Carter Burwell – In Bruges

In_Bruges

To było jedno z zaskoczeń roku 2008. „In Bruges” (w Polsce pod wyjątkowo finezyjnym tytułem „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”) to czarna komedia z wątkiem kryminalnym. Dwaj cyngle Ray i Billy na polecenie szefa Harry’ego przyjeżdżają do Brugii, czekając na dalsze instrukcje. Zwiastun zapowiadał dynamiczne kino z dość rubasznym żartem, a okazało się mieć błyskotliwe dialogi, wyraziste postacie oraz klimat Brugii, spotęgowany także dzięki muzyce.

To zadanie przypadło Carterowi Burwellowi – zdolnemu kompozytorowi znanemu ze współpracy z braćmi Coen, ale jednocześnie jeden z najbardziej niedocenionych kompozytorów. Wydana przez Lakeshore Records ścieżka zawiera 24 utwory, z czego 4 to kompozycje nie napisane przez Burwella i przeplatają się one z jego ścieżką. Ale o dziwo, nie gryzą się one z partyturą, a nawet się ciekawie uzupełniają. W zasadzie tą ścieżkę budują trzy tematy: temat Brugii, temat nazwijmy go winy oraz Harry’ego. Pierwszy pojawia się tutaj bardzo często w różnym instrumentarium – to bardzo refleksyjny temat, który jest w pewnym sensie wizytówką tego filmu, pojawia się w kluczowych momentach i brzmi świetnie, choć pojawia się trochę za często, co może być wadą (m.in. „Prologe”, „Medieval Waters” czy „Dressing for Death”). Drugi temat pojawia się po raz pierwszy w „The Little Dead Boy” i przypomina ten pierwszy i nie pojawia się tak często jak tamten. Ale wraz z pojawieniem się tematu Harry’ego, ścieżka nagle przyśpiesza i nabiera rumieńców. Opadające i wznoszące się smyczki, fortepian, bębny i perkusja nadają lekkiej dynamiki, która pojawia się m.in. w „Harry Walks” czy „The Kiss Walk Past”.

Zaś jedyna w filmie scena akcji (pościg Raya za Harrym) w muzyce zostaje rozbity na dwie części. „Shootout Part 1” zaczyna się jak temat Harry’ego, ale potem dołącza gitara elektryczna, perkusja wali jak szalona, wszystko przyśpiesza ze smyczkami włącznie. Druga część jest znacznie spokojniejsza, zaczyna się jak wariacja tematu Harry’ego z wyraźnie słyszalnymi bębnami oraz bardzo nerwowymi smyczkami w połowie, a w ostatniej minucie robi się naprawdę posępnie za sprawą fagotu.

To tyle, jeśli chodzi o muzykę Burwella, która w filmie wypada rewelacyjnie, a poza nią też się słucha dobrze. Wspomniałem o utworach śpiewanych, tu wybrano dość ciekawy zestaw – ballada „St. John’s Gambler”, pop-rockowe „The Milkman”, irlandzkie „On Rigley Road”, koncert Schuberta oraz wieńczące album kapitalne „2000 Miles”.

Jako całość muzyka do „In Bruges” to jedna z najlepszych prac Burwella – pomysłowa, wręcz idealnie współgrająca z obrazem, bardzo dobrze wydana i może trochę monotonna, ale nadal przyjemna w odsłuchu. Jeśli będzie mieli okazję, odwiedźcie Brugię zimą.

8/10

Radosław Ostrowski

 

Angelo Badalamenti – The Straight Story

straight_story

Ta historia wydarzyła się naprawdę. Alvin Straight mieszkał na wsi i zajmował się córką. Kiedy dowiaduje się, że mieszkający 300 mil jego brat miał zawał, chce wyruszyć do niego i pogodzić się. Ale nie ma prawa jazdy i wzrok już nie ten, decyduje się wyruszyć na… kosiarce. Tak w skrócie można opisać fabułę jednego z najbardziej zaskakujących filmów roku 1999. Nakręcony przez Davida Lyncha nie jest mroczną, surrealistyczną opowieścią z wątkiem kryminalnym, ale zawiera elementy charakterystyczne dla tego twórcy: gra kolorami, oszczędność dialogów na rzecz nastroju, choć tym razem przedstawia prostą historię, która mogła przydarzyć się każdemu z nas.

