna zmiana klimatu. „Dolowitz Gets Killed” to wolno snujące się smyczki, które w połowie zastępuje popisująca się perkusja z bębnami. Skrzypki są też podstawą tematu głównego antagonisty („Mr. Blue”).

Lecz Shire potrafi też wcisnąć piąty bieg i stworzyć chwytliwy, a jednocześnie trzymający w napięciu underscore – jak w dwuczęściowym „Money Talking” (dęciaki grają fenomenalnie, fortepian wnosi odrobinę nerwu, tak jak zresztą perkusja, czy, w drugiej części, różne perkusjonalia) oraz „The Money Express” (znów strzelające dęciaki i perkusja narzucająca tempo plus swingujący fortepian i mocna gitara elektryczna). Takie podejście sprawdza się tutaj doskonale, mieszając subtelność z dramatem, co wydawałoby się nie do połączenia.

Na ekranie brzmi to bezbłędnie, zaś wydanie Retrogate ma jedną poważną wadę: wiele krótkich utworków, które nie zawsze przekraczają czas jednej minuty i psują odrobinę przyjemność z odsłuchu. Ale w 1996 roku Film Score Monthy pomyślał nad tym i poza ulepszonym dźwiękiem zmontował krótsze utwory w dłuższe kompozycje (11 utworów zamiast 20, kilka pomniejszych sekwencji wycięto na życzenie kompozytora). Choć nie brakuje tu ciężkości i suspensu, brzmi to naprawdę żwawo i finezyjnie. Mimo kilku nieprzyjemnych fragmentów jest to naprawdę wyborna kompozycja, której nie powstydziłby się Schifrin, do którego „…Pelham…” najbliżej stylistycznie. Czy muszę coś więcej dodawać? Ocena powinna być wystarczającą rekomendacją…

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

PS. Recenzja ta wcześniej się znalazła w portalu MuzykaFilmowa.pl.

Harry Gregson-Williams & David Buckley – The Town

The_Town

Ben Affleck miał wyrobiona reputację aktorskiego drewna, którego umiejętności potrafił wykrzesać jedynie Kevin Smith. Gdyby ktoś 10 lat temu powiedziałby, że ten facet będzie świetnym reżyserem, od razu bym go wyśmiał. Ale w 2007 roku stał się cud. Affleck usiadł na stołku z napisem: „director” i nakręcił dobry kryminał, „Gdzie jesteś, Amando?”. Trzy lata później przeraził za to swych przeciwników „Miastem złodziei”. Mocny kryminał, inspirowany kultową „Gorączką”, jest opowieścią o Dougu (w tej roli sam Affleck – i nie schrzanił tego!), który razem z kumplami dokonuje napadów, ale już myśli o tym, by się wyrwać i zacząć od nowa. Film ma wszytko, co tego typu produkcja mieć powinna – precyzyjną intrygę, wiarygodną psychologię i tło obyczajowe, świetnie zrobione sceny akcji oraz wyborne aktorstwo, z kapitalnymi kreacjami Jona Hamma i Jeremy’ego Rennera. A jak sobie na tym polu radzi warstwa muzyczna?

gregsonwilliamsBen zatrudnił Harry’ego Gregsona-Williamsa, który współpracował z nim już przy jego debiucie, ale tym razem poprosił o pomoc swojego podopiecznego, Davida Buckleya. Czy wpłynęło to w jakikolwiek sposób na muzykę? Nie, gdyż mamy tutaj do czynienia z brzmieniem typowym dla Harry’ego z czasów współpracy z Tonym Scottem, czyli głównie elektronika i gitary elektryczne, a z orkiestry dają o sobie znać jedynie smyczki. Innymi słowy: obecny standard kina hollywoodzkiego. Więc czy w ogóle warto zwrócić uwagę na ten soundtrack, który, o dziwo, w filmie funkcjonuje naprawdę dobrze?

Muszę przyznać, że wypada on poza filmem całkiem przyzwoicie, ale od czego by tu zacząć? Na pewno przez długi czas jest ponuro i mrocznie, a pojedyncze dźwięki i brak typowej melodyki działa tutaj na plus, co słychać już w otwierającym całość „Charlestown”, z którego można wyłuskać przebijającą przez elektroniczne dziwadła lirykę, przestrzennie brzmiący fortepian i smyczki. I w zasadzie tak wybrzmiewa tutaj muzyka akcji, czasami bardzo głośna („Bank Attack” – bardzo ‘brzydka’ elektronika), czasem wręcz przeciwnie („OxyContin”), aczkolwiek są tutaj dwa mocne wyjątki.

