

Dawno, dawno temu działała w Los Angeles wytwórnia muzyczna Sound City, które działało od 1970 roku. To tutaj swoje płyty nagrywali m. in. Nirvana, Metallica, Red Hot Chili Peppers, Fleetwood Mac czy Nine Inch Nails. Jednak w 2011 roku Sound City zostało zamknięte, a korzystać mogli z niej tylko najemnicy. O tej wytwórni zdecydował się opowiedzieć w filmie dokumentalnym Dave Grohl – perkusista Nirvany, a obecnie gitarzysta i wokalista Foo Fighters. Film u nas jeszcze nie jest dostępny, ale za to wyszedł soundtrack z tego filmu, gdzie Grohl gra we wszystkich kawałkach albo na gitarze albo na perkusji.
Wybór wykonawców nie jest jednak przypadkowy, choć wykonują premierowe kompozycje, a za produkcję odpowiada Butch Vig (członek Garbage, który odpowiada też m.in. za „Nevermind” Nirvany). Zaś dobór muzyków i wokalistów naprawdę robi wrażenie, a ilość w tym wypadku poszła w jakość. Wszystko zaczyna się od „Heaven and All” -dość spokojnego kawałka w zwrotkach, bo w refrenach jest dynamiczniej z udziałem Roberta Levona Beena i Petera Hyesa z Black Rebel Motorcycle Club (kolejno bas + wokal i gitarzysta). „Time Slowing Down” z perkusją przypominającą Black Country Communion i rockiem z lat 70-tych, z wokalem Chrisa Gossa (ex-Queens of the Stone Age) oraz basistą Timem Commenfordem i perkusistą Bradem Wilkiem (obaj z Audioslave i Rage Against the Machine). Po takich mocnych kawałkach, przydałoby się coś spokojniejszego. I czyms takim jest „You Can’t Fix This” z mocnym wokalem Stevie Nicks (Fleetwood Mac) i muzykami Foo Fighters (klawiszowiec Rami Jaffee i perkusista Taylor Hawkins). Następnie przyśpieszamy w naprawdę dynamicznym „The Man That Never Was” z wokalem i gitarą Ricka Springfielda (naprawdę mocny i świetny wokal), którego wspierają Hawkins, Nate Mendel (basista Foo Fighters) oraz Pat Smear (koncertowy gitarzysta Nirvany i Foo Fighters), a także przy punkowym „Your Wife is Calling” z wokalem Lee Vinga oraz Alaina Johannesa. Powrót do surowszego i spokojniejszego grania serwowali nam Corey Taylor (wokalista Slipknot), Rick Nielsen (gitarzysta Cheap Trick, kapitalne riffy) oraz basista Scott Reader w „From Can to Can’t”.
Za to kompletne wyciszenie zaserwowano w „Centipade” (wokal Josh Dumme z Queens of the Stone Age, bas A. Johannes i Ch. Goss) z akustycznymi gitarami, ale w połowie pojawia się gitara elektryczna i znów brzmi to ostro. I to tempo zostaje utrzymane w „A Trick with No Slaves” (Homme, Johannes, Grohl), a największą dla mnie niespodzianką było „Cut Me Some Slack” z reaktywowaną Nirvaną. Ale tym razem śpiewał Paul McCartney i nie spodziewałem się, że ten wokalista jeszcze ma w sobie ogień, zaś kawałek był naprawdę mocny i pozytywnie zaskakujący. Znowu następuje wyciszenie w „If I Were Me” z gitarą akustyczną oraz smyczkiem (grają Jaffae, perkusista Jim Keltner oraz na wokalu Jesse Greene), zaś finałem jest najdłuższa „Mantra” z wokalem Trenta Reznora oraz wsparciem Homme’a i Grohla) – bardzo stonowana i wyciszona.
Jednym słowem kompilacja jest jak najbardziej udana i słucha się tego rewelacyjnie, zaś żaden z muzyków nie nawalił, co nie zdarza się zbyt często w przypadku składanek. Genialna płyta, do której nie mam żadnych zastrzeżeń.
9/10 + znak jakości
Radosław Ostrowski


Album ten jest poszatkową kompilacją zawierającą zarówno piosenki jak i kompozycje instrumentalne. Za te ostatnie odpowiada dwóch jegomościów: Cliff Martinez – twórca muzyki ambientowej, znany z muzyki do filmu „Drive” oraz Skrillex – młody chłopak tworzący muzykę dubstepową. Efekt tego połączenia jest dość mało zaskakujący. Bo obaj panowie tworzą na swoja modłę i we wspólnych kawałkach, których jest tu kilka bardziej wyraźny jest ambient, tworzący dość oniryczny klimat, który może sprawdza się w filmie, ale poza nim może wywoływać problemy z odbiorem, co przypomina wspomniany wcześniej „Drive”. Nawet jeśli pojawiają się pewne urozmaicenia (dzwonki w „Your Friends Ain’t Gonna Leave With You”), to pojawiają się na chwileczkę i nie bardzo ratują sytuację. A kompozycje Skrillexa są bogatsze dźwiękowo („Will You, Friends (Long Drive”) i dość chłodne (wyjątkiem jest otwierający album „Scary Monsters and Nice Spirits” oraz ten utwór w wersji na smyczki), jednak słucha się ich przyjemniej niż Martineza. Ale ich wspólne utwory („Bikinis & Big Booties Y’all” czy „Rise and Shine Little Bitch”) jak wspomniałem bardziej idą w stylu Martineza.
Sytuację częściowo ratują piosenki, które budują dość imprezowy klimat. Mocno napakowane elektroniką, ale jednocześnie są bardziej przyswajalne i energetyzujące jak kończący album „Lights” Ellie Goulding. Nie brakuje też utworów rapowanych („Hangin’ With Da Dopeboys” Jamesa Franco i Dange Russa czy „Big Bank”, gdzie nawija m.in. Rick Ross), ale i tak w podkładzie dominuje elektronika oraz dubstep, jak w kapitalnym „Young Niggas” Gucci Mane oraz Waka Flocka Flame).


Za warstwę muzyczną do serialu odpowiada Bartosz Chajdecki – młody kompozytor, który zadebiutował dzięki serialowi „Czas honoru”. Ale tym razem kompozytor opowiadając o wojnie w innych czasach i innej szerokości geograficznej, musiał trochę podciągnąć swój warsztat i znów zaskoczył. Pojawia się tutaj więcej elektroniki, nie mogło zabraknąć etnicznych dźwięków. Są bardzo wyraziste bębny („Remembering Home”, „Associate”), wrzaski arabskie („Associate”), flety (słyszalne już od „Sands of War”), orientalnie brzmiące smyczki („Associate”). Muzyka akcji najbardziej słyszalna jest w „Activated”, gdzie elektroniczne organy przeplatają się z pędzącą naprzód gitarą elektryczną oraz elektroniczną perkusją serwując naprawdę mocne tempo, by w połowie wyciszyć się (bardzo delikatne syntezatory), by w okolicach 4 minuty wrócić do poprzedniego tempa i jeszcze bardziej przyśpieszając. Takiej jazdy naprawdę dawno nie było, jednak całość ma dość ponury klimat. Czasami Chajdecki idzie w stronę ambientu (pierwsza połowa „Sandglass”), nie zapomina w werblach („Kandahar – Whose War Is It?”, które przypominają prace Hansa Zimmera), ale nie idzie w żaden patos. Jednocześnie materiał jest bardzo przyswajalny, nawet dla osób nie znających serialu. Nie zabrakło tu tzw. reprise’ów (zmodyfikowane melodie „Sands of War i „Kandahar”) wyluzowanej i skocznej melodii („Chillout” idąca lekko w reggae), zaś całość wieńczy remix „Associate”.

Jednak poza piosenkami, na płycie znajdują się trzy kompozycje instrumentaln
e. Za tą część odpowiada Lyle Workman – amerykański kompozytor i gitarzysta, który odpowiada za muzykę do m.in. „Jestem na tak”, „Supersamca” czy „40-letniego prawiczka”. Kompozycje te również dopasowane są klimatem do reszty. Jak w tytułowym utworze, który zaczyna się od staro szkolnych organów i rytmicznie granych gitar. Spokojniejszy „I Was Painting You” z delikatnie grającą gitarą elektryczną oraz spokojnie granymi organami oraz perkusją, działa wyciszająco. A wszystko kończy się z przytupem, czyli „Chew Gum or Kick Ass”. Ostre gitara i harmonijka ustna zaserwowana na finał + organy i rytmiczna perkusja tworzą najmocniejszą kompozycję ze wszystkich. Pewną wadą jest to, że te kompozycje się przeplatają z piosenkami.


Jednak obie pierwsze kompozycje są dość nietypowe dla Elfmana. Różnego rodzaju dźwiękowe dzwonki i małe perkusyjne instrumenty w „Walkin'” z delikatnym dźwiękiem smyczków bardziej kojarzą się z dorobkiem Thomasa Newmana. „A Civil Action” z lekką gitarą elektryczną, pianinem oraz różnymi dzwonkami, cymbałkami oraz klarnetem podtrzymuje te skojarzenia. Trochę dłuższą kompozycją jest „The River”. Zaczyna się dość spokojnymi skrzypcami, do których potem dołączają cymbałki, trąbka i fortepian, by potem zbudować niepokojącą atmosferę. Całe to instrumentarium jest wykorzystywane parokrotnie. Po tym kompozycja są te króciutkie motywy, w których jednak dochodzi do podniesienia napięcia („First Landing” z bombastycznymi w połowie bębnami oraz dęciakami czy „Bills, Bills, Bills” z zapętlającymi się skrzypcami oraz cykającą perkusją), ale też bardziej wyciszone („And This…” czy „Water #2” z pięknymi smyczkami oraz smutną trąbką). Jednak najciekawsze są te dłuższe, ponad 2,5-minutowe kompozycje jak „The Trial”. Nerwowe skrzypce na początek, delikatny fortepian i klarnet oraz bębny w tle budują poczucie niepokoju, by następnie się uspokoić i zabrzmień podniośle. Również zwraca uwagę „Objections” z ciekawą gitarą elektryczną w tle oraz szybkimi smyczkami, co tempo zmieniają.


Z 10-odcinkowego serialu wybrano godzinny materiał muzyczny, czyli moim zdaniem wystarczający czas. Zaczyna się on od „Main Title”, który zaczynał każdy odcinek. Ta elegijna kompozycja z charakterystycznymi chórkami w tle jest znakiem rozpoznawczym tego serialu. A za nim dwie dość duże suity. Pierwsza zaczyna się dość spokojnie, by po półtorej minucie uderzyć bębnami, dęciakami oraz werblami, przez co staje się bardziej militarny i podniosły, wręcz patetyczny. Jednak ten patos nie jest drażniący. Druga suita, dłuższa od poprzedniczki o jakieś 3 minuty, jest mniej patetyczna, za to bardziej spokojniejsza i pogodniejsza, zwłaszcza w drugiej części, gdzie pojawia się temat przewodni (rozpisany na trąbki i smyczki). I obie kompozycje brzmią znakomicie pokazując niezwykłą siłę emocjonalną oraz zręczność Kamena. Wtedy pojawia się „The Mission Beggins”, który jest bardziej ponury – świetne powolne smyczki na początku, gdzie na nowo grają temat przewodni, do których dołączają bębny, a w drugiej połowie werble.






