Mark Knopfler – Cal

From_the_Film_Cal

Tytułowy Cal jest młodym Irlandczykiem, który za dnia pracuje w rzeźni, a w nocy dokonuje ataków terrorystycznych. I obie czynności robi wspólnie z ojcem. Ale podczas jednej akcji nie wszystko poszło jak spłatka i chłopak chce się wycofać. I wtedy pojawia się w jego życiu starsza kobieta, z którą nawiązuje romans. Tak można w skrócie opisać fabułe filmu Pata O’Connora na podstawie powieści Bernarda MacLaverty’ego. Sam film pozostał zapomniany i mało kto o nim słyszał. Nawet jeśli ktoś wspominał ten tytuł, to głównie dzięki muzyce Marka Knopflera.

Brytyjczyk został drugi raz zatrudniony przez producenta Davida Puttmana, z którym współpracował przy swoim debiucie kompozytorskim – „Biznesmenie i gwiazdach”. I tak jak wtedy, Knopfler stawia przede wszystkim na folkowe granie i elementy muzyki celtyckiej. Stąd obecność fletów i dud, które pojawiają się już w „Irish Boy”. Równie spokojny jest „The Road” z delikatnymi klawiszami oraz gitarową solówka Knopflera. Za to liryczny charakter zawiera „Irish Love”, z elegancką gitarą elektryczną. Nawet w krótkich utworach jak „Waiting for Her” czy „A Secret Place/Where Will You Go”, gdzie gitara gra dość delikatnie, brzmią bardziej melancholijnie i lirycznie niż mrocznie i underscore’owo. Mocno irlandzki jest też „Father and Son”, gdzie uiellan pipes oraz delikatne klawisze na początku, a potem dołącza cały zespół. Po tym są jeszcze skoczne „Potato Picking”.

Ale nie brakuje tutaj grania underscore’owego, choć nie jest to stricte kino akcji. Już pewien niepokój słychać w „In a Secret Place”, gdzie gitara jest „przerywana” przez ponurą elektronikę. Atmosfera ta jest podtrzymywana przez „Fear and hatred”, gdzie pojawia się po raz pierwszy gitara elektryczna, swoje robią klawisze oraz pojawiająca się co jakiś czas perkusja, która pod koniec wali i robi się bardzo nerwowo. Zaś całość kończy bardziej melancholijne „Love and Guilt” z fletem oraz klawiszami i najdłuższe w albumie „The Long Road” – bardziej pogodna melodia na gitarę, do której dołączają flety i klawisze.

Knopfler po raz kolejny pokazał, że jego solowe dokonania (tutaj kompozytorskie) są naprawdę interesujące i potrafią przykuć uwagę. Co prawda i tak na razie najlepszym dokonaniem pozostaje „Local Hero”, ale „Cal” dzięki „irlandzkiemu” zabarwieniu potrafi zapaść w pamięć. Solidna robota.

7/10

Yann Tiersen – Le fabuleux destin d’Amelie Poulain

Le_Fabuleux_Destin_dAmelie_Poulaim

24 grudnia 2010 roku – niby typowy dzień wigilijny, kolacja, kolędy, prezenty i co rok te same filmy (wtedy jeszcze leciały nieśmiertelna „Szklana pułapka” i niemniej popularny „Kevin sam w domu”). Jednak tego dnia o godzinie 20:10 zamiast Polsatu włączyłem TVP Kultura – i wtedy pojawiła się ona. Młoda Francuzka z ciemnymi włosami, ciemnymi oczami, jasna cerą i czerwonymi ustami. Nazywała się Amelia Poulain (wtedy po raz pierwszy poznałem Audrey Tautou) i (nie bójmy się tego słowa) oczarowała mnie. Tak jak film Jean-Pierre’a Jeuneta, który o niej opowiadał. Ta współczesna baśń czarowała magią zmieszana z humorem, ale nie ma tu mowy o naiwności czy banalności.

tiersenRównie niezwykła jest ścieżka dźwiękowa do tego filmu. Zaś jej autorem stał się wówczas mało znany Yann Tiersen – multiinstrumentalista i muzyk rockowy. Ktoś może powiedzieć, że ten wybór wydawał się przynajmniej szaleństwem. Ale jak się potem okazało, był to strzał w dziesiątkę, zaś muzyk okazał się zaskakująco kreatywnym i piekielnie zdolnym kompozytorem. Pozornie słuchając poszczególnych instrumentów można odnieść wrażenie, że to typowe „francuskie” granie z nieodzownym akordeonem, fortepianem i smyczkami. Błąd. Wszystko zależy od sposobu podania, a tu mamy bardzo minimalistyczną formę, którą mogliby uprawiać Glass czy Nyman, gdyby używali akordeonu i skrzypiec zamiast fortepianu.