David_BuckleyPierwszy to „Nuns with Guns”, czyli temat z napadu na konwój zakończony strzelaniną i pościgiem. Szybkie, dynamiczne, ze ‘strzelającą’ perkusją i elektroniką, tworzy istną petardę, z drobnym momentem spokoju (skrzypce), który tylko podkręca atmosferę. Drugim takim utworem jest „Who Called 911?” z wielce nerwowymi popisami smyczków i perkusji. Reszta jest zaledwie solidnym hałasem, zagłuszanym w filmie przez pisk opon, wystrzały i tym podobne bajery. Mniej drażniące to wszystko, niż w przypadku „Metra strachu” czy „Niepowstrzymanego”, ale do najlepszych dokonań kompozytora jeszcze wiele brakuje.

Zupełnie inaczej wypada za to liryka, która nie jest tak aranżacyjnie przesadzona, jak action score i pozwala złapać odrobinę oddechu. Ją reprezentuje temat głównego bohatera, w którym czuć sporo melancholii i smutku. Pojawia się on parokrotnie, po raz pierwszy w „Doug Reflects” (delikatna gitara elektryczna), podkreślając próbę wyrwania się bohatera z tytułowego miasta, do którego jest mocno przywiązany (najpiękniej motyw ten wybrzmiewa w kończącym całość „The Letter”). Podobnież relaksujący jest bardzo delikatny „The Necklace” z prostym, ale poruszającym fortepianem.

I co mam zrobić z „The Town”? To nie jest album sprawiający jakąś wielką przyjemność, ani tym bardziej rewolucja w dorobku Gregsona-Williamsa. Bardzo łatwo można tej pracy zarzucić wtórność i zmęczenie materiału – jest to tylko solidna robota, dobrze sprawdzająca się na ekranie. Ostatnio kompozytor nie może się jakoś specjalnie odnaleźć i bardzo rzadko potrafi wyeksponować swój talent, co (chyba nie tylko mnie) bardzo smuci. Tymczasem dla „Miasta złodziei” za solidność, przystępny czas i materiał oraz dobry montaż daję:

7/10

Radosław Ostrowski

PS. Recenzja ta wcześniej się znalazła w portalu MuzykaFilmowa.pl.

Tyler Bates – Killer Joe

Killer_Joe

William Friedkin to dla wielu kinomanów reżyser, który na początku swojej kariery nakręcił dwa wielkie filmy – „Francuskiego łącznika” i „Egzorcystę”. W następnych latach jego produkcje nie były w stanie sięgnąć poziomu tych tytułów. Znowu jednak o tym reżyserze zrobiło się głośno trzy lata temu, gdy na festiwalu w Wenecji pokazał swój „Killer Joe”. Mroczny kryminał z dość prostą, utrzymaną w oparach groteski intrygą, zapamiętano głównie dzięki niesamowitej role Matthew McConaugheya, który brutalnie zerwał ze swoim wizerunkiem pięknego kawalera do wzięcia, stając się brutalnym i psychopatycznym cynglem. Jednak nie piszemy tutaj o (samym tylko) filmie, lecz o warstwie muzycznej, zaś wybór kompozytora wydawał się mocno kontrowersyjny.

Friedkin (lub producenci) postanowili tym razem zaufać Tylerowi Batesowi, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest dobrym kompozytorem. Za swoje dotychczasowe dokonania wielu chciałoby go powiesić (zrzynki w „300” do tej pory mu nie wybaczono), a brak talentu był dostrzegalny nawet dla osób nie posiadających słuchu. Dlatego nikt chyba specjalnie nie wierzył w umiejętności Batesa. Efekt okazał się jednak dość… zaskakujący, choć soundtrack jest bardzo króciutki.

BatesBates postawił na mroczny klimat, tworząc muzykę bazującą na lekko westernowym instrumentarium (gitara elektryczna, perkusja, harmonijka i skrzypce). I choć pozornie wydaje się ona mało melodyjna i niezbyt atrakcyjna, słucha się jej zaskakująco dobrze, mimo iż materiał składa się z krótkich, bo około minutowych utworów. Nie brakuje tu typowo ilustracyjnego podejścia (rockowe „Strip Club” czy idące w stronę bluesa „Muffler Shop”), jednak zainteresowanie napędza temat głównego bohatera. Bardzo krótki utwór z niepokojąca grą gitary, kotłów oraz ciekawego instrumentu zwanego marksofonem (połączenie gitary z fortepianem) wyraźnie podkreśla demoniczny charakter Joe, potęgowany przez dziwaczny pomruk. Ten mrok nasila się w każdym utworze, choć najpełniej wypływa w pozornie spokojnym „Texas Motel”, gdzie dominuje klawiszowa harmonijka (w połowie zastąpiona przez gitarę elektryczną). Klimat ten zostaje z nami aż do samego finału.

