

Lech Wałęsa – postać, która nadal wywołuje emocje, ale jego wpływ na współczesną historię naszego kraju. Charyzmatyczny przywódca Solidarności jest jednym z symboli transformacji ustrojowej. Wie o tym Andrzej Wajda, który postanowił opowiedzieć historie elektryka, który nie chciał, ale musiał. Obalić komunę. Jest to co prawda laurka, która przedstawia Wałęsę niemal jako herosa naszych czasów, ale kapitalna kreacja Roberta Więckiewicza oraz odrobina humoru czynią ten film naprawdę niezłym. Swoje tez robi warstwa muzyczna.
Wajda postanowił wykorzystać do swojej opowieści piosenki z tego okresu. Ponieważ większość wydarzeń dotyczy lat 80., więc dominuje tutaj buntownicza, rockowa muzyka idealnie wpasowana do poszczególnych scen, stanowiąc niejako komentarz. Wydany przez Parlophone Music Poland album jest mieszanką zarówno piosenek, jak i utworów instrumentalnych, ale jeszcze do tego wrócę. Obowiązkowo mamy tutaj takich wykonawców jak Brygada Kryzys, KSU, reggae’owy Daab czy Róże Europy. Ta różnorodność mocno podkreśla klimat czasów zastraszenia, bezsilności („Martwy rok” KSU czy „Wojna!” Brygady Kryzys – stan wojenny) oraz niewielkiej nadziei, która powoli zaczynała się rodzić („Jeszcze będzie przepięknie” Tiltu i „Kocham wolność” kończące i zamykające zarówno film i album). A agresja niektórych utworów udziela się także słuchającemu („Tchórze” Dezertera). Nie można tez nie wspomnieć o trzech zagranicznych utworach: marszowym „Grit and Rust March” Roberta White’a (instrumentalna melodia na dęciaki i elektronikę), utrzymanym w country „A Song for Lech Walesa” Paula Henry’ego Dallaire’a (wokal mocno podobny do Johnny’ego Casha – i nie tylko wokal) oraz zagrana z rozmachem symfonicznym, patetyczne „Avenue of the Stars” Ray Daviesa.

Wspomniałem o muzyce ilustracyjnej – Wajda zatrudnił też kompozytora do pracy przy filmie. Wybór padł na minimalistę Pawła Mykietyna, który wcześniej współpracował z Małgorzatą Szumowską (od filmu „Ono” to jej stały współpracownik) oraz Jerzym Skolimowskim („Essential Killing”) oraz przy poprzednim filmie Wajdy, „Tataraku”. I jak jego praca wypada? W konfrontacji z piosenkami naprawdę blado. I nawet nie chodzi o to, że są to bardzo krótkie utwory (większość nie przekracza minuty lub jest nieco ponad), w których dominuje tutaj elektronika, tworząca bardzo depresyjną atmosferę (niepokojący „Fragment 1” z zapętlonymi syrenami), choć bardzo nieprzyjemną do słuchania. Także w samym filmie przewija się ona gdzieś w tle. Druga grupa to bardziej rockowe utwory rozpisane na mały zespół (punkowy „Arłamów”, trochę delikatny „Fragment 3”, prawie akustyczna „Kłótnia” z werblami), które przynajmniej są bardziej żywiołowe, choć w tle przewija się tak samo brzmiąca elektronika.
W zasadzie można potraktować „Wałęsę. Człowieka z nadziei” jako kompendium wiedzy o polskiej muzyce lat 80., będącą uzupełnieniem muzyki do głośnego dokumentu „Beats of Freedom”. Sama muzyka Mykietyna niespecjalnie się wyróżnia (może poza „Kłótnia” i „Arłamowem”) i gdyby nie ona, ocena byłaby zdecydowanie wyższa. Nie chcem, ale muszem dać:
6/10
Radosław Ostrowski




W zasadzie całość jest tutaj budowana na action i underscorze, więc jest to mocno powiązane z ekranem. Jest tu charakterystyczny jazgot oparty na dęciakach (puzon), nerwowej grze smyczków oraz bardzo rytmiczna perkusja, nadająca całości bardziej agresywnego brzmienia. Większy wpływ mają też syntezatory – to wszystko buduje bardzo posępny klimat. Słychać to już w „Main Title”, gdzie typowo hornerowskie brzmienie (trzaski smyczek, ciągnące się dęciaki i mroczna elektronika) przeplata się z kompozycjami Piotra Czajkowskiego (kluczowe dla filmu). Typowo akcyjne zagrywki kompozytor umieszcza w scenach pościgów czy śledzenia, polewając je czasem „rosyjskim” sosem wykorzystując bałałajkę („Main Title”) czy akordeon, zaś budowanie tutaj akcji łudząco przypomina „48 godzin”. Słychać to najbardziej w „Following Kirwill”, gdzie przewijają się echa „48 godzin” (spokojne wejście smyczków, które zostaje gwałtownie przerwane przez mocny rytm perkusji) czy bardzo krótkim „Chase Through the Park” (nerwowe i „opadające” smyczki w tle). Takie dysonanse Horner wygrywa naprawdę mocno, choć najlepiej sprawdzają się tylko na ekranie. W podobnym tonie szaleje „Irina’s Chase”, który zaczyna się dość spokojną gra perkusji i ponurej elektroniki. Ale już od drugiej minuty wszystko ulega przyśpieszeniu i dochodzi do gwałtownego uderzenia (smyczki, marszowa perkusja i puzony zmieszane z elektroniką), by znów się wyciszyć oraz znowu zaatakować z większym impetem.





Skoro jest to kino historyczne pokazujące dość kluczowe wydarzenia z historii USA, nie mogło obejść się bez patosu oraz tematyki patriotycznej. I Jones o tym wie, wywiązując się z tego bardzo dobrze. Już w otwierającym album „Lessons of History” pojawiają się dwa tematy w stylu Americana (werble, podniosłe smyczki i trąbki), czyli patos pełną gębą. Okraszone to jeszcze jest cymbałkami, fletami czy klarnetami. Ten temat będzie pojawiał się jeszcze parę razy (najbardziej poruszająca wersja w elegijnym „Prayer for Peace”), podnosząc atmosferę.

A jak wiadomo, braciszkowie lubią współpracować z Carterem Burwellem, jednak tutaj postanowili zrobić tak jak w przypadku filmu „Bracie, gdzie jesteś?”, czyli wydali kompilację piosenek pochodzący z epoki (w tym przypadku początek lat 60.). Za produkcję tego cover albumu (poza Coenami) odpowiada T-one Burnett, z którym współpracowali przy wspomnianym już „Bracie…”.
Piosenki te są śpiewane (w większości) przez aktorów grający główne role w tym filmie. A jak folk, to wiadomo – musi być gitara, najlepiej akustyczna. I ona nie tylko dominuje, ale też narzuca tempo, zazwyczaj spokojne, wręcz liryczne jak w lekko sentymentalnym „Five Houndred Miles” (gitarze towarzysza tutaj skrzypce) czy otwierającym całość „Hang Me, Oh Hang Me”. Nie ma tutaj jednak miejsca na nudę, choć szybkich numerów tu niewiele (pod tym względem wyróżnia się brawurowy „Please Mr. Kennedy”, który został specjalnie napisany do filmu czy „The Roving Gambler” zespołu The Down Hill Struglers grany na banjo, skrzypcach i gitarze). Zaś przy paru piosenkach aktorów wspiera muzycznie zespół Punch Brothers, który tutaj radzi sobie bardzo dobrze.

Zanim powiem o samej muzyce, muszę wyjaśnić pewną nieścisłość. Album ten nie jest oficjalnym soundtrackiem do filmu, tylko promo dostępnym tylko przez Internet (można go namierzyć na YouTube) – kiedy zostanie oficjalnie wydany? Nie wiadomo. A kto napisał ta muzykę? W filmie napisali (napisy końcowe), że zespół Arcade Fire – jeden z najpopularniejszych zespołów indie rockowych. Jeśli tak, to czemu nominację do Oscara dostali tylko Win Butler (wokalista, kompozytor i multiinstrumentalista) oraz Owen Pallett (skrzypek)? Bo oni muzykę napisali, a zespół ją wykonał. Wybór tej grupy dla reżysera Spike’a Jonze’a nie był niczym zaskakującym, gdyż stale współpracuje z tym zespołem (ostatnio nakręcił teledysk do utworu „Afterlife” z ich ostatniej płyty i wykorzystuje ich piosenki w zwiastunach). Co z tego wyszło?
Muzyka pełna elektroniki i wykorzystująca pełne brzmienie zespołu. Dobrze współgrająca z obrazem i tworząca bardzo melancholijny klimat, który jest odczuwalny praktycznie do samego końca. A jednocześnie jest to bardzo delikatne, bardzo liryczne. Utworów jest 13 i mogę was zapewnić, że możecie zapomnieć o przebojowości czy dynamice. Słychać to już w „Sleepwalkerze” – monotonne uderzenie „mantrycznego” tła, wspierane przez gitarę akustyczną i bas, „budząc” nas ze snu. A dalej jest róznie: od bardziej „agresywnej” i nieprzyjemnej elektroniki („Milk & Honey”) przez delikatniejsze partie z fortepianem w tle („Divorce Papers” czy „Some Other Place”) lub skrzypcami („Loneliness #3”). Jedynym utworem z potencjałem przebojowości jest „Morning Talk/Supersymmetry”, który w połowie zaczyna brzmieć bardzo chwytliwie i ze złożoną elektroniką (to instrumentalna wersja piosenki z płyty „Reflektor”) czy bardzo szybko grany na fortepianie „Photograph”.



Autorem jest debiutujący w muzyce filmowej Alexander Ebert – multiinstrumentalista oraz frontman zespołu Edward Sharp and the Magnetic Zeros. Innymi słowy, twórca muzyki alternatywnej. W samym filmie muzyka tworzy bardzo solidne tło, budując klimat samotności i potęgi oceanu, dlatego dominuje tutaj elektronika, ocierająca się miejscami o ambient. Jednak w przeciwieństwie do choćby „Grawitacji”, jest ona bardziej przystępna i łatwiejsza w odbiorze, z większym wpływem żywego instrumentarium. Głównie tutaj wyraźnie słyszalna jest gitara akustyczna, trochę przypominająca twory Gustava Santaolalli („All is Lost”), choć jeszcze pojawiają się różne dzwoneczki czy męski wokal przechodzący w gwizd („Virginia’s Dream”).

O dziwo nie. Odpowiedzialny za warstwę muzyczna Steven Price tutaj postawił przede wszystkim na brzmienie elektroniki i smyczków, które potęgują ciszę kosmosu, gdzie naprawdę nic nie słychać. Problem w tym, że ona w większości składa się z szumów (nagle przerywanych), efektów dźwiękowych (imitacja uderzeń, silników czy brzęczeń narzędzi), wprowadzając w stan nudy. Żeby było jeszcze mniej ciekawie, utwory gwałtownie są przerywane, co niszczy je od środka. W filmie wybija się, co nie jest trudne, gdy prawie w ogóle nie padają dialogi – plus jeszcze strasznie monotonne, co w przypadku 70-minutowego wydania wydaje się dla melomanów wyższym szczytem masochizmu.