Większość kompozycji to są walce, gdzie dominuje akordeon, co słychać już w krótkim, ale szalonym „J’y suis jamie alle” czy wręcz już kultowym „Walcu Amelii” (pojawia się on też w wersji orkiestrowej, gdzie brzmi przepięknie, a także w aranżacji na fortepian i kwartet smyczkowy). Towarzyszące wszystkiemu dzwoneczki i cymbałki potęgują tylko aurę baśniowości i magii („L’autre valse de Amelie” czy „A quai”, gdzie delikatnie jeszcze pojawia się gitara akustyczna). Jednak poza magią, kompozytor skręca w stronę melancholii (pianistyczne „Le moulin” i „Comptine d’un Autre Ete: L’Apres-midi” czy tango „Pas si simple” z maszyna do pisania) czy pewnego niepokoju („La dispute” – najbardziej ponury utwór), ale to są króciutkie momenty, zaś wydanie płytowe robi świetne wrażenie, nawet bez znajomości filmu, co zdarza się niesłychanie rzadko.

Tiersen nie stworzył filmowej tapety, ale bardziej finezyjne, oryginalne i świeższe spojrzenie na muzykę filmową – dziką, z szaloną wyobraźnią, kreatywną, a jednocześnie bardzo przyjemną w odsłuchu. Najzabawniejsze jest jednak to, że duża część utworów została nagrana kilka lat przed filmem, co może wprawić w duża konsternację. Jedno jednak jest pewne – film Jeuneta bez tej muzyki nie istnieje. A sama muzyka jest także bardzo piękna. I jeszcze do niej bardzo często wracam.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Mark Knopfler – Comfort and Joy

Comfort_And_Joy

Współpraca Marka Knopflera z reżyserem Billem Forsythem tak bardzo się spodobała, że reżyser zaprosił muzyka do ponownej kolaboracji. Film „Komfort i radość” to już zapomniana historia młodego DJa, który wplątany zostaje w wojnę między dwiema rodzinami produkującymi lody. Jednak nie jest to stricte muzyka filmowa.

knopflerBo tak naprawdę Knopfler napisał raptem trzy utwory specjalnie dla filmu. Cała reszta (album wydany przez Vertigo zawiera 18 utworów) to piosenki, częściowo nagrane z Dire Straits. I jest to delikatne rockowe granie, które miejscami polane jest country („Camerado” ze skrzypcami i steel guitar), czasami skręca w bluesa („Badges, Posters, Steakers, T-S” z rytmicznym kontrabasem i fortepianem), mocniejszych uderzen (początek „What’s the Matter Baby” z silniejszą perkusją i klawiszami). Zaś sama gitara Knopflera jest naprawdę cudna, gra lekko i przyjemnie, co pokazuje choćby w instrumentalnym „Atlantis” czy „Crazy Train”. Piosenki po prostu wpadają w ucho i tworzą dość intrygującą mieszankę.

Jednak najbardziej interesujące i najważniejsze dla nas są trzy ostatnie utwory, czyli kompozycje napisane specjalnie do filmu. A tą zaczyna „A Fistful of Ice Cream” – bardzo delikatnie grające klawisze oraz gitara z mandolina tworzą bardzo specyficzny „włoski” klimat. Liryczniej brzmi „Comfort”, co jest zasługą saksofonu Chrisa White’a – mocnego i bardzo poruszającego. A całość kończy szybki „Joy” z bluesowym kontrabasem, pięknym saksofonem współgrającym z gitarą elektryczną. I z każdą sekunda przyśpiesza. Piękna nuta.

