Krzysztof Komeda – The Fearless Vampire Killers

Fearless_Vampire_Killers

Kto z nas nie lubi oglądać horrorów? A czy takie mniej serio, a bardziej zabawne niż straszne? Jednym z klasyków horroru komediowego są „Nieustraszeni pogromcy wampirów” Romana Polańskiego. Bardziej dzisiaj jest zabawą konwencją i serwująca świetną rozrywkę oraz żart niż wywołuje strach. O samym filmie już mówiłem, wiec teraz pora zwrócić uwagę na muzykę.

A za tą odpowiadał najbliższy współpracownik Polańskiego w latach 60-tych – Krzysztof Komeda. Wydanie, które zaś opisuje pochodzi z roku 2005 roku i wyszło z ręki Harkit Entertainment i zawiera półgodziny muzyki. Czas trwania nie jest wadą tego wydawnictwa.

komedaI już zaczynamy całość od tematu z czołówki. Wokalizy chóru, dźwięki klawikordu tworzą dość mroczną atmosferę. Choć jest to komedia, jednak Komeda nie zapomina o budowaniu suspensu oraz ponurego klimatu, który będzie nam towarzyszył do samego końca. Temat z czołówki będzie się powtarzał parokrotnie (m.in. „Koukol Laughs” czy „Portraits” z orientalnie brzmiącymi bębnami). Drugim pojawiającym się tematem jest motyw liryczny – lżejszy, zwinniejszy z żeńskim wokalem pojawia się już w „Sarah in Bath” i pojawia się parę razy w innych aranżacjach (m.in. „Skiing”, „Snowman” czy przerobiony na walca „Krotock on Sledge”), czasem stając się mroczniejszym („Sarah’s Song”). Jednak w dużej części jest to underscore rozpoznawalny przez znawców muzyki grozy, w dodatku są to dość krótkie utwory nie trwające nawet minuty (m.in. „Alfred Behind Sledge” z ponurym kontrabasem oraz fagotem czy „To the Cellar” z nerwowym fletem oraz dęciakami). Jednak po pierwsze są to słuchalne utwory, m.in. dzięki czasowi trwania, a po drugie nie wywołują one znużenia. Ale jest tutaj małe zaskoczenie, czyli „Alfred Hears Singing”. Zaczyna się lekko i skocznie (flet i dzwonek), by po minucie zmienić klimat za pomocą dęciaków i ciągnącej się wiolonczeli.

Komeda napisał muzykę, która może nie pasowałaby do dzisiejszego kina grozy, ale w samym filmie sprawdza się bardzo dobrze. Poza nią też brzmi przyjemnie (nawet te straszniejsze fragmenty), co w przypadku soundtracku do horroru (jakby nie było) jest zadaniem trudnym. Mała perełka.

8/10

Radosław Ostrowski


Badly Drawn Boy – About a Boy

About_A_Boy

Dawno, dawno temu, gdy Hugh Grant był sympatycznym i czarującym facetem (zaraz, jakie był? Przecież nadal jest) stworzył film, w którym pozornie był taki jak zawsze. Tylko był bogaty, samotny i zapatrzony w siebie (jego bohater, nie Hugh). To się zmieniło, gdy pojawił się 12-letni Marcus (debiutujący Nicolas Hoult). Tak zaczyna się fabuła filmu „Był sobie chłopiec” – jednej z najciekawszych brytyjskich komedii XXI wieku. Adaptacja powieści Nicka Hornby’ego kupiła mnie humorem, refleksją, aktorstwem. No i warstwą muzyczną.

badly_drawn_boyI tutaj robi się naprawdę ciekawie, bo jej autorem jest tajemniczy Badly Drawn Boy. Byłem przekonany, że to nazwa zespołu. Błąd. Jest to pseudonim Damona Gougha – wokalisty i multiinstrumentalisty nurtu indie, który wcześniej nagrał jedną płytę. Dopiero soundtrack z tego filmu przyniósł mu rozgłos i popularność. 14 utworów, częściowo instrumentalnych, częściowo piosenki jego autorstwa i wykonania. Instrumentalne kompozycje zazwyczaj są krótkie („Exit Stage Right” czy „Wet, Wet, Wet”), ale bogate w dźwięki smyczków, gitary czy fortepianu, a jednocześnie jest to bardzo sympatyczna praca. Piosenki trochę przypominają utwory z lat 90-tych w stylu Oasis („Something to Talk About”), czasem są bardziej współczesne (pulsujący bas i elektronika w „File Me Away”), akustyczne („A Mirror Incident”) albo nostalgiczno-magiczne („Silent Sign”, „Donna & Blitzen”). W dodatku naprawdę bardzo dobrze zaśpiewane.

