Randy Newman – Monsters, Inc.

Monsters_Inc.

Kiedy w 2002 roku przyznawano Oscary za najlepszą piosenkę roku 2001, poczułem się trochę rozczarowany. Mając do wyboru m.in. przepiękne „May It Be” Enyi czy delikatny walczyk „Until” Stinga, gremium zdecydowało się wyróżnić chwytliwą i jazzową, ale jednak prostą piosenkę Randy’ego Newmana „If I Didn’t Have You” z animacji „Potwory i spółka”. Sam kompozytor nie uważał tej piosenki za swoje najlepsze dzieło, ale sam Newman jest postacią dość znaną w środowisku muzycznym jako wokalista, autor tekstów i kompozytor wcześniej zaczynał jako piosenkarz. W końcu postanowiło go zatrudnić kino jako kompozytora. Najbardziej znanym na polu filmowym dokonaniem jest kolaboracja ze studiem Pixar. Przyjrzyjmy się więc pana Newmana do „Potworów i spółki”.

r_newmanAlbum z soundtrackiem wydany przez Disneya trwa ponad godzinę i zaczyna się od wspomnianej piosenki, wykonanej przez użyczających głosów głównym bohaterom Johna Goodmana i Billy’ego Crystala (panowie radzą sobie bardzo dobrze). Zaś mamy typowe dla tego kompozytora brzmienia jazzowe, które nadają też ścieżce odrobinę wyjątkowości i lekkości jak w „Monsters, Inc.” z popisami solo puzonu i saksofonu (ten utwór równie dobrze mógłby zjawić się u Woody’ego Allena). Eleganckie brzmienie przewija się dalej (swingujace „Walk to Work”, gdzie orkiestra robi tutaj za tło, ustępując pola dęciakom), choć czasem pojawiają się ilustracyjne fragmenty nadające miejscami mrocznego charakteru („School” z ciągnącymi się smyczkami czy podniosłe „Enter the Heores” z marszową perkusją), jednak przez połowę albumu dominuje jazz.

Ale wszystko się zmienia po utworze 10, czyli „Boo’s Adventures in Monsterland”, który idzie w stronę suspensu. Dęciaki staja się bardziej podniosłe, smyczki ciągna się albo grają dość gwałtownie, czasem urozmaicane przez różne dzwonki czy flety. A w następnym utworze objawia się temat samej Boo („Boo Is Tired” w formie kołysanki), jednak underscore staje się gwałtowniejszy, zaś jazzowe brzmienie robi tutaj za tło i pojawia się coraz rzadziej. Na szczęście jednak poszczególne ścieżki trwają dość krótko, nie przekraczając 3 minut, co pozwala przebrnąć przez te fragmenty z marszową perkusją oraz szybką grą dęciaków. Na tym polu muzyka niczym nie zaskakuje i brzmi trochę na zasadzie autopilota. Za to na tym polu mocno się wybija „Ride on the Doors”, gdzie jazzowa aranżacja przeplata się z orkiestrowym underscorem i robi to tak sprawnie, że słucha się tego z niekłamaną frajdą.

Newman niczym nie zaskoczył w swojej muzyce. „Monsters Inc.” To kolejny przykład solidnego rzemiosła, które w filmie wypada naprawdę dobrze. Na albumie poza obiecującym jazzowym początkiem, nie ma tu zbyt wiele ciekawego. Jednak zaskakująco dobrze się tego słucha. Tyle i aż tyle.

7/10

Radosław Ostrowski

Michael Kamen, Eric Clapton & David Sanborn – Lethal Weapon

Lethal_Weapon

Kino akcji swój największy okres popularności miało w latach 80. To wtedy swoje tryumfy święcili Arnold Szwarceneger (chyba tak się to piszę), Sylvester Stallone, Dolph Lundgren czy Chuck Norris. Ale to nie o nich chciałem mówić. Bo wtedy też pojawiły się dwa filmy, które odmieniły kino akcji/sensacji na zawsze – „Szklana pułapka” z 1988 roku, dzięki której na szersze wody wypłynął Bruce Willis oraz nakręcona rok wcześniej „Zabójcza broń”, która do dzisiaj wyznacza wzorce w tym gatunku. Brawurowy duet Mel Gibson/Danny Glover, którzy grali kompletnie odmienne charaktery (nieobliczalny, zdesperowany Riggs oraz stateczny, spokojny i rodzinny Murtaugh), będące ikonami popkultury. Obydwa filmy łączy też postać kompozytora – Michaela Kamena, który stał się dzięki temu specjalista od kina akcji. O ile w filmie sprawdza się ona rewelacyjnie, o tyle poza nim mógł być problem (patrz: „Szklana pułapka”).

Jednak tutaj kompozytora wsparło dwóch muzyków, który użyczyli nie tylko swoich instrumentów, ale stali się też współautorami soundtracku i aranżerami tej muzyki. Są to: gitarzysta Eric Clapton oraz saksofonista David Sanborn.

