VA – (500) Days of Summer

500_Days_of_Summer

Kiedy wydawało się, że komedia romantyczna mocno skostniała, bo to gatunek wbrew pozorom trudny do zrealizowania, w roku 2009 stała się rzecz niezwykła. Pokazana została amerykańska niezależna komedia romantyczna, która wywróciła konwencja do góry nogami, oblana słodko-gorzką polewą i wnikliwą obserwacją. Film zebrał entuzjastyczne recenzje, kilka nagród (m.in. nominacje do Złotego Globu) i spodobał się wielu osobom na całym świecie (autor tego tekstu też jest fanem tego filmu). Producenci doszli do wniosku, że świetnym pomysłem będzie wydanie soundtracku z tego filmu.

Album ten jest pozornie typową składanką jakich wiele, która zawiera piosenki wykorzystane w filmie i ułożone w kolejności chronologicznej. Ale piosenki nie są zbyt często grane w radiu i nie są to wielkie przeboje, co jest sporą zaletą, bo szansa na spotkanie tych piosenek poza filmem jest mało prawdopodobne. Gotowi na jazdę? Bo w przypadku tej kompilacji, znajomość filmu nie jest aż tak niezbędna, ale dzięki temu odbiera się ten album, który i tak jest znakomity jeszcze bardziej. Po kolei jednak, bo się zagalopowałem.

Album ten zaczyna jedyna instrumentalna kompozycja z partytury napisanej przez Mychaela Dynnę i Roba Simensona – „A Story of Boy Meet Girls”. Jest to ładny utwór z elektronicznym gwizdem, harfą i delikatnymi smyczkami, którym towarzyszy głos narratora z prologu (nie wszystkim może się spodobać, choć sama „nawijka” bardzo interesująca). Potem pojawia się wykorzystana w napisach końcowych Regina Spector z „Us” (bardzo szybki fortepian, smyczki i interesujący wokal, który jeszcze pojawi się w piosence „Hero”). Istotna dla filmu jest miłość obojga bohaterów do zespołu The Smiths, który pojawia się tu aż trzy razy („There Is a Light That Never Goes Out” i dwa razy „Please, Please, Please, Let Me Get What I Want” – raz zespół, drugi raz w niezłym coverze She & Him, czyli Zooey Deschanel i M. Warda) i są to bardzo smutne piosenki. A dalej jest tu stylistyczny rozgardiasz, który brzmi przynajmniej bardzo dobrze. Od rockowego zacięcia („Bad Kids” Black Lips, „There Goes the Fear” Doves czy „She’s Got You High” Mumm-Ra) przez spokojniejsze (akustyczne „Quequ’un M’a Dit” Carli Bruni czy szybkie „Sweat Desposition” The Temper Trap) aż po lekkie zacięcie elektroniczne („You Make My Dreams” Hail & Oates czy „Here Comes Your Man” Maeghan Smith).

Owszem, można się przyczepić, że utwory są dobrane na zasadzie szybki/wolny i przetasowania, ale to jedyna poważna wada. Drugą są dwa lekko odstające poziomem od reszty utwory. Są to wspomniany już przeze mnie cover The Smiths w wykonaniu She & Him oraz najkrótszy w zestawie „Bookends” duetu Simon & Garfunkel, będący fragmentem ścieżki dźwiękowej do „Absolwenta”. Całość brzmi po prostu rewelacyjnie z filmem/bez filmu i współtworzy klimat filmu. Jeśli oglądaliście film i poczuliście się wniebowzięci (inny wariant trudno mi sobie wyobrazić), płytę nabyć musicie. Bardzo często wracam do tego albumu. Czyżbym się zakochał w tej składance?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Various Artists – Batman Forever

Batman_Forever

Trudno mi sobie wyobrazić człowieka, który nie wiedziałby kim jest Batman? Ten heros popkultury był wielokrotnie powoływany do kinowego życia (ostatnio wskrzeszony w trylogii przez Christophera Nolana), ale najbardziej znana i najwyżej oceniane były film zrealizowane przez Tima Burtona. W 1995 roku pojawiła się trzecia część serii o Człowieku-Nietoperzu, tym razem zrealizowana przez Joela Schumachera, który gotycki i ponury klimat zrobił bardziej komiksowy, kiczowaty oraz patetyczny. A jak z muzyką?

