VA – Wałęsa. Człowiek z nadziei

Walesa

Lech Wałęsa – postać, która nadal wywołuje emocje, ale jego wpływ na współczesną historię naszego kraju. Charyzmatyczny przywódca Solidarności jest jednym z symboli transformacji ustrojowej. Wie o tym Andrzej Wajda, który postanowił opowiedzieć historie elektryka, który nie chciał, ale musiał. Obalić komunę. Jest to co prawda laurka, która przedstawia Wałęsę niemal jako herosa naszych czasów, ale kapitalna kreacja Roberta Więckiewicza oraz odrobina humoru czynią ten film naprawdę niezłym. Swoje tez robi warstwa muzyczna.

Wajda postanowił wykorzystać do swojej opowieści piosenki z tego okresu. Ponieważ większość wydarzeń dotyczy lat 80., więc dominuje tutaj buntownicza, rockowa muzyka idealnie wpasowana do poszczególnych scen, stanowiąc niejako komentarz. Wydany przez Parlophone Music Poland album jest mieszanką zarówno piosenek, jak i utworów instrumentalnych, ale jeszcze do tego wrócę. Obowiązkowo mamy tutaj takich wykonawców jak Brygada Kryzys, KSU, reggae’owy Daab czy Róże Europy. Ta różnorodność mocno podkreśla klimat czasów zastraszenia, bezsilności („Martwy rok” KSU czy „Wojna!” Brygady Kryzys – stan wojenny) oraz niewielkiej nadziei, która powoli zaczynała się rodzić („Jeszcze będzie przepięknie” Tiltu i „Kocham wolność” kończące i zamykające zarówno film i album). A agresja niektórych utworów udziela się także słuchającemu („Tchórze” Dezertera). Nie można tez nie wspomnieć o trzech zagranicznych utworach: marszowym „Grit and Rust March” Roberta White’a (instrumentalna melodia na dęciaki i elektronikę), utrzymanym w country „A Song for Lech Walesa” Paula Henry’ego Dallaire’a (wokal mocno podobny do Johnny’ego Casha – i nie tylko wokal) oraz zagrana z rozmachem symfonicznym, patetyczne „Avenue of the Stars” Ray Daviesa.

mykietynWspomniałem o muzyce ilustracyjnej – Wajda zatrudnił też kompozytora do pracy przy filmie. Wybór padł na minimalistę Pawła Mykietyna, który wcześniej współpracował z Małgorzatą Szumowską (od filmu „Ono” to jej stały współpracownik) oraz Jerzym Skolimowskim („Essential Killing”) oraz przy poprzednim filmie Wajdy, „Tataraku”. I jak jego praca wypada? W konfrontacji z piosenkami naprawdę blado. I nawet nie chodzi o to, że są to bardzo krótkie utwory (większość nie przekracza minuty lub jest nieco ponad), w których dominuje tutaj elektronika, tworząca bardzo depresyjną atmosferę (niepokojący „Fragment 1” z zapętlonymi syrenami), choć bardzo nieprzyjemną do słuchania. Także w samym filmie przewija się ona gdzieś w tle. Druga grupa to bardziej rockowe utwory rozpisane na mały zespół (punkowy „Arłamów”, trochę delikatny „Fragment 3”, prawie akustyczna „Kłótnia” z werblami), które przynajmniej są bardziej żywiołowe, choć w tle przewija się tak samo brzmiąca elektronika.

W zasadzie można potraktować „Wałęsę. Człowieka z nadziei” jako kompendium wiedzy o polskiej muzyce lat 80., będącą uzupełnieniem muzyki do głośnego dokumentu „Beats of Freedom”. Sama muzyka Mykietyna niespecjalnie się wyróżnia (może poza „Kłótnia” i „Arłamowem”) i gdyby nie ona, ocena byłaby zdecydowanie wyższa.  Nie chcem, ale muszem dać:

6/10

Radosław Ostrowski

James Horner – Gorky Park

Gorky_Park

W moskiewskim parku Gorkiego zostają znalezione zwłoki trojga ludzi, pozbawiony twarzy, dokumentów i odcisków palców. To śledztwo dla inspektora milicji Arkadego Renko jest dość kłopotliwe, bo w sprawę jest zamieszanych wiele wpływowych osób. Tak w skrócie można przedstawić fabułę „Parku Gorkiego” – jednego z zapomnianych, ale bardzo interesujących kryminałów lat 80-tych. Mroczny klimat komunistycznej Rosji, piętrowa intryga i wyborne aktorstwo (William Hurt, Lee Marvin, Brian Dennehy czy nominowana do Złotego Globu Joanna Pacuła) to tylko kilka z mocnych punktów tego filmu. Swoja także robi oprawa muzyczna, która skupiona jest przede wszystkim na budowaniu napięcia.

