

Kiedy wydawało się, że komedia romantyczna mocno skostniała, bo to gatunek wbrew pozorom trudny do zrealizowania, w roku 2009 stała się rzecz niezwykła. Pokazana została amerykańska niezależna komedia romantyczna, która wywróciła konwencja do góry nogami, oblana słodko-gorzką polewą i wnikliwą obserwacją. Film zebrał entuzjastyczne recenzje, kilka nagród (m.in. nominacje do Złotego Globu) i spodobał się wielu osobom na całym świecie (autor tego tekstu też jest fanem tego filmu). Producenci doszli do wniosku, że świetnym pomysłem będzie wydanie soundtracku z tego filmu.
Album ten jest pozornie typową składanką jakich wiele, która zawiera piosenki wykorzystane w filmie i ułożone w kolejności chronologicznej. Ale piosenki nie są zbyt często grane w radiu i nie są to wielkie przeboje, co jest sporą zaletą, bo szansa na spotkanie tych piosenek poza filmem jest mało prawdopodobne. Gotowi na jazdę? Bo w przypadku tej kompilacji, znajomość filmu nie jest aż tak niezbędna, ale dzięki temu odbiera się ten album, który i tak jest znakomity jeszcze bardziej. Po kolei jednak, bo się zagalopowałem.
Album ten zaczyna jedyna instrumentalna kompozycja z partytury napisanej przez Mychaela Dynnę i Roba Simensona – „A Story of Boy Meet Girls”. Jest to ładny utwór z elektronicznym gwizdem, harfą i delikatnymi smyczkami, którym towarzyszy głos narratora z prologu (nie wszystkim może się spodobać, choć sama „nawijka” bardzo interesująca). Potem pojawia się wykorzystana w napisach końcowych Regina Spector z „Us” (bardzo szybki fortepian, smyczki i interesujący wokal, który jeszcze pojawi się w piosence „Hero”). Istotna dla filmu jest miłość obojga bohaterów do zespołu The Smiths, który pojawia się tu aż trzy razy („There Is a Light That Never Goes Out” i dwa razy „Please, Please, Please, Let Me Get What I Want” – raz zespół, drugi raz w niezłym coverze She & Him, czyli Zooey Deschanel i M. Warda) i są to bardzo smutne piosenki. A dalej jest tu stylistyczny rozgardiasz, który brzmi przynajmniej bardzo dobrze. Od rockowego zacięcia („Bad Kids” Black Lips, „There Goes the Fear” Doves czy „She’s Got You High” Mumm-Ra) przez spokojniejsze (akustyczne „Quequ’un M’a Dit” Carli Bruni czy szybkie „Sweat Desposition” The Temper Trap) aż po lekkie zacięcie elektroniczne („You Make My Dreams” Hail & Oates czy „Here Comes Your Man” Maeghan Smith).
Owszem, można się przyczepić, że utwory są dobrane na zasadzie szybki/wolny i przetasowania, ale to jedyna poważna wada. Drugą są dwa lekko odstające poziomem od reszty utwory. Są to wspomniany już przeze mnie cover The Smiths w wykonaniu She & Him oraz najkrótszy w zestawie „Bookends” duetu Simon & Garfunkel, będący fragmentem ścieżki dźwiękowej do „Absolwenta”. Całość brzmi po prostu rewelacyjnie z filmem/bez filmu i współtworzy klimat filmu. Jeśli oglądaliście film i poczuliście się wniebowzięci (inny wariant trudno mi sobie wyobrazić), płytę nabyć musicie. Bardzo często wracam do tego albumu. Czyżbym się zakochał w tej składance?
9/10 + znak jakości
Radosław Ostrowski




Chciałbym powiedzieć to samo na temat muzyki, ale James Horner nie popisał się zbytnio. Muzyce brakowało rozmachu i epickości, w dodatku kompozytor kopiował samego siebie (z niezbyt dobrym skutkiem). Ale tak naprawdę Horner zastąpił pewnego kompozytora, którego praca została odrzucona. Był nim Gabriel Yared, który po premierze filmu na swojej stronie internetowej zbierał podpisy do producentów z prośba o wydanie jego muzyki. Nie zrobiło to jednak na nich żadnego wrażenia, jednak muzyka ta została wydana w formie bootlegu (nieoficjalnie – zazwyczaj takie wydania są nie najlepszej jakości dźwięku). To wydanie zawiera 77 minut muzyki i po jej przesłuchaniu zastanawiam się jakim cudem można było to odrzucić?
To, co zrobił Yared pasowało wręcz idealnie do filmu i było takie jak być powinno – z rozmachem, potężnymi uderzeniami dęciaków i perkusji, liryczna i stonowana tam, gdzie taka być powinna a emocje leją się tu strumieniami. Już to słychać w otwierającym album „Approach of the Greeks” z ponurymi dęciakami i smyczkami (lekko walcowate), wspieranymi przez chór i równo walące kotły. Dalej jest jeszcze bardziej epicko, rzadko zdarzają się momenty wyciszenia (połowa „Achilles’ Destiny”), wsparcia instrumentami etnicznymi (flety i perkusja w „Sparta” czy wrzask kobiecy w „Mourning Woman”) i nie obyło się bez liryki („Helen and Paris” z harfą, fletami i delikatnymi smyczkami oraz „Achilles and Briseis”), akcji („D-Day Battle”, „Thousand Ships” czy „Battle of the Arrows”, gdzie instrumenty pędzą na złamanie karku i towarzyszy im chór). Tu się dzieje wiele, a nawet pojedynek Achillesa z Hektorem dostał odpowiedni i bardzo dynamiczny temat, a zmiana tempa w przypadku długich kompozycji to norma („The Sacking of Troy” i „Achilles’ Death & Finale”). Najciekawsze jest jednak to, że tego słucha się z niekłamana przyjemnością i naprawdę szkoda, że ta muzyka nie pojawia się w filmie.




Coppola senior miał jednak trochę łatwiej, bo bazował na motywach Roty i znów pozmieniał trochę legendarne nuty jak temat Michaela w ładnym „Michael’s Letter” czy „Marcia Religioso” – temat z „Murder of Don Fanucci” z części drugiej rozpisany na chór. Jednak potrafił też ciekawie zaaranżować znane tematy jak choćby skrzyżował temat miłosny z imigranckim („The Immigrant/Love Theme from The Godfather Part III”) oraz pojawiającego się dwukrotnie walca ojca chrzestnego. Cala zaś „chrzestna” muzyka zostaje podsumowana w „The Godfather Intermezzo” oraz kapitalnym, kończącym album „Coda: The Godfather Finale”.

Jej autorem tak jak w przypadku poprzednika był Nino Rota. Muzyka ta pozornie nie różni się zbytnio od tego, co słyszeliśmy w poprzedniej części i parę tematów się powtarza (charakterystyczna trąbka otwierająca album i film), ale nie ma tu mowy o jakiejkolwiek nudzie czy wtórności, co to, to nie. Rota zmienia aranżacje („Remebering Vito Andolino” to przerobiony temat miłosny), tworzy kilka nowych tematów i trochę zmienia atmosferę, czyniąc muzykę bardziej liryczną i stonowaną, wręcz nostalgiczną, co wynika m.in. ze sporej ilości retrospektyw.
Ale żeby nie było tak słodko, to nie jest idealny album jak poprzednik, choć dłuższy. Carmine Coppola postarał się zbudować klimat za pomocą piosenek, ale o ile w filmie sprawdza się to świetnie, robiąc za tło i budując nastrój, o tyle na płycie wprowadzają pewien chaos i burzą klimat budowany przez Rotę. Najlepiej z tych utworów wypada „Murder of Don Fanucci” (ponure trąbki i marszowa perkusja ze sceny egzekucji dona Fanucci przez Vita), zaś reszta już o wiele mniej mi się podobała.


Jej autorem jest James Horner, który potem współpracował z reżyserem przy filmie „Sneakers”. Jednak efekt tej współpracy wydaje się mocno dyskusyjny. Płyta wydana w 1991 roku przez RCA zawiera 13 utworów, a całość niestety, spłynęła po mnie jak po kaczce. To że są ponad 5-minutowe utwory czy nawet dłuższe nie jest żadnym zaskoczeniem. Problem w tym, że nic nie zapadło specjalnie w pamięci – jednym uchem się słucha, a drugim wypada. Całość jest mocno przyprawiona syntezatorami, fortepianem (tu symbolizuje proste życie na farmie) i pojedynczymi instrumentami, co słychać już w otwierającym album „The Cornfield”, gdzie po elektronicznych smyczkach i smutnej trąbce, gra delikatnie fortepian w rytm walca i pod koniec znów pojawiają się klawisze z dzwonkami. Zdarzają się jednak bardzo interesujące dźwięki jak gitara elektryczna i perkusja w „Deciding to Build the Field”, akustyczna w „Field of Dreams”, często pojawiające się bębny („Shoeless Joe” z różnego rodzaju dzwonkami i basem) czy ulubiony flet shakuhachi w „Doc’s Memories”, ale po pewnym czasie jest to zbyt monotonne. Pewnym wyjątkiem jest jazzowe „Old Ball Players”, klimatami zahaczające o lata 30. Zbyt często powtarzający się temat na fortepian zaczyna wynudzać. No i jeszcze ponad 9-minutowy „The Place That Dreams Come Truth”, który jest strasznie monotonny.


Tym ciekawsza dlatego, że odpowiada za nią zespół już wówczas znany, ale jeszcze nie posiadający dużego doświadczenia w pisaniu muzyki filmowej. Mowa o Tangerine Dream – specjalistach od mrocznej muzyki elektronicznej pod wodzą Edgara Frosse. Choć zespół dość często zmieniał skład, to zarówno stylistyka jak i silne (później) więzy zespołu z filmem pozostały niezmienne (do tej pory napisali muzykę do ponad 30 filmów). Przy pracy nad tym filmem zespół grał w składzie Edgar Frosse (klawisze, gitara), Christopher Franke (syntezatory, elektroniczna perkusja), Johannes Schmoelling (elektronika).


Zaczyna się całość od bardzo ponurego „Easter Rebellion”, gdzie do smutnych smyczków, potężnych kotłów i werbli dołącza chór oraz dęciaki ze wsparciem flażoletu oraz wokalu Sinead O’Connor, która jeszcze pojawi się na płycie („Civil War” oraz emocjonalna pieśń „She Moved Through the Fair”). Kompozytor najlepiej radzi sobie w muzyce akcji, gdzie pozwala sobie na eksperymenty i popisuje się znakomitym warsztatem („Fire and Arms” z bardzo „walcowymi” smyczkami, werblami i dęciakami, przyprawione lekko irlandzkimi brzmieniami, które jednak nie zdominowały całej ścieżki, „Winter Raid” – szybkie dudy, mocna perkusja i bardzo nerwowe smyczki – temat ten będzie wykorzystany w smutniejszym „Elegy to Sunday” czy „Footbal Match” z nerwowymi perkusyjnymi wstawkami, które potem ustępują miejsca dęciakom i smyczkom, by potem „wybuchły” kotły i perkusja z dęciakami idealnie obrazują scenę masakry podczas meczu piłkarskiego). W przypadku pozostałych utworów akcji, są to pochodne w/w tematów albo ich mniej przystępnym underscorem, który też trzyma w napięciu (m.in. „His Majesty’s Finest” czy „Boland’s Death”). Zdarzają się też czysto etniczne ozdobniki jak w smyczki i flet w „Train to Granard” czy „Home to Cork”, które trochę ubarwiają ścieżkę.