Sound City – Real to Reel

sound_city

Dawno, dawno temu działała w Los Angeles wytwórnia muzyczna Sound City, które działało od 1970 roku. To tutaj swoje płyty nagrywali m. in. Nirvana, Metallica, Red Hot Chili Peppers, Fleetwood Mac czy Nine Inch Nails. Jednak w 2011 roku Sound City zostało zamknięte, a korzystać mogli z niej tylko najemnicy. O tej wytwórni zdecydował się opowiedzieć w filmie dokumentalnym Dave Grohl – perkusista Nirvany, a obecnie gitarzysta i wokalista Foo Fighters. Film u nas jeszcze nie jest dostępny, ale za to wyszedł soundtrack z tego filmu, gdzie Grohl gra we wszystkich kawałkach albo na gitarze albo na perkusji.

Wybór wykonawców nie jest jednak przypadkowy, choć wykonują premierowe kompozycje, a za produkcję odpowiada Butch Vig (członek Garbage, który odpowiada też m.in. za „Nevermind” Nirvany). Zaś dobór muzyków i wokalistów naprawdę robi wrażenie, a ilość w tym wypadku poszła w jakość. Wszystko zaczyna się od „Heaven and All” -dość spokojnego kawałka w zwrotkach, bo w refrenach jest dynamiczniej z udziałem Roberta Levona Beena i Petera Hyesa z Black Rebel Motorcycle Club (kolejno bas + wokal i gitarzysta). „Time Slowing Down” z perkusją przypominającą Black Country Communion i rockiem z lat 70-tych, z wokalem Chrisa Gossa (ex-Queens of the Stone Age) oraz basistą Timem Commenfordem i perkusistą Bradem Wilkiem (obaj z Audioslave i Rage Against the Machine). Po takich mocnych kawałkach, przydałoby się coś spokojniejszego. I czyms takim jest „You Can’t Fix This” z mocnym wokalem Stevie Nicks (Fleetwood Mac) i muzykami Foo Fighters (klawiszowiec Rami Jaffee i perkusista Taylor Hawkins). Następnie przyśpieszamy w naprawdę dynamicznym „The Man That Never Was” z wokalem i gitarą Ricka Springfielda (naprawdę mocny i świetny wokal), którego wspierają Hawkins, Nate Mendel (basista Foo Fighters) oraz Pat Smear (koncertowy gitarzysta Nirvany i Foo Fighters), a także przy punkowym „Your Wife is Calling” z wokalem Lee Vinga oraz Alaina Johannesa. Powrót do surowszego i spokojniejszego grania serwowali nam Corey Taylor (wokalista Slipknot), Rick Nielsen (gitarzysta Cheap Trick, kapitalne riffy) oraz basista Scott Reader w „From Can to Can’t”.

Za to kompletne wyciszenie zaserwowano w „Centipade” (wokal Josh Dumme z Queens of the Stone Age, bas A. Johannes i Ch. Goss) z akustycznymi gitarami, ale w połowie pojawia się gitara elektryczna i znów brzmi to ostro. I to tempo zostaje utrzymane w „A Trick with No Slaves” (Homme, Johannes, Grohl), a największą dla mnie niespodzianką było „Cut Me Some Slack” z reaktywowaną Nirvaną. Ale tym razem śpiewał Paul McCartney i nie spodziewałem się, że ten wokalista jeszcze ma w sobie ogień, zaś kawałek był naprawdę mocny i pozytywnie zaskakujący. Znowu następuje wyciszenie w „If I Were Me” z gitarą akustyczną oraz smyczkiem (grają Jaffae, perkusista Jim Keltner oraz na wokalu Jesse Greene), zaś finałem jest najdłuższa „Mantra” z wokalem Trenta Reznora oraz wsparciem Homme’a i Grohla) – bardzo stonowana i wyciszona.

