

To było jedno z zaskoczeń roku 2008. „In Bruges” (w Polsce pod wyjątkowo finezyjnym tytułem „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”) to czarna komedia z wątkiem kryminalnym. Dwaj cyngle Ray i Billy na polecenie szefa Harry’ego przyjeżdżają do Brugii, czekając na dalsze instrukcje. Zwiastun zapowiadał dynamiczne kino z dość rubasznym żartem, a okazało się mieć błyskotliwe dialogi, wyraziste postacie oraz klimat Brugii, spotęgowany także dzięki muzyce.
To zadanie przypadło Carterowi Burwellowi – zdolnemu kompozytorowi znanemu ze współpracy z braćmi Coen, ale jednocześnie jeden z najbardziej niedocenionych kompozytorów. Wydana przez Lakeshore Records ścieżka zawiera 24 utwory, z czego 4 to kompozycje nie napisane przez Burwella i przeplatają się one z jego ścieżką. Ale o dziwo, nie gryzą się one z partyturą, a nawet się ciekawie uzupełniają. W zasadzie tą ścieżkę budują trzy tematy: temat Brugii, temat nazwijmy go winy oraz Harry’ego. Pierwszy pojawia się tutaj bardzo często w różnym instrumentarium – to bardzo refleksyjny temat, który jest w pewnym sensie wizytówką tego filmu, pojawia się w kluczowych momentach i brzmi świetnie, choć pojawia się trochę za często, co może być wadą (m.in. „Prologe”, „Medieval Waters” czy „Dressing for Death”). Drugi temat pojawia się po raz pierwszy w „The Little Dead Boy” i przypomina ten pierwszy i nie pojawia się tak często jak tamten. Ale wraz z pojawieniem się tematu Harry’ego, ścieżka nagle przyśpiesza i nabiera rumieńców. Opadające i wznoszące się smyczki, fortepian, bębny i perkusja nadają lekkiej dynamiki, która pojawia się m.in. w „Harry Walks” czy „The Kiss Walk Past”.
Zaś jedyna w filmie scena akcji (pościg Raya za Harrym) w muzyce zostaje rozbity na dwie części. „Shootout Part 1” zaczyna się jak temat Harry’ego, ale potem dołącza gitara elektryczna, perkusja wali jak szalona, wszystko przyśpiesza ze smyczkami włącznie. Druga część jest znacznie spokojniejsza, zaczyna się jak wariacja tematu Harry’ego z wyraźnie słyszalnymi bębnami oraz bardzo nerwowymi smyczkami w połowie, a w ostatniej minucie robi się naprawdę posępnie za sprawą fagotu.
To tyle, jeśli chodzi o muzykę Burwella, która w filmie wypada rewelacyjnie, a poza nią też się słucha dobrze. Wspomniałem o utworach śpiewanych, tu wybrano dość ciekawy zestaw – ballada „St. John’s Gambler”, pop-rockowe „The Milkman”, irlandzkie „On Rigley Road”, koncert Schuberta oraz wieńczące album kapitalne „2000 Miles”.
Jako całość muzyka do „In Bruges” to jedna z najlepszych prac Burwella – pomysłowa, wręcz idealnie współgrająca z obrazem, bardzo dobrze wydana i może trochę monotonna, ale nadal przyjemna w odsłuchu. Jeśli będzie mieli okazję, odwiedźcie Brugię zimą.
8/10
Radosław Ostrowski




A skoro Lynch za kamerą, to muzykę mógł napisać tylko jeden człowiek – Angelo Badalamenti. I tak też się stało. Kompozytor słynął z dość oszczędnego instrumentarium oraz tworzenia pięknych, zapadających w pamięć tematów za pomocą syntezatora oraz małego zespołu. Tak też jest tutaj, choć tak jak w przypadku filmu nie jest to mroczna ścieżka, choć też przekazująca emocje – nostalgię, smutek, melancholię. W „Laurens, Iowa” mamy do czynienia z tak wyrazistym stylem kompozytora – pianino i syntezator trochę przypominające „Twin Peaks”. Ale już z pojawieniem się „Rose’s Theme” zmienia się wszystko. Delikatnie grająca gitara, która brzmi po prostu rewelacyjnie, a w tle smyczki. Temat ten jeszcze pojawi się w wersji alternatywnej rozpisanej na smyczki oraz w „Sprinkler” (sama gitara). I to gitara ze smyczkiem będzie nam dalej towarzyszyć w „Laurens Walking” czy „Alvin’s Theme” (oba tematy podobne, ale temat Alvina żywszy i bogatszy). Znacznie wolniejszy i smutniejszy jest „Final Miles” czerpiący z tematu Rose (genialne smyczki), w podobnym tonie jest utrzymany „Country Waltz” – jak sama nazwa wskazuje walc na smyczki i gitarę. Cieplejszy jest „Country Theme”. Dla mnie trochę problemem w odsłuchu była prawie siedmiominutowa „Nostalgia” – naśladująca brzmienie z gramofonu (elektroniczne smyczki) kompozycja wydawała mi się strasznie monotonna. Za to końcówka rozbraja. „Farmland Tour” rozpisana na gitarę, pianino i smyczki to wariacja na temat z czołówki „Miasteczka Twin Peaks”, zaś finałem jest „Montage”, czyli coś na kształt suity.


Zaczyna się wszystko od „Main Theme” (bardzo często wykorzystywana nazwa w przypadku płyt), która jest pięciominutową jazdą bez trzymanki. Zaczyna się to dość spokojnie, choć trudno nazwać spokojnym walenie perkusji, do którego dołącza potem bas, gitara i fortepian. Ale z pojawieniem się saksofonu, gitara przyśpiesza i staje się bardzo nerwowa, perkusja zaczyna walić mocniej, by po niecałej minucie razem z „opadającymi” smyczkami wręcz eksplodować, a wtedy pojawiają się bębny i cymbałki, wraca saksofon. Wreszcie następuje wyciszenie, ale przez ostatnie półtorej minuty pojawiają się dęciaki, perkusja wali, pojawiają się trzaski smyczków, a kończy się to solówką saksofonu. Petarda, która w filmie sprawdza się bezbłędnie. Elementy względnego spokoju pojawiają się w „Jack Leaves Elaine’s Apartment” – skróconej wersji tematu przewodniego, w którym pojawiają się perkusjonalia oraz karaibsko brzmiąca elektronika. Znów nerwowo jest w „The Walden Hotel”, gdzie na początku bęben oraz bardzo nerwowe smyczki i fortepian tworzą napięcie i chaos, a później do tego rozgardiaszu dołącza perkusja, „karaiby”, trzaski, by w połowie się wyciszyć, a smyczki budowały posępną atmosferę. I potem pojawia się jedyny wyluzowany utwór „Aerobics”, z „karaibskimi” klimatami. Dalej pozostaje nam muzyka akcji i budująca klimat pościgu, gdzie zespół, elektronika i orkiestra tworzą dość dziwną mieszankę. Najbardziej słychać to w „Subway Station”, w którym obok siebie idą perkusja, karaibsko brzmiąca elektronika, smyczki i saksofon, a w połowie następuje zmiana tempa, a elektronika i saksofon wręcz szaleją. Następujące po sobie „Luther’s Chase” i „Luther’s Bus” czasowo i treściowo są do siebie zbliżone. I w końcu finał, czyli „The Alley” – 5-minutowy rozgardiasz, którego słowa nie opiszą. problemem tej ścieżki jest pewna powtarzalność tematyki oraz trochę ubogie wykorzystanie orkiestry. Zaś tematyka i instrumentarium zostały potem przez Hornera wykorzystane, m.in. w kultowym „Komando”, z którym jest bardziej kojarzona, a także w „Parku Gorkiego” (przyprawiona „rosyjskością”) czy „Czerwonej gorączce”.



Gra „Trine 2” to duchowa spadkobierczyni stary „The Lost Viking”, gdzie sterowało się trzema różnymi postaciami i trzeba było razem pokonywać poziomy, by dojść dalej. W grze firmy Frozenbite mechanika jest podobna, tylko że tutaj mamy rycerza, czarownika i złodziejkę, którzy muszą znów wyruszyć w niebezpieczną wyprawę. W tą platformówkę grało się naprawdę przyjemnie, wymagała odrobiny myślenia, miała piękną grafikę i budującą klimat baśniową muzykę.
Odpowiada za nią fiński kompozytor Ari Pulkkinen, który kojarzony jest głównie dzięki serii Angry Birds – taka śmieszna produkcja, gdzie akurat na muzykę mało kto zwraca uwagę. Wróćmy do Trójni, bo muzyka tutaj jest naprawdę śliczna i lekko baśniowa, zapowiada niezwykłą przygodę. Przewijają się tu flety, smyczki, harfa, tamburyn, cymbałki i lekkie elektroniczne dźwięki, które tworzą mieszankę delikatności i podniosłości, gdy trzeba. Czuć, ze czeka nas niezwykła przygoda. Ta baśniowość utrzymywana jest do samego końca i ta muzyka jest wtedy po prostu śliczna. Nie brakuje też bardziej dynamicznych utworów jak temat rycerza („The Mighty Warrior Pontius” oraz jego druga część – bębny i perkusja elektroniczna oraz harfa z domieszką elektroniki czy w akcji jak „Goblins!”, gdzie mrocznie nabrzmiewa fagot ze smyczkami i perkusją czy „Snake, Oh It’s Snake!”, gdzie mocno marszowa perkusja towarzyszy dudom i smyczkom. Ale nie ma tutaj jakiegoś nudzenia czy monotonii. Nie zabrakło walca („Waltz of the Temple Forest Elves” z pięknym fletem oraz cymbałkami w tle), marszu („Mosslight Marsh” ze strunami, chorkiem, fletami i perkusją oraz bębenkami a’la James Horner) czy wokalizy w „The Last Court of Mushroom Caves”.

Muzyka akcji działa silniej w filmie niż poza nim, ale da się tego wysłuchać i nie wywołuje zniechęcenia. Pojawia się już „You’re Over, Man” z nerwowym fortepianem oraz niepokojącymi smyczkami w połowie. Ten temat zostaje przerobiony na jazzową modłę w „Where’s My Cheesecake?” zagrany na fortepian, bas i perkusję, by pod koniec wystrzelić smyczki. Jednak dalej czuć pewną nerwowość w „The Bouy” z delikatnie grającymi fletami i smyczkami, mocno uderzającą perkusją oraz niepokojącymi smyczkami, a w połowie dochodzi do „wybuchu” smyczków i perkusji, a potem pojawia się temat z „You’re Over, Man”. Zaś „The Evelator” z pulsującymi cymbałami oraz mocnym wybuchem na koniec. I tuż za nim wielki finał, czyli najmocniejsza trójka. Pozornie spokojny „There’s an Angie Here”, gdzie poszczególne instrumenty serwują niepokojące dźwięki (smyczki, trąbki, bas, perkusja), który wprowadza do najdłuższego „Grand Central”. 10-minutowy kawał akcji i napięcia, zmian nastroju i wybuchów, którego nie powstydziłby się sam Michael Kamen. A na sam koniec dostajemy „Remember Me”, czyli powtórzenie tematu z „Carlito’s Way”, będący klamrą spajającą zarówno film jak i album.


Za muzykę do filmu odpowiada Nick Cave oraz Warren Ellis – frontman oraz członek zespołu the Bad Seeds. I ich kompozycje na pierwszy słuch mogą wydawać się zbyt monotonne i nie westernowe (brak gitary elektrycznej lub skustycznej, podniosłych tematów). Ten świadomy minimalizm ma służyć przede wszystkim podkreśleniu warstwy psychologicznej bohaterów, budując przy okazji dość melancholijny, czasami odrealniony klimat. Już to słychać w „Rather Lovely Thing” z bardzo pulsującym basem, podskórnie brzmiącym smyczkiem oraz delikatnym fortepianem. Tę podskórność słychać najbardziej na samym początku płyty jak w „Moving On” z powtarzającą się gitarą, smyczkiem oraz cymbałkami. Ale największą perłą są dwie kompozycje „Song for Jesse” oraz kończący album „Song for Bob”. W tym pierwszym magicznie brzmią cymbałki oraz delikatnie grający fortepian, zaś drugi bardziej posępne smyczki, do którego dołącza fortepian. „Falling” z zapętlającymi się smyczkami oraz fortepianem brzmi po prostu genialnie.

Z muzyką, która też przeszła do historii i zbudowała klimat tego dzieła stało się podobnie, choć należy trochę bliżej się przyjrzeć, ponieważ na okładce tej płyty wymienione są dwa nazwiska. Tak naprawdę kompozycje, które słyszymy napisał na przełomie XIX i XX wieku Scott Joplin – pianista, który stworzył podgatunek muzyki jazzowej zwany ragtime. A że muzyk ten zmarł w 1910 roku, nie mógł on napisać tej partytury. Znaczy, powiem tak, to są jego kompozycje, tylko zostały zaadaptowane i zaaranżowane przez Marvina Hamlischa, który widnieje na okładce jako współautor ścieżki. I to co zrobił Amerykanin imponuje, bo muzyka ta nadal jest żywotna, lekka i bezsprzecznie kojarzy się z filmem, a poza nim słucha się znakomicie.
Motywem przewodnim i jednocześnie wizytówką tej pracy jest „The Entertainer” z bardzo chwytliwym fortepianem, który pojawia się tutaj trzykrotnie (z orkiestrą – choć to trochę mocne nadużycie, lepsze byłoby określenie zespół z trąbkami, fletami i perkusją; solo na fortepian oraz razem z rytmicznym „Rag Time Dance” kończącym płytę i film). Najważniejszy tutaj jest fortepian, bez którego ta muzyka nie miałaby siły. Gdy trzeba jest refleksyjny i stonowany jak w „Solace” (też z orkiestrą oraz solo fortepianowe) oraz w jego wolniejszej aranżacji „Luther” (świetne dęciaki nadające „pogrzebowe” tempo i klimat), a kiedy indziej skoczny i bardzo chwytliwy („Pine Apple Rag/Gladious Rag”). I tak można byłoby opisać całą ścieżkę, pełną klimatu lat 30. oraz jazzowego feelingu. Dynamiczną i lekką („The Glove” ze skocznymi smyczkami i dęciakami czy „Hooker’s Hooker”), ale też refleksyjną jak „Luther”. Kompletnym zaskoczeniem oraz kompozycją, która może nie pasować jest „Merry-Go-Round Music” opartą na dzwonkach muzykę z karuzeli, ale nie gryzie się z resztą.

Jest ona piękna, ale bardzo krótka, bo zawiera raptem 9 kompozycji, które razem trwają niecałe 20 minut. Korzeniowski w żaden sposób nie zahacza ani o „Samotnego mężczyznę” ani „W.E.”, jednak nadal partytura brzmi jakby z czasów świetności muzyki Hollywoodu, pełnej rozmachu i epickości. Jest to już słyszalne w „Gates of Tomorrow”, gdzie bardzo delikatnie grające smyczki z harfą oraz fletami buduje bardzo liryczny i wręcz wyciszony. Także „The Fantasy Girl” z werblami, dęciakami i smyczkami brzmi bardzo podniośle, ale jednocześnie pięknie. Pewien niepokój pojawia się w „Fireworks” z zapętlającymi się smyczkami oraz nerwowymi dęciakami, do których w połowie dołączają wrzeszczące dzieciaki i kotły. Wyciszeniem za to są obie części „Magic Kingdom”, które brzmią bardzo lirycznie, jednak podskórnie wyczuwa się pewien niepokój. Bardziej underscore’owe są „Mystery Man” (z wyraźną elektroniką pod koniec idący w lekko jazzową stylistykę) i „Lost in the Caves”, kontynuującym nieprzyjemne, elektroniczne dźwięki. Wszystko to zostaje zwieńczone „Grand Finale”, zahaczającym o temat z „Gates of Tomorrow” z dynamicznym fortepianem oraz bardziej podniosłym brzmieniem oraz „Imaginate!” z werblową perkusją, dziecięcym śpiewem oraz piękną aranżacją.