badalamentiA skoro Lynch za kamerą, to muzykę mógł napisać tylko jeden człowiek – Angelo Badalamenti. I tak też się stało. Kompozytor słynął z dość oszczędnego instrumentarium oraz tworzenia pięknych, zapadających w pamięć tematów za pomocą syntezatora oraz małego zespołu. Tak też jest tutaj, choć tak jak w przypadku filmu nie jest to mroczna ścieżka, choć też przekazująca emocje – nostalgię, smutek, melancholię. W „Laurens, Iowa” mamy do czynienia z tak wyrazistym stylem kompozytora – pianino i syntezator trochę przypominające „Twin Peaks”. Ale już z pojawieniem się „Rose’s Theme” zmienia się wszystko. Delikatnie grająca gitara, która brzmi po prostu rewelacyjnie, a w tle smyczki. Temat ten jeszcze pojawi się w wersji alternatywnej rozpisanej na smyczki oraz w „Sprinkler” (sama gitara). I to gitara ze smyczkiem będzie nam dalej towarzyszyć w „Laurens Walking” czy „Alvin’s Theme” (oba tematy podobne, ale temat Alvina żywszy i bogatszy). Znacznie wolniejszy i smutniejszy jest „Final Miles” czerpiący z tematu Rose (genialne smyczki), w podobnym tonie jest utrzymany „Country Waltz” – jak sama nazwa wskazuje walc na smyczki i gitarę. Cieplejszy jest „Country Theme”. Dla mnie trochę problemem w odsłuchu była prawie siedmiominutowa „Nostalgia” – naśladująca brzmienie z gramofonu (elektroniczne smyczki) kompozycja wydawała mi się strasznie monotonna. Za to końcówka rozbraja. „Farmland Tour” rozpisana na gitarę, pianino i smyczki to wariacja na temat z czołówki  „Miasteczka Twin Peaks”, zaś finałem jest „Montage”, czyli coś na kształt suity.

W samym filmie muzyka bardzo silnie koresponduje z obrazem, co w przypadku duetu Badalamenti-Lynch jest absolutną normą. Poza nią słucha się jej wybornie, gdyż przenosi nam emocje wzięte z filmu. I o to tu chodzi. Praca ta została doceniona nie tylko przez krytykę (nominacja do Złotego Globu), ale też przez słuchaczy. Choć jest to inny Badalamenti, to słucha się go równie wybornie jak „Miasteczka Twin Peaks”.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


James Horner – 48 Hrs.

48_Hrs.

Filmów o dwóch przeciwnych charakterach było wiele, zazwyczaj obaj panowie muszą ze sobą współpracować, choć różni ich wiele. Jednym z takich popularnych filmów była komedia sensacyjna „48 godzin”. Tam czarnoskóry złodziejaszek (debiut Eddiego Murphy’ego), pomagał białego gliniarzowi (jak zawsze niezawodny Nick Nolte) w odnalezieniu zabójców jego kolegów, na co mieli tylko dwie doby, wypełnione sprzeczkami i potyczkami słownymi. A po drodze strzelając i ścigając. Także muzyka zyskała ciepłe przyjecie, choć została potem przyćmiona. Zaś w całości została wydana dopiero w 2011 roku przez wytwórnię Intrada.

Za tą część produkcji Waltera Hilla odpowiada jeszcze raczkujący wówczas James Horner, który w tym samym roku napisał muzykę do drugiej części „Star Treka”, przynosząc mu rozpoznawalność  rozgłos. Natomiast muzyka z tego filmu stała się przez dłuższe lata wyznacznikiem muzyki akcji w innych praca Hornera, dając coś, co po latach zostało nazwane jazgotem, serwując dość charakterystyczny zestaw instrumentów (perkusja, bas, saksofon, gitara i elektronika brzmiąca „karaibsko”), zaś orkiestra pojawia się tu w śladowych ilościach tworząc bardzo intrygująca mieszankę. Na płycie jest osiem kompozycji Hornera + 5 piosenek, a całość trwa nieco ponad 45 minut i zawiera całość materiału Hornera.

hornerZaczyna się wszystko od „Main Theme” (bardzo często wykorzystywana nazwa w przypadku płyt), która jest pięciominutową jazdą bez trzymanki. Zaczyna się to dość spokojnie, choć trudno nazwać spokojnym walenie perkusji, do którego dołącza potem bas, gitara i fortepian. Ale z pojawieniem się saksofonu, gitara przyśpiesza i staje się bardzo nerwowa, perkusja zaczyna walić mocniej, by po niecałej minucie razem z „opadającymi” smyczkami wręcz eksplodować, a wtedy pojawiają się bębny i cymbałki, wraca saksofon. Wreszcie następuje wyciszenie, ale przez ostatnie półtorej minuty pojawiają się dęciaki, perkusja wali, pojawiają się trzaski smyczków, a kończy się to solówką saksofonu. Petarda, która w filmie sprawdza się bezbłędnie. Elementy względnego spokoju pojawiają się w „Jack Leaves Elaine’s Apartment” – skróconej wersji tematu przewodniego, w którym pojawiają się perkusjonalia oraz karaibsko brzmiąca elektronika. Znów nerwowo jest w „The Walden Hotel”, gdzie na początku bęben oraz bardzo nerwowe smyczki i fortepian tworzą napięcie i chaos, a później do tego rozgardiaszu dołącza perkusja, „karaiby”, trzaski, by w połowie się wyciszyć, a smyczki budowały posępną atmosferę. I potem pojawia się jedyny wyluzowany utwór „Aerobics”, z „karaibskimi” klimatami. Dalej pozostaje nam muzyka akcji i budująca klimat pościgu, gdzie zespół, elektronika i orkiestra tworzą dość dziwną mieszankę. Najbardziej słychać to w „Subway Station”, w którym obok siebie idą perkusja, karaibsko brzmiąca elektronika, smyczki i saksofon, a w połowie następuje zmiana tempa, a elektronika i saksofon wręcz szaleją. Następujące po sobie „Luther’s Chase” i „Luther’s Bus” czasowo i treściowo są do siebie zbliżone. I w końcu finał, czyli „The Alley” – 5-minutowy rozgardiasz, którego słowa nie opiszą. problemem tej ścieżki jest pewna powtarzalność tematyki oraz trochę ubogie wykorzystanie orkiestry. Zaś tematyka i instrumentarium zostały potem przez Hornera wykorzystane, m.in. w kultowym „Komando”, z którym jest bardziej kojarzona, a także w „Parku Gorkiego” (przyprawiona „rosyjskością”) czy „Czerwonej gorączce”.

Pozostałe pięć utworów to już zupełnie inna para kaloszy. Są to bardzo skoczne, jazzowe piosenki zespołu The Bus Boys, których kawałek „The Boys Are Back in Town” stał się najbardziej rozpoznawalnym utworem z tego filmu. Pozostałe piosenki utrzymane są w tej samej stylistyce i dobrze się stało, ze zostały dołączone do partytury Hornera. Natomiast wszystko kończy się instrumentalną melodią Iry Newborna (m.in. muzyka do serii „Naga broń”) „Torchy’s Boogie”, gdzie gitara elektryczna idzie ręką w rękę ze skrzypcami – kompletny odlot.

Jak ocenić tę muzykę? Na pewno dobrze sprawdza się w filmie, wydana jest porządnie, zaś sama zawartość lekko się zestarzała. Słychać, że to jeszcze początki, ale czuć duży potencjał. Niezła robota, którą można czasem odpalić.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Enya – Enya

Enya

Jest tak, że pojawia się osoba niezwykle uzdolniona, praktycznie znikąd, zaczyna wyrabiać swój styl i potem znika na kilka lat. Jedną z takich osób była irlandzka wokalistka Eithne Patricia Ní Bhraonáin, bardziej znana jako Enya, która swoją ostatnią płytę nagrała w 2008 roku. Choć nie była anonimową artystką (w latach 1979-1982 była członkinią Clannad), tak naprawdę jej kariera rozkręciła się, odkąd zaczęła występować solo.