Nawet, jeśli pojawia się odrobina liryzmu („Dottie’s Dress” z melancholijną harmonijką), to podskórnie wyczuwany jest niepokój. Coś wyraźnie wisi w powietrzu. Ta ponura atmosfera budowana jest na dysonansach i bardzo długich dźwiękach instrumentów, na których gra sam kompozytor. Najbardziej czuć to w środkowej części płyty, czyli w „Amusement Park” i „Police Station” (powtórka tematu Joe) oraz najdłuższym w zestawie, ponad trzyminutowym „Rabbits Scream” – mocno idący w stronę bluesowej trans-psychodeli (gitara i harmonia oraz pomruki i dziwaczne głosy), okazuje się jednym z najlepszych utworów Batesa. Końcówka to już drastyczny finał, w jakim dochodzi do ostatecznego rozstrzygnięcia. „I Have to See You” wyróżnia się popisem harmonijki, „We Can Pull This Off” ma bardzo nerwowe kotły, a „To My Future Wife” pozornie jest wyciszeniem dla całej fabuły, lecz pogłosy w tle nie dają spokoju. Pod koniec zresztą wybija się dziwnie zaaranżowana, smyczkowa melodia weselna.

Trzeba przyznać, że Tyler Bates potrafi zaskoczyć, jak chce. „Killer Joe” jest pewną małą niespodzianką, która ma swój własny, psychodeliczny klimat, podany w miarę przyswajalny i przystępny sposób. Krótki czas trwania płyty też jest sporą zaletą. Może nie podobać się krótki czas trwania poszczególnych kompozycji oraz pewna monotonia brzmienia, jednak i tak to jedna z niespodzianek roku 2011. Podobnie zresztą i film, który serdecznie polecam.

7/10

Radosław Ostrowski

PS. Recenzja dostępna na portalu MuzykaFilmowa.pl.

Mychael Danna – Transcendence

Transcendence

Transcendencją filozofowie określają byt spoza świadomości. Takim poważnym tytułem swój debiutancki film nazwał uznany operator Wally Pfister znany głównie ze współpracy z Christopherem Nolanem. Była to kolejna historia o stworzeniu sztucznej inteligencji, tym razem noszącej twarz zabitego naukowca o twarzy Johnny’ego Deppa. Choć oczekiwania były spore (duży budżet, czyli sto baniek, gwiazdorska obsada – poza Deppem Rebecca Hall, Paul Bettany, Morgan Freeman), to okazał się zaledwie solidnym tytułem (dla mnie) lub wielkim rozczarowaniem (chyba cała reszta). Ale wielu liczyło też na przynajmniej solidną warstwę muzyczną.

DannaI to następuje szok, gdyż wielu widziałoby na tym stanowisku Hansa Zimmera. Ale Pfister miał większe ambicje i jako kompozytora zaproponował Mychaela Dannę, który raczej nie kojarzy się z wysokobudżetowymi tytułami (może poza zeszłorocznym „Życiem Pi”, które kosztowało 120 mln). Ten kompozytor minimalista poszedł chyba po najkrótszej linii oporu i postawił na elektronikę oraz szczątkową orkiestrę, co ze względu na tematykę wydaje się dość oczywistym rozwiązaniem. Brzmi jak Hans Zimmer? Brzmi. Tylko jest znacznie gorsze. Powolne i rozciągnięte granie smyczków, trochę odrealnione dźwięki perkusji (jak dzwonki), ambientowa elektronika – takich dźwięków to było już multum razy w kinie nie tylko u Zimmera i jego podopiecznych, ale chociażby u Cliffa Martineza. Brak oryginalności jeszcze można przeżyć, ale największym problemem jest brak tutaj melodyki i jakiś porywających tematów. Nic tutaj specjalnie nie rzuca się w uszy.

Choć są tutaj w tej kwestii pewne wyjątki jak śladowy temat małżonków naukowców Carter (smyczki i fortepian w „Will and Evelyn”), czasem znajdzie się jakaś wokaliza („You Cannot Say”), nastąpi jakaś małe rozkręcenie akcji („Online Now” z ciągnącymi się dęciakami oraz świdrująca elektroniką czy szybsze „Why Did You Lose Faith?”), ale to są zbyt drobne fragmenty, by były w stanie przykuć uwagę na dłużej. Nawet nieźle zrobione elektroniczne cudeńka („Get off the Grid” z mocną perkusją) po pewnym czasie stają się zbyt monotonne, by przykuć uwagę na dłużej.

Mógłbym napisać jeszcze z jeden czy dwa akapity, ale nie zmienia to jednej rzeczy: „Transcendencja” to prawdopodobnie najsłabsza praca Mychaela Danny w całej jego karierze. Zarówno w filmie jak i poza nim jest tylko i wyłącznie tłem do wydarzeń, które po prostu się nie sprawdza. I choćby nie wiem jak to było montowane, jest zbyt nudne i monotonne. Prawdopodobnie Amerykanie w bazie Guantanamo na Kubie grają taką muzykę, by złamać więźniów. To powinna być wystarczająca rekomendacja zniechęcająca do przesłuchania tej marnej robótki.

4/10

Radosław Ostrowski