Bill Conti – Rocky

Rocky

Rok 1976 był przełomowy dla Sylvestra Stallone’a. Aktor grający wówczas drobne epizody oraz główne role w pornosach pod wpływem trudnej sytuacji materialnej, napisał scenariusz i zagrał główną rolę w filmie o podrzędnym bokserze, który ma szansę powalczyć o tytuł mistrza. „Rocky” okazał się nie tylko wielkim sukcesem artystycznym (3 Oscary w tym za najlepszy film) i komercyjnym, ale też uczynił Stallone’a gwiazdą. Drugą gwiazdą były bardzo rozpoznawalne fanfary z tematu przewodniego, które zagrzewały do walki.

Ich autorem, a także całej ścieżki dźwiękowej jest Bill Conti, który na zawsze będzie kojarzony z tym filmem, zaś jego muzyka była wydawana kilkukrotnie (ostatnio zremasterowana w 2006 roku). W filmie sprawdza się po prostu rewelacyjnie, choć jest oszczędnie dawkowana, zaś na płycie zajmuje ona nieco ponad pół godziny (wystarczająca długość) i jest bardzo zróżnicowana, więc po kolei.

contiCałość zaczyna się od czegoś, co śmiało można nazwać przebojem nie tylko tego czasu – bazującym na przewodnim temacie (fanfary) „Gonna Fly Now” (nominacja do Oscara) ze świetnymi dęciakami, rytmicznym basem, perkusją, smyczkami i gitarą elektryczną, tworząc mocną mieszankę. Na tym bazowana jest cała muzyka akcji – jest podniosła, dynamiczna i oszczędnie zagrana (nie ma tu orkiestry). Słychać tą dynamikę w „Fanfare for Rocky” (jak nazwa wskazuje, są to fanfary), „Going the Distance” (dzwony na początku) czy „Butkus”, tworząc ciekawą mieszankę funku z nibyorkiestrą. Ma być podniośle i zachęcać do walki.

Druga grupa to muzyka bardziej wyciszona, stonowana, która bazuje na przeciągających się smyczkach i/lub fortepianie w scenach dziejących się poza ringiem. Pojawia się to w „Philadelphia Morning”, a także w najżywszym i eksperymentalnych „Reflections”, romantycznym „First Date”, pięknym „Alone in the Ring” czy lekko barokowym „Rocky’s Reward”. Do tej refleksyjnej grupy dołączają się dwie piosenki – „Take You Back” (śpiewana a capella przy klaskaniu) i „You Take My Heart Away”. Te utwory są ciekawym dodatkiem do muzyki akcji (cała reszta), która razem tworzy mocną mieszankę.

Tematy przewodnie z filmu są wykorzystywane do dnia dzisiejszego przez ludzi, którzy szukają inspiracji i motywacji. I to wszystko jest tutaj, w dodatku zrobione w bardzo lekki sposób. Nie zawaham się powiedzieć, że to najsłynniejsza praca Contiego. Nie wypada nie znać.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Ennio Morricone – The Good, The Bad and The Ugly

Good_Bad_Ugly_Expanded

Najtrudniej jest napisać wbrew pozorom nie o muzyce złej czy słabej, ale o uznanej za klasykę gatunku w dodatku do filmu, który też jest klasykiem, dlatego, że nie da się niczego nowego powiedzieć i zazwyczaj są one traktowane jak coś świętego, wręcz dogmat, którego nie można złamać. Chcę wam opowiedzieć o jednej pracy i filmie, który mimo wieku nadal ma moc, siłę i energię młodzieniaszka. „Dobry, zły i brzydki” to ostatnia część trylogii dolarowej Sergio Leone, która była obalaniem mitów Dzikiego Zachodu. Tutaj jest trzech bohaterów, którzy mają za cel zdobycie skarbu (200 tysięcy dolarów w złocie) skradzionym przez wojsko. I każdy z nich chce go zdobyć, zaś dobry i brzydki są niejako zmuszeni działać w komitywie. Ja jednak nie powiem o filmie (bo to znakomite dzieło), ale o muzyce.

A skoro reżyserem jest Leone, kompozytorem mógł być tylko jeden człowiek – Ennio Morricone. Współpraca z Leonem przyniosła mu trzy rzeczy: sławę, nieśmiertelność i propozycje spoza Włoch. Ale wróćmy do muzyki, która była wielokrotnie wydawana. Najpierw w 1968 roku przez EMI America (ponad pół godziny), potem edycja rozszerzona w 2001 r. przez GDM (dodatkowe pół godziny), aż w 2004 roku Capital Records wznowiło i odrestaurowało wersję rozszerzoną, by zabrzmiała w stereo. I to tą ostatnią posiadam, zaś część tytułów jest w języku angielskim i włoskim.

morriconeA zaczynamy wszystko od nieśmiertelnego tematu przewodniego, który słyszał każdy. „Tupcząca” perkusja, flet, wrzaski, marszowe tempo i gitara elektryczna – mimo upływu lat brzmi on znakomicie i jest na tyle rozpoznawalny, że nie można go pomylić z żadnym kompozytorem i żadnym filmem. Temat ten pojawia się dość często (przynajmniej jego fragmenty w różnych utworach), zaś cała muzyka jest bardziej melancholijna niż pełna akcji, ze spokojnymi utworami zamiast potężnych tematów, niemniej jest ona piękna jak choćby „Marcia” zagrana na harmonijce, do której dołączają gwizdy. Potem pojawia się trąbka, której towarzyszą smyczki i wraca harmonijka, trochę smutniejsza czy też będąca czymś w formie kołysanki „The Story of a Soldier” ze śpiewem, harmonijką, cymbałkami i fletem (także w „Death of a Soldier” – tylko bez śpiewu, ale z wokalizami).

Ale „The Good, the Bad and the Ugly” to także muzyka akcji, która sprawdza się w filmie bezbłędnie budując napięcie. Poza filmem takie utwory zawsze są ciężkie w odsłuchu (chyba, że jest to naparzanka w stylu Hansa Zimmera, gdzie pędzimy na złamanie karku). Tutaj nie ma szaleństw, ale nie zabrakło tu i nerwowych, szybkich smyczków („Sentenza”) czy tak jak w przypadku „Due Contra Cirque” – marszowa perkusja, powolne smyczki, elektronika i krótkie flety (do pierwszej minuty), potem jest środkowy fragment tematu przewodniego i powrót do początku. O dziwo, poza filmem da się tego słuchać, niemniej bez filmowego kontekstu traci ona sporo.

Jednak pod koniec pojawia się drugi „kultowy” temat – „The Esctasy of Gold”, którzy znają też fani Metalliki, gdyż zespół ten każdy swój koncert zaczyna od tego utworu. Spokojny fortepian, do którego dołącza klarnet, smyczki. Wraz z pojawieniem się żeńskiego wokalu, następuje przyśpieszenie, smyczki stają się głośniejsze, dochodzi chór i perkusja. Po prostu perła, zaś finał na cmentarzu też dostał odpowiednią oprawę, która jest mieszanką „The Ecstasy of Gold” (tym razem na gitarze, która też przyśpiesza) z piękną solówką na trąbkę oraz nerwowym rytmem.

Muszę stwierdzić, że wydanie tej muzyki imponuje klimatem, który jest po prostu świetny. Czasami może muzyka akcji wydawać się ciężka, ale i tak jest bardzo słuchalna. Przez wiele lat był to standard w muzyce westernowej, która tak jak sam gatunek jest już raczej na wyginięciu. Nie można nie znać.

9,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Ramin Djawadi – Pacific Rim

Pacific_Rim

Na najnowszy film Guillermo del Toro czeka dosłownie masa ludzi. Ta wysokobudżetowa produkcja o walce mechów z bestiami zbiera dość ciepłe recenzje, a i widownia też powoli dopisuje. Ja filmu jeszcze nie widziałem, ale jak będę miał możliwość opowiem wam. Teraz skupię się na warstwie muzycznej.

A tutaj wieści nie były zbyt dobre, ponieważ na kompozytora wybrano człowieka, który nie ma zbyt wielkiego talentu czy warsztatu, ale jest podopiecznym Hansa Zimmera, który ma szerokie wpływy. Ramin Djawadi nie jest zbyt lubiany ani przez krytykę, ani przez fanów muzyki filmowej, zaś jego najwyższym dokonaniem jest temat przewodni z „Gry o tron” oraz „Postrach nocy”. Tyle wstępu, więc możemy przejść do muzyki wydanej przez WaterTower Music, który zawiera 25 utworów (w większości dość krótkich). Ale czy warto sięgnąć po ten album?

djawadiOdpowiedź jest jedna i niezbyt zaskakująca: nie. Muzyka brzmi jak kolejny twór Remote Control, czyli w cholery elektroniki, sampli, gitary elektrycznej i rżnięcie od Zimmera. Innymi słowy niby jest epicko, ale sztucznie. Tematów w zasadzie nie ma wiele, ma być głośno, dynamicznie i z łomotem. I tak też jest, zaś muzyka akcji bazuje na szybkich i niepokojących smyczkach, uderzeniach perkusji, kotłów oraz dęciaki wzięte z „Incepcji”. Czasem jednak pojawi się pewne urozmaicenie jak chór („The Shatterdome”), delikatna liryka („Mako” z wokalizą Priscilli Ahn i delikatnymi dźwiękami harfy oraz smyczków) czy lekko azjatyckie klimaty („Hannibal Chau”). Jednak żeby nie było aż tak strasznie Djawadiemu udała się jedna rzecz, która jest highlightem tej płyty. To temat przewodni, który może i jest prosty, ale z drugiej chwytliwy, dynamiczny (smyczki i elektronika) ze świetną gitarą Toma Morello (Rage Against the Machine), który z Djawadim już współpracował przy „Iron Manie”.

Jak przyznał del Toro, wybrał Djawadiego, bo „Jego kompozycje są wielkie, ale posiadają też niesamowity rodzaj ludzkiej duszy„. Że co? Chyba mam wrażenie, że słuchaliśmy czegoś innego. Niestety, „Pacific Rim” wpisuje się w nurt ubożenia muzyki w filmie, który się zaczął nasilać w XXI wieku. Zamiast potężnego brzmienia – imitacja, elektronika i sample. Coraz więcej głuchych osób jest w Hollywood.

5/10

Radosław Ostrowski


Pino Donaggio – Passion

Passion_cover

Brian De Palma to filmowiec, który od kilkunastu lat nie jest w najlepszej formie, o czym świadczą nieprzychylne recenzje i słaby odbiór wśród publiczności. Sytuację miał zmienić „Passion” – nakręcony w Europie thriller, będący remakiem francuskiego filmu „Crime d’amour”, w którym czuć rękę reżysera. Postanowił też zatrudnić sprawdzonego kompozytora, z którym zrobił wiele filmów (ostatni 20 lat temu).

donaggioWłoch Pino Donaggio współpracował z De Palmą od „Carrie” aż do „Mojego brata Kaina” (z paroma wyjątkami). Kompozytor podszedł do zadania poważnie, a że jest to thriller wiadomo, że muzyka ma przede wszystkim budować suspens (żegnajcie, melodyjne kawałki), więc poza kontekstem filmowym odbiór będzie dużo gorszy. I jak tu zrobić muzykę? Ano po Bożemu. Smyczki na pierwszym planie, klarnety i fagoty w tle, zmiany tempa – tu się nie tworzy koła. Jest elegancko-dramatycznie, słychać suspens i poza filmem brzmi to całkiem nieźle (w filmie wybrzmiewa to lepiej), zaś jak na thriller jest zaskakująco bogato. I to słychać zarówno w otwierającym „Twin Souls” (smyczki idące w stronę walca i wszelkiego rodzaju dęciaki drewniane) czy „The Breakdown” z ładnym fortepianem. Nerwowo zaczyna się już robić w „Passion Theme”, gdzie podnoszące się i opadające smyczki przygrywają fortepianowi czy w „Know That Know” z pulsującym basem i niskimi dźwiękami smyczek, trochę przypominające temat przewodni z „The Thing” Ennio Morricone. Ale jest jeden utwór, który mocno się wyróżnia na tle reszty.

To napisany wspólnie z Paolo Steffanem (bliskim współpracownikiem Włocha) „Perversions and Diversions”, który łączy w sobie melodyjność z jazzowo-orkiestrową aranżacją (skrzypce, trąbka i saksofon), a jednocześnie buduje suspens (piękne solo saksofonu) i słucha się tego z niekłamaną przyjemnością. Pozostałe utwory napisane ze Steffanem (jazzowo-elektroniczne „Back Issues” z rytmicznym basem oraz „Higher Heels”- elektroniczne cymbałki na froncie), mocno wyróżniają się i robią w filmie za tło, które wybija się. Drugim potężnym kolosem jest mocno suspensowe „Journey Through a Nightmare”, które kapitalnie buduje atmosferę w finale filmu, choć poza nim jest dość trudne w odsłuchu.

Poza tym w filmie jest jedna kompozycja, która pojawia w kluczowym momencie filmu (podzielony ekran, gdzie widzimy balet jak i scenę morderstwa). Wtedy towarzyszy nam kompozycja Claude’a Debussy z „Popołudnia fauna”, która może wydawać się przypadkowa.Debussy napisał ten utwór bazując na poemacie Stéphane’a Mallarmégo. W dziele poety świat rzeczywisty i wyobraźnia mieszają się ze sobą nie do odróżnienia, zaś sam faun zastanawia się, czy nimfy, które gonił nie są tylko wytworem jego fantazji. Utwór towarzyszy w scenie, gdzie przez podzielony ekran widzimy na jednej stronie balet, na drugiej morderstwo, a reżyser zmusza nas do zastanowienia, w którym z tych zdarzeń uczestniczy bohaterka. Jednocześnie w kontekście całego filmu, gdzie reżyser próbuje wodzić za nos i zastanowić się, co jest prawdą, a co iluzją, temat ten może być kluczem do interpretacji filmu.

A teraz najważniejsze pytanie, polecić „Passion” do przesłuchania czy nie. Z jednej strony ta muzyka nieźle się sprawdza w filmie i miewa przebłyski. Z drugiej, nie jest to nic zaskakującego. Jest elegancko, z suspensem i fachowo zrobione oraz kilkoma minutami wartymi czasu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bill Conti – Escape to Victory

Escape_To_Victory

Wiele razy widziałem ten film, w którym dochodzi do meczu między jeńcami wojennymi a Niemcami w 1943 roku. Choć sama historia wydaje się mocno naciągana, Johnowi Hustonowi udało się nakręcić świetny film z wciągającą fabułą, genialnie pokazanym meczem piłkarskim oraz mocną obsadą, gdzie poza gwiazdami kina (Sylvester Stallone, Michael Caine, Max von Sydow), pojawiły się gwiazdy futbolu (Pele, Kazimierz Deyna, Bobby Moore, Osvaldo Ardiles). To już jest kultowe dzieło. Ja jednak zamiast na filmie, skupię się na muzyce.

Została ona wydana w 2005 roku w edycji limitowanej przez Prometheus Records, zawiera ona 42 minuty muzyki, zaś jej autorem jest Bill Conti – doświadczony w boju filmów sportowych (seria „Rocky”), który jest już trochę zapomnianym twórcą. Kompozytor postawił tutaj na wojskowe marsze, inspirując się ścieżkami do filmów z lat 60. i 70. autorstwa m.in. Rona Goodwina czy Jerry’ego Goldsmitha. Może nie jest to zbyt oryginalna ścieżka, ale jak się tego słucha.

contiJuż otwierający film „Victory/Main Title” zaczyna się od porywającej, marszowej perkusji i dęciaków (trochę patosu nie zaszkodziło), a potem temat przejmują smyczki i cymbałki, wracając do dęciaków, a jednocześnie zmienia się klimat oraz tempo (dużo klarnetów, smyczków, trójkąt i marszowa perkusja). Drugi temat, częściowo bazujący na pierwszy towarzyszy naszym „piłkarzom” podczas treningów „The Team Uniforms” zaczyna się marszową perkusją i dęciakami, by potem lekko odsapnąć i zaakacentować cymbałki i lżej brzmiące trąbki, wywołujące uśmiech na twarzy, kończąc całość zapętlającymi się cymbałkami i dzwonkami. Temat ten pojawi się jeszcze w połowie płyty parokrotnie (m.in. w „End Credits”. A po tym utworze pojawiają się najsłabsze utwory na płycie, bo jest to muzyka tworząca napięcie, która poza filmem niespecjalnie się sprawdza – „Match’s Getaway” i „The Paris Express” – gdzie dominują wolno snujące się wiolonczele i smyczki czy „The Team Outing”, który jest ciekawszy tematycznie.

Druga połowa płyty to muzyka, która towarzyszy nam przy meczu piłkarskim (zaczynając od wspomnianego „The Team Outing”). Dramatyczno-elegancki „Krauts on the Roll” podnosi napięcie za pomocą dęciaków w połowie oraz cymbałków i nieprzyjemnych smyczków. To samo jest podtrzymywane przez „Don’t Leave”, by potem pojawił się drugi (po „The Team Uniforms”) najlepszy utwór. „Let’s Get Guys” to taki sympatyczny marsz, który czerpie z „The Team Uniforms” lekko modyfikując i dodając szybkie smyczki i dęciaki, by w kapitalnym finale podnieść na duchu. Reszta utworów (poza „Stark Kick” rozpisanym na instrument dęty drewnianym 5-towcu, który brzmi lekko magicznie) jest wariacją tego tematu. Poza tym mamy jeszcze dodatku alternatywne wersje utworów: „The Team Uniforms”, „Let’s Get Guys” i „Match’s Revenge”.

Conti nadal jednak będzie kojarzony z „Rockym”, ale nie zmienia to faktu, że napisał kilka interesujących ścieżek (m.in. wspominany wcześniej „Pierwszy krok w kosmos”). „Ucieczka do zwycięstwa” to sympatyczna i bardzo przyjemna ścieżka w odsłuchu, a i w filmie też się dobrze sprawdza. Więc czemu by nie posłuchać.

7/10

Radosław Ostrowski

Hans Zimmer – The Lone Ranger

The_Lone_Ranger

Western to gatunek, który w kinie od pewnego czasu jest na wymarciu, a ilość kręconych produkcji na Dzikim Zachodzie maleje i jest dość niewielka. Niemniej raz na jakiś czas pojawia się opowieść o kowbojach, Indianach itp. („3:10 do Yumy” czy „Appaloosa”). Teraz do kin zbliża się „Jeździec znikąd”. Kosztujący 250 mln dolarów film jest opowieścią o zamaskowanym szeryfie (Arnie Hammer), który razem z Indianinem Tonto (Johnny Depp ukryty za kilogramami charakteryzacji) chce pomścić śmierć swoich kompanów. Jednak wieści zza Oceanu nie są zbyt przychylne dla filmu, a jak wypadnie u nas przekonamy się w piątek.

zimmerAle za to już mamy muzykę z filmu, którą wydał Disney. Początkowo reżyser Gore Verbinski zatrudnił jako kompozytora Jacka White’a, ale ten zrezygnował. Więc jego miejsce zajął stały współpracownik Verbinskiego – Hans Zimmer, który ostatnio nie jest w zbyt dobrej formie, jednak ciągle udaje mu się zdobyć zatrudnienie. Już po pierwszych dźwiękach, słychać, że to Zimmer – tego nie można pomylić z nikim innym, nawet jeśli ma to być praca w westernie. Mieszanie instrumentów z elektroniką, dużo sampli i dynamiczna muzyka akcji polegająca na „dociskaniu gazu” – to wszystko już było wcześniej. O dziwo Zimmer radzi sobie naprawdę dobrze, choć nie obyło się bez autocytatów i inspirowania się ostatnimi pracami, zaś instrumentarium jest typowe zarówno dla kompozytora, jak i dla gatunku (smyczki, dęciaki, flety, gitara elektryczna, elektronika).

Otwierające album „Never Take Off the Mask” jest tak naprawdę przystawką – krótką i dość spokojną. Ale już w „Absurdity” następuje przyśpieszenie (przeciągające dęciaki, szybka perkusja i smyczki), a pierwsze takty przypominają „Discombobulate” z „Sherlocka Holmesa”. Nie brakuje podniosłości (smyczki w „Silver”), czysto westernowego brzmienia (gitara elektryczna i dęciaki w „Ride”) czy kompletnego luzu i szaleństwa („Red’s Theater of the Absurd” – jedyny utwór White’a,  grany na banjo, dęciaki, skrzypce i fortepian czy „Finale”, będący przearanżowaną wersją uwertury z „Wilhelma Tella” Pucciniego). Żeby jednak nie było tak dobrze pojawiają się też suspensowe fragmenty (smyczki i kotły w „You’ve Looked Better”) czy pełna dynamiki muzyka akcji („The Railroad Waits for No One”), gdzie Zimmer serwuje bardzo charakterystyczne dla siebie momenty chaotycznego rozgardiaszu, zmianę tempa, trzaski, szybkie smyczki i mocną perkusję, a także cytuje fragment tematu pana Harmonijki z filmu „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” (pod koniec „The Railroad Waits for No One” i „You’re Just a Man in the Mask”).

Jak sprawdza się sama muzyka w filmie, będziemy mogli się przekonać już w najbliższy piątek, kiedy „Jeździec znikąd” trafi do naszych kin. Poza ekranem prezentuje się całkiem przyzwoicie i potrafi zagwarantować niezłą zabawę. Nie jest to może najlepszy Zimmer, ale nadal potrafi stworzyć solidną pracę.

7/10

Radosław Ostrowski


Gustavo Santaolalla – The Last of Us

The_Last_of_Us

Apokalipsa i zagłada ludzkości – ten temat był wałkowany wielokrotnie w filmach i grach. Teraz pojawiła się kolejna gra. „The Last of Us” to historia Joela i Ellie, którzy żyją w świecie opanowanym przez wirusa zmieniającego ludzi w bezmózgie istoty. Niestety, nie miałem możliwości zapoznana się z grą (brak konsoli Playstation 3), jednak został też wydany album z muzyką do gry.

A jej autorem jest dwukrotny zdobywca Oscara – Gustavo Santaolalla, co wpisuje się w trend zatrudniania kompozytorów muzyki filmowej do pracy przy grach komputerowych (m.in. Angelo Badalamenti przy „Fahrenheit”). Jednak Santaolalla to kompozytor wręcz minimalistyczny, z oszczędnym instrumentarium, a jego muzyka silnie współgra z obrazem, choć poza nim nie jest już tak przyjemna. Utworów jest ogólnie 30, a muzyka ma zbudować klimat beznadziei w post-apokaliptycznym świecie oraz alienacji. Sama muzyka opiera się przede wszystkim na gitarze, grającej smutne kompozycje jak otwierające album „The Quarantine Years (20 Years Later)” będąca tematem pojawiającym się parokrotnie. Poza gitarą jednak pojawiają się równie melancholijne skrzypce („All Gone (Alone)”,”The Last of Us (Never Again)” ), fortepian („The Way It Was”), bardzo nieprzyjemna elektronika („Breathless”, „The Outbreak”) czy perkusja (nasilająca się w „I Know What You Are”). Atmosfera jest nieprzyjemna, zaś muzyka słuchana poza ekranem telewizora jest dość trudna w odbiorze. To jeszcze można by przełknąć, gdyby nie jeden istotny fakt – montaż płyty. Bo duża część utworów trwa krócej niż dwie minuty, co trochę rozbija spójność. Kompozycje te szybko się kończą i nie są w stanie się rozkręcić („O Know What You Are”), co wydaje się odrobinę pozbawione sensu. Zaś sam styl kompozytora nie jest dla każdego.

Mogę się założyć, że muzyka w grze brzmi bardzo dobrze. Poza nim dzieło Santaolalli brzmi więcej niż solidnie, choć nie jest to muzyka dla każdego. Niemniej jest to praca, z którą należy się zapoznać, by przekonać się o jakości debiutu tego kompozytora w świecie gier.

7/10

Radosław Ostrowski


Blues Brothers

Blues_Brothers

Ta ekipa powstała w programie kabaretowym Saturday Night Live w połowie lat 70. Doszło nawet do tego, że wydali płytę z muzyka rhythm’n’bluesową. Odniosła ona tak wielki sukces, że w 1980 roku powstał o nich film – jedyny w swoim rodzaju. Mowa oczywiści o „Blues Brothers” – jednej z najlepszych komedii muzycznych jakie widziałem. Sama fabuła była dość prosta – bracia Blues muszą zebrać 5 tysięcy dolców, bo inaczej zamkną sierociniec, w którym się wychowywali. W tym celu decydują się na reaktywację zespołu grającego starego rhyth’n’bluesa. Zadanie nie będzie łatwa, bo braciszkowie będę musieli zwiewać przed glinami, neonazistami i tajemniczą kobietą, która chce ich zabić.

Jedną z przyczyn sukcesu tego filmu jest muzyka, która została wydana przez Atlantic Records w 1980 r. Znajduje się tu 11 utworów (tak naprawdę piosenek + jeden instrumentalny utwór). Co mogę o tych utworach powiedzieć? Nierozerwalnie łączą się z filmem i można ich słuchać także bez znajomości filmu, a także że są to piosenki przerobione na bluesową modłę. Zaś wykonuje je Blues Brothers Band, czyli na wokalu Dan Aycroyd i John Belushi (obaj są fantastyczni zarówno razem jak i oddzielnie). Dęciaki, perkusja, bas i klawisze współgrają ze sobą idealnie, tworząc bardzo energetyzującą mieszankę. Tu już słychać w „She Caught the Katy”, a potem jest jeszcze ciekawiej, bo są tu kultowe „Everybody Need Somebody to Love” (wprowadzenie Aycroyda przeszło do historii) i nieśmiertelne „Sweet Home Chicago” ze świetnymi solówkami instrumentalnymi w połowie utworu.

Jednak nie wszystkie utwory śpiewają bracia Blues. Nie zabrakło tutaj też ikon gatunku, którzy grają dość kluczowe role jak Ray Charles jako właściciel sklepu muzycznego („Shake a Tail Feather”), Aretha Franklin – żona jednego z muzyków (soulowe „Think”) czy James Brown, czyli charyzmatyczny ojciec Kleofas (gospelowe „The Old Landmark”). Jest różnorodne, bogato i energetycznie.

Mógłbym jeszcze opowiedzieć więcej o tym albumie, ale jako fan nie jestem obiektywny w tej kwestii, więc powiem krótko. Jeśli kochacie dobrą muzykę – nieważne czy to rock, blues, jazz, pop, rap czy muzykę klasyczną – MUSICIE po prostu ją mieć. Przesłuchanie jej to misja od Boga.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Howard Shore – The Game

the_score

„Rozgrywka” Franka Oza to kryminał o planowanym ostatnim skoku, którego celem jest cenne berło. Jednak Nick złodziej i właściciel nocnego klubu tym razem ma do pomocy młodego chłopaka Jacka, któremu nie ufa. Niby takich opowieści widzieliśmy wiele, ale jednak Ozowi udało się stworzyć naprawdę dobry film. Pytanie czy muzyka też jest udana i okazała się dobrym złodziejem czasu.

Howard_ShoreJej autorem jest Howard Shore – Kanadyjczyk, który jest najbardziej kojarzony z trylogią „Władca Pierścieni” oraz eksperymentalnymi pracami do filmów Davida Cronenberga. Jednak tym razem kompozytor trochę zaskoczył swoich fanów, bo stworzył dość przystępny album, gdzie wykorzystał do pomocy niewielką orkiestrę (głównie smyczki) oraz zespół jazzowy (trąbka, perkusja, kontrabas i lekko brzmiąca elektronika). To drugie może wydawać się dość nietypowe dla tego kompozytora, ale w konwencji tego filmu jest trafieniem prosto w tarczę, zaś sama płyta trwa nieco ponad 30 minut, więc nie ma tu miejsca na nudę. Ale po kolei.

Pierwsze, co rzuca się w oczy to temat przewodni pojawiający się jak tradycja nakazuje w „Main Title”, gdzie pierwsze skrzypce gra trąbka z kontrabasem i rytmiczną perkusją, zaś w tle towarzyszą im smyczki z dęciaki. Temat ten będzie pojawiał się jeszcze parokrotnie w różnych aranżacjach (m.in. kończącym album „Bye Bye”), dla wielu osób może nawet zbyt często. Mimo to całość brzmi naprawdę elegancko i bardzo stylowo jak we „Flashback” (z marimbą oraz fletem) czy „Recon”. Napięcie zaś jest potęgowane w „Ironclad” (nerwowy kontrabas i smyczki) oraz w kompozycjach opisujący cały skok, tworząc wielki finał.

„The Score Begins” zaczyna perkusja wspierana przez dęciaki, „Set Up” to popis nerwowych smyczków oraz delikatnego fortepianu i trąbki dla kontrastu, „Run Late” to marimba wspierana mocnymi dęciakami oraz trzaskami i elektroniką zmieszaną z kontrabasem z każdą sekundą przyśpieszająca, zaś najbardziej słychać to w najdłuższym „Suspended”, który zaczyna się ostro brzmiącymi smyczkami i trąbką, bardzo szybkim kontrabasem, marszowo brzmiącymi dęciakami i smyczkami, które zapętlają się i przyśpieszają. Perkusja wtedy również przyśpiesza, a trąbka robi za tło. Bardzo szybkie i dynamiczne 7 minut, a czas mija jak z bicza strzelił, kończąc wszystko podniosłym „Bye Bye”.

Shore po raz kolejny zaskoczył i napisał jedną ze swoich bardziej przystępnych partytur, która jednocześnie sprawdza się w filmie jak i poza nią. „Rozgrywka” nie jest może czymś zaskakującym, ale to bardzo przyjemna muzyka jazzowa napisana do filmu. Album nie tylko dla fanów kompozytora.

7,5/10

Radosław Ostrowski


David Arnold – Four Brothers

Four_Brothers

Są takie filmy, które są zapominane i przechodzą przez ekran oraz świadomość kinomanów bez echa. Takim filmem byli „Czterej bracia” Johna Singletona – solidnie zrobiony film sensacyjny z zemstą w tle, który oglądałem z niemałą frajdą. Jednak o filmie już mówiłem, więc teraz pora skupić się na muzyce.

Jej autorem jest David Arnold – brytyjski kompozytor, który już współpracował z Johnem Singletonem przy filmach: „Shaft”, „Baby Boy” i „Za szybcy, za wściekli”. Kojarzony jest przede wszystkim z filmami o Bondzie oraz z serialu „Sherlock”. Tutaj zaś kompozytor postanowił pójść w stylistykę kina sensacyjnego z lat 70. trochę zahaczając o Lalo Schifrina – czyli jazzowo-funkową ścieżkę, gdzie orkiestra w zasadzie jest zredukowana do smyczków i dęciaków.

Aarnold słychać to już w otwierającym album, ale nie wykorzystanym w filmie „Four Brothers”, gdzie poza wspomnianymi instrumentami swoje daje funkowa gitara, delikatna elektronika oraz perkusja, z której temat będzie dość często się przewijał (m.in. w „Thanksgiving” z fletem oraz „czarnym” żeńskim wokalem). Zaś równie istotna jest tu muzyka akcji budowana w starym stylu za pomocą nerwowych i przeciągających się skrzypiec wspieranych dęciakami, perkusją i basem jak w „Holding Court” czy najbardziej dynamicznym „Shoot Out” (gdzie dochodzi do tego jeszcze elektronika i fortepian). Całość wypada bardzo spójnie i atrakcyjnie, nawet jak pojawiają się utwory niewykorzystane w filmie („400k Plan”, kończące album „Rebuilding the House”), co w przypadku tych utworów jest dość zastanawiające.

Niby nie jest to nic nowego, zaskakującego czy oryginalnego, ale Arnold napisał bardzo ciekawą i interesującą muzykę, która w filmie sprawdza się świetnie. Połączenie starych metod z nowoczesnymi brzmieniami, stworzyło ciekawy klimat, a i na płycie też słucha się tego z niekłamaną przyjemnością. Bardzo udana płyta Anrolda spoza cyklu o agencie 007.

7,5/10

Radosław Ostrowski