Zanim o samej muzyce, trzeba wspomnieć o wydaniu. Jest to edycja specjalna z 2002 roku. Wydaniem zajęła się Bacchus Media Group, zaś sam album zawiera (w porównaniu z poprzednikami) dodatkowe 25 minut muzyki, która albo nie pojawiła się w samym filmie, albo nie była wcześniej publikowana. I dlatego zamiast 10 utworów, na płycie jest aż 16 + piosenka. Wszystko jasne? No to jedziemy.

kamenCałość zaczyna „Meet Martin Riggs”, który zaczyna się od dwóch charakterystycznych elementów: mocnego solo saksofonu oraz ważnej solówki gitary elektrycznej, która skręca w stronę bluesa. Przez chwilę towarzyszy im fortepian, dzwonki oraz gitara akustyczna. Instrumenty tworzą tu dość melancholijny klimat (solówki Claptona), by pod koniec wszystko pociągnęły ze sobą smyczki. Za to już w „Amandzie” już jest czysty Kamen. Różnego rodzaju dzwonki, cymbałki i inne grzechoczące rzeczy z ciągnącymi się smyczkami (miejscami skręcającymi w stronę grozy, co przypomina trochę „Martwą strefę”), które wspierają dęciaki oraz fortepian z harfą. Bardziej dramatyczny jest „Suicide Attempt” (scena próby samobójczej Riggsa) – pierwszy niepublikowany wcześniej kawałek z nerwowymi i niepokojącymi smyczkami (w połowie jadą jak w horrorze) i ustępują delikatnej gitarze z pierwszego utworu.

claptonZa to kolejny niepublikowany „The Jumper/Rog & Riggs Confrontation” zaczyna się od zadziornej gitary Claptona (z werwą, chwytliwy) oraz saksofonu Sanborna, zaś orkiestra robi tutaj za tło (wybijają się tylko smyczki) i perkusja. Ale w połowie zmienia się odrobinę klimat, stając się bardziej mrocznym (dęciaki i smyczki), mimo obecności gitary i saksofonu. Rozwinięciem tematu z początku poprzedniej melodii jest „Roger”.

Kompletnie coś nowego daje „Coke Deal” (rozbrajająca scena próby kupna kokainy), gdzie początek jest bardziej rockowy (mocne solo saksofonu, rytmiczny bas i perkusja, a także gitara – zdziwieni?), jednak w połowie wchodzi orkiestra (smyczki, dęciaki dęte i trąbki) mocno biorąc za gardło, a po drodze jeszcze pojawia się temat przewodni oraz trochę underscore’u. Podobnie jest w „Mr. Joshua” oraz „They Got My Daughter”.

sanbornJednak jeśli potrzebujecie mocnej muzyki akcji, to pojawia się ona w dwóch kompozycjach. Najpierw jest prawie 8-minutowy „Desert” (konfrontacja na pustyni) – tutaj najwięcej do pokazania mają tutaj trąbki oraz instrumenty perkusyjne, które z ciągnącymi się dęciakami oraz domieszką elektroniki tworzą dość mocną ścianę dźwięku (pod koniec plumkanie skrzypiec i uderzenia „młota” – to znamy ze „Szklanej pułapki”), ale czas może zniechęcić. Jednak wynagradzają to zarówno mocne uderzenia trąbek, jak i momenty wyciszenia (piękne smyczki w połowie). Mało wam? To posłuchajcie „Hollywood Blvd Chase”, gdzie smyczki nie mają praktycznie chwili wytchnienia, asekurowane przez dzwoneczki i trąbki. Mocne uderzenie (kotły oraz trzaski a’la Horner), trzymające za gardło do końca (nic dziwnego, to ilustracja sceny pościgu). W podobny sposób jest jeszcze w „Yard Grave/Graveside”, które jednak nie jest aż tak intensywne jak „Hollywood Blvd Chase” (tutaj szaleje perkusja, zmieszana z elektroniką i dęciakami).

Ale są też aż 3 utwory, które w filmie nie występują. Są to całkiem niegłupie melodie bazujące na popisach Sanborna i Claptona, z delikatnym wsparciem orkiestry. Takie bardziej rockowe nuty – spokojniejsze „We’re Getting Too Old for This”, znacznie mroczniejsze „The Weapon” oraz ostre „Nightclub” (tam się obaj muzycy popisują). Całość zaś wieńczy piosenka zespołu Honeymoon Suite, która szczerze mówiąc brzmi dość średnio (elektroniczny pop a’la 80.), która nie specjalnie kojarzy się z filmem. A jeśli chodzi o piosenki to brakuje tutaj jednego ważnego utworu – „Jingle Bell Rock” Bobby’ego Helmsa, która pojawia się na samym początku filmu i nierozerwalnie się z nim kojarzy, tak jak „Let It Snow! Let It Snow! Let It Snow!” w “Szklanej pułapce”.

Mówiąc krótko, Kamen eksperymentował mieszając orkiestrę z lekko rockowym zacięciem, co w filmie brzmi znakomicie. Poza nim jest strawnie i da się wysłuchać, ale problemem jest znalezienie tego albumu, bo to biały kruk. Jednak mimo pewnych wad (miejscami naprawdę ciężki underscore, brak drugiej piosenki), jest to jedna z najważniejszych ścieżek w filmie akcji. Tak to się kiedyś robiło w USA.

8.5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Angelo Badalamenti – Twin Peaks: Fire Walk with Me

Twin_Peaks_Fire_Walk_With_Me

Wszyscy, którzy oglądali “Miasteczko Twin Peaks” wiedzą, kim była Laura Palmer. Serial okazał się wielkim sukcesem, więc Lynch nakręcił kinowy prequel. „Ogniu, krocz za mną” opowiadał o ostatnim tygodniu z życia Laury Palmer. Jednak film został bardzo chłodno przyjęty zarówno przez fanów seriali, jak i krytykę, uznając film za zbędny i niepotrzebny. Ale ja nie będę tutaj rozmawiał o filmie.

W tym samym czasie wyszła wydana przez Warner Bros. płyta z muzyką do filmu. A jej autorem jest nadworny kompozytor – Angelo Badalamenti. I wierzcie mi, ta muzyka jest po prostu kapitalna, w dużej części idąca w stronę jazzu. Temat przewodni grany przez trąbkę oraz towarzyszącą elektronikę buduje dość niepokojący klimat, który będzie nam towarzyszył do samego końca, zaś całość trwa niecałą godzinę.

badalamentiJuż pewne elementy tego przerażenia słychać w „The Pine Float” z mocnym saksofonem oraz wibrafonem, którym też parę razy się pojawi (w pozornie spokojnym „Don’t Do Anything (I Wouldn’t Do)”, gdzie swoje pokazuje też saksofon, fortepian, skrzypce i kontrabas) czy „Sycamore Trees” z głębokim wokalem Jimmy’ego Scotta). A dalej robi się jeszcze dziwaczniej. „A Real Induction” z dziwacznym graniem skrzypiec, zapętlającą się gitarą elektryczną oraz zniekształconym głosem Badalamentiego skręca w lekką psychodelię, wyciszone i stonowane „Questions in a World of Blue” z poruszającym wokalem Julie Cruise, gitarowy „The Pink Room” (wiolonczela brzmi tu naprawdę ciężko) czy krótkie, ale niepokojące „Black Dog Runs at Night” (pulsujący bas, wiatr, niepokojąca elektronika oraz cichy wokal samego Angelo).

Zaś sama końcówka to już małe perełki. „The Best Friends” jest lekko nostalgiczne i liryczne (ładny fortepian), tajemnicze „Moving Through Time” buduje swoją atmosferę dzięki wibrafonowi oraz pojawiającym się skrzypcom, które brzmią dość niepokojąco. Pod koniec dostajemy za to suitę z czterech tematów: nostalgiczny, rock’n’rollowe „Girl Talk”, liryczno-pianistyczne „Birds in Hell” oraz znane z serialu temat Laury Palmer (tylko krótki fragment na fortepianie) i „Falling”, zaś całość wieńczy bardzo liryczny, ale jednocześnie dość smutny „The Voices of Love”.

Tak jak w serialu muzyka jest niesamowicie poruszająca i pełna emocji. Filmu niestety nie widziałem, więc nie wiem jak ona współgra z ekranem, ale jedno jest pewne – Badalamenti nie zawiódł i potwierdził klasę. Obok soundtracku z serialu płyta obowiązkowa dla fanów muzyki filmowej.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Ennio Morricone – Nuovo Cinema Paradiso

Cinema_Paradiso_Original_Motion_Picture_Soundtrack

Czy jest choć jeden człowiek na Ziemi, który by nie wiedział kim jest Ennio Morricone? Obchodzący swoje 85 urodziny (10 listopada) Włoch wielokrotnie porywał i poruszał swoim pracami do filmów. Za jedną z najważniejszych jego prac jest muzyka napisana do filmu Giuseppe Tornatore „Kino Paradiso”. Jest to historia mężczyzny, który wraca wspomnieniami do swojego rodzinnego miasteczka, gdzie jako dziecko chodził do kina i zaprzyjaźnił się z operatorem Alfredem.

I jak można wnioskować po opisie, ścieżka dźwiękowa powinna być bardziej liryczna i delikatna. I taką też dostaliśmy na godzinnym albumie. Ale po kolei. Album opisywany przeze mnie pochodzi z tego roku i został wydany we Włoszech przez Umbrellę i zawiera dodatkowe 20 minut. Czy to dobrze? Chyba jednak nie, bo nie wnoszą one niczego nowego, wręcz powtarzając te same tematy.

morriconeNajwiększą siłą tej ścieżki są dwa motywy – motyw przewodni (piękna melodia zagrana na fortepian, saksofon oraz „płaczące” smyczki), który buduje klimat nostalgii oraz temat miłosny napisany przez syna Ennio, Andreę. Ta melodia zaś pojawia się po raz pierwszy w „Love Theme”, gdzie w tle przygrywają smyczki, na pierwszym planie jest klarnet zastępowany przez flet, zaś ciągle przewija się melodia brzmiąca jak z pozytywki. Obydwa te motywy pojawiają się bardzo często na płycie i po pewnym czasie mogą już wywołać znużenie. Ale kompozytor nie ogranicza się tylko do tych dwóch tematów oraz ich różnych aranżacji. Do tych świeżych kompozycji należy zaliczyć mroczne i dramatyczne „Cinema on Fire” z nerwowymi skrzypcami, solo trąbki oraz kotłami czy utrzymany w stylistyce walca „Childhood and Manhood” z pięknym solo smyczków, które pojawia się też w „Toto & Alfredo”.

Nie brakuje też trochę bardziej cięższego grania jak w underscore’owym „Fuga, ricercare e ritorno” opartym na mocnych uderzeniach fortepianu oraz niepokojących smyczkach przypominających te z „Psychozy” Bernarda Herrmanna czy czarującego „Dal Sex Appeal Al Primo Fellini” z lekką wariacją tematu przewodniego, który w połowie nabiera jazzowego kolorytu i posmaku. Jednak te odskocznie pojawiają się naprawdę rzadko, ale nadal są piękne i poruszające.

Największą wadą tego wydania jest zbyt częste wykorzystywanie obydwu wiodących tematów. Jednak mimo tego ona jest pełna emocji, angażująca i poza filmem wypada naprawdę świetnie. Czysty Morricone po prostu.

8,5/10

Radosław Ostrowski

David Arnold & Michael Price – Sherlock (Season Two)

Sherlock_Season_Two

“Sherlock” zebrał entuzjastyczne recenzje. Nic dziwnego, że powstała druga seria z następnymi 3 odcinkami, co sugerował też cliffhanger w ostatnim odcinku. W tej serii wzięto się za trzy najsłynniejsze sprawy: „Skandal w Belgravii” z Ireną Adler w roli głównej, „Psa Baskerville’ów” i „Upadku z Reichenbacha”, oczywiści odpowiednio modyfikując i uwspółcześniając. Zaś za muzykę odpowiadali znowu duet David Arnold/Michael Price. I jest progres, choć pozornie nic się nie zmieniło. Nadal mamy elektronikę, wspieraną przez smyczki, perkusję i inne instrumenty, za to jednak jest bardziej przystępnie.

arnoldJuż sam początek albumu zapowiada pewne zmiany. Dostajemy temat Ireny Adler (piękne solo na skrzypcach, grane przez samego Sherlocka – przynajmniej na ekranie) jest szkieletem muzyki z pierwszego odcinka, który brzmi dźwiękowo delikatniej i liryczniej, co podkreślają następne utwory – lekko skoczny „Potential Clients” (te smyczki i plumkania), zmysłowy „Status Symbols” z lekkimi smyczkami, zgrabnie wplecionym tematem Sherlocka z poprzedniej części oraz pulsującą elektroniką czy kapitalnym „SHERlocked” (znowu skrzypce, a także fortepian), buduje wątek zauroczenia Holmesa kuszącą kobietą. W tym miejscu jest też muzyka akcji, częściowo budowana na sprawdzonych patentach (uderzenia cymbałków w „Dark Times” czy szybkie smyczki w „Smoke Alarm”), jednak tutaj pojawia się rzadko.

price„Pies Baskerville’ów” bardziej idzie w stronę horroru, więc i muzyka musiała zmienić klimat. Słychać to już w „Pursuit by a Hound”. Elektronika staje się mocniejsza i bardziej agresywna, wspierana przez smyczki i kotły, przeraża. I ta atmosfera jest budowana dalej za pomocą „The Village” (na początku orientalna perkusja, pod koniec flety mieszają się z elektroniką) i „Double Room” (cymbały, perkusja, także elektroniczna i delikatne dźwięki skrzypiec oraz fortepianu), co wypada naprawdę przyjemnie. Jednak prawdziwą petardą jest tutaj idące mocno w techno przeróbka tematu przewodniego w „Deeper into Baskerville”. Oprócz tego jest i temat Sherlocka („To Dartmoor”), krótkie chwile oddechu (akustyczna gitara na początku „To Dartmoor”) oraz groza (niepokojące „The Lab” ze znany z poprzedniej serii tematem Watsona).

Zaś ostatni odcinek to konfrontacja Holmesa z Moriartym, która kończy się cliffhangerem zapowiadającym nową serię. I tutaj jest bardziej dramatycznie. Zaczyna się jeszcze idący w duchu poprzedniego odcinka „Grimm Fairy Tale” (cymbały, elektronika oraz różne „głosy”), jednak „Deduction and Deception” to zmiana klimatu. Pozornie mamy to samo, co w poprzedniej serii, ale w tym utworze bardziej pulsuje elektronika, zaś smyczki nadają podniosłego charakteru, by pod koniec zaszarżować, razem z walącymi kotłami. Ten temat pojawi się w „Prepare to Do Anything”, zaś mocno poruszają smyczki w „Blood on the Pavement” (najmocniejszy utwór tego odcinka). Całość zaś kończy elegijny „One More Miracle”, gdzie do tematu Watsona wpleciono na koniec motyw z czołówki.

Tym razem Arnold z Pricem popracowali nad brzmieniem, tworząc bogatszą w tematy oraz bardziej przystępną do odsłuchu muzykę, która nadal brzmi lepiej w połączeniu z obrazem. Jednak poza nim wypada naprawdę nieźle. Jak tak dalej pójdzie, przy serii trzeciej osiągną poziom mistrzowski. Czy tak będzie czas pokaże. Ja jestem dobrej myśli.

7,5/10

Radosław Ostrowski


David Arnold & Michael Price – Sherlock (Season One)

Sherlock_One_Front

Sherlock Holmes – archetyp detektywa, mistrza dedukcji od zawsze był źródłem inspiracji dla filmowców. Ile było filmów i seriali z tym bohaterem, nie jestem w stanie policzyć. Ale w ostatnim czasie pojawiły się dwie zaskakujące adaptacje. Najpierw Guy Ritchie zdynamizował przygody Holmesa o aparycji Roberta Downeya Jra. I kiedy wydawało się, że nie da się tego przebić, BBC przeniosło tego bohatera w XXI wiek. Dosłownie, dzięki serialowi autorstwa Stevena Moffata i Marka Gatissa, którzy zachowali wierność duchowi książek Doyle’a, uwspółcześniając je. W dodatku całość była kapitalnie zagrana (dwa słowa: Benedict Cumberbatch) oraz znakomicie zrealizowana, serwując jeden z najlepszych seriali brytyjskich ostatnich lat.

arnoldA jak sobie radzi muzyka? W samym serialu po prostu świetnie, ale po kolei. Jej autorami są David Arnold, znany głównie z partytur do filmów o Jamesie Bondzie (lata 1997-2008) oraz Michael Price – aranżer, dyrygent i orkiestrator znany ze współpracy z Howardem Shorem czy Michaelem Kamenem. Obaj panowie poznali się przy filmie „Hot Fuzz”, gdzie Price robił muzykę dodatkową. Zaś ich wspólna pracę wydała Silva Screen Records w zeszłym roku (oddzielnie wydano obie serie).

Zaś sama muzyka przywołuje skojarzenia z „Sherlockiem Holmesem” Hansa Zimmera. Nie chodzi mi o tematykę, ale o samo instrumentarium – cymbałki, mandolina w dodatku polana elektroniką wszelkiej maści. Temat otwierający jest chwytliwy, szybki, krótki i kojarzy się z serialem. Za to znacznie ciekawsze są tematy Watsona (krótkie solo na fortepianie wplatające się w wielu utworach, nie pojawia się samodzielnie), zaś Sherlock ma dynamiczny utwór pokazujący jego proces myślowy („The Game Is On”) lub jego pościg po Londynie („Pursuit” z trąbkami).

priceJednak sama muzyka bez kontekstu ekranu nie broni się w całości. Sporą część stanowi underscore, będący wręcz dźwiękową ścianą, wykorzystującą różne perkusyjne i smyczkowe trzaski, nerwowe smyczki (końcówka „Which Bottle?”) czy wszelkiego rodzaju elektroniczne dodatki („Final Act”), które brzmią rewelacyjnie dynamizując sceny statyczne albo budujące niepokój („Sandbag”, gdzie agresywna gitara wplata się w smyczki, dęciaki i perkusja). Pewnym urozmaiceniem jest wykorzystanie fletów i egzotycznej perkusji w utworach z odcinka drugiego (m.in. „Sandbag”, angażujące „Elegy” z żeńską wokalizą w środku czy wręcz skaczące „Crates of Books”). Jednak trzeba się przebić się przez pieczołowicie wykonany sound design, który nie jest zbyt atrakcyjny. Trochę szkoda.

Arnold z Pricem popisali się, ale poza ekranem ta muzyka traci swoje największe atuty i staje się ścianą dźwiękową. Więc jeśli lubicie wyzwania, to ten album jest dla was. Reszta powinna zapoznać się po obejrzeniu serialu, który bardzo gorąco polecam.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Basil Poledouris – The Hunt for Red October (wydanie rozrzeszone)

The_Hunt_for_Red_October

Nieco ponad miesiąc temu zmarł pisarz Tom Clancy, który miał szczęście do udanych adaptacji filmowych. Jednak dla mnie najlepszą pozostaje „Polowanie na Czerwony Październik” w reżyserii Johna McTiernana (odpowiedzialny wcześniej za „Predatora” i „Szklaną pułapkę”). Nie był to stricte film akcji, ale działo się tam wiele, intryga była bardzo piętrowa i skomplikowana, trzymało to w napięciu oraz posiadało wyrazistych bohaterów. W skrócie chodziło o to, że kapitan tytułowego okrętu podwodnego zamierza zdradzić i oddać się w ręce Amerykanów. Jedyną osobą domyślającą się jego planów jest analityk CIA Jack Ryan. Musi jednak to udowodnić, bo inaczej okręt pójdzie na dno. Znakomite kino, mimo upływu lat. Zaś równie ważna jest muzyka z tego filmu.

Jej autorem jest trochę zapomniany Basil Poledouris, znany głównie dzięki „Conanowi Barbarzyńcy” (tego z Arnoldem Szwarcenegerem czy jak to się pisze) oraz „RoboCopa”. Muzykę do „Polowania…” najpierw wydało MCA, ale album zawierał tylko pół godziny. W tym roku Intrada wydała rozszerzoną edycję soundtracku, która trwa ponad godzinę. Sporo czasu. I co z tego wyszło?

poledourisNa pewno jest to muzyka, która sprawdza się w filmie bez żadnych zgrzytów. Jednak poza nim  w dużej części to całkiem strawny underscore, rozpisany na orkiestrę i elektronikę. No i rzecz najważniejsza – jest to album ułożony chronologicznie wobec filmu. Siłą napędową tej ścieżki jest bez wątpienia pojawiający się w czołówce „Hymn to Red October” śpiewany przez chór po rosyjsku z podniosłą muzyką w tle (perkusja, dęciaki i smyczki). Utwór ten robi piorunujące wrażenie i jest to najsilniejsza część „Polowania…”, a pojawia się on jeszcze w „End Titles” oraz u ponad 7-minutowym „Nuclear Scam” (naprawdę epicki rozmach). Wspomniałem o elektronice, jednak ona tylko wspiera orkiestrę, choć potrafi odegrać istotną rolę (underscore’owe „Kaboom!!!”, które przypomina wczesnego Zimmera czy „Tupulov’s Torpedo/Torpedo Hits” z oszczędną perkusją).

Jednak największym problemem tej ścieżki jest muzyka akcji i underscore, który w filmie wybrzmiewa i radzi sobie dobrze, zaś poza filmem tak idealnie nie jest. Bombastyczne werble ze stonowaną elektroniką oraz klarnetami („Putin’s Demise”), leciutkim urozmaiceniem jest perkusja imitująca dźwięk silnika („Course Two-Five-Zero/Interlude/Two-Five-Zero/Padorin Reads”) oraz różne „rosyjskie” wkrętki (ostatnie sekundy „Ryan’s Wheels (revised)/Tupolov/Buckaroo”), jednak reszta utworów brzmi dość mrocznie („Plane Crash” z „wybuchem” dźwięków w ostatnich 30 sekundach) i po pewnym czasie może nużyć (choć mnie nie), choć pojawiają się pewne małe urozmaicenia (dziwaczne plumkania w „Chopper”).

Jeśli zaś chodzi o utwory dodatkowe, to z tych 4 kompozycji najlepiej wypada śpiewany a capella hymn ZSRR przez marynarzy. Zaś pozostałe trzy to inne wersje tematów z płyty, choć różnice są dość minimalne. Takie bajery dla mnie zawsze wydawały się zbędnymi zapychaczami.

Więc jak ocenić wydanie Intrady? Z jednej strony mamy całą muzykę Poledourisa, która świetnie sprawdza się w filmie i jest całkiem porządnie wydana. Z drugiej może zniechęcać underscore, który jest mało dynamiczny. Mimo wszystko uważam, że jest to dobra płyta, ale wymagająca odrobiny cierpliwości. Krasnaje.

7/10

Radosław Ostrowski

Brian Tyler – The Expendables

The_Expendables

Dawno, dawno temu, czyli w latach 80-tych, kiedy kręciło się tanie filmy akcji, był to gatunek bardzo popularny, który miał swoich herosów, m.in.  Arnolda Schwarzeneggera, Sylvestra Stallone’a, Dolpha Lundgrena czy Stevena Seagala. To były czasy, kiedy wierzono w siłę muskułów, które potrafiły rozwiązać wszystkie problemy tego świata. Wielu fanów marzyło o tym, żeby całą tą armię twardzieli wcisnąć do jednego filmu, który mógłby stać się klasykiem. Jednak czasy potężnych i silnych twardzieli minęły bezpowrotnie, zastąpieni przez Jasona Bourne’a i tym podobnych cherlawców. Ale w 2010 roku stał się cud. Powstał film „Niezniszczalni” wyreżyserowany przez Sylvestra Stallone’a. Reżyser postanowił skrzyknąć starych kumpli i gwiazdy czasów VHS (m.in. Dolpha Lundgrena, Mickeya Rourke’a czy Erica Robertsa), by nakręcić oldskulowy film akcji w starym, dobrym stylu. Sen się spełnił, choć nie wszystko do końca zagrało. Ale frajda była ogromna.

tylerW przypadku filmów akcji, muzyka ma znaczenie drugorzędnie, gdyż ginie w tłumie strzałów, wybuchów i ciosów. Ale nie znaczy to, że nie można z tego wycisnąć naprawdę porządnego score’a. Tego zadania podjął się Brian Tyler, który pracował już z Sylwkiem przy czwartej części Rambo. I co z tego eksperymentu wyszło?

