James Horner – Field of Dreams

Field_Of_Dreams

Jeśli to zbudujesz, on wróci – te słowa mocno zmieniły życie Raya Kinselli, zwykłego farmera. Pod wpływem tego głosu, mężczyzna na swoim polu buduje boisko do gry w baseball. Wtedy na boisku pojawia się postać „Bosonogiego” Joe Jacksona, skazanego na dożywotni zakaz gry. Jednak głos znów się pojawia i Ray próbuje rozwiązać tajemnicę. Tak można streścić fabułę filmu Phila Aldena Robinsona z 1989 roku. Więcej nie zdradzę, ale powiem tylko, że to przykład znakomitego kina, w którym pokazana jest miłość do baseballa, a jednocześnie bardzo poruszająca historia obyczajowa. Ja jednak skupię się na warstwie muzycznej, którą wyróżniono nominacją do Oscara.

hornerJej autorem jest James Horner, który potem współpracował z reżyserem przy filmie „Sneakers”. Jednak efekt tej współpracy wydaje się mocno dyskusyjny. Płyta wydana w 1991 roku przez RCA zawiera 13 utworów, a całość niestety, spłynęła po mnie jak po kaczce. To że są ponad 5-minutowe utwory czy nawet dłuższe nie jest żadnym zaskoczeniem. Problem w tym, że nic nie zapadło specjalnie w pamięci – jednym uchem się słucha, a drugim wypada. Całość jest mocno przyprawiona syntezatorami, fortepianem (tu symbolizuje proste życie na farmie) i pojedynczymi instrumentami, co słychać już w otwierającym album „The Cornfield”, gdzie po elektronicznych smyczkach i smutnej trąbce, gra delikatnie fortepian w rytm walca i pod koniec znów pojawiają się klawisze z dzwonkami. Zdarzają się jednak bardzo interesujące dźwięki jak gitara elektryczna i perkusja w „Deciding to Build the Field”, akustyczna w „Field of Dreams”, często pojawiające się bębny („Shoeless Joe” z różnego rodzaju dzwonkami i basem) czy ulubiony flet shakuhachi w „Doc’s Memories”, ale po pewnym czasie jest to zbyt monotonne. Pewnym wyjątkiem jest jazzowe „Old Ball Players”, klimatami zahaczające o lata 30. Zbyt często powtarzający się temat na fortepian zaczyna wynudzać. No i jeszcze ponad 9-minutowy „The Place That Dreams Come Truth”, który jest strasznie monotonny.

Powiem wam tak: Horner chce udowodnić, że jest wszechstronnym kompozytorem, który sprawdza się w każdym gatunku i konwencji. O ile muzyka w filmie sprawdza się naprawdę dobrze, to poza nim jest trochę nijaka i zbyt monotonna. Trochę szkoda, bo wydaje mi się, że można było z tego wycisnąć więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Dodaj komentarz