Zaś kompozycje instrumentalne są dość różnorodne – przede wszystkim są krótkie (poniżej minuty), ale bardzo urokliwe („Exit Stage Right” z cymbałkami czy idący w stronę walca „Dead Duck”). Ale są też dłuższe utwory. Takim na pewno jest „I Love N.Y.E.”, bazujący na melodii z „Something To Talk About” w innej aranżacji czy idący w stronę elektroniki i rapu „S.P.A.T.”

Całość wypada naprawdę sympatycznie i na najbliższą porę roku jest to pozycja idealna. Ciepła muzyka, która sprawdza się w filmie, współtworząc klimat. Naprawdę fajny album.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Terence Blanchard – 25th Hour

25th_Hour

11 września 2001 r. – ten dzień zmienił oblicze świata. Nikt nie spodziewał się, że dojdzie do jakiegoś zamachu terrorystycznego na terenie USA, politycznego i gospodarczego mocarstwa. I że wieże World Trade Center. Jednym z pierwszych filmów opisujących to miasto po zamachu jest „25. godzina” Spike’a Lee. Reżyser wykorzystuje do tego historię dilera narkotykowego (życiowa rola Edwarda Nortona), który spędza ostatni dzień na wolności przed długą odsiadką. Wspomina dawne czasy, próbuje ustalić kto go zdradził i zastanawia się co zrobić.

blanchardTa elegia nad straconym życiem, musi mieć odpowiedni podkład muzyczny. A za ten odpowiada Terence Blanchard – nadworny kompozytor Spike’a Lee. I teoretycznie ten album powinien wynudzić, bo w zasadzie to jeden i ten sam temat – bardzo smutny, wręcz elegijny. Jednak siła tego tematu jest porażająca, a kompozytor tak sprytnie aranżuje, że robi to wrażenie i nie ma tu miejsca na nudę. Bywa ona podniosła („Open Title” – z poruszającymi smyczkami i żeńską wokalizą), skręcająca w jazz (kapitalna druga połowa „Fu Montage”, gdzie do skrzypiec dochodzą kotły i fortepian czy „Playground”) czy idąca w stronę orientu („Brogan’s Bar” czy będący hołdem dla miasta „Ground Zero” z fantastycznymi wokalizami i zapętlającymi się smyczkami pod koniec). Zdarzają się też momenty złagodzenia brzmienia jak w „Bridge” (flety), „Sleeping Is Naturelle” (piękny fortepian) i „Jake’s Happiness” (plumkające smyczki). Ale i tak najlepsze zostawił kompozytor w finale – ponad 10-minutowej suicie („25th Hour Finale”), która podsumowuje całą ścieżkę.

W samym filmie muzyka jest bardziej w tle, współtworząc lekko refleksyjno-nostalgiczny klimat. Jest elegancko, ale i z masą emocji, które są do wychwycenia nawet poza filmem. Ta ścieżka brzmi rewelacyjnie i trochę szkoda, że nie została w pełni doceniona (tylko nominacja do Złotego Globu).

Blanchard popełnił nie zawaham się użyć tego określenia wybitną pracę i udowodnił, jak wiele można wycisnąć mając tylko jeden temat. A w dzisiejszym dniu „25. godzina” brzmi po prostu wyjątkowo. Zarówno film i muzyka z niego to pozycja obowiązkowa dla każdego szanującego się kinomana i melomana. I tyle.

10/10 + znak jakości

Various Artists – Lost Highway

Lost_Highway

Muszę się do czegoś przyznać – nie jestem fanem Davida Lyncha. Mało oglądałem jego filmów, ale jednego nie mogłem temu człowiekowi odmówić – budowania atmosfery i tajemnicy, a że nie mogłem tego rozgryźć („Mulholland Drive”), to inna kwestia. Z jego „mrocznych” filmów zrozumiałem tylko „Dzikość serca”, ale nie skusiłem się na zgłębianie jego dorobku (poza „Diuną”, „Prostą historią” i „Człowiekiem słoniem”, ale są to mało „lynchowskie” filmy). M.in. dlatego nie widziałem „Zagubionej autostrady”, choć jego soundtrack już przesłuchałem i mnie trochę zniechęcił. Ale to było kilka lat temu i mimo nieznajomości filmu, sięgnąłem po niego jeszcze raz.

Wiadomo, że skoro film robi Lynch, to muzyka będzie dziełem Angelo Badalamentiego (za kapitalną „Prostą historię” i „Twin Peaks” – ma dożywotni respekt), jednak tutaj mamy do czynienia z kompilacją mieszającą piosenki z szeroko pojętego nurtu alternatywy z kompozycjami instrumentalnymi. To zawsze wywołuje pewne burzenie klimatu. Nie tutaj, ale po kolei. Zacznę od instrumentalnych kompozycji, za które odpowiadają 3 osoby.

badalamentiO pierwsze wspomniałem – to Badalamenti, który ma tutaj najwięcej, bo aż 7 kompozycji. Jakościowo jednak jest dość nierówno. I jak na tego typu produkcję, brzmi to dość spokojnie. Pierwszą kompozycją (i najlepszą) jest „Red Bats with Teeth”, który zaczyna się dość spokojnie, by potem dzięki saksofonowi eksplodować i zaszaleć. Coś świetnego i szalonego jednocześnie. „Haunting & Hearthbreaking” już bardziej usypia zamiast budować atmosferę (ciężka wiolonczela i stłumiona elektronika) tak samo „Fred & Renee Make Love” czy „Fred’s World”. „Dub Driving” imitujące reggae przykuwa uwagę nieprzyjemną gitarą, zaś cudaczny „Fats Revisited” za pomocą smyczków, fortepianu i elektroniki buduje dość odrealniony klimat, z kolei ostatni jego utwór „Police” to po prostu smyczki imitujące policyjną syrenę.

barry_adamsonDrugim kompozytorem (że się tak wyrażę, bo połowa jego utworów to kompozycje z solowych płyt) jest Barry Adamson – basista i jeden z założycieli zespołu Nick Cave & the Bad Seeds, ale już wtedy działający solo. Raptem cztery kompozycje, ale jakościowo odrobinę lepsze od Badalamentiego. Najbardziej zapada w pamięć dwie części „Mr. Eddy’s Theme” – ponury temat jazzujący ze świetnymi dęciakami, basem oraz pulsującą elektroniką. Pozostałe wypadają całkiem nieźle (rytmiczne „Something Wicked This Way Comes” oraz jazzowe „Hollywood Sunset”), jednak poza ekranem brzmią za spokojnie i są nieczytelne.

reznorNo i twórca nr 3 zaangażowany przy tym projekcie – Trent Reznor. Nagrał tylko 3 utwory (krótkie „Videophone; Questions”, eksperymentalne „Perfect Drug” ze świetną perkusją z Nine Inch Nails oraz psychodeliczne „Driver Down”), jednak jego udział przy tym albumie jest większy, bo pomagał też w doborze piosenek, które wypadają najlepiej (mimo różnorodności gatunkowej tworzą spójna całość).

O ile instrumentalne kompozycje sprawdzają się najlepiej na ekranie, to piosenki bronią się też poza nim, zaś wybór wykonawców jest imponujący – od Smashing Pumpkins (intrygujący „Eye”) przez Lou Reed (pachnący latami 60-tymi „This Magic Moment”) do Marilyna Mansona („Apple of Sodom” i „I Put a Spell on You”) i niemieckiej grupy Rammstein, która wybiła się dzięki temu filmowi na cały świat, zaś klamrą spajającą album jest „I’m Deranged” Davida Bowie pojawiające się dwukrotnie.

Cóż, nadal uważam ten album za nierówny – utwory instrumentalne nie dotrzymują poziomowi piosenek, co wywołuje poczucie misz-maszu. Z drugiej strony jednak całość ma bardzo spójny klimat, tajemnicę i atmosferę Lyncha. Na pewno w filmie ta muzyka się sprawdza, ale jeśli go nie widzieliście możecie się ścieżką dźwiękową rozczarować.

7/10

Radosław Ostrowski

Abel Korzeniowski – Battle for Terra

Battle_for_Terra

Kiedy pochodzący z Polski kompozytor Abel Korzeniowski wyruszył podbić Hollywood, straciliśmy bardzo dobrego twórcę. Napisał niewiele, ale już był bardzo kojarzony i rozpoznawalny („Duże zwierzę”, „Anioł w Krakowie”, „Pogoda na jutro”). Ale początki nie były wcale łatwe, bo zaczął od pisania do bardziej kameralnych filmów. Jednym z nich była animacja SF „Terra” – historia podboju tytułowej planety, gdzie mieszkają pokojowo nastawieni kosmici przez Ziemian, którzy potrzebują miejsca do zamieszkania oraz surowców. Kojarzy wam się z „Avatarem”? Mnie też, choć nie widziałem tego filmu.

korzeniowskiA jak brzmi sama muzyka? Jednym słowem – epicko, a zarazem z etnicznymi wstawkami i klasycznie. Jest orkiestra, są chóry, więc czego trzeba więcej? Kompozycji, a te są piekielnie dobre, zaś suspens też jest budowany dość klasycznymi środkami (szybkie smyczki, rozciągające się dęciaki i perkusja w „Hijacking the Ship”). Nie brakuje też chórów (m.in. „Mala Finds Father”), zaś wyczuwalna jest inspiracja m.in. Jamesem Hornerem, głównie w utworach z wojną w tle („War Begins”, „Battle”) z podniosłymi dęciakami, werblami i etnicznie brzmiącą perkusją. Z kolei tematy poświęcone tytułowej planecie są bardzo delikatne, wręcz baśniowe. Wystarczy posłuchać choćby „Flying with Whales”, gdzie dominują harfa, flety i delikatne chórki. Później wyraźniejsze są smyczki, kotły i perkusja. Podobnie jest w „Life on Terra/First Strike”, gdzie bardzo delikatny początek (flet, klarnet, chór, harfa, smyczki) w połowie zostają zastąpione werblami, nerwowymi smyczkami i ciągnącymi się dęciakami. Równie zaskakujące są dwa krótkie tematy – „Oxygen Test” z różnego rodzaju dzwonkami, cymbałkami i delikatną elektroniką oraz etniczne „Ceremony of Life”.

Mógłbym jeszcze tak się rozpisywać na temat tego soundtracku, ale powiem tylko tyle: Korzeniowski po raz kolejny pokazał poziom, świetny warsztat oraz kreatywność. Można wręcz stwierdzić, że taka muzyka praktycznie zanika. Świetnie to brzmi, po prostu.

8/10

Radosław Ostrowski

Bernard Herrmann – Taxi Driver

Taxi_Driver

Taksówka kojarzy się raczej z jazdą do domu dla osób nie posiadających własnych 4 kółek, gadaniem w trasie. Wszystko się zmieniło w 1976 roku, bo wtedy pojawił się Travis Bickle – taksówkarz, który nie radzi sobie ze snem i chce sam oczyścić miasto ze zła. Martin Scorsese bardzo przekonująco zbudował portret szaleńca w mrocznym, brudnym Nowym Jorku (przełomowa rola Roberta De Niro). Jednak ten film nie miałby takiej siły rażenia, gdyby nie otoczona nie większym kultem od filmu muzyka.

Scorsese zatrudnił do tego filmu kompozytora-legendę – Bernarda Herrmanna, który był znany ze współpracy z Alfredem Hitchcockiem. Kiedy wydawało się, że po zakończeniu znajomości z tym wybitnym reżyserem kariera Herrmanna upadnie, wtedy zwrócili się do niego najpierw Brian De Palma przy „Siostrach” i „Obsesji”, naśladując kino Hitchcocka, a po nim Scorsese. Ścieżkę dźwiękową do tego filmu wydano dwukrotnie – w 1976 i w 1998 roku (rozszerzona), która jest tematem dzisiejszego tekstu.

HerrmannJeśli od strony muzycznej pamiętany jest ten film, to dzięki prostemu, ale zapadającemu w pamięć tematowi przewodniemu, który pokazywany jest dość często – nie tylko w filmie, ale i na albumie. W „Main Title” pojawia się gdzieś w połowie – melancholijny saksofon znajdujący się między marszową perkusją. Jednak zbyt częsta jego powtarzalność – w różnych aranżacjach i fragmentach – może wydawać się zbyt monotonna (jest też wykorzystywany jako temat Betsy), zaś całość jest jeszcze dominowana przez dość suspensową muzykę jazzową. Delikatna perkusja, rozciągające się dęciaki („Thank God for the Rain”, „Cleaning the Cab”), łagodny dźwięk harfy („I Can’t Still Sleep”), mocno uderzające kotły („The .44 Magnum Is The Monster”), werble („Sport and Iris”) – to wszystko poza filmem brzmi dość ciężko. Bazując na pewnym kontraście (mroczny underscore, delikatny saksofon), Herrmann nieźle buduje atmosferę mrocznego miasta, pełnego ćpunów, prostytutek i wszelkiego zła, co czasem się udaje („Assassination Attempt/After the Carnage”), jednak świetnie się to sprawdza tylko na ekranie.

We reedycji albumu, poza ścieżką, utwory 12-18 to rarytasy jak monolog Roberta De Niro w „Diary of a Taxi Driver” z muzyką Herrmanna w tle czy funkowo-jazzujące tematy niewykorzystane w filmie. Słucha się tego z większą przyjemnością, choć w samym filmie ta muzyka by mocno kiksowała. Za to podnosi ona atrakcyjność albumu. Co by nie pisać o tej muzyce, nie jest to Herrmann znany z filmów Hitchcocka, ale i tak warty zapoznania, choć za pierwszym razem może zniechęcić.

7/10

Radosław Ostrowski

Clint Mansell – Stoker

Stoker

Sam film okazał się dla mnie największą niespodzianką tego roku. Dopięte do najdrobniejszego detalu, wyrafinowane wizualnie z zaskakującą fabułą i świetnym aktorstwem. Mało jednak mówiło się o warstwie muzycznej. Nie dlatego, że jest słaba czy nie współgra z obrazem, jednak stanowi ona przede wszystko tło, które jednak czasami się wybija.

mansellPoczątkowo jej autorem miał być Philip Glass, jednak producenci (m.in. bracia Scott) odrzucili jego pracę. Ostatecznie wybór okazał się dość zaskakujący, bo zatrudniono Clinta Mansella. Ten twórca znany jest z muzyki do mniej komercyjnego kina jak „Requiem dla snu” czy „Moon”. W końcu wybór okazał się dobrym, jednak skupmy się na samym wydaniu muzyki dokonanym przez Milan Records, gdzie poza muzyką Mansella jest dość sporo materiału źródłowego (utwory nie pisane przez kompozytora, ale wykorzystane w filmie), który przeplata się z robotą kompozytora. Ale po kolei.

Mansell tym razem jest bardziej konserwatywny i tworzy ilustrację do eleganckiego filmu grozy. Stonowane smyczki, fortepian – te instrumenty będą się przewijać. Pojawiają się już w „Happy Birthday (A Death in the Family)” – ponura melodia grana jeszcze na harfie, basie i cymbałkach, kończąca się łagodną melodią z pozytywki. Dalej jest równie mrocznie i tajemniczo – smyczki przeciągają się, plumkają łagodzone przez różnego rodzaju drewniane dęciaki i fortepian („Uncle Charlie”). Nie brakuje też gwizdu („A Whistling Tune From A Lonely Man”), charakterystycznego dla tego kompozytora wykorzystana gitara elektryczna (końcówka nokturnowego „The Hunter and The Game”) elektronika („Blossoming” czy „The Hunter Plays the Game”), pozornie zaczynając bardzo spokojnie, by w finale nagle podkręcić i „zaatakować” smyczkami („The Family Affair” czy ostatni utwór Mansella „The Hunter Becomes the Game”). Sama aranżacja też zasługuje na uznanie, tworząc pozornie spokojne melodie lub kołysanki, by jakimś drobiazgiem podkręcić atmosferę.

Jednak poza świetną muzyką Mansella, która także broni się dobrze poza filmem, jest parę utworów źródłowych, które nie gryzą się z resztą partytury i nie są tylko zbędnymi dodatkami. To utwory pojawiające się w dość kluczowych momentach – „Duet” Philipa Glassa (duet pianistyczny grany przez Indię i wuja Charliego – pełen niepokoju), „Summer Wine” Nancy Sinatry i Lee Hazlewooda (pocałunek między matką Indii a Charliem) czy fragment opery Verdiego z „Il trovatore”. Jednak najbardziej z tego zestawu zapada w pamięć trip-hopowy „Becomes the Color” Emily Wells.

Mansell napisał zaskakująco dojrzałą pracę, która nie tylko brzmi świetnie w filmie budując mroczny klimat tajemnicy, ale też sprawdza się poza nim i słucha się z niekłamaną przyjemnością. Przesłuchać absolutnie.

8/10

Radosław Ostrowski


Vincent Courtois – Ernest et Celestine

Ernest_et_Celestine

Dość często u nas jest tak, że najciekawsze filmy albo nie trafiają do kinowej dystrybucji, albo odbiór jest bardzo słaby. Jednym z takich filmów jest francuska animacja „Ernest i Celestyna” o przyjaźni myszki sieroty Celestyny z misiem Ernestem. Sam też, niestety nie miałem możliwości zobaczyć tego filmu, jednak sugerując się zdjęciami można stwierdzić, że jest to klasyczna, ręcznie rysowana animacja. Każda animacja, nawet ta klasyczna wymaga odpowiedniej oprawy muzycznej.

CourtoisTym razem zatrudniono osobę, o której nigdy nie słyszałem. Vincent Courtois jest francuskim wiolonczelistą jazzowym, który bardziej znany jest w swoim kraju. I muszę was zaskoczyć, bo jest to muzyka bardzo lekka, jazzująca i niesłychanie przyjemna w odbiorze, a jednocześnie elegancka i pomysłowa, choć w dużej części bazująca na jednym, pięknym temacie. Pojawia się już na samym początku w piosence śpiewanej przez Thomasa Fensena „La chanson d’Ernest et Celestine” – delikatny walczyk zagrany na cymbałki, perkusję, fortepian i klarnet. Utwór ten także kończy ten album w dłuższej wersji. Każde z dwojga bohaterów ma swoje tematy opisane w wariacjach. Temat Celestyny jest leciutki, pełen różnych cymbałków, dęciaków drewnianych (głównie fagotu i fletu), w połowie sam klarnet gra bardzo żwawo, wręcz improwizując i zapętlając się, by pod koniec zaszalały bardzo nerwowe smyczki, uspokojone cymbałkami, akordeonem i fagotem. Z kolei temat Ernesta pojawia się już w piosence „Le chanson d’Ernest” śpiewanej przez grającego misia Lamberta Wilsona – bęben, banjo, akordeon i skrzypce, by pod koniec przyśpieszyć. W wariacjach tego tematu (utwór nr 4), temat zaczyna się dość ospale, by leciutko nabrać żwawszego tempa. Następnie pojawia się poruszające solo na skrzypcach, ze smutną wiolonczelą i wtedy ta sama melodia grana jest na pozytywce z puzonem, fletami i różnymi cymbałkami, by w ostatnich sekundach eksplodowały kotły i smyczki.

Po krótkim temacie Ernesta na fortepianie, pojawia się kolejne „Variations”, tym razem tematu przyjaźni, który jest mieszanką tematu Ernesta (wolniejszym walcu) i Celestyny (łagodniejszy fortepian). Te tematy przeplatają się potem w różnych wariacjach oraz tempie (m.in.  pianistyczne „L’amitie en solo…” czy najdłuższym, zmieniającym tempo „Variations sur le theme du monde du dessous”). Nie brakuje też suspensu (puzonowo-fagotowy „La Grise”, „Les suspects sont arrests” z nieprzyjemnymi kotłami i smyczkami i ponure „L’incendie” z klaenetowo-akordeonowym zgraniem oraz ciągnącymi się smyczkami), jednak brzmi on więcej niż strawnie.

Nie wiem jak ta muzyka sprawdza się w filmie, ale poza nim jest wyczuwalna magia i ciepło, a także sporo serca i frajdy jaką miał kompozytor. Mam wrażenie, że to Amerykanie mogliby się od Europejczyków, a nie odwrotnie. Baśniowy album.

8,5/10

Radosław Ostrowski


Michael Kamen, Queen – Highlander

Highlander_25th_Anniversary_Edition

Może być tylko jeden. – to zdanie mówi wiele każdemu kto widział historię nieśmiertelnego Connora MacLeoda. Nieśmiertelny góral grany przez Christophera Lamberta był bohaterem filmu fantasy Russella Mulcahy’ego (jedyna znana produkcja tego reżysera), w którym łączyły się dwa światy: żywych i nieśmiertelnych, którzy toczą walkę miedzy sobą o Wielką Nagrodę. Mimo upływu lat, film ogląda się z wielką przyjemnością. Drugim czynnikiem decydującym o sławie tego filmu była też warstwa muzyczna.

QueenMówiąc muzyka, wielu od razu zareaguje jednym słowem – Queen. Po części jest to prawda, bo zespół poproszono o napisanie piosenek specjalnie do filmu (zostały one zresztą wydane na płycie „A Kind of Magic”), jednak są tylko współautorami, zaś kompozycje instrumentalne to robota Michaela Kamena, opromienionego sławą dzięki „Brazil” Terry’ego Gilliama. Muzyka z „Nieśmiertelnego” nigdy nie została oficjalnie wydana aż do 2011 roku, kiedy pojawiło się kompletne wydanie (z okazji 25-lecia premiery filmu), którym się zajmuję.

Utwory są tutaj ułożone w kolejności chronologicznej – zarówno score Kamena i piosenki Queen (rock zmieszany z… rockiem) przeplatają się ze sobą, co wydaje mi się jedynym słusznym rozwiązaniem zapewniającym ciągłość. I od czego by tu zacząć? Może jednak od piosenek. Po krótkim prologu Kamena dostajemy mocno uderzenie, czyli „Prince of the Universe”. Większość piosenek zespołu jest właśnie takich – dynamiczne, rockowe energetyki ze świetnymi solówkami Briana Maya jak w „Gimme the Prize” czy surowym „Hammer the Fall”. Jednak zespół nie serwuje tylko ostrego rocka, bo i nie zabrakło tutaj spokojniejszych ballad takich jak bardzo delikatne „One Year of Love” (elegancki saksofon) czy chyba najbardziej znana piosenka stanowiąca temat miłosny – „Who Wants to Live Forever” napisany przez Kamena z pięknymi smyczkami oraz pojawiający się w napisach końcowych „A Kind of Magic”. Nie dość, że te utwory idealnie pasują do tego filmu, to jeszcze poza nim sprawdzają się rewelacyjnie. To po prostu kawał muzyki z wysokiej półki. Jednak zespół nie ograniczył się tylko do napisania piosenek, bo są też utwory instrumentalne w ich wykonaniu jak mroczny „Kurgan’s Wild Ride” ze świetną gitarą, elektroniką i rytmiczną perkusją czy „Kurgan Kidnaps Brenda”, zaś pewną ciekawostką może być „New York, New York” w aranżacji zespołu.

kamenKamen zaś postawił na symfoniczne kompozycje. Najbardziej rozpoznawalnym utworem z tego filmu jest temat głównego bohatera ukryty pod nazwą „Highlander Theme”, który będzie przewijał się parokrotnie na albumie w różnych aranżacjach („Training Montage”, „The Prize Revealed/Epiloge”). To mógł napisać tylko Kamen. Zaczyna się on bardzo spokojnie – delikatnie grające klawisze, wspierane przez chórek, trąbki i harfę zaczyna nabierać na sile, dzięki falującym smyczkom, klarnetom, fanfarom i bębnom z każdą minutą przybierając na sile. Mimo dość częstej obecności, temat ten nie wywołuje znużenia, zaś jego obecność buduje klimat przygody, budując podwaliny pod „Robin Hooda – księcia złodziei”. Równie epickie brzmi „Scotland 1536/The Clan MacLeod” z potężnymi dęciakami i kotłami oraz bardzo ładnymi smyczkami, budującymi klimat średniowiecza. Kompozytor stworzył też parę mrocznego action score’a, który sprawdza się w filmie, jednak poza nim też daje się go słuchać („Incident Under the Arena”, Forge Fight/Kurgan vs Ramirez”). Mogą irytować utwory nieprzekraczające minuty („In the Ancient Artifact Room”, „The Stab”), jednak bardzo płynie przechodzą do następnych utworów.

Jednak po „A King of Magic” album się nie kończy. Otrzymujemy zestaw tematów alternatywnych (sztuk 6) jak symfoniczna wersja „Who Wants to Live Forever” (pod nazwa „Highlander Suite”) z dęciakami, pięknymi smyczkami i chórem śpiewającym tekst refrenu czy „Postlude” z dudami i werblami. Poza tym mamy tematy Kurgana (alternatywny bazujący na „Gimme the Prize” z potężnymi riffami Maya oraz druga wersja oparta na „Prince of the Universe”), Heather (wersja alternatywna z symfonicznym „Who Wants to Live Forever” z delikatnie brzmiącą gitarą oraz druga wersja na pianinie) oraz alternatywne „Kurgan’s Wild Ride”, czyli piosenka „Don’t Lose Your Head”.

Wydanie tego albumu (ok. półtorej godziny) może wydawać się zbyt chaotyczne z powodu przeplatania się dwóch różnych stylistyk – symfonicznej Kamena oraz rockowej Queen. Jednak razem stworzono muzykę z wysokiej półki, która tworzy spójną całość, porywa i jest naprawdę bardzo przyjemna. Nie wypada nie znać tego dzieła.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Dave Porter – Breaking Bad

breaking_bad

Ten serial zrobił wielkie zamieszanie, choć początek miał dość niepozorny. Walter White miał wszystko to, co mogło go określić jako losera. Jest nauczycielem chemii, którego olewają uczniowie, dorabia na stacji benzynowej, syn ma porażenie mózgowe, a wkrótce ma pojawić się kolejne dziecko. Czy może być gorzej? Tak, bo Walter ma raka płuc (nieoperacyjnego). By zapewnić byt swojej rodzinie, razem ze swoim byłym studentem zajmują się… robieniem narkotyków. Tak można opisać pokrótce „Breaking Bad”. Serial ma świetny scenariusz, wyrazistych bohaterów, który są fantastycznie zagrani, a także świetną muzykę (składającą się m.in. z bardzo dobrze dobranych piosenek).

Ale w zeszłym roku wydano ścieżkę dźwiękową do serialu, a jej autorem jest niejaki Dave Porter i zawiera ona najważniejsze tematy z 4 serii/sezonów (niepotrzebne skreślić). Cały problem polega na tym jednak, że o ile w serialu ta muzyka brzmi rewelacyjnie, to poza nim jakoś tak mniej interesująca jest. W całości bazuje na elektronice i ambiencie, która nie należy do najprzyjemniejszej, trochę w stylu Cliffa Martineza.

dave_porterCzym byłby jednak serial bez tematu przewodniego? To, co słyszymy na początku serialu na płycie zostało wydłużone o minutę, dzięki czemu możemy usłyszeć więcej perkusji, westernową gitarę i bas, zmieszane elektronicznymi dźwiękami, które budują odrealniony klimat. Jednak tutaj większość utworów coś tam mamrocze, nie mogąc wychwycić tych dźwięków i zniekształcając lekko tło. Czasem idąc w lekko trance’owe klimaty („Smoking Jesse’s Pot”), czasem wkładając inne instrumenty (fortepian w „Gray Matter”, cymbałki w „The Morning After” czy bębny w „Jesse in Mexico”). Najciekawsze są tutaj utwory z agresywnymi dźwiękami jak „Aztek” (mocna perkusja), „Crawl Space” z lekko „kosmicznymi” dźwiękami czy „Baby’s Coming”. W pozostałych utworach albo jest bardziej wyczuwalny ambient („Disassemble” czy „Three Days Out”) albo jest co najwyżej średnio strawną elektroniką, co nie jest zbyt przyjemne w odsłuchu.

Niemniej praca Portera spełnia swoje zadanie, a to jest podstawa. Że poza nim nie robi już takiego wrażenia, ale to nadal udana robota.

7/10

Radosław Ostrowski