To zadanie stanęło przed Jamesem Hornerem i wyszedł z tego obronną ręką. Wcześniej album z muzyką do tego filmu wydało Varese, ale w 2011 roku niejaka wytwórnia Kritzerland postanowiła wznowić tą ścieżkę i zremasterować dźwięk. Jakby było tego mało, to mamy tutaj umieszczone utwór w kolejności chronologicznej zgodnie z filmem. Ale też dostępna jest wersja pierwotna i to umieszczona na jednej płycie. To jak będziecie chcieli odsłuchać muzyki jest waszym wyborem, choć w zasadzie nie ma to żadnego znaczenia.

hornerW zasadzie całość jest tutaj budowana na action i underscorze, więc jest to mocno powiązane z ekranem. Jest tu charakterystyczny jazgot oparty na dęciakach (puzon), nerwowej grze smyczków oraz bardzo rytmiczna perkusja, nadająca całości bardziej agresywnego brzmienia. Większy wpływ mają też syntezatory – to wszystko buduje bardzo posępny klimat. Słychać to już w „Main Title”, gdzie typowo hornerowskie brzmienie (trzaski smyczek, ciągnące się dęciaki i mroczna elektronika) przeplata się z kompozycjami Piotra Czajkowskiego (kluczowe dla filmu). Typowo akcyjne zagrywki kompozytor umieszcza w scenach pościgów czy śledzenia, polewając je czasem „rosyjskim” sosem wykorzystując bałałajkę („Main Title”) czy akordeon, zaś budowanie tutaj akcji łudząco przypomina „48 godzin”. Słychać to najbardziej w „Following Kirwill”, gdzie przewijają się echa „48 godzin” (spokojne wejście smyczków, które zostaje gwałtownie przerwane przez mocny rytm perkusji) czy bardzo krótkim „Chase Through the Park” (nerwowe i „opadające” smyczki w tle). Takie dysonanse Horner wygrywa naprawdę mocno, choć najlepiej sprawdzają się tylko na ekranie. W podobnym tonie szaleje „Irina’s Chase”, który zaczyna się dość spokojną gra perkusji i ponurej elektroniki. Ale już od drugiej minuty wszystko ulega przyśpieszeniu i dochodzi do gwałtownego uderzenia (smyczki, marszowa perkusja i puzony zmieszane z elektroniką), by znów się wyciszyć oraz znowu zaatakować z większym impetem.

Na szczęście „Gorky” to nie tylko efektowna akcja i dynamiczna „rozwałka” dźwiękowa. Jest tutaj jedna bardzo liryczny temat skupiony na postaci Iriny. Bardzo delikatny i spokojny, dający chwilę na złapanie oddechu. Plumkające smyczki, delikatny fortepian, cymbałki, harfa i pogodniejsza elektronika tworzą bardzo piękny, choć dość tajemniczy motyw, który jeszcze pojawi się w „Airport Farewell”, smętnym „Arkady and Irina” i połowie finału „Releasing the Sables/End Titles”. Poza tym jest jeszczem mroczne „Faceless Bodies” bazujące na bardzo nieprzyjemnej elektronice, która się zapętla

Jednak prawdziwą wisienką jest tutaj „The Sable Shed”, pojawiające się w kluczowej scenie „rekonstrukcji” zbrodni dokonanej przez Renkę, gdzie „łamię” Irine pokazując głowę jej martwej koleżanki. Początek to temat akcji grany na perkusję i różnego rodzaju „gitarowo-plumkające” dźwięki. Ale gdzieś w okolicy półtorej minuty następuje wyciszenie i zaczyna robić się dużo mroczniej – snujące się smyczki, nerwowe fagoty i elektronika, a także co chwila trzask. Wszystko się zapętla, atmosfera gęstnieje i nawet fortepian, choć delikatny brzmi tu złowrogo, razem z imitującą dźwięk syreny smyczkami, które pod koniec zapętlają się. Niby nie ma tu zaskoczenia, ale czuje się niepokój. Naprawdę świetna robota.

Więc jak tu ocenić „Park Gorkiego”? Samej muzyki nie jest tu zbyt (dwa razy po 35 minut), co wywołuje pewien niesmak, ale wybrano najważniejsze tematy, przez co nie ma tu zbędnych powtórek czy zapychaczy. Jednak wydanie to ma swoje wady. Po pierwsze, w zasadzie dostajemy dwa razy to samo, choć inna kolejność (film and album presentation) mogą zaważyć na odsłuchu, na mnie nie robi to żadnego wrażenia. Słuchanie drugi raz tego samego, nawet w innej kolejności to strata czasu i miejsca na płycie. Po drugie, Horner tutaj dość mocno bazuje na „48 godzinach”, polewając w zasadzie mroczniejszym underscorem i dodając „rosyjskie” smaczki. I po trzecie, dość archaiczna elektronika. Jest tu pewien widoczny progres, ale ta muzyka lepiej sprawdza się na ekranie.

7/10

Radosław Ostrowski

Asia – Rare

Rare

To najbardziej nietypowa płyta w dorobku grupy Asia z dwóch powodów. Po pierwsze, została nagrana w całości tylko przez Johna Payne’a i Geoffa Downesa. Po drugie, jest to płyta instrumentalna. Nic dziwnego, jest to w końcu ścieżka dźwiękowa do filmu przyrodniczego Davida Attenborough „Salmon: Against the Tides”.

Muzyka w całości oparta na basie i syntezatorach może być ciekawa, choć jest dość prosta. Downes nakłada na siebie różne partie klawiszy, łącząc je z fortepianem, czasem imitując dźwięki przyrody („The Seasons” czy „The Gods”), smyczki („The Waterfall”), harfę („The Gods”), nawet perkusję („The Whales”). Tylko problem w tym, że kompozycje i tematy są do siebie zbyt podobne, a wokal Payne’a w zasadzie ograniczał się do takich samych wokaliz. Na szczęście całość jest dość krótka (kompozycje nie trwają więcej niż 3 minuty), a kilka kompozycji naprawdę robi wrażenie („The Bears” z kotłami i fagotem czy bardzo mroczne „The Ghosts”, w którym pojawia się gitara elektryczna). Ale to cecha praktycznie każdego soundtracku, że pewne motywy się powtarzają. Ale coś tutaj mi przeszkadzało i znużyło. Jednak pozostaje to całkiem niezłą propozycją.

6/10

VA – The Boat That Rocked

Boat_That_Rocked

Trudno to sobie wyobrazić, ale był taki czas, gdy muzyka rock’n’rollowa i pop był zakazany przez państwowe stacje radiowe. I to się działo w Wielkiej Brytanii w czasach wielkiego boomu tej muzyki (lata 60-te). Na szczęście działało wtedy wiele pirackich rozgłośni radiowych. O jednej z nich zwanej Radio Rock opowiada film Richarda Curtisa „Radio na fali”. Można rzec, ze to typowa brytyjska komedia, która ma to, co mieć powinna – świetne dialogi, sporo humoru, fantastyczne aktorstwo pełne gwiazd (Philip Seymour Hoffman, Bill Night, Rhys Ifans, Nick Frost) no i najważniejsza rzecz – muzyka, a mówiąc konkretniej piosenki z lat 60., które budują klimat tej opowieści. Więc przyjrzyjmy się muzyce.

Wytwórnia Mercury Records wydała soundtrack na dwupłytowym albumie. Co prawda Curtis zatrudnił jako kompozytora Hansa Zimmera, jednak jego wkład był bardzo niewielki. Jego pojawia się w scenach tonięcia statku. Twórcy filmu garściami sięgają po piosenki z lat 60-tych, piosenek rodzącego się rocka i popu.

Wykonawcy nie są zbyt zaskakujący ani oryginalni (zabrakło jednak The Beatles i The Rolling Stones, co trochę uatrakcyjnia tą składankę) – The Kinks, The Who, Jimi Hendrix Experience, The Beach Boys, Dusty Springfield czy Cat Stevens. To są bardzo znane zespoły i nazwiska kojarzące się z okresem hipisowskim. Część piosenek robi tylko za tło, gdzieś tam puszczane przez naszych DJ-ów, jednak wiele z nich silnie łączy się ze scenami z filmu. Podkreślają sytuację bohaterów: pierwszy seks („This Guy in Love with You”), rozstanie („Stay with Me Baby”, które pojawia się także w napisach końcowych scoverowane przez Duffy), pojawienie się dziewczyn na statku („Judy in Disguise”) czy ślub („Elenore”). Każda z tych piosenek ma swój łatwy do rozpoznania klimat i sznyt epoki, w której dominowały gitara elektryczna i akustyczna, pierwsze klawisze, a także smyczki, chórki czy trąbki. Nie jest tu zachowana kolejność chronologiczna, ale to w zasadzie nie przeszkadza w czerpaniu wielkiej przyjemności z tego albumu. Choć wiele z tych piosenek jest bardzo dobrze znanych z innych filmów czy ze stacji radiowych („All Day and All of the Night” The Kinks, rozpoczynające film, „A Whiter Shade of Pale” Procom Harum czy „My Generation” The Who), to nie tylko one pasują do scen, w których się pojawiają, ale też nadal brzmią bardzo dobrze.

Jak jednak wiadomo każda składanka, choćby nie wiem jak była doskonała ma swoje wady. Po pierwsze to nie jest cała muzyka. Poza śladową obecnością Hansa Zimmera, pojawiają się fragmenty kompozycji samego Ennio Morricone ze spaghetti westernów (scena konfrontacji Hrabiego z Gavinem), jednak ich brak nie jest żadną przeszkodą, zaś sama obecność mogłaby zepsuć spójny klimat albumu. Druga sprawa to fakt, że nie wszystkie piosenki pochodzą z lat 60. O ile cover „Stay with Me Baby” w wykonaniu Duffy broni się stylową aranżacją, o tyle „Let’s Dance” Davida Bowie pochodzi z zupełnie innej epoki i trochę zgrzyta z resztą piosenek. Choć w finałowej scenie tańca wypada ona całkiem nieźle.

W zasadzie można potraktować „The Boat That Rocked” jako muzyczną encyklopedię lat 60., która pokazuje drogę muzyki rozrywkowej, w której proste teksty razem z pięknymi melodiami tworzyły magię w najczystszej postaci. Nie ma tutaj mowy o znużeniu czy monotonii, a dwie godziny spędzone przy tej płycie mijają jak z bicza strzelił. Poza filmem, ta składanka na pewno sprawdziłaby się na niejednej imprezie, w dodatku ja bardzo lubię takie retro klimaty. Jeśli chcecie przeżyć odrobinę staroświeckiej zabawy i poznać przy czym mogli bawić się wasi rodzice, nie traćcie czasu i przesłuchajcie. Ale najpierw zobaczcie „Radio na fali”, bo to kapitalne kino. Tak jak ta kompilacja.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Trevor Jones – Thirteen Days

cvr_frnt

Rok 1962 zapowiadał się jak każdy rok – nie wydawało się, żeby miało dojść do czegoś szczególnego. Ale kiedy CIA nie udało się obalić kubańskiego dyktatora Fidela Castro (nieudana operacja „Mangusta”), ten zwarł układ ze Związkiem Radzieckim, który postanowił na wyspie zamontować pociski rakietowe gotowe do ataku na Stany Zjednoczone. W październiku 1962 roku amerykański wywiad odkrył, że część pocisków zawierała ładunki nuklearne. Informacja doprowadziła do kryzysu politycznego, który mógł doprowadzić do zbrojnej i otwartej konfrontacji, która mogła się zakończyć użyciem broni nuklearnej. 22 października 1962 roku prezydent Kennedy wygłosił orędzie do narodu, gdzie pokrótce przedstawił cała sytuację. O przebiegu tych wydarzeń oraz o zakończeniu tego sporu, opowiada nakręcony w 2000 roku polityczny thriller Rogera Donaldsona „13 dni”. Mimo znanego finału, film trzyma w napięciu (choć w całości jest on oparty na dialogach), pokazuje cały przebieg wydarzeń na tyle, na ile jest to możliwe (duża pomocą były nagrania rozmów w Biały Domu – prezydent Kennedy był na tyle przezorny, że nagrywał każdą rozmowę), w dodatku całość jest świetnie zrealizowana (zdjęcia i montaż zasługują na uznanie) i bardzo dobrze zagrana, m.in. przez Kevina Costnera (doradca Kenny O’Donnell), Bruce Greenwooda (JFK) i Stevena Culpa (Robert Kennedy). Jednak tutaj mówimy o muzyce filmowej, a nie o samych filmach. Tak zaś jest dopasowana do wydarzeń na ekranie i buduje napięcie.

Donaldson zatrudnił na stanowisku kompozytora Trevora Jonesa, któremu rozgłos i popularność przyniósł „Ostatni Mohikanin”. Praca przy tym filmie była dość wygodna, gdyż wcześniej partytura została nagrana w formie elektronicznego dema w formacie mp3 i dostarczona reżyserowi, który był zachwycony. Wystarczyło tylko znaleźć orkiestrę (London Symphony Orchestra) i nagrać ją w wersji symfonicznej, co też nastąpiło.

jonesSkoro jest to kino historyczne pokazujące dość kluczowe wydarzenia z historii USA, nie mogło obejść się bez patosu oraz tematyki patriotycznej. I Jones o tym wie, wywiązując się z tego bardzo dobrze. Już w otwierającym album „Lessons of History” pojawiają się dwa tematy w stylu Americana (werble, podniosłe smyczki i trąbki), czyli patos pełną gębą. Okraszone to jeszcze jest cymbałkami, fletami czy klarnetami. Ten temat będzie pojawiał się jeszcze parę razy (najbardziej poruszająca wersja w elegijnym „Prayer for Peace”), podnosząc atmosferę.

Nie zapominajmy, że jest to polityczny thriller. Może i jest bardzo „gadatliwy”, ale trzeba przecież budować napięcie. Jones sięga po sprawdzone patenty – dysonanse smyczków, zmienność tempa, mieszanie agresywnych dęciaków z „przerażającymi” smyczkami. To pojawia się w „The Knot of War”, gdzie jeszcze zgrabnie wpleciono elektronikę, która jednak nie wywołuje irytacji, tylko delikatnie gra w tle. I wtedy muzyka staje się mroczniejsza, budzi wręcz przerażenie (bardzo nerwowe smyczki), tworzy tez bardzo spójną całość. Więcej do powiedzenia ma elektronika („Our Rules of Engagement”, gdzie jeszcze swoje dodają mocne werble i kotły oraz bardzo smutne skrzypce, a wszelkie dęciaki drewniane pachną „wschodem”), ale klasyczne orkiestrowe brzmienie jest bardzo efektywne.

I w końcu jeszcze trzecia twarz ścieżki Jonesa, czyli akcja. Pretekstem dla niej są głównie sceny lotów samolotów zwiadowczych na Kubę. Wtedy następuje mocniejsze uderzenie. Takim pierwszym ciosem jest „There Can Be No Deals”, którego tempem i dynamiką nie powstydziłby się sam Hans Zimmer (uderzenia werbli, brzmienie smyczków oraz fragmenty elektroniki budzą skojarzenia z „Twierdzą” tego kompozytora), a ostatnie dwie minuty (szarpane tempo smyczków oraz potężne uderzenia kotłów zgrane z dęciakami) tylko podkręcają cała atmosferę zawieszając ja pod koniec (uderzenia bębenków na samym końcu przypominają początek „Main Theme” z „Ostatniego Mohikanina”). Drugi taki łomot to „Death of Major Anderson”, czyli scena ucieczki samolotu przed pociskami. Nerwowy sposób budowania napięcia, wykorzystanie „kowadła” (użyte także w równie mocnym i ostrym „One Life Left”), „tykajaca” elektronika budzi skojarzenia z Jamesem Hornerem, jeśli chodzi o konstrukcję W podobnym stylu bazuje „Us and the Devil”, tutaj jeszcze używając „rosyjsko” brzmiących smyczki i trąbki. Na sam koniec Jones serwuje wyciszenie oraz spokój przez dwa utwory – „The Sun Came Up Today” oraz „The Will of Good Man” działają bardzo oczyszczająco, rozładowując całe napięcie i kończąc cały album happy endem.

Można się przyczepić, że utwory są dość długie, że Jones powtarza się i niczym nie zaskakuje, ale to i tak nie zmienia dwóch rzeczy. Po pierwsze, nadal tworzy bardzo dobrą muzykę ze świetnymi orkiestracjami oraz bardzo dużą dawką emocji, napięcia i patosu. Wszystko w odpowiednich proporcjach. Po drugie, świetnie się to sprawdza na ekranie i nie wywołuje żadnych zgrzytów. Tym większa szkoda, ze „Trzynaście dni” trochę muzycznie przeszły bez echa. Moim zdaniem kompletnie niezasłużenie.

8/10

Radosław Ostrowski

VA – Inside Llewyn Davis

Inside_Llewyn_Davis

Kino od zawsze kochało muzykę. Kolejną muzyczną opowieścią jest najnowszy film braci Coen „Inside Llewyn Davis” (finezyjnego polskiego tytułu nie będę używał). Jest to historia tytułowego bohatera – muzyka folkowego próbującego odnaleźć swoje miejsce na Ziemi. I w zasadzie jest to kompilacja sprawdzonych tematów i stylu braci Coen z ich specyficznym humorem na pierwszym planie. A skoro bohaterem pośrednio jest muzyka, to musiała ona zostać wydana w formie płyty.

A jak wiadomo, braciszkowie lubią współpracować z Carterem Burwellem, jednak tutaj postanowili zrobić tak jak w przypadku filmu „Bracie, gdzie jesteś?”, czyli wydali kompilację piosenek pochodzący z epoki (w tym przypadku początek lat 60.). Za produkcję tego cover albumu (poza Coenami) odpowiada T-one Burnett, z którym współpracowali przy wspomnianym już „Bracie…”.

TBone.BurnettPiosenki te są śpiewane (w większości) przez aktorów grający główne role w tym filmie. A jak folk, to wiadomo – musi być gitara, najlepiej akustyczna. I ona nie tylko dominuje, ale też narzuca tempo, zazwyczaj spokojne, wręcz liryczne jak w lekko sentymentalnym „Five Houndred Miles” (gitarze towarzysza tutaj skrzypce) czy otwierającym całość „Hang Me, Oh Hang Me”. Nie ma tutaj jednak miejsca na nudę, choć szybkich numerów tu niewiele (pod tym względem wyróżnia się brawurowy „Please Mr. Kennedy”, który został specjalnie napisany do filmu czy „The Roving Gambler” zespołu The Down Hill Struglers grany na banjo, skrzypcach i gitarze). Zaś przy paru piosenkach aktorów wspiera muzycznie zespół Punch Brothers, który tutaj radzi sobie bardzo dobrze.

Tutaj najbardziej wybija się na polu wokalnym Oscar Isaac, który gra główną rolę. Jego dość delikatny głos, potrafi poruszyć i działa bardzo emocjonalnie na słuchaczu. Słychać, że ten aktor ma naprawdę potencjał wokalny (najbardziej to słychać w „The Death of Queen Jane” czy melancholijnym „The Shoals of Herring”). Drugim mocnym głosem tutaj jest Justin Timberlake, który zaskakująco dobrze wpasował się w konwencje (pięknie brzmi w „Five Hundred Miles” wspólnie z Carey Mulligan oraz Starkiem Sandsem czy zaśpiewanym a capella z czterema osobami w „The Auld Triangle”). Naprawdę jestem zaskoczony.

Jednak poza piosenkami śpiewnymi przez aktorów (bardzo dobrze śpiewającymi) jest kilka utworów oryginalnych. Wspomniane już „The Roving Gambler” to jeden z czterech takich utworów. Pozostałe pochodzą z samego końca filmu i albumu. Mocno etniczne i bardzo żywiołowe „The Storms Are on the Oceans” (w filmie wykonanie tej pieśni zostaje brutalnie przerwane przez Llewyna głośnymi krzykami i wyzwiskami), minimalistyczne „Farewell” Boba Dylana (gdy bohater wychodzi na zewnątrz wykonuje ją sam Dylan – przynajmniej tak wyglądał) oraz pojawiające się w napisach końcowych „Green, Green Rocky Road” Dave’a Van Ronka, który był pierwowzorem postaci Davisa pięknie się uzupełniają z resztą piosenek.

Innymi słowy jest to świetna kompilacja, której słuchanie sprawiało mi olbrzymią frajdę i nie jest wymagana znajomość filmu, co powoduje, że można jej słuchać praktycznie wszędzie. Jeśli lubicie jeszcze folkowe granie, możenie podnieść ocenę o punkt lub pół.

8/10

Radosław Ostrowski

Arcade Fire – Her

Her

W ostatnim czasie coraz wyraźniejszy jest trend zatrudnia popularnych wykonawców lub muzyków do pisania ścieżek dźwiękowych. Był Daft Punk (”Tron: Dziedzictwo”), The Chemical Brothers („Hanna”) czy M83 („Niepamięć”). Efekty tej kooperacji bywają bardzo różne, bo są bardzo interesujące i świetne propozycje. Jak będzie w przypadku muzyki do filmu „Ona”?

Arcade_FireZanim powiem o samej muzyce, muszę wyjaśnić pewną nieścisłość. Album ten nie jest oficjalnym soundtrackiem do filmu, tylko promo dostępnym tylko przez Internet (można go namierzyć na YouTube) – kiedy zostanie oficjalnie wydany? Nie wiadomo. A kto napisał ta muzykę? W filmie napisali (napisy końcowe), że zespół Arcade Fire – jeden z najpopularniejszych zespołów indie rockowych. Jeśli tak, to czemu nominację do Oscara dostali tylko Win Butler (wokalista, kompozytor i multiinstrumentalista) oraz Owen Pallett (skrzypek)? Bo oni muzykę napisali, a zespół ją wykonał. Wybór tej grupy dla reżysera Spike’a Jonze’a nie był niczym zaskakującym, gdyż stale współpracuje z tym zespołem (ostatnio nakręcił teledysk do utworu „Afterlife” z ich ostatniej płyty i wykorzystuje ich piosenki w zwiastunach). Co z tego wyszło?

Muzyka pełna elektroniki i wykorzystująca pełne brzmienie zespołu. Dobrze współgrająca z obrazem i tworząca bardzo melancholijny klimat, który jest odczuwalny praktycznie do samego końca. A jednocześnie jest to bardzo delikatne, bardzo liryczne. Utworów jest 13 i mogę was zapewnić, że możecie zapomnieć o przebojowości czy dynamice. Słychać to już w „Sleepwalkerze” – monotonne uderzenie „mantrycznego” tła, wspierane przez gitarę akustyczną i bas, „budząc” nas ze snu. A dalej jest róznie: od bardziej „agresywnej” i nieprzyjemnej elektroniki („Milk & Honey”) przez delikatniejsze partie z fortepianem w tle („Divorce Papers” czy „Some Other Place”) lub skrzypcami („Loneliness #3”). Jedynym utworem z potencjałem przebojowości jest „Morning Talk/Supersymmetry”, który w połowie zaczyna brzmieć bardzo chwytliwie i ze złożoną elektroniką (to instrumentalna wersja piosenki z płyty „Reflektor”) czy bardzo szybko grany na fortepianie „Photograph”.

Problem polega jednak na tym, że ta muzyka poza filmem nie sprawia aż takiej przyjemności jak w filmie, gdzie jest naprawdę zgrana z obrazem, ale poza nim miejscami mocno ociera się o smęcenie („Loneliness #4” czy „Milk & Honey (Alan Watts & 641)”. Technicznie nie ma się tu do czego przyczepić, bo na ekranie muzyka sprawdza się więcej niż dobrze. Ja jednak poczekam na oficjalne wydanie, zaś promo można sobie posłuchać.

Radosław Ostrowski

Various Artists – 12 Years a Slave

12_Years_a_Slave

Ten album to coś, co fachowo nazywa się składanką typu „music from and inspired by”, czyli są to utwory bazujące na treści filmu. A że tematyka jest niewolnictwo, to pieśni typu gospel i opowiadające o ciężkiej doli niewolnika. Za produkcje tego albumu odpowiada Hans Zimmer razem z Johnem Legendem – znanym wokalistą soulowym.

Efekt jest całkiem przyzwoity. Jednak nie wszystko tutaj zagrało jak trzeba. Po pierwsze, piosenki są przeplatana skrzypcowymi utworami Tima Faina (bardzo krótkimi i szybkimi, poza „Yarney’s Waltz”). Same piosenki opowiadają o ciężkim losie niewolników, ubranych w formie modlitwy. Jednak gatunkowo jest spory rozrzut i misz-masz, od śpiewanych a capella (‘Roll Jordan Roll” Johna Legenda oraz jego filmowa wersja czy „My Lord Sunshine” Davida Hugheya i Roosevelt Credit) przez jazz („Driva Man” Alabama Shaks i „Little Blue Girl” Laury Mvali), bluesa („Freight Train” Gary’ego Clarka Jr.) do r’n’b (najlepsza w zestawie „Queen of the Field” Alicii Keys) oraz rocka („Misery Chain” Chrisa Cornella). Rozrzut wywołuje lekki chaos, zaś ostatnia piosenka Cody’ego ChesnuTTa brzmi najpogodniej i trochę nie pasuje do całej reszty.

Do tego jeszcze wydawcy płyty przypomnieli sobie, że muzykę (tą instrumentalną) napisał Hans Zimmer. I jest on tutaj reprezentowany przez dwa utwory. Krótki „Waszyngton” to smyczkowy walc przypominający trochę kompozycje z „Sherlocka Holmesa”, ale „Salomon” (temat naszego bohatera) to już inna para. Jest bardziej melancholijny, z długimi pociągnięciami smyczków – tylko czemu brzmi to jak „Time” z „Incepcji”? Nie mam pojęcia, ale Zimmer powoli staje się drugim autoplagiatorem jak Horner, co zaczyna stawać się irytujące. Słaba reprezentacja, choć dobrze sprawdza się na ekranie.

Mówiąc krótko, „12 Years a Slave” to kolejna muzyczna kompilacja jakich wiele się wydaje. Posłuchać można, ale czy warto?

6/10

Radosław Ostrowski


Alexander Ebert – All Is Lost

All_Is_Lost

Kino lubi wyzwania i nietypowe przedsięwzięcia, zwłaszcza opowieści o ludziach walczących z naturą, samymi sobą, a ostatnio nawet z kosmosem. Czymś takim na pewno jest film „All Is Lost” opowiadający o starym marynarzu (prawie nie odzywający się Robert Redford), który po zderzeniu z kontenerem podejmuje walkę o utrzymanie się na morzu. Wyszło z tego naprawdę niezłe kino, choć bardzo wymagające i dość spokojne. Ale o filmie już powiedziałem, więc skupie się na warstwie muzycznej, która ku wielkiemu zaskoczeniu otrzymała w tym roku Złoty Glob.

ebertAutorem jest debiutujący w muzyce filmowej Alexander Ebert – multiinstrumentalista oraz frontman zespołu Edward Sharp and the Magnetic Zeros. Innymi słowy, twórca muzyki alternatywnej. W samym filmie muzyka tworzy bardzo solidne tło, budując klimat samotności i potęgi oceanu, dlatego dominuje tutaj elektronika, ocierająca się miejscami o ambient. Jednak w przeciwieństwie do choćby „Grawitacji”, jest ona bardziej przystępna i łatwiejsza w odbiorze, z większym wpływem żywego instrumentarium. Głównie tutaj wyraźnie słyszalna jest gitara akustyczna, trochę przypominająca twory Gustava Santaolalli („All is Lost”), choć jeszcze pojawiają się różne dzwoneczki czy męski wokal przechodzący w gwizd („Virginia’s Dream”).

To są jednak momenty wytchnienia i w miarę bezpieczne na tej ścieżce. Bo i musiał się tu pojawić underscore, podkreślający elementy „walki” naszego marynarza ze statkiem, sztormem i brakiem wody. Wtedy jest trochę mniej przyjemnie, choć kompozytor próbuje ta ciężką elektronikę (imitacje ptaków, przerobione wokale) okrasić uderzeniami bębnów („The Infinite Breed”) czy pozorując spokój, delikatna gitarą oraz smyczkami, by gwałtownie podkręcić atmosferę uderzeniami pałeczek,  fortepianem oraz elektroniką („Dance of Lilies”). Choć zdarzają się i momenty monotonne jak „The Instincts of Boredom”.

Za to największe emocje serwuje nam finał podzielony na trzy utwory. Najpierw jest bardzo spokojny „Somewhere in the Midnight of Summer” z delikatna elektroniką, dzwonkami, Hammondem, gitarą oraz piękną żeńską wokalizą, następnie gitarowy „Excelsior and the All Day Man” oraz bardzo poruszająca piosenka „Amen” w wykonaniu samego Eberta z bardzo poruszającymi smyczkami i fortepianem.

Ebert tym debiutem pokazuje się jako nieszablonowy twórcy, który tworzy muzykę nie tylko pasująca do ekranu, ale także jest bardzo przystępny i przyswajalny poza nim. Co w przypadku takiego filmu, wydaje się zadaniem prawie niemożliwym. Zaskakująco fajny album, jakkolwiek to zabrzmi.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Steven Price – Gravity

Gravity

Kosmos – przestrzeń, której nikomu nie udało się ogarnąć, jednak ciągle ludzkość marzy o tym, by go podbić. A że przestrzeń tak gigantyczna potrafi być niebezpieczna, pokazuje „Grawitacja”, nadając kinu survivalowemu kompletnie nową jakość. O filmie już pisałem, więc nie będę się powtarzał. Jak każdy porządny film walczący o Oscara ma też wydaną ścieżkę dźwiękową (także nominowaną do nagrody). Co jest o tyle dziwne, że żadnej muzyki nie słyszałem. Czyżbym stracił słuch?

Price_StevenO dziwo nie. Odpowiedzialny za warstwę muzyczna Steven Price tutaj postawił przede wszystkim na brzmienie elektroniki i smyczków, które potęgują ciszę kosmosu, gdzie naprawdę nic nie słychać. Problem w tym, że ona w większości składa się z szumów (nagle przerywanych), efektów dźwiękowych (imitacja uderzeń, silników czy brzęczeń narzędzi), wprowadzając w stan nudy. Żeby było jeszcze mniej ciekawie, utwory gwałtownie są przerywane, co niszczy je od środka. W filmie wybija się, co nie jest trudne, gdy prawie w ogóle nie padają dialogi – plus jeszcze strasznie monotonne, co w przypadku 70-minutowego wydania wydaje się dla melomanów wyższym szczytem masochizmu.

A jakby było tego mało, Price zajeżdża bardzo Hansem Zimmerem. Dotyczy to nie tylko paradoksalnie najlepszych ścieżek, czyli finału zbitego na trzy utwory: „Tiangong”, „Shenzou” i „Gravity” – patetyczne utwory z podniosłymi smyczkami i żeńską wokalizą, ale też budowania napięcia (owe gwałtowne urwania muzyki), wykorzystywaniem sampli czy delikatną warstwą liryczną (pianistyczny „Airlock”). Popisem umiejętności w budowaniu napięcia jest 10-minutowe „Don’t Let Go”. Zaczyna się ono bardzo spokojnie, by potem zaatakować nas pulsującą elektroniką oraz szybkimi rajdami smyczków, z pałętająca się gdzieś trąbką.

Sama muzyka w filmie radzi sobie całkiem nie najgorzej, budując odpowiedni klimat i atmosferę. Jednak słuchanie bez obrazu jest zadaniem bardzo karkołomnym i niebezpiecznym jak naprawa satelity podczas deszczu meteorytów. Dodatkowo brak własnego języka i mocne inspiracje Hansem Zimmerem, czyli królem muzycznego mainstreamu psują przyjemność ze słuchu. Może i sprawdza się w filmie, ale poza nim jest ciężkostrawna i jeszcze sporo za długa. Album tylko dla najtwardszych.

5/10

Radosław Ostrowski