Dynamiczna muzyka akcji, która broni się swoją przebojowością i podniosłością. I to właśnie te dynamiczne fragmenty wypadają najlepiej, choć może brzmią odrobinę topornie i są mało urozmaicone. Już początkowy utwór „The Expendables” zapowiada, czego się należy spodziewać – patosu zmieszanego z adrenaliną, zrobione za pomocą szybkich pasaży smyczków, werblowej perkusji oraz dęciaków. Może i brzmi to trochę surowo, jednak ten temat budzi respekt.

Drugi temat, bardziej dynamiczny odpowiada tutaj za akcję i pojawia się już w „Aerial”, gdzie w połowie następuje przyśpieszenie smyków na spółkę z dęciakami baszanymi. Taką dynamikę posiada również „Royal Rumble” (fantastyczne skrzypce!), druga połowa „Lifetime” (tutaj jeszcze elektronika), „Massive” z chórem, „Warriors” z wplecioną gitarą elektryczną czy kończące całość „Mayhem and Finale”. W tych momentach czuć potęgę i siłę tej ścieżki, bo action scorem ta muzyka stoi.

Ale nie ma tutaj samej zadymy i rozpierduchy. Są momenty, gdzie budowany jest suspens („Gulf of Aden” ze zgrabnie wplecionym fletem shahukachi czy elektroniczne „Surveillance” z gitarą akustyczną), delikatna liryka (grane na gitarze „Lee and Lacy”) oraz wplecioną murimbe („The Contact”), które sprawdzają się jako odskocznia od akcji.

Żeby jednak nie było tak słodko, album wydany przez Silva Screen nie jest idealny. Po pierwsze, za długi – 71 minut. Po drugie – underscore gdzieś w połowie robi się nużący i mało atrakcyjny, gdzie porywają tylko fragmenty, co wywołuje zmęczenie (gdyby skrócić ten materiał, to byłaby znakomita płyta). Zaś sama muzyka dobrze się sprawdza w filmie, choć nudnawy underscore jest zagłuszany przez strzały, wybuchy i noże, tutaj może przyprawić o ból głowy. Ale w porównaniu do wielu prac Tylera, „Expendables” jest bardziej przystępna i mimo wszystko łatwiejsza w odbiorze.

Brzmi to mimo wszystko dobrze, choć można było popracować nad montażem płyty. Lubiący bezpretensjonalną rozwałkę wiedzą, co mają zrobić.

7/10

Radosław Ostrowski

Mike Post & Pete Carpenter – The A-Team

The_ATeam

In 1972 a crack commando unit was sent to prison by a military court for a crime they didn’t commit. These men promptly escaped from a maximum security stockade to the Los Angeles underground. Today, still wanted by the government, they survive as soldiers of fortune. If you have a problem, if no one else can help, and if you can find them, maybe you can hire the A-Team. – tak zaczynał się jeden z seriali z czasów, kiedy byłem jeszcze małym dzieciakiem. „Drużyna A” to, obok „Allo! Allo!” i „MacGyvera” jeden z najważniejszych seriali tego okresu. Ściganie przez żandarmerię ex-żołnierze teraz pełnią rolę najemników walczących w słusznej sprawie. I tak przez 4 lata swojej obecności na małym ekranie, zaś popularności oraz statusu kultowego dzieła nie był w stanie złamać nawet nakręcony 3 lata temu film.

postcarpenterPoza dość prostymi fabułami oraz wyrazistymi bohaterami, serial miał też bardzo interesującą ścieżkę dźwiękową, zgodną ze standardami telewizji lat 80-tych. A jej autorami byli doświadczeni w branży telewizyjnej Mike Post i Pete Carpenter, którzy współpracowali ze sobą od 1974 do śmierci Carpentera w 1987 r. Sama ścieżka to mieszanka orkiestrowego brzmienia (zagranego przez orkiestrę Daniela Caine’a) okraszona muzyką rozrywkową. Całość zaczyna się wręcz nieśmiertelnym tematem przewodnim w wersji rozbudowanej (bez narracji z offu) z marszowymi werblami, patetycznymi dęciakami, rytmicznym basem fortepianem oraz gitarą elektryczną. I w zasadzie te instrumenty (oraz klawisze) tworzą ścieżkę przebojową, dynamiczną i dość pogodną. Zaś temat przewodni jest fundamentem tej ścieżki oraz podwaliną wielu kompozycji, w tym także muzyki akcji, budując rytm albo podkreślając militarne korzenie bohaterów (werble), co słychać w „Young Hannibal”, lekko zmodyfikowanym tematem przewodnim z dęciakami, perkusją, delikatną gitarą elektryczna oraz smyczkami. One robią za wszystko.

Wydana przez Silve Screen muzyka brzmi naprawdę przyjemnie i jest naprawdę świetnie wydana. Zaś wspomniana muzyka akcji mimo pewnej prostoty brzmi znakomicie, co słychać w „B.A.’s Ride” (znowu smyczki szaleją, wplecione w lekko jazzującą aranżację sekcji rytmicznej), „Taxi Chase” (świetna gitara oraz bas) czy „The A-Team Prepare to War” (bazujący na temacie Hannibala). Jest też zahaczenie o „meksykańskie” brzmienia („Bandits!” i „More Bandits” – perkusja oraz dęciaki lekko latynoskie) czy fragmenty dość spokojniejsze jak „The A-Team in New York City” i „Murduck’s Face” (leciutka gitara oraz pianino z dęciakami). Reszta to w zasadzie powtórki tematów, jednak słowo nuda dziwnym sposobem nie pojawia się w kontekście „Drużyny A”.

Jeśli chodzi o muzykę do seriali, „Drużyna A” trochę ociera się o dokonania Lalo Schifrina, zaś mimo lat nadal pozostaje przyjemną i przebojową ścieżką, której w zasadzie już nie robi się dzisiaj w czasach mrocznych i poważnych produkcji jak „Breaking Bad” czy „Kompania braci”. Mimo to nie wypada nie znać, zwłaszcza jeśli pamięta się ten serial (pora będzie go sobie przypomnieć).

9/10

Radosław Ostrowski

Ennio Morricone – Mission

The_Mission

Dawno, dawno temu był sobie taki film „Misja”. Historia jezuitów pod wodzą ojca Gabriela, którzy nawracali miejscową ludność Ameryki Południowej oraz nawróconego łowcy niewolników w czasach, gdy zakon tracił wpływy, do tej pory jest poruszającym i jednym z najlepszych filmów jakie widziałem w całym swoim życiu. Fantastyczny scenariusz, piękne zdjęcia oraz wielkie role Roberta De Niro i Jeremy’ego Ironsa przyniosły masę prestiżowych nagród (Oscar za zdjęcia, Złota Palma, nagrody BAFTA), a także pamięć widzów. Ale tym razem skupię się na warstwie muzycznej.

morriconeA jej autorem jest człowiek-legenda, mianowicie Ennio Morricone – osoba, którą każdy fan muzyki filmowej zna i kojarzy. Znany ze współpracy m.in. z Sergio Leone, kompozytor poszedł trochę inną drogą niż Hollywood, idąc w bardziej etniczne brzmienia. W zasadzie „Misja” kojarzy się automatycznie z jednym tematem – „Gabriel’s Oboe”. Piękna melodia zagrana na oboju, gdzie towarzyszą mu kotły i smyczki – to jeden z najbardziej rozpoznawalnych tematów w historii kina. Piękna nie tylko technicznie, ale z bardzo dużym ładunkiem emocjonalnym. Temat ten bardziej lub mnie przewija się w różnych aranżacjach. Drugi temat pojawia się w „On Earth As It Is In Heaven”, gdzie zostaje wpleciony fragment „Oboju Gabriela”, pojawia się chór i delikatnie przygrywa orkiestra. Pojawia się on takze w „Vita Nostra” oraz „River”, gdzie delikatnie przygrywa fletnia Pana, pokazując piękno przyrody czy równie piękne „The Mission”. Tą muzyką po prostu się oddycha i w pełni porywa, mimo pewnej powtarzalności nie nudzi, zostając w pamięci na długo.

Jednak kompozytorowi zdarzały się momenty, które świetnie sprawdzają się w filmie, jednak poza nim mogą nie robić takiego wrażenia, aczkolwiek są dość pomysłowe – śpiewane „Ave Maria Gaudami” i „Miserere” (obydwa mocno sakralne), gitara hiszpańska w „Carlotta”, zaczynające się dość mrocznie „Remorse”, które kończy się fragmentem z „The Mission” czy „Refusal” z nisko granymi fletami i fortepianem. Mogą one drażnić suspensem (zwłaszcza dwa ostatnie), jednak w połączeniu z obrazem brzmią po prostu rewelacyjnie, a to jest najważniejszą kwestią w przypadku muzyki filmowej.

Włoski kompozytor jeszcze raz pokazał klasę oraz wysoki poziom i pomysłowość w pisaniu muzyki filmowej. „Misja” mocno ociera się o geniusz, gdzie nawet dość prosto robiony underscore („Alone” i „Guarani” bazujące na fletach) potrafi zaintrygować i poruszyć. Tej muzyki nie wypada nie znać i tyle.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski