David Arnold & Michael Price – Sherlock (Season Three)

Sherlock_Season_Three

Dwa lata czekałem na powrót największego detektywa naszych czasów – wrzuconego w XXI wiek Sherlocka Holmesa, który powstał z martwych. Jednak jego powrót łatwy nie był, o czym już pisałem przy okazji premiery 3 serii. I tak jak poprzednie, jest ona dopracowana wizualnie i fabularnie, a także została wydana muzyka z serialu, która stworzyli David Arnold i Michael Price. Także ta muzyka, sprawdza się świetnie na ekranie, a poza nim?

I choć powtarzają się pewne elementy (temat Watsona i Sherlocka praktycznie się nie zmieniły – obecność cymbałków oraz żywej orkiestry), wyczuwa się pewne mocne zmiany. Przede wszystkim coraz silniejszy wpływ elektroniki i syntezatorów, które towarzyszą przy rozwiązywaniu zagadek naszego detektywa, jednak tutaj wtapia się razem z żywymi instrumentami. I tak jak poprzednio, album jest ułożony chronologicznie, zgodnie z przebiegiem wydarzeń danych odcinków.

arnoldPierwszy epizod to powrót Holmesa, poprawa relacji z Watsonem oraz próba powstrzymania zamachu terrorystycznego. No i najważniejsze pytanie stawiane od dwóch lat – „How it Was Done”. Jest to bardzo ostra i elektroniczna wariacja tematu Sherlocka z mocnymi uderzeniami perkusji, agresywną elektroniką i gitarą elektryczną. A nad wszystkim unosi się bardzo wyraźny wpływ Hansa Zimmera (m.in. brzmienie rozciągniętych dęciaków niemal jak z „Incepcji” czy „opadające” smyczki), który jednak nie wywołuje rozdrażnienia. Druga mocną ścieżką jest inna wariacja tematu Sherlocka (bardziej epicka i orkiestrowa) w „#SherlockLives”, zakończona lekko jazzującą perkusją. Inna, utrzymana w stylu walca jest „Back to Work”. Zas underscore tutaj jest budowany za pomocą „opadającej” elektroniki i dość ciągłej gry skrzypiec z gitarą elektryczną („Vanishing Underground”) oraz mocnej wariacji tematu Sherlocka w mrocznym „John is Quite a Guy” z masą elektroniki (pulsujący bas), nerwowych smyczków i walącej perkusji. A zakończeniem tego odcinka jest „Lazarus”, czyli zmodyfikowany temat Moriarty’ego (dodana elektronika), będący zapowiedzią kolejnego trudnego wroga.

priceDrugi odcinek to wesele Watsona, gdzie Sherlock wygłasza mowę jako drużba. Jednak sam początek odcinka to próba schwytania gangu złodziei przez inspektora Lestrade’a. Stąd początek jest bardziej underscore’owy popisem smyczków i dzwoneczków („Lestrade/The Movie”). Bliżej sprawy jest „To Battle” – temat Watsona, w który wpleciono marszowe werble i perkusje podkreślającą wojskową przeszłość pana młodego. Sama opowieść Sherlocka pełna jest mrocznych zbrodni, wspólnie rozwiązanych przez obu panów, zaś podczas wesela będzie próba morderstwa. Najbardziej tutaj wybijają się „Stag Night” (dubstepowy początek, zaś dalej pojawia się bardzo”orientalna” perkusja oddająca mocno zakrapiany wieczór kawalerski i „nawalona” gitara elektryczna), pełen wojskowych werbli „Major Sholto” oraz zagrany na skrzypcach „Waltz for John and Mary” (grany przez Holmesa). Reszta jest już bardziej underscore’owa („Mayfly Man”).

Wreszcie ostatni odcinek, czyli konfrontacja Sherlocka z Magnussenem – „Napoleonem szantażu”. I to jego temat otwiera tą część. Jest to bardzo niepokojący (ciągnące się smyczki i elektroniczna perkusja), a jednocześnie bardzo elegancki (plumkania w połowie) – pojawia się on jeszcze w „Appledore”. Tutaj spora część ścieżki to bardzo mroczny, wręcz elegijne tematy z elementami underscore’u a’la Zimmer. Najciekawiej tutaj prezentuje się „Redlight” z poruszającym solo skrzypiec oraz żeńską wokalizą (obecna także w „The East Wind”) czy liryczne „Addicted to a Certain Lifestyle” z dominującym fortepianem. A całość kończy lekko zmodyfikowany (rozbudowany początek) temat przewodni serialu.

„Sherlock” od strony wydawniczej prezentuje naprawdę przyzwoity poziom, do którego nas przyzwyczaił. Nadal sprawdza się lepiej na ekranie niż poza nim, ale Arnold z Pricem wykonują kawał naprawdę dobrej roboty.

8/10

Radosław Ostrowski

Howard Shore – The Departed

The_Departed

Każdy szanujący się kinoman wie, kim jest Martin Scorsese – reżyser, który Oscara otrzymał dopiero w 2007 roku za niezłą „Infiltrację”, czyli remake azjatyckiego dreszczowca „Piekielna gra”. Ale powiedzmy sobie to wprost – nagroda za najlepsza reżyserię była tylko i wyłącznie nagrodą pocieszenia za wszystkie pominięcia członków Akademii Filmowej. Natomiast pominięto jeden z najlepszych elementów tego filmu – warstwę muzyczną. Reżyser znany jest z tego, że wrzuca przeboje muzyki rozrywkowej (podobno posiada duża kolekcje płyt), w czym dorównuje mu tylko Quentin Tarantino, ale tez korzysta z usług zawodowych kompozytorów, co zostało zauważone przez wytwórnie płytowe.

Howard_ShoreScorsese skorzystał z usług, już „nadwornego” kompozytora, czyli Howarda Shore’a. Panowie poznali się przy pracy podczas „Po godzinach”, zaś od „Gangów Nowego Jorku” jest to już stała kooperacja. Tym razem kompozytor bardzo zaskoczył wszystkich tworząc muzykę bardzo gitarową, gdzie orkiestra tak naprawdę robiła tu tylko za tło, odzywając się w kilku miejscach. Shore zaprosił do współpracy zawodowych gitarzystów – Sharon Iberin, George’a Edwarda Smitha, Marca Ribota i Larry’ego Saltzmana. Efekt jest bardzo pozytywny, tworząc kompozycje z ikrą i do tego naprawdę dobrze skrojoną (nieco ponad 40 minut grania).

Siłą tej płyty jest bardzo chwytliwy temat przewodni zagrany na dwie gitary, który przewija się na tym albumie często. W „Cops or Criminals” motyw jest wspierany przez sekcję smyczkową oraz perkusję, co podnosi tętno. Może nawet i zbyt często zaznacza swoją obecność, jednak jest bardzo rozpoznawalny z tym tytułem i pojawia się w paru aranżacjach (najlepsza w „Colin”, „Command” i kończącym całość „The Departed Tango”) i mimo dość intensywnej obecności nie wywołuje znużenia. Choć było o to bardzo łatwo. Także na tych instrumentach budowane jest napięcie i muzyka akcji, która na ekranie podnosi adrenalinę, co najbardziej słychać w „344 Wash” (mocne uderzenie bębnów i ostrzejsza gitara elektryczna) i „Chinatown” („azjatycka” gitara elektryczna oraz uderzenia perkusji wspierane smyczkami), które poza ekranem nie radzą sobie już tak świetnie.

Jednak „Infiltracja” to nie tylko akcja i świetny motyw przewodni. Bo tutaj jest jeszcze druga, delikatniejsza twarz przesycona melancholią. Pojawia się ona równie często, co temat przewodni, ale albo robi za tło („The Faithful Departed”) lub ginie przy ostrzejszych fragmentach („Boston Common”). To dość prosta i spokojna melodia, ale bardzo silna emocjonalnie i  na niej spoczywa cały ciężar dramaturgiczny filmu. Najpełniej wybrzmiewa w 7-minutowym „Billy’s Theme”, będącym czymś na kształt suity, ale równie interesująco brzmi w „The Last Rite”, „Madolyn” czy „Beacon Hill”.

Jeśli chodzi o warstwę muzyczną, to „Infiltracja” kojarzy się z hiciorem „I’m Shipping Out to Boston” zespołu Dropkick Murphys (2 minuty, ale za to jakie). Trochę szkoda, bo Howard Shore też wyszedł z obronna ręką. W filmie ta muzyka miejscami, naprawdę mocno się wybija. Może i jest ona trochę monotematyczna i bardzo spokojna, ale to jedna z najlepszych partytur tego Kanadyjczyka. Ciekawe, ilu gitarzystów będzie próbował zagrać te tematy.

7,5/10

Radosław Ostrowski


James Newton Howard – The Sixth Sense

The_Sixth_Sense

Horrory to gatunek filmowy, za którym niespecjalnie przepadam. Bo zamiast straszyć albo nudzi i usypia, albo wywołuje obrzydzenie bezsensowna przemocą lub co gorsza wywołuje śmiech. A chyba nie o to tu chodzi. Owszem, są pewne wyjątki jak klasyczne już „Lśnienie”, „Obcy – ósmy pasażer Nostromo” czy „Coś”, ale w 1999 roku objawił się nietypowy film grozy. „Szósty zmysł” bardziej wydaje się dreszczowcem, gdyż reżyserowi nie chodzi o poczucie zagrożenia czy niepokoju (choć nie brakuje scen grozy i przerażenia), lecz skupia się bardziej na postaciach i ich problemach. Psychiatra nie mogący dogadać się z żoną (nietypowa rola Bruce’a Willisa) i chłopiec, który widzi duchy zmarłych (Haley Joel Osment). Jeden próbuje pomóc drugiemu, ale efekt okaże się mocno zaskakujący. Więcej nie powiem, ale to był świetny kawałek kina, który przyniósł rozgłos M. Nightowi Shyamalanowi. Niestety, następne tytuły nie osiągnęły takiego sukcesu artystycznego i komercyjnego.

Film ten stał się też początkiem współpracy reżysera z kompozytorem Jamesem Newtonem Howardem, który stał się stałym współpracownikiem hinduskiego reżysera. Ale nie oszukujmy się – trwający pół godziny album (wybór wszystkich tematów) był tylko wprawką do następnych, znacznie ciekawszych partytur. Ale po kolei.

howardPoczątek to bardzo delikatne „Run to the Church”. Howard wykorzystał tutaj chór oraz niezbyt dużą orkiestrę, wygrywając piękny temat na fortepian i flet. Właściwie już tutaj mamy zderzenie dwóch światów: świat ludzi i ich dramatów oraz świat zmarłych, który wywołuje przerażenie. Obie rzeczywistości, bardzo współgrają ze sobą, działając w filmie bardzo dobrze, odpowiednio wyeksponowane. Melodie tutaj są pełne smutku i technicznie bez zarzutu. Pod tym względem prezentują się „Run to the Church”, krótkim „Photographs” czy pierwszą częścią „Malcolm’s Story/Cole’s Secret”.

Drugi świat jest tutaj bardziej przerażający i bardziej underscore’owy. Pojawia się on już w „De Profundis”, gdzie z dość pozornie spokojnego tematu na smyczki pojawia się melodia grana na rogu, będąca zapowiedzią czegoś przerażającego (wtedy w tle jest chór), zaś potem smyczki zaczynają grać coraz bardziej nerwowo, wręcz „falować” i „opadać”, by potem wybuchnąć. Ta atonalność przewija się tez w underscore’owych „Suicide Ghost” (trzaski oraz nerwowa gra smyczków, a także pod koniec wejście dęciaków i chóru) i „Hanging Ghosts” (nerwowy fortepian na początku, szybkie smyczki, które potem się „zapętlają”).

Najciekawiej jest jednak wtedy, kiedy dochodzi do zderzenia tych dwóch światów tak jak w „Malcolm’s Story/Cole’s Secret”, gdzie pierwsza połowa jest bardziej dramatyczna, a druga to atonalny straszak. Najciekawsze efekty są jednak w „Tape of Vincent”, gdzie dochodzi do mocnego zgrania, zaś końcówka jest naprawdę mocna emocjonalnie (melodia brzmiąca jakby z pozytywki w towarzystwie mocniej wybijających się smyczków). Także mocno underscore’owy „Help the Ghosts/Kyra’s Ghost” radzi sobie z tą mieszanką głównie dzięki delikatnym dzwonkom oraz bardzo lirycznym smyczkom w drugiej połowie. Jednak prawdziwą kulminacja jest tutaj ostatni utwór, który (niestety) zdradza zakończenie filmu, więc go nie podam. Wypadkowa i powtórzenie wszystkich motywów działa naprawdę emocjonalnie, wręcz przygnębiająco, ale i nie bez nadziei (dęciaki). To jeden z najlepszych utworów Howarda.

Więc czy „Szósty zmysł” nie zawiódł Howarda? I tak, i nie. Współpraca z Shyamalanem była punktem zwrotnym w karierze tego twórcy, ale ta praca jest dość konwencjonalna i mało interesująca poza kontekstem filmowym. Zwłaszcza underscore’owe granie typowe dla kina grozy. Technicznie nie ma się do czego przyczepić – dźwięk jest naprawdę dobry, orkiestracje porządne, zaś tematyka całkiem niezła. Jednak następne prace Howarda dla Shyamalana były po prostu lepsze, ciekawsze i bogatsze. Niemniej wszystko zaczęło się tutaj, więc nie można uznać tej muzyki za nieudaną. To po prostu początek pięknej przyjaźni.

7/10

Radosław Ostrowski


Mark Knopfler – Wag the Dog

Wag_The_Dog

Polityka zawsze interesowała kino, zwłaszcza amerykańskie i to w różnych konwencjach. Jedną z ciekawszych satyr lat 90. był film „Fakty i akty”. Historia agenta CIA, który razem z producentem filmowym próbują odciągnąć uwagę od afery rozporkowej prezydenta, wymyślają fikcyjna wojnę, nadal rozśmiesza, co jest zasługą zgrabnego scenariusza oraz mocnych ról Roberta De Niro i Dustina Hoffmana. Swoje także zrobiła muzyka, choć mało kto zwracał na nią uwagę.

Jej autorem był Mark Knopfler, zaś album wydany przez Vertigo zawiera niecałe pół godziny materiału. Poza tym mocno powiększył się zespół, który towarzyszył kompozytorowi przy pracy m.in. pianista Jim Cox i gitarzysta Richard Bennett) i wyszła z tego dość ciekawa praca.

knopflerAlbum zaczyna się od piosenki „Wag the Dog”. Potem mamy już tylko instrumentalny score. Na początek „Working On It” – skoczna melodia z popisowymi solówkami gitary, wspieranej przez „płynące” klawisze oraz gitarę akustyczną. W znacznie lżejszym tonie jest utrzymane w stylistyce folkowej „In the Heartland” z banjo w roli głównej. I tak lekko, z przymrużeniem oka idziemy do samego końca jak w idącej ku patosowi „An American Hero” (delikatna gitara, marszowa perkusja).

Ponieważ w filmie fikcyjna wojna miała toczyć się z Albanią, nie mogło zabraknąć utworów o zabarwieniu bardziej idącym ku wschodowi (czytaj: Rosji). To już zaczyna się przejawiać w krótkim „Just Instinct” z akordeonem oraz gitarą akustyczną, mocno zabarwioną „rosyjskością”, które z każdą sekundą przyśpiesza. Podobne tempo ma „Drooling National”, tylko w wersji bardziej amerykańskiej. Równie gitarowo jest w „Stretching Out”, z mocniejszymi gitarami i Hammondami w tle oraz kończąca całość „We’re Going to War” zabarwione marszową perkusją.

W zasadzie można się przyczepić do tego, że jest tej muzyki bardzo mało (pojawia się ona w istotnych momentach). Poza tym trudno ją skojarzyć z filmem, jednak poza nim słucha się jej naprawdę dobrze. Muszę jednak przyznać, że wcześniejsze prace Knopflera zrobiły na mnie większe wrażenie.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Andrzej Korzyński – Tajemnica Enigmy

Secret_Enigma

Polska muzyka filmowa jest rzadko dostępna i niezbyt chętnie wydawana w naszym kraju. Nie mówię tutaj o składankach z piosenkami do jakiejś komedii romantycznej czy dużej kasowej produkcji. Ale poza tym pustynia, choć czasami pojawiają się na niej drzewa. Jednym z nich jest niezależna brytyjska wytwórnia Finding Keepers, która wydaje muzykę z całego świata. Ostatnio wyszły aż trzy płyty z muzyką polskiego kompozytora Andrzeja Korzyńskiego.

Po „Opętaniu” i „Trzeciej części nocy” przyszła pora na kompilację pt. „Tajemnica Enigmy”. Jest to zbiór prac kompozytora z polskich filmów, seriali tv czy radia z lat 1968-81, zaś nagrano je w studiach w Polsce, Włoszech i Francji. Rozrzut tytułów jest tutaj imponujący, zaś muzyka Korzyńskiego bardziej idzie w stronę rockowego czy jazzowego grania, które później zastępuje elektronika. Zawsze jednak pojawia się orkiestra w tle albo jej spora część. O dziwo ciekawie się tego słucha poza ekranem, choć nie brakuje tutaj eksperymentowania.

korzynskiCzymś takim jest otwierający i zamykający album temat z „Polowania na muchy”, gdzie mamy mocno przerobione elektronicznie dźwięki przypominające pędzące maszyny oraz imitację skrzypiec. Dalej jest różnorodnie: od funkowo-rockowego brzmienia (trzy utwory z „La gabruse” z mocną sekcją rytmiczna, gitarą elektryczna i organami czy agresywna „Trzecia część nocy”), jazzu (agresywny saksofon w „Agencie nr 1” czy dęciaki w „Tajemnicy Enigmy”) czy bardziej elektronicznych brzmień (mroczne „Possesion/Opętanie Five” czy utrzymany w podobnej tonacji „Diabeł”). Ale głównie jest tutaj mieszanka przynajmniej dwóch z tych gatunków, co mocno wzbogaca płytę („W pustyni i w puszczy” z dominującymi fletami i smyczkami) Swoje tez robią bębenki („Saved from Oblivion” czy „Wszystko na sprzedaż/Taniec”), bardziej stonowane kompozycje (solo skrzypiec i fletów w lirycznym „Birchwood Landscape” czy delikatna „Bossa Nova”) oraz utwory bardziej dynamiczne („Rosa Rosa” z harmonijka ustną).

Ta różnorodność pokazuje twarz Korzyńskiego jako niekonwencjonalnego twórcę czerpiącego głównie ze współczesnej (na ówczesne realia) muzyki rozrywkowej. Wielu może zarzucić, że powoli ta muzyka staje się jazgotem („The Dziekanka Student’s Hostel (Part I)”) czy obecność paru krótkich fragmentów sprawiających wrażenie zbędnych (odrealniona „Łapanka” z „Trzeciej części nocy” czy powtórka tematu z „Polowania na muchy”), jednak to są drobne detale, które nie przeszkadzają. Sama orkiestra wybrzmiewa też parę razy („Losy 2/Mid-Guitar Theme”), więc miłośnicy typowo klasycznych brzmień tez mogą poczuć się rozczarowani.

„Tajemnica Enigmy” to kompilacja, która pokazuje parę twarzy Andrzeja Korzyńskiego. Nie wyczerpuje ona może tematu do końca, ale brzmi naprawdę intrygująco. W dodatku jakość dźwięku jest na naprawdę wysokim poziomie. Poza tym jeśli lubicie eksperymenty, to jest to album dla was. Kolejny przykład, że Polacy wcale nie gorsi.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mark Knopfler – Last Exit to Brooklyn

Last_Exit_To_Brooklyn

Mark Knopfler nie zwalniał tempa i dalej zajmował się działalnością jako kompozytor muzyki filmowej. Zaś kolejnym filmem w jego dorobku stał się „Piekielny Brooklyn” Uli Edela z 1989 roku. Jest to kryminalna opowieść pokazująca mroczną stronę miasta. Więc i sama muzyka nie mogła być przyjemna.

Wydana przez Vertigo płyta zawiera 41 minut muzyki (9 utworów), zaś Knopfler w ogóle nie udziela się na płycie. Zamiast niego słychać przede wszystkim klawisze Guya Fletchera – stałego współpracownika. Dominują tutaj przede wszystkim jazzowe brzmienia (imitacje trąbek i wibrafonu, a także saksofon), ale jest przede wszystkim mroczniej i bardziej dramatycznie niż poprzednio, tworząc bardziej niepokojący klimat. I słychać to już na samym początku.

knopflerJeszcze „Last Exit in Brooklyn” brzmi pogodniej (delikatne, liryczne smyczki podpierane wibrafonem i harfą), ale druga połowa bardziej jazzująca idzie w stronę underscore’u (trąbki i fortepian). „Victims” już jest bardziej elegijne i smutniejsze (brylują znowu skrzypce), zaś „Think Fast” to już underscore’owe granie w starym, jazzowym stylu (wibrafon, bębenki i nerwowa perkusja), która brzmi naprawdę nieźle.

Pewna zmianą jest tutaj bardzo liryczny temat „A Love Idea” z pięknymi skrzypcami (prawdziwymi). Zaś „Tralala” to już skoczniejsze, mocno jazzujący kawałek, gdzie popisują się dęciaki oraz fortepian. Ale to tylko krótka chwila przed oddechem, bo dalej mamy nie tylko najdłuższe utwory, ale też najbardziej nieprzyjemne. „Riot” zaczyna się od mocnych uderzeń bębnów, do których potem dołączają trąbki i smyczki tworząc nerwową atmosferę, pełną niepokoju (gwałtowne wejścia trąbek). Równie nerwowo jest w bardziej stonowanym „The Reckoning”, gdzie pod koniec dochodzą organy czy w krótkim „As Low As it Gets”. Zaś na sam koniec dostajemy „Finale/Last Exit to Brooklyn”. Najpierw słyszymy skrzypce solo – smutniejsze i bardziej „bolesne”, przeplatane z tematem otwierającym album.

Miejscami jest to dźwiękowa tapeta, jednak o dziwo muzyka poza filmem prezentuje się naprawdę dobrze i zasługuje na uznanie. Knopfler pokazuje, że ma talent to tworzenia odpowiedniego klimatu, zaś nawet muzyka akcji prezentuje się całkiem nieźle. Kolejna udana praca tego kompozytora.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Wojciech Kilar – The Ninth Gate

The_Ninth_Gate

„Dziecko Rosemary” – to skojarzenie, które przychodzi do głowy, gdy usłyszymy hasło horror Romana Polańskiego. Ale w 1999 roku reżyser wrócił do kina grozy tworząc „Dziewiąte wrota” – historię bibliofila na tropie piekielnej książki, a dokładnie sprawdzenia autentyczności trzech kopii tego samego dzieła, które może przywołać samego Szatana. „Dziecko Rosemary” to nie jest, ale całkiem solidne kino gatunkowe. Zaś jednym z jego najmocniejszych atutów była oprawa audio-wizualna.

kilarPolański drugi raz zaprosił do współpracy Wojciecha Kilara (wcześniej panowie zrobili „Śmierć i dziewczynę”), no i muzyka jest taka jaka być powinna – elegancka, oszczędna i budująca mroczny klimat. Zaczyna się to wszystko od pięknej wokalizy koreańskiej śpiewaczki operowej Sumg Jo, która zaczyna i kończy album (wspierana m.in. przez klawikord). Jednak po tym pięknym głosie zostajemy spuszczeni prosto do piekła, przez bardzo ponury walc z czołówki z zapętlającymi się i idącymi w górę smyczkami. Ten motyw powróci wielokrotnie, gdzie pojawi się diabelska księga, za każdym razem wywołując niepokój.

Te dwa utwory mocno podniosły poprzeczkę, ale następny utwór, czyli temat głównego bohatera („Corso”) wydaje się wzięty z innej opowieści. Lżejszy, z trąbką podkreślającą charakter postaci, czyli cwaniaczka, podkreślając też jego groteskowość brzmi zaskakująco, ale wypada naprawdę dobrze, posiadając kilka wariacji (mroczny „Bernie’s Dead” czy „Plane to Spain”, które przypomina „Bolero” Ravela). Kolejnym istotnym tematem jest przypominająca kołysankę (cymbałki i delikatny fortepian) motyw femme fatale, która zawsze osiąga swój cel. „Liana” pozornie brzmi delikatnie, jednak skrzypce w tle budzą odrobinę niepewności, spotęgowane w „Chateau Saint Martin”.

Akcję z kolei opisano głównie za pomocą szybkich uderzeń fortepianu („The Motorbike”), który wymyka się spod kontroli (słychać to także w „Missing Book/Stalking Corso” czy „Liana’s Death”), co trochę przypomina to, co robi James Horner. Wyjątkiem od tej reguły jest ukazanie sceny pościgu („BOO!/The Chase”) – szybki, rytmiczny utwór z popisującymi się fletami i kotłami na początku oraz smyczkami oraz gwałtownymi „wybuchami” trąbek. Jednak tak naprawdę czekaliśmy na mocne uderzenie, które kompozytor serwuje nam w „Balkan’s Death” i „Corso and the Girl”. W obu pojawia się gwałtowne walenie kotłów oraz fantastyczny męski chór, będący tłem dla wokalizy Sumg Jo, która tutaj wspina się na wyżyny swoich umiejętności, co sprawia, że nie mamy do czynienia z tapetą.

„Dziewiąte wrota” tylko potwierdzają, ze Wojciech Kilar świetnie czuje się w horrorze, co już pokazał w „Draculi”. A że jest to bardziej elegancka oprawa (bo i film nie jest takim stricte horrorem, gdzie jest dużo krwi, a bohaterowie są mordowani jak w „Pile”), to już jest inna kwestia.

8/10

Radosław Ostrowski

Wojciech Kilar – We Own the Night

We_Own_the_Night

James Gray po siedmiu latach milczenia nakręcił “Królów nocy” – osadzony w latach 80-tych kryminał o dwóch braciach. Jeden jest właścicielem nocnego klubu współpracujący z rosyjską mafią, drugi zaś jest policjantem tak jak ojciec, więc prędzej czy później musi dojść do konfrontacji. Sam film jest całkiem udaną historią, zrealizowaną w dość nietypowy sposób, choć powolne tempo może wielu zniechęcić.

Reżyser poprosił o napisanie muzyki nie byle kogo, bo samego Wojciecha Kilara, którego dawno nie było słychać za Wielką Wodą (a dokładnie od czasów „Portretu damy”). W Polsce ten kompozytor był darzony dużym respektem i chętnie korzystali z jego usług reżyserzy. Jednak Kilar nie komponował muzyki do filmu sensacyjnego, więc co go skłoniło poza zapłatą? Chyba tylko ciekawość.

kilarAlbum wydało Lakeshore Records i to po hollywoodzku, czyli score plus piosenki. W takich sytuacjach zazwyczaj jest tak, że jak jest wydawana muzyka zawierająca zarówno piosenki jak i robotę kompozytora to zazwyczaj jest tak, że albo piosenki ze scorem się przeplatają albo jest dominacja piosenek, zaś praca kompozytora jest ograniczona do jednego utworu lub żadnego. Jednak album zawiera wszystkie piosenki wykorzystane w filmie oraz całą prace Kilara i jest to dużą zaletą. Ci, którzy będą chcieli pobawić się w rytmie przebojów z lat 80-tych (m.in. ograne do bólu „Let’s Dance” Davida Bowie czy „Heart of Glass” Blondie) przesłuchają utwory do 11, zaś osoby chcące zapoznać się z muzyka Polaka wybiorą od razu na odtwarzaczu nr 12.

Sama praca Kilara trwa nieco ponad 20 minut, więc czas trwania jest na pewno zaletą. Ale ostrzegam:  jest ona mroczna, nieprzyjemna i bardzo dramatyczna, a jednocześnie bardzo oszczędna i stonowana (w zasadzie to są tylko dwa tematy). W samym filmie nie ma jej zbyt wiele, ale pojawia się w kluczowych momentach i wybrzmiewa.

Tutaj dominują skrzypce z fortepianem, które grają gdzieś w tle, by po pewnym czasie narastać i z powaga chwycić za gardło. Niestety, poza filmem wybija się raptem kilka utworów, które osiągają apogeum i mocno eksplodują. Na pewno do tej grupy warto wymienić „Bobby Breaks Leg”, krótki „Funeral” czy najdłuższy „Vadim Dies” – to są najbardziej dramatyczne, wręcz elegijne melodie. Równie smutny i niepokojący jest tutaj underscore, który męczy poza ekranem i staje się dość monotonny, mimo dodatkowego wsparcia klarnetu („Vadim Escapes”) czy mocnych wejść fortepianu („Burt Dies”).

Drugi dość często przewijający się temat brzmi jak kołysanka. Jest smutna, ale też bardziej spokojna oraz bardziej skupia się na relacji między bohaterami niż na opisywaniu wydarzeń. Najlepsza jej wersja to „Bobby Kiss Amanda”, jednak poza filmem niespecjalnie sobie radzi ta nuta.

Trudno przyczepić się do samej muzyki, bo ona w filmie spisuje się naprawdę dobrze, jednak „Królowie nocy” nie osiągnęli tego samego pułapu co „Dracula” czy „Portret damy”. Poza filmem sprawdza się dość ciężko, aczkolwiek tytuły utworów dość nieźle streszczają fabułę. Najpierw posłuchać, potem obejrzeć film i posłuchać jeszcze raz. Wtedy będzie większa satysfakcja. Szkoda, że to ostatnia praca Kilara do amerykańskiego filmu.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Michael Kamen – Die Hard (limited editon)

DieHardLE_Front

Dawno, dawno temu, a dokładnie w 1988 roku powstał kolejny świąteczny film o wielkiej miłości. Dla niepoznaki twórcy ubrali to w wysokooktanowe i bardzo brutalne kino akcji. Tak powstała „Szklana pułapka” – klasyk, który od wielu lat (a dokładniej 25) towarzyszący nam w każde święta. 12 terrorystów, zamknięta przestrzeń, dużo bluzgów, strzałów, wybuchów i krwi. Nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach, gdzie jest grzecznie, spokojnie i delikatnie. Ale jednak skupimy się na warstwie muzycznej, która stanowi nierozerwalną całość z obrazem.

kamenWydań muzyki Michaela Kamena było wiele (wytwórnia Varese), ale zawsze czegoś brakowało. Ale w zeszłym roku wytwórnia La-La-Land Records podjęła się wydania całej muzyki kompozytora wydając ją na dwupłytowym albumie w edycji limitowanej (3,5 tysiąca egzemplarzy) z cyfrowo zremasterowanym dźwiękiem. I znalazło się praktycznie wszystko (poza zapożyczonym fragmentem pracy „Aliens” Jamesa Hornera oraz piosenki Stevie Wondera „Skeletons” – chyba prawne sprawy nie pozwoliły umieścić), a nawet trochę więcej, bo drugi album zawiera masę dodatków (w wersji mono, niestety). I muszę tu mocno zaznaczyć, że muzyka jest w sporej części ilustracyjnym underscorem, który sprawdza się najlepiej po połączeniu z ekranem, gdzie buduje klimat klaustrofobii.

Podstawą muzyki Kamena sa trzy rzeczy. Po pierwsze atmosfera zagrożenia i gry między McClanem i terrorystami. Tutaj swoje mają do pokazania przede wszystkim sekcji smyczkowej i dętej (narastające wiolonczele i skrzypce oraz gwałtowne uderzenia w nie lub plumkanie). Towarzyszą im jeszcze elektronika Po drugie wspomniane dzwonki, które wplecione w atmosferę strachu tworzą mocne połączenie (m.in. „He Won’t Be Joing Us”, „Santa” czy druga część „John’s Escape/You Want Money”). I trzecia – temat samego mcClane’a, który w niczym nie przypomina heroicznych czy patetycznych melodii, ale jest bardzo dramatyczną i smutną ścieżką (smyczki w „And If He Alters All”). Co nowego dodano?

A więc pojawia się „Main Title” z narastającymi dzwonkami (niestety w mono). Drugą poważną rzeczą jest rozbudowa ilustracja wejścia terrorystów („Terrorists Entrance”, gdzie poza marszowymi werblami pojawia się wpleciona i w innej aranżacji „I’m Singing in the Rain” oraz „The Phone Goes Dead/Party Crashers”) oraz finałowej konfrontacji („The Battle / Freeing the Hostages” i „Helicopter Explosion and Showdown”). Wreszcie jest kilka fenomenalnych fragmentów akcji („Under the Table” – akcja na koślawym stole, epickie „Assault on the Tower” z dużą ilości werbli oraz „I’m Singing in the Rain” czy nie obecna wcześniej muzyka ze strzelaniny McClane’a, Hansa i Karla, czyli „Shooting the Glass” – krótki popis dęciaków oraz wręcz pulsujących skrzypiec). Poza rozpierduchą, jest tez miejsce dla delikatnego i lirycznego tematu Holly („Message for Holly”). No i jest sporo bardzo niestrawnego grania ze sporą ilością dziwacznej elektroniki („Fire Alarm”, „TV Station” czy „Bill Clay”). Za to wszystko nadrabia finał, pełen akcji, popisów orkiestry (z nieśmiertelnym ”The Vault”, gdzie zgrabnie wpleciono zaaranżowany fragment „Ody do radości” Beethovena), serwując pełna adrenalinę.

Ale najciekawsze, czyli fragmenty niekamenowskie zostawiłem na deser, bo tutaj tego brakowało w poprzednich wydaniach. Wreszcie pojawia się fragment pracy Johnna Scotta z filmu „Człowiek w ogniu” („We’ve Got Each Other” – spotkanie McClane’a z sierżantem Powellem), jedyne słuszne wykonanie piosenki „Let It Snow” przez Vaughna Monroe (piosenka, jakby nie było wizytówka pierwszej i drugiej części) no i pojawiająca się w napisach końcowych „Oda do radości” Beethovena (fragment „IX Symfonii”). Reszta to ścieżki niewykorzystane lub alternatywne, z których najlepiej wypada „Nakatomi Plaza” oraz „świąteczny przebój” od RUN-DMC, pozostałe to raczej ciekawostki.

Podsumowując, La-La land Records wykonało kawał naprawdę porządnej roboty wydając w całości kultowe „Die Hard”, choć docenią je fani Kamena i filmu. W końcu dla nich to robione. Mocna muzyka akcji, która nadal daje radę.

8/10

Radosław Ostrowski

Mark Knopfler – The Princess Bride

Princess_Bride

Dawno, dawno temu (w latach 80.) eksplodowała moda na kino fantasy. „Conan Barbarzyńca”, „Legenda”, „Zaklęta w sokoła”, „Willow” – te filmy stały się klasyka kina, które wróciło ze zdwojona siłą dzięki „Władcy Pierścieni”. Do tego grona zalicza się też „Narzeczona dla księcia” – pastisz gatunku wykonany przez Roba Reinera w 1987 roku. Niby jest to kolejna opowieść o młodym chłopaku Wesleyu zakochanym w księżniczce Buttercup. Po drodze intrygi, pojedynki, masa humoru – prawie jak w „Shreku”, tylko wcześniej. Jednak nie będę opowiadał o filmie (znakomitym zresztą), ale o warstwie muzycznej, która też jest godna uwagi.

knopflerReżyser stwierdził, że tylko jeden człowiek będzie w stanie podkreślić zarówno romantyczną, jak i zabawną warstwę filmu – Mark Knopfler. Gitarzysta przyjął wyzwanie i razem z klawiszowcem Garym Fletcherem stworzyli muzykę do filmu, choć fantasy kojarzy się z większym budżetem oraz bardziej epicką muzyką. Knopfler stawia tutaj na lirykę oraz średniowieczne brzmienia (skoczny „Florin Dance” z klaskaniem oraz pomysłowa elektronika imitującą flety, tamburyn i inne średniowieczne instrumenty czy krótki „The Morning Ride” ze smyczkami i drewnianymi dęciakami). Siła jednak tej ścieżki jest liryczny temat grany na gitarę i pojawia się on w „Once Upon a Time… Storybook Love” – piękna, ale jednocześnie prosta rzecz, która pojawia się parę razy, z wieńczącą całość piosenką „Storybook Love” w wykonaniu Willy’ego DeVille’a (piosenka nominowana do Oscara), zaś wokal naprawdę silny jest.

Drugi przewijający się temat dotyczy dwóch kumpli – szermierza Inigo Montoyi i osiłka Fezzika. „The Friends Song” zaczyna się dość spokojnie, gdzie słyszymy plumkająca gitarę i skrzypce, a potem dołączają smyczki i flet (oczywiście elektroniczny). Cała reszta to muzyka akcji, która tutaj budowana jest na szybkich brzmieniach smyczków (”Revenge”), elektronicznych niepokojących dźwiękach („The Cliffs of Insanity”) czy trąbkach („The Swordfight”). Niemniej brzmi to naprawdę zjdliwie, choć w filmie wypada najlepiej.

Wielu może zaskoczyć to dość oszczędne (jeśli chodzi o instrumentarium) brzmienie, ale Knopfler trzyma rękę na pulsie i tworzy naprawdę dobrą muzykę, w paru miejscach pełne magii i liryzmu, czyli najmocniejszych punktów, zaś samo wydanie jest naprawdę solidne i nie zawiera całej muzyki, tylko najważniejsze motywy, a czas (niecałe 40 minut) mija naprawdę szybko. Porządna robota, która broni się mimo czasu.

7/10

Radosław Ostrowski