Ta dziwaczna mieszanka poza filmem brzmi bardzo dobrze i mogłaby się znaleźć na solowym albumie Knopflera bez problemów. Bardzo przyjemna i ładna muzyka – tyle.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Mark Knopfler – Local Hero

Local_Hero

Świat znał przypadki, kiedy do pisania muzyki filmowej zatrudniano osoby spoza tego środowiska, wybierając popularnych muzyków lub wokalistów. Tak też zrobili producenci film „Biznesmen i gwiazdy”, który nie był zbyt popularnym tytułem, a i obecnie niewielu o nim wie. Historia pracownika korporacji, który zostaje wysłany do Szkocji z zadaniem wykupienia wioski rybackiej, gdzie znajdują się złoża cennego surowca w 1983 roku spotkała się z dużym przyjęciem w Wielkiej Brytanii. Jednak sławny stał się dzięki muzyce.

knopflerA jej autorem jest znany gitarzysta i frontman Dire Straits – Mark Knopfler, co dla wielu może być szokiem i zaskoczeniem, ale im głębiej przyjrzymy się dorobkowi muzyka, to znajdziemy tak kilka ścieżek dźwiękowych robionych głównie w między płytami Dire Straits. Więc jeśli ktoś spodziewał się orkiestrowego grania, musiał się rozczarować, bo Mark zaprosił kilku muzyków i takim małym składzie stworzyli muzykę, którą wydało Warner Bros. w ponad 40-minutowym albumie, który zawiera 12 kompozycji.

Zaczyna się dość mało interesująco – „The Rocks and the Water” z monotonnymi dźwiękami morza oraz syntezatorem. Całość zaczyna nabierać rumieńców wraz z dźwiękami gitary w „Wild Theme”, gdzie Mark gra bardzo delikatnie przy wsparciu fortepianu oraz elektroniki. To jest coś, co nazywa się potocznie pięknem. Ale gatunkowy rozrzut jest tutaj spory: od country (szybkie „Freeway Flyer” z popisującą się gitarą elektryczną w rytmie silnika) przez jazz („Boomtown” z saksofonem, basem oraz delikatniutkimi klawiszami) aż do popu (piosenka „The Way It Always Stars” w wykonaniu Gerry’ego Rafferty’ego. Nie brakuje tutaj bardziej etnicznego grania, co zobowiązuje ze względu na miejsce akcji (Szkocja). Słychać to już w „The Ceilidh and the Northern Lights”, gdzie pojawia się flet, marszowa perkusja oraz syntezatory budujące atmosferę jak w grupie Clannad, utrzymanym w „morskiej” tonacji „The Mist Covered Mountains” z obowiązkowym akordeonem czy skocznym „The Ceilidh: Louis’ Favourite, Billy’s Tune”, który potem się uspokaja w ładną melodię na akordeon i skrzypce.

Ale nie jest album idealny. Wadą dla mnie są tutaj krótkie utwory, które nie trwają nawet minuty i sprawiają wrażenie zapychaczy jak „The Rocka and the Water 2” czy „Whistle Theme”. Na szczęście nie przeszkadzają one w odbiorze muzyki, które jest cudowna. Za tą pracę Knopfler otrzymał nominacje do nagrody BAFTA za muzykę. I tak się zaczęła przygoda gitarzysty z filmem, ale to temat na inną opowieść.

8/10

Radosław Ostrowski


Basil Poledouris – Hot Shots! Part Deux

Hot_Shots_Part_Deux

War… is fantastic.

Po udanej misji w Iraku, Topper Harley przeszedł na emeryturę i skończył z zabijaniem. Ale kiedy jego były dowódca zostaje schwytany przez ludzi Saddama Husajna, nasz heros znów musi wrócić do akcji. O tym w skrócie opowiada „Hot Shots 2”, który jest parodią kina akcji ze wskazaniem na drugą i trzecią część „Rambo” oraz wszelkich klisz z kina akcji oraz reguł sequeli. I jest to niestety, ostatnia udana filmowa parodia tria ZAZ. Ale zamiast opowieści o najkrwawszym filmie wszechczasów, opowiem o jego warstwie muzycznej.

Odpowiada za nią nie Sylvester Levay znany z pierwszej części, ale uznany i ceniony Basil Poledouris, co mogło wydawać się sporym zaskoczeniem, gdyż kompozytor nie jest specjalnie kojarzony z komediami, ale z epickiej muzyki orkiestrowej zmieszanej z elektroniką. Całość wydało Varese Soundtrack i ubrało w 30-minutowy album.

poledourisI nie mogło zabraknąć werbli i dęciaków, które kojarzą się z armią i militariami, zaś „Main Title” zahacza o prace Jerry’ego Goldsmitha (końcówka z nerwowym fortepianem i trąbkami przypomina „Rambo”).  Nie brakuje tutaj patetycznej i podniosłej muzyki akcji, gdzie dęciaki ze smyczkami idą ręka w ręka, trochę przypominając wcześniejszego „Robocopa” („Dispong Fight” z nielicznymi delikatnymi fragmentami harfy) nie pozbawionych mocniejszych fragmentów. Podobnie marszowe „Reel 5” z westernową harmonijka w połowie czy zaczynający się elektronika „Colonel Turture”, gdzie napięcie budowane jest za pomocą nerwowych dęciaków oraz podniosłych skrzypiec, czego słucha się z zaskakująca frajdą, nawet z orientalnymi wstawkami („Saddam Battles/Freedom Fighters” – mantra).

Jednak „Hot Shots 2” to nie tylko akcja i rozpierducha (nawet z przymrużeniem oka), bo są tutaj dwa tematy liryczne. Pierwszy pojawia się w „The 3  Bears/Flovian Sea”, gdzie pojawia się delikatniejsza wersja tematu przewodniego zagrana na klarnet, harfę i delikatniejsze smyczki, ale w drugiej części pojawia się sentymentalna piosenka śpiewana po włosku (znaczy się z włoskim akcentem) w towarzystwie gitary, mandoliny i akordeonu. Drugi temat pojawia się na początku „Gotta Light?” rozpisana na saksofon i klawisze, by potem dołączyła instrumentalna wersja piosenki włoskiej i w połowie ruszyła akcja dalej, nabierając podniosłego charakteru marszu, a napięcie potem jest trzyma przez perkusję.

W filmie muzyka ta sprawdza się naprawdę dobrze, zaś pomysłowa aranżacja, sprawna realizacja i krótki czas trwania powodują, że „Hot Shots 2” słucha się lepiej niż poprzedniej części. Poledouris podkreślił tu swoją wszechstronność oraz siłę swojego rzemiosła. Naprawdę dobra i przyjemna płyta.

7,5/10

Abel Korzeniowski – Romeo & Juliet

Romeo__Juliet

Kto z nas nie słyszał albo nie czytał o tej dwójce nieszczęśliwych kochanków z nieśmiertelnego dzieła Williama Szekspira? Filmowcy na pewno, a ilość adaptacji tego dzieła nie jest w stanie zmieścić się na palcach obu rąk. Dlatego nie będzie zaskoczeniem, że powstała kolejna adaptacja. Tym razem z klasykiem postanowił się zmierzyć reżyser Carlo Carlei, zaś scenariusz napisał Julian Fellows („Gosford Park” i „Downton Abbey”). A główne role dostali Douglas Booth („Filary Ziemi”) oraz Hailee Steinfield („Prawdziwe męstwo”). Co tym razem z tego wyjdzie, czas pokaże, a film jeszcze nie ma w Polsce dystrybutora. Za to śmiało możemy przesłuchać ścieżki dźwiękowej do tego filmu.

korzeniowskiI tutaj się robi ciekawie. Początkowo reżyser zatrudnił Jamesa Hornera, jednak jego praca została w czasie post-produkcji odrzucona. A ponieważ do premiery zostało niewiele czasu, więc trzeba było kogoś wziąć na szybko. I tak zadanie napisania muzyki dostał Abel Korzeniowski, który jeszcze nie robi furory, nie zatrudniają go hollywoodzcy producenci, ale brzmienie kompozytora jest na tyle rozpoznawalne, że nie można go pomylić – bardzo kameralne i klasyczne jednocześnie, świadomie niedzisiejsze, co już słychać od początku do końca.

Wydany przez Relativity Music album zaczyna „Juliet’s Dream” – bardzo liryczna kompozycja z „płynącymi” smyczkami oraz delikatnym fortepianem, trochę przypomina dokonania Michaela Nymana czy Philipa Glassa. „Forbidden Love” to temat miłosny, który porusza pięknymi smyczkami (skrzypce mają też swoje solo, tak jak wiolonczela), zaś rozmachu dodają bębny.

Klimatu epoki nadaje „The Cheek of Night” – walc z ładnymi smyczkami (plumkanie na początku), fletami oraz piękną wokalizą  sopranistki Tamary Bevard, zaś piękna dodają jeszcze grające w tle pianino. Tak samo piękne jest „First Kiss”. Zaczyna się od delikatnego fortepianu, dołączają smyczki, które w połowie nabierają siły i pod koniec wyciszają się, ustępując pianinu. Równie pięknie brzmią klasyczne „Come, Gentle Night”, gdzie poza naprawdę popisującym się fortepianem, wybijają się flety oraz bardzo delikatne „Wedding Wovs” z mocnym solo wiolonczeli oraz anielską wokalizą Bevard, no i dzwonami w tle.

Choć jest to film o miłości, Korzeniowski napisał parę tematów pod mocniejsze i dynamiczniejsze ujęcia. Na pewno czymś takim jest „Trooping with Crows” ze złowrogimi, wręcz marszowymi smyczkami  fortepianem – na początku szybkim i dynamicznym, by potem nabrać delikatności i wyciszenia. Ten chwyt się zapętla, dodatkowo urozmaicona żeńską wokalizą. Następne „Fortune’s Fool” bazuje na nerwowych smyczkach, nieprzyjemnych trąbkach, dużym chórze oraz bardzo poruszającą wiolonczelą, by pod koniec wyciszyć się. W tym samym tonie jest piekielnie szybkie „From Ancient Grunge”, gdzie smyczki i fortepian idą na złamanie karku, zaś temu wszystkiemu towarzyszą jeszcze ponure dęciaki.

Jednak najlepszymi fragmentami partytury są prawie 7-minutowy „A Thousand Times Good Night” oraz finał, który trwa 15 minut i jest podzielony na parę utworów, a tam emocje są wyciśnięte do samego końca. Najdłuższy „A Thousand…” zaczyna się delikatnym brzmieniem fortepianu, do którego potem dołączają flety oraz smyczki grające temat miłosny, gdzie jeszcze pojawia się harfa. Finał zaś zaczyna się od „Tempt Not a Desperate Man”, a kończy się na „Eternal Love”.

„Tempt” zaczyna się od szybkich, wręcz skocznych smyczków, przerywanymi uderzeniami bębnów, dęciakami i fletami, by w połowie nagle zmienić klimat na mroczniejszy, dęciaki ciągną się, brzmią prawie jak u Hansa Zimmera, a kotły jeszcze bardziej potęgują atmosferę. Znacznie mroczniejszy jest dwuczęściowy „The Crypt”. Pierwsza część, dzięki chórowi nabiera sakralnego charakteru (tutaj trochę zajeżdża Hornerem), spotęgowanego przez smyczki i gitarę, zaś druga jest bardziej smutna (skrzypce i wiolonczela grające pod koniec temat miłosny) i poruszająco ilustruje tragiczny finał. I na sam koniec „Eternal Love” grane na smyczki i fortepian oraz przeplatające się wiolonczelę z żeńską wokalizą, brzmi sakralnie i potężnie.

Korzeniowski może i miejscami jedzie trochę na autopilocie, ale nadal pokazuje, że jest w stanie wcisnąć odrobinę świeżości w skostniałą trochę muzykę filmową. Jest elegancko, lirycznie i dostojnie, a jednocześnie mam wrażenie, że ta praca pasuje do filmu (choć go nie widziałem). Czy Korzeniowski tym zachwyci producentów z dużymi cygarami i wybije się tworząc muzykę do filmów z większymi budżetami? Mam nadzieję, że tak. Ale obawiam się, że to zajmie jeszcze kilka lat. Niemniej potwierdza tą pracą, że jest jednym z najważniejszych kompozytorów ostatnich lat.

8/10

Radosław Ostrowski

Randy Newman – Seabiscuit

Seabiscuit

Dawno, dawno temu, kiedy w Stanach Zjednoczonych był kryzys gospodarczy porównywalny do obecnego, Amerykanie potrzebowali wsparcia i bohaterów, dzięki którym ta sytuacja byłaby do zniesienia. Kimś takim stali się sportowcy, których osiągnięcia zajmowały w gazetach tyle samo miejsca, co prezydent Roosevelt. W 1938 roku taki bohaterami stali się – Charles Howard, Toma Smitha i Johnny Pollarda oraz koń wyścigowy Seabiscuit. W 2003 roku powstał o nich film, nakręcony przez Gary’ego Rossa. Film zebrał świetne recenzje, ale tylko w USA, bo w Europie zarzucano melodramatyzm, patos i ocieranie się o banały. A jak w tym wszystkim radzi sobie muzyka?

