Gold

Złoto – surowiec najbardziej pożądany na świecie, który gwarantuje bogactwo, dobrobyt oraz szczęście. Tylko, że nie dla wszystkich, lecz dla tych, co wiedzą gdzie i jak szukać. Robią to zarówno amatorzy, jak i firmy zajmujące się wydobywaniem surowców. Taką firmę prowadził Kenny Wells, a dokładniej jego ojciec. Lecz kiedy on umarł w 1981 roku, przedsiębiorstwo wpadło w tarapaty przez kilka lat. Wszystko się zmieniło w 1988 roku, gdy mężczyzna postanowił zaryzykować i pójść w układ z legendarnym poszukiwaczem, Michael Acostą w poszukiwaniu złota do Indonezji. Nie jest łatwo, ale w końcu udaje się znaleźć złoto.

gold1

Stephen Gaghan to bardzo ceniony scenarzysta („Traffic”), który czasami próbuje swoich sił jako reżyser. I w swoich produkcjach próbuje połączyć kino gatunkowe z ważnym społecznie czy politycznie tematem. Tym razem znowu próbuje chwycić kwestie finansowych przekrętów i oszustw, opierając się na prawdziwych wydarzeniach. Nie mógł jednak wykorzystać prawdziwych imion, nazwisk oraz sytuacji (z powodów prawnych), więc ubiera wszystko w szaty fikcji. Fabułę można w zasadzie podzielić na dwie części. Pierwsza, troszkę w duchu kina łotrzykowsko-przygodowym opisuje odkrywanie surowców oraz determinację Wellsa w poszukiwaniu złota. Próba spełnienia amerykańskiego snu za pomocą sprytu, determinacji oraz szczęściu. Wiadomo, że za sukcesem zaczną pojawiać się konkurenci, chcący przejąć zyski z eksploatacji złóż. I tu pojawiają się komplikacje – gracze z Wall Street, mający szerokie wpływy, a tacy nie odpuszczają.

gold2

Wtedy zaczyna się druga część filmu, pokazująca walkę o swój sen. Co oznacza bezpardonową walkę oraz działanie z planem, by wszystkich wykiwać. Poznawanie kto jest przyjacielem, kto wrogiem oraz jak zawalczyć o swoje. Tylko, że ta walka zostaje spuentowana tak ironicznym oraz dramatycznym twistem, że powinniśmy się go domyślić wcześniej, prawda?

Problem jednak w tym, że reżyser nie jest w stanie zdecydować się, co ma być na pierwszym planie i w jakim tonie opowiedzieć całość. Czy to ma być satyryczne spojrzenie na świat wielkiej finansjery, wielka przygoda między dwoma poszukiwaczami, sensacyjna opowieść o przekręcie? Gaghan miesza tutaj wszystko do jednego kotła, przez co wychodzi film zaledwie letni. Brakuje tutaj wyczucia oraz zespolenia tego wszystko w jedną, spójną całość. Wrażenie robią zdjęcia dżungli i realia lat 80., z bardzo taneczną muzyką w tle (m.in. Iggy Pop, New Order czy Pixies).

gold3

Ale najwięcej wyciska tutaj Matthew „Allright, Allright, Allright” McConaughey w roli Kenny’ego. Facet ma wręcz ADHD, mimo sporego brzuszka i łysiny na głowie. Wizjoner, krętacz, oszust, pijak, który dla osiągnięcia celu rzuci obietnice bez pokrycia i jest w stanie nawet wejść do klatki z tygrysem. Aktor zawłaszcza ekran wszystkim, nie dając nikomu w zasadzie manewru do działania. Oprócz Edgara Ramizera w roli Acosty, którzy tworzy postać o wyglądzie i stylu dawnych poszukiwaczy przygód, gdzie czuć tą silną więź w trakcie wyprawy.

„Gold” nie ma w sobie blasku złota, nie powala i nie świeci. Zabrakło tutaj pewniejszej ręki, która stworzyła z tego prawdziwą petardę. Kolejna, tym razem nieangażująca ballada o chciwości.

6/10

Radosław Ostrowski

Dawid Podsiadło – Małomiasteczkowy

malomiasteczkowy-b-iext53346209

Z polskich artystów ostatnich kilku lat, nazwisko Dawida Podsiadły było wymienia przez wszystkie możliwe przypadki w niemal każdych okolicznościach. Dwie poprzednie płyty zrobione razem z Bogdanem Kondrackim okazały się hitami (mnie w sumie też się podobały), ale tym razem nasz zdolny chłopak połączył siły z Bartkiem Dziedzicem (współpraca m.in. z Melą Koteluk, Arturem Rojkiem czy Moniką Brodką) i coraz bardziej skręcił ku mainstreamowi. Co z tego mogło wyjść?

Pierwsze, co słychać to fakt, że jest to album w całości śpiewany po polsku, co jest spora niespodzianką. Po drugie, to zdecydowanie bardziej popowa płyta, ale w żadnym wypadku nie oznacza to, że jest plastikowa, prostacka i produkowana taśmowo. Choć przyznaję, że otwierający całość „Cantatte Tutti” wywołał we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony bardzo ciepła elektronika, tworząca niemal letni klimat (wokalizy, ksylofon), ale z drugiej wokal był dla mnie niezrozumiały, kompletnie nie docierały do mnie słowa. A to dopiero był początek całej imprezy. Równie pulsujący, wręcz taneczny jest „Dżins” (od połowy to już niemal dyskoteka pełną gębą) oraz pędzący na złamanie karku „Małomiasteczkowy” z perkusją i basem w trybie turbo czy równie dynamiczne „Trofea”. Nie brakuje odrobiny rocka (delikatny „Najnowszy klip” okraszony elektroniką), lecz tak naprawdę to pomysłowo wykorzystywana elektronika stanowi pierwszy plan jak w „Nie ma fal”, rozmarzonym „LIS” czy lekko hip-hopowym rytmie „Co mówimy?”.

Dawid głosowo jest taki jak zawsze, chociaż częściej operuje falsetem, raczej jest mniej ekspresyjny niż poprzednio. Nie zmienia to faktu, że słucha się go świetnie. Ale i same teksty też brzmią więcej niż dobrze i nie opowiada o tym, co popowi artyści: nie brakuje refleksji nad światem („Małomiasteczkowy”), nad sobą („Nie ma fal”), a także pokazując troszkę ciemną stronę sławy („Matylda”).

Muszę to powiedzieć, bo sam nie do końca w to wierzę: „Małomiasteczkowy” to zaskakująco świetna płyta, dająca to, co w muzyce popowej najlepsze. Chwytliwe melodie, niegłupie teksty oraz unikanie tego, co zwykło się nazywać plastikowym brzmieniem. I takiej muzyki popowej, to słuchać mogę.

8/10

Radosław Ostrowski

Rival Sons – Feral Roots

feral-roots-w-iext53741340

Czy są tu fani klasycznego, twardego rocka z lat 60. i 70.? Mam dla nich dobre wiadomości, bo wrócili spece od grania tej muzyki. Rival Sons pod wodzą Jaya Buchanana po trzech latach przerwy nadal przypomina, że z dziedzictwa takich kapel jak Led Zeppelin i Deep Purple, by dać soczystą muzę w starym stylu.

I już na dzień dobry dostajemy z mocnej rury. “Do Your Worst” ma pobrudzone riffy, mocną perkusję, silny wokal oraz chwytliwy refren. Czyli to, co najbardziej lubią fani kalifornijskiej kapeli. Nie zabrakło przesterowanych solówek w bardzo pokręconym “Sugar on the Bone”, gdzie na pierwszy plan wchodzą klawisze oraz perkusja, dodając ognia do pozornie utrzymanego w średnim tempie utworu. “Back in the Woods” to przede wszystkim bardzo ostre solo perkusji na początku oraz siarczyste riffy w tle plus chórek w refrenie. Ale ponieważ nie można walić na złamanie karku, dostajemy krótkie momenty wytchnienia jak akustyczny początek “Look Away” (dalej jest mocno i rockowo) czy w tytułowym utworze. Tam dynamiczny i troszkę ostrzejszy jest refren, w przeciwieństwie do “Too Bad”, w którym jest na odwrót. Nie zabrakło ani zadziornego bluesa (“Stood by Me”), ani nawet wplecionego chóru (“Shooting Stars”), dodając niejako epickiego doświadczenia.

Buchanan ma taką moc, że nawet najbardziej obojętni fani rocka, będą w stanie dostrzec jego siłę. Każdy utwór wsysa, wali z całego uderzenia, a jednocześnie klimat przypomina klasycznego hard rocka. “Feral Toots” podtrzymuje poziom poprzednich płyt, co dla fanów tzw. retro rocka (troszkę krzywdzące stwierdzenie) jest piękną wiadomością. Sprawdźcie to.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Mela Koteluk – Migawka

mela-koteluk-migawka-2018-1024x1024

Pamiętacie tą dziewczynę, która w 2012 roku debiutowała „Spadochronem”? Pochodząca z miejscowości zwanej Sulechowem Malwina „Mela” Koteluk od tej pory zaczęła szturmować stacje radiowe i kolejna płyta „Migracje” tylko utwierdziła w przekonaniu, że pojawił się nowy, interesujący narybek. Ale na trzeci album trzeba było czekać aż cztery lata. I tak się pojawiła „Migawka”, zrealizowany przez tą samą ekipę, co zawsze. Czyżby kolejny sukces?

Nadal jest to pop-rockowa stylistyka lekko zahaczająca o tzw. dream pop, gdzie nadal istotną rolę pełni gitara elektryczna. Aurę typową dla niej nadal czuć w singlowym „Odprowadź”, choć utwór opatrzono drobnymi wstawkami elektronicznymi w refrenie. Spokój dominuje też w „Los hipokampa”, a nawet troszkę dynamiczniejszego „Doskonale”, gdzie gitara potrafi przyspieszyć bardzo. Podobne tempo utrzymuje „Hen, hen”, dając spore pole do popisu perkusji. Mamroczący początek „Tańczę, przepływam” nie zapowiada wręcz podniosłego finału, tak jak pojawienia się harfy oraz skrzypiec w „Ja, fali”, co może budzić skojarzenia z Florence + The Machine (chociaż to mocno na wyrost). Ale mimo tej całej żonglerki oraz różnorodności, miałem spore poczucie niedosytu. Zabrakło jakiejś mocnej kropki nad i.

Samo brzmienie, wokal czy teksty stoją na poziomie i trudno się tutaj do czegokolwiek przyczepić, a nawet jest to bardziej przystępne niż poprzednie albumy. Tylko, że ta „Migawka” dosłownie miga przed oczami i znika tak szybko jak się pojawia. Można ją bardzo łatwo przeoczyć.

6,5/10

Radosław Ostrowski

ZAZ – Effet miroir

effet-miroir-w-iext53587182

Podobno w Polsce muzyka francuska nie należy do zbyt popularnych. Ale od każdej reguły zawsze jest jakiś wyjątek i taki jest casus Isabelli Geffroy, znanej jak Zaz. Każdy jej album w Polsce osiągał status przynajmniej platyny, co świadczy raczej o sporej popularności. Czy tak też będzie ze studyjnym albumem numer 4? Wydaje mi się, że tak, ale po kolei.

Początek to wręcz wyciszona, grana tylko przez fortepian i smyczki „Demain c’est toi” . Oszczędny, ale piękny utwór, który nagle się kończy, zanim się zorientujecie. Zaskoczeniem za to było niemal ocierające się o dźwięki słonecznej Hiszpanii czy Karaibów singlowe „Que vendra”. Jest gitarka, trąbka i bębenki, co daje kopa. Ale to tak naprawdę dopiero początek, bo dalej nasza Francuzka idzie kompletnie w inne rewiry niż zazwyczaj. Tutaj ku mojemu zaskoczeniu, dominuje stylistyka retro: od niemal roztańczonego, pachnącego latami 80. „On s’en remet jamais” z metalicznym basem oraz żywszą, tnącą gitarą elektryczną w refrenie przez niemal klasyczny pop (wyciszony „Me souveniers de toi”) po rock’n’rolla z lat 60. („Toute ma vie” z cudnym Hammondem czy troszkę pobrudzone „Je parle”), a nawet bluesa („Resigne-moi” z nakręcającą się gitarą). I ten stylistyczny rozrzut to największa niespodzianka, jaką serwuje Zaz, opuszczając lekko jazzowe korzenie. Nie brakuje też nastrojowych ballad jak pianistyczny „Ma valse”, który staje się coraz intensywniejszy czy rytmicznego, niemal funkowego „Si c’etait a refaire”. Znalazło się też miejsce dla reggae (niezłe „Plume”), co też mnie zdziwiło. Jedynym dla mnie zgrzytem (może to złe, ale dziwnie to brzmiało) był niemal dyskotekowy „Pourquoi tu joues faux” i troszkę plastikowe „Nos vies” (ta perkusja drażni), jednak to są na szczęście drobiazgi.

Sama Zaz jest znakomita, choć czasami potrafi pędzić swoim wokalem bardzo szybko, jednak dominuje delikatność (w finałowej „Laponii” po prostu mówi, ale tak, że można się zanurzyć w tym głosie). Jej sam głos wystarczyłby do zwrócenia uwagi wszystkich słuchaczy oraz stanowi element spajający całość do jednego worka. Do tego mamy naprawdę solidne teksty w pięknym języku francuskim, by stworzyć najbardziej barwny album w dorobku Zaz. Nie wiem, jaka będzie następna płyta, ale jestem jej strasznie ciekawy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kwiat Jabłoni – Niemożliwe

kwiat_jabloni__niemozliwe

Na początku pojawił się bardzo chwytliwy singiel “Dziś późno pójdę spać”, którego teledysk na YouTube miał ponad 5 milionów wyświetleń, co stało się jednym z większych fenomenów polskiej sceny. Trzeba było parę miesięcy poczekać na debiutancką płytę rodzeństwa Sienkiewiczów (Jacek i Kasia), działających jako Kwiat Jabłoni. On gran a mandolinie, ona na fortepianie I więcej do szczęścia nie potrzeba. Czy to wystarczyło na debiut?

Zaczyna się od tytułowego utworu, który jest… delikatny, chwytliwy i miejscami mroczny (odbijające się sample), z krótkimi chwilami wyciszenia. Ale oznacza to, że będzie smutno, o nie. Bardzo ciepły, wręcz radosne jest “Dzień dobry”, dając spore pole mandolinie i wywołując skojarzenia z… Paulą i Karolem. Z kolei rozpędzony fortepian na początku “Nie ma czasu”, dodaje odrobiny niepewności w tym lekko melancholijnym utworze, zachowującym średnie tempo. Jeśli chcecie czegoś żywszego, to macie do tego “Nic więcej”,  znane już “Dziś późno pójdę spać” ze wskakującą od połowy perkusją, powoli rozpędzające się, wręcz bajkowe “Za siódmą chmurą” czy czarujące “Kto powie mi jak” z bardzo mocnym środkiem. Delikatność oraz liryzm przypomina o sobie przy “Chodźmy nad wodę”, by zetknąć się z “dyskotekowym” (jak na tego typu instrumentarium) “Wzięli zamknęli mi klub” oraz przypominającym tzw. world music “Wody midaj” z rewelacyjnym intrem. Do tego jeszcze jako bonus zostaje dodany rockowy “Turysta”, który pokazuje zupełnie inne oblicze duetu. Każdy z tych utworów brzmi po prostu rewelacyjnie, pieszcząc uszy aż do samego końca.

Przyjemnie się słucha tych tekstów, tak samo jak bardzo zgranych ze sobą głosów rodzeństwa. Chciałoby się powiedzieć, że to poezja i nie jest to przesada. Do wielu piosenek na bank będę wracał, bo niemożliwe, żeby “Niemożliwe” pozostawiło kogokolwiek obojętnym.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Stanisław Soyka – Muzyka i słowa Stanisław Soyka

muzyka-i-slowa-stanislaw-soyka-w-iext53716501

Myślę, że wiele osób kojarzy nazwisko Stanisława Soyki. Ale ostatnimi laty artysta mierzył się głównie z cudzym dorobkiem: albo standardami jazzowymi, albo poezją śpiewaną. I nie zrozumcie mnie źle, takie albumy też mogą być udane, ciekawe, ale zawsze się czeka na takie dzieła, gdy twórca mówi swoim głosem, proponując własny materiał. I tak też zrobił Soyka, co widać już w samym tytule.

Gatunkowo to jest mieszanka popowo-folkowa, ale to jest bardzo umowne. Zaczynamy od reagge’owego “Przyjdzie czas na zmiany”, które przyjemnie buja (i ten gwizd w tle). Więcej gitar odzywa się w “Ławeczce-bajeczce”, przypominającej klimatem łagodnego bluesa z lat 70., okraszony dęciakami, niemal surowym “Zależy mi”, które kojarzyło mi się z… Martyną Jakubowicz czy troszkę żwawszym, lekko funkowym “Mamulu tatulu” (ale tylko troszkę). I choć nie są to jakieś galopujące popisy spod znaku heavy metalu czy hard rocka, nie można też nazwać tej płyty smęceniem starszego pana. Bo i zdarzają się cudne numery jak “Lubię wracać do Warszawy” czy rozbudzone, jazzujące “W Piotrowym mateczniku”, ale też i wyciszone jak “Nie ma ich” (może poza gitarą), gdzie w połowie dochodzi do przełamania ku etnicznym wstawkom czy idące gdzieś pośrodku utwory, gdzie gitara z trąbką tańczą blisko siebie jak w “Ciszy nie unikaj” – tutaj mamy jeszcze Hammonda w tle czy wsparte przez akordeon “Tango pozostało”. Ale najlepsze pozostaje na koniec, bo mamy niemal czadowe “I już i tyle” oraz wreszcie fortepian (z tym instrumentem pan Soyka kojarzy się najbardziej) w poruszającej “Wielkiej rzece”.

Sam pan Soyka trzyma formę i nadal potrafi dać sporo czadu, chociaż niczego nikomu nie musi udowadniać. Dodając do tego bardzo refleksyjne teksty, pełne polotu (jak “Ławeczka-bajeczka”), ale i powagi (“Nie ma nas” o Żydach, po których nie zostało wiele w Warszawie). Bardzo sympatyczne wydawnictwo, niepozbawione pazura.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Deerhunter – Why Hasn’t Everything Already Disappeared?

Deerhunter_whead_artwork

Kolejna grupa z nurtu amerykańskiej sceny alternatywnej, która powoli zaczyna przebijać się poza swoim macierzystym krajem. Po czterech latach przerwy oraz dołączeniu klawiszowca Javiera Moralesa ekipa z Bradfordem Coxem na czele wracają z dziewiątym albumem. Producencko wsparci przez Bena Ettera (pracował przy “Fading Frontier”), Cate Le Bon oraz Bena Allena (od “Halcyon Digest”) postanowili dalej krążyć po ścieżce alternatywnego rocka. I jak to wyszło?

Jest to muzyka dość nieoczywista i mieszająca gatunki, a jednocześnie bardzo przebojowa, wręcz popowa, co czuć od samego początku. “Death in Midsummer” ma z jednej strony fortepian, z drugiej klawesyn, co już wydaje się rzadkim połączeniem, ale kiedy w środku dochodzi mocniejsza perkusja oraz przestrerowany, brudny riff, to połączenie wyrywa kapcie. Chociaż początkowo zastanawiałem się, czy przypadkiem nie pomyliłem płyt. Staroświecko brzmi niemal nostalgiczny “No One’s Slepping” z ciepłymi klawiszami, przypominającymi klimatem utwory z lat 60., zaś między zwrotkami wchodzi saksofon, tak jak w “Element”, tylko że tam jeszcze grają smyczki. Pewną woltą jest też pachnący szorstkimi latami 80. instrumentalny “Greenpoint Gothic”, pełen niepokojącego klimatu. Czasem pojawiają się w tym świecie pewne zaskoczenia: roztańczony fortepian oraz cymbałki w “What Happened To People?”, zniekształcony głos w “Detournement”, jakiego nie powstydziłby się duet Air, niemal kołysankowy “Tarnung” z elektroniczną perkusją oraz cymbałkami czy zaczynający się oszczędną perkusją “Plains”. Na finał jeszcze “Nocturne”, gdzie można odnieść wrażenie, że wokalista zacina się.

Sam wokal wydaje się delikatny, wręcz bardzo ciepły, co współgra z samym brzmieniem i dostarcza wiele frajdy. A jeśli chcecie poczuć troszkę radości w tej zimowej smudze oraz szarości, to nowe dzieło Łowcy Jeleni jest odpowiednim dla was. I nie dajcie się zwieść długiemu tytułowi.

7/10

Radosław Ostrowski

KęKę – To tu

to-tu-b-iext52599916

Ostatnie lata dla Pietrka Siary (niespokrewniony z legendarnym Stefanem „Siarą” Siarzewskim) to złoty okres. Były listonosz, po nagraniu trzech płyt z „Rzeczami” w tytule, zdecydował się pójść z dużej wytwórni (Prosto) na własne konto, z własnym wydawnictwem – Takie Rzeczy. Ale nagrana już na to konto płyta „To tu” bardzo mocno fanów podzieliła. Dlaczego?

Bo nie ma tutaj tej wściekłości oraz ostrych tekstów na temat tego świata, ale jest zupełnie inne oblicze rapera – bardzo pogodnego i szczęśliwego. Czuć to już w „Rutynie”, chociaż muzyka jest pozornie szorstka i dość chłodna, wręcz niepokojąca jak w pokręconym „Awdbg”, gdzie gościnnie pojawia się… syn Janek. Ale nie zabrakło tutaj także goryczy i rozliczenia z sobą, co pokazuje dość przygnębiające „Na dłoni”, gdzie obok „falującej” elektroniki pojawia się wiolonczela. Sytuację powoli zmienia „Samson”, gdzie w tle pojawia się gitara elektryczna do cykającej perkusji, zaś wielu może wprawić w konsternacje numer „Brzmienie”, gdzie pojawia się… Sarsa. Od razu jednak uspokoję, wokalistka radzi sobie tutaj nieźle. I dalej można odnieść wrażenie, że nasz raper zaczyna powoli przyspieszać tempo. Niemal roztańczony „Zrobiłeś to, chłopak”, pędzący na perkusji i lekko orientalny „Nic dodać, nic ująć”, przyspieszony „Nigdy ponad stan”, niemal kołysankowy (klawisze) „Cesarz” w turbo dyskotekowym tempie czy okraszony wplecionymi wokalizami w tle „1000 kcal”. Raper ciągle zaskakuje i płynie z bitem, wykorzystując w pełni oddaną przestrzeń.

Sama nawijka jest też dość zaskakująca i szczera, bo nasz bohater zaczyna przyglądać się sobie, swojej rodzinie, swoim stosunku do sławy. Potrafi wzruszyć („Serce matki”), a jednocześnie ma sporo energii w głosie. To ten sam, stary Pietrek, tylko inaczej celujący, inaczej rozkładający akcenty oraz inny tematycznie. Dla wielu ta zmiana może być nie do przełknięcia, ale dla mnie była pozytywnym zaskoczeniem. Nie oznacza to jednak, że nasz ziomek się sprzedał, tylko mówiąc – prostym językiem – ewoluował. Niby można opowiadać o tym samym w kółko, tylko że po pewnym czasie to wszystko stałoby się pewną rutyną. I znudziłoby się to.

„To tu” jest innym KęKę, choć początek brzmiał troszkę jak stary, dobry Pietrek z czasów „Rzeczy”. Zaskakujący, świeży, jednocześnie szczery i prosty album. To nowe oblicze zwyczajnie intryguje, czyniąc z KęKę bardzo interesującą personę, która może wyciąć jeszcze niejeden numer.

8/10

Radosław Ostrowski

Dwa Sławy – Coś przerywa

cos-przerywa-b-iext52664726

W polskiej scenie rapowej nie ma takiego duetu jak Dwa Sławy. Panowie znani są z mieszania chwytliwych bitów oraz bardzo dużej ilości rozkminy, zabawy wieloznacznościami słów, co było wielkim powiewem świeżości. Po nagranym w 2017 „Dandys Flow”, Astek i Rado postanowił nagrać na własny rachunek (założyli wytwórnię X2) nowy materiał. Ale czy tym razem nie przeholowali?

Pozornie wszystko wydaje się być na swoim miejscu, co pokazuje bardzo minimalistyczny „Halo?” czy w mocno przecinanym „Zdejm czapkę”, gdzie panowie rzucają metaforami i hasztagami niczym bumerangiem. Nie boją się bawić w follow-upy („Gdyby miało nie być wczoraj”, którego tytuł brzmi niczym jeden z utworów Pezeta), lecz same bity wydają się o wiele spokojniejsze niż poprzednio. Problemy zaczynają się od takich niby-onirycznych fragmentów jak „Giraud”, który zwyczajnie ciężko się słucha. Panowie próbują urozmaicić całość czy to za pomocą bardziej „tanecznych” rytmów jak w „Kiss & Fly” (i mocno tandetnym „Buty do wódy”) czy w bardziej mroczne rewiry jak w „Chwaście”, gdzie najlepszą robotę zrobił… Sarius. Problem w tym, że cała ta warstwa muzyczna wydaje się coraz bardziej zlewać ze sobą, przez co zwyczajnie nuży. A tego się po chłopakach nie spodziewałem, bo bity zwyczajnie rozpraszają od nawijki obydwu panów.

A ta nadal trzyma poziom, do którego przyzwyczaili nas. Technikę mają nadal opanowaną do perfekcji, a nad podśpiewywania nie wywołują irytacji. Nadal przyglądają się naszej rzeczywistości z dużym dystansem i ironią, ale to wszystko sprawia wrażenie rutyny, bez tego błysku oraz ciętych, pamiętnych fraz z poprzednich płyt. Ale pojawia się więcej gości niż na „Dandys Flow”. Poza Sariusem mamy wyluzowanego Jareckiego („Jestem”), cudnie śpiewającą Kasię Grzesiak („No cześć”) oraz utrzymującego wielką formę KęKę („Drugi koniec świata”).

Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek to napiszę, ale Dwa Sławy po raz pierwszy mnie rozczarowali. Niby trzymają poziom, jeśli chodzi o nawijanie, lecz podkłady wydają się jakby brzmieć na jedno kopyto. No i czegoś świeżego tutaj zabrakło, by powalić na łopatki. Czyżby coś przerwało?

6/10

Radosław Ostrowski