Jednym słowem kompilacja jest jak najbardziej udana i słucha się tego rewelacyjnie, zaś żaden z muzyków nie nawalił, co nie zdarza się zbyt często w przypadku składanek. Genialna płyta, do której nie mam żadnych zastrzeżeń.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Various Artists – Spring Breakers

spring_breakers

Wakacje wielu kojarzą się z imprezami, seksem i kompletnym luzem. I o tym właśnie marzą bohaterki nowego filmu Harmine’a Korine „Spring Breakers”.  co do samego filmu, jeszcze trzeba trochę poczekać na seans, ale zapowiada się dość ciekawa historia. Natomiast ja chciałbym się skupić na warstwie muzycznej, gdyż już jest dostępny soundtrack z tego filmu.

martinezAlbum ten jest poszatkową kompilacją zawierającą zarówno piosenki jak i kompozycje instrumentalne. Za te ostatnie odpowiada dwóch jegomościów: Cliff Martinez – twórca muzyki ambientowej, znany z muzyki do filmu „Drive” oraz Skrillex – młody chłopak tworzący muzykę dubstepową. Efekt tego połączenia jest dość mało zaskakujący. Bo obaj panowie tworzą na swoja modłę i we wspólnych kawałkach, których jest tu kilka bardziej wyraźny jest ambient, tworzący dość oniryczny klimat, który może sprawdza się w filmie, ale poza nim może wywoływać problemy z odbiorem, co przypomina wspomniany wcześniej „Drive”. Nawet jeśli pojawiają się pewne urozmaicenia (dzwonki w „Your Friends Ain’t Gonna Leave With You”), to pojawiają się na chwileczkę i nie bardzo ratują sytuację. A kompozycje Skrillexa są bogatsze dźwiękowo („Will You, Friends (Long Drive”) i dość chłodne (wyjątkiem jest otwierający album „Scary Monsters and Nice Spirits” oraz ten utwór w wersji na smyczki), jednak słucha się ich przyjemniej niż Martineza. Ale ich wspólne utwory („Bikinis & Big Booties Y’all” czy „Rise and Shine Little Bitch”) jak wspomniałem bardziej idą w stylu Martineza.

skrillexSytuację częściowo ratują piosenki, które budują dość imprezowy klimat. Mocno napakowane elektroniką, ale jednocześnie są bardziej przyswajalne i energetyzujące jak kończący album „Lights” Ellie Goulding. Nie brakuje też utworów rapowanych („Hangin’ With Da Dopeboys” Jamesa Franco i Dange Russa czy „Big Bank”, gdzie nawija m.in. Rick Ross), ale i tak w podkładzie dominuje elektronika oraz dubstep, jak w kapitalnym „Young Niggas” Gucci Mane oraz Waka Flocka Flame).

Innymi słowy „Spring Breakers” to dość trudna i niełatwa w odbiorze płyta. Bo z jednej strony mamy skoczną i imprezową muzykę, ale z drugiej instrumentalne kompozycje są dość trudne w odbiorze i mogą wywołać znużenie. Czas trwania, czyli niecała godzina też niespecjalnie sprzyja. Innymi słowy, jeśli podobał wam się film lub lubicie Skrillexa, to kupujcie śmiało. Reszta niech się poważnie zastanowi.

6,5/10

Radosław Ostrowski


Bartosz Chajdecki, różni wykonawcy – Misja Afganistan

misja_afganistan

Cóż, muzyka do polskich filmów rzadko jest u nas wydawana, chyba, że jest to muzyka z kom-romu będąca składanką. Z muzyką do polskich seriali też nie wygląda to najlepiej. Chyba, że jest to produkcja TVN, która jest tak samo skonstruowana jak muzyka z polskiego kom-romu (chodzi mi o muzykę, nie scenariusz). Aż tu w zeszłym roku Canal+ ruszył z ambitną produkcją „Misja Afganistan”. Serial ten opowiadał o naszych dzielnych chłopakach, co z talibami walczyć musieli, choć nie chcieli. 13-odcinkowy serial spotkał się z dość ciepłym przyjęciem, a promocji towarzyszył też wydany soundtrack z serialu. I jest to wydanie na bogato, bo zamiast jednej płyty, mamy aż 3-płytowy box. Ale po kolei.

chajdeckiZa warstwę muzyczną do serialu odpowiada Bartosz Chajdecki – młody kompozytor, który zadebiutował dzięki serialowi „Czas honoru”. Ale tym razem kompozytor opowiadając o wojnie w innych czasach i innej szerokości geograficznej, musiał trochę podciągnąć swój warsztat i znów zaskoczył. Pojawia się tutaj więcej elektroniki, nie mogło zabraknąć etnicznych dźwięków. Są bardzo wyraziste bębny („Remembering Home”, „Associate”), wrzaski arabskie („Associate”), flety (słyszalne już od „Sands of War”), orientalnie brzmiące smyczki („Associate”). Muzyka akcji najbardziej słyszalna jest w „Activated”, gdzie elektroniczne organy przeplatają się z pędzącą naprzód gitarą elektryczną oraz elektroniczną perkusją serwując naprawdę mocne tempo, by w połowie wyciszyć się (bardzo delikatne syntezatory), by w okolicach 4 minuty wrócić do poprzedniego tempa i jeszcze bardziej przyśpieszając. Takiej jazdy naprawdę dawno nie było, jednak całość ma dość ponury klimat. Czasami Chajdecki idzie w stronę ambientu (pierwsza połowa „Sandglass”), nie zapomina w werblach („Kandahar – Whose War Is It?”, które przypominają prace Hansa Zimmera), ale nie idzie w żaden patos. Jednocześnie materiał jest bardzo przyswajalny, nawet dla osób nie znających serialu. Nie zabrakło tu tzw. reprise’ów (zmodyfikowane melodie „Sands of War i „Kandahar”) wyluzowanej i skocznej melodii („Chillout” idąca lekko w reggae), zaś całość wieńczy remix „Associate”.

I teraz zaczynają się, bo ktoś może zapytać po jaką cholerę dwie dodatkowe płyty z piosenkami? Są to być utwory inspirujące się serialem, z czego jeden został specjalnie napisany („Song 4 Boys” Comy). I są to kolejno polskie (cd 2) i zagraniczne (cd 3) kawałki. Nie zabrakło tu zarówno nieśmiertelnych przebojów (m.in. „Wychowanie” T.Love, „Ace of Spades” Motorhead, „Born to Be Wild” Steppenwolf), ale rozrzut gatunkowy jest tu duży: od rocka (ciężki w utworach „Ruchomy cel” Proletaryatu, „Holy War” Megadeth czy „Mój Bóg” Iry; lżejszy w ) przez bluesa („Wszystkie winy” Cree), alternatywny pop („Jesli kiedyś zabraknie mnie” Afro Kolektywu, „I Follow Rivers” Triggerfinger, „Seven Devils” Florence +The Machine) czy nawet reggae („Kiedy byłem małym chłopcem” Maleo Reggae Rockers). Ten muzyczny koktajl Mołotowa może sprawiać wrażenie dość chaotycznego i zbędnego, ale po pierwsze utwory bardziej lub mniej nawiązują do tematyki wojennej i jej okolicach (strata najbliższych, strach, ryzyko, szaleństwo), po drugie słucha się tego naprawdę przyjemnie. A po trzecie 50 zł za trzy płyty to chyba nie jest zbyt wygórowana cena?

Nie wiem jak wy, ale ja muszę obejrzeć ten serial, bo muzyka do niego mnie zachęciła. Poza tym mam ochotę zabić paru talibów. Kto pójdzie za mną?

8/10

Radosław Ostrowski

Various Artists – Stand Up Guys

stand_up_guys_cover

„Stand Up Guys” okazał się kawałkiem niezłego kina, a jednym z jego najmocniejszy elementów jest muzyka, która budowała nostalgiczny klimat tego filmu. Na ekranie wypada to bardzo ciekawie i przyjemnie, a jak poza nim?

Kompilacja ta jest w zasadzie z piosenek, które pachną latami 70-tymi i czarnymi brzmieniami. Organy Hammonda, dęciaki, funkująca gitara elektryczna – te instrumenty powtarzają się dość często. Przewijają się zarówno w otwierającym zawartość „Hard Times” Baby Huey i The Babysitters, które już serwuje nam klimat, z którym ostaniemy do końca. Choć zdarzają się dość spokojniejsze momenty (obie piosenki Jona Bon Jovi – „Old Habits Die Hard” oraz „Not Running Anymore”, bazujące na gitarze akustycznej i wokalu), one jednak nie przeszkadzają, a nawet dobudowują nostalgiczny klimat. „Bright Lights” Gary’ego Clarka Jr. serwuje nam ostrą gitarę elektryczną, bluesowe granie z silnym wokalem oraz chórkami. Za to dalej mamy pulsujące jazzowe klimaty (dynamiczny „Get Down With It”), lekkiego rock’n’rolla („Give It Back” z pięknym żeńskim wokalem Sharon Jones), bluesa („(I’m Your) Hoochie Coochie Man” Muddy’ego Watersa ze świetną harmonijką zgraną z gitarą) czy dynamicznego jazzu („Sock It To ‘Em JB (Pt. 1)”), ale to są najbardziej wybijają się kompozycje. Słucha się tego z niekłamaną frajdą, a przy wielu można byłoby naprawdę zabujać i zatańczyć.

lyleworkmanJednak poza piosenkami, na płycie znajdują się trzy kompozycje instrumentalne. Za tą część odpowiada Lyle Workman – amerykański kompozytor i gitarzysta, który odpowiada za muzykę do m.in. „Jestem na tak”, „Supersamca” czy „40-letniego prawiczka”. Kompozycje te również dopasowane są klimatem do reszty. Jak w tytułowym utworze, który zaczyna się od staro szkolnych organów i rytmicznie granych gitar. Spokojniejszy „I Was Painting You” z delikatnie grającą gitarą elektryczną oraz spokojnie granymi organami oraz perkusją, działa wyciszająco. A wszystko kończy się z przytupem, czyli „Chew Gum or Kick Ass”. Ostre gitara i harmonijka ustna zaserwowana na finał + organy i rytmiczna perkusja tworzą najmocniejszą kompozycję ze wszystkich. Pewną wadą jest to, że te kompozycje się przeplatają z piosenkami.

Krótko mówiąc, „Stand Up Guys” to bardzo dobra kompilacja, której słucha się z niekłamaną przyjemnością, a w filmie sprawdza się równie dobrze jak i poza nim. Absolutnie udana pozycja.

8/10

Danny Elfman – A Civil Action

a_civil_action

O samym filmie opowiedziałem już dużo wcześniej. Jednak tutaj skupimy się na warstwie muzycznej, a za nią odpowiada Danny Elfman, kompozytor znany głównie dzięki współpracy z Timem Burtonem. Dlatego zaskoczeniem był wybór tego kompozytora do dramatu sądowego. Album zawiera 25 kompozycji, z których raptem kilka przekracza czas 3 minut, reszta jest krótka i bardzo krótka.

elfmanJednak obie pierwsze kompozycje są dość nietypowe dla Elfmana. Różnego rodzaju dźwiękowe dzwonki i małe perkusyjne instrumenty w „Walkin'” z delikatnym dźwiękiem smyczków bardziej kojarzą się z dorobkiem Thomasa Newmana. „A Civil Action” z lekką gitarą elektryczną, pianinem oraz różnymi dzwonkami, cymbałkami oraz klarnetem podtrzymuje te skojarzenia. Trochę dłuższą kompozycją jest „The River”. Zaczyna się dość spokojnymi skrzypcami, do których potem dołączają cymbałki, trąbka i fortepian, by potem zbudować niepokojącą atmosferę. Całe to instrumentarium jest wykorzystywane parokrotnie. Po tym kompozycja są te króciutkie motywy, w których jednak dochodzi do podniesienia napięcia („First Landing” z bombastycznymi w połowie bębnami oraz dęciakami czy „Bills, Bills, Bills” z zapętlającymi się skrzypcami oraz cykającą perkusją), ale też bardziej wyciszone („And This…” czy „Water #2” z pięknymi smyczkami oraz smutną trąbką). Jednak najciekawsze są te dłuższe, ponad 2,5-minutowe kompozycje jak „The Trial”. Nerwowe skrzypce na początek, delikatny fortepian i klarnet oraz bębny w tle budują poczucie niepokoju, by następnie się uspokoić i zabrzmień podniośle. Również zwraca uwagę „Objections” z ciekawą gitarą elektryczną w tle oraz szybkimi smyczkami, co tempo zmieniają.

Poza kolejnymi krótkimi kompozycjami (m.in. „Harvard Club”, „20 Bucks”), pojawia się najlepszy na płycie „Water #2” – spokojne brzmienie smyczków i dzwonków na początku, zostaje podmienione i nabiera niepokoju z pojawieniem się elektroniki oraz wokalizy. Podobna atmosfera niepokoju pojawia się w „Night work”, gdzie szybko brzmiące dzwonki i fortepian + dynamiczne skrzypce w połowie nagle przyśpieszają. Potem różnego rodzaju perkusja, dęciaki „wybuchają” i zaczyna robić się nerwowo (w filmie scena wrzucenia do wody toksyn i podpalenie ich przez dzieciaków), by pod koniec wyciszyć. A wszystko zwieńczone jest prawie 7-minutową suitą.

Wadą tej ścieżki jest masa króciutkich utworów (1-2 minuty), które rozdrabniają tę ścieżkę. „Something to Prove”, „Going Down” i „20 Bucks” poza krótkim czasem, mają bardzo podobne brzmienie, co wywołuje pewne znużenie, bo zamiast rozwinąć się, nagle urywają się. Elfman naśladujący Newmana wypada naprawdę dobrze, tak jak muzyka w filmie. To solidna robota, która tylko czasami daje znać o swojej obecności.

7/10

Radosław Ostrowski

Michael Kamen – Band of Brothers

Band_of_Brothers

W 2001 roku telewizja HBO zrealizowała jeden z najlepszych seriali jaki kiedykolwiek widziałem. „Kompania braci”, wyprodukowana przez Stevena Spielberga pokazała bardzo realistycznie i bez słodzenia obraz II wojny światowej z perspektywy żołnierzy kompanii E, 506 pułku piechoty spadochronowej, 101 Dywizji Powietrznodesantowej Armii USA. Wyraziści bohaterowie, świetne sceny batalistyczne, a wszystko oparte na książce historyka Stephena Ambrose’a i na wspomnieniach tych, co przeżyli. Do dziś te serial robi wrażenie, a jednym z najlepszych elementów jest muzyka.

Przy nazwisku Spielberga można się było spodziewać jednego kompozytora – Johna Williamsa. Jednak producenci postanowili skorzystać z usług Michaela Kamena, znany dzięki muzyce do takich filmów jak „Zabójcza broń”, „Szklana pułapka”, „Nieśmiertelny” czy „Robin Hood – książę złodziei”. I jak sobie poradził ten kompozytor?

kamenZ 10-odcinkowego serialu wybrano godzinny materiał muzyczny, czyli moim zdaniem wystarczający czas. Zaczyna się on od „Main Title”, który zaczynał każdy odcinek. Ta elegijna kompozycja z charakterystycznymi chórkami w tle jest znakiem rozpoznawczym tego serialu. A za nim dwie dość duże suity. Pierwsza zaczyna się dość spokojnie, by po półtorej minucie uderzyć bębnami, dęciakami oraz werblami, przez co staje się bardziej militarny i podniosły, wręcz patetyczny. Jednak ten patos nie jest drażniący. Druga suita, dłuższa od poprzedniczki o jakieś 3 minuty, jest mniej patetyczna, za to bardziej spokojniejsza i pogodniejsza, zwłaszcza w drugiej części, gdzie pojawia się temat przewodni (rozpisany na trąbki i smyczki). I obie kompozycje brzmią znakomicie pokazując niezwykłą siłę emocjonalną oraz zręczność Kamena. Wtedy pojawia się „The Mission Beggins”, który jest bardziej ponury – świetne powolne smyczki na początku, gdzie na nowo grają temat przewodni, do których dołączają bębny, a w drugiej połowie werble.

Następne tematy są już bardziej wyciszone, stonowane i bardzo smutne. „Swamp”, „Spiers’ Speech”, „Fire On Lake”, „Parapluie” i „Boy Eats Chocolate” są dość krótkie (poniżej 3 minut), zaś Kamen korzysta z podobnego instrumentarium (flety, fortepian, łagodniejsze smyczki i spokojne dęciaki). Trudno z tego zestawu wskazać lepszego czy gorszego, stanowią zaś odskocznię i dają wytchnienie oraz wyciszają. Po nich zaczynają dobiega bardzo ponure dźwięki smyczek w „Bull’s Theme”, który brzmi bardzo dramatycznie, choć pod koniec pojawia się uspokojenie. W równie spokojnej tonacji jest „Winter On Subway”, w którym dominuje piękny fortepian oraz delikatne smyczki, a ten ton zostaje zachowany w „Headscarf” oraz „Buck in Hospital” (kapitalnie brzmiące smyczki).

Nr 14, czyli „Plasir D’Amour” nie jest kompozycją Kamena, ale XVIII-wieczną pieśnią francuską napisaną przez Jeana Paula Égide Martini do słów Jean-Pierre’a Claris de Floriana. Zaś śpiewana przez żeński chór brzmi po prostu cudownie, choć na płycie i w serialu nie pojawia się w całości. Trochę szkoda, ale po pieśni następuje powrót do muzyki dramatycznej, czyli „Preparing for Patrol”. Łagodny i spokojny początek przechodzący w niespokojny finał bazujący na temacie przewodnim, po którym pojawia się muzyka Beethovena. Dwuminutowy utwór rozpisany na kwartet smyczkowy brzmi kapitalnie i dopełnia klimatu. Tuż po nim następuje najdłuższy (prawie 11-minutowy) i najtrudniejszy w odsłuchu „Discovery of the Camp” – requiem ku ofiarom obozu koncentracyjnego. Nie jest to przyjemny utwór, ale trudny wyobrazić sobie inne brzmienie. W podobnym tonie utrzymany jest „Nixon’s Walk”. Ale dalej jest znacznie pogodniej w „Austria”, zaś na finał zaserwowany jest „Band of Brothers Requiem”, czyli temat przewodni w zmienionej aranżacji, z dodanymi głosami Marie Brennan oraz Zoe Kamen, córki kompozytora.

Kurde, strasznie długi ten tekst wyszedł, ale chyba nie dało rady inaczej tego zrobić. I jest to jedna z najlepszych ścieżek dźwiękowych, jakie pojawiły się w telewizji na początku XXI wieku. I jak się miało okazać, to była jedna z ostatnich prac Kamena, który zmarł 3 lata później. Majstersztyk, który każdy szanujący się fan muzyki pisanej do małego i wielkiego ekranu znać powinien.

10/10 + znak jakości Radzimira

Radosław Ostrowski


Sons of Anarchy: Songs of Anarchy vol 2

Songs_of_Anarchy_2

Serial „Synowie anarchii” to była jedna z najciekawszych rzeczy jakie przyciągały uwagę w ostatnich latach. Jedną z zalet poza świetną obsadą, zaskakującym scenariuszem oraz wyrazistymi postaciami jest muzyka, bazująca na przebojach z lat 60-tych. A wspominam o tym, bo wyszedł kolejny soundtrack z tego serialu.

Tym razem jest tu 13 piosenek pochodzących z ostatniego (na razie) piątego sezonu. I za większość odpowiada zespół The Forest Rangers (gitarzyści Bob Thiele Jr. , Greg Leisz, Lyle Workman i Dave Kushner, klawiszowiec John Philip Shenale, basista Davey Faragher oraz perkusista Brian Macleod). Jednak poza coverami, pojawia się kilka piosenek napisanych specjalnie do serialu. Ale po kolei, bo zrobił się lekki chaos.

Album zaczyna piosenka finałowa, czyli „Sympathy for the Devil” w wykonaniu zespołu Jane’s Addiction, przearanżowane na bardziej akustyczne brzmienie (bębny na początku, gitara elektryczna w tle) oraz ciekawy wokal Perry’ego Farrella tworzą dość oryginalny i bardzo ciekawy cover. Poza zespołem samodzielnie gra Greg Holden (grany na gitarze „The Last Boy”), Noah Gunderson (równie akustyczne „Family”) i Joshua James („Cold War” z chórem gospel). Poza piosenką Jane’s Addiction coverów jest tu pięć i trudno powiedzieć, że są nieudane, ze świetnymi wokalami i brzmieniem tak rockowym i  folkowym jak tylko można. Nie brakuje tu zarówno dynamicznych brzmień („The Passenger”, „Travellin’ Band” ze świetnymi dęciakami oraz rock’n’rollowym tempem), jak i bardziej spokojnych piosenek („To Love with Sir” czy „The Unclouded Day”). Wszyscy zaśpiewali tu bardzo dobrze i słucha się wszystkich z niekłamaną przyjemnością, a wśród wokalistów są sami starzy znajomi jak Frankie Perez, Battleme, Audra Mae czy Alison Mossheart. Tu nie ma słabych czy nieudanych piosenek.

Jedyną rzeczą jakiej mógłbym się przyczepić, że ciągle mi mało. Słucha się tego z niekłamaną przyjemnością i nie jest do tego potrzebna znajomość serialu, by się tu świetnie bawić. I tak jak w przypadku drugiej części jest to pozycja obowiązkowa. A Kosiarz znów ma siłę i nadal nam towarzyszy.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Songs of Anarchy: Music from Sons of Anarchy Season 1-4

songs_of_anarchy

W USA to dopiero seriale powstają. Jednym z najciekawszych produkcji ostatnich lat jest serial „Synowie anarchii” opowiadający o gangu motocyklowym z miasteczka Charming, który stara się chronić je przed dilerami narkotyków i wielkimi deweloperami. Serial zebrał bardzo dobre recenzje, powstały 4 serie, aż w końcu wydano płytę ze ścieżką dźwiękową z serialu.

Jak nazwa wskazuje znajdują się piosenki ze wszystkich 4 serii, ale nie jest to 4-płytowy box, ale jedna płyta z 15 utworami. Otwiera ją, tak jak serial „This Life” śpiewane przez Curtisa Stigersa (można go też usłyszeć w mrocznym „John the Revelator”) oraz zespół The Forest Strangers, który gra do większości piosenek. Już po tym utworze wiadomo, czego się spodziewać. Rocka w stylu lat 60-tych i ta stylistyka dominuje. Nic dziwnego, bo reszta to covery piosenek z lat 60-tych. A wykonywane są przez różnych wykonawców, bo muzyki oryginalnej serial jako takiej nie posiadał.

Poza zespołem The Forest Strangers, gra też zespół Lions („Girl from the North Country” z ciekawym głosem oraz ponurym klimatem), heavy metalovy Anvil („Slip Kid” ze spokojnym początkiem, który skręca w metalowe granie z zadziornym wokalem i ostrą gitarą oraz gościnnym udziałem Franky’ego Pereza), meksykański Los Guardianes del Bosque z Franky’m Perezem śpiewają „The Times They Are-a Changing’” Boba Dylana po… hiszpańsku i na hiszpańską nutę oraz gitarzysta Lyle Workman („Fortunate Son” w wersji instrumentalnej). Śpiewają za to uznani, choć mniej znani: Audra Mae (folkowe „Forever Young”), Billy Valentine (mocny wokal w utrzymanym w stylu country „Someday Never Comes”), Paul Brady („Gimme Shelter”), Battleme („Hey Hey, My My” oraz „THe House of The Rising Sun” ze zmienionym tekstem) i Alison Mosshart (gitarowe „What a Wonderful World”). Ale największe wrażenie zrobiła Katey Sagal grająca jedną z głównych ról w serialu. Jaki ona ma głos i pojawia się w 3 utworach: „Son of a Preacher Man” (gitara, klawisze i chór), smutnym „Bird In a Wire” oraz „Strange Fruit”.

Fani serialu tę płytę i tak muszą mieć i tak. Ale kto poza nimi? Fani rockowej muzyki oraz wszyscy ci, którzy chcą poznać utwory z lat 60-tych. Oby Kosiarz towarzyszył wam w tej wędrówce.


9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Rodriguez – Searching for Sugar Man

sugar_man

Ten muzyk miał zrobić karierę nie większą niż Bob Dylan – tak mu przepowiadano. Jednak po nagraniu dwóch płyt, które przeszły bez echa, Sixto Rodriguez zniknął. Podobno popełnił samobójstwo, ale o dziwo stał się popularny w RPA. Tą niezwykłą historię opowiada nominowany do Oscara film dokumentalny „Searching for Sugar Man”, gdzie twórcy próbują ustalić co się stało z tym muzykiem.

A żeby było jeszcze fajniej wyszedł soundtrack z filmu, gdzie znajdują się piosenki Rodrigueza. Wiec przy okazji będziemy mogli zapoznać się z jego dorobkiem. A jest to muzyka mocno osadzona w latach 60-tych, gdzie blues spotyka się z folkiem. Tych piosenek (a jest ich 14) słucha się z wielką przyjemnością, bo  nie tylko się nie zestarzały, ale posiadają pewien urok. I nie chodzi tu zarówno o gitarę, ale też pięknie grające smyczki („Sandrevan Lullaby – Lifestyles”, „Like Janis”, „Cause”), dęciaki („I Wonder”), organy („I Wonder”), bardzo przyjemny bas („I Wonder”), flety („Can’t Get Away”).

Także sam głos muzyka jest naprawdę przyjemny i dopełniający wszystko, co tu słyszymy. Czasem recytujący („The Most Disgusting Song”), ale przede wszystkim naturalnie śpiewający („Jane S. Piddy”) i grający na gitarze, którego słucha się bardzo dobrze.

Bez rozdrabniania i zbędnego marnowania czasu „Searching for Sugar Man” to bardzo dobra muzyka, oddająca klimat lat 60-tych. A z tego, co słyszałem, o Rodriguezie jeszcze mamy usłyszeć.

8/10

Radosław Ostrowski

Various Artists – West of Memphis: Voice of Justice

west_of_memphis_300x300

Maj 1993 roku, miasteczko West Memphis w Arkansas. Dochodzi tam do morderstwa trzech 8-letnich chłopców. O dokonanie tej zbrodni oskarżono miejscowych rozrabiaków: 17-letniego Jessiego Misskelleya Jr., 16-letniego Jasona Baldwina i 18-letniego Damiena Echolsa. Ten ostatni po burzliwym procesie został skazany na śmierć. Dwaj pozostali na dożywocie. Śledczy insynuowali satanistyczne podłoże zbrodni. Przekonywano, że na skazanych zły wpływ miała słuchana przez nich muzyka metalowa. Po kilkunastoletniej batalii, w 2011 roku, m.in. na podstawie braku zgodności DNA domniemanych sprawców z tym znalezionym na miejscu zbrodni Misskelley Jr., Baldwin i Echols wychodzą na wolność. Ta historia jest kanwą filmu dokumentalnego „West of Memphis” wyprodukowanego przez Petera Jacksona.

Film ten jeszcze nie ma w naszym kraju dystrybutora, jednak wyszedł soundtrack z tego filmu. Album zawiera zarówno piosenki jak i muzykę instrumentalną, zaś wykonawcy wystarczyli za całą recenzję. Wystarczy wspomnieć, że za muzykę do filmu odpowiada Nick Cave i Warren Ellis, których muzyka pojawia się tu w formie suity jak i w tle, gdy Henry Rollins i Johnny Depp czytają listy Damiena Echolsa z celi śmierci. Zaś jeśli chodzi o piosenki to nie brakuje tu zarówno uznanych twórców (Bob Dylan, Eddie Vedder, Marilyn Manson, Band of Horses) jak i mnie kojarzonych postaci jak Natalie Maines, zespół Camp Freddy, Citizen Cope czy Bill Carter. Całość jest utrzymana w tonie około rockowym i słucha się tego naprawdę dobrze, a żaden wykonawca nie zawodzi. Wisienką na torcie jest „Wind” Patti Smith z koncertu, którego dochód przeznaczono dla pokrzywdzonych.

Będę się streszczał i powiem, że jest to bardzo udana kompilacja. Nie wiem jeszcze jak sprawdza się to w filmie, ale poza nim jest bardzo dobrze i bardzo równo, co nie zawsze idzie ze sobą w parze.

8/10

Radosław Ostrowski