Cóż, filmu nie widziałem, ale to nie powinno być problemem. Wydana przez Universal płyta z 2003 roku zawiera ponad 45-minutowy materiał autorstwa Randy’ego Newmana. Kompozytor kojarzony jest głównie z animacjami. Jednak nie był to żaden problem. I w sporej części opiera się na dwóch rzeczach: podniosłości (zwanej też patosem) oraz kałbojstwem, reprezentowanym przez gitarę akustyczną (m.in. „Wedding” czy „Campfire”). Ale po kolei.

r_newmanCałość brzmi bardzo oszczędnie, wręcz stonowanie, grany przez mały zespół (poza smyczkami, które mogą świadczyć o większej ilości), który brzmi trochę kameralnie, ale jednocześnie dość pogodnie. Już „Main Title” to zapowiada – delikatny klarnet, podniosła trąbka i smyczki, a pod koniec pojawia się gitara akustyczna. Tu już pojawia się dość spokojny temat przewodni naszego bohatera (najlepsza aranżacja w krótki, pianistycznym „Seabiscuit” oraz orkiestrowym „Tanforan”, które w połowie idzie w jazz). Trochę szybsze jest „Idea”, która przypomina stylem Thomasa Newmana (plumkające smyczki, klarnety i flety), zaś elementy americany nie wywołują rozdrażnienia czy irytacji („The Crash”), ale nie zaskakują niczym. Trudno jednak odmówić kompozytorowi chwytliwości oraz wpadających w ucho melodii.

Pewnym elementem zaskoczenia jest „Call Me Red”, którego początek jest podniosły i spokojny, by w połowie przyśpieszyć i pójść w stronę country (gitara i skrzypce po prosu szaleją), które będzie się co jakiś czas dawało znać – od połowy płyty. Jedynym śpiewanym utworem zaś jest tutaj „La Tequilera” idące w stronę mocno meksykańskich brzmień – z obowiązkową trąbką i gitarą, choć i smyczki dają o sobie znać. I to jeszcze naprawdę ładnie zaśpiewane przez Mariachi Reynas De Los Angelesa. A elementy country jeszcze przewijają się w „Marcela/Aqua Caliente” (piękne i delikatne solo gitarowe, które pod koniec staje się gwałtowniejsze) , krótkim „Campfire” i „Pumpkin”.

Jeśli zaś chodzi o muzykę akcji, to tutaj jest zaskakująco przyjemna i bardziej przystępna niż choćby w „Toy Story”. To słychać już w „Red’s First Win”, który zaczyna się dość spokojnie (smyczki, fortepian), ale w ostatnich półtorej minuty smyczki zaczynają grać nerwowo, swoje daje trąbka, która się zapętla oraz marszowa perkusja. W podobnym tonie jest grany „Infield Folks” (marszowa perkusja i nerwowe dęciaki), ale potem stający się skocznym country (gitary i trąbki), „The Derby” (podniosła trąbka i nerwowe smyczki oraz dęciaki, która w połowie eksploduje idąc w mocne uderzenia trąbek oraz werbli) czy „Night Ride/Accident” (zwiewny i skoczny początek, druga połowa z mocno ciągnącymi się skrzypcami jak z horroru). Tutaj Newman ma wiele do pokazania i wychodzi mu to więcej niż przyzwoicie.

I tak mija jakoś te 45 minut niezauważenie. Nie wiem jak sprawdza się w filmie ta muzyka, jednak Newman Randy pokazuje tutaj inne oblicze niż z animacji, co mu zdecydowanie służy. Ścieżka z „Seabiscuita” jest na pewno ciekawą i nie pozbawioną lekkości kompozycją. Może i bywa patetyczna, ale nie jest w żaden sposób nieznośna czy niestrawna. Naprawdę dobra robota i tyle.

7/10

Radosław Ostrowski


Randy Newman – Toy Story

Toy_Story

Dawno, dawno temu powstało studio Pixar założone przez Steve’a Jobsa. Ekipa z Emeryville postawiła sobie za cel realizację filmów animowanych. I zaczęli z wysokiego C, bo nie można inaczej nazwać „Toy Story” – pierwsza animacja w całości zrobiona komputerowo, a jednocześnie poza nowatorską realizacją jest to bardzo poruszająca historia, którą mimo upływu lat ogląda się znakomicie.

r_newmanA za realizację ścieżki dźwiękowej twórcy zatrudnili wokalistę i pianistę jazzowego – Randy’ego Newmana. Wtedy produkcje Disneya zgarniały wszelkie nagrody za najlepszą muzykę i piosenkę (prace Alana Menkena do „Pięknej i bestii” czy Hansa Zimmera z „Króla Lwa”, który były bardzo oryginalne) i przy nich praca Newmana wydaje się dość zachowawcza i asekurancka. Sprawdza się ona w filmie (dobrze współgra z tym, co się dzieje na ekranie), jednak poza nim w dużej części to underscore, który budowany jest na zasadzie gwałtownych wybuchów dęciaków, nerwowego tempa smyczków, marszowej perkusji i wyciszenia. Tak brzmi „Mutants” czy „Woody and Buzz”. Z początku płyty wybija się temat Buzza – podniosłe dęciaki żywcem wzięte z jakiegoś SF czy złego chłopca Sida (ponury marsz). Cała reszta jest dość mocno chaotyczna, choć aranżacje zasługują na uznanie. Ale sama melodyka utrzymana w stylistyce animacji z lat 50. i 60. w obecnych czasach jest mocno archaiczna i ciężko strawna. Poza tym tematyka jest praktycznie żadna, a i poszczególne melodie niespecjalnie zapadają w pamięć.

Ale jest jedna rzecz, która trzyma tą ścieżkę w pamięci. Newman także napisał trzy piosenki, które pojawiają się na samym początku płyty i są najmocniejszym punktem tej ścieżki, wszystkie wykonywane przez kompozytora. Nominowana do Oscara „You’ve Got a Friend in Me” to lekkie, swingujące granie z eleganckim fortepianem i dęciakami, a jednocześnie wizytówka serii (piosenka pojawia się też w wersji country zaśpiewana razem z Lylem Lovetem, równie udana, kończąca album i film). „Strange Things” jest żywsze w stylistyce popu z lat 70-tych (świetne klawisze i gitara) z bardziej ironicznym tekstem, a ostatnia jest podniosła i patetyczna „I Will Go Sailing No More” (smyczki), a głos Newmana zgrabnie łączy się z utworami, które są świetnie zgrane z filmem, gdzie komentują wydarzenia z ekranu.

I jak tu ocenić ścieżkę Newmana? Piosenki są fantastyczne, underscore miejscami trudny w przebiciu, montaż solidny, ale to nie jest najlepsza praca Randy’ego. Solidne rzemiosło i tyle.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Sylvester Levay – Hot Shots!

Hot_Shots

Kiedyś to się robiło filmowe parodie. Ostatnio robi się głównie na zasadzie jak największego ośmieszenia konkretnych scen z filmów. A jeszcze 25 lat temu tryumfy święciły kręcone przez trio Zucker-Abrahams-Zucker takie jak „Czy leci z nami pilot?” czy seria „Naga broń”, gdzie robiono sobie także z klisz i schematów kina popularnego. W tą samą stylistkę poszedł „Hot Shots!” z 1991 roku, będący parodią, głównie „Top Guna” z popisową rolą Charliego Sheena, zanim ostro brał koks, wyrywał laski i próbował je zabijać.

levayJednak nie będę opowiadał o filmie, który bardzo lubię, ale o jego warstwie muzycznej. A za nią odpowiada pochodzący z Węgier Sylvester Levay, znany głównie z tematu przewodniego do serialu „Airwolf”. Ale skoro film był niepoważny, to i muzyka musiała pójść w formę pastiszu. Kompozytor poszedł w modną wówczas elektronikę synth popową i zmieszał to z orkiestrą, co słychać już w „Main Title”, które przewija się tu parokrotnie (podniosła trąbka i patos polany gitarą elektryczną i syntezatorem). Na ekranie brzmi to rozbrajająco śmiesznie, zaś poza nim wypada to naprawdę nieźle. Coś takiego mógł popełnić Hans Zimmer, na początku swojej drogi. Owszem, jest dość chaotycznie i robi małe zamieszanie w głowie. Jednak całość brzmi zaskakująco lekko, zaś temat miłosny („Love Theme – The Fruit Seduction”) to kiczowate brzmienie gitary, fortepianu i smyczków po najprostszej linii oporu.

Problem jednak pojawia się w momencie, gdy utwory zaczynają się powoli zlewać w jedno, a taki styl powoli staje się robić mało ciekawy, choć jeszcze wyróżnia się „Training Flight” z pulsującą elektroniką. Taka rąbanka może i brzmi lepiej od tego, co serwują Jablonsky, Djawadi czy inni podopieczni Hansa Z., ale to trochę przymało, by wysłuchać tego więcej niż jeden raz. I nawet elegancka, jazzowa piosenka „The Man I Love” w wykonaniu Valerii Golino nie jest w stanie tego uratować. Bo mimo pewnej lekkości, od połowy muzyka staje się monotonna i pokazuje swoją pustkę w tej prostocie. Łatwo wchodzi, ale wychodzi jeszcze szybciej.

5/10

Radosław Ostrowski

Randy Newman – Monsters University

MUcover-final2

Moda na sequele i prequele dosięga wszystkich. Nawet do legendarnego Pixara, ale ich jedynym udanym sequelem była druga i trzecia część „Toy Story”. Ale próbowali dalej robiąc niezłe „Auta 2”, a teraz pojawia się prequel „Potworów i spółki” – zaskakująco udany i pokazujący pobyt Sully’ego i Mike’a na uniwersytecie. I tak jak 12 lat temu, tak i teraz za muzykę odpowiada Randy Newman.

r_newmanKompozytor od tego czasu tworzył muzykę głównie do animacji (poza „Niepokonanym Seabiscuitem”), jednak pojawiał się coraz rzadziej. I gdyby nie Pixar, prawdopodobnie przeszedłby na emeryturę. Tym razem album z muzyką jest odrobinkę krótszy od „Potworów” (o kilka minut, ale jednak). A jej największą siłą jest bazowanie na nostalgii. Zapomnijcie o jazzującej muzyce z pierwszej części, Newman odcina się od niej, choć pewne jazzowe fragmenciki się pojawiają. Jednak najważniejsza jest tutaj muzyka w stylu americany, czyli podniosło i z patosem, lekkim, sugerowanym przez trąbkę oraz marszowe werble, które pojawiają się już w otwierającym całość „Main Title”. Zaś za nostalgię odpowiada nowy temat Mike’a, z eleganckim klarnetem, delikatnymi smyczkami i fortepianem. Jednak w połowie pojawia się typowo newmanowski underscore (gwałtowny, głośny i szybki). Potem pojawiają się bardzo liryczne wejścia skrzypiec („First Day at MU”, gdzie przewija się instrumentalna, podniosła wersja hymnu uczelni) oraz trąbki. Nie brakuje też elementów nerwowego napięcia (temat pani dziekan „Dean Hardscrabble”, które miejscami idzie w stronę horroru – powolne i „grube” smyczki) czy mocnej akcji („Scare Pig” z szalejącymi dęciakami oraz… gitarą elektryczną czy „Stinging Glow Under”, które po mrocznym początku nabiera szalonego tempa), ale jej tutaj jest zbyt mało.

Jeszcze z masy tematów, które technicznie trzymają poziom i słucha się tego naprawdę dobrze, wyróżnia się marszowe „Rise and Shine”, towarzyszące w scenie treningu, jednak całość wydaje się mocno amerykańska i poza filmem sprawia wrażenie solidnego, ale dość zachowawczego score’u. Kompozytor nie radzi też sobie z liryką, która jest bardzo nijaka (proste „Goodbye” zagrane na smyczkach) albo dość średnim underscorze idącym w stronę straszenia („Human World” czy „The Big Scare”).

A mimo dość krótkiego czasu trwania czułem się lekko znużony, więc poza filmem muzyka sprawdza się nieźle. Słuchać, ale tylko po obejrzeniu filmu.

6,5/10

Radosław Ostrowski