A działalność na własny rachunek zaczęła od nagranej w 1986 roku płyty pod bardzo oryginalnym tytułem „Enya”, która była soundtrackiem do brytyjskiego serialu dokumentalnego „Celtowie”. Płyta ta w 1992 roku została zremasterowana i wydana pt „The Celts”. Zaczyna się ona od tematu przewodniego, w którym śpiewa się w języku Celtów, delikatnej elektroniki oraz przeplatających się wokaliz Enyi (trochę podobny do tematu przewodniego z serialu „Robin z Sherwood”). Podobnie brzmi „Aldebaran” dedykowany Ridleyowi Scottowi (z zapętlającą się elektronicznymi fletami oraz czymś, co brzmi jak harfa). Ale skoro muzyka ma być celtycka, to nie ma się co dziwić, choć wokalistka wykorzystuje do tego swój piękny wokal oraz elektronikę, która będzie jej towarzyszyć aż do teraz, budując pewną magię. Choć pojawiają się też inne instrumenty jak gitara elektryczna („I Want Tomorrow”), fortepian („March of the Celts”), bęben („March of the Celts”). Jednak poza piosenkami nie mogło zabraknąć kompozycji instrumentalnych jak choćby „The Sun in the Stream” (z kapitalnymi dudami, którym towarzyszy fortepian) czy bazujących na wokalizach dwóch częściach „To Go Beyond”, do których potem dołącza pianino, elektronika i chórek czy kompletnie baśniowym „Fairytale” i „Epona”, których klimat potrafi przyciągnąć uwagę na bliżej. Enya potem śpiewa jeszcze w trzech utworach: „Triad”, „Boadicea” (fragment tej kompozycji wykorzystali potem The Fugees oraz Mario Winams w kolejno „Ready or Not” i „I Don’t Wanna Know”)  oraz „Dan y dwr”.

Ta płyta po latach brzmi dobrze, choć rozgłos miał przynieść dopiero następny album, ale to temat na kolejną  opowieść. Ładne, klimatyczne granie.

7/10

Radosław Ostrowski

Ari Pulkkinen – Trine 2

Trine_2_OST

Muzyka do gier komputerowych jest znacznie trudniejsza do zrealizowania niż do filmu. Dlaczego? Bo przy grze poświęcamy więcej czasu, także i więcej muzyki trzeba napisać. Chociaż z drugiej strony wystarczy powtórzyć dany temat w kółko. Technik jest wiele, ale ten rynek nadal się rozwija, czego dowodem jest wydanie płyt z soundtracków z gier. I o jednej takiej pracy chcę opowiedzieć.

Gra „Trine 2” to duchowa spadkobierczyni stary „The Lost Viking”, gdzie sterowało się trzema różnymi postaciami i trzeba było razem pokonywać poziomy, by dojść dalej. W grze firmy Frozenbite mechanika jest podobna, tylko że tutaj mamy rycerza, czarownika i złodziejkę, którzy muszą znów wyruszyć w niebezpieczną wyprawę. W tą platformówkę grało się naprawdę przyjemnie, wymagała odrobiny myślenia, miała piękną grafikę i budującą klimat baśniową muzykę.

ariOdpowiada za nią fiński kompozytor Ari Pulkkinen, który kojarzony jest głównie dzięki serii Angry Birds – taka śmieszna produkcja, gdzie akurat na muzykę mało kto zwraca uwagę. Wróćmy do Trójni, bo muzyka tutaj jest naprawdę śliczna i lekko baśniowa, zapowiada niezwykłą przygodę. Przewijają się tu flety, smyczki, harfa, tamburyn, cymbałki i lekkie elektroniczne dźwięki, które tworzą mieszankę delikatności i podniosłości, gdy trzeba. Czuć, ze czeka nas niezwykła przygoda. Ta baśniowość utrzymywana jest do samego końca i ta muzyka jest wtedy po prostu śliczna. Nie brakuje też bardziej dynamicznych utworów jak temat rycerza („The Mighty Warrior Pontius” oraz jego druga część – bębny i perkusja elektroniczna oraz harfa z domieszką elektroniki czy w akcji jak  „Goblins!”, gdzie mrocznie nabrzmiewa fagot ze smyczkami i perkusją czy „Snake, Oh It’s Snake!”, gdzie mocno marszowa perkusja towarzyszy dudom i smyczkom. Ale nie ma tutaj jakiegoś nudzenia czy monotonii. Nie zabrakło walca („Waltz of the Temple Forest Elves” z pięknym fletem oraz cymbałkami w tle), marszu („Mosslight Marsh” ze strunami, chorkiem, fletami i perkusją oraz bębenkami a’la James Horner) czy wokalizy w „The Last Court of Mushroom Caves”.

Nie przeszkadza też czas, bo prawie godzina najzupełniej wystarczy i mija naprawdę szybko. I mogę powiedzieć tyle, że jest to muzyka najzwyczajniej udana i że poza grą słucha się jej wybornie. Radzę koniecznie sięgnąć po ten tytuł (zarówno muzykę jak i grę).

8/10

Radosław Ostrowski

Patrick Doyle – Carlito’s Way

CarlitosWay

Carlito Brigante wychodzi z więzienia. I zamiast wrócić do biznesu, przejąć władzę, chce się wycofać i prowadzi małą knajpę. Niestety, jego dawny przyjaciel prosi go o przysługę, która „jest bardziej zabójcza niż kule”. Tak przedstawia się fabuła filmu Briana De Palmy z 1993 roku, w którym Al Pacino znów pokazał klasę. Ale dzięki temu filmowi mógł zabłysnąć kompozytor, który choć wtedy jeszcze raczkujący, to jednak miał parę sukcesów.

Tym kompozytorem był Patrick Doyle, który współpracował (i nadal współpracuje) z Kennethem Branaghem i nie był kojarzony z kinem akcji, co akurat do tej pory się nie zmieniło. Wytwórnia Varese Sarabande zawiera 11 kompozycji, ale to nie jest cała muzyka. Brakuje kompozycji pojawiającej się w pierwszej akcji w filmie, czyli zasadzce, choć luzem by się zmieściła. Ale po kolei. Płytę i film zaczyna „Carlito’s Way” – bardzo podniosła, wręcz elegijna kompozycja smyczkowa, która przypomina konstrukcją i emocjami „Adaggio for Strings” Samuela Barbera. Potężny, emocjonalny zastrzyk na dzień dobry. Potem mamy bardzo liryczny i podobnie emocjonalny „Carlito and Gail” – bardzo stonowany utwór z eleganckim walczykiem. Następne są lekko jazzowe „The Cafe” (stonowany fortepian i smyczki z nerwowym zakończeniem ) oraz „Laline” (saksofon).

doyleMuzyka akcji działa silniej w filmie niż poza nim, ale da się tego wysłuchać i nie wywołuje zniechęcenia. Pojawia się już „You’re Over, Man” z nerwowym fortepianem oraz niepokojącymi smyczkami w połowie. Ten temat zostaje przerobiony na jazzową modłę w „Where’s My Cheesecake?” zagrany na fortepian, bas i perkusję, by pod koniec wystrzelić smyczki. Jednak dalej czuć pewną nerwowość w „The Bouy” z delikatnie grającymi fletami i smyczkami, mocno uderzającą perkusją oraz niepokojącymi smyczkami, a w połowie dochodzi do „wybuchu” smyczków i perkusji, a potem pojawia się temat z „You’re Over, Man”. Zaś „The Evelator” z pulsującymi cymbałami oraz mocnym wybuchem na koniec. I tuż za nim wielki finał, czyli najmocniejsza trójka. Pozornie spokojny „There’s an Angie Here”, gdzie poszczególne instrumenty serwują niepokojące dźwięki (smyczki, trąbki, bas, perkusja), który wprowadza do najdłuższego „Grand Central”. 10-minutowy kawał akcji i napięcia, zmian nastroju i wybuchów, którego nie powstydziłby się sam Michael Kamen. A na sam koniec dostajemy „Remember Me”, czyli powtórzenie tematu z „Carlito’s Way”, będący klamrą spajającą zarówno film jak i album.

Podsumowując „Carlito’s Way” Doyle’a jest bardzo dobrą partyturą, która genialnie sprawdza się w filmie. Ale poza nim nie wypada najgorzej i nadal wyróżnia się w dorobku Szkota. Mocna praca, choć lepiej wysłuchać po obejrzeniu filmu, wtedy działa mocniej.

8/10

Radosław Ostrowski

Nick Cave and Warren Ellis – The Assassination of Jesse James by the Coward Robert Ford

The_Assassination_of_Jesse_James_by_the_Coward_Robert_Ford

Ten film oglądałem jakiś czas temu i mnie wprawił w konsternację. Choć akcja toczyła się na Dzikim Zachodzie, nie był to stricte western, tylko dramat psychologiczny ubrany w kowbojski strój. O tym jak fascynacja legendą, doprowadza do zabójstwa, a wszystko pokazane w bardzo nieśpiesznym tempie oraz bardzo estetycznej oprawie (zdjęcia Rogera Deakinsa są wręcz obłędne) z zaskakującym Bradem Pittem oraz kradnącym mu każdą scenę Caseyem Affleckiem. Także mało westernowa jest muzyka filmu Andrew Dominika. Ale po kolei.

cave_ellisZa muzykę do filmu odpowiada Nick Cave oraz Warren Ellis – frontman oraz członek zespołu the Bad Seeds. I ich kompozycje na pierwszy słuch mogą wydawać się zbyt monotonne i nie westernowe (brak gitary elektrycznej lub skustycznej, podniosłych tematów). Ten świadomy minimalizm ma służyć przede wszystkim podkreśleniu warstwy psychologicznej bohaterów, budując przy okazji dość melancholijny, czasami odrealniony klimat. Już to słychać w „Rather Lovely Thing” z bardzo pulsującym basem, podskórnie brzmiącym smyczkiem oraz delikatnym fortepianem. Tę podskórność słychać najbardziej na samym początku płyty jak w „Moving On” z powtarzającą się gitarą, smyczkiem oraz cymbałkami. Ale największą perłą są dwie kompozycje „Song for Jesse” oraz kończący album „Song for Bob”. W tym pierwszym magicznie brzmią cymbałki oraz delikatnie grający fortepian, zaś drugi bardziej posępne smyczki, do którego dołącza fortepian. „Falling” z zapętlającymi się smyczkami oraz fortepianem brzmi po prostu genialnie.

Wspomniałem o tym, że mało westernowa ta ścieżka. Są jednak dwie kompozycje wskazuje na to, że jesteśmy na Dzikim Zachodzie. „Cowgirl”, choć nadal wymagające, wykorzystuje gitarę elektryczną. Tak samo „Carnivale” z mocno „buczącym” smyczkiem oraz bluesową gitarą. O dziwo, te dwie kompozycje paradoksalnie są najsłabszymi, burzącymi klimat serwowany nam do tych czas przez Cave’a i Ellisa. Ale na szczęście są to jedyne poważniejsze wady tego soundtracku. Reszta kompozycji utrzymana jest we wspomnianym wcześniej stylu, co jest w tym przypadku absolutną zaletą. Innym wyjątkiem jest „What Happened Next” w zapętlającymi się smyczkami w tle oraz walącą perkusją.

Sam film obejrzałem dawno temu i nie pamiętam jak bardzo działała ta muzyka w filmie, jednak poza nim wypada bardzo interesująco. Oryginalna, niekonwencjonalna ścieżka, która zapadnie wam w pamięć na dłużej.

8/10

Radosław Ostrowski

Marvin Hamlisch – Sting

sting

Najtrudniej opisać muzykę, którą się zna i pamięta, a gdy jeszcze stała się klasyką, do filmu będącego tez klasykiem to już w ogóle. Tak jest w przypadku „Żądła” – lekkiej i niesamowicie odprężającej komedii kryminalnej George’a Roya Hilla, nagrodzonej 7 Oscarami,  z kapitalnymi kreacjami Roberta Redforda i Paula Newmana. Zemsta na grubej rybie za pomocą kantu pojawiała się potem wielokrotnie, ale film pozostaje niedoścignionym wzorem tej konwencji.

ScottJoplinZ muzyką, która też przeszła do historii i zbudowała klimat tego dzieła stało się podobnie, choć należy trochę bliżej się przyjrzeć, ponieważ na okładce tej płyty wymienione są dwa nazwiska. Tak naprawdę kompozycje, które słyszymy napisał na przełomie XIX i XX wieku Scott Joplin – pianista, który stworzył podgatunek muzyki jazzowej zwany ragtime. A że muzyk ten zmarł w 1910 roku, nie mógł on napisać tej partytury. Znaczy, powiem tak, to są jego kompozycje, tylko zostały zaadaptowane i zaaranżowane przez Marvina Hamlischa, który widnieje na okładce jako współautor ścieżki. I to co zrobił Amerykanin imponuje, bo muzyka ta nadal jest żywotna, lekka i bezsprzecznie kojarzy się z filmem, a poza nim słucha się znakomicie.

hamlischMotywem przewodnim i jednocześnie wizytówką tej pracy jest „The Entertainer” z bardzo chwytliwym fortepianem, który pojawia się tutaj trzykrotnie (z orkiestrą – choć to trochę mocne nadużycie, lepsze byłoby określenie zespół z trąbkami, fletami i perkusją; solo na fortepian oraz razem z rytmicznym „Rag Time Dance” kończącym płytę i film). Najważniejszy tutaj jest fortepian, bez którego ta muzyka nie miałaby siły. Gdy trzeba jest refleksyjny i stonowany jak w „Solace” (też z orkiestrą oraz solo fortepianowe) oraz w jego wolniejszej aranżacji „Luther” (świetne dęciaki nadające „pogrzebowe” tempo i klimat), a kiedy indziej skoczny i bardzo chwytliwy („Pine Apple Rag/Gladious Rag”). I tak można byłoby opisać całą ścieżkę, pełną klimatu lat 30. oraz jazzowego feelingu. Dynamiczną i lekką („The Glove” ze skocznymi smyczkami i dęciakami czy „Hooker’s Hooker”), ale też refleksyjną jak „Luther”. Kompletnym zaskoczeniem oraz kompozycją, która może nie pasować jest „Merry-Go-Round Music” opartą na dzwonkach muzykę z karuzeli, ale nie gryzie się z resztą.

„The Sting” to jedna z najbardziej rozpoznawalnych prac Hamlischa i jednocześnie przykład adaptacji muzyki. Lekka, przyjemna, perfekcyjnie zgrana z obrazem i praktycznie nie posiadająca żadnych wad. Czy muszę mówić, że nie wypada nie znać?

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Abel Korzeniowski – Escape from Tomorrow

escape_from_tomorrow

Ten młody zdolny kompozytor z Polski, co ruszył na podbój Hollywood, co udaje mu się dość średnio. Bo większość filmów, do których komponował to niskobudżetowe i skromne filmy („Połowiczny rozpad Timofieja Bierezowa”, „Terra”). Kiedy wydawało się, że „Samotny mężczyzna” będzie punktem zwrotnym to tak naprawdę poza „W.E.” Madonny jakoś nikt nie był nim zainteresowany. Film, do którego teraz napisał muzykę, może nie trafić w ogóle do kin.

„Escape from Tomorrow” to historia mężczyzny, który po stracie pracy ucieka w świat fantazji, przy okazji dostając obsesji na punkcie dwóch dziewczynek z Francji. Potajemnie nakręcony film za pieniądze Disneya, już wywołał w wytwórni konsternacje. A jak sobie radzi muzyka, która została wydana przez Sugar Free Media?

korzeniowskiJest ona piękna, ale bardzo krótka, bo zawiera raptem 9 kompozycji, które razem trwają niecałe 20 minut. Korzeniowski w żaden sposób nie zahacza ani o „Samotnego mężczyznę” ani „W.E.”, jednak nadal partytura brzmi jakby z czasów świetności muzyki Hollywoodu, pełnej rozmachu i epickości. Jest to już słyszalne w „Gates of Tomorrow”, gdzie bardzo delikatnie grające smyczki z harfą oraz fletami buduje bardzo liryczny i wręcz wyciszony. Także „The Fantasy Girl” z werblami, dęciakami i smyczkami brzmi bardzo podniośle, ale jednocześnie pięknie. Pewien niepokój pojawia się w „Fireworks” z zapętlającymi się smyczkami oraz nerwowymi dęciakami, do których w połowie dołączają wrzeszczące dzieciaki i kotły. Wyciszeniem za to są obie części „Magic Kingdom”, które brzmią bardzo lirycznie, jednak podskórnie wyczuwa się pewien niepokój. Bardziej underscore’owe są „Mystery Man” (z wyraźną elektroniką pod koniec idący w lekko jazzową stylistykę) i „Lost in the Caves”, kontynuującym nieprzyjemne, elektroniczne dźwięki. Wszystko to zostaje zwieńczone „Grand Finale”, zahaczającym o temat z „Gates of Tomorrow” z dynamicznym fortepianem oraz bardziej podniosłym brzmieniem oraz „Imaginate!” z werblową perkusją, dziecięcym śpiewem oraz piękną aranżacją.

Korzeniowski tą pracą potwierdza swój nieprzeciętny talent i mam małą nadzieję, że jeszcze nas zaskoczy i zostanie bardziej dostrzeżony przez Amerykanów. Nie wiem jak w filmie ta muzyka się sprawdza, ale brzmi ona bardzo dobrze.

8/10

Radosław Ostrowski


Abel Korzeniowski – A Single Man

A_Single_Man_Original_Motion_Picture_Soundtrack

Film „Samotny mężczyzna” debiutującego reżysera Toma Forda był jednym z najważniejszych filmów roku 2009. Tocząca się w latach 60-tych historia profesora akademickiego, który po śmierci swojego partnera decyduje się popełnić samobójstwo,  to przykład przyswajalnego kina artystycznego, w którym zmysł wizualny (genialne zdjęcia i montaż) plus fantastyczne aktorstwo Colina Firtha stworzyły poruszające kino. Elementem dopełniającym ten niezwykły film była ścieżka dźwiękowa.

korzeniowskiPoczątkowo reżyser chciał, by muzykę skomponował Shigeru Umebayashi, jednak ten znajdował się poza USA, a Ford nie był zainteresowany pisaniem partytury na odległość. Choć część jego utworów wykorzystano (o tym później), zatrudniony został Abel Korzeniowski, dla którego była to pierwsza duża produkcja. Pierwsze co rzuca się w uszy przy przesłuchaniu to elegancja oraz wykorzystanie orkiestry symfonicznej, co w czasach wszędobylskiej elektroniki, jest powiewem świeżości. Podstawa i tematem przewodnim jest „Stilness of the Mind”. Ten bardzo emocjonalny temat rozpisany na genialnie brzmiący smyczek, będzie się powtarzał w innych utworach, ale nie jest to żadna wada (m.in. „And Just Like That” czy „Swimming”). I to właśnie smyczki są najbardziej wybijającym się instrumentem, choć pojawia się i harfa („Stillness of the Mind”, „Drowning”) oraz fortepian („Swimming”, „Become George”). Korzeniowski buduje bardzo emocjonalną ścieżkę, która poza filmem brzmi po prostu świetnie. Wartymi wyróżnienia są też bardzo drgający „Snow”, inspirowany południowoamerykańskimi klimatami „Sunset” oraz kończący album „Clock Tick” (smyczek grający w rytmie tykającego zegara, a utwór zaczyna się od bicia serca i dźwięku wypadku samochodowego – kompozycja wykorzystana w zwiastunie).

Wspomniałem o Umebayashim, ponieważ reżyser wykorzystał parę jego kompozycji. Najbardziej zapada tu w pamięć „George’s Waltz” pojawiający się na płycie dwukrotnie (krótsza i dłuższa wersja).  Utwór ten przypominaj „Yumeji’s Theme” ze „Spragnionych miłości” Wong Kar-Waia. Pozostałe utwory Japończyka to przearanżowane tematy Bernarda Herrmanna „A Variation on Scotty Tails Madeline” i „Carlos”. Co najważniejsze kompozycje obydwu panów nie gryzą się ze sobą, choć są różne stylistycznie.

Poza kompozycjami obydwu panów na płycie pojawiają się też tzw. muzyka źródłowa. Czyli piosenki w tym przypadku. Są to: fragment opery „La Wally” w wykonaniu Miriam Gucci, „Stormy Weather” Etty James, nieśmiertelny szlagier „Green Onions” Bookera T. i The MG’s oraz „Blue Moon” Jo Stafford, które mają zbudować klimat lat 60-tych, w których toczy się akcja. Także ta warstwa jest zrealizowana w sposób bezbłędny.

W filmie ta muzyka sprawdza się bezbłędnie i jest elementem, bez którego trudno sobie wyobrazić ten film. A poza nim brzmi równie rewelacyjnie. Z czystym sumieniem mogę zachęcić do kupienia soundtracku do „Samotnego mężczyzny”.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski