James Horner – Sneakers

sneakers

Tytułowi Sneakers to grupa włamywaczy, którzy włamują się do firm na ich zlecenie w celu sprawdzenia zabezpieczeń. Grupa pod wodzą Martina Bishopa dostaje nietypowe zlecenie od rządu w celu przejęcia tajemniczej czarnej skrzynki. Odkrycie zawartości (maszyna deszyfrująca, dzięki której można złamać każde zabezpieczenie) ściągnie na nich poważne tarapaty. Sam film z 1992 roku to lekka i bezpretensjonalna rozrywka ze świetną obsadą (Robert Redford, Sidney Poitier, Dan Aycroyd, River Phoenix czy Ben Kingsley), napięciem oraz humorem.

Kompletnym zaskoczeniem zaś jest muzyka. Jej autorem jest James Horner – kompozytor kojarzony bardziej z wysokobudżetowymi filmami („Obcy – decydujące starcie”) czy kinem akcji („48 godzin”). Zaś album wydany w 1992 roku przez Columbia zawiera niecałe 50 minut muzyki (co w przypadku kompozytora, którego albumy trwają ponad godzinę jest czymś naprawdę zaskakującym) lekkiej i delikatnie budującej suspens. Być może dlatego całość brzmi tak lekko i pięknie. Całość składa się z 10 kompozycji, a poza orkiestrą nie wykorzystywaną zbyt mocno (smyczki, dęciaki i pojedyncze instrumenty) i zbyt często dobrał kilku świetnych muzyków, m.in. saksofonistę Brandona Marshalla, klawiszowca Iana Underwooda i pianistę Ralpha Griesona.

hornerTemat przewodni pojawia się już w pierwszym utworze „Main Title”. Anielskie chórki, delikatny saksofon, flety i dzwonki budują bardzo spokojny klimat sporadycznie przerywany przez kotły. W ostatniej minucie dołącza fortepian, werble i dęciaki. Temat ten pojawia się non stop bardziej lub mniej rozbudowany. Suspens tutaj jest budowany za pomocą nerwowego fortepianu (tak samo został wykorzystany w „Raporcie Pelikana”) i perkusyjnych instrumentów, co już słychać w „Too Much Secrets” (tu jeszcze dęciaki robią swoje, a w tle cały czas przewijają się smyczki). Zazwyczaj taka muzyka sprawdza się tylko w filmie, ale te kompozycje świetnie brzmią też poza filmem, czego przykładem jest 10-minutowe „Playtronics Break-In”, będące suitą, gdzie jest to tak świetnie zaaranżowane i płynnie przechodzące od instrumentu do instrumentu. Pewnym spokojniejszym utworem jest „Cosmo… Old Friend” z odgłosami mew w tle. Mimo pewnej lekkości, udaje się stworzyć napięcie i jednocześnie całość brzmi wręcz genialnie.

Każdy instrument dopełnia dzieła i może trochę temat przewodni może przynudzać (choć najbardziej podobała mi się wersja z „The Sneakers Theme”), ale jednocześnie wszystko to jest zrobione z finezją i polotem. O tym, że to ważna partytura świadczy fakt, że wiele z tych utworów stało się bazą dla następnych prac Hornera (m.in. „Piękny umysł”, „Apollo 13”, „Titanic”). Potem już nigdy ten kompozytor nie napisał niczego tak lżejszego. Trochę szkoda, bo „Sneakers” to jedna z najoryginalniejszych i najlepszych prac Hornera. Każdy szanujący się fan muzyki filmowej powinien ją mieć.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Carter Burwell – Rob Roy

Carter Burwell - Rob Roy

W 1995 roku pojawiło się wiele filmów historyczno-przygodowych jak „Rycerz króla Artura” czy „Braveheart”. I wtedy tez też pojawił się kolejny film, który tak jak ostatni z wymienionych toczył się w Szkocji, ale bohaterem był kolejny szkocki bohater, Robert Roy McGregor zwany Rob Roy. To kolejna ciekawa produkcja filmowa, która trochę została zapomniana. Podobnie się stało z muzyką.

burwellTym większe było zaskoczenie, bo jej autorem jest Carter Burwell – kompozytor znany ze współpracy z braćmi Coen, ale nigdy nie mający styczności z wysokobudżetowymi produkcjami. Jednak efekt był dla wielu osób zaskakujący, choć tematyka jest bardzo surowa (zemsta, krwawe porachunki, gwałt) to muzyka jest tutaj bardzo romantyczna i liryczna. Zaś przez większość czasu słyszymy temat przewodni pojawiający się juz w uwerturze otwierającej, gdzie słyszymy – smyczki irlandzkie, harfę, flety i bębny. W połowie następuje zmiana i smyczki ustępują miejsca dudom (uileean pipes) i bębnom oraz wokalizom Karen Matheson z wspierającego muzykę zespołu Capercaille.

Ten miłosny temat przewija się na płycie wielokrotnie (zagrany bardzo delikatnie jak w „Home from the Hills” czy rozpisany na całą orkiestrę w finale), ale dość intensywne wykorzystanie tego tematu może wywołać znużenie. Burwell konsekwentnie wykorzystuje ludowe instrumentarium, co na pewno pomaga zbudować klimat filmu i dopomaga orkiestrę jak w „Blood Sport” z lekko fanfarowymi trąbkami, które w połowie zastępują dudy czy w naprawdę skocznym „Gaelic Reels” rozpisanym na bębny, smyczki, flety i klaskanie. Trzeba być naprawdę uprzedzonym do ludowego grania, by odrzucić tą muzykę.

Zaś zespół Capercaille jeszcze parokrotnie wykorzystuje swoje możliwości i przewija się parokrotnie, zwłaszcza wokalistka Karen Matheson, której głos naprawdę porusza („Ailein Dunn” czy „Morag’s Lament”). Trzeba też pochwalić Burwella za muzykę w scenach akcji, gdzie bazuje on na oryginalnych brzmieniach z użyciem perkusyjnych instrumentów jak w „Troops in the Mists” czy „Rannoch Moor Suite” (bardzo delikatny fortepian, smyczki). Klasycznie brzmienie instrumentów symfonicznych przewija sie w „Honor Inflamed”, gdzie bardzo ponuro brzmi temat przewodni grany na smyczkach z kotłami.

Burwell nigdy wcześniej ani później nie miał do czynienia z wysokobudżetowymi produkcjami. A szkoda, bo „Rob Roy” pokazuje drzemiący w nim potencjał i być może stałby się bardziej rozpoznawalnym muzykiem, który jakoś nie może przebić się do czołówki. Jeśli kogoś nie razi silne użycie ludowych brzmień, „Rob Roy” powinien być zadowalającym dziełem i jest to jedna z najlepszych prac Burwella.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Bill Conti – The Right Stuff

the_right_stuff

W 1957 roku NASA podjęła się realizacji bardzo ambitnego projektu Merkury. Zadaniem było wysłanie siedmiu astronautów i wysłanie ich w przestrzeń kosmiczną. O tej niezwykłej operacji opowiadał niesamowity film Philipa Kaufmana „Pierwszy krok w kosmos”. Największe wrażenie poza rekonstrukcją wydarzeń i świetnymi scenami Ziemi widzianej z kosmosu (to jedyna rzecz, której tak naprawdę zazdroszczę astronomom) oraz znakomitemu aktorstwu (m.in. Sam Shepard, Dennis Quaid i Ed Harris), choć całość trwa ponad 3 godziny, to jednak nie przynudza i ogląda się go bez znużenia.

Ale jednak opowiem o muzyce, która została doceniona Oscarem. Jej autorem jest Bill Conti – kompozytor, któremu rozgłos i nieśmiertelność zapewniła seria „Rocky”. Zaś muzykę całą wydano dopiero w 2009 roku przez wytwórnię Varèse (wcześniej była wydana razem z muzyką z serialu „Północ-Południe”). Całość zawiera 12 utworów trwających 37 minut, czyli niewiele jak na 3 godziny filmu.

contiPartyturę zaczynamy od „Breaking the Sound Barier”, w którym pojawia się temat przewodni pojawiający się tu parokrotnie rozpisany na podniosłe dęciaki i powolne smyczki, które tworzą bardzo ładną całość, co może brzmi patetycznie, jednak nie jest to wadą. Jednak w połowie następuje uderzenie kotłów, zaś smyczki przyśpieszają, dęciaki grają podniośle wspierane przez bęben, tamburyn, werble i harfę, by potem się to lekko uspokoiło i znów popędziło (scena przekroczenia prędkości dźwięku) aż do samego końca. Brzmi to rewelacyjnie i wyczuwa się napięcie. Dalej mamy elektroniczną wersję tematu przewodniego, czyli „Mach I”. Następnie dwie kompozycje naraz, czyli „Training Hard” (podniosłe flety, dęciaki oraz smyczki niemal żywcem wzięte ze „Szczęk” kończące harmonijką ustną oraz „Russian Moon” („rosyjskie” smyczki, bałałajka oraz dęciaki). Następny utwór mówi z czym mamy do czynienia, bo jest to „Tango” i nadal czuć pewną rosyjskość. Popisuje się trąbka, kastaniety, tamburyn, pojawiają się też smyczki oraz marszowa perkusja. To pewnego rodzaju odskocznia od patetycznych brzmień.

Te są kontynuowane przez „Mach II” (te dęciaki!!!), z niepokojąco monotonnymi smyczkami oraz „rosyjską” zaprawą, zaś pod koniec pojawia się temat przewodni (genialne smyczki z dęciakami). Szósty numer to zbiór melodii, których witano astronautów po udanych misjach. Czysta Americana z fletami, cymbałkami, obowiązkowymi dęciakami i werblami. „Yeager and F104” to znów temat przewodni, z bardzo nerwowymi smyczkami w tle, perkusją i dęciakami. Ale w połowie utwory, smyczki grają smutno, zaś bębny potęgują suspens. Dalej nerwowo się robi na początku „Light This Candle” – zapętlające się smyczki, szybko grające dęciaki i nadające rytmu bębny z werblową perkusją. W połowie smyczki się niby uspokajają, ale potem zaczynają grać znów niespokojnie i towarzyszą im flety oraz smutne dęciaki. „Glenn’s Flight” zaczyna się od mocnych uderzeń kotła i złowrogich smyczków, które zaczynają wybrzmiewać coraz wyraźniej aż do pojawienia się perkusji i dęciaków, też nieprzyjemnych. I wtedy trąbka gra swoje solo, smyczki brzmią przyjaźniej i zapętlają się, aż do samego końca, gdzie towarzyszą im flety, klarnet i harfa. Piękny utwór i tyle.

Z kolei najdelikatniejszym utworem jest „Daylight in Space” portretujące świt Ziemi pokazany z kosmosu. Delikatne flety, trąbka i smyczki na początku tworzą magię i nie potrafię tego opisać słowami. A wszystko to kończy się w „Yeager’s Triumph” (czyli kończącym film locie Yaegera) – klarnet ze smyczkami na początku, potem zaczyna się z każdym instrumentem robić się podnioślej (dzwonki z werblami, trąbki, cymbałki), przewija się też temat przewodni (smyczki, perkusja i trąbki) i brzmi to genialnie. Zaś pewnego rodzaju bonusem jest „The Right Stuff (single)”, czyli temat przewodni z dodatkiem elektronicznej perkusji

Conti dostał trudne zadanie napisania muzyki epickiej, a jednocześnie pełnej emocji i nie zawiódł. Czas trwania jest na tyle krótki, że nie można się znudzić, zaś muzyka z obrazem współgra całkowicie. Więc nie mam tu mowy o porażce. A ci, co nie widzieli „Pierwszego kroku w kosmos”, niech nadrobią zaległości.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Michael Small – Marathon Man/The Parallax View

marathon_man

Są tacy kompozytorzy, którzy są zapomniani, mimo pisania muzyki do uznanych i cenionych filmów. Kimś takim był brytyjski kompozytor Michael Small – specjalista od budowania napięcia, co sprawdzało się w kryminałach i thrillerach, do których najczęściej komponował. Jego największa popularność przypadła na  latach 70. oraz dzięki współpracy z Alanem J. Pakulą. W 2010 roku (siedem lat po śmierci kompozytora) wytwórnia Film Score Monthy wydała album z dwiema ścieżkami autorstwa Smalla, zaś oba filmy to dość uznane tytuły, czyli „Maratończyk” i „Syndykat zbrodni”. Pierwszy to genialny thriller Johna Schlesingera, którego cała intryga opiera się na diamentach należących do hitlerowskiego zbrodniarza z wybitnymi rolami Dustina Hoffmana i Laurence’a Oliviera. Drugi film to polityczny kryminał Alana Pakuli o dziennikarzu, który jest świadkiem zamachu na senatora. Prowadząc śledztwo wpada na trop korporacji Parallax, która zajmuje się… szkoleniem zabójców.

W przypadku obu prac muszę ostrzec, że nie jest to muzyka łatwa, lekka i przyjemna. Jej podstawowym zadaniem jest budowanie napięcia i suspensu. Innymi słowy to, co się sprawdza na ekranie, już poza nim zazwyczaj nie robi aż takiego wrażenia. Drugim niesprzyjającym faktem jest długość niektórych ścieżek, które w większości nie przekraczają nawet minuty (taką muzykę nazywa się planktonem). Więc opowiem o nich po kolei zaczynając od dłuższego „Maratończyka”, choć w zasadzie wykorzystano podobne instrumentarium (smyczki, syntezatory, dęciaki, klarnet, trąbka).

smallMuzyka ta trwa 48 minut, co akurat wydaje się odpowiednim czasem. Zaczyna się od melancholijnego „Main Title”, gdzie trochę nerwowe smyczki, co chwila zagłuszane syntezatorem oraz dęciakami. W połowie się to uspokaja z pojawieniem się fortepianu, do którego dołącza harfa i trąbka. A jak budowane jest napięcie? Ono pojawia się praktycznie cały czas, a już słychać je w „Tragedy at the Truck”, zaczynające się od klarnetu, do którego potem dołączają werble, klawisze i dzwonki.  Wykorzystywane są smyczki, które albo pędzą na złamanie karku (dwuczęściowy „Chase”) albo tworzą długo brzmiące tło oraz fortepian grający bardzo spokojnie (słyszalne jest to w najkrótszych ścieżkach jak „Doc Dies”). Zaś najistotniejszym i często pojawiającym się tematem na płycie jest temat głównego antagonisty, który pojawia się w „Airport” – rzadko pojawiający się fortepian, klawisze, rozciągające się smyczki, marszowa perkusja i dęciaki potrafią wzbudzić niepokój. Poza akcją i underscorem (z którego najbardziej warto wyróżnić „Szell Escapes” oraz „The Recognition”) z całej płyty mocno się wybija „Love Theme” ze smyczkami grającymi w tempie walca oraz fortepianem, tworząc ładną kompozycję. Ścieżkę tą kończą trzy tematy w wersjach alternatywnych, która są bardziej ciekawostkami.

Z kolei „Syndykat zbrodni” trwa nieco ponad 20 minut, co wyjaśnia dlaczego jest wydany razem z inną ścieżką, choć brzmi trochę podobnie (podobnie budowany jest suspens). Łudząco podobnie jak w „Maratończyku” zaczyna się on dwoma ścieżkami „Comission and Main Theme”, gdzie underscore’owy początek (klawisze, delikatnie grane smyczki w tle) w połowie nabiera bardziej podniosłego charakteru (dzięki fletowi i pojawiającej się pod koniec trąbce). Ten sposób budowania napięcia pojawia się zarówno w „Morgue”, „Sheriff’s House” i „Testing Center” (z nerwowymi fletem i klarnetem). Pewnym przełamaniem jest „Car Chase”, gdzie dęciaki grają mocno, smyczki są nerwowe (na początku brzmią jak z Południa USA), dołącza do nich bardziej melodyjna perkusja, bas i fortepian wskazujące na lata 70-te i trochę przypominająca dokonania Lalo Schifrina. Od pojawienia się „Slide of Art/Austin Sleeps” kompozycje są dłuższe. Najbardziej nietypową ścieżką jest 4-minutowy „Parallax Test”. Zaczyna się on sielską melodią na smyczki, fortepian, dęciaki oraz męskim podśpiewywaniem. Po minucie robi się bardziej podniośle za pomocą werblowej perkusji oraz trąbek, by po chwili wrócić do melodii z początku (choć reszta nam już towarzyszy do samego końca), a potem dołączają gitara elektryczna i organy. Jednak suspens tu dominuje (nie ma co się dziwić), a temat z początku nabiera większego rozmachu w „Art in Cafeteria/Suitcase Bomb” (świetne smyczki, trąbki i perkusja). Wyciszenie w „Gunman Search”, by podskoczyła temperatura w „Joe’s Last Run”, gdzie w połowie smyczki brzmią groźniej, mimo podniosłej trąbki w tle, która wybija się w ostatnich 30 sekundach nadając  smutny charakter, zaś „End Title” to podniosła melodia rozpisana w rytm marszowej perkusji i dęciaków, budująca niby radosny, ale tak naprawdę gorzki finał.

Te dwie niby podobne prace, ale jednak różniące się pokazują talent Smalla w budowaniu napięcia, co świetnie sprawdza się na ekranie. Poza nim zaczyna to wzbudzać monotonię, co odciąga uwagę. Wydane jest to nieźle i tak samo się tego słucha poza filmem. Zaś swoje podstawowe zadanie realizuje naprawdę dobrze.

7/10

Radosław Ostrowski

Brian Tyler – The Greatest Game Ever Played

the_greatest_game_ever_played

Są takie filmy, które może nie są zaskakujące czy oryginalne, ale ogląda się naprawdę przyjemnie. Do tej grupy zalicza się „Najwspanialsza gra w dziejach” Billa Paxtona opowiadający o golfowym pojedynku między amatorem Francisem Ouimetem a doświadczonym Harrym Vardonem. O samym filmie już mówiłem, więc teraz skupię się na warstwie muzycznej, która też się wybijała.

Za nią odpowiada Brian Tyler – uważany za objawienie, choć lata miały pokazać, że jest zdolnym rzemieślnikiem, który jednak poza to rzemiosło nie wybija się. Ale nie w tym filmie i nie w tej ścieżce, która została wydana w Hollywood Records i zawiera 29 kompozycji.

tylerZaczyna ją uwertura, w której pojawia się przewijający się później temat na smyczkach, potem pojawia się werblowa perkusja, do której potem dołączają flety, by w połowie się wyciszyć, dochodzą do głosu szybkie smyczki, harfa, kotły, a w ostatniej minucie wraca do otwierającego tematu. Drugi temat, który też się przewija występuje już w drugim utworze „Immigrant’s Theme” przypominający stylem Thomasa Newmana. Delikatny fortepian, gitara i flet tworzą bardzo elegancką i spokojny ton, do którego potem dołączają dzwonki, werblowa perkusja i trąbka. Choć instrumentarium w zasadzie nie ulega zmianom, to jednak potrafi ono zaskoczyć i wciągnąć. Czasami zmienia tempo („Determination” ze spokojnym początkiem, który w połowie zmienia się w niepokojący za pomocą walącej perkusji, fletu, trąbki i ponurych smyczków), większość kompozycji jest dość krótka (nieco ponad 2 minuty, a nawet krócej) i ich zadaniem jest podkreślenie nastroju i wykorzystywanie jednego z dwóch tematów (m.in. w wolniejszej wersji w „Broken Dreams” czy „Sunset”, a także niezmienionej w „The Greatest Game Ever Played”), choć nie wszystkie.

Takim wyjątkiem jest „Dog Leg” z zaskakującą perkusją, mocno nerwowe „Angel” z szybkimi smyczkami (spokojniejsze pojawiają się w tle) i walącymi kotłami z perkusją czy równie dynamiczne „The Game is Afoot”, które można nazwać muzyką akcji (szybkie smyczki z dęciakami), troszkę przypominająca dokonania Jerry’ego Goldsmitha – kompozytora, do którego porównywany jest Tyler.

W dłuższych kompozycjach zazwyczaj jest podobnie z dwoma wyjątkami. Pierwszy to „The Amateur”, gdzie do spokojnego i delikatnego fleta, dołącza werblowa perkusja, w tle pojawiają się smyczki i dęciaki, tworząc bardziej podniosły nastrój, by w połowie lekko przyśpieszyć (potem dołącza klarnet, perkusja, kotły i fortepian). Drugim jest „Showdown” z marszową perkusją, niespokojnymi skrzypcami, trąbką i mandoliną, tworzącą napięcie i lekko nerwową atmosferę.

Poza tym na płycie pojawiają się jeszcze trzy kompozycje będące tzw. muzyką źródłową. Pojawiają się w filmie, choć zostały do niego przearanżowane przez Tylera. Są to „Angel” w wykonaniu sopranistki Dawn Upshaw (rozpisaną na fortepian i kwartet smyczkowy), lekki „The Band Played On” śpiewany przez tenora Amicka Byrama, a na koniec pianistyczny „Hello Hello Who’s Your Lady Friend?” z knajpiarskim śpiewem Joe Jacksona oraz pojawiającymi się w tle odgłosami pijusów.

Tylerowi udaje się nie tylko współgrać z obrazem, ale jest też pełna emocji i pasji, którą słychać nawet w najkrótszych kompozycjach. Całość jest po prostu bardzo dobra, muzyki słucha się z przyjemnością (prawie godzina) i mimo pewnych powtórzeń nie ma monotonii czy nudy. Prawdopodobnie najlepsza praca tego naprawdę zdolnego kompozytora.

8/10

Radosław Ostrowski

James Horner – Testament

James Horner - Testament

Ten mało znany dramat okazał się bardzo ciekawą i interesująca propozycją. Historia rodziny, która musi zmierzyć się z nuklearną zagładą została pokazana jako dramat obyczajowy, praktycznie bez elementów SF. Tak powstało bardzo kameralne i poruszające kino, choć już trochę zapomniane. Poza świetnym aktorstwem, prosto opowiedzianą historią oraz pewną reżyserią mocno wybija się też muzyka.

hornerMuzyka ta została wydana przez Film Score Monthy dopiero w 2011 roku, zaś jej autorem był opromieniony sukcesem „Star Treka: Gniewu Khana” James Horner. Kompozytor ten poszedł tropem reżyserki i napisał muzykę mocno stonowaną, wręcz kameralną, która w filmie pojawia się bardzo rzadko. Zapowiedź tego tonu pojawia się już w „Main Title”, gdzie monotonnie grające smyczki towarzyszą wybijającym dzwonom oraz rogowi. Kompozycje te są dość króciutkie, ale są tak zmontowane, by trwały powyżej dwóch minut. Trzy częściowa następna kompozycja równie mocno wybija się i pojawia parokrotnie. „Bike Talk: Dad & Brad” to flet i dzwonki perkusyjne, zaś w „Bike Ride: Dad & Brad” dołączają do nich smyczki, cymbałki, by w finale doszła jeszcze trąbka. Ten temat (motyw Brada) pojawi się jeszcze parę razy i jest jedynym pogodnym utworem z całej płyty. Liryczny jest też „The Picnic”, gdzie znów pojawia się temat Brada, zaś w tle przewija się harfa i skrzypce. Luźną atmosferę podtrzymuje „Liz Played Pied Piper” zaczynający krótka kompozycję, która grana jest na szkolnym przedstawieniu z ciepłym fortepianem, dalej jest już szybciej z nerwową końcówką („Pied Piper Play”), potem dołącza do niego flet („Pied Piper Flute”) i na końcu znów fortepian gra sam. Rozwinięciem tego tematu jest króciutki (nieco ponad pół minuty) temat „Pied Piper Courtain” tym razem grany na rogu.

Po tym krótkich (jak na Hornera) pojawia się bardziej rozbudowana kompozycja. „Carol Consoles Liz”  to bardzo rozbudowana kompozycja rozpisana na róg (temat Brada), piękny flet oraz cymbałki kontrastujące z ponurymi smyczkami oraz równie smutnym rogiem. I w 4:26 zaczyna się „Carol Says Goodbye to Neighbor”  ze smutnym rogiem, podkreślającym pożegnanie z sąsiadami, zaś temat Brada tym razem grany jest na klarnecie, zaś w tle słychać fortepian i cymbałki, a pod koniec dołącza flet i skrzypce. Trochę krótsza jest „Mother and Daughter Talk” ze smutnymi (choć pięknymi) smyczkami, pianinem i fletem współgrającym z wiolonczelą, zaś pod koniec dołącza chórek. Intymne jest za to „Carol Bathes Scottie”, gdzie do spokojnie grającego klarnetu dołącza pianino, które gra w takt kołysanki. Do tego składu dołącza wiolonczela oraz cymbałki z fletem.

Ale potem pojawia się niepokój w „Brad and Henry Call CQ”, gdzie do wiolonczeli oraz równo grającego basu i klarnetu wkrada się flet i dzwon, budując atmosferę przerażenia, by potem mocno poruszyć w „Brad and Hiroshi Ride Double” z przeszywającym żeński głosem a capella. „Carol and Priest Graveside” ze współgrającymi fletem i smyczkami budują bardzo smutny nastrój, którego nie są w stanie załagodzić smyczki ani flet, a po niecałej minucie pojawiają się dzwony, chórek i róg grając elegię dla zmarłej córki. „Desire to Live” zaczynają smutne skrzypce z wiolonczelą plus dzwony. A na finał dostajemy dość ciepły utwór. „Hiroshi Hands Teddy to Carol” jest bardzo ciepłą melodią rozpisaną na wiolonczelę, skrzypce, a po minucie dołącza do nich harfa oraz żeński wokal podbudowując klimat, ale dodając do niego odrobinę smutku, gdzie pod koniec róg gra temat z „Main Title”. Zaś „End Credits” to temat Brada grany na flecie w akompaniamencie fortepianu i powtórzeniem tematu otwierającego album.

Horner zaskakuje i pokazuje, że subtelność i delikatność też są jego mocnymi stronami. Album zaś został bardzo dobrze zmontowany, a pół godziny muzyki jest idealne i zawiera wszystko, co pojawia się na ekranie. W filmie działa bardzo mocno i po obejrzeniu trudno ją wyprzeć. Poza nim też jest interesująca, zaś pewnym bonusem są dość króciutkie fragmenty kompozycji Mozarta („Liz Plays Mozart” to Kwartet fortepianowy G-minor z pięknymi smyczkami, a „Fania Plays Mozart” zawiera Sonatę fortepianową nr 12), które rozładowują napięcie i wprowadzają odrobinę lekkości i ciepła. „Testament” to bardzo udana praca Hornera, z którą (podobnie jak z filmem) zapoznać się trzeba absolutnie. Piękna robota.

7,5/10

Suita:

AC/DC – Iron Man 2

Iron_Man_2

Kim jest Iron Man? To facet w dużej zbroi, który ratuje świat i świetnie się przy tym bawi. Każda z części była przykładem dobrego rozrywkowego kina. Ale spece od marketingu wpadli na diabelsko-szatański pomysł, by wydać muzykę z filmu, choć w filmie się nie pojawia (raptem dwa utwory).

Nie jest to music inspired by, ale tak naprawdę to jest kompilacja piosenek zespołu AC/DC. Pomysł może wydawać się z dupy wzięty, jednak zawartość pokazuje zupełnie coś innego. Piosenki australijskiej kapeli idealnie pasowałyby do opowieści o Człowieku z Żelaza. Czyste, hard rockowe nuty, gdzie gitara gra jak szalona, perkusja wali, a Brian Johnson ma chrypliwy głosi miesza się z Bonem Scottem. I tyle. Utwory tylko dla twardzieli, o czym mogą świadczyć same tytuły – „Shoot to Thrill”, „T.N.T”, „Evil Walks”, „Thunderstruck” czy „War Machine”. Wszystko tu wali, grzmi, wybucha i jest hardrockowe z akcentem na hard.

Poza tym jest to taki the best of AC/DC – nie mogło zabraknąć największych hitów jak „Highway to Hell”, „Back in Black”, jednak są też trochę mniej znane piosenki jak „Guns for Hire”, ” Cold Hearted Man” czy „Have a Drink on Me”. Wiadomo, czego się spodziewać po AC/DC i brzmi to jak cholera, zaś osoby nie znającego tej kapeli, po filmie mogli by natrafić na ten album i odkryć twórczość kapeli braci Young.

Mogło się to wydawać bezsensownym zabiegiem, ale ta muzyka nadal ma siłę i choć jest to produkt, jakość jest tu najwyższa. Nic nowego (poza okładką), ale to dobra muzyka. Co z tego, że znana (większości)?

7/10

Radosław Ostrowski

Angelo Badalamenti – Twin Peaks

twin_peaks

Na pozór jest to zwykłe miasteczko leżące na pograniczu, gdzie wszyscy się znają. Ale kiedy zostają znalezione zwłoki niejakiej Laury Palmer, życie mieszkańców zmienia się totalnie – dawno skrywane tajemnice powoli zaczynają wychodzić na jaw, a wręcz idylliczny obrazek rozpada się wraz z pojawieniem się agenta Coopera. Tak można w skrócie opisać fabułę „Miasteczka Twin Peaks” – produkcji Davida Lyncha i Marka Frosta, która zmieniła oblicze telewizji na zawsze. Mieszanka thrillera, horroru, czarnej komedii i telenoweli stała się potem inspiracją m.in. dla „Zagubionych” czy „Dextera”.

A skoro za serial odpowiada Lynch, to muzykę mógł napisać tylko jeden człowiek – Angelo Badalamenti, dla którego ta praca miała być przełomem w jego karierze, zaś cała ścieżka stanowi z serialem nierozerwalną całość. Całą płytę można opisać słowami – tajemnicza, mroczna, niepokojąca. Album zawierająca muzykę z pierwszej serii (8 odcinków) serialu, a co najważniejsze całość jest naprawdę równa i bez słabych punktów.

badalamentiA zaczyna ją legendarny temat przewodni – melodia rozpisana na syntezator i gitarę elektryczną przeszła do historii. I za pomocą tych środków, a także jazzowych brzmień budowany jest klimat. Potwierdza się to na każdym utworze, jednak najbardziej w temacie Laury Palmer – mroczna elektronika skontrastowana jest z pojawiającym się stale delikatnym, pięknym fortepianem. Bardziej chyba nie dało się pokazać dwóch twarzy człowieka oraz tego, że nic nie jest takie jakim się wydaje. Temat ten pojawia się jeszcze parę razy – w „Audrey’s Dance” zaaranżowanym na elektroniczne dęciaki i dzwony, klarnet, pstrykanie oraz jazzową perkusję, a także w „Love Theme from Twin Peaks” rozpisanym na bas, flet i klawisze. Podobnie wybrzmiewa „Freshly Squezed”, gdzie tutaj główną rolę gra ksylofon oraz najdynamiczniejszym „The Bookhouse Boys” z szybką perkusją, gitarą elektryczną, trąbką, by w połowie wykorzystać temat Laury.

Natężenie w mocno elektronicznym „Night Life in Twin Peaks” pokazuje prawdziwe, niepokojące oblicze miasteczka, gdyż to w nocy zaczynają się dziać straszne rzeczy, podkreślane przez klawisze, klarnet i flet. „Dance of the Dream Man” z saksofonem na pierwszej linii brzmi wybornie.

Ale nie można zapomnieć o jednym istotnym szczególe – między utworami pojawiają się trzy piosenki, które dopełniają klimatu i pojawiają się w serialu, zaś wykonuje je Julie Cruise. „The Nightingale”, „Into the Night” i oparte na motywie przewodnim „Falling” za każdym razem brzmią wyjątkowo, niepokojąco i przyciągająco. Tak jak zresztą cały album, który powinien się znaleźć w kolekcji każdego szanującego się kino- i telemaniaka.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Michael Kamen – Dead Zone

dead_zone

Młody nauczyciel Johnny Smith (kapitalny Christopher Walken) na skutek wypadku samochodowego zapada w śpiączkę. Budzi się po 5 latach, nie mając ani pracy ani dziewczyny (która teraz jest mężatką), jednak odkrywa on w sobie dar jasnowidzenia, co zmieni jego życie. Tak w skrócie przedstawia się fabuła „Martwej strefy” Davida Croneberga na podstawie powieści Stephena Kinga. Adaptacja naprawdę udana i do dziś zbierająca dobre noty.

Jednak dzisiaj nie będzie o filmie, tylko o muzyce. Przy nazwisku Cronenberg powinno pojawić się drugie – Howarda Shore’a. Jednak ten kompozytor tworzył wówczas mocno eksperymentalne, elektroniczne prace, które zbierały dość średnie recenzje w tak samo sprawdzały się w filmach, dlatego reżyser postawił na znanego, ale jeszcze nie popularnego Michaela Kamena, dla którego miał być to punkt zwrotny w jego karierze. I w porównaniu do ówczesnych prac Shore’a nie tylko sprawdza się w filmie, ale też daje się tego słuchać poza nim. Album zaś został wydany przez Milan w 1983 roku i zawiera 40 minut muzyki.

kamenMuzykę tą można podzielić jakby na dwie części: tematy i ich wariacje, a druga to action- i underscore, który w filmie się sprawdza, ale poza nim bywa naprawdę trudny w odsłuchu.  A płyta zaczyna się od dość mocnego „Opening Titles”, gdzie na początku słyszymy różne krzyki, wycia i elektroniczne eksperymenty, do którego potem dołączają flet, fortepian, klarnet i podnoszące napięcie smyczki oraz mandolina – temat ten buduje ponury klimat. Potem pojawia się „Coma”, w którym pojawia się po raz pierwszy temat Jonny’ego – bardzo spokojna, wręcz romantyczna kompozycja rozpisana na dęciaki i smyczki (pojawi się też m.in w „Hospital Visit” i „School Days”), którego dość często będziemy słyszeć oraz underscore – nerwowe bębny, ciągnące się dęciaki i smyczki, które potem przyśpieszają. Nerwowo zaczyna się dziać w „First Vision – Second Sight”, gdzie dęciaki i flety grają pędząc na złamanie karku, towarzyszą im dęciaki, typowe opadające i szybko podnoszące smyczki oraz walące bębny.

Choć muzyka tła i akcji brzmi naprawdę w porządku, to jednak nie brakuje tu charakterystycznych zagrywek dla horroru – przeciągania dźwięków, nerwowych smyczków (czasem trzasków), nieprzyjemnych dęciaków oraz walenie bębnami. I to wypełnia drugą część płyty (taką linią przełomu jest „School Days”), jak w „In the Snow – Hope” (gdzie w połowie smyczki opadają i wznoszą się w równym tempie) czy „Political Death” ze smyczkami oraz pędzącymi fletami i klarnetami. Ta część płyty jest trudniejsza w odsłuchu (w ogóle action- i underscore u Kamena działa perfekcyjnie na ekranie), ale o dziwo jest to zjadliwe i nie drażni uszu.

Słuchanie „Dead Zone” może być dla wielu trudnym wyzwaniem, które wymaga cierpliwości (zwłaszcza w połowie), a bez znajomości filmu można się tu naprawdę pogubić (choć muzyka jest wydana w kolejności chronologicznej). Niemniej jest w tej muzyce tajemnica, liryka, a mimo mrocznej muzyki tła da się tego słuchać. Jeśli nie macie co robić z 40 minutami swojego życia, to możecie zaryzykować, a przedtem zobaczcie film.

7/10

Radosław Ostrowski


Marvin Hamlisch – Sophie’s Choise

sophies_choice

O samy filmie już opowiedziałem, więc teraz skupię się na samej muzyce do „Wyboru Zofii”. Alan Pakula zazwyczaj do pisania muzyki w filmach zatrudniał Michaela Smalla. Ale tym razem reżyser wybrał doświadczonego i wysoko cenionego Marvina Hamlischa, zaś soundtrack z tego filmu został wydany przez Southern Cross już w 1984 roku i wznowiono w 2005 r.

hamlischWydanie to zawiera 15 kompozycji, a całość trwa nieco ponad pół godziny. Niby niewiele, ale album zawiera wszystko, co zostało napisane. Sama muzyka pojawia się zazwyczaj w albo bardziej stonowanych scenach albo podczas pogodniejszych momentów. Zaś przez większy czas muzyka ta bazuje na temacie przewodnim nazwanym tu „Love Theme”. Zaczyna się on od delikatnego klarnetu, do którego potem dołącza flet i smyczki będące cały czas w tle, by w połowie role się odwróciły. Bardzo liryczna, wręcz błogi temat pojawia się w filmie wielokrotnie, a na płycie w wielu zmodyfikowanych aranżacjach („Emily Dickenson”, „End Credits” czy „Ample Make This Bed”). Może się to na dłuższą metę wydawać monotonne, ale z każdym odsłuchem ten temat zyskuje na sile. I to właśnie ta delikatność i liryzm są znakiem rozpoznawczym tej pracy. Ale poza tym tematem na płycie jest parę równie ciekawych ścieżek. Taką jest choćby temat Stingo, który pojawia się w „Train Ride to Brooklyn” (piękne smyczki, delikatna harfa oraz pojawiające się w połowie flet i fagot), a także w „Stingo; Polish Lullaby”, gdzie w połowie wybrzmiewa bardzo smutno flet. Te tematy stanowią największą siłę tej pracy.

Jest jeszcze trzeci temat, który pojawia się w „Aren’t All Women Like You” z równie pięknym fletem i pianinem, który jeszcze pojawi się m.in w „Nathan Returns” i „I’ll Never Leave You” (fortepian w połowie). Oprócz tych tematów pojawiają się pojedyncze kompozycje jak pogodne „Coney Island Fun” (fanfary, trąbki i smyczki z bębnem), utrzymany w tonacji walca „Southern Plantation” z banjo (wiadomo, Południe) czy bardzo elegancko brzmiące pianistyczne „Song Without Words”.  Ale są też trochę melancholijne „Returning the Tray” rozpisane na fortepian i smyczek.

Jest to przede wszystkim muzyka bardzo liryczna i melodramatyczna, ale bardzo sprawdzająca się w filmie i budująca jego klimat. Owszem, może drażnić pewna powtarzalność i monotonia, ale to jest też jej wielką siłą. Śliczna muzyka, bez której nie wyobrażam sobie tego filmu.

8/10

Radosław Ostrowski