Tu doszło do czegoś, co w przypadku poprzednich filmów w ogóle nie miało miejsca – wydano dwie płyty. Jedna z partyturą zastępującego Danny’ego Elfmana na tym stołku Elliota Goldenthala i składanka z piosenkami. Akurat wpadło mi w ręce to drugie. I wiecie co? Efekt jest taki sobie. Dla mnie jest to trochę zbyt duży misz-masz, poza tym same utwory trochę nijakie i pozbawione siły. Druga sprawa, to brak jakiejkolwiek kompozycji Goldenthala, który w formie symbolicznej mogłaby się pojawić (najlepiej temat przewodni).

A co broni się najbardziej? Dwie najbardziej rozpoznawalne piosenki z tej płyty i tego filmu – „Hold Me, Thrill Me, Kiss Me, Kill Me” U2 (piosenka przewodnia) oraz ładna ballada „Kiss from a Rose” Seala. Z pozostałych 12 utworów wybija się punkowe The Offspring („Smash It Up”), Massive Attack („The Hunter Get Captured By The Game”) i jeszcze można dodać zadziornego Nicka Cave’a („There is a Light”). Tym większa szkoda, bo jest tu paru znanych wykonawców, m.in. PJ Harvey i Michael Hutchcence w dziwacznym coverze „The Passenger”. O reszcie nawet nie warto wspominać, bo to przeciętne piosenki.

To jedna z wielu kompilacji, których na rynku jest pełno. Cztery piosenki na 14 to trochę za mało, by nazwać ten album udanym czy nawet ciekawym. Szkoda czasu i pieniędzy.

4/10

Radosław Ostrowski


Gabriel Yared – Troy (rejected score)

troy

Pamiętacie taki film „Troja”? Film Petersena był dość solidną wariacją na temat wojny trojańską i próbą bardziej realistycznego pokazania historii. Moim zdaniem całkiem udaną, dobrze zagraną (z jednym wyjątkiem, o którym nie będę wspominał) i zrealizowaną z odpowiednim rozmachem.

Chciałbym powiedzieć to samo na temat muzyki, ale James Horner nie popisał się zbytnio. Muzyce brakowało rozmachu i epickości, w dodatku kompozytor kopiował samego siebie (z niezbyt dobrym skutkiem). Ale tak naprawdę Horner zastąpił pewnego kompozytora, którego praca została odrzucona. Był nim Gabriel Yared, który po premierze filmu na swojej stronie internetowej zbierał podpisy do producentów z prośba o wydanie jego muzyki. Nie zrobiło to jednak na nich żadnego wrażenia, jednak muzyka ta została wydana w formie bootlegu (nieoficjalnie – zazwyczaj takie wydania są nie najlepszej jakości dźwięku). To wydanie zawiera 77 minut muzyki i po jej przesłuchaniu zastanawiam się jakim cudem można było to odrzucić?

yaredTo, co zrobił Yared pasowało wręcz idealnie do filmu i było takie jak być powinno – z rozmachem, potężnymi uderzeniami dęciaków i perkusji, liryczna i stonowana tam, gdzie taka być powinna a emocje leją się tu strumieniami. Już to słychać w otwierającym album „Approach of the Greeks” z ponurymi dęciakami i smyczkami (lekko walcowate), wspieranymi przez chór i równo walące kotły. Dalej jest jeszcze bardziej epicko, rzadko zdarzają się momenty wyciszenia (połowa „Achilles’ Destiny”), wsparcia instrumentami etnicznymi (flety i perkusja w „Sparta” czy wrzask kobiecy w „Mourning Woman”) i nie obyło się bez liryki („Helen and Paris” z harfą, fletami i delikatnymi smyczkami oraz „Achilles and Briseis”), akcji („D-Day Battle”, „Thousand Ships” czy „Battle of the Arrows”, gdzie instrumenty pędzą na złamanie karku i towarzyszy im chór). Tu się dzieje wiele, a nawet pojedynek Achillesa z Hektorem dostał odpowiedni i bardzo dynamiczny temat, a zmiana tempa w przypadku długich kompozycji to norma („The Sacking of Troy” i „Achilles’ Death & Finale”).  Najciekawsze jest jednak to, że tego słucha się z niekłamana przyjemnością i naprawdę szkoda, że ta muzyka nie pojawia się w filmie.

Yared po raz kolejny udowodnił, że jest jednym z najciekawszych kompozytorów. Aż dziwnym się wydaje, że muzyka ta została odrzucona. Brzmi rewelacyjnie, ma epicki rozmach, jest podniosła tam, gdzie trzeba i wyciszona w odpowiednich miejscach. Naprawdę chciałbym obejrzeć „Troję” ze zmontowaną muzyką Yareda, bo odbiór wtedy byłby lepszy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

The Great Gatby (Deluxe Edition)

the_great_gatsby

Kino lubi opowiadać historie, które już znamy. Tym razem Baz Luhrman podjął się własnej adaptacji „Wielkiego Gatsby’ego”. Filmu jeszcze nie widziałem, ale w ręce wpadł mi soundtrack, który wydawał mi się równie interesujący, co sam film.

Producentem wykonawczym (czyli takim nadzorującym) jest niejaki Jay-Z i zgodnie z poleceniem reżysera wcisnął w lata 20. i 30. muzykę jak najbardziej współczesną. Rozrzut wykonawców i stylistyk jest po prostu obłędny i każdy powinien znaleźć coś dla siebie. Nie brakuje klasycznego orkiestrowych dźwięków („Young and Beautiful” Lany Del Rey z elektronicznie zmodyfikowaną perkusją), rockowej gitary („Love is Blindness” Jacka White’a, którego wokal zazwyczaj mnie drażni, ale nie tutaj), jazzu z epoki (Brian Ferry Orchestra – najpierw w stylowym coverze „Crazy in Love” Emeli Sande ze skreczami i w „Love is the Drug”, a potem jeszcze w samplach do niezłego „Bang Bang” will.i.ama oraz średnio udanego „A Little Party Never Killed Nobody (All We Got)” z mocno wkurzającymi elektronicznymi bajerami) rapu („No Church in the Wild” Jay-Z i Kanye Westa czy otwierający „100$ Bill” Jay-Z) czy elektroniki („Together” The xx). Można poczuć się lekko skonsternowanym, ale całość o dziwo trzyma poziom i to naprawdę wysoki.

Wydanie deluxe, które posiadam różni się kilkoma rzeczami. Po pierwsze zawiera dodane dialogi, co samo w sobie może wydawać się zbędne. Dwa jedna dodana piosenka, czyli pojawiająca się w zwiastunie „No Church in the Wild”. Po trzecie dwa utwory w innych jeszcze wersjach (elektroniczna wersja „Over the Love” Florence + The Machine z SBTRKT oraz „Young and Beautiful” Lany Del Rey w wersji symfonicznej), które może i wydają się zbędne, ale dla mnie brzmią równie ciekawie jak oryginały. Po czwarte jest jedna kompozycja Craiga Armstronga – kompozytora współpracującego z reżyserem od początku. Utwór ten z bardzo lirycznym solo na skrzypcach („Gatsby Believed In the Green Light”) prezentuje się naprawdę dobrze.

Ogólnie podsumowując, jest to bardzo ciekawa kompilacja. Nie wiem jak się ona sprawdza w filmie, ale na płycie słucha się tego wręcz wybornie. Owszem zdarzają się słabsze momenty (dosłownie 2), ale mimo tego „Wielki Gatsby” trzyma fason, co w przypadku kompilacji nie jest łatwe.

8/10

Radosław Ostrowski

Carmine Coppola – The Godfather Part III

The_Godfather_III

Minęło prawie 20 lat, odkąd widzieliśmy dona Michaela Corleone, który po rozstaniu z żoną, nadal próbuje zalegalizować mafię, jednak teraz podejmuje się rozliczenia z samym sobą i decyduje się przejść na emeryturę. Trzecia część mafijnej opowieści uważana jest za najsłabszą część, która równie dobrze mogłaby nie powstać. Zgadzam się z tym, ale jednak dość zgrabnie kończy historię Michaela i wprowadza mafię w nową epokę.

Nowa część, nowe realia i nowy kompozytor. Dobra, z tym ostatnim może przesadziłem, ale tym razem za warstwę muzyczną odpowiadał Carmine Coppola, gdyż Nino Rota zmarł 10 lat wcześniej. Ojciec Francisa Forda, który pracował ze swoim synem przy poprzednich częściach sagi oraz przy „Czasie apokalipsy”, wykorzystał swoją szansę, za co otrzymał nominację do Złotego Globu.

carminecoppolaCoppola senior miał jednak trochę łatwiej, bo bazował na motywach Roty i znów pozmieniał trochę legendarne nuty jak temat Michaela w ładnym „Michael’s Letter” czy „Marcia Religioso” – temat z „Murder of Don Fanucci” z części drugiej rozpisany na chór. Jednak potrafił też ciekawie zaaranżować znane tematy jak choćby skrzyżował temat miłosny z imigranckim („The Immigrant/Love Theme from The Godfather Part III”) oraz pojawiającego się dwukrotnie walca ojca chrzestnego. Cala zaś „chrzestna” muzyka zostaje podsumowana w „The Godfather Intermezzo” oraz kapitalnym, kończącym album „Coda: The Godfather Finale”.

Ale żeby jednak nie było tylko repetowanie, pojawia się tu trochę nowych tematów. Pierwszy to temat Vincenta, uczącego się na następcę Michaela, trochę narwany kozak, dostał bardzo posępne i mroczne smyczki w towarzystwie mandoliny. Równie ponury jest „Altobello”, który bazuje na muzyce suspensu z pierwszej części (tu grają dęciaki, smyczki oraz flety w towarzystwie kotłów). Ale brakuje tutaj muzyki stricte akcji, co troszkę osłabia ten album. Także pojawiające się tu akcenty etniczne (utwór nr 11) oraz będąca bardzo istotna dla wydarzeń filmowych opera „Cavaallera Rusticana”, którą kompozytor zaaranżował w 4 częściowych utworach poza filmem nie broni się specjalnie. Sytuacji nie ratują dwie eleganckie i stylowe piosenki, czyli „To Each His Own” Ala Martino i bazujący na temacie miłosnym „Promise Me You’ll Remember” Harry’ego Connicka Jra, które jednak pochodzą trochę z innej epoki niż opowiedzianej przez film (lata 70.).

Mimo tych wad, trudno uznać trzecią część „Godfathera” za porażkę, bo jednak jest bardziej spójny i nie ma takiego chaosu jak w poprzednich płytach, gdy po przejmującej kompozycji dochodziło nas radosne, włoskie granie wprost z ulicy. To kawał naprawdę dobrej pracy, a nie tylko zwykła powtórka z rozrywki, która powinna zwrócić uwagę zarówno starych wyjadaczy, jak i dopiero zaczynających przygodę z muzycznym półświatkiem.

8/10

Radosław Ostrowski


Nino Rota, Carmine Coppola – The Godfather Part II

godfather_2

Dwa lata po tym jak Michael Corleone został Donem, powstał ciąg dalszy jego losów, które przeplatały się z młodością jego zmarłego ojca. „Ojciec chrzestny II” jest udanym sequelem, którego z książką łączą tylko sceny opisuje Vita Corleone zanim został twardym mafiozo, zaś reszta to wymysł twórców. Film ogląda się znakomicie, choć wydaje mi się trochę słabszy od pierwszej części. Ale nie zmieniło się jedno – nadal miał świetną muzykę.

rotaJej autorem tak jak w przypadku poprzednika był Nino Rota. Muzyka ta pozornie nie różni się zbytnio od tego, co słyszeliśmy w poprzedniej części i parę tematów się powtarza (charakterystyczna trąbka otwierająca album i film), ale nie ma tu mowy o jakiejkolwiek nudzie czy wtórności, co to, to nie. Rota zmienia aranżacje („Remebering Vito Andolino” to przerobiony temat miłosny), tworzy kilka nowych tematów i trochę zmienia atmosferę, czyniąc muzykę bardziej liryczną i stonowaną, wręcz nostalgiczną, co wynika m.in. ze sporej ilości retrospektyw.

W zasadzie jedyną żywszą kompozycją jest „A New Carpet”, gdzie temat główny przeplatany jest z szybkimi uderzeniami pianina, fletów i  fagotów oraz wplecione w score podkreślające „włoski klimat” utwory z ulicznych tańców i festynów oraz piosenek, za które odpowiada Carmine Coppola, ale jeszcze do nich wrócimy. Całość brzmi znakomicie. Czuć to zarówno w temacie Kay (nazwany, a jakże by inaczej „Kay”), Michaela („Michael Comes Home”), Vito („The Immigrant”, który pojawi się tu parę razy) czy choćby będącego czymś na kształt kołysanki „The Godfather at Home” (dziecięcy chór, solo smyczków i temat przewodni grany na cymbałkach). Tworzy to tak piękną całość z filmem, że nie można się od tego uwolnić, a wszystkie tematy spotykają się w „End Title”.

carminecoppolaAle żeby nie było tak słodko, to nie jest idealny album jak poprzednik, choć dłuższy. Carmine Coppola postarał się zbudować klimat za pomocą piosenek, ale o ile w filmie sprawdza się to świetnie, robiąc za tło i budując nastrój, o tyle na płycie wprowadzają pewien chaos i burzą klimat budowany przez Rotę. Najlepiej z tych utworów wypada „Murder of Don Fanucci” (ponure trąbki i marszowa perkusja ze sceny egzekucji dona Fanucci przez Vita), zaś reszta już o wiele mniej mi się podobała.

Nie zmienia to jednak faktu, że to znakomity soundtrack, który każdy szanujący się kinoman mieć powinien. W filmie sprawdza się znakomicie (co potwierdza zasłużony Oscar, choć dziś ta nagroda wywołuje spore kontrowersje), wydanie też jest porządne i dźwięk też jest dobrej jakości. Co tu jeszcze robicie przy komputerze? Szukacie muzyki w sklepach internetowych? I dobrze.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

James Horner – Field of Dreams

Field_Of_Dreams

Jeśli to zbudujesz, on wróci – te słowa mocno zmieniły życie Raya Kinselli, zwykłego farmera. Pod wpływem tego głosu, mężczyzna na swoim polu buduje boisko do gry w baseball. Wtedy na boisku pojawia się postać „Bosonogiego” Joe Jacksona, skazanego na dożywotni zakaz gry. Jednak głos znów się pojawia i Ray próbuje rozwiązać tajemnicę. Tak można streścić fabułę filmu Phila Aldena Robinsona z 1989 roku. Więcej nie zdradzę, ale powiem tylko, że to przykład znakomitego kina, w którym pokazana jest miłość do baseballa, a jednocześnie bardzo poruszająca historia obyczajowa. Ja jednak skupię się na warstwie muzycznej, którą wyróżniono nominacją do Oscara.

hornerJej autorem jest James Horner, który potem współpracował z reżyserem przy filmie „Sneakers”. Jednak efekt tej współpracy wydaje się mocno dyskusyjny. Płyta wydana w 1991 roku przez RCA zawiera 13 utworów, a całość niestety, spłynęła po mnie jak po kaczce. To że są ponad 5-minutowe utwory czy nawet dłuższe nie jest żadnym zaskoczeniem. Problem w tym, że nic nie zapadło specjalnie w pamięci – jednym uchem się słucha, a drugim wypada. Całość jest mocno przyprawiona syntezatorami, fortepianem (tu symbolizuje proste życie na farmie) i pojedynczymi instrumentami, co słychać już w otwierającym album „The Cornfield”, gdzie po elektronicznych smyczkach i smutnej trąbce, gra delikatnie fortepian w rytm walca i pod koniec znów pojawiają się klawisze z dzwonkami. Zdarzają się jednak bardzo interesujące dźwięki jak gitara elektryczna i perkusja w „Deciding to Build the Field”, akustyczna w „Field of Dreams”, często pojawiające się bębny („Shoeless Joe” z różnego rodzaju dzwonkami i basem) czy ulubiony flet shakuhachi w „Doc’s Memories”, ale po pewnym czasie jest to zbyt monotonne. Pewnym wyjątkiem jest jazzowe „Old Ball Players”, klimatami zahaczające o lata 30. Zbyt często powtarzający się temat na fortepian zaczyna wynudzać. No i jeszcze ponad 9-minutowy „The Place That Dreams Come Truth”, który jest strasznie monotonny.

Powiem wam tak: Horner chce udowodnić, że jest wszechstronnym kompozytorem, który sprawdza się w każdym gatunku i konwencji. O ile muzyka w filmie sprawdza się naprawdę dobrze, to poza nim jest trochę nijaka i zbyt monotonna. Trochę szkoda, bo wydaje mi się, że można było z tego wycisnąć więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Nino Rota – The Godfather

The_Godfather

Mafia zawsze interesowała filmowców, czego przykładem były filmy z lat 20. i 30. jak „Wróg publiczny”, „Człowiek z blizną” czy „Mały Cezar”. Jednak dla wielu kinomanów, mafia kojarzyła się z jedną postacią – ojcem chrzestnym, don Vito Corleone, tytułowym bohaterem filmu Francisa Forda Coppoli z 1972 roku. Film ten wyznaczył standardy jeśli chodzi o kino gangsterskie, gdzie mafiozo pokazywany był jako twardy i bezwzględny, ale jednocześnie honorowy i szlachetny. Ta mitologizacja mafii i stworzenie romantycznej otoczki wymagało odpowiedniej warstwy muzycznej.

Coppola zatrudnił słynnego włoskiego kompozytora Nino Rotę, który był znany dzięki współpracy z Federico Fellinim. Muzyka z tego filmu była kilkakrotnie wydawana, ale najbardziej znane wydanie pochodzi z 1991 roku i należy do wytwórni MCA Records, a całość albumu trwa nieco ponad 30 minut (wytwórnia z bogatego materiału wybrała najważniejsze tematy i stworzyła album na zasadzie „the best of”). I zabrzmiałoby to świetnie, gdyby nie fakt, że pojawia się lekki szum, co trochę psuje odbiór.

rotaSama muzyka to w zasadzie kamień milowy i pewnego rodzaju wzorzec dla kina gangsterskiego, zaś takie utwory jak „Main Title” (charakterystyczna trąbka, która pojawi się parokrotnie i towarzyszący jej w połowie ponury fortepian, bas, smyczki i akordeon), „The Godfather Waltz” czy „Love Theme” z kapitalną mandoliną znają nawet ci, co niespecjalnie interesują się kinem. Rota buduje klimat trochę nostalgiczny, tęsknoty za Sycylią, ale też eksperymentuje (niewykorzystany w filmie „The Pickup” z płynącymi smyczkami, klarnetem, dęciakami i fortepianem czy „The Baptism” grany na organach). Buduje napięcie i niepokój jak w połowie „The Halls of Fear”, gdzie do tematu przewodniego dołączają uderzenia fortepianu i kotłów oraz klarnet, a trąbka zmienia tempo i staje się „płaczliwa” czy „The New Godfather”.

Poza utworami Roty znajdują się dopełniającego klimatu tej ścieżki piosenka „I Have But One Heart” Ala Martino oraz napisana przez Carmine’a Coppolę (ojca reżysera) „Connie’s Wedding”, czyli melodia towarzysząca weselu z początku filmu.

Co prawda muzyka do tego filmu nie otrzymała Oscara, ale nie oznacza to, że jest to słaba muzyka. Wręcz przeciwnie, Rota stworzył jedną z najważniejszych, o ile nie najlepszych swoich prac. Muzyka, która żyje swoim życiem i długo jeszcze żyć będzie.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tangerine Dream – Thief

thief

Michael Mann najbardziej znany stał się dzięki „Gorączce” i „Policjantom z Miami”. Ale już swój nieprzeciętny talent i styl pokazał już swoim debiucie. „Złodziej” pozornie wydaje się typową kryminalną opowieścią o drobnym kryminaliście (znakomity James Caan), który chce zrealizować swój ostatni skok i przejść na emeryturę (poza swoim fachem, mężczyzna prowadzi komis samochodowy). Ale jak wiadomo, nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Ten trochę zapomniany i niedoceniony film, został też zauważony dzięki budującej klimat muzyce.

Tym ciekawsza dlatego, że odpowiada za nią zespół już wówczas znany, ale jeszcze nie posiadający dużego doświadczenia w pisaniu muzyki filmowej. Mowa o Tangerine Dream – specjalistach od mrocznej muzyki elektronicznej pod wodzą Edgara Frosse. Choć zespół dość często zmieniał skład, to zarówno stylistyka jak i silne (później) więzy zespołu z filmem pozostały niezmienne (do tej pory napisali muzykę do ponad 30 filmów). Przy pracy nad tym filmem zespół grał w składzie Edgar Frosse (klawisze, gitara), Christopher Franke (syntezatory, elektroniczna perkusja), Johannes Schmoelling (elektronika).

Wydanie pochodzi z roku 2004 roku i zawiera całą muzykę (w kolejności chronologicznej – 8 utworów), a także muzykę niewykorzystaną i wersje alternatywne. Nie brakuje tutaj kolosów, (otwierające ponad 10-minutowe „Main TitleThe Heist” czy „TailedThe Break-In”), elektronicznego rozwarstwienia czy zmodyfikowanej gitary elektrycznej („Destruction” z pulsującym basem). Wszystko to buduje bardzo ponury klimat, a jednocześnie trzyma w napięciu. Jednocześnie muzyka jest bardzo przystępna i niepozbawiona melodyjności, co w przypadku tego zespołu nie jest zbyt częste. Trudno jest opisać taką muzykę, ale słucha się tego bardzo dobrze. Muzycy czasem zbaczają z mocnej elektroniki („Frank Is Set Up” z imitacją smyczków, oryginalną perkusją oraz klimatem żywcem wziętym z kryminału czy napisane przez Craiga Safana „Final Confrontation/End Credits” z ostrą gitarą) i czasem grają trochę lżej („Sam’s Forge” czy najładniejsza ze wszystkich „San Diego Beach/Love Scene”).

Tematy alternatywne niewiele się różnią od oryginałów, co z kolei trudno mi ocenić czy to dobrze czy nie. Ale jedno mogę powiedzieć na pewno – to świetna muzyka. Owszem, słychać, że to lata 80., jednak nie sądzę, żeby się w jakiś sposób mocno zestarzała. Tym bardziej zdziwił mnie fakt, że muzyka tego zespołu była nominowana do Złotej Maliny – przyznawanej za wszystko, co najgorsze. Nie kapuję tego.

8/10

Radosław Ostrowski

Elliot Goldenthal – Michael Collins

Michael_Collins_ost

Michael Collins był twórcą IRA, dzięki której Irlandczycy zawalczyli i odzyskali niepodległość. O jego historii (częściowo podkoloryzowanej) opowiadał film Neila Jordana z Liamem Neesonem w roli głównej. O filmie już mówiłem , a teraz skupimy się na warstwie muzycznej. Album z soundtrackiem wydało w 1996 roku Atlantic Records, a autorem ścieżki jest Elliot Goldenthal – kompozytor-eksperymentator, który z Jordanem już pracował przy „Wywiadzie z wampirem”. I tutaj mamy tak samo atonalne brzmienia, choć nie pozbawione melodyjności i zahaczenia o irlandzkie instrumenty (flażolet i dudy), ale jednocześnie pełna emocji to ścieżka. Bardzo mroczna, ale i niepozbawiona piękna.

goldenthalZaczyna się całość od bardzo ponurego „Easter Rebellion”, gdzie do smutnych smyczków, potężnych kotłów i werbli dołącza chór oraz dęciaki ze wsparciem flażoletu oraz wokalu Sinead O’Connor, która jeszcze pojawi się na płycie („Civil War” oraz emocjonalna pieśń „She Moved Through the Fair”). Kompozytor najlepiej radzi sobie w muzyce akcji, gdzie pozwala sobie na eksperymenty i popisuje się znakomitym warsztatem („Fire and Arms” z bardzo „walcowymi” smyczkami, werblami i dęciakami, przyprawione lekko irlandzkimi brzmieniami, które jednak nie zdominowały całej ścieżki, „Winter Raid” – szybkie dudy, mocna perkusja i bardzo nerwowe smyczki – temat ten będzie wykorzystany w smutniejszym „Elegy to Sunday” czy „Footbal Match” z nerwowymi perkusyjnymi wstawkami, które potem ustępują miejsca dęciakom i smyczkom, by potem „wybuchły” kotły i perkusja z dęciakami idealnie obrazują scenę masakry podczas meczu piłkarskiego). W przypadku pozostałych utworów akcji, są to pochodne w/w tematów albo ich mniej przystępnym underscorem, który też trzyma w napięciu (m.in. „His Majesty’s Finest” czy „Boland’s Death”). Zdarzają się też czysto etniczne ozdobniki jak w smyczki i flet w „Train to Granard” czy „Home to Cork”, które trochę ubarwiają ścieżkę.

Pewną przeciwwagą dla potężnego underscore’u jest pojawiająca się rzadko muzyka liryczna, która obrazuje wątek Kitty Kiernan i jej miłości do Collinsa. Temat ten pojawia się już w „Train Station Farewell” z fortepianem na pierwszym planie czy „Collins Proposal” (tam w połowie robi się mniej przyjemnie), ale pełnym blaskiem wybija się w „Boland Returns (Kitty’s Waltz)” – piękny utwór z solówką trąbki. Zaś cała praca kończy się w podniosłym „Funeral/Coda” opartym na odrzuconym „End Title” z „Gorączki” Michaela Manna. Jest jeszcze piosenka „Macushla” śpiewana przez Franka Petersona, ale można było się bez niej obejść, gdyż psuje ona wrażenie po finale.

Goldenthal potwierdza tu swoją wszechstronność oraz kreatywność w tworzeniu muzyki. Nie jest to jego najlepsza praca, ale pozostaje w ścisłej czołówce i jest najbardziej przystępną ze wszystkich swoich dzieł. Niebezpiecznie ociera się o geniusz.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski